Wiara czyni bankruta

Czy statystycznego Polaka stać na to, żeby być prawdziwym katolikiem?

Przyjmując statystycznie, że własnymi, zarobionymi przez siebie – a nie rodziców – pieniędzmi zaczynamy się posługiwać ok. 25 roku bytowania na tym łez padole i pociągniemy do 80-tki, to na same msze osobnik wyznający rzymskie credo puści mnóstwo złotówek.

Taca

Niedzielnych sum jest w roku 52. Do tego dochodzą święta, które katolik musi celebrować bytnością w kościele. Niektóre pokrywają się z niedzielami, niektóre nie. W sumie do cotygodniowych wizyt w kościele dodać należy uśrednione 8 kolejnych. Gdyby wierny był sam to nie wypada mu rzucić na tacę mniej niż piątaka. Rocznie robi się z tego 300 zł. Przy 55 latach katolikowania daje to kwotę 16 500 złotych.

Obowiązkiem katolika jest jednak płodzenie i wciąganie w katolicyzm nowych pokoleń. Statystyka pokazuje, że gdy katoliczka zacznie rodzić mając 25 lat, to do klimakterium – przestrzegając prawa kościelnego – powinna wypuścić z macicy dziesięcioro nowych wyznawców.
Niektórym jednak niebo odmawia tej łaski, stąd statystycznie należy przyjąć, że wyznawczyni kultu maryjnego zalicza 7 udanych porodów. Coświąteczne bieganie do kościoła nie zwalnia jednak katolika z myślenia. Dlatego wyjście rodzinne nie powoduje, że każdy członek rodziny rzuca na tacę 5 złotych. Standardem przy wyjściu rodzinnym jest 20 zł. Gdyby zatem podzielić je na tatusia z progeniturą i mamusię z progeniturą, to wyjdzie, że dzieci przez 20 lat chodzenia z rodzicem do kościoła spowodują wydatek jedynie 6 000 zł.

W sumie msze, w wersji oszczędnej, wyciągną z pojedynczej katolickiej kieszeni w ciągu całego żywota łącznie 22 500 złotych.

I na dzieci

Drobny fakt statystycznego rozmnażania się w siódmosób, niesie kolejne wydatki. Jeśli wszystkie uczone gremia wyliczyły, że pojedyncze dziecko karmione, ubierane i doposażane do 18-ki, przyprawia rodziców o wydatek rzędu 200 tys, to hurtowo rozmnażający się katolik jest w stanie ten koszt zbić do 120 tys. na jedno dziecko.

Tyle, że dzieciak będzie statystycznie na garnuszku rodziców przez kolejne 7 lat. I nie ma boskiej siły, by nie kosztował starych, kolejnych 50 tysięcy.
Stosowanie się do kościelnej zasady niestosowania antykoncepcji powoduje, że katolik musi wydać po 85 tys zł na dzieciaka. Bo wszak rodziców jest dwoje. Przy siódemce daje to kwotę 595 tys złotych na każdego z małżonków.

Wyliczenia te jednak nie zawierają jednak etosu katolickiego. Ten zaś nakazuje by dzieciaki najpierw doprowadzić do chrzcielnicy. Przy dobrym targowaniu się z parafią chrzest można mieć za 300 zł. Do tego ubranko do chrztu za stówę i drobne przyjęcie dla średnio 15 członków katolickiej rodziny za 80 zł od głowy. 1 600 zł za pokropioną główkę razy siedmioro, daje 5 600 zł na tatusia i tyleż samo na mamusię.

Katolickie dziecię trzeba katechizować. Książki i zeszytu do religii to 30 zł rocznie od dziecka. Dziecko katechizuje się przez 12 lat. Siedmioro wygeneruje koszty katolickiej edukacji do 1 260 zł na rodzica.

Po kilku latach mamy następne katolickie wydarzenie rodzinne czyli komunię. Książeczka, medalik, obrazek, alba albo inne wdzianko, buty, spodnie czy coś pod komunijne wdzianko, kwiaty do kościoła, sprzątanie kościoła – circa 400 zł. No i obowiązkowo knajpa dla przynajmniej 15 osób z full wypasem za stówę od gościa – 1500 zeta. Przy siedmiorgu potomstwa trzeba na to wysupłać przez każde z katolickich rodziców po 6 650 zł.
Najtaniej wychodzi bierzmowanie. Opędza się je jakimiś 150 zł na bierzmowanego. Siódemka dzielona na dwoje rodziców daje ledwie 525 zł.
Prawdziwy katolik powinien postarać się, by dziecko zmieniło stan cywilny. Koszty kwitów kościelnych, zapowiedzi i co łaska za ślub, to średnio 1 800 zł. Weselisko co najmniej 12 tys. zł. Regułą jest, że rodziny dzielą się kosztami po połowie. Tak czy inaczej, każde z katolickich rodziców na wydanie syna czy córki musi skombinować po 3 450 zeta. Siedmioro przychówku spowoduje, że zaślubiny wyssą z taty i mamy po 24 150 zł.
Katolik powinien wychowywać dzieci w duchu katolickim. To znaczy kazać im się mnożyć.

Gdyby każde z siódemki rozmnożyło się siedmiokrotnie, to katoliccy dziadkowie mieliby 49 katolickich wnucząt. A katolickim dziadkom i babciom nie wypada nie uczestniczyć w chrztach, komuniach i ślubach wnucząt. Nie wypada też, by na każdej z tych uroczystości nie zostawili przynajmniej tysiąca zł. Bycie katolickimi dziadkami kosztowałoby ich 147 000 zł.

Wieczne spoczywanie

Oprócz dzieci, statystyczny katolik ma ojca i matkę, których oprócz czczenia, musi jeszcze pochować. Cztery tysiące z ZUS ledwo starczą na formalności i skrzynkę z dębu. Resztę pieniędzy trzeba zorganizować samemu. Co łaska za pochówek od księdza to 1000 zł. Tatuś i mamusia powodują, że mnożymy to przez 2. Katolicki pochówek zatem zje 2 000 zł.
Nie godzi się jednak, by co roku w rocznicę śmierci, katolickie dziecię nie opłaciło mszy za duszę mamy i taty. Przez 25 lat od ich statystycznego zgonu oblig ten uszczupli katolicki portfel o 5 000 zł.

Jak się położy staruszków w jednej krypcie, to można zaoszczędzić. Opłacenie pojedynczego, katolickiego grobu na 40 lat to 2 400 zł.
Tyle, że katolickie dziecię musi przynajmniej 3 razy do roku biegać na grobowiec rodziców pucować go, umajać kwieciem i zapalać znicze. I niechby jednorazowo kwiaty i świeczki kosztowały tylko 30 zł, to przez 25 lat zrobi się z tego 2 250 zł.

Paciorek i przelew

Samo chodzenie do kościoła prawdziwemu katolikowi nie wystarczy. Wypada mu iść lub choć pojechać na pielgrzymkę. I to parę razy. Osiem pielgrzymek po tysiącu i robi się 8 000 zł.

Nie sposób uchylić się katolikowi od bycia chrzestnym lub chrzestną. A nie daj Bóg, być statystycznym chrzestnym trójki. Na chrzcie chrzestnemu nie wypada dać mniej niż tysiąc. Na komunii trzeba dać dwójkę. Na ślubie nie mniej niż 3 tysiące. W sumie potrójny chrzestny musi wydać 18 000 zł.

Co roku po Bożym Narodzeniu mieszkanie prawdziwego katolika nawiedza kolędujący ksiądz. Jeśli przyjąć, że od 30-go roku życia katolicka rodzina mieszka samodzielnie, to przez 50 statystycznych kolęd a’50 zł, każde z małżonków wyda na to po 1 250 zł.

Angażowanie się w życie parafii tudzież całego kościoła, to też katolicki oblig. Zrzutka na budowę nowej świątyni, jakiś ingres, obłuczyny czy jakoś tak, kwiaty na przystrojenie kościoła i tak dalej i tak dalej. W sumie bycie parafianinem to, po zryczałtowaniu, roczny wydatek około 100 złotych. Przez 55 lat robi się z tego 5 500 zł.

A gdzie prasa i inne katolickie media? Jeden tygodnik to minimum. Rocznie – 260 zł. Przez całe katolickie, dorosłe życie i podzieleniu tego na rodziców i współmałżonka wyjdzie 7 150 zł.

No i jakże tu odmówić datku na Radio Maryja lub TV Trwam? Stówa rocznie na ten szczytny katolicki cel to absolutne minimum. W sumie da to kolejne 5 500 zł.

Myślenie o przyszłości nie kończy się dla katolika wraz z odejściem do Pana. Katolik musi sobie jeszcze za życia postawić punkt przesiadkowy, będący zarazem miejscem, z którego najpierw obróci się w proch, a potem wstanie z martwych. Znaczy grobowiec. Jego budowa to 15 tys. zł. Ale ponieważ budują go mąż z żoną koszty dzielą się po połowie i wynoszą 7 500 zł na osobę.

Żeby zatem być prawdziwym katolikiem, należy się liczyć z wydaniem w ciągu całej swojej aktywności zawodowej i emerytalnej 856 735 zł na rzeczy, na które nie będąc katolikiem wydawać by się nie musiało. Gwoli ścisłości rachunkowej trzeba dodać, że katolik dostanie też swoje conieco na chrzcinach i weselach. Tyle, że kwotę tę zrównoważą wydatki na śluby i chrzciny dzieci, krewnych i wnucząt.

W tym czasie zaś, za ponad 850 tys. złotych, niekatoliccy rodzice zafundują statystycznym dwojgu dzieciom po wypasionym mieszkaniu.

Plan dla ludzi

PiS sobie nami rządzi, jak potrafi czy raczej jak nie potrafi, a tymczasem powstają różne plany na przyszłość. To dobrze, bo jest nadzieja, że skoro powstają, to jakaś przyszłość jednak dla nas jest.

W relacjach między państwem, społeczeństwem a Kościołem katolickim mamy kilka zasadniczych problemów. Część z nich wynika ze sposobu, w jaki polski Kościół katolicki po roku 1989 traktuje państwo i społeczeństwo. Kościół uzurpuje sobie zwierzchnią rolę w państwie, które ma realizować jego politykę i dbać o religijność obywateli. Politycy od centrum po prawą ścianę zabiegają o przychylność kościelnych funkcjonariuszy, tak by poparli ich starania o zajęcie lub utrzymanie politycznych pozycji.

Nie będę opisywał, jak jest, bo robiono to już wiele razy. W trosce o większość społeczeństwa, która uważa się za mniej lub bardziej religijną, przedstawię kilka propozycji. Po ich ewentualnej realizacji będzie się tym ludziom żyło lepiej, a nawet będzie się lepiej żyło wszystkim, katolicy zaś staną się wreszcie podmiotem w grze pomiędzy hierarchami kościelnymi a hierarchami politycznymi, zamiast być mięsem wyborczym.

Po pierwsze, trzeba przestać traktować Kościół i religię jako sprawy o specjalnym statusie społecznym. Podstawą demokracji jest wypracowanie rozwiązań, dzięki którym życie ludzi będzie lepsze lub choćby znośne. John Locke , ojciec demokracji, podkreślał, że celem wspólnoty politycznej – państwa – nie jest zbawienie obywateli. Chociaż uważał religię za podstawę moralności, Locke był przekonany, że zbawienie człowieka to coś, co jednostka powinna rozstrzygać w swoim sumieniu. W tej materii pozytywne prawo ludzkie nie powinno narzucać żadnej regulacji, bo zadaniem tego prawa nie jest czynienie ludzi dobrymi, lecz tylko zajmowanie się tym, co wprost i bezpośrednio jest konieczne do ochrony naturalnych uprawnień człowieka (dobra wspólnego). Prawo ma określać reguły postępowania w społeczeństwie i wcale nie musi, a nawet nie powinno, normować wszystkich sfer i wszystkich możliwych zachowań. Tak czy inaczej, prawo nie jest od tego, by wymuszać na jednostkach zachowania moralne czy religijne, w każdym razie dopóki nie żyjemy w teokracji. Pogląd Locke’a nie przyjął się w polskim Kościele, o ile w ogóle jest w nim znany. Być może dzieje się tak dlatego, że religia pozbawiona specjalnego statusu w państwie przestaje być źródłem dóbr doczesnych, a kto by chciał być (w Polsce) „ubogim” biskupem – skromnym, ale nawet nie pozłacanym?

Funkcjonowanie Kościoła w Polsce jest dwuznaczne. Z jednej strony prawo kanoniczne, swoisty statut Kościoła katolickiego, wyraźnie określa tu struktury podległości. Kościół katolicki ma sztywną hierarchię, pionowy system zarządzania. Zgodnie z konkordatem natomiast nie ma w Polsce takiego podmiotu prawa jak Kościół katolicki, są tylko kościelne osoby prawne. Każda parafia czy diecezja jest samorządna i niezależna, a zatem jedna parafia czy diecezja nie odpowiada za skutki prawne działań drugiej. Trudno oprzeć się podejrzeniu, że przyczyną takich zapisów jest właśnie chęć uniknięcia odpowiedzialności.

Pierwsza niezbędna zmiana to uregulowanie statusu prawnego Kościoła katolickiego tak, jak to przyjęto w stosunku do innych Kościołów i wyznań, na podobieństwo zwykłych organizacji pozarządowych. Byłby więc jeden działający zgodnie z prawem kanonicznym Kościół katolicki w Polsce. Osobno zaś mogą funkcjonować zakony i stowarzyszenia katolickie takie jak Caritas, na zasadzie prawa o stowarzyszeniach.

Druga sprawa to finansowanie Kościoła. Jak wszystkie organizacje pozarządowe, Kościół powinien utrzymywać się z darowizn i składek. A nawet jestem skłonny zaliczyć go do organizacji OPP. Można dopuścić udostępnienie Kościołowi pomieszczeń zarządzanych przez wspólnoty samorządowe na takich samych zasadach, na jakich korzystają z nich inne organizacje pozarządowe. Katecheci powinni posiadać uprawnienia do prowadzenia zajęć potwierdzone przez organy zarządzające edukacją, tak jak wszystkie osoby prowadzące zajęcia z dziećmi i młodzieżą. Zgodnie z zalecaniami psychologów uważam za niedopuszczalne prowadzenie zajęć religijnych w przedszkolach.

Przede wszystkim należy bezwzględnie skończyć z kościelną infiltracją instytucji publicznych. Nie ma miejsca dla kapelanów i im podobnych osób nie tylko w instytucjach publicznych, szpitalach i urzędach, ale również w wojsku, policji i straży granicznej. W żadnym stopniu nie ograniczy to pełniącym tam służbę ludziom możliwości korzystania z prawa do czynnego wyznawania religii, tym bardziej że to ich prywatna sprawa, poza służbą i pracą.

Po zrealizowaniu tych wszystkich postulatów będzie można powiedzieć, że wszyscy w Polsce jesteśmy u siebie. Wbrew pozorom najbardziej poprawi się sytuacja zwykłych katolików, którzy wreszcie odzyskają wolną wolę, przestaną być baranami prowadzonymi w nieznanym kierunku przez kościelnych i cywilnych pasterzy, często będących wilkami w owczych skórach. Wszystkie inne propozycje czy prezentowane „plany” stwarzają tylko pozory zmian w celu utrzymania status quo. Bo przecież niektórym jest w Polsce dobrze, czemu więc mieliby coś zmieniać?

Czy relacje między Kościołem a społeczeństwem są najważniejsze, czy najpilniej wymagają zmian? Może i nie, ale też nie należy tego odkładać na później. Im szybciej wyzwolimy się z kościelnych pęt, tym lepiej, zwłaszcza dla ludzi szczerze religijnych i dla dobra wszystkich obywateli.

W związku z tym wypowiedzenie konkordatu jest niezbędne. C.B.D.O

Odpływając na chwałę

Czasami to aż serce pęka, kiedy się patrzy, jak polski Kościół katolicki odrywa się od społeczeństwa i rozdyma w swojej mydlanej bańce, w której żyje od dekad. Nie, żeby mnie to jakoś szczególnie martwiło, ale dla przyzwoitości i czystości sumienia, może warto by podpowiedzieć rządzącym, żeby zwrócili kościelnym hierarchom uwagę, że król jest nagi, stary, gruby i obleśny.

Kompletnie nieatrakcyjny. Zwłaszcza dla młodych. Starzy mają świadomość, że czas obszedł się z nimi różnie, i sutanna potrafi ukryć sporo, ale dla młodzieży to dziś żadna okoliczność łagodząca. Czy to ksiądz, czy katecheta, czy pan od fizyki, wszyscy oni mogą być nudni jak flaki z olejem, a z ich lekcji można wynosić co najwyżej hemoroidy. Nie dziwią więc statystyki, z których dowiadujemy się, że młodzież szkolna i licealna masowo wypisuje się z lekcji religii. W Warszawie tylko od września na Woli z lekcji religii wypisało się ponad 900 uczniów. Na Pradze-Południe – ponad 700, na Białołęce – ponad 500, na Ursynowie – ponad 300. O ostatnim exodusie młodych katolików z lekcji katechezy poinformowała na dniach jedna z kieleckich gazet. Z danych Urzędu Miasta wynika, że skala tego zjawiska jest naprawdę ogromna. Spośród prawie 6,5 tys. licealistów z udziału w lekcjach religii zrezygnowało już ponad 2 tys. uczniów. Z kolei w kieleckich szkołach podstawowych z lekcji religii rezygnuje niewielu uczniów. Czemu tak się dzieje? A no bo w ogólniaku można już decydować o sobie, a w podstawówce jest wszak komunia i bierzmowanie, a bez tego ksiądz nie dopuści do ołtarza na ślub czy chrzciny, a to przecież taka ładna uroczystość. Biały welon, organy, schludnie to wygląda na pamiątkowym obrazku. Czysty pragmatyzm. Czy Kościół dostrzega ten rozdźwięk?

Skłamałbym, gdyby napisał że nie. Są w zawodzie księża i katecheci, którzy doskonale wiedzą, że piątkami i dwójkami miłości do Pana Boga nauczyć nie sposób. Wiedzą też, że programy katechez są tak skonstruowane, że prócz nauki pacierzy, ciężko jest znaleźć czas na to, czego młody człowiek dziś w wierze poszukuje. Trudno też im odpowiadać na coraz trudniejsze pytania, a częstokroć, trudno też bronić swojej własnej wiary, crosowanej z praktyką codzienności. Co bardziej wrażliwy mógłby się zasromać, że być może lekarstwem na bolączki katechetów mogłaby być zmiana podejścia w metodyce przedmiotu; z bogobojnej oazy na swobodną wymianę myśli, w kierunku poznania innego, nie tylko katolickiego, punktu widzenia na świat, rolę człowieka, zło czy dobro. Nic bardziej mylnego. Nie tak dawno temu, arcybiskup katowicki Skworc, na spotkaniu z nauczycielami wyznającymi katolickie wartości, zaapelował do rządzących, aby lekcje religii były obowiązkowe. I już. Problem rozwiązany. Młodzi nie chcą chodzić na religię-no to od dziś nie będą mieli wyjścia. Pan Bóg tak mocno Was ukochał, że nie możecie odrzucić tej miłości, a my Wam to zapewnimy. Mamy do tego przychylnych urzędników, a jak oni nie pomogą, to Armię Boga, znaczy Ordo Iuris i Kaję Godek.

Ale oczywiście, trzeba kuć czerwone, póki gorące i iść za ciosem. W trakcie ostatniej pielgrzymki parlamentarzystów polskich na Jasną Górę, mszy św. przed Cudownym Obrazem Matki Bożej przewodniczył abp Wacław Depo, który chwalił wprowadzony ostatnio w Polsce przez rząd PiS zakaz wykonywania aborcji w przypadku, gdy istnieje duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenie płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu. A potem się towarzystwo nie może nadziwić, że młodzi protestujący nie mają respektu dla świętości i malują sprejem po plebaniach. Wstyd i obraza boska. Gdyby jednak częściej młodzieży i dzieciom mawiać na religii, kiedy jeszcze na nią chadzały, że to ludzie są Kościołem, a nie budynki, pałace i spiżowe bramy, to może coś by z tego wyszło. Gdyby Kościół zechciał rzeczywiście zatroszczyć się o człowieka, miast o synekury dla siebie, może nie byłby dziś własną, pokraczną karykaturą.

Idąc w stronę bazyliki św. Piotra ulicą Via Conziliazione, parę lat temu, wdepnąłem w ludzką kupę. Skąd wiem, że w ludzką? Po prostu wiem. Nieopodal, w podcieniach, dostrzegłem śpiącego na kartonach bezdomnego. Kupa mogła należeć do niego, ale równie dobrze, do innego z setki żebraków koczujących w arkadach przy bazylice i wzdłuż ulicy doń prowadzącej. Nie było nań wolnej przestrzeni, której by nie zagospodarowali. Dziwić to jednak nie powinno. Biedacy byli na świecie od zawsze. Zawsze też, na odpustach czy po sumie, żebrali pod kościołami. I choć czasy się zmieniły, ludziom w Europie żyje się dostatniej i dłużej, to żebracy nadal są pod Kościołem i długo jeszcze pod nim pozostaną. A młodzi ludzie mają oczy i mózgi i potrafią z nich korzystać. Nawet bez nieobowiązkowych jeszcze katechez.

Zrobimy sobie kiedyś prezent na święta i wypowiemy konkordat

Zawarcie konkordatu, deklaracja rządowa co do jego interpretacji i przebieg ratyfikacji

W dniu 28 lipca 1993 roku minister spraw zagranicznych Krzysztof Skubiszewski podpisał umowę międzynarodową zawartą pomiędzy rządem, a Stolicą Apostolską zwana konkordatem. Unormowanie relacji pomiędzy państwem i Kościołem katolickim w takiej formie było niezgodne z ówcześnie obowiązującym przepisem art.77 tzw. Małej Konstytucji RP, który obowiązywał w brzmieniu jakie ustalone było w art.70 ust.2 Konstytucji PRL z 1952 roku. Przepis ten przewidywał jako wyłączny sposób określania sytuacji prawnej kościołów i związkami wyznaniowymi drogę ustawowa, a więc nie dopuszczał w tym zakresie zawarcia umowy międzynarodowej.

Podpisanie umowy było zresztą nie tylko naruszeniem norm konstytucyjnych, ale i dobrych obyczajów, gdyż rządowi Hanny Suchockiej już 31 maja 1993 roku wyrażono wotum nieufności i działał on jedynie z woli Prezydenta RP Lecha Wałęsy. Mając do wyboru przyjecie dymisji rządu albo rozwiązanie Sejmu Wałęsa wybrał drugie rozwiązanie pozwalające utrzymać ekipę rządzącą przy władzy. Pozwoliło to na pospieszne dokończenie negocjacji z przedstawicielami Kościoła katolickiego i podpisanie umowy. Pomimo utraty poparcia politycznego rząd Suchockiej nie zadbał nawet o przeprowadzenie jakichkolwiek konsultacji społecznych co do treści podpisywanej z Watykanem umowy, a co więcej nie przedstawił nawet jej treści do publicznej wiadomości. Pośpiech i dyskrecjonalne akty przyjęcia i podpisania umowy były prawdopodobnie spowodowane realnie istniejącym zagrożeniem zwycięstwem lewicy w nadchodzących wyborach. Z jednej strony chodziło oczywiście o zagwarantowanie interesów Kościoła katolickiego i wykonania gestu wobec papieża Polaka, z drugiej o potencjalne wprowadzenie lewicy w ewidentny konflikt z Watykanem w wypadku odrzucenia ratyfikacji zawartej umowy. Zlekceważono ówcześnie obowiązująca regulację konstytucyjną poprzez sposób prowadzenia negocjacji jak i niedopuszczalną podówczas formę regulacji statusu Kościoła katolickiego w Polsce, a więc nie poprzez ustawę lecz umowę międzynarodową. Naruszono fundamentalną zasadę legalizmu nakazującą organom państwowym prowadzenie aktywności w zakresie przewidzianym prawem, a więc podejmowanie tylko takich działań jakie przewidziane są jego kompetencjami, które nie przewidywały negocjowania i podpisania umowy międzynarodowej dotyczącej statusu prawnego jakiegokolwiek kościoła czy innego związku wyznaniowego w Polsce. W efekcie podpisania konkordatu, pomimo wieloletniej obstrukcji dokonania jego ratyfikacji w czasie rządów lewicy, stworzył on Kościołowi podstawy do sięgania po coraz to nowe koncesje ze strony państwa, umożliwił realizację żądań i aspiracji ekonomicznych, poszerzenie wpływu na wychowanie i edukację młodzieży, obecności w środkach masowego przekazu w ceremoniale państwowym i większości uroczystości o różnym charakterze ugruntowując panowanie w sferze światopoglądowej. Zyskując wpływ na prace Komisji Konstytucyjnej przeforsował, pomimo oficjalnego kontestowania przez większość hierarchii kościelnej i prawicę narodowo-katolicką, rezygnację z konstytucyjnego rozdziału państwa i kościoła, neutralności światopoglądowej narzucając aksjologię odwołująca się do ustaleń Soboru Watykańskiego II.

W tej sytuacji nie budziło zdziwienia realizowanie, a nawet rozszerzanie uprawnień konkordatowych Kościoła jeszcze przed jego ratyfikacją, która nastąpiła w dniu 23 lutego 1998 roku. Ratyfikacja konkordatu poprzedzona była wejściem w życie Konstytucji RP z 2 kwietnia 1997 roku ale i szeregiem wątpliwych działań władzy ustawodawczej i wykonawczej. Stosownie do art.90 Konstytucji RP umowa międzynarodowa zawierająca postanowienia dotyczące przekazania organizacji międzynarodowej lub organowi międzynarodowemu kompetencji władzy państwowej w niektórych sprawach wymaga zgodnie z ust.2 powołanego przepisu zgody Sejmu RP na ratyfikację wyrażoną przez większość 2/3 głosów w obecności, co najmniej połowy liczby posłów oraz przez Senat taką samą większością. Pomijając dyskusyjna kwestię czy Stolica Apostolska jako podmiot prawa międzynarodowego jest uprawniona poprzez swoją organizację lokalną do przejęcia kompetencji władzy państwowej suwerennego kraju tj. wykonywania funkcji publicznej np. w postaci sporządzania aktów ślubu jako aktów stanu cywilnego, to trzeba jasno stwierdzić, że zgoda na ratyfikacje umowy wyrażona przez Sejm RP zwykłą większością głosów stanowiła naruszenie prawa. W głosowaniu przeprowadzonym dnia 8 stycznia 1998 roku o godz.19.20 udział wzięło 436 posłów, z których za ratyfikacją glosowało 273, a przeciwko 161 przy 2 wstrzymujących się i 23 nie biorących udziału w głosowaniu. Wymagana zgodnie z art.90 ust.2 Konstytucji większość 2/3 stanowiła 290 głosów za przyjęciem ustawy ratyfikacyjnej. Zdziwienie budzi fakt, że manewr ten został przeprowadzony pod rządami lewicy w pełni świadomej konsekwencji jakie poniesie za sobą wdrożenie umowy stanowiącej z odnośnymi postanowieniami konstytucyjnymi rygiel prawny mający skutecznie zablokować wszelkie próby zmiany w jakimkolwiek zakresie pozycji prawnej Kościoła katolickiego, jego apetytów finansowych czy rozbudowanych przywilejów. Niczego nie mogła zatem zmienić, oprócz słabej próby ratowania wizerunku lewicy przyjęta wcześniej, bo już 15 kwietnia 1997 roku deklaracja Rządu RP w celu zapewnienia jasnej wykładni przepisów konkordatu, która zawierała kilka ważnych sformułowań dotyczących zakazu odmowy pochówku na cmentarzach katolickich osób niewierzących i innowierców, wolności wyboru przez nupturientów formy i skutków zawieranego małżeństwa, prowadzenia lekcji religii w szkołach z poszanowaniem zasady tolerancji i wolności religijnej z koniecznością uzyskiwania wyrażenia woli przez osoby zainteresowane na organizacje takich zajęć, a także potwierdzenia prawa organów państwowych do regulowania kwestii finansowych i podatkowych kościelnych osób prawnych i fizycznych.

Deklaracja powyższa jest często negliżowana jako pozbawiona mocy prawnej ze względu na jej nie ratyfikowanie przez Stolicę Apostolską jak i budzący wątpliwości sposób ogłoszenia przez stronę rządową w Monitorze Polskim. Niemniej jednak zgodnie z przepisami dotyczącymi tzw. kontekstu zawartymi w Konwencji wiedeńskiej z dn.23maja 1969 roku o prawie traktatów (Dz. U. z 1990 r., Nr 74, poz.439 ) kontekst stanowić może każdy dokument sporządzony przez jedną lub więcej stron w związku z zawarciem traktatu przyjęty przez inne strony jako dokument odnoszący się do traktatu. Skoro więc deklaracja została przedstawiona stronie kościelnej, to konkordat musi być interpretowany z uwzględnieniem wykładni przyjętej w deklaracji.

Konkordat, którego aksjologiczne podstawy i rozwiązania forsowane przez administrację watykańska wypełniać miały oczekiwania papieża Jana Pawła II, wyłącznie pozornie realizuje koncepcję rozdziału państwa i Kościoła. Przyjęta zasada współpracy odpowiada w pełni przyjętej przez Sobór Watykański II „Deklaracją o Wolności Religijnej „ z 1965 roku, w której czytamy, że osoba ludzka ma prawo do wolności religijnej oraz opowiada się za szeroką wolnością dla wspólnot religijnych dopuszczając jednak uprzywilejowanie jednej wspólnoty, opowiada się za państwem świeckim, ale stwarzającym warunki do rozwoju życia religijnego.” Przy tym potępia ustrój narzucający jedyny system wychowania, z którego całkowicie usunięta została formacja religijna, a więc np. w którym istnieje wyłącznie szkoła świecka. Treść preambuły konkordatu wyraźnie faworyzuje katolików i Kościół katolicki wobec innych wyznań nie rzymskokatolickich oraz osób niewierzących uwydatniając posłannictwo Kościoła i rolę religii większościowej w historii Polski z znaczeniem pontyfikatu polskiego papieża. Innowiercza i nie konfesyjna część społeczeństwa stanowi na tle wspomnianych sformułowań co najwyżej drugą kategorię uczestników życia publicznego. Konkordat miał za zadanie zagwarantować nadrzędna pozycje prawną Kościołowi katolickiemu. Wynikało to wprost ze złożonego w październiku 1991 roku nuncjuszowi Józefowi Kowalczykowi projektu umowy autorstwa Episkopatu Polski, w którego art. 1 znajdowało się postanowienie o konieczności uwzględnienia w ustawodawstwie kraju szczególnej pozycji Kościoła katolickiego ze względu na większość społeczeństwa wyznającego religie katolicka oraz jego wkład w rozwój osoby ludzkiej i wspólnoty narodowej. Pomimo nie uwzględnienia wprost takiego postanowienia Kościół i jego osoby prawne uzyskały gwarancje specjalnego statusu. a poprzez nie równoprawne rozłożenie obowiązków głownie obciążających państwo konkordat jest uważany za umowę nie równoprawną.

Konkordat jako umowa międzynarodowa.

Umowa międzynarodowa zawarta ze Stolicą Apostolską jako uregulowanie zawierające normy dotyczące różnych aspektów relacji państwa z Kościołem i obejmujące całokształt sytuacji Kościoła katolickiego w danym państwie i dlatego nazywana jest potocznie konkordatem. Tak więc szeroki zakres zawartych w umowie treści, a nie forma czy jakieś inne elementy decydują o nazwie używanej powszechnie dla określenia dwustronnej umowy międzynarodowej zawieranej ze Stolicą Apostolską przez suwerenne państwa. Warto przy tym zwrócić uwagę, że obowiązujący przepis konstytucyjny art.25 ust.4 odnosi się jedynie do ustalenia formy regulacji prawnej w jakiej państwo ma obowiązek unormowania stosunków z Kościołem katolickim. Jest nią umowa międzynarodowa, przy czym nie określa się ani jej zakresu ani nie nakazując by zawierała ona kompleks zagadnień dotyczących relacji w państwem w jednym dokumencie umowy. Jednocześnie warto zauważyć, że nawet całościowe umowy będące konkordatami zawieranymi przez Stolicę Apostolską jako podmiot prawa międzynarodowego publicznego często odsyłają do uregulowania pewnych kwestii oddzielnymi umowami. Taką też konstrukcję zawiera art.27 konkordatu przewidujący zawarcie nowych umów w sprawach wymagających wprowadzenia nowych lub dodatkowych rozwiązań. Konkordat zawiera postanowienia wzajemnie zobowiązujące, chociaż praktyczne znaczenie mają głównie obciążenia państwa świadczeniami ekonomicznymi na rzecz Kościoła. Warto też zauważyć, że jedyną właściwie istotną korzyścią dla społeczności katolickiej jaka wynikała z konkordatu stanowiła możliwość zawierania małżeństwa wyznaniowych ze skutkami cywilnoprawnymi.

Możliwości wypowiedzenia konkordatu.

Tak jak i w wypadku innych umów międzynarodowych istnieje możliwość wypowiedzenia konkordatu jako całości jak też i określonych jego postanowień. Stosownie do art.87 ust.1 Konstytucji RP konkordat jako ratyfikowana umowa międzynarodowa stanowi źródło obowiązującego prawa niezależnie od uchybień towarzyszących jego podpisaniu i ratyfikacji, a przepisy są stosowane bezpośrednio jeżeli nie wymagają wydania ustawy dla ich wykonania i to są stosowane z pierwszeństwem przed ustawami zwykłymi w razie istnienia sprzeczności pomiędzy przepisem umowy i ustawy. Tryb wypowiedzenia umowy międzynarodowej zgodnie z art.89 ust.1 w zw. z ust.3 Konstytucji wymagający uprzedniej zgody wyrażonej w ustawie przyjętej przez Sejm i Senat chociażby ze względu na fakt, że dotyczy spraw uregulowanych w ustawie lub w których konstytucja wymaga ustawy oraz wolności, praw lub obowiązków obywatelskich określonych w konstytucji (art.89 ust.1, pkt.2 i 5). Procedura szczegółowa wypowiadania umów międzynarodowych określona jest ustawą w obecnej wersji zawartą w obwieszczeniu Marszałka Sejmu RP z dn.13 grudnia 2019 roku w sprawie ogłoszenia jednolitego tekstu ustawy o umowach międzynarodowych (t.j. Dz. U. 2020, poz.127). Wymaga ona przedłożenia Prezydentowi RP projektu decyzji o wypowiedzeniu ratyfikowanej umowy po uzyskaniu zgody wyrażonej w ustawie, o której mowa w art. 89 ust.1 lub art.90 Konstytucji. Decyzję ogłasza się w Dzienniku Ustaw. Prezes Rady Ministrów notyfikuje decyzję o wypowiedzeniu umowy. (art.22a ustawy wyżej powołanej).

Może kiedyś będziemy mieli możliwość skorzystanie z przytoczonej procedury z korzyścią dla państwa, w którym przywrócimy świeckie zasady jego funkcjonowania i neutralność światopoglądową.

Spada autorytet Kościoła

W ostatnich tygodniach przeprowadzony został szereg badań i sondaży przeprowadzonych wśród Polaków i Polek, z których wynika, że mamy coraz bardziej negatywny stosunek do Kościoła katolickiego.

Z badania przeprowadzonego przez IBRiS dla Onet.pl 27 listopada za pomocą metody CATI na próbie 1100 osób, w którym sprawdzano poziom zaufania Polaków do różnych instytucji, wynika że zaledwie 40 proc. ankietowanych ufa Kościołowi katolickiemu. Jest to spadek aż o 18 pkt. procentowych w porównaniu z rokiem 2016, kiedy PiS dochodził do władzy. Jeszcze większą różnicę zauważymy porównując ilosć respondentów, którzy stwierdzili, że Kościołowi nie ufają. W 2016 roku było to zaledwie 24 proc., podczas gdy w tegorocznym badaniu jest to aż 42 proc.. Oznacza to, że po raz pierwszy, więcej Polaków nie ufa niż ufa tej instytucji.

Polacy coraz mniej ufają kościołowi. Pytani o swój ogólny stosunek do instytucji również wyrażają coraz mniej pochlebne opinie. W badaniu IBRiS dla Rzeczpospolitej, przeprowadzonym pomiędzy 13 a 14 listopada metodą CATI na grupie 1100 respondentów, jedynie 35 proc. Polaków określiło swój stosunek do Kościoła jako pozytywny.

31 proc. badanych określiło swój stosunek jako neutralny, a 32 proc. jako negatywny.

Z badania wynika, że najszybciej laicyzującą się grupą osób są młodzi ludzie (między 18. a 29. rokiem życia). Wśród nich nastawienie do Kościoła jest negatywne (47 proc.) lub neutralne (44 proc.). Im osoby starsze, tym stosunek do Kościoła przechyla się w stronę pozytywną. To może oznaczać, że wraz z wymianą pokoleniową, Polska będzie posuwać się do przodu w laicyzacji.

Badanie dla Rp sprawdzało również poziom zaufania do kard. Stefana Dziwisza, któremu zarzuca się tuszowanie pedofilii w KK. Źle ocenia go 58 proc. Polaków, z czego wśród mieszkańców Małopolski odsetek ten wynosi aż 72 proc. Pozytywnie, w Polsce i woj. małopolskim ocenia go odpowiednio 20 proc. i 12 proc.

Poseł wzywa Kościół do solidarności

Kościół katolicki jest instytucją na tyle zasobną, by w chwili zagrożenia zdrowia i życia milionów Polaków wesprzeć walkę z pandemią naprawdę pokaźną sumą – uważa poseł Lewicy Maciej Kopiec.

Parlamentarzysta Lewicy skierował list z apelem o wsparcie wysiłków polskiego państwa w walce z pandemią do papieża Franciszka oraz do Konferencji Episkopatu Polski. Sugeruje w nim przekazanie przez Kościół kwoty 100 mln złotych na walkę z pandemią i likwidowanie jej skutków. Chodzi tu rzecz jasna o wsparcie bezzwrotne. W przekonaniu posła z Rybnika suma taka jest w pełni adekwatna do możliwości finansowych Kościoła katolickiego w Polsce. – Kościół Katolicki to jedna z najbogatszych instytucji w Polsce, pragnę wskazać, iż fundacja Pani Dominiki Kulczyk przekazała wiosną tego roku wsparcie warte 80 milionów złotych – podkreśla działacz Wiosny.

Opodatkować Kościół

Kościół miałby jednak wykazać się poczuciem solidarności nie tylko jednorazowo. Poseł Kopiec sugeruje, by instytucje religijne opodatkować tak, jak inne podmioty uzyskujące dochody ze swojej działalności, obejmując je standardowymi w takich sytuacjach stawkami podatkowymi. Oznaczałoby to również, że katolickie (ale nie tylko) instytucje musiałyby prowadzić dokumentację podatkową, jakiej wymaga się od wszelkich instytucji świeckich, także zajmujących się wspieranie ubogich i wszelką inną dobroczynnością.

Do napisania listu posła Lewicy zainspirowało kazanie arcybiskupa Wiktora Skworca, rzymskokatolickiego metropolity katowickiego, podczas tradycyjnej mszy barbórkowej.

Miłość, nie chciwość

29 listopada w katowickiej katedrze hierarcha odnosił się do nieuchronnego zamykania kopalń na Śląsku i zmian, jakie czekają region i jego mieszkańców. Była też mowa o wsparciu ze strony rządzących krajem dla tych ludzi. – Trzeba odwagi i kół ratunkowych, solidarnej tarczy, sprawiedliwości i miłości społecznej, aby szybko, bo w perspektywie dwóch dekad, rozwiązać nabrzmiałe problemy górniczej branży, której los jest przesądzony, tym bardziej że likwidacja trwale nierentownych kopalń jest ekonomicznie palącą koniecznością – mówił biskup.

Poseł Kopiec przywołuje również fragment najnowszej encykliki papieża Franciszka, w której padają znamienne słowa: „Mniej znaczy więcej. Nieustanne gromadzenie możliwości konsumpcji rozprasza serce, uniemożliwiając docenienie wszystkiego i każdej chwili”. Dalej papież nawołuje do wstrzemięźliwości, skromności i prostoty. Czyż polski Kościół nie powinien zastosować tych słów w praktyce i zaprzestać gromadzenia ziemskiego majątku? Tym bardziej, że, jak zauważa poseł Lewicy, już podczas przyjmowania święceń diakońskich przyszli duchowni są pouczani, iż wszelka nieczystość i chciwość to bałwochwalstwo.

Do tej pory Kościół nie rwał się na pierwszą linię walki z pandemią. Natomiast polski rząd jak najbardziej starał się nawet w takiej sytuacji realizować oczekiwania katolickich duchownych. Maksymalnie ograniczając zgromadzenia, zamykając siłownie, restauracje, teatry i muzea, w odniesieniu do kościołów ustanowił jedynie limit wiernych w czasie jednego nabożeństwa i obowiązek noszenia maseczek, który w wielu świątyniach i tak nie jest respektowany.

Czy papież jest godzien

Aktywiści partii Razem i niektórzy posłowie Lewicy, podjęli akcję – Jan Paweł II jest niegodzien być patronem placów, ulic, itp. Trzeba nazwy tych ulic zmienić na inne. Akcja, nim rozwinęła się, została zamieciona pod dywan.

Polski papież cieszy się obecnie w kraju olbrzymią popularnością i taka akcja nie została poważnie potraktowana.

Szeregowy katolik, zapytany pod kościołem, co właściwie zawdzięcza świętemu papieżowi, odpowie, że Jan Paweł II wielkim Polakiem był, walczył z komuną i po świecie dużo podróżował. Tylko nieliczni mogą coś wspomnieć o jego np. encyklikach.

Niestety polski papież nie przygotował kościoła na nowe czasy i to aż nazbyt widać w Polsce. Nasz kościół jest konserwatywny, zapatrzony w przeszłość i żyjący dostatnio.

Ocena roli kościoła przez Polaków jest cofnięta, w stosunku do Europy, o kilkadziesiąt lat i to teraz właśnie widać. Można napisać, że to uwstecznienie kościoła w Polsce jest spowodowane zarządzaniem nim przez polskiego papieża.

Dopiero teraz, zaczynają się otwierać oczy i uszy naszym obywatelom – katolikom, że coś jest nie tak, że byli trzymani w nieświadomości i było im z tym dobrze, bo przecież papież świętym jest. Natomiast biskupi i cała hierarchia to tacy półświęci. Ostatnie wydarzenia pokazują, że kościół jest tak samo grzeszny jak każdy człowiek, a czasami jego grzechy są większe. To, na razie, nie mieści się w głowie większości katolików.

Muszą to przemyśleć, uświadomić sobie, że kościół nie jest taki święty, a papież Polak o tym także doskonale wiedział, choć kardynał Dziwisz wszystkiego zapiera się. Im bardziej się zapiera, tym mniej staje się wiarygodny.

Na zamianę ślepego i posłusznego myślenia na trzeźwy osąd Kościoła katolickiego trzeba czasu.

Za ileś lat to nastąpi. Trudno dzisiaj powiedzieć, ile lat upłynie, by Polacy zaczęli inaczej postrzegać swoich duchowych przewodników w sutannach, a oni zrozumieją, że są sługami ludzi, a nie panami wydającymi z ambony polecenia swoim tępym poddanym.

Odnoszę wrażenie, że tempo zmian w świadomości znacznie ostatnio przyspieszyło.

Zatem najpierw rozsądne samouświadomienie, a potem decyzje o zmianach nazw ulic i usuwaniu pomników. A i potem sądzę, że papież jednak pozostanie patronem wielu ulic. Z prostego powodu – nie mamy za wielu Polaków znanych na świecie. Będzie także polski papież znakiem historii, a takie znaki są potrzebne i cywilizowane społeczeństwa ich nie usuwają.

Ze smutkiem obserwowałem, jak po 1990 roku do jednego worka wrzucono ludzi niegodnych z bardzo zasłużonymi. Rugowano z pamięci i z pomników jednych i drugich. Z PRL zrobiono czarną, niegodną pamięci, dziurę. Brali w tym udział politycy styropianowi, a zniszczenia dokańczają poststyropianowi.

Pamiętam także jak w PRL udawano, że takiego Piłsudskiego w ogóle nie było. Teraz pada żądanie pozbawienie godności ich głównego patrona.
Tak to historia zatoczyła koło i z pomników chce strącać kolejnych luminarzy minionych czasów.

Polski model państwa wyznaniowego

Polski model państwa wyznaniowego nie zniknie razem z władzą PiS i hasłami o oddzieleniu państwa od Kościoła, zakazie finansowania Kościoła i instytucji około kościelnych ze środków państwowych czy organizacji szkolnej katechezy.

Nawet jeżeli starania protestujących obywateli byłyby w jakimś stopniu uwzględnione , to Kościół katolicki zachowując uprawnienia wynikające z konkordatu jest zbyt mocno zrośnięty ze znakomitą częścią społeczeństwa, polską myślą polityczną i strukturami państwa by jego dominacja w sferze religijnej, a tym samym w świadomości społecznej została ograniczona w sposób wykluczający wpływy polityczne.

Zrealizowany w Polsce model państwa wyznaniowego jest silnie zakorzeniony od ponad stu lat w polskiej myśli politycznej, związanej z endecką i klerykalną prawicą. Od odzyskania niepodległości w 1918 roku endecja otwarcie odwoływała się do treści religijnych zachęcana przez kler katolicki starający się połączyć nacjonalizm z katolicyzmem w jedna ideową całość. Roman Dmowski ideolog i przywódca endecji w opublikowanej w 1927 roku książce „Kościół, naród i państwo” pisał wprost o tym, że katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, ale tkwi w jej istocie, a Polska ma być katolicka. W ten sposób formowała się koncepcja Katolickiego Państwa Narodu Polskiego, które miało przewodzić innym narodom środkowej Europy w walce z komunizmem i germańskim imperializmem.

Już w latach trzydziestych ubiegłego wieku znaczna część inteligencji polskiej tworząca Obóz Wielkiej Polski, młodzież z ONR (zdelegalizowanego w 1933 r) i kleru tworzącego w ramach politycznych przedsięwzięć endeckich grupy zajmujące się propagandą katolicyzmu uzyskały ogromny wpływ na część mas ludowych szerząc antysemityzm, ksenofobię i nietolerancję religijną i marząc o powrocie do przed oświeceniowych stosunków społecznych. Zapowiadane było stworzenie „narodowej szkoły historycznej”, szukano inspiracji w epoce państwa przed liberalnego, a w szczególności średniowiecznego (mediewalizm} i podkreślano rolę kościoła powszechnego. Po przewrocie majowym w 1926 roku coraz bardziej widoczna staje się w Obozie Wielkiej Polski również fascynacja faszyzmem włoskim znajdująca wyraz w opracowaniu z 1927 roku „Zadania polityki narodowej.” Fundamentalizm religijny i dążenie do pełnego panowania katolicyzmu w sferze światopoglądowej trafiało na podatny grunt w warunkach kryzysu ekonomicznego i pogarszającego się poziomu życia ludności. O skali podejmowanych działań świadczyć może powołanie w 1930 roku w ramach Stronnictwa Narodowego wewnątrzpartyjnej jednostki propagandowej tworzonej przez 19 księży katolickich, której zadaniem była propagowanie katolicyzmu jako idei narodowej.

Można by rzec nihil novi. Po prostu wróciliśmy do korzeni oryginalnie polskiej myśli politycznej, która wzbogacona o nowe techniki manipulacji politycznej okazała się użyteczna w zdobyciu władzy. Odrzucenie liberalnej demokracji i wprowadzenie autorytarnych praktyk politycznych przy wykorzystaniu klerykalizmu jako narzędzia sprawowania władzy i organizacji społeczeństwa nie stanowi wiec żadnej oryginalnej koncepcji lidera zjednoczonej Prawicy. Jest po prostu bezpośrednim wykorzystaniem doświadczeń historycznych w podobnych okolicznościach społecznych i ekonomicznych związanych z kryzysem i próbami przeciwstawienia koncepcji państwa narodowego postępującej globalizacji i federalizacji Europy. Trzeba więc nam rozwiązań bardziej finezyjnych od wygłaszanych gromko postulatów redukcji najbardziej spektakularnych objawów państwa wyznaniowego, gdyż po pierwsze one zbyt mocno mobilizują przeciwników, a po drugie nie spełniają długofalowych oczekiwań związanych ze stopniowym eliminowaniem modelu państwa wyznaniowego z praktyki politycznej, a przede wszystkim ze świadomości społecznej w której zbitka pojęciowa Polak-katolik jest synonimem tożsamości narodowej i wyznaniowego charakteru i polskiej państwowości.
W poszukiwaniu ofert przyszłościowych rozwiązań szczególne miejsce powinna zająć polska lewica i nurty liberalne, historycznie związane z dążeniem do laicyzacji państwa i życia społecznego, a w ostatnim trzydziestoleciu ulegle niepotrzebnie Kościołowi i gorliwie sekundujące wzmacnianiu jego pozycji ekonomicznej i politycznej. Jest to zadanie trudne jeżeli chce się je realizować na gruncie obowiązującej konstytucji i konkordatu przewidującego uprzywilejowanie Kościoła katolickiego. Jest to jednak możliwe. W pierwszej kolejności należy zaproponować utworzenie jednostki centralnej (ministerstwa lub urzędu) centralizującego sprawy wyznaniowe jak i kwestie odnoszące się do mniejszości narodowych, etnicznych i wyznaniowych. Należy wypowiedzieć te postanowienia konkordatu podpisanego w 1993 roku ze Stolicą Apostolską, które nakładają obowiązki świadczeń państwa na rzecz Kościoła katolickiego i powołać przewidzianą konkordatem komisję rządowo-kościelną do spraw finansowych jednocześnie rezygnując z funkcjonowania wszelkich innych komisji rządowo-kościelnych. Mając na uwadze zakres i siłę sprzeciwów wyznawców katolicyzmu wobec dokonywania zmian w relacjach państwa z Kościołem katolickim trzeba wprowadzić zasadę jawności finansów wszystkich kościołów i wyznaniowych osób prawnych, która zawarta została w projekcie stosownej ustawy o jawności przychodów kościołów i innych związków wyznaniowych oraz zniesieniu ich przywilejów finansowych złożonej w Sejmie RP przez posłów lewicy. Wiedza o sytuacji ekonomicznej i przywilejach instytucji wyznaniowych musi być rozpowszechniona w społeczeństwie mylnie w większości przekonanym o różnych dobrodziejstwach świadczonych przez Kościół i jego jednostki organizacyjne chociażby w działalności charytatywno-opiekuńczej.

W zakresie systemowej konfesjonalizacji dzieci i młodzieży w systemie edukacji publicznej należy wprowadzić zmiany uwzględniające regionalne i lokalne uwarunkowania kulturowe, tak aby nie forsować zakazu organizacji lekcji religii w regionach o dominującej czy nawet monopolistycznej pozycji społecznej danego wyznania np. katolickiego w tarnowskim czy prawosławnego w Hajnówce. Jednocześnie konieczne wydaje się dla dobra edukacji szkolnej uwolnienie szkół publicznych od symboliki ideologicznej w tym religijnej i przywrócenie szkołom zasady świeckości z poszanowaniem miejsc konfesjonalizacji czy szkół wyznaniowych. Osobnym problemem jest naturalnie uwolnienie systemu prawnego państwa od inspirowanych religijnie aktów prawnych ograniczających wolności i prawa człowieka co wymaga oczywiście przeprowadzenia zmian legislacyjnych w przepisanym trybie. Podobnie laicyzacji wymaga uwolnienie ceremoniału państwowego spod religijnej oprawy i obecności hierarchii różnych zresztą związków wyznaniowych.

W ocenie wielu środowisk świeckich tylko stopniowe, ewolucyjne, a więc nie rewolucyjne zmiany mają szanse zachowania niezbędnej równowagi w procesie wieloletnich, których przeprowadzenie musi uzyskać aprobatę społeczną, gdyż w wypadku jej nie uzyskania zmiany będą odrzucone, a polityczne wykorzystanie niechęci społeczeństwa będzie bardziej radykalne niż obecny model państwa wyznaniowego.

Lewica posprząta po Kościele

Zapowiedziała to podczas konferencji prasowej Anna-Maria Żukowska, rzeczniczka prasowa parlamentarnego klubu socjaldemokratów. To reakcja na najnowsze doniesienia o przestępstwach seksualnych kleru i ich tuszowaniu.

Po ostatnich informacjach dotyczących kardynała Henryka Gulbinowicza (pozbawiony przez Watykan prawa noszenia biskupich atrybutów i prawa do pochówku w kościele katedralnym), Stanisława Dziwisza oraz samego Jana Pawła II, który – jak dowiódł raport watykański – zbagatelizował sygnały o molestowaniu, jakiego dopuszczał się kandydat na arcybiskupa Nowego Jorku Theodore McCarrick, Lewica ponowiła żądanie, by świecki wymiar sprawiedliwości przestał zamykać oczy na to, co dzieje się na plebaniach i w domach biskupich.

Zignorowana mapa pedofilii

– W październiku 2018 r. wspólnie Agatą Diduszko-Zyglewską opublikowaliśmy mapę kościelnej pedofilii, jest to jak dotychczas jedyny dokument, w którym można znaleźć aktualne informacje na temat księży, którzy gwałcili i molestowali chłopców oraz dziewczynki – przypomniała posłanka Joanna Scheuring-Wielgus. – Do tej pory polska prokuratura, polski wymiar sprawiedliwości nie zrobił nic, słownie: zero, aby wyjaśnić te wszystkie kwestie.

Dlaczego policja i prokuratura reagują ekspresowo, gdy ktoś napisze coś sprejem na kościelnej elewacji lub zawiesi tęczową flagę przy figurze Chrystusa, ale milczy jak zaklęta, gdy w grę wchodzą oskarżenia dotyczące duchownych? Te pytania posłanka skierowała do ministra Ziobry. Przypomniała również, że kolejne szokujące doniesienia o biskupach najprawdopodobniej jeszcze przed nami. – Watykan nie tylko interesuje się Gulbinowiczem, czy też Dziwiszem trwają jeszcze inne sprawy biskupów: Stanisława Napierały, Henryka Tomasika, Tadeusza Rakoczego, Edwarda Janiaka, Leszeka Sławoja-Głódzia, Andrzeja Dziuby – wyliczyła.

Wewnętrzne postępowania Watykanu to jednak za mało, podkreśliła posłanka Małgorzata Prokop-Paczkowska. Tak samo, jak kościelne kary. Parlamentarzystka zaznaczyła, że Lewica dąży do tego, by Polska wreszcie była naprawdę świeckim państwem. Wtedy ofiary księży-pedofilów i kościelnej zmowy milczenia doczekają się sprawiedliwości, a katoliccy fundamentaliści nie będą dyktować praw dotyczących kobiet.

– Mamy w Polsce komisje wspólną rządu i Episkopatu, na której przedstawiciele rządu tłumaczą się przed hierarchami z tego co mają zamiar zrobić. To musi zostać rozwiązane – zapowiedziała polityczka Wiosny.

Papież nieświęty

Litości dla ciągle jeszcze świętego Jana Pawła II i polskich biskupów, aspirujących do miana sumienia narodu, nie miała Joanna Senyszyn.

– W Episkopacie Polski prawie wszyscy biskupi są umoczeni w ukrywanie afer pedofilskich. Za tym wszystkim stoi Jan Paweł II, wszyscy ci ludzie są jego nieodrodnymi wychowankami. Jan Paweł II przez prawie cały swój pontyfikat utrzymywał w mocy instrukcję, która nakazywała ukrywać przestępstwa pedofilskie oraz księży, którzy się ich dopuścili – oznajmiła.
Posłanka wezwała również, by nie wierzyć w to, że Jan Paweł II był dobrym papieżem, który nie dostawał od swoich współpracowników pełnych informacji o sytuacji w Kościele. To nie kardynał Dziwisz odpowiada za jego milczenie w sprawach skandali seksualnych. Senyszyn stwierdziła, że Jan Paweł II powinien zostać pozbawiony statusu świętego.

Lewica posprząta

Posłanka Anna-Maria Żukowska obiecała, że gdy Lewica będzie w Polsce u władzy, sprawa kościelnych skandali zostanie zamknięta.

– Lewica posprząta po Kościele katolickim. Lewica rozdzieli państwo od Kościoła. Lewica doprowadzi do tego, iż nie będzie przedawnienia przestępstw pedofilii. Wszyscy ci, którzy gwałcili małe dzieci, molestowali chłopców i dziewczynki, tym samym niszcząc im życie, poniosą za to odpowiedzialność – oznajmiła.

Powrót do państwa wyznaniowego?

Na przestrzeni lat 1921-1939 i poczynając od roku 1989 obowiązywały w Polsce cztery konstytucje odmiennie ujmujące koncepcje praw i wolności obywatelskich. Zarówno jednak w modelu koncesyjnego zwierzchnictwa państwowego obowiązującego w Polsce międzywojennej, który zakładał że prawa i wolności obywatelskie wywodzone są z nadania państwa jak i w obowiązującej obecnie prawno-naturalnej koncepcji konstytucyjnej relacje państwa polskiego z kościołem układały się i układają bardzo podobnie.

W pierwszym okresie po odzyskaniu niepodległości Mała Konstytucja z 20 lutego 1919 roku stojąca na stanowisku skoncentrowania władzy w Sejmie Ustawodawczym i dążenia do jak najszybszego uchwalenia ustawy zasadniczej wprowadzała zasadę koncentracji władzy państwowej i zwierzchnictwa państwa we wszystkich sprawach w tym oczywiście działalności kościołów i związków wyznaniowych. Koncepcja taka dawała możliwość uregulowania statusu prawnego różnorodnych wyznań religijnych na równoprawnych zasadach tym bardziej, że główne mniejszości narodowe ukraińska, białoruska czy żydowska związane były konfesjami niekatolickimi. Niestety tak się nie stało, a Konstytucje z 17 marca 1921 r. oraz z 23 kwietnia 1935 r. przyznawały Kościołowi katolickiemu uprzywilejowaną pozycję prawną – „naczelnego stanowiska wśród równouprawnionych wyznań”. Uznana została pełna autonomia kościoła i złamana zasada przyznawania praw z nadania państwa co wynikało z zawartego w roku 1925 konkordatu oraz przepisów wykonawczych konkretyzujących jego postanowienia. Przewidywały one mianowicie m.in. swobodę w wykonywaniu władzy duchowej i jurysdykcji, administracji wewnętrznej i zarządu majątkiem. Duchowieństwo zostało zwolnione ze służby wojskowej i korzystało ze specjalnej ochrony karnej. Kościół korzystał z pomocy państwa przy wykonywaniu decyzji władz kościelnych i otrzymywał od państwa dotacje. Na przykład w 1938 roku była to kwota 20 mln złotych. Praktyka współdziałania państwa z Kościołem katolickim wykraczała jednak daleko bardziej poza przyznane prawem przywileje i stawała się coraz bardziej elementem realizacji polityki w tym przede wszystkim narodowościowej skierowanej przeciwko ludności ukraińskiej i białoruskiej wyznania prawosławnego i grecko-katolickiego oraz akceptującej ekscesy antysemickie polskich nacjonalistów.

Pomimo, że międzywojenny system zwierzchnictwa państwa nad związkami wyznaniowymi został po II wojnie światowej zastąpiony systemem zwierzchnictwa rozdziałowego realizowanego w warunkach państwa autorytarnego popierającego światopogląd materialistyczny, to pozycja Kościoła katolickiego nie tylko nie ucierpiała, ale uzyskała szerokie poparcie wiernych już jako instytucja wyznaniowa faktycznie monopolizująca całą sferę religijną. Nie bez znaczenia w procesie umacniania pozycji Kościoła pozostawała rekatolicyzacja Ziem Zachodnich i Północnych. Przejęcie przez Kościół katolicki w drodze zawłaszczenia majątku parafii protestanckich różnej konfesji, a także wielu obiektów kościołów wschodnich na Lubelszczyźnie i Podkarpaciu zostało z czasem zatwierdzone przez władze PRL-u stając się przysporzeniem majątkowym o istotnych rozmiarach i to znacznie wcześniej niż stały się nim działania Komisji Majątkowej szczodrze dysponującej na rzecz Kościoła mieniem państwowym i jednostek samorządu terytorialnego. W warunkach obowiązującej teoretycznie w Polsce Ludowej tzw. „separacji wrogiej” państwa i Kościoła realizował się proces unifikacji religijnej i umacniania wpływów instytucji religijnej w społeczeństwie i państwie, co w efekcie doprowadziło do ustępstw władzy wobec aspiracji Kościoła, uległości i poszukiwaniu wsparcia w latach stanu wojennego w zapewnieniu ładu i spokoju wewnętrznego, a w końcu całkowitej kapitulacji i zaakceptowania odejścia od laickiego modelu państwa w ustawach wyznaniowych z 17 maja 1989 r.

Od roku 1989 funkcjonuje w Polsce tzw. system „przyjaznego” rozdziału państwa od kościołów i związków wyznaniowych, jednakże przy wyraźnym nabieraniu przez państwo znamion konfesyjnych o orientacji katolickiej, które ostatecznie doprowadziły do ukształtowania się Polski jako państwa wyznaniowego za fasadą tzw. demokracji większościowej.

Relacje państwo – związki wyznaniowe po przełomie 1989 roku.
Po latach PRL-u dyskusja na temat Kościoła i roli religii w państwie i społeczeństwie mogła przebiegać znacznie szerzej i poważniej niż bezpośrednio po ukonstytuowaniu się pierwszego demokratycznego rządu na czele z Premierem Mazowieckim. Niestety relacja państwa z Kościołem katolickim w owym czasie pozostawała pod silną presją roszczeń Kościoła żądającego wprowadzenia religii do sfery publicznej. Dodatkowo hierarchię kościelną i polskiego papieża powszechnie uznawano, nawet w środowiskach niekonfesyjnej części społeczeństwa, za gwaranta trwałości przemian demokratycznych. W tych warunkach marginalizowane były wszelkie krytyczne opinie i oceny aktywności Kościoła i roli religii w społeczeństwie i państwie, a media publiczne eliminowały tego rodzaju treści uniemożliwiając szerszy zasięg swobodnej dyskusji publicznej w sprawach wyznaniowych. Najlepszym przykładem takich praktyk jest całkowity brak dyskursu publicznego w sprawie konkordatu ze Stolicą Apostolską. Tekstu umowy nie był przedstawiony opinii publicznej i nie poddano go dyskusji nawet po podpisaniu w 1993 roku.

Poczynając od 1989 roku możemy wyróżnić sześć zasadniczych okresów kształtowania się relacji państwa z Kościołem katolickim, determinowanych kolejnymi wydarzeniami jakie przesądzały o treści tych relacji.

Okres od 1989 roku do roku 1993 zakończony pospiesznym przyjęciem tekstu konkordatu tj. umowy międzynarodowej zawartej pomiędzy Rzeczpospolitą Polska, a Stolicą Apostolską. Okres ten charakteryzował się kształtowaniem podstawowych założeń aksjologicznych, prawnych i politycznych. Z jednej strony wypracowywanych pod presją społecznego poparcia dla kościoła jako sojusznika polskiej wolności, które sięgało na początku 1990 roku 90%, a z drugiej strony – w warunkach trudności gospodarczych i nachalnego narzucania rozwiązań w zakresie edukacji, ochrony zdrowia czy mediów, wywiedzionych z konfesyjnie zdefiniowanego systemu wartości i budzących sprzeciw części społeczeństwa. W efekcie przeforsowano wprowadzenie religii do szkół, co nastąpiło 3.08.1990 r. na podstawie aktu prawnego rangi instrukcji, a już jesienią doszło do debaty nazywanej debatą o ochronie życia, sprowadzającej się do przyjęcia zakazu aborcji, a nieco wcześniej wprowadzono do ustawy o radiofonii i telewizji przepisy o obowiązku respektowania w audycjach tzw. wartości chrześcijańskich – rok 1992. Na fali niezadowolenia spowodowanego powyższymi działaniami jak i angażowaniem się duchownych w wybory 1991 roku nastąpił spadek uznania dla kościoła do 38% ,co zapewne umożliwiło bądź ułatwiło wstrzymanie prac nad konkordatem, którego przyjecie miało stanowić hołd składany Kościołowi katolickiemu i osobie papieża podkreślający zasługi dla Państwa Polskiego.

Przyjecie tekstu konkordatu w 1993 i rządy postkomunistycznej lewicy zaznaczyły się intensyfikacją prac nad przygotowaniem projektu Konstytucji RP, naciskami środowisk kościelnych i ugrupowań prawicowych na ratyfikację konkordatu oraz uchwaleniem Konstytucji RP w dniu 20.04.1997 roku. Logika demokratycznej polityki i logika religii rodziły nieustannie napięcia szczególnie w wypadku ustalania aksjologicznych prawnych i politycznych reguł demokratycznej gry i pozycji jaką w państwie zajmować ma religia i jej instytucjonalny wyraz. Niewątpliwie dzięki rządom lewicy, oskarżanej często o kapitulanctwo wobec roszczeń Kościoła, udało się zachować jakieś minimum praw i wolności w zakresie sumienia i wyznania. Niestety w następnych latach gwarancje konstytucyjne okazały się całkowicie nie wystarczające, powszechnie ignorowane przez władze administracyjne i sądowe wobec presji kościoła i organizacji zorientowanych religijnie. W okresie tym wyraźnie ukształtowały się nurty polityczne reprezentujące stanowiska „katolicko-narodowe” nawiązujące do koncepcji Dmowskiego i Carla Schmidta głoszące powrót do historycznej tradycji, narodowych mitów i katolickiej tożsamości Polaków. Stanowisko laickiej części społeczeństwa reprezentowane przez lewicę i nieliczne organizacje świeckie oraz umiarkowanie liberalne spętane było poczuciem uległości wobec Kościoła i gotowością zadośćuczynienia mu za wkład w odzyskanie wolności i ograniczone zbyt dużym przekonaniem o jego znaczeniu i roli Kościoła w Polsce.

Lata 1997 do 2005 to okres decydujący dla polskich aspiracji o członkostwo w Unii Europejskiej, a dla Kościoła realny udział w tym procesie często jakby nie dostrzegany bądź marginalizowany przez obserwatorów świeckich. To jest okres rozpoczynający się wizytą delegacji polskiego Episkopatu w Brukseli, która miała miejsce w dniach 4-7.11.1997 roku i potwierdzającej publiczny status kościoła w tym procesie. Chociaż ogólna orientacja duchowieństwa była pozytywna, to w żadnej mierze nie była bezwarunkowa ani w relacji z rządem ani z Unią Europejską. Zróżnicowane postawy wobec akcesji stwarzały poważne problemy jak się wydaje również watykańskiemu kierownictwu liczącemu na zintensyfikowanie procesu rechrystianizacji Europy i wprowadzenie do opracowywanego wówczas projektu Konstytucji Europejskiej Invocatio Dei i postanowień nawiązujących do chrześcijańskich fundamentów Europy. Krytycy przystąpienia Polski do UE zgromadzeni wokół Radia Maryja i Naszego Dziennika wbrew stanowisku papieża uzyskiwali coraz większe poparcie w tradycjonalistycznie zorientowanym społeczeństwie i części kleru parafialnego. O pozytywnym stanowisku polskiego episkopatu przesądziła jednak większość duchowieństwa posłuszna papieskiemu zwierzchnictwu. Okres ten kończy śmierć papieża i zwycięstwo wyborcze partii przybierającej już religijny makijaż, lecz jeszcze nie całkiem religijnie zorientowanej i często krytykowanej przez przedstawicieli hierarchii kościelnej ( np. abp H. Muszyński ostro krytykował PiS za styl prowadzenia polityki), a list Lecha Kaczyńskiego zawarty w broszurze „Polska katolicka w chrześcijańskiej Europie” nie budził jeszcze entuzjazmu hierarchii kościelnej.

Okres rozpoczynający się po śmierci papieża i trwający do wyborczego zwycięstwa PIS-u w 14 z 16 województwach w roku 2005 to najbardziej gorący czas dla Kościoła katolickiego w Polsce. Zaczął się on od „bezkrólewia” polegającego na utracie przez większość społeczeństwa, a nie tylko katolików wspólnego autorytetu i punktu odniesienia jakim był Karol Wojtyła. Wywołany przez władzę PIS problem lustracji osłabiał pozycję hierarchów katolickich, a środowiska związane z obozem liberalnym nie wahały się zdecydowanie recenzować nieprzychylną im władzę i Kościół w sferze medialnej. W tym czasie, obfitującym w dramatyczne wydarzenia związane z katastrofą lotniczą pod Smoleńskiem, dochodzi do wyraźnego ukształtowania się aprobującego stosunku Kościoła do projektu IV RP braci Kaczyńskich. Okres przerwany odsunięciem koalicyjnego rządu PIS od władzy i względną neutralizacją stanowiska duchowieństwa wobec rządzących za cenę intensyfikacji materialnych przysporzeń, licznych koncesji i przywilejów kończył także proces wyposażania Kościoła katolickiego w zasadniczą część przekazanego mu majątku w postaci nieruchomości i kwot pieniężnych pozostawiając jednakże w dalszym ciągu otwartą możliwość akwizycji nieruchomości na Ziemiach Zachodnich i Północnych. Jednocześnie hierarchia kościelna mogła naocznie przekonać się o zdolnościach mobilizacyjnych elektoratu odwołującego się do narodowo-wyznaniowych idei dyscyplinowanych skutecznym narzędziem politycznym jakim w rękach Jarosława Kaczyńskiego okazał się klerykalizm polityczny wobec którego neoliberalny rząd Tuska okazał się bezsilny. Przeciwstawienie narodowo-katolickiej ofensywie happeningów Palikota z jednej strony, a gotowości do spełniania aspiracji Kościoła z drugiej, godzenie się na jego wzrastającą pozycję w społeczeństwie i państwie, a nawet gorliwość w oferowaniu rozmaitych przywilejów przyniosła jedynie czasową neutralizację postawy Kościoła. Trwała ona do czasu ostatecznego zamknięcia systemu przysporzeń majątkowych przez Komisję Majątkową i można było pomyśleć już nie tylko o panowaniu światopoglądowym lecz realnej władzy.

Wraz z wygraną partii rządzącej w wyborach parlamentarnych nadszedł okres kulminacji wszystkich osiągnięć Kościoła katolickiego z całego okresu minionego ćwierćwiecza. Stosunki Kościoła z państwem poddane zostały dyktatowi światopoglądowemu Kościoła katolickiego. Koncepcja „nowego Polaka” związanego tożsamościowo z religią jednego wyznania jest osią „naszości” coraz bardziej przypominającą faszyzm włoski czy faszystowski korporacjonizm Salazara w Portugalii. Jednocześnie żadne emocje i napięcia społeczne związane z udziałem duchowieństwa w działalności politycznej, patronowaniem różnego rodzaju przedsięwzięciom, z jawnym wspieraniem partii rządzącej jak i pomoc oraz wsparcie w doprowadzeniu jej do władzy e nie były w stanie wywołać większego protestu skierowanego przeciwko aktywności Kościoła w dziele klerykalizacji kraju. Nie znalazły odzwierciedlenia w stanowiskach partii opozycyjnych marginalizowanych przez Zjednoczona Prawicę. Zgodnie z obowiązującą w polskiej polityce zasadą omijania kwestii kościoła i religii w przestrzeni publicznej, opozycja truchlała na samą myśl o konieczności opisu rzeczywistej roli kościoła jako faktycznego koalicjanta władzy i jego poparcia dla kontrowersyjnego projektu realizowanego przez partię rządzącą. Nieśmiałe próby zwrócenia uwagi na rangę problemu klerykalizacji kraju podejmowane przez nielicznych naukowców i intelektualistów (Apel do władz Rzeczpospolitej Polskiej w sprawie klerykalizacji kraju) poparte podpisami kilkunastu tysięcy obywateli w ogóle nie został szerzej odnotowany w publicznej dyskusji, a brak w nim propozycji konkretnych inicjatyw czy działań skierowanych do społeczeństwa stawia go jedynie w rzędzie szlachetnego, lecz pozbawionego jakiejkolwiek skuteczności gestu mającego zwrócić uwagę rządzących na obowiązujące w Polsce „ustrojowe podstawy państwa i jego porządku prawnego” łamane bez żenady podobnie jak łamano je w dwudziestoleciu międzywojennym.

Wybory parlamentarne roku 2019 i prezydenckie z 2020 pomimo wprowadzenia do Sejmu i Senatu RP przedstawicieli partii lewicowych oczywiście nie były w stanie zmienić czegokolwiek w relacjach rządzących z Kościołem katolickim, który wyraźnie staje się już czymś więcej niż tylko koalicjantem partii rządzącej. Wyniki wyborów parlamentarnych, w których już wszystkie ugrupowania z wyjątkiem lewicy w sposób jawny odwoływały się do religijnej wizji świata i deklarowały gotowość akceptacji pozycji Kościoła świadczą o triumfie klerykalizmu politycznego jako najskuteczniejszego narzędzia politycznej ekspresji w państwie wyznaniowym. Za wyjątkiem neoliberalnego kandydata opozycji parlamentarnej, w dalszym ciągu nie przyjmującego do wiadomości klerykalizacji państwa, główni liczący się w wyborach prezydenckich kandydaci przywoływali religijne podstawy swoich wyborów wyraźnie potwierdzając zachodzący proces autoidentyfikacji państwa ze światopoglądem religijnym jednego wyznania. W tym stanie rzeczy już nie tylko pozycja danej partii politycznej w ramach koalicji rządzącej determinowana jest manifestacyjną religijnością, która podlega wartościowaniu przez Kościół katolicki, ale i funkcjonowanie na scenie politycznej ugrupowania opozycyjnego w warunkach uznania go za godny jej element. Pozwala to Kościołowi na kształtowanie poprzez swoje poparcie pozycji politycznej w układzie rządowym i parlamentarnym, co budzić musi zdziwienie wobec zachodzących procesów laicyzacji społeczeństwa wbrew narastającej presji jego narodowo-wyznaniowej ideologizacji. Efektem okresy zapoczątkowanego maratonem wyborczym 2019/20 będzie umacnianie antydemokratycznego, autorytarnego państwa wyznaniowego zwalczanie instytucji demokratycznych, wolnych mediów, i wolnej myśli, a w końcu podstawowych praw człowieka i obywatela.