Powrót do państwa wyznaniowego?

Na przestrzeni lat 1921-1939 i poczynając od roku 1989 obowiązywały w Polsce cztery konstytucje odmiennie ujmujące koncepcje praw i wolności obywatelskich. Zarówno jednak w modelu koncesyjnego zwierzchnictwa państwowego obowiązującego w Polsce międzywojennej, który zakładał że prawa i wolności obywatelskie wywodzone są z nadania państwa jak i w obowiązującej obecnie prawno-naturalnej koncepcji konstytucyjnej relacje państwa polskiego z kościołem układały się i układają bardzo podobnie.

W pierwszym okresie po odzyskaniu niepodległości Mała Konstytucja z 20 lutego 1919 roku stojąca na stanowisku skoncentrowania władzy w Sejmie Ustawodawczym i dążenia do jak najszybszego uchwalenia ustawy zasadniczej wprowadzała zasadę koncentracji władzy państwowej i zwierzchnictwa państwa we wszystkich sprawach w tym oczywiście działalności kościołów i związków wyznaniowych. Koncepcja taka dawała możliwość uregulowania statusu prawnego różnorodnych wyznań religijnych na równoprawnych zasadach tym bardziej, że główne mniejszości narodowe ukraińska, białoruska czy żydowska związane były konfesjami niekatolickimi. Niestety tak się nie stało, a Konstytucje z 17 marca 1921 r. oraz z 23 kwietnia 1935 r. przyznawały Kościołowi katolickiemu uprzywilejowaną pozycję prawną – „naczelnego stanowiska wśród równouprawnionych wyznań”. Uznana została pełna autonomia kościoła i złamana zasada przyznawania praw z nadania państwa co wynikało z zawartego w roku 1925 konkordatu oraz przepisów wykonawczych konkretyzujących jego postanowienia. Przewidywały one mianowicie m.in. swobodę w wykonywaniu władzy duchowej i jurysdykcji, administracji wewnętrznej i zarządu majątkiem. Duchowieństwo zostało zwolnione ze służby wojskowej i korzystało ze specjalnej ochrony karnej. Kościół korzystał z pomocy państwa przy wykonywaniu decyzji władz kościelnych i otrzymywał od państwa dotacje. Na przykład w 1938 roku była to kwota 20 mln złotych. Praktyka współdziałania państwa z Kościołem katolickim wykraczała jednak daleko bardziej poza przyznane prawem przywileje i stawała się coraz bardziej elementem realizacji polityki w tym przede wszystkim narodowościowej skierowanej przeciwko ludności ukraińskiej i białoruskiej wyznania prawosławnego i grecko-katolickiego oraz akceptującej ekscesy antysemickie polskich nacjonalistów.

Pomimo, że międzywojenny system zwierzchnictwa państwa nad związkami wyznaniowymi został po II wojnie światowej zastąpiony systemem zwierzchnictwa rozdziałowego realizowanego w warunkach państwa autorytarnego popierającego światopogląd materialistyczny, to pozycja Kościoła katolickiego nie tylko nie ucierpiała, ale uzyskała szerokie poparcie wiernych już jako instytucja wyznaniowa faktycznie monopolizująca całą sferę religijną. Nie bez znaczenia w procesie umacniania pozycji Kościoła pozostawała rekatolicyzacja Ziem Zachodnich i Północnych. Przejęcie przez Kościół katolicki w drodze zawłaszczenia majątku parafii protestanckich różnej konfesji, a także wielu obiektów kościołów wschodnich na Lubelszczyźnie i Podkarpaciu zostało z czasem zatwierdzone przez władze PRL-u stając się przysporzeniem majątkowym o istotnych rozmiarach i to znacznie wcześniej niż stały się nim działania Komisji Majątkowej szczodrze dysponującej na rzecz Kościoła mieniem państwowym i jednostek samorządu terytorialnego. W warunkach obowiązującej teoretycznie w Polsce Ludowej tzw. „separacji wrogiej” państwa i Kościoła realizował się proces unifikacji religijnej i umacniania wpływów instytucji religijnej w społeczeństwie i państwie, co w efekcie doprowadziło do ustępstw władzy wobec aspiracji Kościoła, uległości i poszukiwaniu wsparcia w latach stanu wojennego w zapewnieniu ładu i spokoju wewnętrznego, a w końcu całkowitej kapitulacji i zaakceptowania odejścia od laickiego modelu państwa w ustawach wyznaniowych z 17 maja 1989 r.

Od roku 1989 funkcjonuje w Polsce tzw. system „przyjaznego” rozdziału państwa od kościołów i związków wyznaniowych, jednakże przy wyraźnym nabieraniu przez państwo znamion konfesyjnych o orientacji katolickiej, które ostatecznie doprowadziły do ukształtowania się Polski jako państwa wyznaniowego za fasadą tzw. demokracji większościowej.

Relacje państwo – związki wyznaniowe po przełomie 1989 roku.
Po latach PRL-u dyskusja na temat Kościoła i roli religii w państwie i społeczeństwie mogła przebiegać znacznie szerzej i poważniej niż bezpośrednio po ukonstytuowaniu się pierwszego demokratycznego rządu na czele z Premierem Mazowieckim. Niestety relacja państwa z Kościołem katolickim w owym czasie pozostawała pod silną presją roszczeń Kościoła żądającego wprowadzenia religii do sfery publicznej. Dodatkowo hierarchię kościelną i polskiego papieża powszechnie uznawano, nawet w środowiskach niekonfesyjnej części społeczeństwa, za gwaranta trwałości przemian demokratycznych. W tych warunkach marginalizowane były wszelkie krytyczne opinie i oceny aktywności Kościoła i roli religii w społeczeństwie i państwie, a media publiczne eliminowały tego rodzaju treści uniemożliwiając szerszy zasięg swobodnej dyskusji publicznej w sprawach wyznaniowych. Najlepszym przykładem takich praktyk jest całkowity brak dyskursu publicznego w sprawie konkordatu ze Stolicą Apostolską. Tekstu umowy nie był przedstawiony opinii publicznej i nie poddano go dyskusji nawet po podpisaniu w 1993 roku.

Poczynając od 1989 roku możemy wyróżnić sześć zasadniczych okresów kształtowania się relacji państwa z Kościołem katolickim, determinowanych kolejnymi wydarzeniami jakie przesądzały o treści tych relacji.

Okres od 1989 roku do roku 1993 zakończony pospiesznym przyjęciem tekstu konkordatu tj. umowy międzynarodowej zawartej pomiędzy Rzeczpospolitą Polska, a Stolicą Apostolską. Okres ten charakteryzował się kształtowaniem podstawowych założeń aksjologicznych, prawnych i politycznych. Z jednej strony wypracowywanych pod presją społecznego poparcia dla kościoła jako sojusznika polskiej wolności, które sięgało na początku 1990 roku 90%, a z drugiej strony – w warunkach trudności gospodarczych i nachalnego narzucania rozwiązań w zakresie edukacji, ochrony zdrowia czy mediów, wywiedzionych z konfesyjnie zdefiniowanego systemu wartości i budzących sprzeciw części społeczeństwa. W efekcie przeforsowano wprowadzenie religii do szkół, co nastąpiło 3.08.1990 r. na podstawie aktu prawnego rangi instrukcji, a już jesienią doszło do debaty nazywanej debatą o ochronie życia, sprowadzającej się do przyjęcia zakazu aborcji, a nieco wcześniej wprowadzono do ustawy o radiofonii i telewizji przepisy o obowiązku respektowania w audycjach tzw. wartości chrześcijańskich – rok 1992. Na fali niezadowolenia spowodowanego powyższymi działaniami jak i angażowaniem się duchownych w wybory 1991 roku nastąpił spadek uznania dla kościoła do 38% ,co zapewne umożliwiło bądź ułatwiło wstrzymanie prac nad konkordatem, którego przyjecie miało stanowić hołd składany Kościołowi katolickiemu i osobie papieża podkreślający zasługi dla Państwa Polskiego.

Przyjecie tekstu konkordatu w 1993 i rządy postkomunistycznej lewicy zaznaczyły się intensyfikacją prac nad przygotowaniem projektu Konstytucji RP, naciskami środowisk kościelnych i ugrupowań prawicowych na ratyfikację konkordatu oraz uchwaleniem Konstytucji RP w dniu 20.04.1997 roku. Logika demokratycznej polityki i logika religii rodziły nieustannie napięcia szczególnie w wypadku ustalania aksjologicznych prawnych i politycznych reguł demokratycznej gry i pozycji jaką w państwie zajmować ma religia i jej instytucjonalny wyraz. Niewątpliwie dzięki rządom lewicy, oskarżanej często o kapitulanctwo wobec roszczeń Kościoła, udało się zachować jakieś minimum praw i wolności w zakresie sumienia i wyznania. Niestety w następnych latach gwarancje konstytucyjne okazały się całkowicie nie wystarczające, powszechnie ignorowane przez władze administracyjne i sądowe wobec presji kościoła i organizacji zorientowanych religijnie. W okresie tym wyraźnie ukształtowały się nurty polityczne reprezentujące stanowiska „katolicko-narodowe” nawiązujące do koncepcji Dmowskiego i Carla Schmidta głoszące powrót do historycznej tradycji, narodowych mitów i katolickiej tożsamości Polaków. Stanowisko laickiej części społeczeństwa reprezentowane przez lewicę i nieliczne organizacje świeckie oraz umiarkowanie liberalne spętane było poczuciem uległości wobec Kościoła i gotowością zadośćuczynienia mu za wkład w odzyskanie wolności i ograniczone zbyt dużym przekonaniem o jego znaczeniu i roli Kościoła w Polsce.

Lata 1997 do 2005 to okres decydujący dla polskich aspiracji o członkostwo w Unii Europejskiej, a dla Kościoła realny udział w tym procesie często jakby nie dostrzegany bądź marginalizowany przez obserwatorów świeckich. To jest okres rozpoczynający się wizytą delegacji polskiego Episkopatu w Brukseli, która miała miejsce w dniach 4-7.11.1997 roku i potwierdzającej publiczny status kościoła w tym procesie. Chociaż ogólna orientacja duchowieństwa była pozytywna, to w żadnej mierze nie była bezwarunkowa ani w relacji z rządem ani z Unią Europejską. Zróżnicowane postawy wobec akcesji stwarzały poważne problemy jak się wydaje również watykańskiemu kierownictwu liczącemu na zintensyfikowanie procesu rechrystianizacji Europy i wprowadzenie do opracowywanego wówczas projektu Konstytucji Europejskiej Invocatio Dei i postanowień nawiązujących do chrześcijańskich fundamentów Europy. Krytycy przystąpienia Polski do UE zgromadzeni wokół Radia Maryja i Naszego Dziennika wbrew stanowisku papieża uzyskiwali coraz większe poparcie w tradycjonalistycznie zorientowanym społeczeństwie i części kleru parafialnego. O pozytywnym stanowisku polskiego episkopatu przesądziła jednak większość duchowieństwa posłuszna papieskiemu zwierzchnictwu. Okres ten kończy śmierć papieża i zwycięstwo wyborcze partii przybierającej już religijny makijaż, lecz jeszcze nie całkiem religijnie zorientowanej i często krytykowanej przez przedstawicieli hierarchii kościelnej ( np. abp H. Muszyński ostro krytykował PiS za styl prowadzenia polityki), a list Lecha Kaczyńskiego zawarty w broszurze „Polska katolicka w chrześcijańskiej Europie” nie budził jeszcze entuzjazmu hierarchii kościelnej.

Okres rozpoczynający się po śmierci papieża i trwający do wyborczego zwycięstwa PIS-u w 14 z 16 województwach w roku 2005 to najbardziej gorący czas dla Kościoła katolickiego w Polsce. Zaczął się on od „bezkrólewia” polegającego na utracie przez większość społeczeństwa, a nie tylko katolików wspólnego autorytetu i punktu odniesienia jakim był Karol Wojtyła. Wywołany przez władzę PIS problem lustracji osłabiał pozycję hierarchów katolickich, a środowiska związane z obozem liberalnym nie wahały się zdecydowanie recenzować nieprzychylną im władzę i Kościół w sferze medialnej. W tym czasie, obfitującym w dramatyczne wydarzenia związane z katastrofą lotniczą pod Smoleńskiem, dochodzi do wyraźnego ukształtowania się aprobującego stosunku Kościoła do projektu IV RP braci Kaczyńskich. Okres przerwany odsunięciem koalicyjnego rządu PIS od władzy i względną neutralizacją stanowiska duchowieństwa wobec rządzących za cenę intensyfikacji materialnych przysporzeń, licznych koncesji i przywilejów kończył także proces wyposażania Kościoła katolickiego w zasadniczą część przekazanego mu majątku w postaci nieruchomości i kwot pieniężnych pozostawiając jednakże w dalszym ciągu otwartą możliwość akwizycji nieruchomości na Ziemiach Zachodnich i Północnych. Jednocześnie hierarchia kościelna mogła naocznie przekonać się o zdolnościach mobilizacyjnych elektoratu odwołującego się do narodowo-wyznaniowych idei dyscyplinowanych skutecznym narzędziem politycznym jakim w rękach Jarosława Kaczyńskiego okazał się klerykalizm polityczny wobec którego neoliberalny rząd Tuska okazał się bezsilny. Przeciwstawienie narodowo-katolickiej ofensywie happeningów Palikota z jednej strony, a gotowości do spełniania aspiracji Kościoła z drugiej, godzenie się na jego wzrastającą pozycję w społeczeństwie i państwie, a nawet gorliwość w oferowaniu rozmaitych przywilejów przyniosła jedynie czasową neutralizację postawy Kościoła. Trwała ona do czasu ostatecznego zamknięcia systemu przysporzeń majątkowych przez Komisję Majątkową i można było pomyśleć już nie tylko o panowaniu światopoglądowym lecz realnej władzy.

Wraz z wygraną partii rządzącej w wyborach parlamentarnych nadszedł okres kulminacji wszystkich osiągnięć Kościoła katolickiego z całego okresu minionego ćwierćwiecza. Stosunki Kościoła z państwem poddane zostały dyktatowi światopoglądowemu Kościoła katolickiego. Koncepcja „nowego Polaka” związanego tożsamościowo z religią jednego wyznania jest osią „naszości” coraz bardziej przypominającą faszyzm włoski czy faszystowski korporacjonizm Salazara w Portugalii. Jednocześnie żadne emocje i napięcia społeczne związane z udziałem duchowieństwa w działalności politycznej, patronowaniem różnego rodzaju przedsięwzięciom, z jawnym wspieraniem partii rządzącej jak i pomoc oraz wsparcie w doprowadzeniu jej do władzy e nie były w stanie wywołać większego protestu skierowanego przeciwko aktywności Kościoła w dziele klerykalizacji kraju. Nie znalazły odzwierciedlenia w stanowiskach partii opozycyjnych marginalizowanych przez Zjednoczona Prawicę. Zgodnie z obowiązującą w polskiej polityce zasadą omijania kwestii kościoła i religii w przestrzeni publicznej, opozycja truchlała na samą myśl o konieczności opisu rzeczywistej roli kościoła jako faktycznego koalicjanta władzy i jego poparcia dla kontrowersyjnego projektu realizowanego przez partię rządzącą. Nieśmiałe próby zwrócenia uwagi na rangę problemu klerykalizacji kraju podejmowane przez nielicznych naukowców i intelektualistów (Apel do władz Rzeczpospolitej Polskiej w sprawie klerykalizacji kraju) poparte podpisami kilkunastu tysięcy obywateli w ogóle nie został szerzej odnotowany w publicznej dyskusji, a brak w nim propozycji konkretnych inicjatyw czy działań skierowanych do społeczeństwa stawia go jedynie w rzędzie szlachetnego, lecz pozbawionego jakiejkolwiek skuteczności gestu mającego zwrócić uwagę rządzących na obowiązujące w Polsce „ustrojowe podstawy państwa i jego porządku prawnego” łamane bez żenady podobnie jak łamano je w dwudziestoleciu międzywojennym.

Wybory parlamentarne roku 2019 i prezydenckie z 2020 pomimo wprowadzenia do Sejmu i Senatu RP przedstawicieli partii lewicowych oczywiście nie były w stanie zmienić czegokolwiek w relacjach rządzących z Kościołem katolickim, który wyraźnie staje się już czymś więcej niż tylko koalicjantem partii rządzącej. Wyniki wyborów parlamentarnych, w których już wszystkie ugrupowania z wyjątkiem lewicy w sposób jawny odwoływały się do religijnej wizji świata i deklarowały gotowość akceptacji pozycji Kościoła świadczą o triumfie klerykalizmu politycznego jako najskuteczniejszego narzędzia politycznej ekspresji w państwie wyznaniowym. Za wyjątkiem neoliberalnego kandydata opozycji parlamentarnej, w dalszym ciągu nie przyjmującego do wiadomości klerykalizacji państwa, główni liczący się w wyborach prezydenckich kandydaci przywoływali religijne podstawy swoich wyborów wyraźnie potwierdzając zachodzący proces autoidentyfikacji państwa ze światopoglądem religijnym jednego wyznania. W tym stanie rzeczy już nie tylko pozycja danej partii politycznej w ramach koalicji rządzącej determinowana jest manifestacyjną religijnością, która podlega wartościowaniu przez Kościół katolicki, ale i funkcjonowanie na scenie politycznej ugrupowania opozycyjnego w warunkach uznania go za godny jej element. Pozwala to Kościołowi na kształtowanie poprzez swoje poparcie pozycji politycznej w układzie rządowym i parlamentarnym, co budzić musi zdziwienie wobec zachodzących procesów laicyzacji społeczeństwa wbrew narastającej presji jego narodowo-wyznaniowej ideologizacji. Efektem okresy zapoczątkowanego maratonem wyborczym 2019/20 będzie umacnianie antydemokratycznego, autorytarnego państwa wyznaniowego zwalczanie instytucji demokratycznych, wolnych mediów, i wolnej myśli, a w końcu podstawowych praw człowieka i obywatela.

Religia jako spoiwo polskiej sceny politycznej

W apelu Kongresu Świeckości z początku 2017 roku skierowanym do wszystkich współobywateli, środowisk opiniotwórczych, organizacji społecznych i politycznych o zdecydowany sprzeciw wobec postępującej klerykalizacji kraju zawarte zostało następujące sformułowanie:

„Uważamy, że państwo nie powinno angażować się w zaspokajanie roszczeń Kościoła do wyłączności w kształtowaniu wyobraźni, moralności i edukacji społeczeństwa. Konfesyjnie zdefiniowany system wartości nie może być narzucany zróżnicowanemu światopoglądowo społeczeństwu, ponieważ oceny moralne dokonywane z tak jednowymiarowej perspektywy są krzywdzące dla wszystkich, którzy podstawy etyczne swojego życia opierają na równie mocnych, choć innych niż wyznaniowe podstawach.”

Odnosząc się wprost do rządzącego podówczas jak i obecnie układu politycznego wyraziliśmy oburzenie działaniami hierarchów Kościoła katolickiego przyjmującego „…rolę politycznego gracza – sojusznika i faktycznego, choć nieformalnego koalicjanta rządzącej formacji politycznej, za wspieranie której uzyskuje ogromne korzyści materialne pochodzące ze środków publicznych oraz uregulowania prawne pozwalające na dalsze nieskrępowane poszerzanie wpływu” zmierzającego do podporządkowania wszystkich sfer działalności państwa i aktywności jego obywateli regułom i rytuałom wyznania katolickiego.

Patrząc z perspektywy już ponad trzyletniego okresu systematycznego umacniania narodowo-katolickiej władzy i propagowanego przez nią wzorca tożsamościowego jaki powinien obowiązywać członka narodowej wspólnoty nie sposób nie zauważyć, że sytuacja polityczna w Polsce jak i stosunku społeczne uległy dalszemu dramatycznemu pogorszeniu. Dewastujący wpływ upolitycznionego religijnego fundamentalizmu na państwo i stosunki społeczne, utożsamianie polskości z wyznaniem katolickim i towarzysząca temu niechęć, a nawet jawna wrogość wobec osób LGBTQ+, ateistów czy innowierców spowodował wykluczenie tych grup społecznych z uczestnictwa w życiu publicznym. Wzrastają antagonizmy już nie tylko pomiędzy zwolennikami głównych sił politycznych, ale i pomiędzy różnymi środowiskami w ramach zróżnicowanych sił społecznych i politycznych. W sposób oczywisty tworzy to zagrożenie dla spójności państwa. Coraz częściej na ulicach miast manifestowany jest sprzeciw wobec różnych form nienawiści skierowanych obecnie głównie wobec środowisk LGBTQ+ przebiegający w konfrontacji z organami porządku publicznego, których działania cechuje narastająca skala agresji i przemocy. Wzniecanej przez obóz rządzący wobec przeciwników politycznych wrogości towarzyszy bogoojczyźniana narracja wywiedziona z doktryny religijnej w jej archaicznym, dosłownym przekazie wspieranym licznymi wystąpieniami hierarchii Kościoła katolickiego. Wszystko to razem prowadzi do smutnego wniosku, że kraj położony w środku Europy, niedawno aspirujący do uczestnictwa w rozwiniętej cywilizacji i kulturze zachodnioeuropejskiej stał się poligonem cywilizacyjnej „cofki” zafundowanej przez ultrakonserwatystów i katolickich nacjonalistów.

Jak to było możliwe i dlaczego Kościół katolicki postanowił zablokować rozwój cywilizacyjny kraju?

Religia była i jest w dalszym ciągu w Polsce podstawową forma świadomości społecznej czyli całokształtu charakterystycznych dla społeczeństwa treści i form życia duchowego, a religijna wizja świata pomimo systematycznej utraty atrakcyjności dla części społeczeństwa w dalszym ciągu jest uporczywie propagowana zarówno w systemie edukacji publicznej jak i funkcjonowaniu instytucji publicznych jak chociażby szpitale nie skrępowane konstytucyjnym obowiązkiem przestrzegania bezstronności w sprawach religijnych. Wprowadzenie religii do sfery publicznej w 1989 roku było konsekwencją życzenia Kościoła katolickiego odejścia od laickiego modelu państwa. Kościół w pełni świadomy swojej silnej pozycji w społeczeństwie i państwie, wspomagany przez autorytet papieża, dyskontujący często przesadnie wyolbrzymiane zasługi walki z komunizmem zdawał sobie sprawę, że wcześniej czy później będzie musiał zderzyć się ze skutkami społecznymi demokratycznego systemu rządzenia i nieuchronnym procesem laicyzacji. Samo panowanie w sferze światopoglądowej w zderzeniu ze współczesnością mogło nie wytrzymać próby czasu. W tej sytuacji przeciwdziałanie procesom osłabiającym jego pozycję i wpływy mogło wynikać jedynie z prawnego ich zagwarantowania i siły ekonomicznej jaką dawało pozyskanie majątku nieruchomego oraz stałych przysporzeń finansowych. Jak słusznie ktoś zauważył wprowadzenie religii do sfery publicznej miało nadać jej przymiot obiektywnej samo-oczywistości i konieczności funkcjonowania z nią w społeczeństwie i państwie przez wszystkich obywateli w tym niewierzących nawet w czasie wolnym i bez względu na osobisty wybór przekonań religijnych, światopoglądowych czy filozoficznych. W ten sposób każdy obywatel jest zmuszony odnosić się do religii w każdym aspekcie swojej aktywności, nawet jeżeli nie ma nic wspólnego z jakimkolwiek wyznaniem. Praktycznie, żyjąc w Polsce, zmuszony jest konfrontować się z religią i jej reprezentantami zarówno w szkole własnych dzieci, w urzędzie i w szpitalu nie tylko z symboliką religijna ale i funkcjonariuszem Kościoła, a często też we własnym miejscu pracy unikając natarczywego towarzystwa katechety na wyższych uczelniach i w wielu innych sytuacjach .W sposób oczywisty narusza to podstawowe prawa do wolności człowieka, a mianowicie wolności od religii jak i nieujawniania swojego światopoglądu, przekonań religijnych lub wyznania.

Uzasadnieniem wprowadzania religii do sfery publicznej, a przede wszystkim szkolnictwa była rzekomo dążenie państwa do realizacji zasady pluralizmu światopoglądowego, poszerzania przestrzeni wolności m.in. poprzez równouprawnienie wyznań religijnych i umacnianie postaw tolerancji, otwartości i poszanowania różnorodności. Takie właśnie cele miała realizować m.in. szkoła publiczna, do której wprowadzona została katecheza. W efekcie wprowadzenia lekcji religii do planu zajęć szkolnych, jako przedmiotu nieobowiązkowego, osiągnięty został rezultat zupełnie odmienny od założonego. W pokoleniu wykształconym w systemie edukacji publicznej w ostatnich trzydziestu latach, poza ogólnym spadkiem poziomu nauczania wynikającym także z różnych innych niż katecheza czynników, nastąpił radykalny wzrost postaw ksenofobicznych, rasistowskich, przejawów nietolerancji i religijnego fanatyzmu. Uzewnętrzniane ich następuje w manifestacjach politycznych, imprezach partyjnych, ceremoniach religijnych towarzyszących wydarzeniom organizowanym przez partie i ruchy polityczne odwołujące się wprost do tradycji nacjonalistycznej i religijnej. Okazuje się, że w XXI wieku skutecznie przywoływane są i wyciągane z lamusa historii wzorce organizacji patriarchalnego społeczeństwa, autorytarnych rządów, religijnego porządku społecznego, symboliki rycerskiej czy zakonnej i są one atrakcyjne dla młodszej i starszej klienteli ugrupowań politycznych zbijających na nich swój kapitał polityczny. Oznacza to, że skuteczne wdrukowanie symboliki religijnej, terminologii, celebry, a w końcu całej religijnej wizji świata w proces wychowania i edukacji przynosi wymierne rezultaty polityczne. Operowanie terminologią wywiedzioną z przekazu religijnego do opisu świata i zachodzących w nim zjawisk, odwoływanie się do mitów i stereotypowych przekonań, wykorzystywanie wartościujących ocen i odniesień do różnych środowisk ludzkich i podane ich w możliwie radykalnej formie zawiera wystarczający ładunek energetyczny by przyciągnąć rzesze zwolenników.

Zarówno klerykalizm jak i autorytaryzm są skierowane przeciwko demokracji, niszczą jej instytucje i osłabiają pozycje organizacji politycznych i obywatelskich. Godzą w klasę polityczną odbierając jej pozycję i apanaże, a więc cieszą się sympatią dużej części rozczarowanych demokracja obywateli. Łatwość z jaką klerykalizm i autorytaryzm zdobyły akceptacje przeważającej części społeczeństwa ujawnił całą słabość demokracji parlamentarnej, ale i uzależnienie mentalne polityków od podporządkowania panującej świadomości społecznej i zależności od Kościoła jako najsilniejszej instytucji w Polsce. Dlatego właśnie klerykalizm polityczny stał się najbardziej popularną, dominująca formą politycznej ekspresji. Jako narzędzie proste w użyciu, nie wymagające intelektualnych wygibasów i przechodzenia twórczej męki tworzenia nowych koncepcji z nadzieją na zdobycie poparcia, a skutek daje pewny bo mieszczący się w siatce pojęciowej większości ludności w kraju, jest bezpieczne bo akceptowane w głównym nurcie obecnie obowiązujących politycznych standardów, a co więcej daje możliwość bezpiecznej konkurencji w ramach tego nurtu i nawet ewentualnego zdobycia przychylności Kościoła katolickiego jako głównego zwornika, stabilizatora i gwaranta rządów narodowo-katolickiej prawicy. Nawet pozycja w ramach rządzącej koalicji, jak się można przypuszczać, uzależniona jest od akceptacji Kościoła, gdyż trudno byłoby inaczej wytłumaczyć arcykatolickie harce na środowiska LGBTQ+ wyczyniane z inspiracji kierownictwa partii, która koalicję tą współtworzy .

Lewica w państwie wyznaniowym

Od dnia wyboru kardynała Karola Wojtyły na przywódcę Kościoła katolickiego zawsze istotna pozycja i głos Kościoła w Polsce zaczął nabierać szczególnego znaczenia. Kościół stawał się już nie tylko instytucją wywierająca wpływ na masy wiernych i politykę wyznaniową rządzących, ale stopniowo stwarzając sferę wolności stawał się zapleczem intelektualnym i materialnym opozycji antykomunistycznej. Niewątpliwe zasługi Kościoła katolickiego i papieża Jana Pawła II w obaleniu ustroju komunistycznego musiały zostać docenione w nowej rzeczywistości politycznej.

W demokratycznym państwie prawnym jakim miała się stać Rzeczpospolita Polska konieczne było radykalne zerwanie z zasadą wrogiej separacji państwa od kościołów i związków wyznaniowych obowiązującej w państwach bloku radzieckiego. W Polsce nigdy nie była ona konsekwentnie realizowana, a Kościół cieszył się wyjątkowa pozycją na tle sytuacji w innych krajach socjalistycznych.

W myśl nowych regulacji prawnych, które w założeniach miały wprowadzić w Polsce model państwa świeckiego, neutralnego światopoglądowo w sprawach religii i przekonań (art.10 ust.1 ustawy z dn.17 maja 1989 r. o gwarancjach wolności sumienia i wyznania), państwo zapewniało każdemu obywatelowi wolność sumienia i wyznania (art.1 ust.1 cyt. wyżej ustawy) rozumianą jako „..swobodę wyboru religii lub przekonań oraz wyrażania ich indywidualnie i zbiorowo, prywatnie i publicznie.” (art.1 ust. 2). Obywatele wierzący wszystkich wyznań oraz niewierzący mieli cieszyć się równymi prawami we wszystkich sferach życia państwowego. (art.1 ust.3). W tym samym akcie prawnym wprowadzona została zasada niezależności od państwa związków wyznaniowych w zakresie wykonywania funkcji religijnych stosownie do art. 11 ust.1. W przepisie art.19 wprowadzającym zasadę równouprawnienia kościołów i innych związków wyznaniowych formułowany został zakres funkcji religijnych kościołów i innych związków wyznaniowych wyznaczający zakres ich niezależności od państwa – art. 19 ust.2 pkt. 1do 18. Niestety już w ustawie o stosunku państwa do Kościoła katolickiego zawarto przepisy świadczące o porzuceniu zasady rzeczywistego równouprawnienia kościołów i związków wyznaniowych. Dotyczyło to m.in. dopuszczenia katechezy i szkolnictwa wyznaniowego, inwestycji sakralnych i kościelnych, podlegania przepisom podatkowym, obrotu nieruchomościami czy regulacji spraw majątkowych.

W późniejszych latach konsekwentnie rozszerzano uprawnienia Kościoła katolickiego oraz narzucano społeczeństwu reguły i zasady postępowania wynikające z konfesyjnie zdefiniowanego systemu wartości. Uległość wobec Kościoła kolejnych ekip rządzących znalazła wyraz w przyjęciu i podpisaniu w dniu 28 lipca 1993 roku przez Ministra Spraw Zagranicznych w rządzie Hanny Suchockiej Krzysztofa Skubiszewskiego umowy pomiędzy państwem, a Stolicą Apostolską (konkordatu) i przyjęciem w 1997 roku Konstytucji realizującej w pełni ustalenia zawarte w konkordacie. Podpisanie konkordatu było nie tylko sprzeczne z dobrymi obyczajami nakazującymi powstrzymanie się od podejmowania zobowiązań przez rząd w stosunku do którego zgłoszono wotum nieufności, ale i sprzeczne z obowiązującym postanowieniem tzw. Małej Konstytucji utrzymującej w mocy art.70 ust.2 Konstytucji PRL z 1952 r. stanowiącym, że sytuację prawną Kościoła regulują ustawy, a nie umowa międzynarodowa. Próby podejmowane przez rządy lewicy opóźnienia procesu ratyfikacji konkordatu ostatecznie zakończyły się jego ratyfikacją w dniu 23 lutego 1998 r. przy czym sam proces ratyfikacji nie spełniał wymogów uzyskania większości posłów głosujących za przyjęciem umowy wymaganych art.90 Konstytucji z 1997 r.

Podpisanie konkordatu wieńczące wcześniejsze wprowadzenie religii do systemu edukacji publicznej, wymogu poszanowania tzw. wartości chrześcijańskich do ustaw dotyczących funkcjonowania mediów czy zaostrzenia przepisów antyaborcyjnych uruchomiło procesy coraz bardziej natarczywego eksponowania elementów religijnych w tym w ceremoniale państwowym, symboli religijnych w urzędach administracji państwowej i samorządowej, a także uchwalania aktów prawnych i podejmowania uchwał przez Sejm inspirowanych wydarzeniami i postaciami religijnymi.
Obecne władze państwowe w Polsce jawnie występują z inicjatywami legislacyjnymi w tzw. gorących materiach prawnych i społecznych realizującymi aktualne poglądy wyznaniowe Kościoła katolickiego. Zasilają dotacjami instytucje i organizacje kościelne, demonstrują zdolności mobilizacyjne kościelno-partyjnego elektoratu, jak miało to na przykład miejsce podczas tzw. różańcowego otoczenia Polski. Intensywna promocja katolicyzmu mającego pełnić rolę ideologii narodowej odbywa się przy bierności społeczeństwa, pomijając intensywne protesty kobiet organizowane przez Ogólnopolski Strajk Kobiet w sprawie całkowitego zakazu aborcji z jakichkolwiek względów. Obojętność społeczeństwa na procesy klerykalizacji i wstrzemięźliwość opozycyjnych partii politycznych w tym względzie pozwoliła zainstalować w Polsce model autorytarnego państwa wyznaniowego pod fasadą demokracji większościowej. Możemy zatem mówić dziś o Polsce jako o państwie wyznaniowym. Uzasadnia to zresztą nie tylko zakres zmian w obowiązującym prawie, ale i wprowadzenie obecności kleru we wszystkich prawie instytucjach i organizacjach państwowych, upowszechnienie różnych form finansowania Kościoła, kleru i organizacji około kościelnych jak dotacje, darowizny czy coroczne zwiększanie Funduszu Kościelnego, a także przysporzenia przekazywane pod tytułem realizacji różnych zadań zleconych jak np. na poczet szkolenia urzędników państwowych przez zakonnika z Torunia. Przymierze polityczne jakie na bazie narodowo-katolickiej ideologii zawarł Kościół katolicki z partią sprawującą obecnie władzę i jej sukces wyborczy były dwukrotnie możliwe głównie dzięki wywołaniu antyoświeceniowej ofensywy kulturowej zapoczątkowanej w 2013 roku homilią kardynała Dziwisza o wyższości prawa boskiego nad prawem państwowym. Partia rządząca umiejętnie połączyła narodowe mity, martyrologię i autentyczny wstrząs spowodowany katastrofą lotniczą pod Smoleńskiem z ludową religijnością i endecką koncepcją polskości. Utworzona na bazie katolicyzmu doktryna państwowa uzyskała pełną akceptację Kościoła i udowodniła swoja żywotność i skuteczność. W dalszym ciągu silnie mobilizuje on zarówno zwolenników tzw. „dobrej zmiany” jak i bardziej radykalnie nastawionych integrystów religijnych, ultrakonserwatystów i faszystów oraz obezwładnia opozycję ograniczającą pole konfrontacji z przeciwnikiem politycznym do obrony instytucji demokratycznych państwa bez otwartego przeciwstawienia się Kościołowi i religijno-narodowej ideologii. W ten sposób demokratyczna opozycja parlamentarna pogarsza jedynie swoją pozycję, a okazując słabość i w gruncie rzeczy poddając się obowiązującemu dyktatowi religijnej poprawności traci zwolenników na rzecz opozycji nacjonalistycznych, a nawet jawnie faszystowskich, a lewica na rzecz opcji konserwatywno-liberalnej mającej jakoby większe szanse na udział w bieżącej polityce. W formacjach opozycyjnych starających się uporczywie podtrzymywać fikcję przyjaznych relacji z Kościołem przeciwnicy obecnej władzy błędnie upatrują możliwości skutecznego zabiegania o realizację swoich celów, gdyż koalicja sprawująca władzę skutecznie zablokowała wszelkie możliwości podważenia jej monopolu. Nie tylko PO i środowisko skupione wokół Rafała Trzaskowskiego unikającego problematyki religijnej i krytyki Kościoła, ale i nowy ruch Szymona Hołowni wprost odwołujący się ustami swojego lidera do inspiracji religijnej w wydaniu posoborowym nawet gdyby stały się jeszcze bardziej katolickie, to nie mogłyby liczyć na jakiekolwiek względy ze strony Kościoła.

Nie pomoże im w żadnym razie unikanie przyjęcia do wiadomości faktu funkcjonowania w państwie wyznaniowym i niezależnie od potencjalnych zmian pozycji poszczególnych ugrupowań w ramach koalicji rządzącej skazuje raczej na porażkę chociażby z cieszącą się sympatią kleru i hierarchii kościelnej Konfederacją. Aktywnie promująca narodowy katolicyzm Konfederacja, chociaż nie jest w stanie obecnie zająć miejsca żadnej z partii wchodzących w skład Zjednoczonej Prawicy to dla Kościoła jest wygodnym partnerem i alternatywą na wypadek załamania się koalicji rządzącej lub utraty przez nią części elektoratu.

Sytuacja taka coraz skuteczniej demobilizuje zwolenników liberalno-demokratycznej wizji państwa świeckiego ograniczając możliwość stworzenia i zaproponowaniu własnej, alternatywnej wobec narodowo-katolickiego projektu, oferty politycznej przedstawiającej Polskę jako kraj nowoczesny, świecki i rządzony demokratycznie, akceptujący różne style i sposoby życia oraz dający obywatelom poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego i socjalnego. Dotychczasowa postawa polityków opozycji parlamentarnej, w tym także szeroko pojętej lewicy, wobec Kościoła katolickiego ukazuje ich bezradność wobec rządzącego sojuszu partyjno-kościelnego, brak rozeznania w przyczynach, które doprowadziły do powstania i utrwalenia się tego sojuszu, niezdolność do rzetelnej oceny wpływu obowiązującego prawa na pozycję i działalność Kościoła katolickiego czy obecnej roli Kościoła jako stabilizatora i gwaranta trwałości koalicji rządzącej. Brak jakiejkolwiek koncepcji zmian obowiązującego prawa, która w przyszłości mogłaby przywrócić świecki, demokratyczny charakter państwa oddzielonego od kościołów i związków wyznaniowych nie jest zrozumiały nawet w obliczu skali renesansu politycznego religii w Polsce.

Dotychczasowe próby lewicy występowania przeciwko procesowi klerykalizacji państwa były nie tylko wątłe intelektualnie, ale i często przeciw skuteczne. Hasła opodatkowania tradycyjnej kolekty, kleru i usług religijnych nie są bowiem możliwe do przeprowadzenia bez zasadniczej zmiany statusu prawnego kościołów i innych związków wyznaniowych, pomijając już odczucia samych wiernych różnych wspólnot wyznaniowych. Przekazują oni bowiem na rzecz swoich instytucji wyznaniowych drobne i większe kwoty pieniężne pochodzące z ich opodatkowanych dochodów i z pewnością jest to sytuacja zupełnie inna niż darowizny ze środków osób prawnych w tym spółek Skarbu Państwa, a także inna niż uzyskiwanie nieopodatkowanych przychodów z prowadzenia działalności gospodarczej przez wyznaniowe osoby prawne. Nie w tradycyjnej kolekcie ani nawet nie w zakresie uprzywilejowania podatkowego leży sedno problemu państwa polskiego z jego kościołem, faktycznie monopolizującym całą sferę religijną. Ekonomiczne przywileje i ogrom przysporzeń majątkowych jest wynikiem instytucjonalnego dostępu Kościoła do władzy, dostępu który z biegiem lat przekształcił się w aktywne współuczestniczenie w jej sprawowaniu, aby w końcu stać się instytucją organizującą, stabilizującą i zabezpieczającą władzę narodowo-katolickiej prawicy. Zadaniem lewicy jako jedynej formacji zdystansowanej wobec swawoli autorytarnego klerykalizmu powinno być dzisiaj po pierwsze dokonanie prawidłowej oceny roli Kościoła katolickiego w strukturze władzy i jego realnych możliwości wpływania na jej kształt. Jest to trudne przede wszystkim dlatego, że bardzo skąpe są przykłady bezpośredniego udziału kleru w wypracowaniu decyzji politycznych, a rzeczywisty w nich udział zwykle maskowany jest uroczystościami religijnymi. Po drugie intelektualne uporanie się z faktem funkcjonowania w państwie wyznaniowym. Przyjęcie do wiadomości tej oczywistej zdawałoby się prawdy nie ma jednakże odzwierciedlenia w podejmowanych działaniach nacechowanych politycznym koniunkturalizmem. Najlepszym przykładem takich nic nie dających lewicy działań jest wniesienie projektu ustawy o jawności przychodów kościołów i związków wyznaniowych oraz zniesieniu ich przywilejów finansowych opracowanej przez Kongres Świeckości, w ostatnich dniach z góry skazanej na niepowodzenie kampanii wyborczej kandydata lewicy na urząd Prezydenta RP. Porzucenie możliwości wykorzystania zawartego w projekcie ładunku intelektualnego związanego z transparentnością życia publicznego i budowanie na tej podstawie szerszego projektu politycznego zostało utopione w przedstawieniu projektu ustawy jako jeszcze jednej nieudolnej antykościelnej i antyreligijnej inicjatywy.

Wystąpienie dzisiaj z propozycjami czy projektami legislacyjnymi zmierzającymi do pozbawienia lub redukcji uprawnień Kościoła katolickiego nie ma w tej chwili nie tylko żadnych szans na powodzenie, ale i nawet na zaistnienie w mediach głównego nurtu. Ewentualne możliwości wpływania na stale poszerzający się zakres czy też dziedzinę jak stanowi to odnośne postanowienie konkordatu, niezależnej od państwa działalności Kościoła może być wyłącznie skutkiem inicjatyw legislacyjnych zmierzających do uregulowania jakiejś sfery życia czy funkcjonowania wszystkich instytucji, osób prawnych czy innych podmiotów albo też praw osób fizycznych. Do takich przedsięwzięć konieczne jest jednak poszukiwanie sprzymierzeńców. Współpraca i poszukiwanie porozumienia , a nie stała konkurencja polityczna w ramach opozycji parlamentarnej i poza nią. W hierarchii zaangażowania politycznego powinno się zatem uwzględnić mniej działań wychodzących naprzeciw aspiracjom środowisk skrajnych i ich postrzeganiu rzeczywistości, które anarchizować mogą scenę polityczną i być odczytywane przez opozycyjne ugrupowania konserwatywno-liberalne jako wymierzone przeciwko nim. Po trzecie w końcu należy poważnie analizować i weryfikować działania lewicy parlamentarnej, które mogą być wykorzystywane przez rządzących do atakowania, dyskredytowania i ośmieszania największej jak dotąd partii opozycyjnej lub jej przedstawicieli.

Lewica funkcjonująca jako parlamentarna opozycja w warunkach państwa wyznaniowego i mocno ograniczonych przez rządzących możliwości sprawczych daje jednak swobodę ukształtowania swojej wizji przyszłości kraju w sposób nie skrępowany pragmatyzmem politycznym i wymogami realizmu politycznego. Można więc pokusić się o prezentacje atrakcyjnego dla wyborcy programu ekonomicznych przysporzeń, zmian systemowych w zabezpieczeniu emerytalno-rentowym, ochronie zdrowia, systemie podatkowym czy stworzenie projektu wprowadzenia jednego świadczenia obywatelskiego powiązanego z jednolitym systemem podatkowym zamiast wielu różnych transferów świadczeń, zaimków, dodatków i rent. Możliwości zapewne jest dużo więcej i korzystając ze zbliżających się okazji czas przeprowadzić poważną dyskusję nad rolą i działaniem lewicy, poszukiwaniu form i modeli współpracy z organizacjami obywatelskimi zamiast koncentrować się na budowie jednolitej, zdyscyplinowanej organizacji według anachronicznego dzisiaj modelu partyjnego.

Kończąc solidarnościowe archeologizmy…

… przyznam szczerze, że swoiście kuriozalne wydają mi się opowieści o zdradzie robotników przez kilkanaście osób z góry.

Tak, miliony zorganizowanych robotników, świadomie walczących o socjalizm bez wypaczeń zostały błyskotliwie oszukane przez geniusza – Lecha Wałęsę – i kilkunastu ludzi, których dałoby się przejechać jedną taczką. Jest to chyba najbardziej infantylna, jednocześnie antyrobotnicza i antyklasowa próba interpretacji tej historii. Zgodnie z tym (jakby rzekł Hegel kamerdynerskim) widzeniem to jednostki tworzą historię, a klasy oszukuje się jak przy grze w domino; jak dzieci w sprawie istnienia Św. Mikołaja i trwa to dosłownie krótką chwilę.

Gdyby Solidarność rzeczywiście była lewicowa, czy socjalistyczna, to żaden z ludzi pokroju Wałęsy, Jurczyka i całej prawicowej świty nie byłby liderem ruchu, bo zostałby wyrzucony przez świadomych robotników w kilka minut po rozpoczęciu bełkotania. Na podobnej zasadzie Krzysztof Bosak raczej nie ma szans na zostanie liderem Razem lub przewodniczącym OPZZ. Za teksty o konieczności prywatyzacji, deregulacji i nie tylko Michnik, Kuroń i inne czołowe postacie „S” nie utrzymałyby się nawet w zbiorowej świadomości jako liderzy takiego ruchu. W prasie i na ulicach nie dominowałyby antykomunistyczne hasła, a prawicowo zorientowany kościół katolicki ze wsparciem finansowym od CIA nie zostałby uznany za ideowego guru ruchu. Mielibyśmy do czynienia ze zorganizowanym oporem związku zawodowego przeciwko chociażby – efektom transformacji i triumfowi dzikiego kapitalizmu. Ale nie, w walce z kapitalizmem nie zatrzymano nawet jednego tramwaju. Istniałyby wyraźne publikacje socjalistyczne i marksistowskie w głównym nurcie publikacji związkowych i rejestry takich wypowiedzi… Robotnicy z „S” nie czytali Marksa, tylko (niestety) prawicowo-kościelną papkę, a lewicowi działacze wewnątrz ruchu stanowili marginalne skrzydło i byli mniej więcej tak samo kluczowi i decyzyjni, jak obecnie prawdziwi socjaliści na Białorusi.

Oczywiście dalej można posługiwać się mitem „S”, jeśli dla kogoś jest to biograficznie/osobiście istotne. Od zawsze jestem za totalnym pluralizmem historycznych korzeni. Natomiast nie róbmy jednego ołtarzyka. Tak samo nie róbmy ołtarzyka z historii PRL-u, no bo po co?

Klerykalizm polityczny w Polsce

Od początku lat dziewięćdziesiątych relacje Kościoła katolickiego z państwem kształtowane są w przekonaniu o jednorodnej tj. narodowo-wyznaniowej tożsamości Polaków. Przeważająca liczba wyznawców katolicyzmu w połączeniu z rolą jaką Kościół katolicki odegrał w procesie zmian ustrojowych oraz rola papieża Jana Pawła II w świecie i jego wpływ na stosunki społeczne w kraju tworzyły silne podstawy do utrwalenia wpływów i pozycji Kościoła w Polsce niezależnie od postępujące zróżnicowania światopoglądowego i kulturowego społeczeństwa.

Szczególna pozycja prawna Kościoła została ujęta już w ustawach wyznaniowych z maja 1989 r..Ustawa o gwarancjach wolności sumienia i wyznania zawierająca równościowe postanowienia, gwarantujące wszystkim kościołom i związkom wyznaniowym wolność prowadzenia działalności w konfrontacji z faktyczną monopolizacją sfery religijnej przez Kościół katolicki tworzyła po prostu znacznie dogodniejsze dla niego warunki do wzrostu znaczenia i możliwości prowadzenia nieskrepowanej działalności przy wykorzystaniu finansowania ze środków publicznych. Przyjecie w ustawie konstrukcji prawnej współdziałania państwa z kościołami i związkami wyznaniowymi „…w zachowaniu pokoju, kształtowaniu warunków rozwoju kraju oraz zwalczaniu patologii społecznych „ oraz możliwość tworzenia stałych form współdziałania miały tworzyć podstawę tzw. „przyjaznego rozdziału” wzorowaną na funkcjonującej w Niemczech relacji państwa ze związkami wyznaniowymi określanej jako separacja skoordynowana. Istotna różnica w rzeczywistej możliwości równoprawnego współdziałania jednego i drugiego państwa ze wspólnotami wyznaniowymi polega na zmonopolizowaniu przez Kościół katolicki w Polsce, pozbawiony jakiegokolwiek znaczniejszego konkurenta, całej sfery religijnej. Natomiast Niemcy są natomiast krajem o dominacji równorzędnych dwóch kościołów chrześcijańskich i faktycznym pluralizmie religijnym wynikającym z wielokulturowości społeczeństwa. Ponadto sytuację w Polsce komplikuje w znacznej mierze ożywiona po latach hibernacji w okresie komunizmu endecka koncepcja wyznaniowej tożsamości Polaka, która przetrwała w świadomości społecznej, a obecnie jest coraz bardziej uporczywie forsowana.

Z faktu, że religia była w Polsce i w dalszym ciągu pozostaje podstawową formą świadomości społecznej czyli całokształtu charakterystycznych dla społeczeństwa polskiego treści i form życia duchowego oraz że są one kształtowane w praktyce wyłącznie przez jedna instytucje religijną, autorzy ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania z 1989 r. nie wyciągnęli żadnych wniosków, chociaż nietrudno było przewidzieć negatywne dla państwa skutki jakie wyniknęły z przyjętych w ustawie relacji państwa z Kościołem.

Ustawa o stosunku państwa do Kościoła katolickiego w Rzeczypospolitej Polskiej zawierała postanowienia tworzące już jawnie uprzywilejowaną pozycję Kościoła katolickiego i jego organizacji chociażby w zakresie restytucji mienia i przysporzeń majątkowych np. na Ziemiach Zachodnich i Północnych. Podpisanie umowy ze Stolica Apostolską (konkordatu) przez rząd Hanny Suchockiej umacniającej szczególna pozycję Kościoła i przeniesienie zawartych w nim postanowień do obowiązującej Konstytucji RP, sukcesywne zwiększanie przywilejów ekonomicznych dotyczących m.in. podatków czy finansowania instytucji kościelnych jak np. szkoły wyższe, wynagrodzeń katechetów w systemie edukacji publicznej, kapelanów w wojsku, policji, administracji skarbowej połączone z tworzeniem prawa z inspiracji doktryny wyznaniowej nigdy nie spotkało się z większymi protestami społecznymi. Było to widoczne nawet w okresach rządów lewicy (1993-1997 i 2001-2005), kiedy to posłowie lewicy mieli możliwość okiełznania zmian kulturowych i postępującej klerykalizacji i podejmowali nawet próby ich przeprowadzenia ( np. złagodzenie ustawy o dopuszczalności przerywania ciąży). Brak determinacji w dokonywaniu zmian wynikający prawdopodobnie również z deficytu wyraźnie wyrażonego poparcia społecznego dla tych prób jak i aktywizacja działalności kolejnych ugrupowań katolickich fundamentalistów i narodowców definitywnie zakończyły możliwość ustanowienia świeckich rozwiązań prawnych w funkcjonowaniu państwa. Państwo zaczęło uznawać w coraz większym stopniu walor elementów religijnych co w połączeniu z nadgorliwością instytucji państwowych i samorządowych w spełnianiu różnych aspiracji kościoła instytucjonalnego w zakresie panowania światopoglądowego jak i roszczeń majątkowych doprowadziły do nadania Polsce faktycznego charakteru państwa wyznaniowego.

W efekcie już nie tylko wśród polityków panuje przekonanie, że nie warto narażać się Kościołowi i władzy, a jakakolwiek krytyka obecności Kościoła w sferze publicznej, tworzenie prawa z inspiracji religijnej, podobnie jak krytyka religii musi zakończyć się porażką dla wszystkich występujących w powyższych kwestiach. Wymiar praktyczny przekonania o panowaniu światopoglądowym katolicyzmu to nie tylko całkowity brak jakiegokolwiek wsparcia finansowego ze strony państwa dla organizacji obywatelskich skupiających członków o nie fideistycznym światopoglądzie lecz także zmarginalizowanie ich znaczenia i blokowanie możliwości rozpowszechniania zgłaszanych postulatów. W sposób szczególny dotyczy to takich organizacji, których celem jest propagowanie świeckości albo światopoglądu racjonalistycznego w przeciwieństwie do szczodrze korzystających z mediów i ze wsparcia finansowego różnych stowarzyszeń, organizacji i instytucji około kościelnych.

Godzenie się kolejnych rządów z nadrzędną wobec wszelkich innych instytucji pozycją Kościoła zostało tak dalece utrwalone w świadomości społecznej, że wszelkie działania, jakie władze czyniły w chęci przypodobania się biskupom, zasłużenia na poparcie kleru czy chociażby zneutralizowania stanowiska Kościoła wobec różnych formacji politycznych sprawujących władzę zostały przykryte zasłoną milczenia. Tak stało się np. z niechlubną działalnością Komisji Majątkowej, która hojnie i bez należytej podstawy prawnej przydzielała Kościołowi majątek państwowy i samorządowy. Dzisiaj tylko głosy lewicy wyrażają sprzeciw chociażby wobec uzyskanego przez Kościół przywileju obrotu ziemią rolną, przysporzeń majątkowych udzielanych przez władze pod dowolnymi tytułami, religijnych opraw dla politycznych imprez partii rządzącej czy też narzucania zróżnicowanemu światopoglądowo społeczeństwu konfesyjnie zdefiniowanego systemu wartości. Nienormalne, bo sprzeczne z regulacją obowiązującej Konstytucji RP stosunki pomiędzy państwem i Kościołem uzasadniają w pełni tezę sformułowaną przez organizatorów Kongresu Świeckości, który odbył się w Warszawie w dniach 21-22 października 2017 r. o przyjęciu przez Kościół katolicki w Polsce roli politycznego ogniwa będącego nieformalnym koalicjantem rządzącej obecnie partii politycznej. Jest to wynikiem przyjęcia w art. 25 ust.3 Konstytucji koncepcji współdziałania państwa z Kościołem we wszystkich sprawach państwowych ( dla dobra człowieka i dobra wspólnego), a więc nie tylko w kwestiach pomyślności organizmu państwowego, ale i w sprawach zachowania dziedzictwa narodowego czy środowiska naturalnego.

Aktywność Kościoła znalazła dzisiaj swój najszerszy wyraz w politycznym współdziałaniu z partią rządzącą, forsowaniu interesów Kościoła w zamian za organizowanie poparcia społecznego dla tej partii przez przeważającą część księży parafialnych, Episkopat i organizacje około kościelne.
Postępująca klerykalizacja podporządkowująca wielu sfer działalności państwa i życia obywateli regułom i rytuałom jednego wyznania przy postępującym zaniku ekumenizmu i braku publicznego sprzeciwu innych wyznań i środowisk bezwyznaniowych powoduje, że klerykalizm polityczny stał się dominującą formą politycznej ekspresji, narzędziem łatwym do użycia i gwarantującym mobilizację poważnych części elektoratu. Pomimo niepowodzeń pierwszych ugrupowań politycznych tworzonych na bazie ideologii katolickiej (ZchN, AWS, a także PiS w pierwszym okresie koalicyjnych rządów 2005-2007) wynikających przede wszystkim z powściągliwego stanowiska kościoła instytucjonalnego ,to obecnie po całkowitym, jawnym poparciu dla narodowo-katolickiej partii rządzącej oraz goszczeniu w świątyniach jej konkurentów w postaci ruchów i organizacji nacjonalistycznych, a nawet faszystowskich i udzielaniu oprawy religijnej ich imprezom Kościół katolicki nie może powrócić nawet do pozorów neutralnej postawy wobec polskiej polityki. Skazany jestalbo na przyjecie rezultatów politycznych wyborów systemu demokratycznego, co w perspektywie może się okazać dla kościoła instytucjonalnego ciężkim doświadczeniem albo też konsekwentne poparcie autorytarnej władzy ( obecnej lub przyszłej) i związanej z nią narastającej przemocy, a co za tym idzie pogłębiającego się konfliktu społecznego.

W tej sytuacji oferta obecnego koalicyjnego ugrupowania łączącego skrajne narodowe, wyznaniowe i faszystowskie organizacje hałaśliwie i śmiało sięgające po coraz to większą część elektoratu i posługującego się klerykalizmem politycznym na wzór zaczerpnięty z drogi przebytej przez partie rządzącą może stać się dla Kościoła atrakcyjną alternatywą wobec obecnej władzy. Zastosowanie praktyczne religii w organizacji ruchów konserwatywnych przejawiające się w dyscyplinowaniu na jej bazie członków, oprawa religijna masowych imprez, a także poparcie z ambon przez kler parafialny stwarzają możliwość wykorzystania znacznie większego zaangażowania członków i sympatyków niż w innych, opartych na nie fideistycznych światopoglądach organizacjach politycznych. Zdumienie budzić może fakt żywotności i potencjału zawartego w klerykalizmie politycznym używanym być może i instrumentalnie, ale stale organizującym poparcie milionów ludzi. To zjawisko we współczesnej Europie musi napawać niepokojem. Nie od dziś wiadomo, że chętnie korzystają z niego ruchy faszystowskie, szczególnie tam gdzie świadomość społeczna jest budowana na bazie jednej religii. Umiejętnie odnajdują i wskazują wroga jako przeciwnika religii i kierują na niego przemoc coraz bardziej niezbędną dla umacniania swojej pozycji politycznej, aż do zdobycia i utrwalenia władzy. Po jej zdobyciu łatwo okazać się może, że zbytnie przywiązanie do religii staje się obciążeniem w realizacji celów władzy, która może nie tylko ją porzucić, a nawet zaatakować gdyby zbyt silny Kościół nie był skłonny udzielać dalszego poparcia.

W pierwszej turze wyborów prezydenckich silne poparcie zdobył katolicki publicysta Szymon Hołownia otrzymując 14% głosów co stanowi ponad 2 mln.600 tys. Bardzo aktywny w mediach społecznościowych i sprawny intelektualnie i językowo kandydat swój przekaz zbudował na religijnej wizji świata i często odwoływał się do treści religijnych reprezentując katolicyzm w wersji posoborowej. Niezależnie od tego czy możemy propozycję polityczną Hołowni, zamierzającego stworzyć własne ugrupowanie polityczne, uznać za bardziej cywilizowana formę klerykalizmu politycznego czy nie, to jest faktem że jego zdolność mobilizacyjna elektoratu wykorzystywała także religię i Kościół mający funkcjonować jednakże w oddzieleniu od państwa.

Pewne zdziwienie budzi fakt, że pomimo przeważającego na scenie politycznej klerykalizmu w takiej czy innej postaci żadna z sił politycznych pretendująca do reprezentacji świeckiej części społeczeństwa, a przede wszystkim lewica nie jest w stanie zbudować i zaoferować konkurencyjnej, świeckiej koncepcji funkcjonowania państwa. Jak to się dzieje, że część społeczeństwa pogrążona w ubóstwie, gotowa do zaangażowania się w działalność społeczną pro-równościową stanowi dzisiaj klientelę narodowo-katolickich społeczności, a część socjalno-liberalna, progresywna i świecka pęta się po ruchach konserwatywno-liberalnych ? Z jakim poparciem społecznym, jakich środowisk, w jaki sposób i jakimi środkami lewica taka lub inna zamierza przeciwstawić się autorytarnemu klerykalizmowi i przeciwstawić wszechobecnej aktywności Kościoła w sprawowaniu władzy.

27 lat z konkordatem

Mija 27 lat od podpisania przez polskie władze umowy konkordatowej. To szkodliwy dokument, którego wypowiedzenie powinno być częścią programu każdej demokratycznej siły.

Konkordat przyznał arbitralne przywileje Kościołowi katolickiemu i wprowadził do polskiego prawa elementy państwa wyznaniowego. Już we wstępie dokumentu czytamy o „posłannictwie Kościoła katolickiego” oraz o „doniosłym wkładzie Kościoła w rozwój osoby ludzkiej i umacnianie moralności”. Niezależnie od opinii na temat posłannictwa Kościoła i jego roli w krzewieniu moralności, tego typu sformułowania nie powinny pojawiać się w dokumencie zawieranym przez demokratyczne, świeckie państwo. W tymże wstępie czytamy też o „znaczeniu pontyfikatu Jego Świątobliwości Jana Pawła II dla współczesnych dziejów Polski”. Dzisiaj, gdy już wiadomo o haniebnej roli polskiego papieża w ukrywaniu księży pedofilów, tego typu zapisy kompromitują polskie państwo. Poważne wątpliwości może też budzić zapis o tym, że konkordat został zawarty między innymi dlatego, że „religia katolicka jest wyznawana przez większość społeczeństwa polskiego”. Odsetek katolików w Polsce szybko zmniejsza się, ale niezależnie od liczby katolików, państwo powinno równo traktować wszystkich obywateli i nie dawać przywilejów żadnej grupie wyznaniowej ani żadnej organizacji religijnej.

Kompletnie nie do przyjęcia jest artykuł 12, który zakłada, że państwo gwarantuje lekcje religii w zajęciach szkolnych i przedszkolnych. Ponadto zgodnie z nim to Kościół przygotowuje program nauczania w szkołach, a zatem państwo zrzeka się kontroli nad częścią nauczania w szkołach publicznych! Na dodatek artykuł 14 Konkordatu daje swobodę w rozwijaniu przedszkoli i szkół katolickich oraz wprost mówi, że część przedmiotów programy części przedmiotów może opierać się na przepisach kościelnych. Innymi słowy Konkordat dał zielone światło dla rozwoju placówek edukacyjnych, które służą religijnej indoktrynacji. Podobne zapisy Konkordatu dotyczą szkół wyższych, a w jego artykule 15 czytamy, że „Papieska Akademia Teologiczna w Krakowie i Katolicki Uniwersytet Lubelski są dotowane przez państwo”. A zatem Konkordat wymusza płacenie przez państwo szkołom wyznaniowym!

Również artykuły 16 i 17 Konkordatu jawnie naruszają świeckość państwa, gdyż mówią one o opiece duszpasterskiej w służbie wojskowej, w zakładach penitencjarnych, wychowawczych i resocjalizacyjnych oraz w zakładach opieki zdrowotnej i społecznej. To jawne naruszenie zasady bezstronności państwa względem kościołów!

Artykuł 21 wyłącza zbiórki kościelne z przepisów ogólnych dotyczących zbiórek publicznych. Czytamy w nim, że „przepisy prawa polskiego o zbiórkach publicznych nie mają zastosowania do zbierania ofiar na cele religijne, kościelną działalność charytatywno-opiekuńczą, naukową, wychowawczą i oświatową oraz utrzymanie duchownych i członków zakonów, jeśli odbywają się w obrębie terenów kościelnych, kaplic oraz w miejscach i okolicznościach zwyczajowo przyjętych w danej okolicy i w sposób tradycyjny ustalony”. Katolickie państwo w państwie!

Konkordat jest częścią polskiego porządku prawnego, który nie dość, że może być stosowany bezpośrednio, to jeszcze ma pierwszeństwo przed ustawami. Jest to więc twarde zobowiązanie państwa na rzecz uprzywilejowania Kościoła katolickiego. Niektórzy działacze świeccy twierdzą, że polskie władze poszły jeszcze dalej w klerykalizacji kraju niż zakłada Konkordat, więc nie ma sensu go wypowiadać. Nie jest to dobry argument. Kościół katolicki jest jedną z wielu organizacji pozarządowych i nie powinien mieć żadnych przywilejów. Dlatego wypowiedzenie umowy konkordatowej powinno być elementem programu każdego ugrupowania, któremu bliskie są ideały demokracji i równości wobec prawa.