„Dobre zmiany” prawa gospodarczego. Dokąd idziemy?

31 sierpnia 2021 r. w Dzienniku Ustaw poz.1598 ogłoszono ustawę o z zmianie ustawy o Bankowym Funduszu Gwarancyjnym, systemie gwarantowania depozytów, przymusowej restrukturyzacji oraz niektórych innych ustaw. Dowiadujemy się z niej o zmianach w wielu ustawach w ogóle nie związanych z celem czy ogłoszonym tytułem. Jest to kolejny przykład zmian prawa wprowadzonych w ukryciu, bez konsultacji, pokazujący dokąd w prawie gospodarczym zmierzamy.

Na stronie 70 dowiadujemy się, że zmiany dotyczą też ustawy o biegłych rewidentach (…) i o nadzorze publicznym. Nie ma to żadnego związku z tytułem owej noweli, a sposób ujęcia tych zmian wskazuje, że autorom nie zależało na rozgłosie, nie wspominając o trybie konsultowania, procedowania czy uchwalania. Przedstawiono je jako propozycję rządową, a z zapisu procesu legislacyjnego wynika, że żadnej dyskusji parlamentarnej, czy merytorycznego uzasadnienia tych zmian nie było. Nie było też wskazania źródeł pokrycia kosztów – bo wiadomo, że pokryją je biegli rewidenci, czyli pozarządowa organizacja, Polska Izba Biegłych Rewidentów (PIBR), utrzymująca się ze składek. PIBR, najważniejsza w kraju organizacja, nawet nie została o tych zmianach poinformowana, Jeśli ktoś miał wątpliwości  o zamiarach władz, to po przeczytaniu  owych  zmian, które weszły w życie 15 września, zapewne się ich pozbył. Podobnych zmian było więcej, tym razem chodzi o przedłużenie do ośmiu lat, czasu gromadzenia dokumentacji, czytaj makulatury, oraz karania biegłych. Nasuwa się jedno pytanie: czemu owe zmiany mają służyć, jak mają poprawić jakość audytu, o której głośno trąbi PANA (Państwowa Agencja Nadzoru Audytowego) i jak mają pozytywnie wpłynąć na obraz działalności gospodarczej prezentowany w sprawozdaniach?. A rozjazd pomiędzy rzeczywistością gospodarczą i sprawozdawczością, nie tylko się powiększa, ale też władz nie interesuje. Rzeczywistością staje się bardziej to, co głosi się na konferencjach prasowych, zapisze się w dobrych sprawozdaniach (sic), a biegli, jeśli chcieliby jeszcze przeprowadzać jakieś rewizje finansowe, to niech się mają na baczności.
Przypomnijmy, że audyt finansowy/ rewizja finansowa, to kompleksowe badanie sprawozdania finansowego, które ma dostarczyć podstaw do stwierdzenia, że przedstawia ono rzetelnie i jasno sytuację majątkową i finansową oraz wynik finansowy jednostki,. Że jest ono zgodne z obowiązującymi jednostkę przepisami, postanowieniami statutu lub umowy, że zostało sporządzone na podstawie ksiąg rachunkowych itd.. Wyniki takiej rewizji są przedstawiane w postaci sprawozdania z badania, które zawiera ocenę, czy sytuacja finansowa nie jest zagrożona w okresie przynajmniej 12 najbliższych miesięcy. Tak, 12 miesięcy, bo po nich przychodzi nowy audytor, badający jednostkę ponownie i ocenia sytuację niezależnie od poprzedników. Badany podmiot jest zobowiązany do zachowania dokumentacji źródłowej przez 5 lat, takoż był i biegły dokumentujący czynności rewizyjne; z dniem 15.09 będzie to 8 lat. Jakie znaczenie mają mieć wtórne informacje i czego miałyby dowodzić po 8 latach w sytuacji, gdy nie ma już dokumentacji źródłowej? Czemuż miałyby owe robocze notatki służyć, kiedy mamy audyt najnowszy, sprzed dwóch, trzech, czterech czy pięciu lat? Odpowiedź na każde z owych pytań jest prosta: mają one niewielkie znaczenie już po badaniu sporządzonym przez następnego audytora, więc możliwości są dwie: karać bez względu na trafność wydanej opinii (bo czegoś biegły nie zapisał), albo nie karać tych, którzy wydali opinię taką, jakiej oczekiwaliśmy, niezależnie od faktów. Nie ma danych źródłowych, więc opinię obronią notatki!
Zakres wiedzy, którą musi posiąść biegły rewident jest rozległy i obejmuje: teorię i zasady rachunkowości; sporządzanie sprawozdań i ich analizę, rachunek kosztów i rachunkowość zarządczą; kontrolę wewnętrzną; rewizję finansową, etykę zawodową, prawo spółek, ład korporacyjny; prawo upadłościowe i naprawcze; prawo podatkowe, cywilne; prawo pracy i ubezpieczeń społecznych; prawo bankowe, ubezpieczeniowe; technologie informacyjne i systemy komputerowe; mikroekonomię i makroekonomię; matematykę i statystykę, zarządzanie itd. Wydaje się wręcz niemożliwością posiadanie tak rozległej wiedzy, ale tak stanowi prawo. Wskazane byłoby, aby wiedza biegłych była wykorzystana, więc to oni powinni stać na straży jawności i przejrzystości obrotu gospodarczego, a także dbać o właściwy przekaz informacji generowanych przez podmioty gospodarcze. Rewizja finansowa jest więc systemowym badaniem polegającym na obiektywnym ustaleniu prawdziwości i ocenie stwierdzeń na temat wyników działalności gospodarczej oraz stopnia zgodności z rzeczywistością gospodarczą. Wyniki tych badań przedstawia się akcjonariuszom, udziałowcom, bankom, właścicielom, a w przypadku jednostek zaufania publicznego, także społeczeństwu. Nie ma innego zawodu w Polsce, który wymagałby tak szerokiej merytorycznej wiedzy! Ale informacja o wynikach rewizji finansowej jest coraz bardziej ograniczana, a nawet utajniana!.
Jak wynika z art. 64 ustawy o rachunkowości, badaniu podlegają roczne sprawozdania finansowe – kontynuujących działalność: banków, zakładów ubezpieczeń, spółdzielczych kas, jednostek działających na podstawie przepisów o obrocie papierami wartościowymi oraz przepisów o funduszach inwestycyjnych, funduszy emerytalnych, instytucji płatniczych, spółek kapitałowych z wyłączeniem mikro i małych przedsiębiorstw. Dla nich audyt stanowią rozliczenia podatkowe, a ponieważ zarządzają majątkiem własnym, nie jest niezbędny arbiter w postaci biegłego rewidenta. Natomiast w sytuacji przedsiębiorstw i organizacji większych, gdzie zarządza się majątkiem nie swoim, tam rewizja finansowa jest konieczna. Znamienne jest też, że badaniu podlegają podmioty „kontynuujące działalność”, więc jeśli podmiot zaufania publicznego ogłosi, że nie zamierza jej kontynuować (zostanie poddany likwidacji, restrukturyzacji itp.) to rewizji finansowej uniknie. To jest idealna furtka do uniknięcia kontroli. Może zamiast 8-letnej karalności, należałoby się zastanowić nad korektą tego zapisu?
Obecne zmiany prowadzą do tego, że znaczenie audytu ulega zmniejszeniu, a problemy rosną. Dodatkowe obciążenia i obowiązki firm audytorskich wyeliminują następne podmioty z rynku, który staje się powoli oligopolem. Kontrolowanie działalności audytowej w zakresie takim, jaki planuje PANA wzmacnia nadzór publiczny nad działalnością PIBR, co nie jest z gruntu złe, ale nie ma tam nic, co wzmacniałoby rolę audytu i prowadziło do niwelowania rozbieżności między rzeczywistością a sprawozdawczością! Tak rozumiana reforma audytu pozwala sterować, kto ma badać najważniejsze podmioty i organizacje w państwie i jaki ma być efekt owej rewizji. Spośród 1,3 tysiąca firm audytorskich, jedynie 70 z nich badały jednostki zaufania publicznego. Rynek audytu banków, funduszy, zakładów ubezpieczeń, spółek akcyjnych i innych JZP jest już owładnięty przez nielicznych. Pojedynczy biegły ma niewielkie szanse konkurowania z gigantami: po pierwsze: jego opinia niewiele znaczy, a po drugie: zamawiający nie ma pewności jakąż to opinię ów biegły wyda. Dlatego zamawia audytora, któremu płaci dużo, ale otrzymuje opinię taką, jakiej oczekuje. Przykładów na to jest mnóstwo.
Scentralizowany nadzór nad firmami audytowymi miał zmniejszyć możliwości działania spółek niezgodnie z prawem. Ale przecież nie tylko o spółki tu chodzi, lecz również partie, fundacje, jednostki budżetowe i wszelkie inne podmioty korzystające ze środków publicznych. Kontrola audytu to niewielka część całości, najważniejsze są kompetencje i umiejętność formułowania wniosków z audytu, czyli tzw. eksperckiego osądu. Dlaczego z procesu kontroli oraz zmian prawa wyłączono PIBR i inne organizacje skupiające biegłych? Jakie względy merytorycznie za tym przemawiają? Czy PANA, działająca od roku, jest tak kompetentną organizacją, że nie potrzebuje z nikim współpracować? Dotychczasowe próby to raczej pozory współpracy, bo PANA jako organ władczy i tak postanowi, jak zechce. Potwierdzają to dyskusje, które dotychczas się odbyły.
Właściciele jednostek oprócz opinii na temat sprawozdania, chcieliby też wiedzieć, czy i co robią nie tak, co należałoby usprawnić itp. Wizyta biegłego u przedsiębiorcy była ważna, ale teraz biegłemu nie wolno udzielić żadnych porad! Jest to absurd oznaczający, że od chwili wprowadzenia zapisu art. 56 ustawy, zawód ten w oczach przedsiębiorców przestał mieć merytoryczne znaczenie. A przecież dla zachowania niezależności wystarczyłoby wymienić usługi tedy wyświadczone. No ale zwyciężył interes innych zawodów, więc nie pora lać łez na biegłymi, którym w nagrodę dodano obowiązków administracyjnych.
Od chwili likwidacji KKN, zawód biegłego rewidenta nie jest już wolnym zawodem; ma co prawda mnóstwo ważnych obowiązków, lecz uprawnień niewiele, a samorządności żadnej. W tym kontekście należałoby zapytać: kto się odważy sprzeciwić wynikom finansowym ogłoszonym przez popieranych politycznie czempionów? Po drugie: co i w jaki sposób owe przedłużone terminy karania/dokumentowania mają poprawić? Skoro żadnego uzasadnienia nie przedstawiono, podpowiedzmy: nie poprawią nic!.
Natomiast gdyby chodziło o podniesienie rangi audytu i jego wpływu na rzeczywistość gospodarczą, należałoby, wzorem krajów UE czy EEC jak np. Norwegia, albo Nowa Zelandia   doprecyzować następujące sprawy:
1) uznać, że sprawozdanie z badania zawiera wiążące dane dla wszystkich którzy się tym posługują – urzędów, sądów, inwestorów, właścicieli, chyba że wykaże się jego nieprawidłowości w toku kontroli, którą zaostrza PANA. Po co zatem zwiększone restrykcje wobec biegłych, kiedy nie zwiększamy/poszerzamy znaczenia audytu? Dziś w przeważającej większości audyt to niepotrzebny wydatek, niemal zło konieczne: by raport złożyć do KRS! Tak rozumują przedsiębiorcy!
2) objęcie audytem partii politycznych, w miejsce formalnego potwierdzania sporządzonych tabelek, że pieniądze wpłynęły na prawidłowe konto itp. Takie sprawdzania (bo przecież nie audyt) mogą robić urzędnicy np.  PKW. Natomiast audyt partii winien obejmować ocenę jej działalności finansowej wraz z zasadnością ponoszonych wydatków na cele statutowe. Dotychczas nie podlegają one kontroli i wystarczy, że koszt urządzonej imprezy partia nazwie konwencją, by wszystkie związane z nią koszty jak zakup alkoholu, najem kwater, ochrona prywatnych osób, uważać za koszty statutowe. Jak uznać koncert Zenka na imprezie partyjnej za koszt statutowy!  Ale uwaga: partie mogłyby ponosić sobie te koszty, gdyby nie korzystały z pieniędzy publicznych! Dla porównania – przedsiębiorcom takich kosztów ponosić nie wolno, mimo, że finansują je z własnych środków. Jak długo mamy czekać na zlikwidowanie tego absurdu?
3) rozgraniczenie wydatków  na cele państwa oraz na cele partii.   W tym zakresie nie różnimy się wiele od Korei Płn. Merytorycznie łatwo to zrobić, trzeba jedynie politycznej woli. Jak długo klasa polityczna ma pasożytować na państwie? W bogatej Norwegii nikomu do głowy nie przyjdzie, by jakiekolwiek wydatki partyjne czy osobiste realizować kosztem budżetu, bo to jest kradzież środków publicznych. U nas pazerność usprawiedliwia wszystko.
4) wszelkie nietrafione inwestycje, wieże, przekopy, porty, łady, zapasy strategiczne itp muszą podlegać audytowi, czyli wycenie według wartości godziwej, a różnice odpisywane w straty. Jako składniki aktywów, czyli majątku narodowego, mogą być uznane tylko te, które w przyszłości przysporzą korzyści ekonomicznych. Jeśli jakaś wartość nie spełnia tego kryterium, nie może stanowić składnika majątku.
5) uściślenie wymogów audytorskich wobec spółek skarbu państwa, na równi z innymi podmiotami po to, by zapobiec budowaniu „ wydmuszek narodowych”. Dotyczy to również wydatków na finansowanie politycznych przedsięwzięć, niezwiązanych z działalnością gospodarczą tych podmiotów.
6) egzekwowanie wymogów sprawozdawczych firm inwestorskich, funduszy, spółek giełdowych, których majątek w pomad 90% zależy od wyceny wszelkiego rodzaju papierów, często wbrew nazwie,bezwartościowych. Audyt tych podmiotów wymaga szczególnych rygorów wyceny!
7) Żadne wydatkowanie pieniędzy publicznych nie może pozostać bez kontroli, czyli standardowego audytu. Takie prawo w zasadzie jest, ale funkcjonuje wybiórczo.
8) uczestnictwo biegłych w procedurach upadłościowych. Każde sprawozdanie sporządzone na moment upadłości musi być poddane rewizji, by syndyk rozliczył się z majątku, który przejmuje. Nie może się on w procesie upadłości rozpływać. To w upadłościach mamy największy rozjazd między sprawozdawczością a rzeczywistością gospodarczą, sięgający czasem 100%, a procesy upadłości trwają wiele lat, po których rzadko kiedy zostaje cokolwiek do podziału wierzycielom. Dlaczego, nadzorując audyt, PANA tego nie dostrzega?
10) wzmocnienie roli prawa bilansowego w ewidencji gospodarczej oraz sprawozdawczości wszystkich podmiotów, w tym państwa. Dotychczas jest ono rozumiane jako niemal „lex imperfecta”
11) uczestnictwo biegłych w przygotowaniach zmian przepisów prawa gospodarczego i bilansowego na każdym etapie jego tworzenia. Czy najnowsze zmiany były z kimkolwiek  konsultowane? 
Dla skuteczności kontroli działalności gospodarczej, dostęp do informacji jest niezbędny, wręcz kluczowy, dlatego ograniczanie dostępu do informacji podmiotów zaufania publicznego, świadczy że działania władz zmierzają w kierunku przeciwnym niż deklaracje Aby to stwierdzić, wystarczy dokładnie analizować bieżące nowele prawa.
Przypomnijmy też, że Rząd zamierza znowelizować kodeks spółek handlowych, co ma rzekomo odpowiadać potrzebom polskich przedsiębiorców, ale nikt ich o to nie pytał! Ministerstwo Aktywów Państwowych (MAP) przedstawia zmiany jako największą reformę kodeksu od 20 lat, która w zapisach niestety tak wygląda. Główne cele to wprowadzenie tzw. prawa holdingowego, wdrożenie przepisów o „grupie spółek”, zapewnienie spółce dominującej sprawnego zarządzania grupą oraz rzekome zwiększenie odpowiedzialności rad nadzorczych – jak wskazuje MAP. Ale zmiany te budzą wiele zastrzeżeń o charakterze fundamentalnym – także co do zgodności z konstytucją, zasadami techniki prawodawczej, prawem unijnym, systemowej spójności i zgodności z podstawami prawa handlowego i prawa cywilnego, czyli prawa prywatnego, którego podstawową funkcją jest ochrona praw jednostki. Z decyzją powinna być zawsze związana odpowiedzialność, a tu proponuje się oderwanie tej zależności
Proponowane rozwiązania prowadzą do ograniczenia swobody przedsiębiorczości oraz swobody przepływu kapitału. Stwarzają możliwości drenażu majątku spółek zależnych przez spółki dominujące, które mogą łatwo uniknąć odpowiedzialności cywilnoprawnej. Obniżą próg ochronny dla spółek zależnych, ich wspólników/akcjonariuszy oraz wierzycieli tychże spółek. Już sama wielość zmian powoduje zamieszanie przez brak korelacji z pozostałymi przepisami KSH. Ma to pozornie zwiększyć efektywność rad nadzorczych, ale chodzi tu raczej o uzasadnienie wysokich zarobków członków tych rad. Wiele rozwiązań zakłóca, a wręcz zaburza istniejący system nadzoru korporacyjnego, przerzucając obowiązki nadzorcze na zarząd spółki. Nie są też zgodne z prawem unijnym ponieważ dla spółek z UE niektóre postanowienia będą nie do spełnienia. A największy problem to „przeregulowanie” przepisów i nadmierny formalizm, który w działalności gospodarczej już staje się udręką.
Pomijając fakt, że dotychczasowe przepisy ksh w zasadzie regulują wszystkie sprawy w sposób wystarczający oraz że owe zmiany nie były konsultowane ze środowiskiem biegłych rewidentów, podkreślmy, że po wprowadzeniu nowych przepisów spółki kapitałowe zaczną działać jak urzędy, ludzie nie będą podejmowali inicjatyw, dopóki nie dostaną polecenia z góry. Nowela zakłada, że spółka dominująca będzie mogła żądać od spółki zależnej wykupienia udziałów mniejszościowych. Nowe przepisy ułatwiają pozbywanie się takich udziałowców. Wprowadza się też zwolnienie członków zarządu i rad nadzorczych z odpowiedzialności wobec spółki za daną czynność, jeżeli osoby te działały w sposób lojalny wobec spółki. Ma wzmocnić rolę spółek dominujących poprzez wprowadzenie szeregu uprawnień wobec spółek zależnych
Proponowane zmiany zdaniem MAP mają ułatwić wiele procesów, które zachodzą dzisiaj w praktyce działania grup kapitałowych, za którymi rzekomo nie nadąża prawo. Ale takie regulacje nie uwzględniają rzeczywistej i obowiązującej już praktyki zarządzania grupami spółek, gdzie z założenia członkowie zarządów i rad nadzorczych mają znać prawo. Nowe regulacje takiego założenia nie podtrzymują. Ma powstać wielotorowość w stosowaniu prawa, znaczna część problemów holdingowych będzie rozwiązywana przy pomocy instrumentów nie tylko prawa spółek i prawa cywilnego, ale też prawa administracyjnego i karnego, co może doprowadzić do dodatkowych problemów na niższych poziomach zarządzania grup. Problem przeregulowania i nadmiernego formalizmu, pozwoli szczeblom wyższym na znaczącą dowolność w sprawowaniu nadzoru przez rady nadzorcze spółek dominujących nad realizacją zadań przez spółki zależne. Regulacje prawa holdingowego mają rzekomo zapewnić skuteczny nadzór nad instytucjami finansowymi, co będzie zależało od woli samych zainteresowanych, a to oznacza, że na wyższych szczeblach mogą one być wykorzystywane do ochrony interesów członków zarządów i rad nadzorczych, oraz przypisywania odpowiedzialności niższym szczeblom zarządzania grup spółek. Niezależnie od ostatecznej wersji proponowanych zmian, ich intencje są dość widoczne, choć w zamęcie wielosłowia, nie zawsze łatwe do identyfikacji.

Zanim poleje się krew

Placówki opieki medycznej muszą oszczędzać także i na bezpieczeństwie swoich pracowników.
Codziennie dochodzi do ponad stu zranień wśród pracowników ochrony zdrowia w Polsce, w związku z używaniem przez nich sprzętu medycznego. Takie dane można znaleźć w specjalistycznych publikacjach. Mogą być one jednak mocno zaniżone. Eksperci szacują bowiem, że na 6 przypadków zranień zgłaszany jest tylko jeden, pozostałe są bagatelizowane lub ignorowane i przez pracowników, i zwłaszcza przez pracodawców.
Zgodnie z dyrektywą Unii Europejskiej, od 11 maja 2013 r. istnieje obowiązek natychmiastowego (codziennego) raportowania o zranieniach i jak wynika z kontroli NIK, szpitale realnie wdrożyły tę procedurę. Nieprawidłowości dotyczyły natomiast przygotowywania przez placówki półrocznych raportów dotyczących zranień. W części szpitali dokumenty te sporządzano nierzetelnie, co zdaniem Izby ograniczało możliwość bieżącego korygowania błędów i zapobiegania im w przyszłości. Informacje o takich zdarzeniach nie zawsze bowiem wychodzą poza mury szpitalne.
„Problemem może być też fakt, że placówki ochrony zdrowia nie są zobligowane do przekazywania tych raportów jakiejkolwiek zewnętrznej instytucji. Nie tylko uniemożliwia to gromadzenie pełnych, wiarygodnych danych, ale także planowanie i podejmowanie skutecznych działań profilaktycznych, zmniejszających ryzyko wystąpienia negatywnych zdarzeń” – wskazuje NIK. Dlatego Izba złożyła wniosek do Ministra Zdrowia o wprowadzenie obowiązku przekazywania Państwowej Inspekcji Sanitarnej informacji na temat liczby zranień.
Czym grożą zranienia i ukłucia wśród personelu? Potencjalnie na zranienia narażonych jest nie mniej niż 247 tys. pracowników placówek ochrony zdrowia (pielęgniarki, położne, ratownicy medyczni lekarze dentyści, lekarze specjaliści w zakresie: chirurgii, położnictwa i ginekologii, anestezjologii i intensywnej terapii, medycyny ratunkowej).
W przypadku pracowników, takie niebezpieczne zdarzenia oznaczają możliwe kłopoty zdrowotne, w przypadku pracodawców potencjalnie wysokie koszty z powodu wypłaty odszkodowań, nieobecności pracownika, czy jego odejścia z pracy, albo przejścia na rentę. Przeprowadzona przez NIK analiza kosztów postępowań związanych z takimi zdarzeniami (badano lata 2017-2020) pokazała, że wyniosły one, zależnie od wagi zdarzenia, od 17 zł do nawet około 3 600 zł (przy czasowej niezdolności do pracy).
Wśród pracowników medycznych istotne jest także zagrożenie napromieniowaniem, na które narażonych jest nie mniej niż 192 tys. techników elektroradiologii, lekarzy radiologów i pielęgniarek. Kontrolerzy NIK nie stwierdzili w badanych placówkach przypadków niekontrolowanego napromienienia, ale ujawnili nieprawidłowości, które świadczyły o niezapewnieniu pracownikom pełnej ochrony. Na bezpośrednie napromieniowanie mogło być tam narażonych nawet 14 proc. z nich. Nieprawidłowości wystąpiły we wszystkich kontrolowanych szpitalach, choć w różnym wymiarze. Na przykład, pracownikom nie zapewniano właściwego nadzoru medycznego, który obejmuje okresowe badania lekarskie przeprowadzane co najmniej raz w roku. Zdarzały się szpitale i przychodnie, w których pracownicy przechodzili badania okresowe tylko raz na dwa – trzy lata.
Do tego by pracownicy placówek medycznych byli chronieni przed zranieniami i szkodliwymi dawkami napromieniowania podczas wykonywania swoich obowiązków zobowiązuje pracodawców Kodeks pracy i wynikające z niego przepisy bhp. W szpitalach generalnie tak organizuje się pracę miejsc udzielania świadczeń medycznych by zminimalizować takie zagrożenie, są także odpowiednie procedury i rozmaite środki ochrony indywidualnej, a także odpowiednie szczepienia ochronne. Niebezpiecznych sytuacji nie da się jednak całkowicie wyeliminować.
Zdarzają się też niedostatki wyposażenia. Jak zbadała NIK, w niektórych szpitalach nie było bezpiecznych igieł do pobierania krwi oraz tzw. ampułek bezigłowych – a to właśnie w związku ze stosowaniem szklanych ampułek oraz nieodpowiednich igieł najczęściej dochodzi do zranień. Kontrola NIK wykazała jednak, że w 92 proc. badanych szpitali zapewniano personelowi bezpieczny sprzęt medyczny, co oczywiście kosztuje. Ci dyrektorzy szpitali, którzy nie zwiększali wydatków na zakup bezpiecznych narzędzi medycznych tłumaczyli to – z reguły słusznie – trudną sytuacją finansową swoich placówek i wysokimi kosztami wyposażenia stanowisk pracy w sprzęt zapobiegający zranieniom.
Tymczasem, zdaniem NIK, szpitale powinny sukcesywnie zwiększać zakupy bezpiecznego sprzętu, tak by ryzyko zranień było maksymalnie ograniczane. Szczegółowe badanie wylosowanej próby 548 przypadków niebezpiecznych zdarzeń wykazało, że gdy doszło do zranienia, większość szpitali prawidłowo stosowała procedury przewidziane w takiej sytuacji. W kilku placówkach kontrolerzy NIK zauważyli jednak przypadki postępowania niezgodnego z obowiązującymi zasadami, wynikające z zaniedbań pracowników bądź niewłaściwego nadzoru pracodawcy. Chodziło zwłaszcza o zbyt późne zgłoszenie lub zaniechanie powtórnego, wynikającego z procedur, badania krwi osoby zranionej (po 3 i 6 miesiącach). „W Samodzielnym Publicznym Zespole Opieki Zdrowotnej w Lublińcu na przykład, spośród 33 przypadków zranień, tylko w ośmiu przeprowadzono kolejne badania” – stwierdza NIK.
Jak pokazała kontrola NIK, badane szpitale tylko częściowo były przygotowane do minimalizacji ryzyka zawodowego związanego ze zranieniami. Choć w większości placówek właściwie powołano i odpowiednie służby, i komisję bhp, to jednak nie ustrzeżono się nieprawidłowości w ich funkcjonowaniu. Na przykład, wykonywanie zadań z zakresu bhp powierzano firmie zewnętrznej, co jest niezgodne z przepisami. Zdarzało się też, że, także wbrew przepisom, służba bhp nie podlegała bezpośrednio pracodawcy, co zdaniem Izby mogło ograniczać skuteczność przeprowadzanych przez nią kontroli i reagowanie na zagrożenia.
Tym niemniej, z ustaleń NIK wynika jednak, że w okresie objętym kontrolą w większości szpitali odnotowano stopniowy spadek ilości przypadków zranień. Trudniej ocenić jak jest w przypadku napromieniowania, bo tu skutki zdrowotne mogą ujawniać się po latach.

Bo to co nas podnieca, to się nazywa kasa

Założenie konta w banku może być dla nastolatka ekscytującym doświadczeniem i uświadamia mu, że teraz to on, nie rodzic, bierze odpowiedzialność za swe wydatki – twierdzą znawcy bankowości i psychologii.
Samodzielność finansowa uczy ponoć dzieci więcej, niż może się to wydawać wapniakom – samokontroli, odpowiedzialności za swoje decyzje, ustalania priorytetów. Zarządzanie swoimi wydatkami to niemal tak samo ważna umiejętność, jak pisanie czy tabliczka mnożenia. – Jeśli nasze pociechy nie zgłaszają nam potrzeby posiadania własnych finansów, a my sami nie wychodzimy z inicjatywą w postaci np. kieszonkowego, to obie strony – i my, i dzieci – omijamy bardzo ważną lekcję – mówi mgr. Małgorzata Ohme, psycholożka, prezenterka i mama dwójki nastolatków, którą czasem można zobaczyć w telewizji więc została poproszona przez bank ING o wypowiedź na temat samodzielności finansowej młodzieży.
Zarządzanie finansami kojarzy się z dorosłością – wymaga odpowiedzialności i umiejętności planowania. Kontrola nad własnym portfelem to ciągłe zadawanie sobie pytań – czy naprawdę potrzebuję kolejnej pary butów? A może powinienem zaoszczędzić? Czy w moim budżecie jest miejsce na spontaniczne wydatki? Czy mogę sobie na to pozwolić? – Wprowadzenie własnego dziecka w świat finansów to ważna lekcja również dla nas, rodziców. Musimy pogodzić się z tym, że dziecko staje się samodzielne, podejmuje własne, niezależne decyzje i popełnia błędy. Tylko czy jesteśmy na to gotowi? Czy dorośliśmy do tego, że nasze dzieci dorastają? – zastanawia się Małgorzata Ohme, dochodząc jednakże do oczywistego wniosku, że warto uczyć nastolatki podejmowania mądrych decyzji finansowych.
Z badań wspomnianego ING wynika, że 43 proc. trzynasto – i czternastolatków chciałoby mieć własne konto w banku, a motywatorem do otwarcia tego pierwszego konta – zarówno dla nich, jak i dla ich rodziców – jest potrzeba samodzielności. Na taki powód wskazuje 50 proc. dzieci i 45 proc. rodziców.
– Te badania pokazują, że dostrzegamy potrzebę edukacji finansowej nastolatków, ale wciąż niedostatecznie. Z czego to wynika? Skoro my – dorośli – ulegamy impulsom i zdarza nam się podejmować nieprzemyślane decyzje finansowe, to wydaje nam się, że tym bardziej nasze dzieci nie poradzą sobie z utrzymaniem kontroli nad własnymi pieniędzmi. Tymczasem edukacja finansowa od najmłodszych lat pomoże je właśnie przed podobnymi błędami uchronić – nawet jeśli najpierw pozwolimy pociechom się na nich uczyć. „Kupiłeś trzecią grę? W porządku, w takim razie musisz dłużej zbierać na wymarzony rower” – trudno o lepszą lekcję dla nastolatka o ponoszeniu konsekwencji własnych wyborów, prawda? – pyta retorycznie Małgorzata Ohme.
Oczywiste jest, że stopniowe oswajanie z finansami może mieć istotny wpływ na podejmowanie mądrych wyborów w przyszłości. Zarządzanie własnymi zasobami na przykładzie finansów, przekłada się – często, choć nie zawsze – na mądre zarządzanie własnym życiem.
Własne konto w banku, karta do bankomatu, drobne regularne przelewy – decydując się na powierzenie nastolatkowi „dorosłych” narzędzi finansowych pokazujemy mu, że traktujemy go poważnie i tego samego oczekujemy od niego – mądrego podejścia do pieniędzy. – To z kolei daje nam poczucie sprawczości, które jest jednym z filarów zdrowia psychicznego. Dzięki niemu mamy poczucie wpływu na swoje życie – „jestem sterem, żeglarzem i okrętem, moje decyzje zależą ode mnie i nie mam kogo obwinić za niepowodzenia, jeśli te decyzje były źle podjęte” – uważa Małgorzata Ohme.
Naturalnie, zgodnie z leninowską zasadą „ufać i kontrolować”, rodzic ma możliwość kontroli – i decydowania, jaką kwotę przelewamy na konto naszego dziecka. Jeśli sytuacja będzie tego wymagała, może też oczywiście zablokować konto i wytłumaczyć dlaczego zdecydował się na taki krok – a potem ewentualnie odblokować je ponownie. Czyli, zasada kija i marchewki.

Niepostrzeżenie

Jakoś tak niezauważalnie przyzwyczajamy się, że policjant jest człowiekiem, który może nas zabić.

Nie wiadomo kiedy przestała na nas robić wrażenie informacja, że są ludzie, którzy swą niezgodę na istnienie homoseksualistów, obcokrajowców, ciemnoskórych wyrażają poprzez bicie ich. Tym bardziej nie jesteśmy oburzeni, gdy ludzie tacy są lżeni, obrażani, odczłowieczani.
Zaczyna być czymś normalnym postrzeganie starcia dwóch kandydatów na najwyższy urząd w państwie jako serialu będącego skrzyżowaniem big brothera, portalu plotkarskiego najniższych lotów i filmu sensacyjnego klasy B. Oni udają, że mówią o rzeczach ważnych, że przepełnia ich troska o społeczeństwo i jego aktualne problemy, a my udajemy, że ich słuchamy i że nas to przekonuje.

Jest dla nas rzeczą już całkowicie naturalną, że dowolna polityczna demonstracja musi, po prostu musi być otoczona jej przeciwnikami i tylko obecność służb porządkowych zapobiega mordobiciu, choć obietnice zabójstw i głęboka pogarda w formie werbalnej latają w powietrzu i nie mamy wątpliwości co do szczerości i prawdziwości wykrzyczanych słów. Zupełnie normalne jest też to, że po demonstracji jej organizatorzy zostaną przez przeciwników ogłoszeni zaprzańcami na obcym finansowaniu, a to dopiero początek seansu nienawiści jednych inaczej myślących pod adresem drugich.

Nie wiadomo, w którym momencie nie wywołuje już w nas zdziwienia informacja, przekazana przez naszego adwokata: „wie pan/pani, wszystko zależy, który sędzia będzie sądził – z nowej zmiany czy ze starego rzutu”. I wcale nie jest powiedziane, że przynależność sędziego do którejś ze wspomnianych grup jest równoznaczna ze sprawiedliwym osądzeniem.
Zupełnie bezrefleksyjnie przechodzimy obok radosnych grafik, zapełniających sieci społecznościowe, obwieszczających, że oto mija kolejna rocznica dołączenia Polski do jednego z najbardziej agresywnych i krwawych paktów wojskowych.

Jakoś tak płynnie przeszliśmy do mówienia na „ty” żebrakowi pod supermarketem, kiedy dajemy mu parę złotych za odprowadzenie wózka. Jeśli dajemy, zamiast mijać człowieka z uczuciem niesmaku.

Z całkowitą obojętnością i brakiem sprzeciwu reagujemy na nachalne reklamy, byśmy zainstalowali w telefonie program śledzący zbierający nasze dane wrażliwe, który nie informuje nas jak długo i do czego wykorzysta nasze dane zebrane podczas tego śledzenia. Inne aplikacje, które wiedzą o nas wszystko, dawno już zresztą zainstalowaliśmy.

Nie pytamy bo i po co, skoro odpowiedzi sami sobie potrafimy udzielić. Nic nas nie ciekawi, nie niepokoi, nie obchodzi. Trwamy z dnia na dzień. Nie bardzo wiadomo, kiedy się tacy staliśmy.

Coraz łatwiej będzie rządzić takim społeczeństwem.

Śmieciowe jedzenie z polskich półek

Sklepy sprzedają nam jedzenie, którego skład nie zgadza się z tym, co napisano na etykiecie, zdarza się, że jest przeterminowane czy wręcz zepsute. Eksperci mają na to sposób, chcą powołania „policji” ds. żywności.

Dziennik Fakt przynosi zatrważające informacje dotyczące pożywienia sprzedawanego polskim konsumentom. Wyniki kontroli Inspekcji Handlowej ujawniają, że wcale nierzadko dochodzi do jawnych oszustw. Przykładem podanym przez Fakt jest „mielona wołowina”, która składa się z mięsa wieprzowego w całości lub w większej części. . Kolejnym przykładem jest „kebab z baraniny”, w którym baraniny nie ma nic-a-nic. Inspektorzy przeprowadzili w zeszłym roku blisko 2,2 tys. kontroli w hurtowniach, sklepach, na targowiskach i w lokalach gastronomicznych. Ponad połowa skontrolowanych obiektów (54 proc.) oferowała oszukane produkty.
„Najwięcej produktów o niewłaściwej jakości, w tym zafałszowanych, stwierdzono w przypadku ryby i przetworów rybnych (35,1 proc. nie odpowiadało przepisom), wyrobów garmażeryjnych (25,3 proc.), miodu (23,7 proc.)” – podaje Fakt za raportem Inspekcji Handlowej. Eksperci są zgodni. Nie ma możliwości zaradzenia temu problemowi bez wzmożonej kontroli, silnego inspektoratu i wysokich kar. Niezbędne jest więc poważne wzmocnienie służby kontrolującej żywność.
„Trwają prace nad połączniem Inspekcji Handlowej i Inspektoratu Jakości Handlowych Artykułów Rolno-Spożywczych. Dobrze, by nowa inspekcja uzyskała parapolicyjne uprawnienia” – powiedział dziennikowi dyrektor Polskiej Federacji Producentów Żywności Andrzej Gantner.
Wyjaśnił, że wtedy mogłyby np. kontrolować samochody przewożące żywność. „Przeciętny Polak nie ma narzędzi, by sprawdzić, czy sprzedawana żywność jest takiej jakości jak deklaruje producent” – powiedział gazecie Gantner.
Warto przypomnieć, że fatalna jakość polskiej żywności nie jest problemem nowym. Już w 2015 r. głośno było o drastycznym pogorszeniu w tym obszarze. Wówczas na alarm bił Główny Inspektorat Sanitarny. Aż 2,7 tys. próbek żywności nie spełniało kryteriów w 2014 r. (w stosunku do 1,9 tys. w 2013 r.).
Najwięcej zastrzeżeń inspektorów budziła wówczas żywność wytwarzana w kraju, której jakość ustawicznie się pogarszała i wciąż pogarsza. Żywność importowana zaś jest z roku na rok coraz bardziej bezpieczna.
Inspektorzy zauważają, że zwiększenie odsetka zakwestionowanych próbek nastąpiło zwłaszcza w przypadku wyrobów cukierniczych i ciastkarskich, grzybów, wód mineralnych, napojów bezalkoholowych, tłuszczów roślinnych, majonezów, musztard oraz suplementów diety. Ekspertów nie dziwi taka sytuacja. Jak twierdzą, rynek spożywczy należy do najszybciej rozwijających się. Jego wartość sięga już 3,5 mld zł i rośnie o ok. 10 proc. w skali roku. Możliwość zarobienia dużych pieniędzy przyciąga przedsiębiorstwa, które nie zawsze postępują uczciwie.
– Niektóre z dostępnych w kraju suplementów diety to nic innego jak sfałszowane leki. Największe zagrożenie stanowią produkty na odchudzanie i potencję. Do produkcji tych pierwszych wykorzystuje się sibutraminę będącą pochodną amfetaminy – cytował prof. Zbigniewa Fijałeka z Narodowego Instytutu Leków portal InnPoland.
O tym, że oferowana w Polsce żywność jest bardzo słabej jakośi, świadczą też zawiadomienia polskich inspektorów do Systemu Wczesnego Ostrzegania o Niebezpiecznej Żywności i Paszach. Mechanizm ten działa we wspólnotach europejskich od 1979 r. Jego istotą jest natychmiastowe powiadomienie Komisji Europejskiej w ramach systemu wczesnego ostrzegania o bezpośrednim lub pośrednim niebezpieczeństwie grożącym zdrowiu ludzkiemu w żywności.

Szokujące informacje, związki z przestępcami

Byli ministrowie finansów napisali list otwarty do prezydenta RP w sprawie Mariana Banasia.

Ujawnione w ostatnich dniach szokujące informacje o Marianie Banasiu, byłym Ministrze Finansów i byłym szefie Krajowej Administracji Skarbowej, są wysoce niepokojące i wymagają natychmiastowych działań.
Przedstawione w mediach relacje biznesowe byłego Ministra Finansów ze światem przestępczym podważają moralną podstawę zaufania obywateli do administracji skarbowej. Jak podatnicy (krajowi i zagraniczni) mieliby ufać polskiemu aparatowi skarbowemu i uważać go za rzetelny, kiedy związki jego byłego szefa z przestępcami pozostają niewyjaśnione. Pracownicy administracji skarbowej nie mogą być pewni uczciwości decyzji swoich przełożonych, kiedy w sprawie ich byłego przełożonego pojawiają się tak poważne wątpliwości.
Jednak sprawa Mariana Banasia daleko wykracza poza Ministerstwo Finansów. Dotyka ona bowiem podstawowej kwestii – uczciwości osób sprawujących wysokie urzędy w państwie oraz zachowania służb, których ustawowym zadaniem jest sprawdzanie przeszłości kandydatów na wysokie urzędy. Dlatego, pytania które wymagają natychmiastowego i szczegółowego wyjaśnienia są następujące:
– Jaki był faktyczny związek Ministra Banasia z osobami prowadzącymi hotel na godziny w kamienicy w Krakowie?
– Dlaczego w oświadczeniu majątkowym wykazał mało wiarygodną kwotę z wynajmu kamienicy? Czy w związku z tym Minister Banaś nie popełnił przestępstwa, poświadczając nieprawdę poprzez zaniżanie dochodu do opodatkowania?
– Czy Minister Banaś wiedział i aprobował niewydawanie paragonów za wynajem pokoi na godziny w swojej kamienicy i czy nieodprowadzenie należnego podatku VAT było tam normalną praktyką?
– Dlaczego CBA przez 8 miesięcy bada oświadczenie majątkowe Ministra Banasia i czy powody tej przewlekłości dotyczą kamienicy w Krakowie?
– Na ile czyjaś wiedza o niejasnościach w oświadczeniu majątkowym mogła stanowić czynnik ograniczający zdolność podejmowania przez Ministra Banasia niezależnych decyzji w organach którymi kierował?
– Kto z najważniejszych osób w państwie posiadał taką wiedzę i dlaczego nie stanowiła ona przeszkody przy kolejnych awansach w karierze Ministra Banasia?
Oczekujemy podjęcia natychmiastowych działań szczegółowo wyjaśniających ww. okoliczności przez właściwe organy państwa. Jest ewidentne, że kontrola oświadczenia Ministra Banasia przez CBA w tak długim czasie jest niewystarczającym środkiem zaradczym w sprawie takiej wagi. Kontrola ta, trwająca już osiem miesięcy, nie odkryła faktów, do których dotarli dziennikarze TVN w ciągu kilku tygodni. Tym samym nie zapobiegła powołaniu Ministra Banasia na trzy wysokie stanowiska państwowe.

Leszek Balcerowicz, Jarosław Bauc, Marek Belka, Marek Borowski, Mirosław Gronicki, Andrzej Olechowski, Jacek Rostowski, Mateusz Szczurek

Zmierzamy do katastrofy

Krzysztof Kwiatkowski zapowiedział w drugiej połowie roku dwie kontrole: jakości opieki psychiatrycznej dla dzieci i młodzieży oraz jakości ratownictwa medycznego w związku z licznymi ostatnio doniesieniami o nieprawidłowościach na szpitalnych oddziałach ratunkowych.
– Po pierwsze, musimy postawić na służbę zdrowia jako priorytet w finansach państwa. (…) Kontrole NIK pokazały, że pieniądze skierowane do organizacji proobronnych nie są wydawane prawidłowo. Musieliśmy skierować zawiadomienia do prokuratury. Na to lekką ręką wydawane są pieniądze – zamiast na opiekę medyczną – nie ma wątpliwości szef NIK. – W tym temacie zmierzamy do katastrofy.
Maleje liczba lekarzy i pielęgniarek, zaś dramatycznie wzrasta średnia ich wieku. Pacjenci czekają godzinami nie tylko na szpitalnych oddziałach ratunkowych, ale również tkwią w kolejkach do specjalistów i na zabiegi, na które muszą zapisywać się z wielomiesięcznym wyprzedzeniem.
NIK zbada jedną trzecią oddziałów ratunkowych w pięciu województwach.
29 marca prezes Narodowego Funduszu Zdrowia podpisał zarządzenia dotyczące zwiększenia wydatków na ambulatoryjną opiekę medyczną i leczenie szpitalne – m.in. na zabiegi usunięcia zaćmy, badania rezonansem magnetycznym. Ale to kropla w morzu. Na razie w mediach piętrzą się doniesienia o pacjentach umierających w poczekalniach na SOR-ach, którym udzielono pomocy zbyt późno lub dokonano nieprawidłowego rozpoznania.
„Kontrola NIK ma przede wszystkim dać odpowiedź na pytanie, czy system ratownictwa medycznego zapewnia sprawne podejmowanie działań medycznych wobec osób w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego” – pisze Izba na swojej stronie. NIK już zwracała uwagę na niedoskonały system selekcji pacjentów, a także na fakt, iż SOR-y są przepełnione bo dla ludzi wymagających opieki ambulatoryjnej po prostu nie ma alternatywy:
„NIK już kilka lat temu kontrolowała funkcjonowanie szpitalnych oddziałów ratunkowych. Ustalenia z 2011 r. pozostały aktualne do dzisiaj. Kontrolerzy ustalili wówczas, że SOR-y udzielały świadczeń zdrowotnych również osobom, które nie znajdowały się w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego, a więc nie kwalifikowały się do takiej formy pomocy, co stanowiło naruszenie obowiązujących przepisów. W poszczególnych kontrolowanych szpitalach takie osoby stanowiły szacunkowo od 30 do 80 proc. zgłaszających się. Sytuacja ta stwarzała zagrożenie dla pacjentów, którzy faktycznie potrzebują pomocy ze strony SOR. W ocenie NIK była ona konsekwencją ograniczonej dostępności ambulatoryjnej opieki zdrowotnej oraz braku skutecznego mechanizmu pozwalającego na ograniczenie świadczeń dla osób, które nie znajdowały się w stanie zagrożenia zdrowotnego. Osobom tym powinny być udzielone świadczenia w ramach podstawowej opieki zdrowotnej, poradni specjalistycznych lub nocnej i świątecznej pomocy doraźnej”.

Co trzecie może spać spokojnie BEZPIECZEŃSTWO DZIECI

Inspekcja Handlowa sprawdziła pod koniec ubiegłego roku, czy łóżeczka, kołyski, kojce i nosidełka są bezpieczne. Inspektorzy skontrolowali sklepy, hurtownie, producentów, pierwszych dystrybutorów i importerów. Wykryli nieprawidłowości w prawie 35 proc. tych produktów.

 

Bez ostrych krawędzi

Najczęstsze zauważone nieprawidłowości to brak oparcia dla główki dziecka w nosidełkach, zbyt duże odstępy między listwami na dnie łóżka, brak instrukcji, ostrzeżeń lub danych producenta, a w przypadku nosidełek brak informacji o dopuszczalnej wadze lub wieku dziecka. Nie było to jednak generalnie duże nasilenie usterek. Tylko w sześciu przypadkach Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wszczął postępowania administracyjne. Do tej pory zakończyło się jedno z nich – zgodnie z decyzją UOKiK producent wadliwych łóżeczek musi je wycofać z rynku.
Urząd zaleca, by kupując łóżeczko, kołyskę, kojec lub nosidełko, sprawdzić, czy nie mają one żadnych ostrych krawędzi lub narożników, zadziorów, wystających gwoździ, nie mają otwartych końców rur, ani małych elementów, które dziecko mogłoby samodzielnie oderwać i połknąć.

 

Możemy sami kołysać

W przypadku wracających do łask kołysek, należy zwrócić uwagę, czy układ kołysania ma mechanizm blokujący i może być poruszany wyłącznie przez bezpośrednie popychanie – a nie jest napędzany silnikiem elektrycznym.
Pamiętajmy też, że przestawienie dna łóżeczka lub kojca z położenia wyższego na niższe powinno być możliwe tylko przy użyciu narzędzi.
Natomiast nosidełko, przeznaczone dla malutkich dzieci w wieku do 4 miesięcy, musi mieć podparcie dla główki.

 

Proste rozwiązanie

W sprzedaży są różne wymyślne systemy elektroniczne, sygnalizujące, jak zachowuje się dziecko w łóżeczku.
Żaden system nie zastąpi jednak prostego rozwiązania, stosowanego od setek lat, polegającego na wyjęciu jednego szczebelka z poręczy łóżeczka – po to, żeby dziecko, które już raczkuje i postanawia wybrać się na spacer po mieszkaniu, mogło bezpiecznie opuścić łóżeczko, bez obawy, że utknie głową między szczebelkami.

Na dobrych gumach

15 państw, w tym Polska, wzięło udział w europejskiej kontroli opon.

 

Wyniki są dobre: polska Inspekcja Handlowa zakwestionowała oznakowanie niecałych 3 proc. opon, ale wszystkie pomyślnie przeszły badania w francuskich laboratoriach. Kontrole były finansowane z unijnego programu badań i innowacji Horizon2020.
Dobre opony to konkretne oszczędności. Dzięki oponom klasy A można zaoszczędzić nawet 7,5 proc. paliwa w porównaniu do opon klasy G. Przykładowo – jak wyliczył Polski Związek Przemysłu Oponiarskiego – na tym samym paliwie na najlepszych oponach dojedziemy z Władysławowa nawet do Bielska-Białej, a na najgorszych – tylko do Katowic.
– Wyższa jakość opon to także bezpieczeństwo na drodze. W razie awaryjnego hamowania jadąc na oponach klasy A w hamowaniu na mokrej nawierzchni, zatrzymamy się o kilka długości samochodu wcześniej. To może zdecydować o naszym zdrowiu lub życiu. Warto więc świadomie wybierać nowe i dobre opony – dodaje Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego. Ma on oczywiście w tym interes, bo im wyższa klasa opony, tym większa cena.
W sumie w 15 krajach skontrolowano prawie 12 tys. opon, z czego 73 proc. stanowiły letnie, a 27 proc. zimowe.
Zgodnie z przepisami, konsument musi mieć możliwość zapoznania się przed zakupem ze specjalną etykietą – najczęściej występuje ona w formie naklejki na bieżniku, która pozwoli na porównanie trzech ważnych parametrów. Jest to efektywność paliwowa (ważna dla oszczędnych), przyczepność na mokrej nawierzchni (ma wpływ na drogę hamowania) oraz zewnętrzny hałas toczenia. Dwa pierwsze parametry są pokazywane na etykiecie w skali od A (najlepsza) do G (najgorsza), a wartość hałasu jest przedstawiana graficznie w trójstopniowej skali i wyrażana w decybelach. Takie informacje muszą być też uwidocznione w e-sklepach, czy na rachunkach potwierdzających zakup.
Z kontroli wynika, że w sprzedaży przeważają opony o klasie efektywności paliwowej E i C (a więc o nie najwyższych parametrach). Lepiej jest z przyczepnością na mokrej nawierzchni – tu na rynku jest najwięcej opon klas C i B.

Brygady Tygrysa

I jak tu nie wierzyć w powtarzalność historii, i że historia lubi zataczać koło i powielać to, co już było? Swego czasu był taki popularny serial w telewizji „Brygady Tygrysa”, w którym pewna ekipa, pod pewnym dowództwem tępiła niegodziwości, nadużycia, czy zbrodnie, bo oficjalne tzw. służby jakby nie dawały radę, nie wywiązywały się z tego do czego były powołane. Było to na „obcym terenie”, ale i u nas w kraju była też namiastka tych brygad, czyli komisje robotniczo-chłopskie, które działały w czasach, gdy instytucje, urzędy państwowe też jakby nie do końca wywiązywały się z zadań do których były powołane. Działania tych komisji wyglądały trochę groteskowo, a nawet prześmiewane były jako brygady tygrysa, ale cóż, jakie czasy, takie działania.
No i trzeba trafu, że i teraz powstały takie brygady, choć właściwie to nie mają jakiejś nazwy, ale są i działają. PiS stworzył jakieś komisje, grupy ludzi, oczywiście swoich, którzy nachodzą samorządy i weryfikują ich działalność, a właściwie ich samorządność, czyli finanse, którymi rządzą, a tak naprawdę, to ile z tych finansów trafia do kieszeni ludzi z tych samorządów, czy to jako pensje, nagrody, premie itp. A wszystko to kontekście afery z obfitymi nagrodami w rządzie. Jak wy do nas tak, to my do was też tak, bo te sprawdzanie samorządów, to odbywa się raczej u przeciwników politycznych. I jak tu nie wierzyć w państwo teoretyczne, które jakby nie funkcjonuje w rytmie prawnym z prawidłowymi zasadami prawnymi, ale działa doraźnie, akcyjnie, a często przeciw komuś w jakimś odwecie. Potwierdzeniem tego może być sprawa tzw. frankowiczów, afera słynnej spółki finansowej, co to wmówiła naiwnym, że złoto rośnie, nie mówiąc już o różnych wyłudzeniach finansowych, w tym szczególnie niebotycznych wyłudzeń podatku Vat. A takie tam aferki, jak ostatnia śmieciowa, to w zasadzie powszechność. No ale jak by nie patrzeć, to prócz tej montowni, czy marketu którym jesteśmy na kontynencie, to okazało się jeszcze, że jesteśmy też śmietnikiem tego kontynentu. A ile jeszcze tych afer do wykrycia pozostało? No i jak tu żyć w państwie teoretycznym, panie premierze, no jak żyć!?