Nadgorliwość gorsza wiadomo od czego

Głoszenie tez, że program Lewicy to lewicowość na niby jest równoznaczne z mówieniem, że im gorzej tym lepiej.

„Nowa Lewica” rzeczywiście zaprezentowała nową jakość. Można sarkać, że oglądamy wciąż te same twarze, że młoda Partia Razem ugięła się pod presją sondaży i zwarła szeregi ze „starą” SLD, wreszcie, że Wiosna pasuje do nich jak kwiatek do kożucha. Prawda jest jednak taka, że 24 sierpnia zjednoczony komitet po zjednoczeniu zaliczył ostry skręt w lewo i pokazał program, w którym elektorat każdej z partii znajdzie coś dla siebie.
Przede wszystkim żaden inny komitet w tej kampanii nie zdobył się (i nie zdobędzie) na tak silne uderzenie w kościół. Czarzasty, Biedroń i Zandberg obiecali „kasę fiskalną dla każdego księdza” oraz wyprowadzenie religii ze szkół.
Chcą również rozliczenia kleru za ukrywanie pedofilskich skandali, co generalnie niby bulwersuje każdą ze stron sceny politycznej, ale żadne nie uczyniła tego elementem kampanii. Czarzasty wspomniał też imiennie ojca Rydzyka, co np. Platforma czyni jedynie w kuluarach i to szeptem.
Likwidacja IPN, PFN, ustawa reprywatyzacyjna, podwyżki w budżetówce, likwidacja śmieciówek, powrót przywilejów mundurowych, sprawna i dostępna służba zdrowia oraz edukacja z dobrze opłaconą nauczycielską kadrą, nie mówiąc o postulatach dotyczących godnego zatrudnienia, godnej płacy i godnej emerytury – to postulaty stricte lewicowe, które powinny uciszyć ewentualne głosy krytyczne.
Zjednoczona Lewica nie dała zapędzić się w kozi róg „wojenki kulturowej”, zepchnąć na pozycje wyznaczane jej przez PIS, co jest największym pozytywnym zaskoczeniem tej konwencji. Oczywiście w jej wyborczej ofer
cie znalazły się także sensowne i ważne kwestie światopoglądowe: edukacja seksualna, aborcja na życzenie, związki partnerskie: wbrew pozorom podjęcia tych tematów wprost wszystkie inne komitety, nawet obyczajowo liberalne, do tej pory się bały. Do tego mamy obietnicę głębokich reform w kwestii praw zwierząt – PiS na początku poprzedniej kadencji tę rękawicę podniosło, ale nie udźwignęło.

Mamy zatem komitet z rozbudowaną ofertą socjalną i odważnymi postulatami światopoglądowymi.

To dużo, naprawdę dużo jak na sklejony w ostatniej chwili sojusz trzech ugrupowań, z których każde stawia sobie nieco inne priorytety.

Oczywiście – wśród „kanapowych” lewicowych komentatorów od razu pojawił się w mediach społecznościowych festiwal sarkań,

że jak coś zostało powiedziane, to albo za mało, albo że nie do końca, albo że im nie wierzymy. Bo kandydaci Lewicy nie ogłosili, że oprócz wycofania lekcji religii ze szkół, opodatkowania kościoła i jego funkcjonariuszy, likwidacji Funduszu Kościelnego i renegocjacji konkordatu nie zgłosili postulatu, żeby kościół w ogóle oddał wszystko, a jego działalność żeby została zakazana. Że propozycje socjalne nie obejmowały topienia kapitalistów w Wiśle z nogami w wiadrach z cementem, że mieszkanie za 1000 złotych to żadna ulga, bo mieszkający w nim przecież musi za coś żyć, że kolej w każdym powiecie to nie wystarczy. Że likwidacja IPN i PFN to detale, bo na tym polu należy zrobić dużo więcej. I można te zarzuty mnożyć i mnożyć, bo do każdego programu można zawsze coś dodać.
Rzecz tylko w tym, czy program maksimum – na przykład zrobienia totalnej rewolucji – jest realistyczny i ma jakiekolwiek szanse poza byciem dyskutowanym na kanapach.
A program Lewicy – w odróżnieniu od utopijnych mrzonek – taką realną szansę ma. I nawet wyliczanka tego, czego zdaniem rozmaitych komentatorów drażliwych o czystość własnej lewicowości, w programie Lewicy brakuje dowodzi co najwyżej tego, że stoi za nimi przede wszystkim zawiść. Zawiść, na którą nie ma dziś miejsca.

Zawiść, która jest nie tylko kontrproduktywna, ale wręcz szkodliwa.

Bo głoszenie tez, że program Lewicy to lewicowość na niby jest równoznaczne z mówieniem, że im gorzej tym lepiej. Że lepiej, żeby dalej trwał PiS, względnie duopol PiS-PO, przy którym nic nie robiąc można za to do woli utyskiwać i snuć marzenia. Im bardziej odległe od rzeczywistości, tym lepsze.
Dla kogo lepiej, dla tego lepiej. Jeśli jednak można wybierać pomiędzy poparciem opcji zgłaszającej szereg postulatów, których wszystkie inne się boją podnosić, a nie robieniem nic w efekcie uznania, że te postulaty i tak są za słabe, to zwykły oportunizm i polityczne lenistwo.
Dlatego, kiedy Włodzimierz Czarzasty, Robert Biedroń, Adrian Zandberg, Marcelina Zawisza, Anna-Maria Żukowska czy Beata Maciejewska – bo oni prezentowali program Lewicy na konwencji – mówią o tym, co Lewica chce zrealizować, to dla każdego, kto ma choć trochę lewicowości w sobie, naturalnym wyborem jest tę inicjatywę poprzeć. Bo jest to szansa na przywrócenie państwa prawa, państwa świeckiego, wolnościowego, istniejącego dla obywateli, w którym nie będzie „policji myśli”, w którym nie będzie na Lewicy dyskryminacji i nietolerancji, w którym nie będzie wszechobecnej szczujni i propagandy fałszu. Szansę na odsunięcie od władzy PiS. Szansę na wyjście poza wybór między PiS a PO, poza którym – jak nam usilnie przez lata wmawiano – nie ma wyboru.
Zjednoczenie nurtów lewicowych w polskiej polityce ma tę wartość, że daje szansę na taką zmianę. Może w tych wyborach zmiana ta okaże się tylko zmianą polegającą na wprowadzeniu do Sejmu grupy polityczek i polityków nie bojących się artykułować swoje postulaty, ale już w następnych – zdolnych powalczyć o większość zdolną do samodzielnego rządzenia. Przekreślenie tej szansy równa się politycznemu samobójstwu. I wtedy nawet św. Marks, św. Engels, św. Lenin, św. Trocki, św. Kropotkin ani św. Bakunin – czy inny jeszcze święty lewicowej myśli – nic nie pomogą.