Pielęgniarki nie żartują

– Kłamca! – krzyczały do wojewody mazowieckiego Konstantego Radziwiłła pielęgniarki, które w ramach ostrzegawczego protestu wyszły 7 czerwca na Plac Bankowy. Były też w innych dużych miastach.

Pielęgniarki zdecydowały się na protest, bo zawiodły rozmowy z Ministerstwem Zdrowia w sprawie nowej ustawy o minimalnym wynagrodzeniu w służbie zdrowia. Nowy rozkład płac eliminuje bowiem wywalczony wcześniej przez pielęgniarki i położone dodatek, tzw „zembalowe”, a jako jedyne kryterium różnicowania zarobków w zawodzie wprowadza poziom wykształcenia. Problem w tym, że większość pracujących, doświadczonych pielęgniarek i położnych to absolwentki średnich szkół medycznych. Gdy zaczynały pracę, nie oczekiwano od nich dyplomu uniwersyteckiego, jak dziś. Dlaczego teraz mają zarabiać mniej niż 30 lat młodsze koleżanki, które dopiero przychodzą do pracy i na miejscu zdobywają praktyczne umiejętności?

Praca ponad siły

Na początku pandemii duże media zachęcały, by wychodzić na balkony i bić brawo pracownikom medycznym. Potem brawa się skończyły i pozostała szara rzeczywistość – nieobsadzone wakaty, co zmusza personel do pracy w nadgodzinach, niskie zarobki. I zgony z powodu koronawirusa. W pracy zaraziło się i zmarło 136 pielęgniarek.

Krystyna Ptok, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych, podczas zgromadzenia na Placu Bankowym przypominała, że średnia wieku pielęgniarki w naszym kraju to 53 lata i będzie w tym względzie tylko gorzej. Nawet masowe dopuszczanie do zawodu migrantek z Ukrainy nie pomoże.

Lepiej za granicą

– Młode pielęgniarki, owszem, uzyskują wykształcenie w zawodzie, jednak większość z nich nigdy w Polsce pracować nie będzie. Już na etapie studiów otrzymują propozycje pracy zagranicą, z których korzystają, zachęcone niepomiernie wyższymi pensjami i standardami pracy – zwracają uwagę śląscy działacze Razem, którzy solidaryzowali się z pielęgniarkami podczas protestu pod katowickim Spodkiem.

Kobiety w pielęgniarskich czepkach wyszły też na Rynek Główny w Krakowie, na ulice Szczecina, Trójmiasta czy Łodzi. 15 czerwca ruszą pod Sejm. Na razie tylko Lewica deklaruje, że wtedy będzie z nimi i po ich stronie.

PiS twierdzi, że problemu nie ma. Do protestujących w Warszawie wyszedł wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł. Próbował przekonywać, że wynagrodzenia rosną stabilnie, a sytuacja pielęgniarek nie jest wcale taka zła. Odpowiedziały mu gwizdy i krzyki „kłamca!”.

Modlitwa patałacha

Pracownicy polskiego systemu opieki zdrowotnej jakoś nie mają szczęścia do zwierzchników. Jak nie dogmatyczni zwolennicy prywatyzacji, to katoliccy fundamentaliści albo zwykli nieudacznicy.

 

Przegląd szefów ministerstwa wywołuje przykre reminiscencje. W ostatnich latach wydawało się jednak, że gorzej już być nie może. Najpierw w 2016 zastrajkowały pielęgniarki z Centrum Zdrowia Dziecka, mając serdecznie dość pracy za poniżające stawki w p0nadnormatywnym wymiarze godzinowym. Ówczesny minister Konstanty Radziwiłlł, szlachcic herbu Trąby, postanowił zagrać według zasady dziel i rządź – szczuł społeczeństwo i pacjentów na pielęgniarki lekarzy przedstawiając ich jako środowisko roszczeniowe i niebezpieczne. Całe szczęście – niezbyt skutecznie. 16-dniowa bitwa zakończyła się zwycięstwem protestujących, a minister wyszedł z tego boju z pokiereszowanym wizerunkiem. W ubiegłym roku zbuntowali się młodzi lekarze, domagając się nie tylko podwyżek, ale również, zgodnie z logiką i społeczną odpowiedzialnością – wzrostu publicznych nakładów na całą opiekę medyczną. Tym razem był to protest ogólnopolski.

Radziwiłl kompletnie sobie nie radził w negocjacjach, z Nowogrodzkiej zaczęły się dobywać groźne pomruki i stało się to, co musiało się stać – podczas rekonstrukcji rządu w styczniu 2018 roku głowa hrabiego-ministra została zatknięta na kiju.

I wtedy w resorcie przy ul. Długiej zjawił Łukasz Szumowski, ojciec czwórki dzieci, człek ponoć zaradny i koncyliacyjny, cieszący się w kręgach rządowych nieposzlakowaną reputacją moralną. Przyszedł z gotowym planem porozumienia. Konflikt z rezydentami zakończył jak ręką odjął. Szumowski zapewnił też, że w mocy zostanie utrzymane porozumienie z ratownikami medycznymi, zawarte jeszcze za czasów Radziwiłła, w lipcu 2017 roku. Przez kilka kolejnych miesięcy resort zajmował się przygotowaniem ustawy, a w służbie zdrowia panował długo oczekiwany spokój.
Okres ten zakończył się tydzień temu, kiedy rezydenci zobaczyli projekt ustawy. Okazało się, że zmiany znacznie odbiegają do ustaleń wynegocjowanych z ministrem Szumowskim. O tych rozbieżnościach pisaliśmy tutaj. Minister najwyraźniej miał młodych lekarzy za głupków, którzy nie potrafią przeczytać ze zrozumieniem dokumentu.

„Nie wierzę w dobrą wolę resortu. Może to być próba oszukania nas i wyłączenia z podwyżek pewnej grupy lekarzy. Problemów zaczyna się robić bardzo dużo i to nie są błędy, które się pojawiły, bo ktoś czegoś nie dopilnował. To są błędy merytoryczne, które są wprowadzone celowo. To jawne łamanie zawartego porozumienia – mówił rzecznik prasowy rezydentów Marcin Sobotka. Rozbieżności do dziś nie zostały wyjaśnione, lekarze tracą cierpliwość i coraz częściej mówią o strajku jako jedynym środku dialogu.

Nie minął tydzień, a wybuchła kolejna bomba z gównem. Resort Szumowskiego zaprezentował bowiem projekt nowelizacji ustawy o działalności leczniczej, który miał poprawić warunki pracy ratowników medycznych. Okazało się, że obiecane dodatki otrzymają załogi ambulansów, ale już nie ratownicy pracujący w izbach przyjęć. Przewodniczący Krajowego Związku Zawodowego Pracowników Ratownictwa Medycznego Roman Badach-Rogowski już teraz mówi, że ustawa w obecnym kształcie jest dla ratowników nie do zaakceptowania.

Łukasz Szumowski jako jeden z 4 tys. medyków podpisał „Deklarację wiary lekarzy katolickich i studentów medycyny w przedmiocie płciowości i płodności ludzkiej”, stworzoną przez Wandę Półtawską – katolicką fundamentalistkę, fanatyczną działaczkę antyaborcyjną i przyjaciółkę kontrowersyjnego papieża Jana Pawła II. Niedawno na Jasnej Górze zawierzył też polską służbę zdrowia Matce Boskiej. Nie wiadomo, czy Najświętsza Panienka ma równie dobre zdanie o szefie resortu, co on sam o sobie.

Religijny fanatyzm nigdy nie zastąpi kompetencji i elementarnej uczciwości w dotrzymywaniu danych obietnic. Powiem więcej, gwarantuje, że odwoływanie się do sił nadprzyrodzonych jest stale stosowanym przez obecną władzę chwytem, by ukryć fakt, że rządzą nami nieudacznicy. Najgorsze, że są jeszcze ludzie, którzy dają się na to nabrać. Ale to już niedługo.