Fundusz Kościelny – 71 – rocznica obowiązywania

Kościół i państwa demokratyczne świata zachodniego przez lata uczyły się zasady rozdziału tego, co religijne, od tego, co laickie. Relacje między państwem a kościołem były też jedną z najważniejszych kwestii politycznych w okresie wyłaniania się nowoczesnych państw.

Istnienie ustrojów demokratycznych wiąże się z respektowaniem zasady świeckości państwa, której najważniejszym komponentem powinna być neutralność światopoglądowa. Czynnikiem sprzyjającym popularyzacji idei państwa świeckiego był rozwój doktryny wolności i praw człowieka. Zwłaszcza Konwencja o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności (EKPCz) z 1950 r. oraz orzecznictwo w sprawach wyznaniowych organów Rady Europy w tym Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Obowiązek zachowania neutralności przez władze publiczne w sprawach religijnych, to jedna z zasadniczych i trwałych tez orzecznictwa strasburskiego w związku z art. 9 EKPCz, gwarantującym wolność myśli, sumienia i wyznania.

Kościół katolicki, konsekwentnie opowiadał się za państwem wyznaniowym, dlatego nie bez trudności porzucił to przekonanie na rzecz państwa świeckiego dopiero w II połowie XX w.- na II Soborze Watykańskim (1962-1965)- uznając równouprawnienie wszystkich związków wyznaniowych – miejmy nadzieję, że stanie się to utrwaloną zasadą, określającą zachowanie instytucji kościoła jako całości.

Obecnie nieliczne państwa są albo konsekwentnie świeckie jak np. Francja albo konsekwentnie wyznaniowe – Iran, w większości państw mamy do czynienia z kompromisem między dwiema zasadami: państwa świeckiego i państwa wyznaniowego np. Wielka Brytania.

Państwami świeckimi można uznać te, które w ustawach zasadniczych deklarują nieistnienie religii, czy kościoła o charakterze państwowym. Nie istnienie kościoła państwowego przewidują konstytucje: Niemiec czy Estonii. Stwierdzenia, że żadna religia nie może być uznana za państwową lub obowiązującą zawarto w konstytucjach: Hiszpanii , Litwy , Rosji , Ukrainy i Serbii.

W konstytucji RP z 1997 dominuje przewaga rozwiązań charakterystycznych dla państwa świeckiego: bezstronność władz publicznych, niezależność państwa i związków wyznaniowych, prawo milczenia, równouprawnienie związków wyznaniowych, wolność sumienia i wyznania jednostki. Art. 25 ust.3 stanowi, że „Stosunki między państwem a kościołami i innymi związkami wyznaniowymi są kształtowane na zasadach poszanowania ich autonomii oraz wzajemnej niezależności każdego w swoim zakresie , jak również współdziałania dla dobra człowieka i dobra wspólnego” Niestety w ustawodawstwie zwykłym ustawowym i podstawowym: rozporządzeniach, zarządzeniach, okólnikach zapomina się o tych konstytucyjnych zasadach i tworzy się przepisy będące często ich naruszeniem lub nawet zaprzeczeniem.

Warto wskazać przykłady: pomimo zasadniczej nowelizacji Konstytucji z 1952 r., co nastąpiło w grudniu 1989 roku, norma art. 82 ust. 2, iż Kościół jest oddzielony od państwa, obowiązywała formalnie, aż do dnia 17.10.1997 r., tzn. do momentu wejścia w życie nowej Konstytucji RP. Mimo to, w 1990 na podstawie instrukcji, nie będącej źródłem prawa rząd Tadeusza Mazowieckiego wprowadził religię do szkół, co było niezgodne z konstytucją oraz ustawą o rozwoju systemu oświaty. Ustawa nie tylko dopuściła nauczanie religii w szkołach, ale jako jedną z zasadniczych dyrektyw funkcjonowania systemu oświatowego, wskazała respektowanie chrześcijańskiego systemu wartości. Szczególny sprzeciw budziła kwestia opłacania z budżetu państwa powiększającej się liczby katechetów. Rzeczywistość odzwierciedla sprzeczność między zasadami a praktyką działania władz publicznych.

W konkordacie, nie unormowano w pełni spraw finansowych duchowieństwa oraz instytucji i dóbr kościelnych w Polsce. Treść art. 22 ust. 2 i 3 Konkordatu przewiduje powołanie komisji, która ma zająć się koniecznymi zmianami w sprawach finansowych Kościoła Katolickiego Brak tej komisji jest na rękę Kościołowi, bo wtedy musiałby respektować, Deklarację Wyjaśniającą do Konkordatu, przyjętą przez rząd Cimoszewicza ( IV 1997), w której znalazł się zapis dający prymatu w stanowieniu prawa stronie państwowej, w kwestiach finansowych. Za tego rodzaju komisję nie można uznać obradujących wspólnie komisji konkordatowych: kościelnej i rządowej. Obie komisje to odrębne byty organizacyjne , a ich przedmiotowy zakres dalece wykracza poza dyspozycję art. 22 ust. 2 Konkordatu. A tak przepis ten pozwala kwestionować uprawnienia naczelnych organów państwa polskiego do uregulowania zwłaszcza spraw opodatkowania czy dotowania kościelnych osób fizycznych i prawnych.

Kościół katolicki, jak mało, który unika wprowadzenia przejrzystości własnych finansów. W Polsce unika i unikał zawsze. Tzw. świętopietrze, czyli kwoty przekazywane przez Kościoły lokalne do Watykanu, zawsze owiane były tajemnicą. W Polsce Ludowej do r. 1989 r. też je płacono, choć tych pieniędzy nie przekazywano do Watykanu. Nie czyniono tego nie tylko, dlatego, że ówczesny złoty nie był wymienialny. Ale przecież finanse kościoła ,to nie tylko, te kwestie. Współczesne problemy z finansami kościoła mają również swą genezę w ustawie z marca 1950 roku o dobrach martwej ręki , o poręczeniu proboszczom posiadania gospodarstw rolnych i utworzeniu Funduszu Kościelnego. Kiedy to popełniono poważny błąd nie dokonując ewidencji przejętych nieruchomości kościelnych w ewidencji gruntów i budynków oraz w księgach hipotecznych. W archiwach, brak dokumentów stwierdzających, jakiej wielkości majątek został upaństwowiony. Kościół podaje, że zabrano mu ponad 400 tys. ha, w mediach pojawiają się informacje, że to było 170 tys.ha , funkcjonuje też liczba 130 tys. ha. Za każdym razem są to inne wielkości trudne do zweryfikowania. Fundusz Kościelny funkcjonuje do dziś i powstaje z części budżetu centralnego. Dziś w Polsce duchowni są jedyną uprzywilejowaną grupą społeczno-zawodową, która otrzymuje od państwa swoistego rodzaju prezent w postaci ubezpieczeń emerytalno-rentowych.

Tu warto przypomnieć pewne fakty z historii , otóż w Polsce międzywojennej , a do tradycji II RP wielu nawiązuje dziś szczególnie , warto przypomnieć zasady finansowania kościoła katolickiego wówczas obowiązujące, kiedy to kościół katolicki miał zagwarantowane naczelne miejsce wśród równouprawnionych wyznań. Mimo to księża katoliccy płacili podatek. Rozliczali ówczesny PIT w urzędach skarbowych w styczniu albo w lutym każdego roku. Ich deklaracja podatkowa podlegała następnie kontroli w kurii diecezjalnej i powiatowej komisji szacunkowej. Wpłacali również do kasy kurii składki na fundusz emerytalny. Nie była to zatem wydzielona grupa podatkowa, z którą mamy do czynienia w dzisiejszej Polsce. Przypomnę, że księża płacą dzisiaj ryczałt podatkowy, wymyślony jeszcze przez urzędników premiera Piotra Jaroszewicza. W 1932 r. weszła w życie, skonsultowana z Episkopatem, ustawa o składkach na rzecz Kościoła katolickiego. Obowiązuje ona do dziś, ponieważ nikt jej nie uchylił.

Proponuję, by polski Episkopat kierował się również wskazaniami Soboru Watykańskiego I – z 1936 r. Postanowiono na nim, że czynności religijne mają, być otaksowane. Taksa taka została opracowana w 1939 r. i leży w archiwum. Zadecydowano też, że we wszystkich diecezjach mają powstać rady parafialne. Nie utworzono ich. Co zdaje się być zrozumiałe, trwał okres PRL-u. Ale może warto wrócić o rozwiązań z okresu II RP.

Współcześnie system finansowania kościoła oraz jego duchowieństwa z budżetu państwa nie stanowi jednolitej całości i nie jest w pełni zgodny z postanowieniami Konstytucji z 1997 r. Podstawy prawne tego systemu są niejednolite, tworzą je akty prawne wydawane na przestrzeni ponad półwiecza, poczynając od ustawy z 1950 r. o przejęciu przez Państwo dóbr martwej ręki, poręczeniu proboszczom posiadania gospodarstw rolnych i utworzeniu Funduszu Kościelnego (zwana potocznie ustawą o dobrach martwej ręki) a kończąc na ustawie z 2008 r. o zmianie ustawy o finansowaniu Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego z budżetu państwa. Są to akty prawne o bardzo różnym charakterze, poczynając od partykularnej umowy międzynarodowej- Konkordatu , poprzez ustawy, np. z 17 maja 1989 r. o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w RP, ustawę z 1991 r. o podatku dochodowym od osób fizycznych, czy ustawę z 1992 r. o podatku dochodowym od osób prawnych, a kończąc na aktach w ogóle nie przewidzianych przez Konstytucję oraz konkordat.

Fundusz Kościelny – powołany na mocy art. 8 ustawy z 20 marca 1950 roku o przejęciu przez państwo dóbr martwej ręki, poręczeniu proboszczom posiadania gospodarstw rolnych i utworzeniu Funduszu Kościelnego- działa na rzecz wszystkich kościołów i innych związków wyznaniowych, posiadających uregulowany status prawny w Rzeczypospolitej Polskiej. Większość pieniędzy z Funduszu otrzymuje kościół katolicki. Formuła dla, której został powołany , jako rekompensata za upaństwowione mienie na podstawie ustawy z 1950 roku już się dawno wyczerpała. Nigdy Fundusz nie został oszacowany zgodnie z przyjętymi założeniami . Dziś mamy kuriozalną sytuację, a mianowicie, kościół katolicki , bo przede wszystkim , o ten kościół chodzi odzyskał z naddatkiem utracone mienie i dodatkowo otrzymuje środki z Funduszu Kościelnego. Jest to naruszenie konstytucyjnej i konkordatowej zasady autonomii i wzajemnej niezależności kościoła i państwa w swoim zakresie. Warto jednak wrócić na krótko do marca 1950 roku, czyli do momentu wejścia w życie ustawy o przejęciu przez Państwo dóbr martwej ręki, poręczeniu proboszczom posiadania gospodarstw rolnych i utworzeniu Funduszu Kościelnego. Nazywanie „dobrami martwej ręki” nieruchomości, przede wszystkim rolnych (ziemskich), należących do kościoła katolickiego, wyjaśniane jest dwojako: po pierwsze tym, że pochodzą one przeważnie z zapisów testamentowych dokonywanych na łożu śmierci- martwą ręką. Po drugie, niezbywalnością tych dóbr – są one martwe dla obrotu ziemią. Nieruchomości ziemskie Kościoła katolickiego wyszły uszczuplone z okresu rozbiorów wskutek konfiskat zaborczych. Tym niemniej był on w 1939 r. właścicielem 223 838,9 ha ziemi i 16 356,0 ha lasów. Wielkie dobra martwej ręki leżały na terenach byłych zaborów austriackiego i pruskiego, a także we wschodniej części b. zaboru rosyjskiego, poza tzw. Kongresówką. Natomiast na terenie Królestwa Polskiego (Kongresowego) carat po powstaniu styczniowym w odwet za popieranie go przez kler katolicki przejął nadwyżki gospodarstw rolnych proboszczów ponad 6 morgów (3,6 ha) oraz skasował większość klasztorów, przejmując ich majątek.

Objęcie gruntów kościelnych reformą rolną było w 1919 r. przedmiotem bardzo ostrych polemik i zostało odroczone do czasu zawarcia konkordatu. Konkordat zawarty 10 II 1925 przewidywał wykupienie przez państwo nadwyżek ziemi kościelnej z przeznaczeniem na reformę rolną. W polskim tłumaczeniu konkordatu mowa była o „gruntach rolnych”, ale oryginalny tekst francuski używał terminu terres arables („grunty orne”). Zatem użytki zielone, lasy i nieużytki, jak to interpretowała strona kościelna, nie miały być uwzględniane przy obliczaniu powierzchni pozostającej własnością kościelną. Wieloletni spór interpretacyjny uniemożliwił do 1939 r. reformę rolną gruntów kościelnych.

O przejęciu przez państwo dóbr martwej ręki stanowił przede wszystkim art. 1 ust. 1 ustawy: „Wszystkie nieruchomości ziemskie związków wyznaniowych przejmuje się na własność Państwa”. Wszystkie, więc bez względu na ich położenie i obszar. Ustawa powtarzała za dekretem o przeprowadzeniu reformy rolnej, że nieruchomości przechodzą na mocy prawa (więc niezależnie od daty faktycznego przejęcia) na własność państwa bez odszkodowania i (z nielicznymi wyjątkami) bez obciążeń „wraz z wszystkimi znajdującymi się na tych nieruchomościach budynkami, przedsiębiorstwami, zakładami oraz inwentarzem żywym i martwym” . Druga część ustawy dotyczyła gospodarstw rolnych proboszczów. Zostały one, w granicach obszarowych identycznych jak w dekrecie o przeprowadzeniu reformy rolnej, tj. 50 ha a w województwach: pomorskim, poznańskim i śląskim do 100 ha , poręczone proboszczom jako podstawa ich zaopatrzenia. Dekret określał, że gospodarstwami rolnymi proboszczów są nieruchomości ziemskie znajdujące się w ich posiadaniu, choćby były oddane w dzierżawę. Inaczej jednak niż przy reformie rolnej, w przypadku przekroczenia norm obszarowych upaństwowieniu podlegała tylko nadwyżka powierzchni ponad te normy, a nie całe gospodarstwo. Następnie w trzeciej części ustawy określonej w art. 1 ust. 4: „Dochody z przejętych nieruchomości przeznaczone są wyłącznie na cele kościelne i charytatywne”. Konkretnie zaś dochody te oraz uchwalane przez Radę Ministrów dotacje budżetowe tworzą Fundusz Kościelny (art. 8).

Świadczenia z tego Funduszu w myśl ustawy dotyczyć miały 5 kategorii celów z upoważnieniem dla Rady Ministrów do rozszerzenia tego wyliczenia. Celami tymi miały być: 1). utrzymanie i odbudowa kościołów; 2)udzielanie duchownym pomocy materialnej i lekarskiej oraz organizowanie dla nich domów wypoczynkowych; 3).objęcie duchownych ubezpieczeniem chorobowym w przypadkach uzasadnionych; 4).specjalne zaopatrzenie emerytalne społecznie zasłużonych duchownych; 5). wykonywanie działalności charytatywno-opiekuńczej (art. 9). Fundusz Kościelny podlegał nadzorowi Ministra Administracji Publicznej i działał na podstawie statutu uchwalanego przez Radę Ministrów. W 1988 r. trwały prace nad ustawowym uregulowaniem ubezpieczenia społecznego duchownych, przy czym wiadomo było, że część jego kosztów spadnie na zwiększony w tym celu Fundusz Kościelny. Nastąpiło to ustawą z 17 V 1989 o ubezpieczeniu społecznym duchownych. Dlatego w budżecie państwa na rok 1989 uzyskał on własną część budżetu centralnego (część 46), ale w nim dotacja na Fundusz Kościelny, była zakamuflowana pod nazwą „Różna działalność” i wynosiła 520 milionów ówczesnych złotych, co stanowiło 82% budżetu ówczesnego Urzędu ds. Wyznań. W latach 90-tych dotacja na Fundusz Kościelny była imiennie wykazywana w części budżetu centralnego obejmującej Urząd Rady Ministrów, a od 1997 r. wobec przekazania kompetencji w sprawach wyznaniowych do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji – w budżecie tego resortu. I tak dla przykładu budżet na 1994 r. przewidywał 110 mld zł na Fundusz Kościelny, z czego wydano 16,13 mld zł na działalność charytatywno-opiekuńczą kościoła katolickiego, 14,1 mld zł na działalność oświatowo-wychowawczą kościoła katolickiego (oraz 0,75 mld zł dla innych kościołów), 23,43 mld zł na remonty zabytków kościoła katolickiego (oraz 4,93 mld zł dla innych kościołów), zaś 51,625 mld zł na dopłatę dla ZUS do ubezpieczenia społecznego duchownych (rozbicie tej sumy na poszczególne Kościoły nie jest możliwe).

Ustawa z 13 X 1998 o systemie ubezpieczeń społecznych ustaliła, że Fundusz Kościelny ponosi 100% składek na ubezpieczenie emerytalne, rentowe i wypadkowe członków zakonów kontemplacyjnych klauzurowych i misjonarzy w okresach pracy na terenach misyjnych oraz 80% składek za pozostałych duchownych. Nie dotyczy to duchownych i członków zakonów nauczających religii w szkołach publicznych. Kuriozum jest finansowanie składek dla misjonarzy w okresie ich pracy na misjach. Czy Polska opłaca krzewienie katolicyzmu na świecie? Taka regulacja świadczy ewidentnie o wyznaniowym charakterze państwa. Składki ubezpieczeniowe za misjonarzy jeśli już, to powinny opłacać kraje misyjne, gdzie pełnią oni swoją posługę. Finansuje również ich ubezpieczenie zdrowotne, gdy przebywają w Polsce na urlopie lub leczeniu. Za podstawowe grupy kleru parafialnego i zakonnego Fundusz Kościelny opłaca 80% ubezpieczenia emerytalnego, nie opłaca zaś ubezpieczenia zdrowotnego, przy czym kler nauczający religii w szkołach może wybrać ubezpieczenie na zasadach pracowniczych. Płaci wówczas większe składki niż w przypadku ubezpieczenia duchownych, ale będzie miał w przyszłości wyższą emeryturę. Stosunkowo niewielką część Funduszu Kościelnego – około 15%, pozostałe po opłaceniu ubezpieczeń – stanowią dotacje na remonty i konserwację zabytkowych obiektów sakralnych oraz na działalność charytatywno-opiekuńczą i oświatowo-wychowawczą. Jednak na obiekty sakralne np. w 2004 r. Fundusz Kościelny przeznaczył 6 mln zł, zaś Ministerstwo Kultury w 2004 r. na ten sam cel wydatkowało około 14 mln zł. Wynoszące w 2004 r. 5 mln zł dotacje na działalność charytatywno-opiekuńczą i oświatowo-wychowawczą z Funduszu Kościelnego wcale – wbrew nazwie – nie były dotacjami na tę działalność, lecz na remonty i konserwacje budynków służących tym celom. O dotowaniu z budżetu państwa lub samorządu samej działalności mówią inne przepisy. Na przykład wszystkie szkoły prywatne, także kościelne, dostają na każdego ucznia taką samą kwotę dotacji jak szkoły publiczne. Samorządy przekazują znaczne środki jednostkom organizacyjnym kościoła katolickiego za pośrednictwem organizacji pożytku publicznego. Kościół szeroko i skutecznie korzysta z tej możliwości za pośrednictwem mediów, billboardów, prasy kościelnej , parafialnej , diecezjalnej i ambony. Jest to obecnie ważki środek komunikacji z wiernymi, który przysparza kościołowi znacznych środków finansowych bez skutecznej kontroli.

Wydatki budżetu państwa na Fundusz Kościelny : w 2015 r. – 118 230 000 (128 058 900); w 2016 r.– 126 230 000 (133 650 100), w 2017r. – 133 230 000 , w 2018 r. – 156 893 000. Nie udały się próby wprowadzenia odpisów dobrowolnych z podatku PIT w wysokości 0,5%. Taki podatek pozwoliłby określić liczbę członków wspólnoty i pozwolił na oszacowanie rocznych wpływów na rzecz kościoła, ale też spowodował ,że strona kościelna musiałaby rozliczać się w otrzymanych środków finansowych. Kościół praktycznie nie płaci podatków. Księża, którzy pracują na podstawie umowy o pracę np. katecheci , płacą PIT, a pozostali tylko wyznaczany przez ministra finansów ryczałt zależny od wielkości parafii. Dla parafii do 20 tys. mieszkańców to jest ponad tysiąc złotych kwartalnie. Proboszczowie mający gospodarstwo rolne płacą niski podatek rolny. Natomiast osoby prawne, czyli parafie, diecezje, zakony nie płacą nawet podatku od dochodów z działalności gospodarczej, jeżeli przeznaczają je na cele kościelne, charytatywne i opiekuńczo-wychowawcze. Cokolwiek to znaczy. Z takich preferencji nie mogą skorzystać inni przedsiębiorcy. To daje kościołowi uprzywilejowaną pozycję na rynku i narusza zasadę równości podmiotów.

Dochody z odzyskanych kamienic, sklepów, szpitali, hoteli też nie są opodatkowane, jeśli przeznacza się je na wskazane wyżej cele.
Do dziś bowiem nie wiadomo w zasadzie ile dóbr martwej ręki przejętych zostało ostatecznie przez państwo na podstawie ustawy z dnia 20 marca 1950 r. Niejasny jest też stan posiadania gruntów rolnych użytkowanych przez kościoły, a podawana przez niektórych publicystów wielkość 160 tys. ha to czysta fantazja. Zgodnie ze „Sprawozdaniem z działalności Komisji Majątkowej w latach 1989–2011” Komisja Majątkowa przekazała kościelnym osobom prawnym rekompensaty i odszkodowania w wysokości 143 534 231,41 zł oraz ponad pół tysiąca nieruchomości (wartych ok. 5 mld zł). Miały one obszar 66 tys. ha. Tymczasem według Agencji Nieruchomości Rolnych przekazała ona Kościołowi katolickiemu na mocy decyzji Komisji 76 tys. ha, a Lasy Państwowe przekazały 4 tys. ha. Ustawa z dnia 17 maja 1989 r. o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w Rzeczypospolitej Polskiej przewidywała nienaruszalność ustawy z dnia 20 marca 1950 r. o przejęciu przez Państwo dóbr martwej ręki, poręczeniu proboszczom posiadania gospodarstw rolnych i utworzeniu Funduszu Kościelnego. Zwrócone miały być tylko te grunty, które przejęto bezprawnie, tj. gospodarstwa rolne proboszczów nie przekraczające ustalonej ustawowo powierzchni, działki przyklasztorne, gospodarstwa biskupie i seminaryjne.

Myślę, że już najwyższy czas aby kościoły zaczęły same finansować swoją działalność.

Pewnie w tym Sejmie taka większość się nie znajdzie –ale czas końca finansowania działalności kościoła nadchodzi.

Gumowe ucho Polaków

Donosicielstwem się brzydzę, prawie tak samo, jak złodziejstwem czy śmieceniem w lesie. To obrzydliwe, kiedy ktoś skarży na drugiego, żeby uprzykrzyć mu życie. Jeśli bierze za to pieniądze, to jeszcze pół biedy; ot, jest zwyczajnie chciwy i pazerny, a donosicielstwo to łatwy sposób na dorobienie do pensji; coś jak okradanie grobów albo zwłok na cmentarzu. Gorzej jednak, kiedy człowiek donosi na drugiego bez pieniędzy. Z przekonania, że czyni dobrze.

Ongiś, w szóstej albo siódmej klasie, w szkole podstawowej, nasza wychowawczyni podzieliła dzieci na grzeczne dziewczynki i niegrzecznych chłopców. Chłopakom przewodziliśmy w tryumwiracie, ja i dwóch kumpli. Dziewczyny miały duopol; dwie największe panny, które najlepiej się uczyły. Dla porządku trzeba dodać, że część dziewczyn, takich, które chuliganiły i uczyły się gorzej, trzymała z nami, także mieliśmy liczebną przewagę. Oczywiście to nie podobało się wychowawczyni. Postanowiła więc wprowadzić specjalny zeszyt, w którym dyżurny miał wpisywać uwagi oraz donosy na tego ucznia, który podczas lekcji albo przerwy źle się zachowywał. Później te donosy na godzinie wychowawczej były weryfikowane w obecności obwinionego. Normalnie, jak składanie samokrytyki za źle wykonany plan. Proceder trwał w najlepsze przez parę miesięcy. Dość powiedzieć, że w tym czasie klasa jeszcze bardziej się podzieliła, bo donosicielstwo podobało się tylko tym, którzy z lubością kapowali. Na bardziej posłusznych jednostkach wymusiło karność i pokorę, ale na tych bardziej krnąbrnych zadziałało jak płachta na byka. Wszystko ukróciło się na pierwszej, po wprowadzeniu w klasie książki skarg i wniosków, wywiadówce. Przytomna część rodziców uczniów z klasy zaprotestowała wobec takiego zachowania, podnosząc, skądinąd, słuszny argument, że podobne praktyki to uczenie donoszenia na siebie nawzajem i lepienie moralnych gnid, na co oni zgody nie dają. I tak skończyła się era kapownika, a wraz z nią nastała totalna wrogość między wychowawczynią a renegatami, do końca ich i jej dni w szkole podstawowej, czyli przez jakieś dwa, kolejne lata.

Kiedy patrzę na to, co się dzieje teraz z polskimi kościołami, przychodzą mi na myśl wspomnienia z siódmej klasy. Pod świątyniami stoją chłop i baba, licząc ludzi doń wchodzących. Robią to rzekomo z wysokich pobudek, nie wiedząc, że zachowują się jak stalinowska agentura. Nie ważne, co kto z nas sądzi o polskim kościele i klerze; prędzej czy później, raczej prędzej, księża katoliccy sami zaorają swoje zamki i spiżowe bramy, a to co zostanie, sprzedadzą za psie pieniądze Bezosowi, który urządzi w nich dyskoteki. Tymczasem jednak, donosząc na policję w sprawie ludzi w świątyniach, donosiciele wyrządzają więcej szkody niż pożytku. Po pierwsze, czynią moralną krzywdę samym sobie, przyklejając do siebie samych łatkę kapusiów, a to marne pocieszenie w walce z covidem. Choćby dlatego, że ulegają głupiej propagandzie, jeszcze głupszego rządu. Sam jestem poirytowany do granic wytrzymałości, dlaczego sale koncertowe i kinowe są zamknięte, a kościoły nie, ale sposobem na walkę z nieludzką władzą nie może być donosicielstwo, bo prawo Kalego tu nie zadziała. Jak donosi się na plebana a nie na dyrektora teatru, to nie jest się kapusiem, mówi ten i ów postępowiec. Otóż nie-jest się i to takim samym. I jeden i drugi próbują ratować swój interes, a że rząd woli facetów w sukienkach od artystów, to żadne dla donoszenia usprawiedliwienie. Ja, na ten przykład, nie chciałbym, żeby ktoś doniósł na mojego pana Stasia, u którego ćwiczę potajemnie na siłowni. Pan Stasio nie respektuje bowiem żadnych zaleceń i wpuszcza klientów po uważaniu, bo wie, że bez nich pójdzie na bruk, a klienci wiedzą, że bez pana Stasia zapuszczą się na amen. Obie strony respektują więc tajny układ, którego żadna z nich nie łamie. Nie ma między nami Judaszów, jak to ujął jeden z proboszczów parafii, na którego ktoś złożył donos. Wszelkie bowiem restrykcje, na czele z tymi, że dzieciom lekarskim i milicyjnym wolno chodzić do przedszkoli, a dzieciom sprzątaczek i kasjerek już nie, służą jedynie pogłębieniu rowu w naszym społeczeństwie, podzielonym już i tak zresztą skutecznie przez polityków, na dwa wrogie plemiona. Donosicielstwo jedynie ten stan petryfikuje, niezależnie od tego, kto donosi i na kogo.

Jezus Chrystus nawoływał swoich uczniów i wiernych, aby nie szemrali, jeno wprost wyrażali swoje sądy, bez uciekania się do kapowania. Bo to grzech. Niezależnie więc, czy ktoś słucha Jezusa, wierzy w grzech, chodzi do kościoła, bożnicy czy na piwo (choć na to ostatnie formalnie nie może), to wiedzieć powinien, że donosić jest po prostu nieprzyzwoicie. Że to wstyd. I to, że ktoś myśli, że dzięki telefonowi na policję uchroni ludzi przed wirusem, to jakaś totalna aberracja. Zrobi z siebie tylko idiotę. A covid i tak ludzisków oblecze, czy w kościele, czy bez niego.

Wywiad z Michnikiem i pewna rocznica

Przeczytałem w „Wyborczej” obszerny wywiad z Michnikiem i przypomniałem sobie, że niedawno minęła rocznica śmierci papieża Polaka. Z taką czcią mówił o nim papież polskich liberałów.

Głęboko współczuję liberałom, że mają na tronie człowieka, który wprost chwali się sprzedaniem Polski Kościołowi, czci Jana Pawła II i uprawia religijną propagandę, która dla wszystkich poza PiS jest już wyłącznie obciachowa. To właśnie takie postacie, jak Michnik, czy Gronkiewicz-Waltz oddały Polskę we władanie katolickiemu klerowi przekazując mu na wyłączność etykę i moralność… Zrobiono to oczywiście po to, aby wykończyć polską lewicę, a przy okazji zniszczyć ateizm. Dzięki klerykalnej pacyfikacji i propagandzie z gatunku TINA zrobiono następnie prywatyzacyjną masakrę całej gospodarki, rozwalono ruch robotniczy i wręczono Kościołowi wszystko, co zechciał.

A na końcu wyhodowano jeszcze bardziej skrajną prawicę, która tą „światłą” zgasiła i skutecznie obaliła i teraz realizuje swoje koszmarne fundamentalistyczne projekty.

Bo PiS to właściwie dzieło Adama Michnika. To prawica tak samo klerykalna, tylko bardziej konsekwentna i bardziej nacjonalistyczna. To właśnie „liberalnym” klerykałom swą władzę zawdzięcza Prawo i Sprawiedliwość, które przyszło tu na gotowe. Nie musieli nikogo przekonywać, że cała moralność to domena Kościoła…

Polski Kościół podjął też oczywisty wybór i jasne, że dużo bardziej wolał Kaczyńskiego od Michnika.

Mimo wszystkich wzruszających pokłonów, które ten ostatni ciągle i bezskutecznie składa polskiemu episkopatowi. Cały polski „postępowy liberalizm” od dekad opiera się na dorobku postaci, które kryminalizują ateizm, chwalą się oddaniem całej Polski w ręce kleru i mentalnie zatrzymały się na zwierzęcym antykomunizmie i antyateizmie.

Jaki jest tych „liberałów” pomysł na Polskę? Całowanie pomników JP2 i liczenie na to, że kościół pochwali i wybierze ich na swego przedstawiciela na ziemi. Michnika i s-kę trzeba schować do politycznej szafy.

Zapraszamy na lewicę, która nie jest zaczadzona i nie uważa, że jedynym wyborem dla Polski jest oddać wszystkie dusze kościołowi i budować piekło kobiet, szukając wzorów dobrego życia pośród światlejszych biskupów. Produkt liberałopodobny marki Wadowice wziął i zgnił.

I jeszcze jedna refleksja rocznicowa. Tajemnica poliszynela jest taka, że tak naprawdę wszyscy wiedzą o tym, że Jan Paweł II nie był żadnym wielkim człowiekiem ani nie osiągnął niczego specjalnego, tylko wszyscy taktycznie milczą, bo na wierze w tę kompletną pustkę sklejono tu cały system.
Papieża wymyślono. Od zawsze jest memem, wydmuszką. Tylko długi czas był memem przydatnym…

Do pacyfikowania tłumu i utrwalania systemu.

Jan Paweł II ani nie obalił w pojedynkę realnego socjalizmu, ani nie odegra w tej kwestii wiodącej roli, ani nie zrobił niczego dobrego dla Kościoła, w którym zahamował proces odnowy i przemian, a do tego krył pedofilię i pomagał pandemii AIDS w Afryce. Zdecydowanie najlepszy był w byciu pustym znaczącym i udawaniu wielkiego znaczenia Polski w świecie. Robił też wiele żeby budować swój mit i pozować na intelektualistę, którym oczywiście nigdy nie był.

Im więcej mówili, że jest wzorem, że ma jakieś wartości i im silniejsza była propaganda tej pustej postaci… Tym silniejsza robiła się odpowiedź.
Gwarantuję, że obecnie znaczna większość społeczeństwa, w tym rosnące wśród pomników ulic i szkół imienia papieża młode pokolenie nie ma pojęcia czym ten papież w ogóle miałby być i do czego mógłby współcześnie komukolwiek służyć.

Osoby prawicowe i głęboko wierzące mogą oczywiście włożyć sobie do niego, co zechcą (jak w każdego świętego), ale sam historyczny JP2, jako taki, to tylko pustka ideologicznej wiary w to, że: Polska jest zajebista, kościół jest super, katolicyzm rządzi, komuna była szatanem, słuchać się trzeba księży i religia to wszystko co wartościowe.

W skrócie: nudna propagandowa sieczka.

Tak samo, jak ta liberalna, o szkodliwych związkach zawodowych, roszczeniowych pracownikach i o tym, że wystarczy rano wstawać, by dorobić się wielkiej fortuny.

Trzy dekady ustępstw władzy przed postulatami Kościoła

Czy Polska jest i będzie coraz bardziej otwarta. Czy ludzie widzą, że na świecie jest inaczej i wiedzą ,że gdzie indziej Kościół katolicki, choć silny – ustępuje pod żądaniem kontroli społecznej. W Polsce też tak się stanie. Tylko kiedy?

Artykuł 25 konstytucji mówi o bezstronności światopoglądowej państwa i równouprawnieniu wyznań. Ale praktyka konstytucyjna poszła w innym kierunku. Nikt specjalnie nie kryje, że bezstronność i równouprawnienie są fikcją. I to w rosnącym stopniu, o czym świadczy powszechne poprzedzanie uroczystości państwowych mszami jednego wyznania czy też „nowym” zwyczajem przemawiania z ambon polityków rządzącej partii politycznej, a przykładów takich wystąpień w ostatnich kilku latach jest wiele . Odnosi się coraz większe wrażenie, że ambona służy wypowiedziom polityków. Ostatnie wystąpienie – w ubiegłą sobotę 16 stycznia 2021 r. prezesa PiS i wicepremiera J. Kaczyńskiego , który po mszy w Starachowicach powiedział „Zło atakuje nasz kraj, naszą ojczyznę, nasz naród, atakuje instytucję, która jest centrum naszej tożsamości, atakuje Kościół, Kościół katolicki, czy też wystąpienie po mszy w kościele w Kamieńcu Wrocławskim europosła Ryszarda Czarneckiego. Można zatem postawić pytanie, czy dochodzi do klerykalizacji kraju?

Historycznie Kościół katolicki odegrał w Polsce na przestrzeni wieków olbrzymią rolę. Zwłaszcza po utracie niepodległości zapracował na szacunek Polaków. A Jana Pawła II większość Polaków kochała. Wydawało się naturalne, że suwerenna Polska chce się jakoś odwdzięczyć. Kiedy peerelowska władza słabła i zabiegała o wsparcie Kościoła, rząd M. Rakowskiego licząc że w ten sposób kupi jego życzliwość w kampanii wyborczej – przyjął 17 maja 1989 r. ustawę o stosunku państwa do kościoła katolickiego – czyli na dwa tygodnie przed historycznymi wyborami. A potem przyszedł premier Mazowiecki, który z pierwszą wizytą pojechał do Watykanu i oświadczył, że gotów jest do rozmów o konkordacie. Kościół przyjmował kolejne prezenty od władzy. Religię do szkół wprowadzono w 1990 niepublikowaną instrukcją ministra Samsonowicza na krótko przed wyborami prezydenckimi, w których startował premier T.Mazowiecki. Ustawę o finansowaniu KUL uchwalono z inicjatywy prof. A. Stelmachowskiego na krótko przed wyborami parlamentarnymi w 1991 r.
Podobnie ustawę o utworzeniu Uniwersytetu Opolskiego przez połączenie Diecezjalnego Seminarium Duchownego z Wyższą Szkołą Pedagogiczną. Ale najjaskrawszym przykładem, był konkordat podpisany w lipcu 1993 r. przez rząd Hanny Suchockiej, któremu Sejm wcześniej wyraził wotum nieufności. Gdyby władza polityczna w Polsce przestrzegała konstytucji , konkordatu i ustaw, trudno by było narzekać na klerykalizację. Ale czyny władzy – szły i idą dużo dalej niż prawo i oczekiwania społeczne.
Decyzje zapadały za zamkniętymi drzwiami i rząd ani Kościół się nimi nie chwaliły. Niewielu zdaje sobie sprawę , że np. z Funduszu Kościelnego państwo płaci za ubezpieczenie emerytalno-rentowe zakonnic i księży. To miało sens w PRL jako rodzaj rekompensaty za przejęcie przez państwo w 1950 r. nieruchomości kościelnych , ale dziś ten argument przestał być aktualny. A przywilej pozostał . W przypadku konkordatu można powiedzieć, że kościół dostaje więcej, niż zagwarantowała mu ta umowa międzynarodowa. Konkordat ustanowił funkcję kapelana w wojsku, szpitalach i więzieniach. A dziś są niemal wszędzie, dzieje tak na mocy sprzecznych z konkordatem porozumień, zawieranych przez władzę i Kościół. Szkolni katecheci mieli nie dostawać wynagrodzenia od państwa, gdy w 1990 r. religię wprowadzano do szkół.

Zmiana miała polegać tylko na przeniesieniu lekcji z salek katechetycznych do klas szkolnych. Ale od 1 września 1997 r rząd zaczął płacić katechetom jak wszystkim nauczycielom. Nie można też wprowadzenia oceny z religii na świadectwa szkolne ani abdykacji państwa z nadzoru pedagogicznego nad nauczaniem religii i wliczania ocen z religii do średniej zrzucić na konkordat. To nie konkordat, lecz nowelizacja ustawy oświatowej zwolniła podręczniki do religii z obowiązku zatwierdzania ich przez ministra edukacji. Katechetę w każdej szkole wyznacza lokalny biskup, a dyrektor ani nawet kurator nie mają nic do powiedzenia. To jest regres nawet w porównaniu do konkordatu z 1925 r. W szkołach praktyka jest taka, że katecheci mają te same prawa co nauczyciele, ale nie podlegają tym samym rygorom. Wnioski wizytatorów wysyła się biskupom, a oni zwykle chowają je do szuflad. Podobnie jest z kapelanami. Wszędzie, gdzie wkracza Kościół, państwo traci kontrolę nad częścią własnych instytucji.

Konkordat przewidywał państwowe finansowanie dwóch kościelnych uczelni – Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. KUL finansowano już od 1991 r. pod pretekstem rekompensaty za zabrany majątek Fundacji Potulickich, choć ten majątek dawno został zwrócony Kościołowi i to z dużą nawiązką – bo przekazany PGR miał kilkaset hektarów więcej niż fundacja – a finansowanie zostało utrzymane. W 2006 r. przyjęto ustawę o dotowaniu kolejnych trzech uczelni kościelnych – Wyższej Szkoły Teologiczno-Filozoficznej Ignatianum w Krakowie oraz Papieskich Wydziałów Teologicznych w Warszawie i Wrocławiu, choć poza uczelniami kościelnymi państwo finansuje jeszcze wydziały teologiczne na uniwersytetach i Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego, który jest państwowy i katolicki.

Państwo sprawę tzw. ” ślubów konkordatowych” udzielanych przez księży oddało Kościołowi powierzając mu istotną funkcję publiczną, a skutki tego przerzuciło na obywateli. Ksiądz udzielający ślubu musi w ciągu pięciu dni zgłosić zawarcie małżeństwa w urzędzie stanu cywilnego. Jak nie zawiadomi, małżeństwo jest w świetle prawa państwowego nieważne, choć pozostaje ważne z punktu widzenia prawa kościelnego.

Takie sytuacje się w Polsce zdarzają, choć na szczęcie rzadko. A państwo jest bezradne. Nawet nie może takiego księdza ukarać.

Konkordat w wielu sprawach nie jest realizowany. Na przykład w sprawie finansów: art. 22 przewidywał powołanie parytetowej komisji finansowej. Ale nigdy jej nie powołano. Powołano natomiast dwie tak zwane komisje konkordatowe – kościelną i rządową. Wspólne spotkania rządowej i kościelnej komisji konkordatowej są forum najostrzejszego nacisku na stronę rządową. W 1999 r. komisja kościelna proponowała włączenie oceny z religii do średniej ocen, wprowadzenie matury z religii i stworzenie w wojewódzkich ośrodkach metodycznych etatów dla doradców do spraw nauczania religii. miała określić sytuację finansową Kościoła, przyjmując za punkt wyjścia obecne prawodawstwo.

Oficjalnie, brak informacji , jakimi pieniędzmi Kościół dysponuje i jaki ma majątek. Sam Kościół twierdzi, że nie wie, co za PRL stracił i co odzyskał. Zatem nie można stwierdzić – odzyskaliście tak dużo, że czas zamknąć Fundusz Kościelny, któremu budżet MSWiA np. w 2018 roku – 176 mln dał mln złotych. Samorządy milczą na temat  dotacji , jakich udzieliły i udzielają dla związków wyznaniowych.

Dochody Kościoła i księży też nie są znane opinii publicznej. To jest tajemnica Kościoła. Kościół praktycznie nie płaci podatków. Księża, którzy mają państwowe posady, płacą PIT, a reszta tylko wyznaczany przez ministra finansów ryczałt zależny od wielkości parafii. Proboszczowie mający gospodarstwo rolne płacą niski podatek rolny. Natomiast osoby prawne, czyli parafie, diecezje, zakony nie płacą nawet podatku od dochodów z działalności gospodarczej, jeżeli przeznaczają je na cele kościelne, charytatywne i opiekuńczo-wychowawcze.

Dochody z odzyskanych kamienic, sklepów, szpitali, hoteli też nie są opodatkowane, jeśli przeznacza się je na te trzy cele. Według szacunków wydatki na rzecz kościołów z publicznych pieniędzy wynoszą od 1,2 do 1,8 mld zł rocznie. Kościół jest potężny i potrafi drążyć do skutku. A państwo jest słabe. Urzędnicy oglądają się na polityków, a politycy  nie chcą się Kościołowi narażać. A Kościół jak mawiał Piłsudski – bierze, nie kwituje, żąda więcej.

I dostaje więcej, niż dał mu konkordat.

Czas dialogu z biskupami minął

Ostatnie miesiące zmieniły polskie społeczeństwo. Kobiety i ich sojusznicy wyszli na ulice. Walka o prawo do bezpiecznego przerywania ciąży, o prawo do wyboru, jest doświadczeniem pokoleniowym. Jego skutki będą zapewne odłożone w czasie. Ale całe pokolenie złapało bakcyla wolności. I jednocześnie zostało zaszczepione przeciwko klerykalizmowi, obskurantyzmowi i konserwatyzmowi.

Przyczyn protestu jest wiele. Sam uczestniczyłem w wielu protestach przeciwko piekłu kobiet i z doświadczenia mogę powiedzieć, że niezwykle dobrze odbierany jest argument dotyczący godności Polek. Brzmi on mniej więcej tak: Dlaczego Polki nie mają takich praw jak inne Europejki. Wszystkie Europejki [poza Maltankami] mogą dokonywać wyboru, a Polki nie. Dlaczego?

Odrzucić niepisaną konstytucję

Odpowiedź na to pytanie jest prosta. I mieści się w dwóch słowach: Kościół Rzymskokatolicki.

To uprzywilejowana pozycja Kościoła w polskim systemie politycznym decyduje o pozbawieniu Polek praw, które są oczywiste dla innych Europejek. Prawa do wyboru, którym – przypomnijmy – cieszyły się od 1956 do 1993 roku. Prawo wyboru jest doświadczeniem milionów Polek z pokolenia powojennego wyżu. Wtedy jednak pozycja Kościoła w Polsce była inna. Transformacja ustrojowa była głębsza, niż na pierwszy rzut oka widać. Doskonale opisała to na łamach Oko.press Agnieszka Graff, wskazując że obok pisanej Konstytucji – zgodnej z ideami oświecenia i praw człowieka – uformowała się również konstytucja niepisana, przyznająca Kościołowi nieformalny, ale respektowany przez elity, wpływ na różne sfery życia społecznego. Na nieszczęście polskich kobiet, jedną z takich sfer była kontrola nad seksualnością i rozrodczością kobiet.

Każda umowa trwa jednak tak długo jak stosunki społeczne, które ją wytworzyły. Na scenę wkroczyło nowe pokolenie, które niepisanej Konstytucji nie uznaje. Nie akceptuje uprzywilejowanej pozycji Kościoła w państwie. Jest ona dla nich czymś dziwacznym, odbiegającym od Zachodniej normy, ograniczającym ich wolność. Dla młodych Kościół ma twarz szkolnego katechety. I nie jest to twarz zbyt zachęcająca. Katecheta nie prowadzi otwartej dyskusji, lecz wykłada niepodważalne prawdy wiary. Jeśli jakiś uczeń chciał z nauczaniem Kościoła dyskutować w oparciu o rozumowe czy empiryczne argumenty to był ośmieszany. Taki obraz Kościoła ma w głowach młode pokolenie. Powiedzmy szczerze, jest to dobra metafora pozycji Kościoła w Polsce.

Kościół już przegrał

Dni uprzywilejowanej pozycji Kościoła Rzymskokatolickiego w Polsce są już policzone. Z kilku powodów. Po pierwsze, młode pokolenie uznaje ten stan za nienormalny. Po drugie, spora część średniego i starszego pokolenia nie wybaczy Kościołowi sojuszu z PiS. Jeśli PiS straci kiedyś władzę, to pójdzie na dno razem ze swoim sojusznikiem.

Polska potrzebuje więc nowego ułożenia stosunków z Kościołem. Na zasadach, które zgodne są z XXI-wieczną praktyką rozdziału Kościoła od Państwa. Jak wypracować te nowe zasady? Drogi są z grubsza dwie. Dialog albo siła prawa. Albo Państwo się z Kościołem dogada polubownie, albo narzuci mu swoje propozycje.

Nie ma partnera do dialogu

Większość z nas instynktownie czuje, że dialog jest czymś lepszym, a rozwiązania wykute w dialogu są trwalsze. Na tym przekonaniu swoją pozycję buduje Szymon Hołownia, którego upodobanie do kojącej mocy dialogu stało się już tematem wielu internetowych memów. Mógłbym nawet przyznać Hołowni rację. Problem polega na tym, że do dialogu potrzeba dwóch stron. Nie widzę po stronie kościelnej chętnych do prowadzanie dialogu na temat nowego ułożenia relacji Państwo-Kościół. Szczególnie, że za kilka lat będzie to – z punktu widzenia Kościoła Rzymskokatolickiego – negocjowanie warunku kapitulacji. Rzeczywistość społeczna się zmienia. I za kilka lat Kościół w Polsce nie będzie negocjował dla siebie nowych przywilejów, lecz warunki na których je utraci. Czy ktoś wyobraża sobie obecnych członków Episkopatu w takiej roli? Polski Kościół jest w swojej masie Kościołem przedsoborowym. Nie w sensie liturgii i symboliki, ale w sensie postrzegania własnej roli społecznej, własnej roli w państwie i społeczeństwie. Księża nie uznają siebie za jednych z uczestników pluralistycznego społeczeństwa obywatelskiego, roszczą sobie prawo do pozycji uprzywilejowanej, jak – powiedzmy – w XIX wieku. Księdza wierni mają słuchać w każdym temacie, na który się wypowie i łożyć na jego utrzymanie. A państwu wara od tego.

Tak to wygląda i Szymon Hołownia doskonale o tym wie. Kto jak kto, ale katolicki publicysta zna tę instytucję od podszewki. To nie jest Kościół „Tygodnika Powszechnego”. To jest Kościół, który wyrzuca „Tygodnik Powszechny” z redakcji, bo naprzykrza się miejscowemu hierarsze. Jak Kościół ma negocjować swoją rolę w demokratycznym państwie i pluralistycznym społeczeństwie, skoro biskupi nie tolerują nawet pluralizmu we własnej instytucji.

Dlatego ustalenie nowej pozycji Kościoła w Państwie nie odbędzie się w porozumieniu z biskupami. Opozycja po wygranych wyborach musi mieć siłę, aby zawalczyć o świeckie państwo. Niektórzy samorządowcy już teraz odnajdują w sobie tę siłę.

Dwa fundamenty władzy Kościoła

Władza Kościoła opiera się na dwóch fundamentach: ideologicznym i finansowym. Fundament ideologiczny to odbywająca się w szkołach katechizacja. Co rusz słyszymy, że szkoła ma być wolna od polityki. Działacze na rzecz praw osób LGBT, czy aktywiści klimatyczni w szkołach bardzo drażnią prawicę. Ale zupełnie nie przeszkadza im, że w radzie pedagogicznej zasiadają osoby, które przez 12 lat edukacji, dwa dni w tygodniu prowadzą ideologiczną indoktrynację. Mówią dzieciom, że aborcja to morderstwo, homoseksualizm to zboczenie a prezerwatywa to grzech. Młodzi się przeciwko temu buntują. Wypisują masowo z katechezy. W dużych miastach to masowy trend. Ale w mniejszych ośrodkach wypisanie się z katechezy jest aktem odwagi. Kilka pokoleń dzieciaków niechodzących na religię doświadczyło w Polsce prześladowań przez grupę rówieśniczą, katechetów, nauczycieli. Czas z tym skończyć. Nie chodzi o zmniejszenie liczby godzin katechezy. To będzie zmiana ilościowa. Polska szkoła potrzebuje zmiany jakościowej, przywrócenia jej świeckiego charakteru. Bez lekcji religii i księży w radzie pedagogicznej.

Szkoła powinna – jak wszystkie inne publiczne instytucje – być wolna od symboli religijnych. Księża nie powinni uczestniczyć w uroczystościach państwowych. Żadnych. Chyba, że w charakterze gości.

Rozmontować potęgę Kościoła

Szczególnie, że katecheza w szkołach łączy się z drugim fundamentem władzy Kościoła: finansami.

Musimy przerwać pępowinę łączącą Państwo z Kościołem. PiS z Kościołem. Jedną i drugą stronę łączy relacja handlowa. PiS płaci gotówką. Kościół odwdzięcza się poparciem. PiS zapewnia bezkarność. Księża odwdzięczają się dobrym słowem z ambony. W dniu wyborów.

Mój przekaz jest jasny. Należy znieść przywileje Kościoła. Księża powinni być takimi samymi obywatelami jak osoby świeckie. Powinni płacić takie same podatki, składki, cła i inne daniny. Nie ma żadnego uzasadnienia dla rozlicznych przywilejów, wyjątków, ulg i bonifikat dla Kościoła.

Za katechizację płaci państwo. Z naszych podatków finansujemy armię prawie 22 tys. katechetów, co kosztuje na wszystkich 1,5 mld zł rocznie. Niewiele mniej niż inne propagandowe narzędzie władzy, czyli media publiczne w obecnym wydaniu. Tę pozycję należy wykreślić z budżetu państwa. Zero godzin religii w szkole. Zero złotych na pensje dla katechetów. Szymon Hołownia ma pomysł, aby lekcje religii zredukować o połowę. Ja żądam, aby zredukować je do zera.

Katechizacja i pensje dla katechetów to niejedyne elementy finansowej potęgi Kościoła. Są też inne. Księża nie płacą podatku dochodowego jak zwykli obywatele. Księży obowiązuje podatek dochodowy (PIT) w formie niewielkiego ryczałtu, w zależności od funkcji w Kościele i wielkości parafii – od 131 zł kwartalnie dla wikariuszy do półtora tysiąca dla proboszczów największych parafii. To kwoty nieporównywalnie mniejsze, niż gdyby PIT był płacony na zasadach ogólnych. Dlaczego księża nie mogą płacić podatku dochodowego od tacy? Od ofiar pobieranych za chrzest, ślub i pogrzeb?

Przecież to dochód księdza i jego parafii!

Dzisiaj ZUS księży i zakonnic jest opłacany przez w 80% przez Państwo z Funduszu Kościelnego. Dlaczego księża nie opłacają w 100% swojego ZUS-u? Jak wszyscy inni pracujący Polacy. Tak powinno być. A Fundusz Kościelny po prostu powinien zostać zlikwidowany.

Kościół korzysta z bonifikat przy zakupie nieruchomości (zwłaszcza gruntów) od samorządów. Często są to ulgi w wysokości 90–99 proc. wartości nieruchomości. Hołownia chce te bonifikaty ograniczyć. Jego krakowscy zwolennicy mówią, że ograniczenie ma sięgać AŻ 50 proc. Przelicytuję was. Bonifikaty mają być ograniczone do zera. Żadnych bonifikat dla kleru. To na nich bowiem zbudowano małe imperia księdza Dymera i innych kościelnych oligarchów, którzy na koniec dnia byli „zbyt duzi by upaść”. Nawet jeśli jednocześnie krzywdzili dzieci.

Od 1992 roku do dziś Kościół dostaje na tzw. Ziemiach Odzyskanych za darmo grunty rolne. Po 15ha dla parafii.

Łącznie ponad 76 tys. ha, czyli prawie tyle, ile zwróciła niesławna Komisja Majątkowa. Komisje Regulacyjne powinny zakończyć swoje działanie. I ani jeden hektar na Ziemiach Zachodnich i Północnych nie powinien już trafić w ręce kleru. Lewica w Sejmie wykonuje swoją pracę. Składamy projekty ustaw odbierające Kościołowi jego przywileje, jak ten o nadziałach ziemi na ziemiach Zachodnich i Północnych. Nie mamy wątpliwości, ze PiS tego nie przegłosuje. Ale projekty już są. I zostaną zgłoszone ponownie, kiedy większości już miał nie będzie.

Roczny koszt utrzymania samego Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego to ponad 15 mln zł, a kolejne 10 mln zł wynosi rachunek od kapelanów więziennych, szpitalnych oraz zatrudnionych w służbach mundurowych. Moim zdaniem jedynym miejscem, gdzie powinni pozostać kapelani są szpitale. W obliczu śmierci każda osoba wierząca ma prawo wezwać księdza. Tylko niekoniecznie musi być to ksiądz na etacie szpitala. Wystarczy proboszcz, czy wikary z najbliższej parafii.

NIE dla Podatku Kościelnego

Zadaniem opozycji jest rozmontowanie, cegiełka po cegiełce tego fundamentu finansowej potęgi Kościoła. Nie chodzi o to, aby zmienić system finansowania Kościoła przez Państwo, ale aby go rozmontować. Należy postawić tamę przepływom finansowym na linii Państwo-Kościół. Również na linii Spółki Skarbu Państwa – Kościół. Proponuję tutaj opcję zero. Zero złotych dla Kościoła.

Szymon Hołownia proponuje Polakom specjalny Podatek Kościelny. Pomysł to nie nowy. Pojawiał się już w kręgach Platformy Obywatelskiej. Pomysł to nie polski, ale niemiecki. Zasługuje więc na poważne rozważenie.
W mojej ocenie Podatek Kościelny należy jednak odrzucić. Z dwóch powodów.

Po pierwsze, to będzie tylko zmiana formy finansowania Kościoła przez Państwo. W sytuacji, gdy postulatem powinna być likwidacja przepływów Państwo-Kościół.

Po drugie, wiara i przynależność wyznaniowa powinna być prywatną sprawą każdego człowieka. I należy się tej zasady trzymać w Polsce w sposób ortodoksyjny. Boję się sytuacji, w które Państwo Polskie będzie gromadzić dane o przynależności wyznaniowej (lub jej braku) obywatelek i obywateli. Napiszę wprost: w Polsce wierna lub wierny Gminy Wyznaniowej Żydowskiej dwa razy się zastanowi zanim wpisze do swojego PIT-a, że chce aby procent jej podatku trafiał na rzecz lokalnej wspólnoty żydowskiej. Każdemu przedstawicielowi mniejszości wyznaniowej w Polsce zapali się w takiej sytuacji w głowie lampka ostrzegawcza. A wraz z nią przychodzi refleksja, co będzie jeśli do władzy dojdzie, dajmy na to, Konfederacja i zyska dostęp do spisu polskich żydów, prawosławnych, protestantów, osób bezwyznaniowych? Przy takiej władzy, lepiej nie być na takiej liście. Tego uczy wielowiekowe doświadczenie mniejszości wyznaniowych.

Dlatego ja za Podatek Kościelny panu Hołowni dziękuję. Może intencje są szczytne, ale skutki mogą być groźne. W Polsce trzymajmy się modelu Państwa, które NIE pyta swoich obywatelek i obywateli o wiarę. I nie gromadzi nigdzie odpowiedzi na to pytanie. Wiara to sprawa prywatna każdej obywatelki i każdego obywatela.

Niestety nie każdy element władzy Kościoła można rozmontować za pomocą zwykłych ustaw. Część zapisano w umowie międzynarodowej jaką jest Konkordat. Przypomnę tutaj, że SLD w Sejmie głosowało przeciwko ratyfikacji konkordatu podpisanego w ostatnich dniach premierostwa Hanny Suchockiej. Zostawmy jednak historię i spójrzmy w przyszłość. Co zrobić z Konkordatem? Państwo powinno uczciwie zaproponować Watykanowi renegocjację tej umowy. Jeśli spotka się z odmową należy rozważyć inne kroki z wypowiedzeniem tej umowy międzynarodowej włącznie. A przy najbliższej nowelizacji Konstytucji należy z ustawy zasadniczej wykreślić Konkordat. Umowa z Watykanem może zostać zawarta. Ale Konstytucja nie powinna nadawać jej wyjątkowego charakteru.

Prokuratorzy wejdą do kurii

Inne wielkie zadanie dla Państwa to rozliczenie pedofilii w Kościele. I nie chodzi tylko o łapanie pojedynczych seksualnych drapieżników. Celem państwowej Komisji powinno być pokazanie systemu ochrony pedofilów przez instytucje Kościoła. I doprowadzenie do postawienia zarzutów każdemu hierarsze, który w tym procederze brał udział. Prawica mówi, że pedofile są wszędzie, a podobno statystyki pokazują, że najwięcej ich wśród budowlańców. Tylko jak jakiś murarz jest pedofilem to firma budowlana nie przenosi go z budowy na budowę, tylko zawiadamia prokuraturę.
Napiszę wprost, aby nie było, że nikt księży nie ostrzegał. Pierwszego dnia rządów dzisiejszej opozycji, do kurii biskupich w całej Polsce wejdzie prokuratura i zabezpieczy dowody dotyczące tuszowania pedofilii wśród księży. Przenoszenia z parafii do parafii. Blokowania procesów kościelnych podejrzanych księży. Zaniechań w informowaniu prokuratury o popełnionych przestępstwach. Państwowa komisja ds. Pedofilii to rozsądny pomysł. Ale może taka komisja nie będzie potrzebna. Wystarczy niezależna prokuratura. I solidna prasówka. Bo opisów afer pedofilskich jest aż nadto w materiałach prasowych. W tych opublikowanych. I tych zablokowanych przez różnych redaktorów Lisickich.

Albo klerykalizm, albo modernizacja

Polki na ulicach walczą z piekłem kobiet. Pamiętajmy jednak, kto to piekło zbudował. I nie zrobił tego w ciągu ostatnich 30 lat. Sam termin pochodzi przecież od Boya-Żeleńskiego, który opisywał pozycję kobiet w II RP. I kto za międzywojenne piekło kobiet odpowiadał? Przywołajmy tytuł innej słynnej książki Boya „Nasi okupanci”.

Postawmy sprawę jasno: jeśli potęga Kościoła w Polsce nie zostanie złamana, to w Polsce nigdy nie będzie normalnie. Przynajmniej, jeśli przez normalność rozumiemy rzeczywistość zachodnich demokracji. Polki i Polacy nie będą mogli cieszyć się pełnią praw człowieka, które są oczywiste dla mieszkańców Europy Zachodniej. Będzie obywatelkami i obywatelami Unii Europejskiej, ale niestety obywatelkami i obywatelami gorszego sortu.
Rozdział Kościoła od Państwa nie oznacza walki z religią. Wiara jest prywatną sprawą każdego człowieka. Podobnie jak brak wiary. Szanuję osoby wierzące i w pełni popieram wolność religijną. Nie akceptuję jednak sytuacji, w której jedna z instytucji mówi innym ludziom, w tym również nie należącym do tej instytucji, jak mają żyć, jak mają się kochać, jak mają wychowywać swoje dzieci. I czy rodzić dzieci z bezmózgowiem, czy nie.

Wiara czyni bankruta

Czy statystycznego Polaka stać na to, żeby być prawdziwym katolikiem?

Przyjmując statystycznie, że własnymi, zarobionymi przez siebie – a nie rodziców – pieniędzmi zaczynamy się posługiwać ok. 25 roku bytowania na tym łez padole i pociągniemy do 80-tki, to na same msze osobnik wyznający rzymskie credo puści mnóstwo złotówek.

Taca

Niedzielnych sum jest w roku 52. Do tego dochodzą święta, które katolik musi celebrować bytnością w kościele. Niektóre pokrywają się z niedzielami, niektóre nie. W sumie do cotygodniowych wizyt w kościele dodać należy uśrednione 8 kolejnych. Gdyby wierny był sam to nie wypada mu rzucić na tacę mniej niż piątaka. Rocznie robi się z tego 300 zł. Przy 55 latach katolikowania daje to kwotę 16 500 złotych.

Obowiązkiem katolika jest jednak płodzenie i wciąganie w katolicyzm nowych pokoleń. Statystyka pokazuje, że gdy katoliczka zacznie rodzić mając 25 lat, to do klimakterium – przestrzegając prawa kościelnego – powinna wypuścić z macicy dziesięcioro nowych wyznawców.
Niektórym jednak niebo odmawia tej łaski, stąd statystycznie należy przyjąć, że wyznawczyni kultu maryjnego zalicza 7 udanych porodów. Coświąteczne bieganie do kościoła nie zwalnia jednak katolika z myślenia. Dlatego wyjście rodzinne nie powoduje, że każdy członek rodziny rzuca na tacę 5 złotych. Standardem przy wyjściu rodzinnym jest 20 zł. Gdyby zatem podzielić je na tatusia z progeniturą i mamusię z progeniturą, to wyjdzie, że dzieci przez 20 lat chodzenia z rodzicem do kościoła spowodują wydatek jedynie 6 000 zł.

W sumie msze, w wersji oszczędnej, wyciągną z pojedynczej katolickiej kieszeni w ciągu całego żywota łącznie 22 500 złotych.

I na dzieci

Drobny fakt statystycznego rozmnażania się w siódmosób, niesie kolejne wydatki. Jeśli wszystkie uczone gremia wyliczyły, że pojedyncze dziecko karmione, ubierane i doposażane do 18-ki, przyprawia rodziców o wydatek rzędu 200 tys, to hurtowo rozmnażający się katolik jest w stanie ten koszt zbić do 120 tys. na jedno dziecko.

Tyle, że dzieciak będzie statystycznie na garnuszku rodziców przez kolejne 7 lat. I nie ma boskiej siły, by nie kosztował starych, kolejnych 50 tysięcy.
Stosowanie się do kościelnej zasady niestosowania antykoncepcji powoduje, że katolik musi wydać po 85 tys zł na dzieciaka. Bo wszak rodziców jest dwoje. Przy siódemce daje to kwotę 595 tys złotych na każdego z małżonków.

Wyliczenia te jednak nie zawierają jednak etosu katolickiego. Ten zaś nakazuje by dzieciaki najpierw doprowadzić do chrzcielnicy. Przy dobrym targowaniu się z parafią chrzest można mieć za 300 zł. Do tego ubranko do chrztu za stówę i drobne przyjęcie dla średnio 15 członków katolickiej rodziny za 80 zł od głowy. 1 600 zł za pokropioną główkę razy siedmioro, daje 5 600 zł na tatusia i tyleż samo na mamusię.

Katolickie dziecię trzeba katechizować. Książki i zeszytu do religii to 30 zł rocznie od dziecka. Dziecko katechizuje się przez 12 lat. Siedmioro wygeneruje koszty katolickiej edukacji do 1 260 zł na rodzica.

Po kilku latach mamy następne katolickie wydarzenie rodzinne czyli komunię. Książeczka, medalik, obrazek, alba albo inne wdzianko, buty, spodnie czy coś pod komunijne wdzianko, kwiaty do kościoła, sprzątanie kościoła – circa 400 zł. No i obowiązkowo knajpa dla przynajmniej 15 osób z full wypasem za stówę od gościa – 1500 zeta. Przy siedmiorgu potomstwa trzeba na to wysupłać przez każde z katolickich rodziców po 6 650 zł.
Najtaniej wychodzi bierzmowanie. Opędza się je jakimiś 150 zł na bierzmowanego. Siódemka dzielona na dwoje rodziców daje ledwie 525 zł.
Prawdziwy katolik powinien postarać się, by dziecko zmieniło stan cywilny. Koszty kwitów kościelnych, zapowiedzi i co łaska za ślub, to średnio 1 800 zł. Weselisko co najmniej 12 tys. zł. Regułą jest, że rodziny dzielą się kosztami po połowie. Tak czy inaczej, każde z katolickich rodziców na wydanie syna czy córki musi skombinować po 3 450 zeta. Siedmioro przychówku spowoduje, że zaślubiny wyssą z taty i mamy po 24 150 zł.
Katolik powinien wychowywać dzieci w duchu katolickim. To znaczy kazać im się mnożyć.

Gdyby każde z siódemki rozmnożyło się siedmiokrotnie, to katoliccy dziadkowie mieliby 49 katolickich wnucząt. A katolickim dziadkom i babciom nie wypada nie uczestniczyć w chrztach, komuniach i ślubach wnucząt. Nie wypada też, by na każdej z tych uroczystości nie zostawili przynajmniej tysiąca zł. Bycie katolickimi dziadkami kosztowałoby ich 147 000 zł.

Wieczne spoczywanie

Oprócz dzieci, statystyczny katolik ma ojca i matkę, których oprócz czczenia, musi jeszcze pochować. Cztery tysiące z ZUS ledwo starczą na formalności i skrzynkę z dębu. Resztę pieniędzy trzeba zorganizować samemu. Co łaska za pochówek od księdza to 1000 zł. Tatuś i mamusia powodują, że mnożymy to przez 2. Katolicki pochówek zatem zje 2 000 zł.
Nie godzi się jednak, by co roku w rocznicę śmierci, katolickie dziecię nie opłaciło mszy za duszę mamy i taty. Przez 25 lat od ich statystycznego zgonu oblig ten uszczupli katolicki portfel o 5 000 zł.

Jak się położy staruszków w jednej krypcie, to można zaoszczędzić. Opłacenie pojedynczego, katolickiego grobu na 40 lat to 2 400 zł.
Tyle, że katolickie dziecię musi przynajmniej 3 razy do roku biegać na grobowiec rodziców pucować go, umajać kwieciem i zapalać znicze. I niechby jednorazowo kwiaty i świeczki kosztowały tylko 30 zł, to przez 25 lat zrobi się z tego 2 250 zł.

Paciorek i przelew

Samo chodzenie do kościoła prawdziwemu katolikowi nie wystarczy. Wypada mu iść lub choć pojechać na pielgrzymkę. I to parę razy. Osiem pielgrzymek po tysiącu i robi się 8 000 zł.

Nie sposób uchylić się katolikowi od bycia chrzestnym lub chrzestną. A nie daj Bóg, być statystycznym chrzestnym trójki. Na chrzcie chrzestnemu nie wypada dać mniej niż tysiąc. Na komunii trzeba dać dwójkę. Na ślubie nie mniej niż 3 tysiące. W sumie potrójny chrzestny musi wydać 18 000 zł.

Co roku po Bożym Narodzeniu mieszkanie prawdziwego katolika nawiedza kolędujący ksiądz. Jeśli przyjąć, że od 30-go roku życia katolicka rodzina mieszka samodzielnie, to przez 50 statystycznych kolęd a’50 zł, każde z małżonków wyda na to po 1 250 zł.

Angażowanie się w życie parafii tudzież całego kościoła, to też katolicki oblig. Zrzutka na budowę nowej świątyni, jakiś ingres, obłuczyny czy jakoś tak, kwiaty na przystrojenie kościoła i tak dalej i tak dalej. W sumie bycie parafianinem to, po zryczałtowaniu, roczny wydatek około 100 złotych. Przez 55 lat robi się z tego 5 500 zł.

A gdzie prasa i inne katolickie media? Jeden tygodnik to minimum. Rocznie – 260 zł. Przez całe katolickie, dorosłe życie i podzieleniu tego na rodziców i współmałżonka wyjdzie 7 150 zł.

No i jakże tu odmówić datku na Radio Maryja lub TV Trwam? Stówa rocznie na ten szczytny katolicki cel to absolutne minimum. W sumie da to kolejne 5 500 zł.

Myślenie o przyszłości nie kończy się dla katolika wraz z odejściem do Pana. Katolik musi sobie jeszcze za życia postawić punkt przesiadkowy, będący zarazem miejscem, z którego najpierw obróci się w proch, a potem wstanie z martwych. Znaczy grobowiec. Jego budowa to 15 tys. zł. Ale ponieważ budują go mąż z żoną koszty dzielą się po połowie i wynoszą 7 500 zł na osobę.

Żeby zatem być prawdziwym katolikiem, należy się liczyć z wydaniem w ciągu całej swojej aktywności zawodowej i emerytalnej 856 735 zł na rzeczy, na które nie będąc katolikiem wydawać by się nie musiało. Gwoli ścisłości rachunkowej trzeba dodać, że katolik dostanie też swoje conieco na chrzcinach i weselach. Tyle, że kwotę tę zrównoważą wydatki na śluby i chrzciny dzieci, krewnych i wnucząt.

W tym czasie zaś, za ponad 850 tys. złotych, niekatoliccy rodzice zafundują statystycznym dwojgu dzieciom po wypasionym mieszkaniu.

Plan dla ludzi

PiS sobie nami rządzi, jak potrafi czy raczej jak nie potrafi, a tymczasem powstają różne plany na przyszłość. To dobrze, bo jest nadzieja, że skoro powstają, to jakaś przyszłość jednak dla nas jest.

W relacjach między państwem, społeczeństwem a Kościołem katolickim mamy kilka zasadniczych problemów. Część z nich wynika ze sposobu, w jaki polski Kościół katolicki po roku 1989 traktuje państwo i społeczeństwo. Kościół uzurpuje sobie zwierzchnią rolę w państwie, które ma realizować jego politykę i dbać o religijność obywateli. Politycy od centrum po prawą ścianę zabiegają o przychylność kościelnych funkcjonariuszy, tak by poparli ich starania o zajęcie lub utrzymanie politycznych pozycji.

Nie będę opisywał, jak jest, bo robiono to już wiele razy. W trosce o większość społeczeństwa, która uważa się za mniej lub bardziej religijną, przedstawię kilka propozycji. Po ich ewentualnej realizacji będzie się tym ludziom żyło lepiej, a nawet będzie się lepiej żyło wszystkim, katolicy zaś staną się wreszcie podmiotem w grze pomiędzy hierarchami kościelnymi a hierarchami politycznymi, zamiast być mięsem wyborczym.

Po pierwsze, trzeba przestać traktować Kościół i religię jako sprawy o specjalnym statusie społecznym. Podstawą demokracji jest wypracowanie rozwiązań, dzięki którym życie ludzi będzie lepsze lub choćby znośne. John Locke , ojciec demokracji, podkreślał, że celem wspólnoty politycznej – państwa – nie jest zbawienie obywateli. Chociaż uważał religię za podstawę moralności, Locke był przekonany, że zbawienie człowieka to coś, co jednostka powinna rozstrzygać w swoim sumieniu. W tej materii pozytywne prawo ludzkie nie powinno narzucać żadnej regulacji, bo zadaniem tego prawa nie jest czynienie ludzi dobrymi, lecz tylko zajmowanie się tym, co wprost i bezpośrednio jest konieczne do ochrony naturalnych uprawnień człowieka (dobra wspólnego). Prawo ma określać reguły postępowania w społeczeństwie i wcale nie musi, a nawet nie powinno, normować wszystkich sfer i wszystkich możliwych zachowań. Tak czy inaczej, prawo nie jest od tego, by wymuszać na jednostkach zachowania moralne czy religijne, w każdym razie dopóki nie żyjemy w teokracji. Pogląd Locke’a nie przyjął się w polskim Kościele, o ile w ogóle jest w nim znany. Być może dzieje się tak dlatego, że religia pozbawiona specjalnego statusu w państwie przestaje być źródłem dóbr doczesnych, a kto by chciał być (w Polsce) „ubogim” biskupem – skromnym, ale nawet nie pozłacanym?

Funkcjonowanie Kościoła w Polsce jest dwuznaczne. Z jednej strony prawo kanoniczne, swoisty statut Kościoła katolickiego, wyraźnie określa tu struktury podległości. Kościół katolicki ma sztywną hierarchię, pionowy system zarządzania. Zgodnie z konkordatem natomiast nie ma w Polsce takiego podmiotu prawa jak Kościół katolicki, są tylko kościelne osoby prawne. Każda parafia czy diecezja jest samorządna i niezależna, a zatem jedna parafia czy diecezja nie odpowiada za skutki prawne działań drugiej. Trudno oprzeć się podejrzeniu, że przyczyną takich zapisów jest właśnie chęć uniknięcia odpowiedzialności.

Pierwsza niezbędna zmiana to uregulowanie statusu prawnego Kościoła katolickiego tak, jak to przyjęto w stosunku do innych Kościołów i wyznań, na podobieństwo zwykłych organizacji pozarządowych. Byłby więc jeden działający zgodnie z prawem kanonicznym Kościół katolicki w Polsce. Osobno zaś mogą funkcjonować zakony i stowarzyszenia katolickie takie jak Caritas, na zasadzie prawa o stowarzyszeniach.

Druga sprawa to finansowanie Kościoła. Jak wszystkie organizacje pozarządowe, Kościół powinien utrzymywać się z darowizn i składek. A nawet jestem skłonny zaliczyć go do organizacji OPP. Można dopuścić udostępnienie Kościołowi pomieszczeń zarządzanych przez wspólnoty samorządowe na takich samych zasadach, na jakich korzystają z nich inne organizacje pozarządowe. Katecheci powinni posiadać uprawnienia do prowadzenia zajęć potwierdzone przez organy zarządzające edukacją, tak jak wszystkie osoby prowadzące zajęcia z dziećmi i młodzieżą. Zgodnie z zalecaniami psychologów uważam za niedopuszczalne prowadzenie zajęć religijnych w przedszkolach.

Przede wszystkim należy bezwzględnie skończyć z kościelną infiltracją instytucji publicznych. Nie ma miejsca dla kapelanów i im podobnych osób nie tylko w instytucjach publicznych, szpitalach i urzędach, ale również w wojsku, policji i straży granicznej. W żadnym stopniu nie ograniczy to pełniącym tam służbę ludziom możliwości korzystania z prawa do czynnego wyznawania religii, tym bardziej że to ich prywatna sprawa, poza służbą i pracą.

Po zrealizowaniu tych wszystkich postulatów będzie można powiedzieć, że wszyscy w Polsce jesteśmy u siebie. Wbrew pozorom najbardziej poprawi się sytuacja zwykłych katolików, którzy wreszcie odzyskają wolną wolę, przestaną być baranami prowadzonymi w nieznanym kierunku przez kościelnych i cywilnych pasterzy, często będących wilkami w owczych skórach. Wszystkie inne propozycje czy prezentowane „plany” stwarzają tylko pozory zmian w celu utrzymania status quo. Bo przecież niektórym jest w Polsce dobrze, czemu więc mieliby coś zmieniać?

Czy relacje między Kościołem a społeczeństwem są najważniejsze, czy najpilniej wymagają zmian? Może i nie, ale też nie należy tego odkładać na później. Im szybciej wyzwolimy się z kościelnych pęt, tym lepiej, zwłaszcza dla ludzi szczerze religijnych i dla dobra wszystkich obywateli.

W związku z tym wypowiedzenie konkordatu jest niezbędne. C.B.D.O

Odpływając na chwałę

Czasami to aż serce pęka, kiedy się patrzy, jak polski Kościół katolicki odrywa się od społeczeństwa i rozdyma w swojej mydlanej bańce, w której żyje od dekad. Nie, żeby mnie to jakoś szczególnie martwiło, ale dla przyzwoitości i czystości sumienia, może warto by podpowiedzieć rządzącym, żeby zwrócili kościelnym hierarchom uwagę, że król jest nagi, stary, gruby i obleśny.

Kompletnie nieatrakcyjny. Zwłaszcza dla młodych. Starzy mają świadomość, że czas obszedł się z nimi różnie, i sutanna potrafi ukryć sporo, ale dla młodzieży to dziś żadna okoliczność łagodząca. Czy to ksiądz, czy katecheta, czy pan od fizyki, wszyscy oni mogą być nudni jak flaki z olejem, a z ich lekcji można wynosić co najwyżej hemoroidy. Nie dziwią więc statystyki, z których dowiadujemy się, że młodzież szkolna i licealna masowo wypisuje się z lekcji religii. W Warszawie tylko od września na Woli z lekcji religii wypisało się ponad 900 uczniów. Na Pradze-Południe – ponad 700, na Białołęce – ponad 500, na Ursynowie – ponad 300. O ostatnim exodusie młodych katolików z lekcji katechezy poinformowała na dniach jedna z kieleckich gazet. Z danych Urzędu Miasta wynika, że skala tego zjawiska jest naprawdę ogromna. Spośród prawie 6,5 tys. licealistów z udziału w lekcjach religii zrezygnowało już ponad 2 tys. uczniów. Z kolei w kieleckich szkołach podstawowych z lekcji religii rezygnuje niewielu uczniów. Czemu tak się dzieje? A no bo w ogólniaku można już decydować o sobie, a w podstawówce jest wszak komunia i bierzmowanie, a bez tego ksiądz nie dopuści do ołtarza na ślub czy chrzciny, a to przecież taka ładna uroczystość. Biały welon, organy, schludnie to wygląda na pamiątkowym obrazku. Czysty pragmatyzm. Czy Kościół dostrzega ten rozdźwięk?

Skłamałbym, gdyby napisał że nie. Są w zawodzie księża i katecheci, którzy doskonale wiedzą, że piątkami i dwójkami miłości do Pana Boga nauczyć nie sposób. Wiedzą też, że programy katechez są tak skonstruowane, że prócz nauki pacierzy, ciężko jest znaleźć czas na to, czego młody człowiek dziś w wierze poszukuje. Trudno też im odpowiadać na coraz trudniejsze pytania, a częstokroć, trudno też bronić swojej własnej wiary, crosowanej z praktyką codzienności. Co bardziej wrażliwy mógłby się zasromać, że być może lekarstwem na bolączki katechetów mogłaby być zmiana podejścia w metodyce przedmiotu; z bogobojnej oazy na swobodną wymianę myśli, w kierunku poznania innego, nie tylko katolickiego, punktu widzenia na świat, rolę człowieka, zło czy dobro. Nic bardziej mylnego. Nie tak dawno temu, arcybiskup katowicki Skworc, na spotkaniu z nauczycielami wyznającymi katolickie wartości, zaapelował do rządzących, aby lekcje religii były obowiązkowe. I już. Problem rozwiązany. Młodzi nie chcą chodzić na religię-no to od dziś nie będą mieli wyjścia. Pan Bóg tak mocno Was ukochał, że nie możecie odrzucić tej miłości, a my Wam to zapewnimy. Mamy do tego przychylnych urzędników, a jak oni nie pomogą, to Armię Boga, znaczy Ordo Iuris i Kaję Godek.

Ale oczywiście, trzeba kuć czerwone, póki gorące i iść za ciosem. W trakcie ostatniej pielgrzymki parlamentarzystów polskich na Jasną Górę, mszy św. przed Cudownym Obrazem Matki Bożej przewodniczył abp Wacław Depo, który chwalił wprowadzony ostatnio w Polsce przez rząd PiS zakaz wykonywania aborcji w przypadku, gdy istnieje duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenie płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu. A potem się towarzystwo nie może nadziwić, że młodzi protestujący nie mają respektu dla świętości i malują sprejem po plebaniach. Wstyd i obraza boska. Gdyby jednak częściej młodzieży i dzieciom mawiać na religii, kiedy jeszcze na nią chadzały, że to ludzie są Kościołem, a nie budynki, pałace i spiżowe bramy, to może coś by z tego wyszło. Gdyby Kościół zechciał rzeczywiście zatroszczyć się o człowieka, miast o synekury dla siebie, może nie byłby dziś własną, pokraczną karykaturą.

Idąc w stronę bazyliki św. Piotra ulicą Via Conziliazione, parę lat temu, wdepnąłem w ludzką kupę. Skąd wiem, że w ludzką? Po prostu wiem. Nieopodal, w podcieniach, dostrzegłem śpiącego na kartonach bezdomnego. Kupa mogła należeć do niego, ale równie dobrze, do innego z setki żebraków koczujących w arkadach przy bazylice i wzdłuż ulicy doń prowadzącej. Nie było nań wolnej przestrzeni, której by nie zagospodarowali. Dziwić to jednak nie powinno. Biedacy byli na świecie od zawsze. Zawsze też, na odpustach czy po sumie, żebrali pod kościołami. I choć czasy się zmieniły, ludziom w Europie żyje się dostatniej i dłużej, to żebracy nadal są pod Kościołem i długo jeszcze pod nim pozostaną. A młodzi ludzie mają oczy i mózgi i potrafią z nich korzystać. Nawet bez nieobowiązkowych jeszcze katechez.

Zrobimy sobie kiedyś prezent na święta i wypowiemy konkordat

Zawarcie konkordatu, deklaracja rządowa co do jego interpretacji i przebieg ratyfikacji

W dniu 28 lipca 1993 roku minister spraw zagranicznych Krzysztof Skubiszewski podpisał umowę międzynarodową zawartą pomiędzy rządem, a Stolicą Apostolską zwana konkordatem. Unormowanie relacji pomiędzy państwem i Kościołem katolickim w takiej formie było niezgodne z ówcześnie obowiązującym przepisem art.77 tzw. Małej Konstytucji RP, który obowiązywał w brzmieniu jakie ustalone było w art.70 ust.2 Konstytucji PRL z 1952 roku. Przepis ten przewidywał jako wyłączny sposób określania sytuacji prawnej kościołów i związkami wyznaniowymi drogę ustawowa, a więc nie dopuszczał w tym zakresie zawarcia umowy międzynarodowej.

Podpisanie umowy było zresztą nie tylko naruszeniem norm konstytucyjnych, ale i dobrych obyczajów, gdyż rządowi Hanny Suchockiej już 31 maja 1993 roku wyrażono wotum nieufności i działał on jedynie z woli Prezydenta RP Lecha Wałęsy. Mając do wyboru przyjecie dymisji rządu albo rozwiązanie Sejmu Wałęsa wybrał drugie rozwiązanie pozwalające utrzymać ekipę rządzącą przy władzy. Pozwoliło to na pospieszne dokończenie negocjacji z przedstawicielami Kościoła katolickiego i podpisanie umowy. Pomimo utraty poparcia politycznego rząd Suchockiej nie zadbał nawet o przeprowadzenie jakichkolwiek konsultacji społecznych co do treści podpisywanej z Watykanem umowy, a co więcej nie przedstawił nawet jej treści do publicznej wiadomości. Pośpiech i dyskrecjonalne akty przyjęcia i podpisania umowy były prawdopodobnie spowodowane realnie istniejącym zagrożeniem zwycięstwem lewicy w nadchodzących wyborach. Z jednej strony chodziło oczywiście o zagwarantowanie interesów Kościoła katolickiego i wykonania gestu wobec papieża Polaka, z drugiej o potencjalne wprowadzenie lewicy w ewidentny konflikt z Watykanem w wypadku odrzucenia ratyfikacji zawartej umowy. Zlekceważono ówcześnie obowiązująca regulację konstytucyjną poprzez sposób prowadzenia negocjacji jak i niedopuszczalną podówczas formę regulacji statusu Kościoła katolickiego w Polsce, a więc nie poprzez ustawę lecz umowę międzynarodową. Naruszono fundamentalną zasadę legalizmu nakazującą organom państwowym prowadzenie aktywności w zakresie przewidzianym prawem, a więc podejmowanie tylko takich działań jakie przewidziane są jego kompetencjami, które nie przewidywały negocjowania i podpisania umowy międzynarodowej dotyczącej statusu prawnego jakiegokolwiek kościoła czy innego związku wyznaniowego w Polsce. W efekcie podpisania konkordatu, pomimo wieloletniej obstrukcji dokonania jego ratyfikacji w czasie rządów lewicy, stworzył on Kościołowi podstawy do sięgania po coraz to nowe koncesje ze strony państwa, umożliwił realizację żądań i aspiracji ekonomicznych, poszerzenie wpływu na wychowanie i edukację młodzieży, obecności w środkach masowego przekazu w ceremoniale państwowym i większości uroczystości o różnym charakterze ugruntowując panowanie w sferze światopoglądowej. Zyskując wpływ na prace Komisji Konstytucyjnej przeforsował, pomimo oficjalnego kontestowania przez większość hierarchii kościelnej i prawicę narodowo-katolicką, rezygnację z konstytucyjnego rozdziału państwa i kościoła, neutralności światopoglądowej narzucając aksjologię odwołująca się do ustaleń Soboru Watykańskiego II.

W tej sytuacji nie budziło zdziwienia realizowanie, a nawet rozszerzanie uprawnień konkordatowych Kościoła jeszcze przed jego ratyfikacją, która nastąpiła w dniu 23 lutego 1998 roku. Ratyfikacja konkordatu poprzedzona była wejściem w życie Konstytucji RP z 2 kwietnia 1997 roku ale i szeregiem wątpliwych działań władzy ustawodawczej i wykonawczej. Stosownie do art.90 Konstytucji RP umowa międzynarodowa zawierająca postanowienia dotyczące przekazania organizacji międzynarodowej lub organowi międzynarodowemu kompetencji władzy państwowej w niektórych sprawach wymaga zgodnie z ust.2 powołanego przepisu zgody Sejmu RP na ratyfikację wyrażoną przez większość 2/3 głosów w obecności, co najmniej połowy liczby posłów oraz przez Senat taką samą większością. Pomijając dyskusyjna kwestię czy Stolica Apostolska jako podmiot prawa międzynarodowego jest uprawniona poprzez swoją organizację lokalną do przejęcia kompetencji władzy państwowej suwerennego kraju tj. wykonywania funkcji publicznej np. w postaci sporządzania aktów ślubu jako aktów stanu cywilnego, to trzeba jasno stwierdzić, że zgoda na ratyfikacje umowy wyrażona przez Sejm RP zwykłą większością głosów stanowiła naruszenie prawa. W głosowaniu przeprowadzonym dnia 8 stycznia 1998 roku o godz.19.20 udział wzięło 436 posłów, z których za ratyfikacją glosowało 273, a przeciwko 161 przy 2 wstrzymujących się i 23 nie biorących udziału w głosowaniu. Wymagana zgodnie z art.90 ust.2 Konstytucji większość 2/3 stanowiła 290 głosów za przyjęciem ustawy ratyfikacyjnej. Zdziwienie budzi fakt, że manewr ten został przeprowadzony pod rządami lewicy w pełni świadomej konsekwencji jakie poniesie za sobą wdrożenie umowy stanowiącej z odnośnymi postanowieniami konstytucyjnymi rygiel prawny mający skutecznie zablokować wszelkie próby zmiany w jakimkolwiek zakresie pozycji prawnej Kościoła katolickiego, jego apetytów finansowych czy rozbudowanych przywilejów. Niczego nie mogła zatem zmienić, oprócz słabej próby ratowania wizerunku lewicy przyjęta wcześniej, bo już 15 kwietnia 1997 roku deklaracja Rządu RP w celu zapewnienia jasnej wykładni przepisów konkordatu, która zawierała kilka ważnych sformułowań dotyczących zakazu odmowy pochówku na cmentarzach katolickich osób niewierzących i innowierców, wolności wyboru przez nupturientów formy i skutków zawieranego małżeństwa, prowadzenia lekcji religii w szkołach z poszanowaniem zasady tolerancji i wolności religijnej z koniecznością uzyskiwania wyrażenia woli przez osoby zainteresowane na organizacje takich zajęć, a także potwierdzenia prawa organów państwowych do regulowania kwestii finansowych i podatkowych kościelnych osób prawnych i fizycznych.

Deklaracja powyższa jest często negliżowana jako pozbawiona mocy prawnej ze względu na jej nie ratyfikowanie przez Stolicę Apostolską jak i budzący wątpliwości sposób ogłoszenia przez stronę rządową w Monitorze Polskim. Niemniej jednak zgodnie z przepisami dotyczącymi tzw. kontekstu zawartymi w Konwencji wiedeńskiej z dn.23maja 1969 roku o prawie traktatów (Dz. U. z 1990 r., Nr 74, poz.439 ) kontekst stanowić może każdy dokument sporządzony przez jedną lub więcej stron w związku z zawarciem traktatu przyjęty przez inne strony jako dokument odnoszący się do traktatu. Skoro więc deklaracja została przedstawiona stronie kościelnej, to konkordat musi być interpretowany z uwzględnieniem wykładni przyjętej w deklaracji.

Konkordat, którego aksjologiczne podstawy i rozwiązania forsowane przez administrację watykańska wypełniać miały oczekiwania papieża Jana Pawła II, wyłącznie pozornie realizuje koncepcję rozdziału państwa i Kościoła. Przyjęta zasada współpracy odpowiada w pełni przyjętej przez Sobór Watykański II „Deklaracją o Wolności Religijnej „ z 1965 roku, w której czytamy, że osoba ludzka ma prawo do wolności religijnej oraz opowiada się za szeroką wolnością dla wspólnot religijnych dopuszczając jednak uprzywilejowanie jednej wspólnoty, opowiada się za państwem świeckim, ale stwarzającym warunki do rozwoju życia religijnego.” Przy tym potępia ustrój narzucający jedyny system wychowania, z którego całkowicie usunięta została formacja religijna, a więc np. w którym istnieje wyłącznie szkoła świecka. Treść preambuły konkordatu wyraźnie faworyzuje katolików i Kościół katolicki wobec innych wyznań nie rzymskokatolickich oraz osób niewierzących uwydatniając posłannictwo Kościoła i rolę religii większościowej w historii Polski z znaczeniem pontyfikatu polskiego papieża. Innowiercza i nie konfesyjna część społeczeństwa stanowi na tle wspomnianych sformułowań co najwyżej drugą kategorię uczestników życia publicznego. Konkordat miał za zadanie zagwarantować nadrzędna pozycje prawną Kościołowi katolickiemu. Wynikało to wprost ze złożonego w październiku 1991 roku nuncjuszowi Józefowi Kowalczykowi projektu umowy autorstwa Episkopatu Polski, w którego art. 1 znajdowało się postanowienie o konieczności uwzględnienia w ustawodawstwie kraju szczególnej pozycji Kościoła katolickiego ze względu na większość społeczeństwa wyznającego religie katolicka oraz jego wkład w rozwój osoby ludzkiej i wspólnoty narodowej. Pomimo nie uwzględnienia wprost takiego postanowienia Kościół i jego osoby prawne uzyskały gwarancje specjalnego statusu. a poprzez nie równoprawne rozłożenie obowiązków głownie obciążających państwo konkordat jest uważany za umowę nie równoprawną.

Konkordat jako umowa międzynarodowa.

Umowa międzynarodowa zawarta ze Stolicą Apostolską jako uregulowanie zawierające normy dotyczące różnych aspektów relacji państwa z Kościołem i obejmujące całokształt sytuacji Kościoła katolickiego w danym państwie i dlatego nazywana jest potocznie konkordatem. Tak więc szeroki zakres zawartych w umowie treści, a nie forma czy jakieś inne elementy decydują o nazwie używanej powszechnie dla określenia dwustronnej umowy międzynarodowej zawieranej ze Stolicą Apostolską przez suwerenne państwa. Warto przy tym zwrócić uwagę, że obowiązujący przepis konstytucyjny art.25 ust.4 odnosi się jedynie do ustalenia formy regulacji prawnej w jakiej państwo ma obowiązek unormowania stosunków z Kościołem katolickim. Jest nią umowa międzynarodowa, przy czym nie określa się ani jej zakresu ani nie nakazując by zawierała ona kompleks zagadnień dotyczących relacji w państwem w jednym dokumencie umowy. Jednocześnie warto zauważyć, że nawet całościowe umowy będące konkordatami zawieranymi przez Stolicę Apostolską jako podmiot prawa międzynarodowego publicznego często odsyłają do uregulowania pewnych kwestii oddzielnymi umowami. Taką też konstrukcję zawiera art.27 konkordatu przewidujący zawarcie nowych umów w sprawach wymagających wprowadzenia nowych lub dodatkowych rozwiązań. Konkordat zawiera postanowienia wzajemnie zobowiązujące, chociaż praktyczne znaczenie mają głównie obciążenia państwa świadczeniami ekonomicznymi na rzecz Kościoła. Warto też zauważyć, że jedyną właściwie istotną korzyścią dla społeczności katolickiej jaka wynikała z konkordatu stanowiła możliwość zawierania małżeństwa wyznaniowych ze skutkami cywilnoprawnymi.

Możliwości wypowiedzenia konkordatu.

Tak jak i w wypadku innych umów międzynarodowych istnieje możliwość wypowiedzenia konkordatu jako całości jak też i określonych jego postanowień. Stosownie do art.87 ust.1 Konstytucji RP konkordat jako ratyfikowana umowa międzynarodowa stanowi źródło obowiązującego prawa niezależnie od uchybień towarzyszących jego podpisaniu i ratyfikacji, a przepisy są stosowane bezpośrednio jeżeli nie wymagają wydania ustawy dla ich wykonania i to są stosowane z pierwszeństwem przed ustawami zwykłymi w razie istnienia sprzeczności pomiędzy przepisem umowy i ustawy. Tryb wypowiedzenia umowy międzynarodowej zgodnie z art.89 ust.1 w zw. z ust.3 Konstytucji wymagający uprzedniej zgody wyrażonej w ustawie przyjętej przez Sejm i Senat chociażby ze względu na fakt, że dotyczy spraw uregulowanych w ustawie lub w których konstytucja wymaga ustawy oraz wolności, praw lub obowiązków obywatelskich określonych w konstytucji (art.89 ust.1, pkt.2 i 5). Procedura szczegółowa wypowiadania umów międzynarodowych określona jest ustawą w obecnej wersji zawartą w obwieszczeniu Marszałka Sejmu RP z dn.13 grudnia 2019 roku w sprawie ogłoszenia jednolitego tekstu ustawy o umowach międzynarodowych (t.j. Dz. U. 2020, poz.127). Wymaga ona przedłożenia Prezydentowi RP projektu decyzji o wypowiedzeniu ratyfikowanej umowy po uzyskaniu zgody wyrażonej w ustawie, o której mowa w art. 89 ust.1 lub art.90 Konstytucji. Decyzję ogłasza się w Dzienniku Ustaw. Prezes Rady Ministrów notyfikuje decyzję o wypowiedzeniu umowy. (art.22a ustawy wyżej powołanej).

Może kiedyś będziemy mieli możliwość skorzystanie z przytoczonej procedury z korzyścią dla państwa, w którym przywrócimy świeckie zasady jego funkcjonowania i neutralność światopoglądową.

Spada autorytet Kościoła

W ostatnich tygodniach przeprowadzony został szereg badań i sondaży przeprowadzonych wśród Polaków i Polek, z których wynika, że mamy coraz bardziej negatywny stosunek do Kościoła katolickiego.

Z badania przeprowadzonego przez IBRiS dla Onet.pl 27 listopada za pomocą metody CATI na próbie 1100 osób, w którym sprawdzano poziom zaufania Polaków do różnych instytucji, wynika że zaledwie 40 proc. ankietowanych ufa Kościołowi katolickiemu. Jest to spadek aż o 18 pkt. procentowych w porównaniu z rokiem 2016, kiedy PiS dochodził do władzy. Jeszcze większą różnicę zauważymy porównując ilosć respondentów, którzy stwierdzili, że Kościołowi nie ufają. W 2016 roku było to zaledwie 24 proc., podczas gdy w tegorocznym badaniu jest to aż 42 proc.. Oznacza to, że po raz pierwszy, więcej Polaków nie ufa niż ufa tej instytucji.

Polacy coraz mniej ufają kościołowi. Pytani o swój ogólny stosunek do instytucji również wyrażają coraz mniej pochlebne opinie. W badaniu IBRiS dla Rzeczpospolitej, przeprowadzonym pomiędzy 13 a 14 listopada metodą CATI na grupie 1100 respondentów, jedynie 35 proc. Polaków określiło swój stosunek do Kościoła jako pozytywny.

31 proc. badanych określiło swój stosunek jako neutralny, a 32 proc. jako negatywny.

Z badania wynika, że najszybciej laicyzującą się grupą osób są młodzi ludzie (między 18. a 29. rokiem życia). Wśród nich nastawienie do Kościoła jest negatywne (47 proc.) lub neutralne (44 proc.). Im osoby starsze, tym stosunek do Kościoła przechyla się w stronę pozytywną. To może oznaczać, że wraz z wymianą pokoleniową, Polska będzie posuwać się do przodu w laicyzacji.

Badanie dla Rp sprawdzało również poziom zaufania do kard. Stefana Dziwisza, któremu zarzuca się tuszowanie pedofilii w KK. Źle ocenia go 58 proc. Polaków, z czego wśród mieszkańców Małopolski odsetek ten wynosi aż 72 proc. Pozytywnie, w Polsce i woj. małopolskim ocenia go odpowiednio 20 proc. i 12 proc.