Lewica w obronie Konwencji Stambulskiej

Polski rząd powinien w pełni zaimplementować konwencję, której celem jest walka z dyskryminacją i przemocą na tle płci, a nie sugerować, że się jej pozbędzie – mówiły pod Sejmem posłanki Lewicy. Ruszają również z edukacyjną wystawą.

Medialna wrzawa wokół Konwencji Stambulskiej nieco ucichła. Premier Morawiecki ogłosił przedstawienie tego dokumentu do oceny Trybunałowi Konstytucyjnemu, co można było odczytać następująco: szef rządu w dobie kryzysu wolałby zajmować się czym innym, ale nie odżegna się całkowicie od aktualnej linii propagandowej swojego obozu, jaką jest nagonka na prawa mniejszości. Najzajadlej atakujący konwencję ziobryści przerzucili się na tematykę LGBT. Nie ma jednak gwarancji, że nie będą chcieli znowu uderzyć w stowarzyszenia prokobiece i w same prawne gwarancje dla ofiar przemocy (czyli w ponad 90 proc. zgłaszanych przypadków – w kobiety), równocześnie twierdząc, że to prawica stoi na straży wartości i broni ofiar przemocy.

Lewica stanowczo sprzeciwia się planom wypowiedzenia konwencji stambulskiej. Rozpoczyna ogólnopolska akcję propagującą walkę z przemocą.

Przed Sejmem grupa posłanek Lewicy ustawiła banery z tablicami, ilustrującymi skalę przemocy domowej w Polsce.

Taka wystawa będzie prezentowana przez posłanki i posłów Lewicy w całej Polsce, we wszystkich okręgach wyborczych. Chodzi o to, by Polki i Polacy mieli możliwość uświadomienia sobie, jak wielkim problemem jest przemoc w rodzinie, o czym świadczą dane o tym zjawisku i czemu odrzucenie Konwencji o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet i zapobieganiu przemocy w rodzinie jest cofnięciem polskiego systemu prawnego o lata wstecz.

Wystawa przedstawi cele i gwarancje karania sprawców przestępstw, dotychczasowe inicjatywy, powstałe dzięki uchwaleniu Konwencji.
To m.in. całodobowa linia dla osób doświadczających przemocy, przeciwstawi się fałszom, którymi operuje prawica i środowisko ministra Ziobry, w tym temu, że obowiązywanie przepisów konwencji stanowi zagrożenie dla rodzin i że służy jako narzędzie do walki z religią i tradycją.
To nie wiara i tradycja są problemem dla twórców dokumentu, tylko wykorzystywanie ich jako pretekst, usprawiedliwienie dla sprawców dyskryminacji i przemocy – zauważyła podczas konferencji prasowej posłanka Małgorzata Prokop-Paczkowska.

Jej klubowa koleżanka i zasłużona działaczka prokobieca Wanda Nowicka poinformowała, że środowiska lewicowe skierowały do premiera Morawieckiego petycję, by państwo polskie nie wypowiadało Konwencji Stambulskiej.

– Najważniejsze jest to, żeby premier Morawiecki wiedział i podjął wszelkie działania, żeby ta konwencja była w pełni implementowana, bo choć wiele rzeczy udało się wprowadzić, wciąż jeszcze są obszary, w których ona nie funkcjonuje. Wymieniła w tym kontekście poradnictwo dla ofiar przemocy, wsparcie materialne i mieszkaniowe – powiedziała posłanka.

Anna Maria Żukowska zwróciła uwagę, jak bardzo Konwencja i walka o jej zachowanie jest potrzebna: – Będziemy z tą wystawą w całym kraju, w każdym okręgu wyborczym i będziemy służyć pomocom wszystkim tym, którzy jej będą potrzebowali – obiecała.

Inicjatywa Lewicy, by w miarę możności, jak najwięcej ludzi zapoznało się z rzetelną argumentacją za obowiązywaniem Konwencji i przeciwko prawicowo- kościelnej narracji skierowanej na jej wypowiedzenie, jest doskonałym pomysłem. Nie ma zgody na usprawiedliwianie sprawców przemocy domowej, której rocznie ulega dziesiątki tysięcy kobiet, a ginie w jej wyniku od 150 do 400 kobiet.

W konferencji prasowej brały udział również posłanki Anita Kucharska-Dziedzic, Katarzyna Kotula i Katarzyna Ueberhan.

Konwencja Stambulska to niezbędne minimum

– Miarą sprawności systemu przeciwdziałania przemocy w rodzinie nie powinno być samopoczucie wiceministra sprawiedliwości, tylko poczucie bezpieczeństwa osób doznających przemocy – mówi dr Grzegorz Wrona,
adwokat, ekspert ds. przeciwdziałania przemocy domowej, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: W 2018 roku odnotowano 88 tys. przypadków przemocy w rodzinie (wg statystyk policji). To dużo czy mało?

GRZEGORZ WRONA: To zależy, bo w stosunku do lat poprzednich to nie jest większa liczba, ale cały czas mówimy o statystyce dotyczącej procedury niebieskich kart. Prawdziwa, ciemna liczba przemocy jest znacznie większa. Pytanie, jakie są proporcje przemocy ujawnionej i nieujawnionej.
Liczba 88 tys. jest mniej więcej stała, oczywiście może się różnić o 10-20 tys., ale nie więcej. Można zatem powiedzieć, że liczba ujawnionej przemocy nieznacznie spada, nie powiększa się.

To chyba dobrze?

Wręcz przeciwnie, bo to znaczy, że nic się nie zmienia i że osoby doznające przemocy nie są gotowe w większym stopniu ujawnić faktu, że doznają przemocy. Z całą pewnością sposób postępowania przeciwdziałania przemocy w rodzinie nie zmienił się i nie zachęca osób do ujawnienia przemocy.

Czy możemy oszacować prawdziwą skalę przemocy?

Najbardziej wiarygodne badania należą do agencji europejskiej FRA, która w tym roku będzie je powtarzać. Ostatnie pochodzą z 2014 roku. To ogromne badanie przeprowadzane poprzez ankieterów i bardzo szczegółowe. Specjalnie przeszkolone osoby rozmawiają z kobietami, bo to ich dotyczy badanie. Dopiero po przeprowadzeniu tegorocznego będziemy mogli powiedzieć coś o skali nieujawnionego zjawiska.

Natomiast to, co jest charakterystyczne dla tych badań, to fakt, że Polki stosunkowo rzadziej, niż kobiety w innych krajach europejskich, czują czy deklarują, że doznały przemocy w poszczególnych kategoriach (przemoc seksualna, psychiczna, fizyczna) i z czyjej strony. Na tym przykładzie ewidentnie widać, że są kraje, gdzie rozumie się przemoc szerzej, skoro osoby deklarują, że jej doznały. Jeżeli w danym kraju mamy stereotyp, że przemocą jest tylko silne pobicie, to wszystkie inne przypadki przemocy już nie będą deklarowane jako przemoc.

Jeżeli przez przemoc seksualną rozumiemy tylko gwałt poprzez penetrację, a nie poprzez dotykanie części intymnych, to znowu jeżeli kobieta będzie w pracy przez przełożonego dotykana po piersi, nie uzna tego za przemoc seksualną. Tu jest ten decydujący element.

Czy ta świadomość kobiet może być powodem, że mamy dobre statystyki przemocy w rodzinie w porównaniu z krajami UE?

Zdecydowanie tak. Ta liczba ujawnionej przemocy nie ma nic wspólnego z faktyczną liczbą i nie dotyczy to tylko zjawiska przemocy, a przestępczości w ogóle. To, co jest charakterystyczne, to w jakich krajach UE kobiety deklarują, że nie doznają przemocy: to Bułgaria, Rumunia i Polska. Natomiast gdy rozmawiamy o takich krajach jak Niemcy, Włochy, Hiszpania, Francja, Szwecja, to sukcesywnie ta liczba rośnie, tylko to nie rośnie liczba zachowań po stronie sprawców, tylko rośnie liczba deklarowanej przemocy po stronie osób pokrzywdzonych.

Z mojej praktyki mogę powiedzieć, że to bardzo charakterystyczne, że zgłaszająca się osoba po pomoc mówi, że wcale nie doznaje takiej przemocy jak inni, bo nie było tak strasznie. Czyli już na początku osoba uważa, że inni doznają znacznie gorszych rzeczy.

Czyli poszturchiwanie czy lekkie pobicie to jeszcze nic strasznego?

Bo bój toczy się o to, że jeżeli będziemy identyfikować przemoc znacznie szybciej, czyli w momencie, kiedy nie przybiera jeszcze drastycznych form, to jesteśmy w stanie zareagować miękko: pracować ze sprawcą, ochronić ofiarę tak, aby nie dochodziło do drastycznych zachowań. Wówczas struktura przemocy się zmienia. Natomiast jeżeli mamy system, który reaguje tylko na ciężkie pobicie, to już jest za późno, wtedy można tylko wymierzyć karę więzienia, odizolować sprawcę i tyle.

Cała filozofia przeciwdziałania przemocy w rodzinie powinna zmierzać do tego, aby rozszerzyć definicję przemocy w rodzinie, identyfikować jej jak najwięcej na wczesnym etapie i móc jej zapobiec i udzielić pomocy rodzinie, czyli tej strukturze, którą te osoby tworzą. Jeżeli tego nie będzie, to siłą rzeczy będziemy spotykali się tylko z drastycznymi przypadkami. Rozumiem, że to trudne dla polityków, bo jeżeli rozszerzy się definicję przemocy, to statystki wzrosną i okaże się, że nie 88 tys., a 150 tys. przypadków przemocy będzie, ale to nie dlatego, że jest więcej samej przemocy, tylko że wzrosła liczna osób, które chcą naszej pomocy – pomocy państwa.

Jak się do tego wszystkiego odnosi konwencja stambulska i czy jest ona lewicowym, genderowym koniem trojańskim, czy jest umową, która może pomóc ochronić ofiarę?

Przyznam, że to szalenie ciekawe, bo ta dyskusja, która teraz się u nas zaczyna toczyć na podstawie wypowiedzi Ministerstwa Sprawiedliwości, weszła w fazę oderwaną od tekstu konwencji. Konwencja to zbiór podstawowych elementów systemu przeciwdziałania przemocy w rodzinie. Państwa członkowskie Rady Europy na podstawie wieloletniego doświadczenia zebrały te rzeczy podstawowe i umieściły w jednej konwencji. Zatem to program minimum, który trzeba spełnić, aby mówić o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie.

Jeżeli ktoś uważa, że ten program minimum to jest za dużo, to przyznam, że opadają ręce. Po drugie, konwencja mówi, że musi być sankcja za przemoc, czyli jakaś reakcja państwa. Musi być przeciwdziałanie przemocy w taki sposób, aby podnosić świadomość społeczną w zakresie przeciwdziałania przemocy w rodzinie i musi wreszcie być powiedziane, że ta przemoc ma szeroki wymiar, czyli nie tylko ta przemoc fizyczna, i to taka, która kończy się w szpitalu, ale również wszelkie inne formy przemocy, które oddziaływają na psychikę, bezpieczeństwo ekonomiczne.

Zatem jak się to wszystko ma do polskiego prawa?

W polskim prawie karnym nie ma pojęcia przemocy w rodzinie. W związku z tym, jeżeli szukamy sankcji karnej dla sprawcy przemocy w rodzinie, to musimy dopasować zachowanie sprawcy do któregoś z przestępstw w kodeksie karnym. W przypadku pobicia, czyli przemocy fizycznej, to jest najprostsze, bo mamy komplet przepisów, ale jeżeli jest przemoc psychiczna, to już nie zawsze jest ona przestępstwem. Przemoc ekonomiczna nigdy nie będzie przestępstwem, a przemoc seksualna tylko w wąskim zakresie. Zatem okazuje się, że prawo karne nie zawsze może być użyte, a jeśli nie prawo karne, to co?

Jak polski system reaguje na przemoc w rodzinie, która nie jest „przestępstwem”? Przykłady – mamy w prawie zakaz kontaktu i zakaz zbliżania, ale tylko wtedy, kiedy mamy do czynienia z przestępstwem, bo to są zapisy w prawie karnym. Zatem część osób doznających przemocy z założenia wypada w ogóle z zakazu zbliżania czy kontaktu.

Kolejna rzecz – co robimy ze sprawcami? Nie trzeba być prawnikiem, ale zadać sobie to pytanie; skoro identyfikujemy przemoc w rodzinie np. w procedurze Niebieskiej Karty, to co mamy zrobić ze sprawcą. Czy go ukarać, odizolować? Polski system nam na to nie odpowiada. Ukarać go można tylko w nielicznych przypadkach, odizolować od ofiary też nie bardzo i tylko w szczególnej sytuacji. Najtrudniej go zmienić, czyli podjąć pracę, aby w przyszłości nie stosował przemocy, czyli wysłać do psychologa, na reedukację. W tym zakresie jest kompletny dramat, bo nie kierujemy znaczącej liczby sprawców na takie działania.

W Polsce działamy tylko tam, gdzie mleko się wylało, bo nie da się ukryć, bo była interwencja policji, było uszkodzenie ciała, ale to są przypadki, gdzie sprawa zaszła za daleko, w innych przypadkach nie mamy pola do reakcji.
Ministerstwo Sprawiedliwości twierdzi, że mamy dużo lepsze przepisy, które chronią przed przemocą w rodzinie, niż te z konwencji stambulskiej.
To ja proszę o choć jeden przykład przepisu, który zastosowany w praktyce jest lepszy, niż któreś z założeń konwencji. Rozumiem, że możemy sobie tak mówić, że jesteśmy mistrzami świata w konkurencji, w której nikt nie startuje, ale za chwilę będziemy krajem, który wypowiedział konwencje stambulską i też będziemy jedyni, tylko nie wiem, czy faktycznie chcemy wyznaczać taką drogę. Miarą sprawności systemu przeciwdziałania przemocy w rodzinie nie powinno być samopoczucie wiceministra sprawiedliwości, tylko poczucie bezpieczeństwa osób doznających przemocy. Jak pani zapyta takie osoby, czy one uważają, czy państwo polskie zapewnia im bezpieczeństwo i właściwą reakcję, to śmiem twierdzić, że odpowiedź będzie zupełnie inna.

Wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik twierdzi, że konwencja uderza w instytucję małżeństwa i w rodzinę.

To ja odpowiem w ten sposób, jeżeli chcemy próbować ocalić instytucję małżeństwa i rodzinę, to musimy na przemoc reagować jak najszybciej i tam, gdzie jest niebezpieczeństwo jej zaistnienia. Dzisiejszy system w Polsce pozwala tylko na ratowanie życia i zdrowia ofiary i nie ma już mowy o ratowaniu małżeństwa czy rodziny.

Pan wiceminister zaprzecza takimi wypowiedziami idei pomocy poprzez przekreślenie deklaracji państwa, że podda się kontroli i to jest, moim zdaniem, prawdziwy powód zamieszania. Polska pierwszy raz będzie podlegała zewnętrznej ocenie tego, czy przestrzega zasad zapobiegania przemocy w rodzinie. I nie chodzi tu o to, że Polska sama mówi, że jest najlepsza na świecie, tylko że będą miały możliwość wypowiedzenia się organizacje pozarządowe, te, które na co dzień pracują przy rodzinach. W momencie jak ma dojść do tej oceny, to Polska się wycofuje.

Do tej pory nikt nie widział zagrożenia dla rodziny, dla małżeństwa, a obecna władza rządzi od 5 lat. To co się nagle stało?

Dziś rano słyszałem nawet, jak wiceminister Romanowski twierdził wręcz, że konwencja jest zagrożeniem dla kobiet.

Prawda jest taka, że dochodzimy do momentu, kiedy mówimy sprawdzam i czy te najlepsze na świecie przepisy rzeczywiście funkcjonują, czy nie, są skuteczne czy nie, chronią czy nie i czy ofiara ma poczucie bezpieczeństwa. Teraz nie mają o tym mówić politycy, tylko ludzie, którzy są na pierwszym froncie walki z przemocą. Być może tej właśnie opinii się obawiamy.

Z mojego punktu widzenia, czyli osoby, która zajmuje się pracą z ofiarami przemocy w rodzinie, nie słyszałem, żeby ktoś powiedział, jak wspaniale polski system funkcjonuje i że prokurator, policjant i sędzia po prostu czekają w blokach startowych, aby móc ochronić osobę doznająca przemocy. Niestety nic takiego się nie dzieje.

Konwencja przed Trybunał

Mateusz Morawiecki zapewnił na konferencji prasowej, że jego rząd potrafi walczyć z przemocą domową lepiej, niż autorzy konwencji stambulskiej.

Należy bowiem w ramach tej walki wdrażać praktyczne rozwiązania, a nie kierować się względami ideologicznymi – pouczał premier, po czym przypomniał o ustawie antyprzemocowej, jaką z inicjatywy jego rządu przyjęto wiosną tego roku. To faktycznie ustawa potrzebna, natychmiastowo izolująca sprawcę przemocy od ofiar, i dlatego zdobyła także głosy klubu Lewicy. Innymi gestami – jak redukowanie dofinansowania dla organizacji broniących bitych kobiet – Morawiecki jednakże już się nie pochwalił.

Wspomniał za to – a jakże – o tym, że poprzednicy w sprawie kobiet robili niewiele oraz dodał, że dzięki PiS kobiety i dzieci otrzymują „środki do życia” i uzyskują zabezpieczenie przed przemocą ekonomiczną – zapewne chodziło o 500+.

A co z samą konwencją stambulską i głośnymi zapowiedziami jej wypowiedzenia? Tu ma się wypowiedzieć

Trybunał Konstytucyjny

– Sprawy tak wielkiej wagi należy rozpatrywać w ramach przejrzystej i prawomocnej procedury – oświadczył Morawiecki.

Podczas swojej konferencji prasowej w czwartek 30 lipca premier na pozór unikał ostrego języka, jakim w odniesieniu do konwencji posługiwali się ludzie Ziobry. Nie było oskarżeń o „genderowski bełkot”, „marksistowskie niszczenie rodziny” i nic podobnego. Niemniej…

– – Konwencja stambulska – pojawia się wiele głosów, że niewłaściwie definiuje źródła przemocy wobec kobiet i nie dostarcza narzędzi do walki z nią. To bardzo poważne wątpliwości. Jako rząd podzielamy częściowo obawy Polaków i mamy prawo sądzić, że może być niezgodna z Konstytucją w zakresie wolności poglądów i wychowywania dzieci zgodnie z własnym sumieniem – oznajmił szef rządu.

I z kamienną twarzą zapewnił, że w jego przekonaniu dokonana przez trybunał ocena konstytucyjności konwencji zamknie spór, który jej dotyczy.

Lewica była przeciw

Trudno spodziewać się, że takie postawienie sprawy – przy takim składzie Trybunału Konstytucyjnego – uspokoi aktywistki broniące praw kobiet czy parlamentarzystki sejmowej Lewicy. Nawet jeśli temat konwencji stambulskiej pojawił się z inspiracji Zbigniewa Ziobry, a nie samego prezesa, i miał być demonstracją radykalizmu ministra sprawiedliwości, rządowi zaś wcale nie zależało na kolejnym starciu z organizacjami kobiecymi.

Działaczki Lewicy we wtorek poprosiły minister Marlenę Maląg, która jako pierwsza napomknęła o możliwości i zamiarach wypowiedzenia konwencji, o spotkanie. Proponowały merytoryczną rozmowę i rozwianie stereotypów, którymi kierował się Zbigniew Ziobro, twierdząc, że konwencja to ideologiczny dokument.

– W w imieniu klubu parlamentarnego Lewicy składamy dzisiaj prośbę do minister pracy, rodziny i polityki społecznej Marleny Maląg o spotkanie, na którym klub Lewicy wytłumaczy pani minister, dlaczego ta konwencja jest tak istotna w polskim porządku prawnym, dlaczego musi pozostać i być cały czas przez rząd implementowana, i wdrażana do naszego prawa – mówiła wicemarszałkini Senatu Gabriela Morawska-Stanecka.

Zgoda na przemoc?

Organizacje kobiece głośno wyrażały obawę, że wypowiedzenie konwencji będzie oznaczało dalsze zmiany w prawie, ograniczając ściganie sprawców przemocy domowej, której ofiarami w Polsce w przytłaczającej większości są kobiety. Morawiecki usiłował rozwiewać te obawy. Twierdził, że sam jest zwolennikiem surowego karania ludzi, którzy tej przemocy się dopuszczają. Ale czy ktokolwiek poza najtwardszym elektoratem mu wierzy?

Problemy wrzącego kotła

Zjednoczona jednak już coraz mniej Prawica ma już z głowy uciążliwą kampanię wyborczą i nareszcie może zająć się tym co jeszcze potrafi czyli wewnętrznymi rozgrywkami.

Wybory prezydenckie wygrane, wobec tego już nie obowiązuje banalne hasło „wszystkie ręce na pokład”, pora zatem poniuchać w jakim kierunku ów okręt poprowadzić, czy zachować dotychczasową załogę a może zmienić osobę na mostku kapitańskim czy też już rychtować szalupy ewakuacyjne.
Skoro w mediach politycy obozu rządzącego przestają mówić jednym głosem, to jest to już wyraźna oznaka tego, że w tym prawicowym kotle już zaczyna wrzeć. Reakcja na to wrzenie może być trojakiego rodzaju – uważa szewc Fabisiak. Można dolewać oliwy do ognia, gasić ów ogień ciepłą wodą z kranu albo zastosować starą sprawdzoną urzędniczą metodę: nie reagować i przeczekać aż się sprawy same rozwiążą.

Wydaje się, że rozdający karty i rozgrywający wszystkich pozostałych uczestników gry rozwiązał już ten dylemat wybierając pierwszy ze wspomnianych wyżej wariantów. Tym też, zdaniem szewca Fabisiaka, należałoby tłumaczyć sformułowaną przezeń zapowiedź reorganizacji rządu poprzez uszczuplenie w nim pozycji pisowskich partnerów koalicyjnych, którzy, co całkiem zrozumiałe, niechętnym okiem na to wysiudanie spoglądają. Cały ten manewr można by tłumaczyć na różne sposoby. Interpretacja psychologiczna nakazywałaby upatrywanie się tu cech osobowościowych samego prezesa i mentalnie mu bliskiego otoczenia polegających na permanentnej konfliktotwórczej swarliwości. Jednak za bardziej prawdopodobne szewc Fabisiak uznaje dążenie do umocnienia PiS jako twardego i lojalnego jądra rządzącego konglomeratu. Zwłaszcza, że poszczególne elementy tegoż konglomeratu zaczynają nieco brykać i prowadzić samodzielną konkurencyjną wobec innych frakcji politykę.
Chodzi tu o perspektywiczne pozyskiwanie wyborców o orientacji konserwatywno-prawicowej w zbyt dużym, jak na apetyty PiS, stopniu zagospodarowanym przez Konfederację. Skoro konfederaci nie chcą – co z ich punktu widzenia jest wyborem racjonalnym, gdyż czują się na tyle silni, że pozycja przystawki PiS nie jest dla nich szczególnie atrakcyjna – to my im tych wyborców odbierzemy. W tym kontekście zrozumiała jest inicjatywa Zbigniewa Ziobry odnośnie wypowiedzenia Konwencji Stambulskiej, która to inicjatywa nie jest zbyt ochoczo wspierana przez partię Kaczyńskiego. Za to Ziobro zyskał dla niej poparcie ze strony konfederatów wczuwając się w ich ideologiczne imponderabilia. Czy oznacza to, że Ziobro i jego ekipa szykuje się do utworzenia wspólnego z Konfederacją bloku na przyszłe wybory widzą tu większą szansę załapania się na posłowanie niż w przypadku zdania się na łaskę i niełaskę wszechwładnego prezesa? – zastanawia się szewc Fabisiak.

Z kolei wiadomo, że relacje Ziobry z Morawieckim nie są bynajmniej wzorcowym przykładem wewnątrzrządowej współpracy. Wiadomo też, że Kaczyński stawia na bardziej pod względem uległości przewidywalnego Mateusza Morawieckiego czego dał wyraźny sygnał mówiąc, że zapowiadana reorganizacja rządu nie obejmie osoby premiera. Szewc Fabisiak zauważa, że również urzędujący premier czyni gesty pod adresem wyborców Konfederacji. Dlatego też zaproponował utworzenie funduszu patriotycznego mającego głównie wśród pokolenia promować postawy będące przedmiotem długotrwałej i konsekwentnej indoktrynacji ze strony IPN. Toć właśnie ów fundusz ma rozdawać dutki młodym propagatorom jedynie słusznej polityki historycznej i oczywiście spójnej z linią programową Konfederacji. Morawiecki ma sposób myślenia bankowca i dlatego rozumie, że do ludzi bardziej przemawia kasa niż wzniosłe idee nawet z tą kasą powiązane. Z kolei Ziobro to typ propagandzisty, showmana, który lepiej czuje się przed telewizyjnymi kamerami niż za urzędniczym biurkiem. Dlatego też o swoim antystambulskim pomyśle wypowiada się w świetle tychże kamer a nie, jak to czyni premier, na kameralnych spotkaniach z grupą sympatyków klakierów. W związku z powyższym o wypowiedzeniu konwencji wiedzą wszyscy, natomiast o funduszu mało kto pamięta i mało kto się na jego temat wypowiada.
Wnikliwi obserwatorzy wewnętrznych pisowskich rozgrywek zwrócili uwagę na jeden istotny fakt. Otóż na obrzęd wręczenia powtórnej prezydenckiej nominacji Andrzejowi Dudzie prezes Kaczyński nieco się spóźnił ale za to wcześniej wyszedł. Czy jest to sygnał o słabnącej pozycji bądź co bądź głowy państwa? Szewc Fabisiak przypomina sobie jak przed laty sowietolodzy na podstawie tego, kto na trybunie stoi bliżej a kto dalej sekretarza generalnego KC KPZR wysnuwali wnioski co do ich pozycji w hierarchii władzy. Uczeni sowietolodzy nie przewidzieli jednak najważniejszego – mianowicie rozpadu Związku Radzieckiego. Szewc Fabisiak ma nadzieję, że znajdą się analitycy, którzy nie omylą się w prognozach co do końca państwa PiS.

Zbigniew – jeden, Mateusz – zero

Znowu chorują. I chorować będą. Na początku kwietnia rząd mówił, żeby siedzieć w domach jak chorych było mniej na dobę niż dzisiaj, a teraz, kiedy obrodziło, premier przekonuje że covidu już nie ma. Ale może to jednak ja jestem inny, bo za krótko byłem w wojsku.

Jakby tego było mało, towarzystwo rządowe żre się miedzy sobą o strefy wpływów. Z jednej strony mości się premier, a z drugiej obrasta w pretorianów i pokazuje kły minister Ziobro. Prezes siedzi sobie tymczasem wygodnie i patrzy, jak mu się gówniażeria bije na podwórku. Raz podszczypie jednego, to znowu napuści drugiego i kąsają się jak szczury w klatce nawzajem, raz za razem.

Sulejówkiem dla Kaczyńskiego i zwieńczeniem jego misji dziejowej wcale nie byłaby prezydentura, jak jeszcze do niedawna uważali naiwni. Koroną ziemi polskiej polityki Jarosława Kaczyńskiego jest i pozostanie wsadzenie Donalda Tuska do więzienia. Niestety dla Kaczyńskiego, jaki by Tusk słaby nie był, w najbliższym czasie jest to bardzo mało prawdopodobne. Zadowolić więc musiał się prezes głową Sławomira Nowaka. Kamień węgielny pod zatrzymanie Nowaka położył oczywiście Mariusz Kamiński i jego chłopcy z CBA, ale nie obyłoby się toto bez aktywnego wsparcia resortu pana Zbyszka. Zapunktował więc minister u prezesa mocno, dając do zrozumienia niezdecydowanym w obstawianiu, na kogo należy postawić w tych regatach. Z drugiej strony premier Morawiecki też nabrał wiatru w żagle i przywiózł z dalekiej wyprawy z Brukseli sporo kapusty. Tzn. przywiózł mniej niż inni premierzy dotychczas, ale i klub skąpców nie był dla biedoty europejskiej w tym roku aż taki hojny, więc na jedno wyszło. Zbigniew Ziobro nie zamierzał jednak czekać na swoją szansę długo i postanowił wyprzedzić ruch przeciwnika. Uderzył mocno. Mniej więcej tak, jak pijany mąż-sadysta leje jak worek swoją żonę i progeniturę. Zapowiedział, że Polska w najbliższym czasie wycofa się z tzw. konwencji stambulskiej.

Konwencja stambulska, czyli Konwencja Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, zobowiązuje państwa, które ją podpisały, m.in. do zmiany prawa, tak by definicja przestępstwa przemocy seksualnej opierała się na braku zgody osoby pokrzywdzonej. Są w niej również inne, progresywne rozwiązania i zapisy, mające chronić słabszych i słabsze przed ciemiężycielami w ich własnych domach. Zbigniewowi Ziobrze konwencja stambulska nie podoba się dlatego, że znalazł w niej słowo LGBT oraz wzmianki o edukacji seksualnej. Zdaniem ministra Ziobry, to wystarczające przesłanki do tego, żeby wyrzucić zapisy konwencji stambulskiej do kosza, bo polskie kodeksy gwarantują te same prawa bitym żonom i dzieciom, ale bez lewackiej ideologii sączonej do głów maluczkich oraz plucia na krzyż i godło. Zapunktował więc minister u prezesa po raz drugi, a twarde jądro partii aż pisnęło z zachwytu, jakiegoż mamy mocnego i mądrego ministra. Jak mamy krajowe, a do tego lepsze, to po co ludziom mącić w głowach obcym i zdegenerowanym? Genialne w swojej prostocie.

Covid rośnie u nas na potęgę. Gdzie indziej też, więc akurat nie powinniśmy się tym specjalnie przejmować, że tak nas Pan Bóg pokarał za grzechy ojców. W domach z betonu siedzą na kwarantannach, na bezrobociu albo na hołmofisie ludzie razem ze swoimi rodzinami. Frustrują się, bo nie mogą wyjść z domu, napić się, zadzwonić po dilera, po kumpla z roku albo spod celi, a jak wiemy, frustracja rodzi agresję. Chyba jeszcze nikt się nie wysilił na to, żeby zbadać, jak bardzo wzrósł u nas odsetek bijących mężów i ojców wraz z zabetonowaniem narodu pod rygorem i sankcją. Nie trzeba jednak być specjalnie lotnym ze statystyki, żeby zaryzykować sąd, że coś na pewno się w tej materii ruszyło. Nie trzeba też profesury z politologii, żeby wiedzieć, z jakimi konsekwencjami społecznymi i politycznymi wiąże się śmiała deklaracja Zbigniewa Ziobry. Przez grzeczność tylko pomijam ogólny wydźwięk tego kroku w cywilizowanym, zachodnim świecie, bo tam już od jakiegoś czasu wiedzą, że nie należy się po Polsce spodziewać niczego specjalnie mądrego. Tę rundę zdecydowanie wygrywa zawodnik w prawym narożniku. Zbigniew – jeden, Mateusz – zero, albo odwrotnie, jak mawiał klasyk.

Polski Kościół daleko za współczesnością

JUSTYNA KOĆ: Ministerstwo Sprawiedliwości zapowiada wypowiedzenie konwencji stambulskiej, bo ta mówi o religii jako przyczynie przemocy wobec kobiet. „Chcemy wypowiedzieć ten genderowski bełkot ratyfikowany przez PO i PSL” – słychać z ministerstwa.

KRZYSZTOF MĄDEL: Być może w treści konwencji istnieje niezbyt fortunne sformowanie, sugerujące, że religia może być źródłem przemocy w rodzinie, ale na pewno nie należy czytać go w sposób złośliwy i podejrzliwy. Nie można traktować niedoskonałości tekstu jako pretekstu do „wylania dziecka z kąpielą”.

Na pewno można postawić tezę, że wśród znanych dużych, poważnych tradycji religijnych niektóre nie nadążają za współczesnością. W obrębie katolicyzmu mieliśmy takie głosy – jeden z bardziej rozpoznawanych jezuitów na świecie, kardynał Mediolanu Martini, już na emeryturze powiedział, że Kościół jest ok. 200 lat spóźniony za współczesnością. Sądzę, że można przyjąć, że pewne elementy tzw. tradycyjnego postrzegania rodziny czy płci mogą mieć wartość historyczną, a pewnych manier społecznych nie należy bronić za wszelką cenę.

Patriarchalna rodzina chyba na wszystkich szerokościach geograficznych jest przeżytkiem,

chociaż jest inaczej postrzegana na Wschodzie w krajach muzułmańskich, a inaczej w Europie, która jest zsekularyzowana.

Jakkolwiek będziemy złośliwie interpretować ten tekst, to prawdą jest, że każda z wielkich religii jest przeciwko przemocy, włącznie z judaizmem, chrześcijaństwem czy religiami Dalekiego Wschodu. Po to religie próbują oswoić zastany świat i powiedzieć coś o niebie, żeby człowiek mógł zrezygnować z przemocy. Oczywiście wszystkie religie mają swoje nieszczęśliwe epizody, ale ciągła reinterpretacja tradycji stopniowo zmierza do uznania równej godności osób, pokoju, rezygnacji z przemocy itd.

Kościół dużo mówi o ochronie rodziny, politycy rządzącej partii także, a jednak z konwencją antyprzemocową im nie po drodze.

Być może ministerstwo nie do końca to rozumie, ale nie sądzę, żeby to stanowisko było do utrzymania. Na pewno autorytety religijne, także krajowe, chętnie zgodzą się tym, że gdyby pojawiły się we wspólnocie elementy przemocowe, to świadczą o braku autentyzmu życia chrześcijańskiego. Między wszystkimi czytelnikami konwencji antyprzemocowej chyba też panuje tu zgodność.

Mamy bardzo dużo do zrobienia, jeśli chodzi o przemoc w rodzinie, ja sam w Nowym Sączu przez blisko 2 lata byłem konsultantem w MOPS-ie, w jednostce, która zajmowała się przemocą w rodzinie.

Po co jest teraz wyciągana sprawa konwencji stambulskiej? I tak mamy w Polsce spór o fundamentalne wartości…

Jest teoria wśród politologów, że po śmierci wielkich ideologii wyróżniki kulturowe staną się codziennym językiem polityki. Mówił o tym także Samuel Huntington w „Zderzeniu cywilizacji…”. Gdy umarły wielkie ideologie, które napędzały dyskusję polityczną w ramach porządku politycznego w starych demokracjach, ale też napędzały spór wielkich bloków, jak komunizmu ze światem cywilizowanym, doprowadzono do sytuacji, kiedy czynniki bardziej lokalne, kulturowe determinują i motywują opinię publiczną. To powoduje, że partie, nie umiejąc zaangażować się w dojrzały sposób w pomoc obywatelowi, wracają do starych, czasem kompletnie nieaktualnych kodów kulturowych.

Przywołał ksiądz opinię biskupa Mediolanu, który miał stwierdzić, że Kościół jest 200 lat za teraźniejszością. Rozumiem, że miał na myśli włoski Kościół. Ile lat do tyłu jest zatem Kościół polski?

Na pewno wiele więcej. Tradycyjna narracja na temat dylematów polskiego Kościoła odnosi się do dziedzictwa Soboru Watykańskiego II w drugiej połowie lat 60. Obrady zakończyły się bardzo istotnymi dokumentami, z których niektóre są absolutnie przełomowe, bo wiążą się ze stworzeniem nowego języka, którym Kościół opisuje swój stosunek do świata, do współczesności, do innych religii itd. Zawsze mówiono, że ponieważ w Polsce żyliśmy pod komunistycznym kloszem, to nasz Kościół nie wcieli tych idei soborowych. Oczywiście zmieniono liturgię, ale to, jak patriarchalnie funkcjonuje ksiądz proboszcz czy biskup, już nie.

Polski duchowny statystycznie nie mówi w języku łacińskim, który nie jest specjalnie potrzebny, ale nie zna też greki, która jest absolutnie potrzebna do tego, aby czytać ewangelię.

Nie zna hebrajskiego, zatem nie może czytać Starego Testamentu, zatem w kaznodziejstwie próbuje wyjaśnić swoim wiernym, o czym mówią stare księgi, choć nie jest do tego sam przygotowany. Nie ma przygotowania, aby samemu modlić się w sposób pełny, czyli angażując całą osobę (wyobraźnię, świadomość, przeszłość, emocje i uczucia), zatem nie potrafi towarzyszyć w modlitwie swoim wiernym. Często część jego wiernych sama czyta Pismo Święte, czasem odbywa nawet studia teologiczne i jest dojrzalej zaangażowana w życie liturgiczne Kościoła, niż sam ksiądz. To na świecie się zmieniało, w Polsce – nie.

W czasach komunizmu wystarczyło być na kontrze, aby jakoś wyjaśnić rzeczywistość. Wystarczało odrzucać przynależność do partii, prezentować ogólną niechęć do zastanego porządku, aby być dobrym patriotą jako duszpasterz. Dzisiaj to jest kompletnie niedojrzała postawa.

Mam wrażenie, że dziś jest na odwrót, a współpracę rządzących z Kościołem widać gołym okiem.

Oczywiście i to prowadzi do tego, że proboszcz jeśli widzi, że ktoś z liderów politycznych pojawia się w Kościele, to już darzy go sympatią i nie wnika, czy realizuje zadania publiczne jak należy, czy jest skorumpowany, tylko czy np. dołoży na remont kościoła. To powoduje kumoterstwo, które może siać tylko zgorszenie wśród wiernych. Aby ksiądz mógł funkcjonować odpowiednio w świecie, powinien mieć znajomość katolickiej nauki społecznej, która w jakiś sposób wyjaśnia sama zasadę sprawiedliwości, pewne ogólne pojęcia z zakresu etyki społecznej, i powinien swoim wiernym, także liderom politycznych w swojej społeczności, przypomnieć o godności człowieka, o obowiązku respektowania wszelkich praw, o obowiązku płacenia podatków.

Jeżeli ksiądz nie potrafi tego zrobić, to zostają mu proste tożsamości i tak jak kiedyś odrzucał całą rzeczywistość, tak dziś wybiera sobie tylko część tej rzeczywistości i często sprzymierza się w politykami, którzy potrzebują tylko fasadowej rzeczywistości. Chcą się tylko pokazać w obecności symboli religijnych, księdza czy na uroczystości.

Dodać trzeba, że seminaria katolickie funkcjonowały trochę jak szkoły zawodowe, bo kiedy władze komunistyczne na początku lat 50. pozamykały wydziały teologiczne na uniwersytetach, seminaria stały się szkołami, które przygotowywały księży bez jakiejkolwiek poważniejszej wymiany myśli akademickiej. To osamotnienie szkół seminaryjnych występuje tylko u nas, nie ma tego nigdzie w Europie. Wszędzie są one łączone z uniwersytetami, księża są tam zresztą w mniejszości, zatem mamy świetnych teologów czy filozofów, psychologów, a środowisko jest bardziej zintegrowane ze środowiskiem akademickim. Wówczas jest większa szansa, że młodzi duchowni mają szersze horyzonty.

Ma ksiądz autorytety w polskim Kościele?

Oczywiście. To ksiądz prymas Polak, oczywiście bp Ryś. Ks. Polak w sprawie najważniejszej dla polskiego Kościoła zachowuje się wzorowo i bez zarzutu. O ile wiem, on nie ma specjalnego przygotowania psychologicznego czy terapeutycznego, a kiedy trzeba było zareagować na kolejne skandale pedofilskie w Kościele, łącznie z przypadkami, które ujawniły media i film braci Sekielskich, on zareagował najlepiej jak potrafił, dla mnie wzorowo, łącznie z tym, że spotkał się z panem Jakubem i poprosił go o pomoc, zaprosił do fundacji, bo rozumiał, że może się od niego wiele tu nauczyć.

Niektórzy biskupi zachowują się za to tak, jakby naczytali się prawicowych pism i pomstują tylko, nie potrafią przeprosić, nie potrafią nawet właściwie ocenić sytuacji.

W sprawach lustracji dzielnie się spisał ksiądz Isakowicz-Zaleski, bo powoli, ale napisał książkę, która wyjaśniała wiele problemów. I oczywiście ksiądz Boniecki, który moim zdaniem jest nieoceniony w kwestii dojrzałej oceny sytuacji Kościoła w Polsce, ale także sporu politycznego.

Czy polski Kościół poradzi sobie z problemem pedofilii?

Doświadczenie kościołów na świecie pokazuje, że nie. Najsłynniejszy przykład to słynna afera bostońska opisana później w filmie Spotlight – dopóki nie pojawiły się artykuły, książki, w końcu film, to Kościół reagował niewłaściwie. Tak jakby sami nie zdawali sobie sprawy, że idąc w zaparte i wmawiając, że to atak na Kościół, mnożą cierpienia ofiar.

Mam świadomość, że to, że ks. prymas Polak czy mój współbrat ojciec Adam Żak reagują właściwie, to tylko dlatego, że oni już odrobili lekcję dojrzewania, która odbyła się w innych krajach.

Większość księży niestety reaguje niewłaściwie, mnożąc cierpienia ofiar. Dlatego tak ważna jest edukacja, bo jeden reportaż czy film nie zmieni świadomości. Potrzeba tego więcej, bo to nie dyrektywy watykańskie czy nowele kodeksu postępowania karnego, tylko właśnie świadomość może to zmienić. Dużo wody musi jeszcze upłynąć, zanim w każdej kurii będzie pełnomocnik, który szybko, precyzyjnie i adekwatnie będzie reagował na każde oskarżenie czy nawet wiadomość w przestrzeni publicznej.

Jako pierwszy musi adekwatnie zareagować episkopat, a na razie wszyscy mamy w pamięci konferencję, gdzie zaprezentowano tzw. raport o stanie Kościoła, jeżeli chodzi o sposoby reagowania na przestępstwa o charakterze pedofilnym, który był jedną wielką porażką. Biskupi w większości reagowali jakby w ogóle nie wiedzieli, co to jest molestowanie, na czym polega trauma, która się przez lata później ciągnie i można na niej żerować. Nie mając świadomości, że ofiara ciągle jest zamknięta, wmawiać jej, że „nie mów nikomu”. To tradycyjna odruchowa, bardzo prymitywna reakcja ojca, matki, księdza, wychowawcy itd.

To, co się stało z bp. Edwardem Janiakiem, może być taką pierwszą jaskółką?

Tak. Watykan bardzo późno, ale w końcu sam podjął właściwą regulację. Natomiast mogę sobie wyobrazić, że gdyby nie było filmów i artykułów, to zarówno duchowni w Polsce, jak i Watykan by nie reagowali. Martwi mnie to, że dopiero kiedy problem rozlał się na cały kraj, to możemy spodziewać się właściwiej reakcji.

To oznacza, że każda ofiara musi iść do mediów, sama opowiadać do kamery, iść do swojego przestępcy, aby wszyscy zrozumieli, jak ona cierpi. To przerażające.

Nie tylko Kościół ma z tym problem. Podobne mechanizmy działają przy sprawie pana Kurskiego, syna prominentnego polityka PiS-u. Tam też się nie wierzyło i nie wierzy ofierze.

Tak, ale może powinniśmy wyciągnąć z tego wniosek, aby się nie zniechęcać? Dziecko molestowane cierpi zupełnie inaczej, niż osoby dorosłe. Nastolatek ma już umiejętność nazwania problemu i może lepiej, gorzej, ale zakomunikować swój problem. Jeszcze lepiej poradzi z tym sobie osoba dorosła. Dziecko często dopiero po 40 latach, kiedy samo ma dzieci, jest w stanie powiedzieć o tym i jakoś zareagować, ponieważ psychika dziecka wypiera to wszystko do podświadomości, aby ocalić jakąkolwiek zdolność funkcjonowania. Dziecko przeżywa tylko strach, przerażenie, a zachowania seksualne są atematyczne, ono w ogóle nie rozumie, co się dzieje. Przez lata ofiara może w taki sposób funkcjonować.

Jak bardzo na problem pedofilii w Kościele wpływa sojusz tronu z ołtarzem, który widzimy obecnie w Polsce?

Nie umiem ocenić tego precyzyjnie, ale na pewno coś takiego jest. Minister sprawiedliwości, który jest zagorzałym przeciwnikiem pedofilii, jest jednocześnie autorem zalecenia, aby prokurator nie naciskał za bardzo na wydanie dokumentów z kurii. Moim zdaniem rekomendacja powinna być zupełnie inna.

Powstanie komisji ds. pedofilii też nie napawa optymizmem, bo komisja ma tak szeroki zakres, że pewnie żadnej pracy nie wykona.

Kościół już raz mocno zaangażował się politycznie na początku lat 90., co przypłacił dużym spadkiem popularności. To z tamtego okresu pochodzą słowa bp. Michalika – niech Polacy głosują na Polaków, a Żydzi na Żydów itd. Od tego czasu episkopat jako całość, ale i pojedynczy księża już nigdy tak jasno nie zaangażowali się w działalność polityczną, bo odbyli lekcję. Teraz Kościół ma do odrobienia podobną lekcję. Co prawda kilka dni temu słyszałem, jak bp Dec, emeryt z diecezji świdnickiej, tłumaczył, że Trzaskowski to opcja szatańska, a Duda to opcja anielska, ale na dłuższa metę taka symbioza z politykami służy politykom, ale nie Kościołowi.

Kobiety znów wyszły na ulice

Zapowiedzi wypowiedzenia konwencji stambulskiej wzburzyły Polki. Kobiety w różnym wieku, o różnych poglądach i statusie społecznym, wyszły na ulice, by żądać od państwa ochrony przed przemocą.

Warszawa, Poznań, Lublin, Wrocław, Łódź i inne polskie miasta były 24 lipca areną wielotysięcznych protestów przeciwko próbom wypowiedzenia konwencji stambulskiej.

W Warszawie protestujące udały się pod siedzibę ultrakonserwatywnej fundacji Ordo Iuris, z której stale wychodzą inicjatywy ograniczenia praw do przerwania ciąży, a teraz również od wypowiedzenia dokumentu, który ma wzmacniać ochronę obywatelek przed przemocą. Problem istnieje – 70 tys. kobiet rocznie pada ofiarami przemocy w związkach i rodzinach, a to tylko dane oficjalne, wynikające ze zgłoszeń na policję, a więc niechybnie zaniżone. Ocenia się, że poszkodowanych jest kilkakrotnie więcej. Około 500 osób ginie rocznie w wyniku przemocy ze względu na płeć. Podczas warszawskiej demonstracji głośno odczytywano jedną z makabrycznych historii o przemocy wobec kobiet – historię Elżbiety, zamordowanej przez męża 38 uderzeniami nożem.

Demonstrantki niosły hasła „Nie dla piekła kobiet”, „Nie dla przemocy”, „Nie dla legalizacji przemocy domowej”, „Nie będzie Ordo Iuris pluło nam w twarz”. Ordo Iuris napisało na Twitterze, że pod ich siedzibą zgromadziło się „300 lewicowych aktywistów aborcyjnych i ideologów LGBT. Skandowali wulgarne, agresywne okrzyki”. To zapewne aluzja do petycji, którą przekazała Klementyna Suchanow, działaczka feministyczna. Zawierała ona prosty apel do Ordo Iuris: „Przestańcie nas wk***wiać”. Równocześnie ultrakonserwatyści w oczywisty sposób zaniżyli liczbę kobiet, które sprzeciwiały się ich pomysłom.

– Jestem tutaj bo mogę. Mogę mówić to, co myślę, publicznie. A jestem kobietą. Nie zawsze tak było i wciąż nie wszędzie tak jest. W różnych kulturach i różnych czasach inaczej jest skonstruowana płeć kulturowa. To jest właśnie ten straszny gender, którego tak bardzo boją się politycy PiS i aktywiści Ordo Iuris – powiedziała do zebranych aktywistka Warszawskich Dziewuch Magdalena Staroszczyk. Zaznaczyła, że zdaje sobie sprawę z tego, że tłumaczy sprawy dla zgromadzonych oczywiste, chciałaby jednak, by ta definicja gender wybrzmiała jeszcze raz i dotarła do wiceministra sprawiedliwości Marcina Romanowskiego, tego samego, który nazwał konwencję stambulską „genderowym bełkotem”.

Warszawska manifestacja przeszła następnie pod budynek Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. W kilkutysięcznym tłumie była m.in. posłanka Lewicy Wanda Nowicka.

W Lublinie około 100 osób na pl. Łokietka wyrażało swój gniew wobec planów władz wypowiedzenia konwencji stambulskiej. „To, co najbardziej boli to to, że nasz rząd, nasz prezydent, o czym mówił zresztą w kampanii wyborczej, wyobraża sobie rodzinę za zamkniętymi drzwiami, za którymi może dziać się praktycznie wszystko. I państwo polskie nie ma narzędzi, by za drzwi wejść, by mieć wpływ na to, co się tam dzieje” – mówiła do zgromadzonych Maja Zaborowska, działaczka partii .Nowoczesna.

We Wrocławiu z kobietami walczącymi o swoje prawa była posłanka Lewicy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. – Rząd Prawa i Sprawiedliwości obraża tradycyjne rodziny, Polki i Polaków przywiązanych do tradycji, w której nie obowiązuje zasada, że trzeba przywalić żonie lub uderzyć dziecko – powiedziała, a następnie przypomniała, że prawdziwe tradycje to wspólnie spędzany czas czy święta w rodzinnym gronie.

W Bydgoszczy przeciwniczki i przeciwnicy wypowiedzenia konwencji protestowali na ul. Mostowej.

O możliwości wycofania się Polski z konwencji stambulskiej informowała Marlena Maląg, minister rodziny, pracy i polityki społecznej, sygnalizował to również prezydent Duda. Ostatnie wypowiedzi ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry nie pozostawiają już żadnych wątpliwości: stosowna procedura będzie wdrażana i to niedługo.

Czy rząd wypowie wojnę kobietom?

Po jednoznacznym wpisie na Twitterze członka polskiego rządu, wiceministra sprawiedliwości, Marcina Romanowskiego, że rząd chce wypowiedzieć Konwencję Stambulską, posłanki Lewicy zażądały wyjaśnień.

Reakcja posłanek jest ze wszech miar uzasadniona. Trzy dni temu Marcin Romanowski zamieścił taki oto wpis: „Konwencja stambulska mówi o religii, jako przyczynie przemocy wobec kobiet. Chcemy wypowiedzieć ten genderowski bełkot ratyfikowany przez Platformę i PSL. Opinia zagranicy nas nie interesuje. Dla nas podstawą jest suwerenne państwo narodowe” napisał wiceminister na Twitterze.

Trudno uznać tę dość zresztą chamską deklarację za zdecydowanie prywatną wypowiedź, tym bardziej, że Romanowski użył liczby mnogiej, zatem dużą część internautów dopytywała się, czy to oficjalne stanowisko rządu.

Prawicowa deklaracja

Miejsce pracy Romanowskiego, czyli Ministerstwo Sprawiedliwości, zaprzeczyło, by wypowiedź wiceministra nosiła charakter oficjalny. Inna sprawa, że wydany komentarz, z założenia uspokajający, w uszach kobiet nadal mógł brzmieć złowróżbnie: „Wyrażony przez wiceministra sprawiedliwości Marcina Romanowskiego pogląd nie jest stanowiskiem polskiego rządu, a polityczną deklaracją Solidarnej Polski, która od początku opowiadała się przeciwko ratyfikacji konwencji stambulskiej i nadal optuje za jej wypowiedzeniem. Uważa ten dokument za manifest o charakterze polityczno-ideologicznym, a nie pomocowym, który promuje wartości szkodliwe dla Polski i polskiego społeczeństwa”. Resort ministra Ziobry w odpowiedzi dziennikarzom TOKFM dodał także, że Konwencja Stambulska jest manifestem o „marksistowskim, lewicowym charakterze, który fałszywie wskazuje na źródła przemocy”.

List kobiet Lewicy

W związku z powyższym posłanki Lewicy skierowały do premiera Morawieckiego list, w którym żądają jasnej deklaracji co do planów rządu: „Pytamy zatem Pana Premiera, czy rzeczywiście rząd RP zamierza wycofać podpis pod tą Konwencją? Gdyby taka była intencja Pana Premiera, to Polska cofnęłaby się o dziesięciolecia, jeśli chodzi o przestrzeganie praw kobiet. Dla międzynarodowych instytucji byłby to kolejny sygnał, że Polska schodzi z drogi, którą podążają wszystkie demokratyczne kraje Europy i w jawny sposób przyzwala na dyskryminację kobiet i tolerowanie przemocy domowej.

Wycofanie się z Konwencji przez rząd Pana Premiera byłoby przez Polki odebrane jako wypowiedzenie wojny kobietom, której, mamy nadzieję, Pan Premier nie chce wywołać. Gdyby jednak zdecydowałby się Pan Premier na ten krok, kobiety nigdy tego Panu nie wybaczą”.

Pod listem podpisały się: Wanda Nowicka, Joanna Scheuring-Wielgus, Daria Gosek-Popiołek, Monika Pawłowska, Joanna Senyszyn, Katarzyna Ueberhan, Marcelina Zawisza, Paulina Matysiak, Magdalena Biejat, Małgorzata Prokop-Paczkowska, Monika Falej, Anita Sowińska, Beata Maciejewska.

Premier ma obowiązek udzielić odpowiedzi w ciągu 21 dni.