Kaczyński w kręgu kościelnych idei programowych

Zbieg zwycięstwa wyborczego PiS z antyoświeceniową kontrrewolucją religijną zaznaczającą obecność irracjonalizmu w całym świecie zachodniej cywilizacji został w Polsce wzbogacony o narodowe wzmożenie, stosownie do endeckiej tradycji politycznej wywodzącej się z czasów II Rzeczpospolitej. Resentymenty narodowo-wyznaniowe odżyły – bynajmniej nie ze względu na faktyczny wzrost religijności, lecz jako reakcja na bezradność neoliberalnej i nie dość zaangażowanej religijnie  – jak na polskie warunki – władzy, która ponadto okazała się nieskuteczna w rozwiązywaniu problemów społecznych.

Niezadowolenie części społeczeństwa z warunków ekonomicznych, deficyt poszanowania godności realnie marginalizowanych warstw społecznych doprowadził do trwałego podziału i zantagonizowania zwolenników obecnej narodowo-katolickiej władzy z tymi, którzy stojąc na gruncie demokratycznego państwa prawnego nie mogą akceptować burzenia wciąż jednak obowiązującego konstytucyjnego porządku. Wyborcza klęska liberalnej koalicji rządowej w 2015 roku była nieunikniona i ściśle związana tak z rozpadem liberalno-konserwatywnego konsensusu popieranego przez SLD, jak i brakiem zdolności partii lewicowych do współdziałania programowego i wyborczego.     Zawłaszczenie liberalizmu nadanie mu jednostronnie ekonomicznego wymiaru, w którym nie człowiekowi lecz rynkowi miała służyć wolność i jej gwarancje oraz ofensywa techno-scjentystycznego i konsumpcyjnego indywidualizmu zderzyła się w Polsce z tradycjonalizmem mas plebejskich zmęczonych nowoczesnością i stawianymi przez nią wyzwaniami, które zmuszają nie tylko do posługiwania się narzędziami współczesnej techniki cyfrowej, lecz także do akceptacji ciągłych zmian wymuszanych okolicznościami zewnętrznymi znoszenia innych stylów i sposobów życia, innej hierarchii wartości części społeczeństwa, koegzystencji odmiennych obyczajów i zachowań niż ukształtowane przez dotychczasową tradycję.

Sytuację taką politycznie wykorzystała partia rządząca, proponując– w zamian za iluzję zabezpieczenia kraju przed obcymi cywilizacyjne imigrantami – poczucie więzi wynikającej z narodowej wspólnoty, oraz pomoc socjalną skierowaną do rodzin, wraz z całym zestawem innych wartościowych prezentów i oczekując jednakże ograniczenia jeżeli nie odrzucenia korzystania z wolności w jej liberalno-politycznym wymiarze. Niezależnie od wagi konkretnych przyczyn niezadowolenia znacznej części społeczeństwa, a w szczególności czy były  nim sposoby realizowania transformacji gospodarczej i związane z tym patologie, czy też pochód nowoczesności techniczno-informacyjnej niosący za sobą zmiany obyczajowe, kulturowe i związaną z nimi możliwość demonstracji odmiennych stylów i sposobów życia, to sprzeciw wobec konieczności sprostania nowoczesności zakwestionował skuteczność i trwałość procesu modernizacji Polski na wzór zachodnioeuropejskich demokracji.

Nowoczesność, która wdarła się do w przestrzeń tradycyjnej plebejskiej kultury, narzucana przez liberalne elity zapatrzone w zachodnie centra świeckiej modernizacji i przejmujące często bezrefleksyjnie stosowane tam rozwiązania musiała w efekcie wywołać konflikt, który podporządkował sobie wszystkie wcześniejsze spory polityczne redukując je zasadniczo do podziału na dwa wrogie obozy. Stopniowe eskalowanie konfliktu nie jest zresztą zjawiskiem obojętnym dla Zjednoczonej Prawicy poczawszy od zwycięstwa wyborczego w 2015 roku. Jego przedsmakiem były rządy koalicji zbudowanej przez PIS w latach 2005–2007. Doszło wtedy do wyartykułowania koncepcji IV Rzeczpospolitej niezbyt powszechnie akceptowanej chociażby przez Kościół katolicki i związane z nim siły społeczne czy umiarkowanie narodowe. Koncepcja ta miała ona przy tym raczej republikański rodowód pomimo ujawniających się tęsknot za państwem wyznaniowym w reakcji na istniejący jakoby deficyt religijności. Powrót do władzy elit kontynuujących neoliberalne rządy – szczególnie w latach kryzysu ekonomicznego i związane z tym pogorszenie się sytuacji ekonomicznej ludności oraz tragiczna w skutkach katastrofa lotnicza nadała politycznej propozycji PiS szczególnej atrakcyjności, kanalizując niezadowolenie społeczne znacznych części elektoratu – tym bardziej, że do jej promocji włączyła się poza środowiskami Radia Maryja przeważająca część Kościoła katolickiego. Wchłaniając resentyment ludu wobec elit i formułując ostrze politycznego sporu poprzez przeciwstawienie tradycjonalistyczno – religijnej wizji odbudowy kraju wszelkim świeckim – lewicowym czy liberalnym – projektom politycznym zyskiwała pełne poparcie Kościoła i kleru wspieranego przez formujące się silne ultrakonserwatywne organizacje o niejasnej proweniencji jak Ordo Iuris..

Wykorzystanie specyfiki sytuacji w Polsce dla realizacji planów kościelnych powrotu do politycznej roli kreatora lub chociaż współdecydenta w kluczowych sprawach państwa nie jest autorską koncepcja polskich biskupów ani środowiska Radia Maryja. Jest to natomiast zespołowa akcja watykańskich hierarchów wyższego szczebla, którzy zdobywali znaczenie i doświadczenie w próbie realizacji idei Jana Pawła II związanej z rechrystianizacją Europy m.in. poprzez wprowadzenie do dokumentów unijnych odwołania do istoty nadprzyrodzonej i roli religii w kształtowaniu cywilizacji europejskiej. Ze względu na stopień sekularyzacji państw zachodnich tak sformułowany cel był z góry skazany na niepowodzenie, co w efekcie zaowocowało zmianą koncepcji promocji chrześcijaństwa katolickiego i przyobleczeniem go w konstrukcję państwa „pozytywnie laickiego”, tj. uwzględniającego w systemie prawnym wartości religijne.  

W efekcie wypracowany został nie tylko projekt intelektualny, lecz przede wszystkim metoda włączenia w realizację tego projektu szerokich mas ludowych, składających się z praktykujących katolików, przy wykorzystaniu sytuacji politycznej w tych państwach, w których odrzucenie i potępienie świeckiego ładu społecznego i politycznego było najbardziej prawdopodobne wobec słabości instytucji demokratycznych, silnej pozycji Kościoła i aspiracji lokalnych polityków do przeprowadzenia rewolucyjnych przemian społecznych.

Partia, która zdobyła władzę w Polsce była wręcz idealnym partnerem dla hierarchów kościelnych. Jej dążenie do całkowitego przekształcenia stosunków społecznych poprzez wymianę elit, zburzenie dotychczasowego porządku konstytucyjnego, a nawet etycznego i chęć stania się stabilną partią władzy konstytuującą nowe polityczne centrum musi opierać się na radykalnej doktrynie i doprowadzić do ukształtowania się jeszcze bardziej radykalnych środowisk – by się nimi posłużyć w razie potrzeby w odpowiednio dogodny sposób. Organizowanie zatem życia w kraju na podstawie zasad wynikających z dogmatyki religijnej, a nie wedle wyników debaty publicznej czy ustaleń demokratycznych procedur, było oczywiście pierwszym wyborem partii władzy i jednocześnie upragnionym wyborem dla Kościoła katolickiego. Religijna wizja państwa „pozytywnie laickiego” opracowana przez papieża Benedykta XVI – Josepha Ratzingera i krąg jego współpracowników w przeciwieństwie do różnych odstręczających nazwą projektów republik wyznaniowych pozornie wydawał się być ukłonem w stronę laickości państwa.

Państwo pozytywnie laickie według Ratzingera spełniało warunki przyjęcia jej przez państwa peryferyjne o słabo ugruntowanej demokracji, gdzie tradycjonalistyczne społeczeństwa poszukujące głębszego uzasadnienia demokracji jako formy rządów mogły wywodzić go z religijnego umocowania pod warunkiem podporządkowania zasad systemu demokratycznego regułom konfesyjnym ( prawu naturalnemu czy boskiemu). Koncepcja Ratzingera okazała się wręcz idealnym instrumentem dla populistycznej narodowo-wyznaniowej partii dyktującej swoje warunki funkcjonowania państwa położonego cywilizacyjnie na obrzeżach Europy, a hierarchowie Kościoła katolickiego jej największymi orędownikami .

Przyjecie przez Kaczyńskiego religijnej i narodowej ideologii realizowało najlepiej cele jego agresywnego ugrupowania politycznego tworząc rzekomo zastępy totalnych wrogów mających niszczyć polskość, której fundamentem jest religia katolicka w lokalnym wydaniu, przeciwko którym mobilizował szerokie warstwy społeczne z aktywnym wsparciem Koscioła. 

Werbalnie partia rządząca wobec braku możliwości wyrównania deficytów cywilizacyjnych dąży do ich skompensowania poczuciem wyjątkowości wynikającej z głoszonej przez Kościół katolicki w Polsce zasady powiązania niepodważalnej i absolutnej wartości Kościoła pochodzącej z nadania boskiego z „katolicką tożsamością narodu polskiego”, o czym pisze prof. Tomasz Polak w tekście W co nas wciąga i co nam pożera polski Kościół? (opublikowanym na stronie internetowej Medium Publicznego). Autor zwraca uwagę na fakt, że w przekazie kościelnym – podobnie jak w nacjonalistycznej pisowni – słowo „Naród” jest traktowane jako wartość absolutna, a zatem cierpienia i krzywdy doznane przez katolicki naród urastają do krzywd kluczowych dla świata. Dalej autor ten uważa, że w takim ujęciu naród polski pojmowany, jako ucieleśnienie historycznej, kulturowej, cywilizacyjnej i politycznej misji chrześcijaństwa poradzi sobie z cywilizacyjnymi zagrożeniami lepiej niż inne narody i zdecyduje o zwycięstwie idei i społeczności katolickiej.

Motorem tego marszu po zwycięstwo ma stać się tożsamość narodowa będąca źródłem siły i wzrostu znaczenia Polski na arenie międzynarodowej. Zawartość tożsamości narodowej stanowi historyczny depozyt szczególnego rodzaju misji realizowanej w przywiązaniu do religii i tradycji, łączy się z tym bezkrytyczna znajomość dziejów „narodu wybranego” w wersji pozbawionej jakichkolwiek kontrowersji i duma z faktu przynależności do tak wspaniałej wspólnoty. Próbą sformułowania narodowo-katolickiej koncepcji współczesnego państwa wyznaniowego, miała wprawdzie już miejsce w czasie pierwszego okresu rządów koalicyjnych z udziałem PiS. Były minister w Kancelarii Prezydenta RP Krzysztof Szczerski otwarcie wyłożył zasady takiego państwa w artykule Polska – republika wyznaniowa opublikowanym w piśmie „Pressje” (nr 5, 2005 r.). Ustrój kraju miał realizować zasady radykalizmu ewangelicznego przeciwstawionego – jak pisał –uzurpacji rozszalałej demokracji, a w organach przedstawicielskich o ograniczonych kompetencjach mieli zasiadać przedstawiciele kleru. Podobnie jak inni autorzy zamieszczeni w tym periodyku reprezentujący tzw. „duchowość religijną” i konstruujący propozycje modelu państwa PiS w sposób oczywisty inspirowali się endecką myślą narodową Romana Dmowskiego, wzbogacając ją o wyższy stopień religijnego radykalizmu– zgodnie z obserwowanymi od początku obecnego wieku tendencjami upolityczniania wszystkich religii monoteistycznych.

Wracając jednak do narzucania państwom peryferyjnym religijnych koncepcji politycznej organizacji państwa należy przywołać za prof. Zbigniewem Mikołejko szeroko omawianą przez tego uczonego pracę Georgesa Szazrsezi Teodemokracja czyli pokusa peryferii.

Autor twierdzi mianowicie w swojej pracy, że w pewnych państwach peryferyjnych, jak np. Gruzja, Izrael czy Polska istnieje przeświadczenie, że demokracja nie jest wartością autonomiczną i wymaga uzasadnienia w szerszym porządku wartości, w porządku światopoglądowym, transcendentnym czy religijnym – bo jako forma organizacji państwa jest narzucona, a jej formalne źródła są słabe, gdyż wynikają jedynie z rzekomej umowy społecznej. Tymczasem przyjęcie źródła religijnego i zakorzenienie demokracji w religijnej przestrzeni wiary – na straży, której stoi instytucja religijna: synagoga, cerkiew czy kościół – pozwala niezależnie od chwilowych konfliktów państwa czy raczej władzy z Kościołem przyjąć i zaakceptować jakąś formę demokracji właściwą państwu wyznaniowemu, przyjmując jednocześnie nadrzędną pozycję instytucji religijnej.

W koncepcji J. Ratzingera równowaga polityczna pomiędzy światem laickim i religijnym realizuje się w państwie uznającym wartości religijne i prawo naturalne, jako jedyny skuteczny bastion oporu przeciwko samowoli władzy, czy oszustwom manipulacji ideologicznej. Autonomia prawd moralnych wynikających z doktryny wiary, stanowiących zdaniem przedstawicieli Kościoła tzw. „prawdy nienegocjowane” musi być przez państwo szanowana,a jej ignorowanie uzasadnia nawet stosowanie prawa do oporu.

Oznacza to, że państwo J. Ratzingera jest właśnie państwem zakorzenionym w porządku religijnym – jest państwem wyznaniowym spenetrowanym i kontrolowanym przez Kościół, jako instytucjonalny wyraz religii panującej. Pomimo tak daleko idących propozycji, były papież podkreśla konieczność dialogu pomiędzy światem wiary i racjonalizmu – jako dialogu służącego rozwojowi osoby ludzkiej (chociaż trudno nie być sceptykiem, co do możliwości takiego dialogu, jeżeli z góry zakłada się akceptację przez zwolenników racjonalizmu owych nienegocjowanych wartości). Wśród nich, bowiem znajdują się takie jak całkowity zakaz aborcji, przeciwdziałanie rozpowszechnianiu tzw. ideologii gender – jakoby domagającej się seksualizacji człowieka od najmłodszych lat, stosowania zabiegów in vitro, zawierania małżeństw jednopłciowych czy przeciwdziałania zeświecczeniu – cokolwiek miałoby to oznaczać. Niektórzy znani przedstawiciele nurtów klerykalnych w polityce jak np. Marek Jurek, reprezentują pogląd, że społeczeństwo w większości katolickie ma prawo do posiadania katolickiego ustawodawstwa i państwa.

Jest to wprawdzie uczciwe postawienie sprawy, ale z pozycji absolutnego przekonania o realnie istniejącej w Polsce większości fundamentalistów katolickich. Tak przecież nie jest, bo nawet liczba osób regularnie biorących udział w obrzędach kościelnych wyraźnie spada, nie mówiąc już o niekonfesyjnej części społeczeństwa, innowiercach, a nawet tych katolikach, którzy nie podzielają poglądu o trwałej identyfikacji religijnej narodu polskiego, ani nie uważają by Jezus kierował pomocnikami partii rządzącej – nawet w obliczu cudu dojścia PiS do władzy. Utrwalone praktycznie od dnia uchwalenia obowiązującej Konstytucji RP jawne lekceważenie postanowień o neutralności (bezstronności) światopoglądowej państwa uzasadnia w pełni pogląd reprezentowany przez dr hab. Pawła Boreckiego, że na skutek niestosowania, odnośne postanowienia wygasły (desuetudo), a rzeczywistość jest kształtowana mocą faktów dokonanych.

Obecna forma relacji władzy z Kościołem zdaje się wiec polegać raczej na całkowitym ignorowaniu przez jej przedstawicieli chrześcijańskich obowiązków miłosierdzia, pomocy bliźniemu jak w wypadku postępowania z uchodźcami czy szacunku i powściągliwości przy demonstracyjnym wręcz manifestowaniu rzekomej pobożności poprzez bezrefleksyjne uczestnictwo w religijnych obrzędach i celebrze organizowanej dla oprawy politycznych spektakli. Jednocześnie Kościół ma niemały problem z ustosunkowaniem się do wyraźnych przejawów coraz bardziej instrumentalnego wykorzystywania religii na użytek politycznych przedsięwzięć partii rządzącej czy uroczystości państwowych. Rytualny charakter takich imprez ma zdaniem wielu autorów (prof. Zbigniew Mikołejko, prof. Tomasz Polak) charakter tworzenia religii publicznej,o której prof. Zbigniew Mikołejko mówi, że nie jest żadną ortodoksją katolicką. Chociaż władza korzysta z kościołów, z obecności księży,z pewnych elementów katolicyzmu, to tworzy coś, co jest absolutnie nieprawomyślne z punktu widzenia Kościoła, czyli gnozę w jej manichejskim wydaniu, okraszonym neopogańskimi elementami z mitologii germańskiej – religię smoleńską, której jądrem jest ofiara złożona z przedstawicieli narodu w katastrofie lotniczej.

Przeciwdziałanie wiec metodami politycznymi tak prowadzonej ofensywie oświeceniowej kontrrewolucji mającej gwarantować utrwalenie władzy PiS i panowania światopoglądowego Kościoła jest o tyle trudne,że w przeciwieństwie do weryfikowalnych mesjanizmów świeckich – z reguły szybko kończących swój byt realny – mesjanizmy religijne pozostają w sferze wiary, mając duży potencjał mobilizacyjny do zwalczania wszelkich świeckich systemów rządów, które okazały się nie dość efektywne w rozwiązywaniu problemów społecznych. W Polsce mamy do czynienia z sytuacją, w której istotna część społeczeństwa związana z Kościołem emocjonalnie, rodzinnie, a często także ekonomicznie popiera partię rządzącą, panującą niepodzielnie nad tą częścią społeczeństwa. Jednocześnie większość księży parafialnych intensywnie wykorzystuje tłumy w kościołach do organizacji poparcia dla tej partii, tworząc zamknięty krąg symbiozy Kościoła z władzą, w którym dialektyczne korzyści przesłaniają istotę chrześcijaństwa. Przeważająca część biskupów związała się z jedną opcją polityczną i dlatego nie jest w stanie przeciwstawić się heretyckim wybrykom Jarosława Kaczyńskiego i jego akolitów. Skonfrontowani z narastającym sprzeciwem ulicznych demonstracji wobec realizowanej przez władze dewastacji sądownictwa i ostatecznej likwidacji systemu trójpodziału władzy hierarchowie odpowiedzialni za losy Kościoła nie mogą zdobyć się nawet na delikatne upomnienie rządzących nawet w sytuacji gdy jawnie odwołują się oni do przemocowych form działania np. wobec mniejszości seksualnych czy imigrantów. Uporczywe trwanie przez Kościół katolicki w faktycznej koalicji z rządzącej z partią, która obiektywnie niszczy czy choćby tylko poważnie nadweręża przesłanie religijne, powinno wbudzać zaniepokojenie wiernych – przynajmniej tych, których potencjał intelektualny pozwala na krytyczną analizę poczynań władzy. Musi budzić zaniepokojenie również tych bardziej światłych biskupów, którzy teoretycznie przynajmniej powinni liczyć się z przegraną partii nastawionej na cywilizacyjny regres.

Osłabienie i skompromitowanie wartości religijnych, oraz przegrana PiS w efekcie pociągnąć za sobą musi dotkliwe konsekwencje dla instytucji Kościoła – w postaci obniżenia jego pozycji w społeczeństwie, pozbawienia wpływów politycznych, likwidacji wszelkich form finansowania, a także może zaowocować brakiem zainteresowania polityków do szukania poparcia ze strony Kościoła. Chociaż nie ma obecnie żadnych przesłanek świadczących o możliwości odzyskania zwolenników partii władzy dla demokracji o wolnościowym obliczu – z instytucjami i prawem te wolności gwarantującym – to nieustanne demonstrowanie sprzeciwu wobec działań władzy może skłonić biskupów obawiających się dalszej eskalacji protestów, jeżeli nie do rewizji poparcia dla władzy, to do poczynienia ustępstw w prawnie zawarowanej pozycji Kościoła w Polsce. Baczny obserwator może zasadnie – jak się wydaje – przyjąć, że taka linia jest proponowana w programie „Polski 2050” Szymona Hołowni, w której podstawowy trzon klienteli zdają się stanowić wierni Kościoła katolickiego.

Niestety bardziej prawdopodobna wydaje się opcja ucieczki do przodu, w której Kaczyński będzie starał się eskalować konflikt religijny tym razem kierując ataki na niewielkie stosunkowo środowiska ateistyczne i laicką Europę zachodnią jako źródło wszelkiego zła mające uprawdopodobnić realnie planowany zresztą polexit. Nie wywoła więc zdziwienia wśród obserwatorów polskiej polityki jeżeli rządzący spychani w stronę opuszczenia struktur Unii Europejskiej wystąpią z koncepcją utworzenia konkurencyjnej unii opartej na fundamencie chrześcijaństwa i poszanowania pełnej suwerenności państw członkowskich przy pełnym poparciu Kościoła katolickiego dla którego byłoby to upragnionym powrotem do udziału we władzy.

Wyszyński nieświęty

Kolejny polski duchowny wchodzi na ołtarze Kościoła katolickiego. Polskie media zachłystują się w peanach nad osobą kard. Stefana Wyszyńskiego – bo to właśnie on został 12 września beatyfikowany w stołecznej Świątyni Opatrzności Bożej.

Zachwytów nie mąci fakt, że sama konotacja świętości we współczesnym świecie mocno przybladła. Oczywiście tego przyczyną są skandale różnego rodzaju, zwłaszcza obyczajowe i korupcyjne, trapiące Kościół rzymski. Nagminnie goszczą one na łamach mediów. Dotyczą one także kanonizowanych i beatyfikowanych – czyli świętych i błogosławionych mających stanowić wzorce moralno-osobowych wg nauki Kościoła – w rodzaju Matki Teresy z Kalkuty, założyciela Opus Dei Escrivy de Balaguera czy samego Jana Pawła II.

Beatyfikacja (z łac. beatificare – wyróżniać) – to akt wydawany przez Kościół katolicki, uznający osobę zmarłą za błogosławioną, zezwalający na publiczny kult, ale o charakterze lokalnym (np. w diecezji czy państwie). Wydawany jest po pozytywnym przeprowadzeniu procesu beatyfikacyjnego. Beatyfikację – stanowiącą niejako niższy stopień kultu i jest zazwyczaj wstępem do kanonizacji (czyli uznaniem pełnej i globalnie czczonej świętości) – zatwierdza papież.

Większość czytelników „Trybuny” mniej lub bardziej zna meandry kariery kościelnej i politycznej – tak to trzeba nazwać – kard. Stefana Wyszyńskiego, długoletniego Prymasa Polski (1948-81). Związana jest ona nierozerwalnie z najnowszymi, powojennymi dziejami Polski Ludowej. Nie będę więc wspominać powszechnie kojarzonych faktów, nawet jeśli w ostatnich latach (po 1989 r.) przedstawiano je najczęściej w mitycznej, nierzeczywistej, mocno zakłamanej formie. „Dziękujemy” za to IPN-owi i zwierzęco-antykomunistycznym środkom masowej komunikacji. dla nich historię Polski rysuje się wyłącznie wedle schematu „czerni i bieli”. Oczywiście – czerń ma utożsamiać rządzących Polską do 1989 tzw. „komunistów”. Bez rozróżnienia niuansów, czasów i ewolucji jakim podlegała władza w PRL. Tak rysuje się też hagiografię, publicznie i powszechnie przedstawiającą postać i działania Stefana Wyszyńskiego na przestrzeni upływającego czasu . Bo on też się zmieniał, ewoluował, dostosowywał się do okoliczności. Jak każdy człowiek, a polityk (tej rangi) przede wszystkim.

Wyszyński był nieodrodnym synem polskiej wsi i takiej religijności, by nie rzec – pobożności. Charakteryzującej się od zawsze manifestacyjną, ludową, plebejską formą wiary religijnej. Bardzo specyficzną dla społeczności rolniczych i tradycjonalistycznych. To był twardy i mocno zmurszały – jak nawet na lata poprzedzające Vaticanum II – konserwatyzm. Stąd się u niego brał dewocyjny kult Matki Jezusa. Było to żywe echo dawnych, przed-chrześcijańskich kultów płodności i Matki Ziemi, ubranych oczywiście w katolicki sztafaż liturgii, kultu i specyficznej dewocji. Ma się ono dobrze do dziś w całej, ludowej wiejsko-małomiasteczkowej formie kultu maryjnego.
Z tym wiąże się także prymasowska konserwatywnie, zachowawczo uzasadniona niechęć do „nowinek”, jakie niosły czasy poprzedzające II Sobór Watykański, wobec głównych kierunków soborowej debaty, której wektory nadawali tzw. „progresiści” (zwłaszcza jeśli chodziło o hasła-klucze Jana XXIII reform w Kościele: accomodata renovatio i aggiornamento – czyli uwspółcześnienie Kościoła i jego nauki) oraz czasów burzy i naporu, jakie wstrząsnęły Kościołem i katolicyzmem – zwłaszcza na Zachodzie Europy i w Ameryce Łacińskiej – po Soborze. Na tym tle, w warstwie teologiczno-praktycznej przebiegał konflikt (skrywany i o którym się dziś mało mówi) między Wyszyńskim a tzw. „katolicyzmem otwartym”, reprezentowanym w czasach przedsoborowych, podczas trwania Soboru i po nim (gdy przyszła pora na praktyczne wdrażanie uchwał soborowych) przez środowiska proreformatorskie wewnątrz polskiego katolicyzmu.

Chodzi przede wszystkim o krakowski Znak

Jerzy Turowicz i spółka byli entuzjastami kierunków rozwoju, jakie miało nadać Kościołowi i jego nauce Vaticanum II. Tymczasem Wyszyński oraz gros polskiego episkopatu byli „chłodno wycofani” wobec tych pomysłów i prób drobnych nawet reform w Kościele. I przyczyną tego nie był fakt, iż Polską rządzili wówczas „komuniści”. Powtórzę – wynikało to z ich konserwatyzmu, tradycjonalizmu i owej dewocyjno-bigoteryjnej religijności, pozbawionej indywidualizmu w kontakcie wierny – Absolut, subiektywnego i krytycznego stosunku do wiary oraz personalnej realizacji jej zasad. W takim bowiem wymiarze maleje znaczenie kapłana, tak mocno podkreślane w polskiej religijności, której hołdował m.in. Wyszyński. I to jest też przejaw polskiego klerykalizmu. Tu należy również szukać współczesnych problemów Polski z nad-obecnością Kościoła w przestrzeni publicznej i negatywnego stosunku wielu hierarchów oraz lwiej części duchowieństwa do demokracji, wolności obywatelskich, swobód obyczajowych. .

Nawiasem mówiąc – m.in. dlatego lata pontyfikatu Karola Wojtyły wielu zachodnioeuropejskich, progresywnie nastawionych teologów i filozofów katolickich (i nie tylko oni, ale także znawcy tematyki kościelnej oraz grono krytycznych i obiektywnych watykanistów) słusznie i zasadnie uznało za regres w stosunku do czasów soborowych. Jan Paweł II to nieodrodny syn polskiego katolicyzmu i takiej też wersji Kościoła – w efekcie niektórzy obserwatorzy pisali nawet o powrocie do czasów „Piusów”.

Wracając do ewolucji, jakiej podlega każdy człowiek wraz z upływem czasu: nie inaczej było ze Stefanem Wyszyńskim. Oto w latach 30. XX wieku młody ksiądz Wyszyński, będąc redaktorem naczelnym katolickiego miesięcznika diecezji włocławskiej „Ateneum Kapłańskie” opublikował ponad 100 tekstów, z których większość zahaczała o problemy zderzenia katolickiej nauki społecznej, z potężnymi zagadnieniami społecznymi, wywołanymi głębokim kryzysem gospodarczym, masowym bezrobociem i brakiem sprawiedliwości społecznej trawiącymi II RP. Tu widzimy źródła jego socjalnych zainteresowań, ale w perspektywie … narodowej. Dziś publikowane w mediach panegiryki ukrywają skrzętnie jego narodowo-socjalistyczne fascynacje sprzed wojny. Wyszyński nie krył bowiem zachwytu nad rozwiązaniami na szeroką skalę zastosowanymi w III Rzeszy. Taki był wówczas trend w Europie. Oto kilka przykładów i cytatów:

  • „Dzisiejsza Trzecia Rzesza podjęła tytaniczną próbę realizacji wielkich idei, które mają przynieść odrodzenie ludzkości. (…) Rasizm kryje w sobie pewne zdrowe myśli, które dotychczas znane były tylko w szczupłym gronie lekarzy i biologów. Dziś przyszedł czas na ich rehabilitację” (Ateneum Kapłańskie, nr 1938, z. I s. 23)
  • „Rasizm kryje w sobie pewne zdrowe myśli, które dotychczas znane były tylko w szczupłym gronie lekarzy i biologów. Dziś przyszedł czas na ich rehabilitację” (tamże)
  • „Zasady wychowawcze nacjonalizmu niemieckiego są WZORCEM dla innych narodów. W nacjonalizmie odbija się dusza Niemiec” (Ateneum Kapłańskie, 1937, z. I, s 152).
    O stwierdzeniach jawnie zahaczających o antysemityzm pojawiających się w tym periodyku (zresztą jak w wielu katolickich i narodowych publikatorach) nie warto wspominać. Pisał na ten temat m.in. Przemysław Prekiel w tekście pt. „ONR-u rasizm na sztandarach” („Nigdy Więcej”, wiosna-lato 2014). Co oczywiście nie przeszkadzało potem, w czasie wojny, Wyszyńskiemu pomagać ściganym i prześladowanym powszechnie obywatelom polskim pochodzenia żydowskiego.
    To w tych narodowych – niesłychanie tradycjonalistycznie pojmowanych – wartościach należy szukać źródeł takich słynnych wystąpień publicznych kard. Wyszyńskiego, już jako Prymasa Polski, gdy jawnie poparł władze Polski Ludowej. Rozumiał, że było to w interesie państwa polskiego, zachowania spokoju społecznego i dalszego rozwoju kraju. To październik 1956, kiedy po wyjściu z internowania Prymas otwarcie apeluje o poparcie programu jaki niosła osoba Władysława Gomułki, ówczesnego I Sekretarza PZPR i autentycznego w owym czasie przywódcy Polski. Tu także należy zakwalifikować niemniej słynną homilię na błoniach jasnogórskich w gorących dniach sierpnia 1980 i apel o rozwagę oraz odpowiedzialność nie tylko ze strony władzy, ale i strajkujących pracowników. Krotko mówiąc – Wyszyński mimo swego konserwatyzmu i antykomunizmu był propaństwowcem. W starym, -XIX wiecznym stylu z rolą Kościoła jako najważniejszej siły w państwie i społeczeństwie.
  • Na zakończenie dwie refleksje. Tu, w takich uwarunkowaniach i wizjach świata, Polski, człowieka – tkwią źródła sukcesu Tadeusza Rydzyka i jemu podobnych kapłanów. Ich świat jest po prostu inny, nowoczesnym być nie może. Brakuje nim jednak, mimo wszystkich ograniczeń i antymodernizmu, szerszego spojrzenia na państwo i społeczeństwo, jakim dysponował Wyszyński. Inne były czasy, inne wyzwania. Co oczywiście nie determinuje ewentualnego zachowania w warunkach demokracji po 1989 r. To są jedynie luźne przypuszczenia.
    I druga refleksja. Oto dwie, niesłychanie ważne dla dziejów Polski w II połowie XX wieku, dla historii Polski Ludowej, osobistości życia publicznego, przedstawiane na zasadzie absolutnej antynomii i walki – czyli Wyszyński i Gomułka – osobowościowo, mentalnie, w sposobach widzenia świata i ludzi są niesłychanie do siebie zbliżone. Mimo politycznych różnic i personalnych doświadczeń. Bardzo podobne, gdyż wyrosłe z tej samej gleby polskiego konserwatyzmu i tradycji. Paradoks – nie, samo życie.

„Dobro Rzeczypospolitej zawsze mieć przed oczyma” (cz. I)

„Dla nas, po Bogu, największa miłość to Polska! Musimy dochować wierności Ojczyźnie i narodowej kulturze!”
kard. Stefan Wyszyński

„Wyszyński był człowiekiem realizmu politycznego, z dużym zrozumieniem dla racji stanu”.
prof. Andrzej Werblan

Przygotowując tę publikację na okoliczność beatyfikacji Księcia Kościoła – 12 września 2021 r. natrafiłem na – moim zdaniem – nie znany szerszemu ogółowi polskiego społeczeństwa, tekst rozważań drogi krzyżowej, jaki Kardynał wygłosił 12 września 1968 r. (53 lat temu, co za zbieg dat!) w Kościele św. Barbary w Warszawie. Uwagę zwraca treść Stacji IX w brzmieniu -„Wydaje się, że to upadek najgłębszy, na twarz, upadek, w którym Chrystus spotyka się z błotem drogi. Upadek zda się beznadziejny, u kresu, pod szczytem góry kalwaryjskiej…

Znają ludzie takie upadki. Taki był upadek Jerozolimy. Może podobny był upadek naszej stolicy… Zda się, już nic nie pozostaje do zrobienia, ale u Boga nie ma rzeczy niemożliwej… Powstał Chrystus z najgłębszego upadku, powstaje niejeden człowiek, który ufa Jego mocy… Mocą takiej ufności, która jest wielką potrzebą społeczną każdego człowieka i każdego narodu, powstały z upadku miliony ludzi. Powstała z gruzów i unicestwienia nasza stolica. Skazani na całkowitą zagładę – powstaliśmy, jesteśmy! … Potrzebna jest Narodowi potężna ufność i wielka nadzieja – matka mądrych. Patrzmy na wzór, jak dźwigać się z beznadziejności”…

Mam świadomość, że każdy z Państwa odczyta treść tej modlitwy wg własnego uznania. Gdyż – jak zapisano w preambule do Konstytucji – „wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga, będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości, wywodzący z innych źródeł”- dostrzegą jasne i czytelne odniesienia do cierpień i strat naszej Stolicy – Warszawy, do naszego Narodu. Skłonią Państwa, do własnych przemyśleń i refleksji. o okresie PRL, od trzech dekad opluwanego. Jest więc właściwym przypomnienie dokonań i zasług Księcia Kościoła dla całego okresu Polski Ludowej. Mądrości i roztropności Osoby ogłaszanej Błogosławionym.

Z biografii Prymasa …

Urodził się (Zuzela, 1901 r.), gdy Polski nie było na mapie Europy. Księdzem został w II RP (1924 r.), biskupem i Prymasem był w PRL. Nie lubił zbytku, był bardzo wrażliwy, troskliwy i kreatywny otwarty i pokorny. Cenił dialog i przyjaźń. Zauważał każdy gest, uśmiech, łzę. Żył ubogo i skromnie. Opowiadał anegdoty, mówił góralską gwarą, kochał zwierzęta. Do swojego kapelana ks. Bronisława Piaseckiego powiedział – „Ty w moim imieniu będziesz przyjmował ludzi na progu domu … Każdy wchodzący ma być uszanowany i wysłuchany”. Woził ze sobą obraz Matki Boskiej Częstochowskiej – z tyłu notował nazwy miejscowości, które odwiedzał. Nigdy nikomu nie przerywał w rozmowie, słuchał uważnie. Pracowity i systematyczny. Każdą chwilę wykorzystywał na pogłębianie wiedzy i czynienie dobra. „Ja nie mam wrogów. Są tylko ludzie, którzy siebie uważają za moich wrogów”. Pogodnie znosił cierpienie choroby na raka, jeździł na inwalidzkim wózku. „Nie mówcie panu kierowcy, że mam taki nowy pojazd, bo mu będzie przykro”. Prosił, by nie modlić się za niego, ale za Jana Pawła II, który postrzelony13 maja 1981 r., w klinice Gemelli walczył o życie. Prymas zmarł pół roku przed wprowadzeniem stanu wojennego, nad ranem 28 maja 1981 r., chcąc jeszcze zaśpiewać „Chwalcie łąki umajone”, ale wyszeptał tylko te słowa…

Powstanie Warszawskie, krew czerwona i … Bierut

Jeszcze będąc w Komańczy, pod datą 1 sierpnia 1956 r. w „Zapiskach więziennych” pisze – „Modlimy się za Powstańców. Jest to bodaj pierwsza rocznica, gdy można mówić o krwi powstańczej i o jej zasłudze dla wolności. Ale Kościół od początku modlił się za Powstańców, bez różnicy światopoglądów i orientacji politycznych. Przecież wszyscy wylewali krew czerwoną: i ci z Armii Krajowej, i ci z Batalionów Chłopskich, i ci z Armii Ludowej”. Czy po 1989 r. rozumiano tę złożoność „koloru polskiej krwi”, a jak jest po 30 latach? Był kapelanem AK Żoliborz – Kampinos, ps. Radwan III i zakładu niewidomych w Laskach. Asystował przy wielu operacjach w szpitalu polowym – prał bandaże i mundury, przenosił i opatrywał rannych i chorych, udzielał duchowej pomocy, organizował prowizoryczne pogrzeby. Jedną z łączniczek niósł na plecach 4 km, po wojnie udzielił jej ślubu i chrzcił dzieci.

Zastanawiające fakty – po upadku Powstania Warszawskiego, do pracującego w szpitalu koło Izabelina ks. Stefana Wyszyńskiego, podeszło kilku lekarzy niemieckich, tu pracujących. Pokazali mu zdjęcie leżącej figury Chrystusa z Kościoła pw. Św. Krzyża, który dłonią wskazuje ocalały na cokole napis -„sursum corda” („w górę serca”). Jeden z Niemców powiedział „Ist noch Polen nich verloren” („Jeszcze Polska nie zginęła”). Tę figurę- odbudowany pomnik, odsłonił 22 lipca 1947 r. Bolesław Bierut, prawdopodobnie w obecności bp Stefana Wyszyńskiego (nie mam pewności). Gdy zmarł Bolesław Bierut, 12 marca 1956 r. ks. Prymas odprawił za niego mszę. „Już teraz odpuszczam memu winowajcy, ufny, że sprawiedliwy Bóg znajdzie w tym życiu jaśniejsze czyny, które zjednają Boże Miłosierdzie”- pisał. Kartkę z jego nazwiskiem, wśród innych, za których się modlił, nosił w brewiarzu do końca życia. Podczas wieczerzy opowiedział dwóm księżom sen z poprzedniej nocy, w którym szedł ulicą Lublina z Bolesławem Bierutem. „Tyle razy w ciągu swego więzienia modliłem się za Bolesława Bieruta. Może ta modlitwa nas związała tak, że przyszedł po pomoc. Oglądałem się za nim we śnie i nie zapomnę o pomocy modlitwy. Może wszyscy zapomną o nim rychło, może się go wkrótce wyrzekną, jak dziś wyrzekają się Stalina – ale ja tego nie uczynię. Tego wymaga ode mnie moje chrześcijaństwo”. A czego wymaga chrześcijaństwo od tego pokolenia Polaków, w ocenie dorobku i krzywd PRL?

Ziemie Zachodnie

„Porozumienie między przedstawicielami rządu Rzeczypospolitej Polskiej i Episkopatu Polski”, podpisane 14 kwietnia 1950 r. zawiera pkt. 3 o treści – „Episkopat Polski stwierdza, że zarówno prawa ekonomiczne, historyczne, kulturalne, religijne jak i sprawiedliwość dziejowa wymagają, aby Ziemie Odzyskane na zawsze należały do Polski. Wychodząc z założenia, że Ziemie Odzyskane stanowią nieodłączną część Rzeczypospolitej, Episkopat zwróci się do Stolicy Apostolskiej, aby administracje kościelne, korzystające z prawa biskupów rezydencjalnych, były zamienione na stałe ordynariaty biskupie”. Tak też się stało. Prymas w październiku 1950 r. wysłał do Rzymu „Memoriał”, w którym m.in. wskazywał, że „powrót Polski nad Odrę i Nysę, to jest zarazem powrót Kościoła na ziemie ongiś sprotestantyzowane, zwłaszcza w Ziemi Lubuskiej i na Pomorzu Zachodnim. Na tych terenach żyje dziś przeszło 7 milionów katolików; pracuje wśród nich prawie 3 tysiące kapłanów…Kościół katolicki wrócił wraz z ludnością polską tu, skąd był przed wiekami wyparty przez reformację luterańską”. Prymas i biskupi przeprowadzili kilka rozmów wyjaśniających w Sekretariacie Stanu, w tym z Ojcem Świętym, „gdzie poświęcono nam wiele uwagi i najlepszej woli zrozumienia naszych oświetleń” – później tłumaczył w prasie. Nie zapobiegło to krytyce prasy partyjnej, niechętnej temu „Porozumieniu”, co wydaje się wręcz nie zrozumiałe, zważywszy na jego pozytywne strony dla ówczesnej władzy. Kto miał w tym i jaki „interes”, trudno doszukać się sensu, nie mówiąc o logice. 9 lipca 1951 r. zachodni alianci opublikowali oświadczenie o „zakończeniu stanu wojny z Niemcami”. W Moskwie i Warszawie starania Prymasa w Rzymie odczytano jako podważanie stosunków z Niemcami i aliantami. Skąd tak błędna ocena, a za tym i fałszywa krytyka Prymasa, nie sposób tego zrozumieć z dostępnych materiałów, nawet po latach.

Z kolei pkt 4 „Porozumienia” stanowił – „Episkopat w granicach sobie dostępnych będzie się przeciwstawiał wrogiej Polsce działalności, a zwłaszcza antypolskim i rewizjonistycznym wystąpieniom części kleru niemieckiego”. Prymas, choć zalecał duchownym rozeznanie sytuacji wśród polskich osadników, sam wybrał się w „pasterską podróż” po Ziemiach Odzyskanych, w połowie listopada 1951 r. Spotkał się z życzliwym, nawet owacyjnym przyjęciem. To też zostało odczytane przez część prasy jako- dziś powiedzielibyśmy- „wchodzenie w kompetencje władzy”. Ale Prymas tę wizytę odczytał jako „odpowiedź społeczeństwa” na rewizjonistyczną propagandę w NRF. Wysłał do rządu 23 stycznia 1952 r. obszerny list wyjaśniający realizację obu punktów tego „Porozumienia” przez Episkopat, m.in. pisząc- że „stanowisko w sprawie przynależności Ziem Zachodnich do Polski nie budzi żadnych wątpliwości i nie może wywoływać dyskusji”, że temu Episkopat „dał wiele dowodów” (są podane). Tu też zawarta jest polemika z krytyką prasy, konkretne wyjaśnienia i odniesienia do zarzutów. To niezwykle interesująca lektura. Udzielił też obszernego wywiadu „Tygodnikowi Powszechnemu”, m.in. mówiąc- „Społeczeństwo polskie jest słusznie zaniepokojone odgłosami propagandy antypolskiej, która coraz silniej podnosi głos przeciwko granicom Polski nad Odrą i Nysą. Podzielamy ten niepokój, bo widzimy w odgłosach antypolskich grozę dla pokoju. A Ojczyźnie naszej tak bardzo potrzeba pokojowej pracy, by zdołała odbudować życie swoje, gospodarcze i zabliźnić rany, zadane naszemu dorobkowi biologicznemu i kulturalnemu. Mielibyśmy nawet prawo oczekiwać od narodu niemieckiego, a zwłaszcza od katolików niemieckich, czegoś innego. Wszak moralność katolicka każe uznać w sumieniu odpowiedzialność za wywołaną wojnę, której ofiarą padła m.in. Polska”. Oczywiście, ani to działanie, ani późniejsze, tak Kościoła jak i władz nie zakończyły ataków rewizjonistów NRF, trwających w różnej postaci i formie do końca lat 70-tych, nawet później. Nie przerwał tego także „list biskupów”, o tym za chwilę. Poprzedziły go inne fakty i wydarzenia.

Non possumus i … internowanie

W lutym 1953 r. Rada Państwa uchwaliła dekret o obsadzaniu stanowisk kościelnych. Za aprobatą rządu miały być obsadzane stanowiska biskupów, niższe, np. proboszczy- za zgodą rad narodowych. Episkopat 8 maja1953 r. wydał memoriał zakończony zdaniem: „Rzeczy Bożych na ołtarzach Cezara składać nie można. Non possumus!” (Nie możemy!). 24 września, rząd zakazał Prymasowi „wykonywania funkcji wynikających z piastowanych dotąd stanowisk kościelnych”, z powodu „uporczywego nadużywania dla celów godzących w interesy PRL”.

W nocy 25 września 1953 r. w pałacu przy ul. Miodowej został aresztowany (następca bp. Antoni Baraniak). Pies Prymasa ugryzł funkcjonariusza UB, któremu ten opatrzył ranę. Został przewieziony do klasztoru kapucynów w Rywałdzie Królewskim. Później po ok. miesiącu przewieziono Prymasa do pobernardyńskiego klasztoru w Stoczku Warmińskim (było zimno, lód pokrywał ściany – „nóg nie mogłem rozgrzać nawet w nocy. Ręce mi puchły. Odczuwałem wielki ból w okolicy nerek i w całej jamie brzusznej” – „Zapiski więzienne”).

5 października 1954 r., lekarz mówi – „Ponieważ klimat tutejszy i stan domu nie służy księdzu, rząd postanowił zmienić warunki klimatyczne”. Kardynała przeniesiono do klasztoru franciszkanów w Prudniku. Rok później, 29 października 1955 r., do Komańczy (klasztor nazaretanek), bez oficjalnej ochrony w strefie nadgranicznej. Prymas zapewnił, że sam stąd się nie oddali. Tu napisał słynne śluby jasnogórskie(odczytał bp Michał Klepacz, 26 sierpnia 1956 r.) Przez 2 lata z Prymasem przebywało dwoje współwięźniów, ks. Stanisław Skorodecki (Krystyna) i siostra Maria, Leonia Graczyk (Ptaszyńska), agenci UB. Ich raporty, to w sumie 14 tomów.
Podczas wiecu poparcia dla Władysława Gomułki na Placu Defilad 24 października 1956 r. (ok. 300 tys.) ludzi skandowało-„Wyszyński, Wyszyński do biura”. Oczywiście -Politycznego” wspominał I sekretarz KW PZPR w Warszawie, Stefan Straszewski. 2 dni po tym do Komańczy, z polecenia Władysława Gomułki pojechał Zenon Kliszko i Władysław Bieńkowski. Prymas wrócił 28 października 1956 r., o godz. 21-ej na Miodową, witany przez dużą grupę wiernych, po 3 latach, 1 miesiącu i 3 dniach.

List biskupów

Skupiał uwagę w Polsce, Niemczech i Europie w latach 1956-1966. Jego inicjatorem i autorem był wrocławski bp Bolesław Kominek, Ślązak z urodzenia, Polak z wychowania. Od zakończenia wojny utrzymywał stałe kontakty z niemieckimi duchownymi. Sondował ich opinie, „denerwował się, że biskupi niemieccy nie chcą uznać granicy na Odrze i Nysie”, zaś ks. prof. Franzowi Scholzemu, kapelanowi polskich robotników w Niemczach mówił wprost – „granica musi być uznana, żeby potem ją znieść”- czytam w „Wokół orędzia”(Pamięć i przyszłość”, nr 3 z 2009), stąd pochodzi ten opis. Te kontakty bp Kominka z niemieckimi hierarchami, Prymas i niektórzy biskupi traktowali z nieufnością”, ale zgodzili się na redakcję orędzia, przyznaje w cytowanym tekście ks. prof. Józef Swastek. List z myślą uczczenia milenium chrztu Polski, bp Bolesław Kominek zaczął pisać we wrześniu 1965 r., podczas II Soboru Watykańskiego w Rzymie, przy powściągliwej postawie części duchownych. Zawierał szeroki, wyważony opis cierpień Polaków i ludności niemieckiej, nie tylko podczas ostatniej wojny, czego biskupi byli świadkami, niektórzy z nich przeżyli obozy koncentracyjne, np. bp Kazimierz Majdański, Dachau. Jego pierwszą redakcję wnikliwie czytali i poprawiali biskupi, Jerzy Stroba, Karol Wojtyła, Kazimierz Kowalski. Konsultowali go niektórzy biskupi niemieccy. Zanim list został wysłany do adresatów (23 listopada 1965 r.), otrzymał go redaktor Ignacy Krasicki, dziennikarz PAP, obserwujący z ramienia polskich władz obrady Soboru, z prośbą o przekazanie Władysławowi Gomułce. Po kilku dniach dziennikarz poinformował biskupów, iż list dotarł do I Sekretarza i „nie należy oczekiwać ostrej polemiki”. Prawdopodobnie tekstu nie doręczył. Wszyscy pamiętamy słowa „udzielamy wybaczenia i prosimy o nie” wywołały falę ostrej krytyki. Prymas Wyszyński w jednym z kazań pytał -„czy dlatego jesteśmy tak szkalowani w prasie, na wiecach, na zebraniach, nawet na uniwersytecie, że napisaliśmy całą prawdę biskupom niemieckim”. 41 biskupów niemieckich, z obu państw, NRF i NRD wysłało 5 grudnia odpowiedź – „Z głębokim braterskim szacunkiem ujmujemy wyciągnięte ku nam dłonie, żeby zły duch nienawiści nigdy już nie rozdzielił naszych rąk”. Prymas był tym rozczarowany. Do kard. Doepfnera napisał, że „nasza, tak serdecznie podana dłoń, została przyjęta nie bez zastrzeżeń”, a niemieccy ewangelicy wykazali dużo większą wolę pojednania. Głośna była reakcja Władysława Gomułki na list. Nerwowo, dopatrywał się sprzeczności ze swoją linią postępowania i „wejścia biskupów” na grunt polityki, zastrzeżonej dla władzy. Profesor Andrzej Werblan pamięta rozmowę z Władysławem Gomułką, który mówił – „Kościołowi chodziło tylko o diecezje, a nam chodziło o granice. Oni po prostu postawili swój interes ponad interes państwa” („Polska Ludowa”, Wyd. Iskry 2017). Także opacznie przedstawiała to ówczesna propaganda, że biskupi chcą oddać Ziemie Zachodnie. Władysław Gomułka jednak odcinał się od takiego tonu i oceny. Na zebraniu prezydium Frontu Jedności Narodu (FJN) mówił, iż „prasa zarzuca, że biskupi nie stoją na gruncie państwowym, nie bronią granicy zachodniej. To jest nie słuszne. Biskupi są Polakami, a wszyscy Polacy, biskupi też, stoją na gruncie granicy. Owszem, biskupi tym co robią, szkodzą tej sprawie, ale nie dlatego, że chcą szkodzić”. Po latach patrzenie na to orędzie uległo zmianie – diametralnej! A Jan XXIII przyspieszył wprowadzenie w życie postanowienia papieża Pawła VI, nadając polskim biskupom wyłączność jurysdykcji na tych ziemiach. Był to też czytelny sygnał normalizacji stosunków dyplomatycznych z Polską. Papieża Jana XXIII ówczesne władze uhonorowały pomnikiem, ze słowami „Pacem interis”(pokój na ziemi). To jedyny gest, nie spotykany w krajach bloku wschodniego. Posadowiony we Wrocławiu (1968 r.) ma wyraźną wymowę ekumeniczną i państwową. Ciekawe, dlaczego o tej doniosłej decyzji „jakoś” zapomniano w polskiej publicystyce, nawet podczas kanonizacji Jana XXIII i Jana Pawła II w 2014 r. Wpisywała się przecież w kontekst stosunków państwo-Kościół, miała wymiar polityczny i międzynarodowy, co zaświadczają późniejsze fakty. Zwiedzających Ostrów Tumski, niektórzy przewodnicy przy pomniku raczyli osobliwą interpretacją, że Papież, ręką podniesioną w geście błogosławieństwa wskazuje budynek KW PZPR we Wrocławiu. Jan Paweł II podczas drugiej pielgrzymki do Polski (1983) odwiedził Ziemie Zachodnie. 21 czerwca we Wrocławiu witały Papieża herby miast zachodniej Polski i pieśń „Nie rzucim ziemi”. W homilii mówił o polskości tych ziem i swoich związkach z Wrocławiem. Na Ostrowiu Tumskim w zadumie pokłonił się Janowi XXIII. Na Górze Świętej Anny mówił o historycznych związkach opolszczyzny z Macierzą, zapewnił, że „Góra Świętej Anny pamięta o powstańcach śląskich, którzy zginęli na tych ziemiach”.

Milenium Chrztu Polski

Uroczystą akademią 13 stycznia 1966 r.- w Watykanie rozpoczęto obchody 1000-lecia Chrztu Polski, z inicjatywy kard. Stefana Wyszyńskiego – nie otrzymał zgody na wyjazd. Papież Paweł VI też nie – na główne obchody 3 maja na Jasnej Górze. Ze strony władzy była to naganna represja. Stracono – nie pierwszą – okazję, by wspólnie upamiętnić ważne dla ciągłości Państwa i Narodu – rocznice. To była nie tylko przegrana władzy, jak od lat piszą media, ale obu stron – władzy i Kościoła. Oczywiście, można toczyć spór, kto, która strona straciła więcej w walce o „rząd dusz” czy jak chcą inni „wojnę o milenium”. Brak rozwagi jest widoczny. Potwierdza prof. Andrzej Werblan – „Gomułka podejrzewał, że Kościół w celach antysocjalistycznych walczy o rząd dusz. Mylił się. Wyszyński był człowiekiem realizmu politycznego, z dużym zrozumieniem dla racji stanu. Owszem, chciał umacniać Kościół i przeciwstawiał się laicyzacji. W jego przekonaniu leżało to w interesie utrzymania tożsamości narodu polskiego. Ale to nie znaczy, że należy naród buntować przeciwko temu systemowi. O nie! Gomułka wdawał się w wojnę z Kościołem w sprawach niepotrzebnych” („Polska Ludowa, postscriptum”, Wyd. Iskry 2019). Władza – jak wtedy mówiono „wymyśliła” obchody „1000 szkół na tysiąclecie”, wybudowano ich 1417. Zastanawiająca złożoność ocen i racji…

Cztery rozmowy Gomułka – Wyszyński

Poprzedziło je spotkanie Prymasa z Józefem Cyrankiewiczem, w części odpowiedzialnym za internowanie (Gomułka był w więzieniu). Rozmowa trwała 2,5 godz. Po niej Episkopat ogłosił apel do wiernych, by 20 stycznia 1957 r. wzięli udział w głosowaniu do Sejmu „bez skreśleń”. Oznaczało poparcie dla kandydatów Gomułki. Głosował też Prymas.

Pierwsze spotkanie- 1 maja 1957 r. (uczestniczył Cyrankiewicz). Gomułka skrytykował politykę państwa wobec Kościoła sprzed 1956 r. Prymas docenił zmiany po Październiku ’56. Władze do maja 1958 r. wydały 250 pozwoleń na budowę kościołów (2 razy więcej, niż przez 10 lat po wojnie).
Drugie spotkanie- 9 stycznia 1958 r. (od godz. 17-ej do 4 rano, najdłuższe, uczestniczył Cyrankiewicz). Wzajemnie przerzucali się oskarżeniami. Gomułka zarzucał, że Wielka Nowenna ma akcenty polityczne. Prymas, protestował przeciwko ateizacji – „Podziwiałem wytrwałość pana Gomułki, który tylko raz pociągnął ze szklanki łyk herbaty. Cyrankiewicz wypił swoją herbatę i zjadł ciastko. Ja wypiłem pół szklanki herbaty”- zanotował Prymas.

Trzecie spotkanie – 11 stycznia 1960 r. Burzliwa rozmowa. Prymas – „Wiemy, że sytuacja Polski byłaby o wiele groźniejsza, gdyby pan może mniej kochał Polskę. Ale my ją też kochamy”. Gomułka – „ Tylko inaczej widzimy, jakbyśmy jakoś po różnych drogach widzieli możliwości rozwoju tego kraju. Gdyby nie socjalizm, Polska byłaby skazana na zagładę”.
Czwarte spotkanie – 26 kwietnia 1963 r. Gomułka obarczył winą Kościół za zły stan stosunków z państwem. „Uchodzimy w świecie za przyjaciół”- zakończył rozmowę. Następnego dnia Jerzemu Zawiejskiemu tak ocenił rozmowę – „Wyłożyliśmy swoje racje. Ja swoje, kardynał swoje”. Prezes Koła Poselskiego Znak zapytał – „Czy pan jest zadowolony z tej rozmowy” i usłyszał – „Naturalnie. Lepiej rozmawiać, niż się gniewać”.

Filozof Leszek Kołakowski, w 1963 r. odbył długą rozmowę z Prymasem w Laskach. Relacja z niej dla Władysława Gomułki, zawiera m.in. ocenę-„Wrażenie ogólne, jakie wyniosłem z tej rozmowy, było takie, że to człowiek ograniczony i mierny, którego obchodzą niemal wyłącznie interesy instytucji kościelnej, nie wrażliwej zupełnie na istotną problematykę współczesności, która skądinąd znajduje zrozumienie w bardziej otwartych kołach katolickich”. Czyżby ten mądry filozof mógł się aż tak bardzo mylić?

Ciekawostki… pod rozwagę

Pierwsza- interwencja w CSRS, 1968 r. Posłowie katolickiego koła Znak planowali napisanie listu protestacyjnego. Prymas przekonał ich, by milczeli, bo „Gomułka działał w stanie wyższej konieczności”. Zwróćcie Państwo uwagę – wyższa konieczność! Czy to nie roztropność w myśleniu i działaniu tego wybitnego hierarchy Kościoła? I druga – rok 1970, rok 50- rocznicy „Cudu nad Wisłą”. Episkopat przygotował list pasterski. Grzecznie, ale stanowczo sprzeciwiła się władza. Kościół ustąpił. Prymas napisał prywatny list do Gomułki. Pisał – „Nie bez win po polskiej stronie wojna wtedy się toczyła. Ale stworzyła zagrożenie dla państwa. Naród o tym nie zapomina… społeczeństwo nie kwestionuje ustroju i tej władzy. To daje wam możliwość żeby ze społeczeństwem swobodniej rozmawiać. Żeby inną prowadzić politykę…Poza mną i panem I sekretarzem, nikt tego listu znać nie będzie”. Profesor Andrzej Werblan ocenia ten list jako „wyciągnięcie ręki” przez Prymasa do Gomułki, który też zamierzał tak postąpić. Nie zdążył, dalece ważniejsze były wydarzenia Grudnia 1970. Macie Państwo wątpliwości, czy słusznie jest błogosławiony?

Po odejściu Gomułki ze stanowiska, Prymas zapisał: „Został postawiony na czele PZPR przez Sowiety bez żadnego przygotowania, bez nauki i szerszego oglądu na sprawy. Cechowała go szalona pycha, pewność siebie, pogarda dla ludzi i gwałtowność. Nigdy nie umiał mówić spokojnie. Nieraz w rozmowie ze mną podrywał się do gniewu, ale go uspokajałem, albo wręcz, jak przy Cyrankiewiczu – oświadczyłem, że dalej nie będę prowadził rozmowy, jeśli się nie uspokoi. Niejednokrotnie dopuścił się zniewagi przeciwko mnie…Niech im Pan Bóg wybaczy” (chodziło o Kliszkę). Anna Rastawiecka, pracownica sekretariatu zapytała Prymasa, czy naprawdę kocha Gomułkę i usłyszała – „Przecież go Pan Bóg kocha”.

Zachęcam Państwa do przemyśleń.

Biskupi emeryci – jak żyć?

Jesienią ub. roku ukazał się ciekawy artykuł autorstwa Marcina Wójcika pt.: Kościół sp. z o.o….) i temat szybko ucichł. A szkoda, bo dowiedzieliśmy się w nim, z czego żyją podstawowe jego komórki, co jest wiedzą raczej notoryjną (ludowi znaną). Ale niewiele wiemy, jak żyją zarządy i rady owej spółki, także po odejściu na zasłużoną emeryturę. A ponieważ zajmuję się finansami, niestety niekościelnymi, to temat wydaje się interesujący.

Emerytowany ksiądz profesor, zapytany: Ile pieniędzy ma polski Kościół?, powiada: To wie tylko Pan Bóg! Ujawnianie tajemnicy finansowej to poważne nadużycie, ale cóż począć! – To biedny emeryt! Dodajmy jednak: przyrównanie do spółki z o.o. jest mało adekwatne, bowiem tam, oprócz Boga, o finansach musi wiedzieć wielu śmiertelników!

Temat wydaje się interesujący, bo dowiadujemy się, że kilka znanych postaci odesłano na przymusową emeryturę, więc pojawił się problem: jak żyć? Pytanie ważne, bo zadają je emeryci, tyle, że kto miałby odpowiedzieć, skoro Franciszek tematu unika, a władza Najwyższa też umywa ręce. Ale wyjaśnijmy, owi włodarze średniego szczebla to erudyci, którzy, w przeciwieństwie do ludu, posiedli dziejowe mądrości, by uzmysłowić sobie, że z tym wiekuistym błogostanem pewności nie ma, więc w życiu doczesnym nie wypada otaczać się jedynie tzw. res pauperem (rzeczy liche). A swoją drogą ciekawe, że wśród owych ”uczonych w piśmie” nie spotkamy wielu profesorów! Niemniej jednak warto się uczyć, o czym z żalem mówi kolega, któremu zachorowali pracownicy (czytaj: poszli na L4), więc biznes leży, więc z rozrzewnieniem wspomina:, jako młody i głupi nie skorzystałem z propozycji! Dziś byłbym biskupem z podwójną emeryturą, i miałbym gdzieś zmartwienia o czyjeś chorobowe! Ale są też dobre wieści, odnalazły się daniele abpa, ale pojawił się problem następny, zaginął gdzieś drugi hierarcha.

Ci, co nic nie mają, rzadko zasługują na chwałę, o czym zaświadczył o. Dyrektor, dostąpiwszy łaski napotkania śp. Stanisława. Od tego czasu kłaniam się w pas każdemu tułaczowi; a nuż ma choćby jedną, nawet używaną gablotę. Niestety, widać na takie dary zasługują jedynie ludzie niezłomnej wiary.

Wiemy, zatem, że do szczęścia nie tylko doczesnego, niezbędne są dobra materialne, czego doświadczamy powszechnie. Dlatego należy pamiętać o taryfikatorach, stojących kopertach, o podziale parafii na „miedziane, mieszane i papierowe” itd. Mniej zorientowanym wyjaśniam: to taki korporacyjny slang – podział parafii według zamożności i hojności wiernych (np. papierowe – to dochodowe, miedziane – same miedziaki). Brak wiedzy możemy uzupełnić czytając komentarze internautów, np.: „ … Kościół katolicki jest najstarszą formą, Piramidy Finansowej”, u której podstaw, jako tak zwane pracownice mrówki, albo pszczółki robotnice, występują: księża, zakonnice, mnisi itp., zobowiązani swą pracą przysparzać wpływów finansowych. A z wpływów tych najwięcej korzystają biskupi i kardynałowie, na luksusowe życie w swych pałacach, rezydencjach!!!” Są też komentarze o wstrzemięźliwości, idei ubóstwa wspomaganiu potrzebujących itp., Ale skoro komentujemy finanse, to tematu ubóstwem zajmować się nie wypada. Wypada natomiast wyjaśnić znaczenie „stojących kopert”. Rozumienie tego terminu, dość powszechne w czasach minionych, w społeczeństwie powoli zanika, choć funkcjonuje nadal, co potwierdzam.In film „Kler”. Tradycje trzeba kultywować, a slang korporacyjny też warto znać, bo możemy nie rozumieć prostych rozmów np. przy obiedzie, czego przykładem jest niżej opisana przygoda.

Za czasów rządów Platformy i PSL, znalazłem się niespodzianie na odświętnym obiedzie w jednej z warszawskich parafii, znanej ze szczególnego uwielbienia miłościwie nam panujących, nawet bardziej cywilnych niż kościelnych. Byłem tam uważany za „ziomala”, (bez sprawdzenia, – co dziś byłoby niemożliwe), więc tematy poruszane przy stole były dość swobodne, ogólnie „luźno” związane z religią. Niewiele obeznany w temacie i środowisku, jako korporacyjny klon, zagaiłem naiwnie gospodarza: „Dużo pracy chyba w parafii, bo tylu księży!?

Proboszcz na to szczerze: „ Nie tak dużo; tych kilkunastu wikarych muszę trzymać, bo nie mam, co z nimi zrobić. Aby wysłać na jakąś parafię, trzeba dać 300 tys. złotych, a za parafię w Warszawie to nawet 2-3 razy tyle. Ja takich pieniędzy nie mam, oni też, dlatego tu są. Chyba odruchowo wyraziłem zdziwienie, więc ksiądz perorował dalej: „każda parafia jest wyceniona, ile ma przynieść dochodu, a nabywca np. „papierowej” parafii, jako proboszcz, dla zachowania poprawnych stosunków z kurią, przy każdej wizycie winien zapewnić kopertę raczej „stojącą”. Jeśli nie, to, jako marny władca dusz, wysyłany jest na parafię „miedzianą”. A jak młody – to na misje do ciepłych krajów”. Rozmowa toczyła się w miłej i przyjaznej atmosferze, a wśród słuchaczy chyba, jako jedyny nie kumałem zanadto, pewnie też reagowałem dziwnie, bo spytano mnie czy aby smakuje obiad. Potwierdziłem, że bardzo i wróciłem do konsumpcji, bo dania były znakomite.

Nie uczestniczyłem więcej w podobnych uroczystościach, czy obiadach w tak dostojnym składzie, ale zarządca tejże parafii opowiadał wszystko z taką swobodą, otwarcie i bez cienia zakłopotania, że nie pozostawało cienia wątpliwości, iż owe zwyczaje i korpojęzyk są raczej powszechne. Ponieważ podobne wątki opowiadają inni, chciałbym uwierzyć, że opisany przykład jest w polskim Kościele wynaturzeniem, a nie normą. Wygląda na to, że takie zachowania nie są grzeszne, co potwierdza Tadeo Rydzyk, bo … kto nie grzeszy? Według tego przedsiębiorcy np. pedofilia jest niby grzechem, ale raczej lekkim, czego nie rozumieją nieprzyjazne media.

Dla porównania – w kościołach chrześcijan protestantów podobne zjawiska raczej nie występują, mimo iż społeczeństwa, w których one funkcjonują, są z reguły bogatsze, a księża/ pastorzy posiadając rodziny, nie muszą traktować seksu i pieniędzy, jako szczególnego przywileju i nagrody za wypełnianie „ misji” wyznaczonej przez szefów, od której odwołać się niepodobna nawet do Franciszka. A instancja najwyższa równie nieskuteczna! Albo w ogóle jej nie ma, o czym oświeceni hierarchowie są w większości przekonani.

Kościół w odwrocie

Rok temu doczekaliśmy historycznej chwili. Biskup opolski Andrzej Czaja wyznał w komunikacie do wiernych, że z braku personelu redukuje parafie.

„W aktualnej sytuacji rażącego deficytu duszpasterzy (wyświęcę siedmiu, potrzebuję szesnastu), by zaradzić potrzebom 400 parafii w naszej diecezji, w najbliższych latach, podobnie jak to już w kilku miejscach się dokonało, jestem zmuszony połączyć ze sobą mniejsze parafie” – ubolewał hierarcha. Oznajmiający tym samym, że Kościół nie wyrabia.

Mszoodprawiacze

Przez ostatnie 30 lat liczba nowych probostw urosła o 15 procent. Nigdy nie było problemów ani z ich obsadzeniem, ani z namówieniem wiernych na zrzutkę na nowy kościół i wypasioną plebanię. Do seminariów garnęły się tysiące młodych mężczyzn. Jeszcze 20 lat temu wikariusze z paroletnim stażem opowiadali, że na objęcie fuchy proboszcza nie mają w najbliższych 15 latach szans, bo przed nimi w kolejce jest jeszcze pięciu lub sześciu.
Parafii diecezjalnych, czyli nie zakonnych, jest dziś w Polsce prawie 9 700. Diecezjalnych księży zaś prawie 25 tys. Wychodziłoby po 2,5 klechy na parafię. To jednak mylące. 3 tysiące polskich księży diecezjalnych nie pracuje w Polsce. Są oddelegowani głównie do krajów Europy Zachodniej, gdzie deficyt osób w koloratkach występuje od lat. Z tych, co są u nas, z parafiami nie ma nic wspólnego 2 proc. księży funkcjonujących w szkolnictwie seminaryjnym i na uczelniach katolickich. Tyle samo duchownych zajmuje się robieniem dobrze biskupom, pracując bezpośrednio w diecezjach. Kolejne 12 proc. stanu osobowego kleru diecezjalnego, to dożywający swoich dni emeryci i renciści. Do odprawiania mszy w parafiach zostaje zatem góra 18 tysięcy księży – niecałych dwóch na probostwo.

Wszystkie te dane można łatwo pozyskać w materiałach Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego. Konia jednak z rzędem temu, kto zrozumie jakim cudem, w każdym oficjalnym wystąpieniu księży statystyków pada stwierdzenie, że „w parafiach zaangażowanych duszpastersko jest ponad 20,5 tys. księży”.

Mało ich, mało ich…

Jeszcze 20 lat temu, każdego roku wyświęcano średnio 600 księży rocznie. Od 10 lat systematycznie spada liczba chętnych do seminariów. Rośnie za to procent takich, którzy z zostaniem księdzem dają sobie siana już po paru miesiącach bycia klerykiem. Efekt jest taki, że w drugiej dekadzie XXI wieku populacja księży w Polsce wzrastała przeciętnie o 340 osobników rocznie. Oczywiście przy tendencji malejącej.

Ponieważ ksiądz też człowiek, to od lekarza, czy dekarza, w postrzeganiu ekonomii się nie różni. Dlatego większość, tuż po święceniach zaczyna się dowiadywać, co zrobić, żeby załapać się na robotę w jakimś kraju „starej Unii”. Udaje się to po paru latach większości chcących. Na polskim „rynku pracy duszpasterskiej” zostaje – jak nieoficjalnie mówią wysoko postawieni księża – co trzeci wyświęcony młodzian.

Ponieważ diecezja, diecezji nierówna, to większość księży chce pracować tam, gdzie wiernych jest dużo i nie skąpią grosza na kościół. Jest zatem kilka biedniejszych biskupstw, gdzie pogłowie księży się umniejsza. Parafie muszą być obskakiwane jednoosobowo przez proboszcza, bo wikariusze błyskiem przechodzą na swoje obejmując wakujące parafie. Proces ten postępuje, bo większość księży ma już swoje lata. Średnia wieku kleru w Polsce wynosi ok. 52 lat – tyle co pielęgniarek. W odróżnieniu jednak od nich, księżom Kościół każe pracować znacznie dłużej. Kanoniczny wiek przejścia księdza na emeryturę to ukończone 75 lat. Co prawda w tych diecezjach, które nie mają problemu z wakatami, biskupi ustalili go na 70 lat, albo nawet – jak w archidiecezji katowickiej – 65 lat. Ale ten stan już długo nie potrwa. Kościół na darmozjada przecież łożył nie będzie. Szczególnie, że taki dziadek będzie miał co robić.

Duszpasterz z czarną skórą

Z powodu braku rąk do pracy, biskupi jak mogą starają się odmawiać delegowania za granicę. Ale gdy młodzi księża wystarają się o odpowiednie poparcie czynników watykańskich, to nawet biskup nic nie może. Na Zachodzie pogłowie księży to dramat. W Hiszpanii średnia wieku duchownych dobija przecież do 70-tki. We Francji, Austrii i Niemczech tak samo. Polska, ze swymi malejącymi wyświęceniami, i tak dokłada do puli europejskiej co roku jedną czwartą nowych kapłanów katolickich. Po naszych księży łapę wyciągają i zza Oceanu. Bo tam po dekadach afer porobiło się tak, iż przeciętny wiek księdza katolickiego wzrósł z 37 lat w roku 1970 do 58 lat – dziś.

Polscy biskupi bronią się jak mogą i udowadniają, że i u nas zaczyna być krucho z księżmi. Mimo tego, że co piąty ksiądz w Europie jest Polakiem, to statystyki zaczynamy mieć takie jak gdzie indziej. Średnio, w krajach naszego kontynentu na jednego księdza przypada 2000 ochrzczonych – nie mylić z praktykującymi. W Paryżu jest to 1190, w Londynie 790. Tymczasem w pełnym kościołów Krakowie – 720. Zaś w Łodzi aż 1900, a w Szczecinie 1500.

Szykującego się już wkrótce dramatu kadrowego Kościoła w Polsce, dowodzi ubiegłoroczny zaciąg do seminariów diecezjalnych. Jak podaje Katolicka Agencja Informacyjna, przyjęto do nich 324 mężczyzn. O 91 mniej niż rok wcześniej. Pamiętać trzeba, że najwyżej co drugi kleryk zostanie potem wyświęcony.

A nawet jeśli, to zawsze może sutannę potraktować jak Tymoteusz Szydło. Czyli iść na „urlop”. Albo nawet ją rzucić na stałe. Od kilkunastu lat, każdego roku robi tak przeciętnie prawie 60 księży. Jeśli te trendy się utrzymają, to już za parę lat polski Kościół będzie miał zerowy bilans przyrostu kapłanów.

Biskupom zostaną dwa wyjścia. Oba złe. Pierwszym będzie import księży z zagranicy. Co jednak zrobią polscy wierni, dla których nawet abp Polak to Żyd, gdy mszę będzie odprawiał im Ukrainiec albo Białorusin? Albo co gorsza proboszczem gdzieś na Podkarpaciu zostanie czarnoskóry?
Biskupi znają swoje owieczki i wiedzą, że na takie eksperymenty sobie pozwolić nie mogą, ale drugie wyjście jest jeszcze gorsze. Diecezje mogą oddać parafie w ręce polskich zakonników.

Co będzie dla biskupów nader niemiłe, bo zakony episkopatowi i biskupom nie podlegają, a poza tym, całą kasę z owieczek zagospodarują same.
Wbrew temu, co się wydaje laikom Kościół diecezjalny i podległe swoim generałom zakony to światy tyleż odległe, co mocno się nielubiące. Dość przypomnieć ile lat trwała wojna między Episkopatem a redemptorystami. Zakończona tym, że Tadeusz Rydzyk na własną rękę kupił sobie przychylność większości biskupów.

Efektywność posługi

Wpuszczanie zakonników zastosował początkowo i biskup Czaja. Jak napisał „udało się też przekazać kilka parafii zgromadzeniom zakonnym i im powierzyć troskę duszpasterską o wiernych w nich”.
Doświadczenia chyba miał nie najlepsze, skoro teraz wybrał opcję podporządkowania dwóch parafii jednemu proboszczowi, ale za to swojemu.

Pilotażowi Czai bacznie przyglądają się i księża i Episkopat. Pierwsi wietrzą większą kasę dla siebie i dwie plebanie do prywatnego użytku. Biskupów bardziej interesuje to jak eksperyment odbije się na finansach. Mniej parafii to teoretycznie tyle samo ślubów, pogrzebów i hajsu z tacy, przy „niższych kosztach osobowych”. Efektywność duszpasterstwa winna zatem mocno wzrosnąć udowadniając, że katolicyzm zawsze spada na cztery łapy.

Przedszkolak ureligijniany

Zdaniem biskupów, Jezus doskonale wpisuje się pomiędzy bajki dla dzieci, rytmikę i leżakowanie.

Dla Kościoła katolickiego nikt nie jest zbyt młody, by móc zgłębiać tajniki wiary. Zgodnie z „Podstawą programową katechezy Kościoła katolickiego w Polsce”, czyli jak najbardziej oficjalnym stanowiskiem Episkopatu, edukację zaczyna się już w przedszkolu. Edukację religijną rzecz jasna.

Kółko graniaste z Bozią

Co prawda jest w tym kraju tak, że przedszkole organizuje zajęcia z religii na wniosek co najmniej 7 rodziców. Tyle, że zamiast wniosku o religię, w zdecydowanej większości przedszkoli, na pierwszym zebraniu, rodzice mogą się jedynie zadeklarować, że nie chcą, by ich latorośl brała udział w zajęciach katechetycznych. Zajęcia prowadzi osoba podesłana do przedszkola przez proboszcza. Dyrekcja nie ma nic do gadania. Ma zatrudnić katechetkę na etacie.

O ile do ostatnich wakacji szefostwo przedszkola musiało uwzględniać zajęcia religii w ramach „planu zajęć przedszkolnych”, czyli raz na jakiś czas, to od 1 września koniec z dowolnością. Teraz religia przedszkolna ma być „uwzględniana w ramowym rozkładzie dnia”. Co oznacza, że przedszkolak ma ją mieć codziennie. Przedszkolak – wypada przypomnieć – uczęszczający do przedszkola publicznego.

Siku z Duchem Świętym

Tymczasem dzieciak, który trafia do przedszkola ma trzy lata i jeszcze przez 2 będzie po defekacji wymagał podcierania przez kogoś dorosłego. Fizjologia, fizjologią, ale intelektualnie taki ktoś jest już gotów poznać to, co ma mu do zaoferowania Kościół katolicki.

Na początek dzieciak dowiaduje się, że ma ojca. I to niekoniecznie tego, którego za ojca uważał. Ojcem dzieciaka jest bowiem Bóg. Zresztą ojcem jego ojca i matki i dziadka i babci i nawet cioci, też jest ten sam Bóg. A ponieważ wszyscy ludzie są dziećmi Boga, to wszyscy są kochani przez Boga. W ramach tej miłości, wszystko co dzieci mają jest darem Bożym, bo to Bóg stworzył to co jest wokół.

Kiedy trzylatek zinternalizuje tę wiedzę i wyjaśni katechetce, dlaczego Bóg dał człowiekowi piękny świat, to dowiaduje się, że ma uwielbiać Boga i dziękować mu za jego dary.

Jak to wszystko się ma do psychologii rozwojowej dziecka w wieku przedszkolnym? Otóż ma się doskonale. „Podstawa programowa…” Episkopatu jest bowiem oparta na najczystszej wiedzy psychologicznej i pedagogicznej.

Psychologia rozwojowa mówi, że w umyśle paroletnich dzieci „nie funkcjonują jeszcze struktury pojęciowe, lecz równoważniki pojęć, które stanowią ważny szczebel pośredni między myśleniem kompleksowym a pojęciowym. Wskaźnikiem poziomu opanowania przez dziecko jakiegoś pojęcia jest sposób jego określania, czyli zdefiniowania. W wieku przedszkolnym przeważają definicje celowe, użytkowe i funkcjonalne, związane z subiektywnym, a niekiedy jeszcze egocentrycznym ujmowaniem świata.”

Nie ma zatem co się dziwić, że katechetka wyjaśnia, że obok świata materialnego jest świat niematerialny, zapełniony takimi istotami jak: Bóg Ojciec, Jezus Chrystus, Duch Święty, Maryja, święci i aniołowie. A ponieważ istnieją, to trzeba się do nich modlić. Ale modlić mogą się tylko ochrzczeni, bo to oni są rodziną dzieci Bożych. Czyli ochrzczeni są cacy, a nieochrzczeni nie są cacy.

Ci dobrzy biegają do kościoła i wykonują tam różne gesty, których dzieciak też musi się nauczyć. Ma też poznać podstawowe przedmioty znajdujące się w kościele: krzyż, ołtarz, tabernakulum.

Jezus w jaju Wielkanocnym

Czterolatek ma też wiedzieć, skąd Jezus wziął się na krzyżu i dlaczego on też kocha dzieci. No chyba, że dziecko zachowuje się niegodnie i wtedy Jezus kocha dziecko inaczej.

Psychologia rozwojowa dziecka ujmuje to tak: „W oparcie o elementarne, wrodzone, podstawowe emocje tj. gniew, strach, przyjemność, w toku rozwoju dziecka i obcowania z dorosłymi i innymi dziećmi, wraz z bogaceniem się jego doświadczenia kształtują się w wieku przedszkolnym bardziej złożone, rozwinięte emocje, jakimi są uczucia. Emocje, które uzyskały znaczenie dominujące, oddziałują na osobowość dziecka, a poprzez nią na jego przystosowanie psychiczne i społeczne.”

Stąd na zajęciach katechetycznych maluchy zajmują się wykonywaniem prostych ozdób na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Katecheta winien jednak pamiętać, że dzieciak nie powinien broń Boże dowiedzieć się, że symbolika większości ozdób świątecznych z chrześcijaństwem ma tyle wspólnego, co tybetański młynek modlitewny. Ważne, żeby po trzech latach religii w przedszkolu mały człowiek mógł – jak to ujęła episkopalna podstawa programowa – „modlić się swoimi słowami, gestem, zabawą i wykonywaną pracą, opowiadać o treści ilustracji religijnych, podawać dary Boże jako motywy modlitwy uwielbienia i dziękczynienia. Potrafić dziękować Bogu, uwielbiać go, przepraszać i prosić swoimi słowami”.

I tu widać wpływ psychologii rozwojowej uznającej, że „właśnie w tym okresie rozumowanie dziecka przebiega już nie tylko na podstawie wyobrażeniowej. Ważną rolę w rozumowaniu odgrywają symbole słowne”.
I pewnie dlatego episkopat wymaga, by przedszkolak potrafił „tworzyć swoimi słowami litanie wdzięczności i dziękczynienia za dary Boga” – rzecz jasna – wykorzystując znak krzyża. Zapewne po opluciu koleżanki winien zmówić Aniele Boży, Ojcze Nasz i Zdrowaś Maryjo. Zaś po przebudzeniu się z leżakowania wyjaśnić, „dlaczego Bóg oczekuje, aby ludzie wspierali się i pomagali sobie wzajemnie”, mimo, że to „Jezus troszczy się o chorych, cierpiących i potrzebujących”.

Ołtarz przy pluszakach

Źródłem religijnych mądrości są podręczniki. Liczba mnoga bierze się stąd, że poszczególni biskupi mają swoje drukarnie i zaprzyjaźnionych książkokletów. I jedne i drudzy muszą zarobić, kasa dla kurii też jakaś wskoczy. W końcu cena jednej książki do religii to kilkanaście złotych, a nakłady kilkudziesięciotysięczne.

Te biznesowe skłonności hierarchów spowodowały, że katecheci mają z czego wybierać. Pozornie, bo to, jaki katechizm obowiązuje w danej diecezji ustala biskup. Więc jasne jest dlaczego w diecezji płockiej dzieciaki kolorują obrazki w książce „Jesteśmy Rodziną Boga” wydanej przez Płocki Instytut Wydawniczy, a przedszkolaki na terenie podległym Dziwiszowi, w broszurze „Bóg kocha nas”, na której zarabia Wydawnictwo św. Stanisława z Krakowa.

W zaleceniach Episkopatu dotyczących prowadzenia religii w przedszkolach jest przykazanie dla dyrekcji przedszkoli, o zadbanie o to by „w pomieszczeniach przedszkolnych znalazł się tzw. kącik religijny zawierający elementy związane z procesem wychowania religijnego (obrazy, figury religijne, krzyż, Pismo Święte, różaniec, świeca itp).” Oczywiście cały czas pamiętajmy, że mówimy o przedszkolach publicznych w państwie, którego Konstytucja ma zapis mówiący, że „władze publiczne zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych”. Władze przedszkoli też to chyba obowiązywać powinno.

Dowodem na to, że episkopalnego programu nie tworzyli idioci, jest i taki pasus: „Znaczną część czasu podczas nauczania religii dzieci w wieku przedszkolnym należy przeznaczyć na gry, zabawy, ćwiczenia, piosenki z wykonywaniem gestów, podczas których dzieci bawią się i uczą. Ze względu na małą zdolność koncentracji dziecka w wieku przedszkolnym niezbędne jest urozmaicenie metod katechetycznych, wprowadzenie elementów zabawy oraz zróżnicowanie środków dydaktycznych.” Są to wszystko socjotechniki wyprowadzone z praw pedagogiki i psychologii rozwojowej dziecka w wielu przedszkolnym.

Po takiej przepierce kształtującej się osobowości w maluchu kończącym przedszkolną religię, Kościół ma już niemal kompletnego katolika. Takiego, co zna parę paciorków, boi się Boga i wie, że ksiądz ma zawsze rację.

O genezie powstania projektu ustawy Kongresu Świeckości

O jawności przychodów kościołów i związków wyznaniowych oraz o likwidacji ich przywilejów finansowych.

Żyjemy w głęboko podzielonym społeczeństwie, które sposób widzenia rzeczywistości wywodzi z historycznie przeciwstawnych koncepcji ideowych. Religijna wizja świata, przywiązanie do ustalonej hierarchii społecznej i tradycyjnie ukształtowanych ról społecznych zderza się ze światopoglądem racjonalistycznym, naukowym i humanistycznym, wykluczającym kształtowanie stosunków społecznych  i zasad funkcjonowania  państwa na podstawie reguł i rytuałów wyznania katolickiego. Różni nas wiele spraw takich jak np.: rozumienie niepodległości i definiowanie ojczyzny i narodu, postrzeganie suwerenności naszego kraju i jego pozycji w Europie i na świecie, brak akceptacji dla roszczeń Kościoła zarówno ekonomicznych jak i odnoszących się do kształtowania wyobraźni, moralności i edukacji  społeczeństwa jak i konfesyjnie zdefiniowanego system wartości narzucanego całemu społeczeństwu wbrew różnicom światopoglądowym. Wobec tych i wielu innych różnic tylko państwo świeckie przestrzegające zasady separacji od wszelkich instytucji religijnych i wspólnot, państwo nie zaangażowane religijnie stwarza możliwość bezkonfliktowego współistnienia ludzi reprezentujących różne, często sprzeczne poglądy, postawy, opcje polityczne i przekonania, a także style i sposoby życia. Ustanowienie demokratycznego, świeckiego państwa prawnego wymaga jednak akceptacji dla  stopniowego wprowadzania rozwiązań prawnych, które w efekcie mają przywrócić zaburzoną równowagę pomiędzy konstytucyjnie zagwarantowaną sferą autonomii i niezależności zarówno państwa jak i kościołów i innych związków wyznaniowych – każdego w swoim zakresie. Zagwarantowana konstytucyjnie autonomia i wzajemna niezależność oznaczać powinna przede wszystkim, że wspólnoty wyznaniowe powinny rozwijać się przede wszystkim przy wykorzystaniu własnego potencjału organizacyjnego, materialnego i intelektualnego, a nie korzystając ze stałego wsparcia organizacji państwowej. Żeby jednak powstały warunki do przyjęcia odpowiednich regulacji prawnych realizujących rzeczywistą samodzielność i niezależność wspólnot wyznaniowych należy zerwać z utrzymywaniem niejawności gospodarki finansowej kościołów i związków wyznaniowych nawet wobec praktykujących wiernych, zlikwidować szarą strefę obrotu gospodarczego, którą taka sytuacja powoduje oraz zlikwidować te jednostronnie przyznane przez państwo przywileje, które w pierwszym rzędzie pozostają poza regulacją art.22 ust.2 konkordatu, a wiec dotyczących sytuacji finansowej instytucji i dóbr kościelnych, a po wypowiedzeniu tego postanowienia także innych przywilejów przysparzających dochodów i majątku kościołom i innym związkom wyznaniowym.         

Decydując się na podjęcie próby zorganizowania obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej Kongres Świeckości przeprowadził wiele dyskusji, spotkań z różnymi środowiskami, konsultacji z prawnikami i legislatorami, przeanalizowane zostało orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego dotyczące relacji kościołów i związków wyznaniowych z państwem i przy pełnej świadomości trudności i problemów jakie stwarza poruszana problematyka i niepewny skutek kampanii zbierania 100 tys. podpisów wymaganych dla przyjęcia projektu obywatelskiego przeprowadzona została cała wymagana prawem procedura.  

Proponowany projekt ustawy został osadzony w konstytucyjnym uregulowaniu stosunków pomiędzy państwem, a kościołami i związkami wyznaniowymi na zasadzie ich wzajemnej autonomii i niezależności każdego w swoim zakresie (Art.25 ust 3 Konstytucji RP). Rozgraniczając sferę religijną od sfery podlegającej wyłącznej kompetencji władzy państwowej prawo przyznaje państwu zdolność do kształtowania powinności wszystkich podmiotów funkcjonujących na jego terytorium.
Powinności te mogą dotyczyć zarówno obowiązków informacyjnych jak i regulować zakres udzielanych korzyści, ulg, zwolnień i innych przywilejów. Nie może jednak odbywać się to w sposób dowolny, lecz zgodnie z zasadami jawności, równości podmiotów wobec prawa czy bezstronności władz publicznych w sprawach światopoglądowych (wyznaniowych).

W tym stanie rzeczy projektowana ustawa ingerowała głównie w zakres przywilejów, który nie jest związany z ich statutową tj. kultową działalnością, a raczej dotyczy coraz częściej podejmowanej przez tzw. kościelne osoby prawne działalności zarobkowej, gospodarczej, inwestycyjnej.

Działalność taka obudowana przywilejami w zakresie chociażby nabywania nieruchomości prowadzi do naruszenia równości w działalności deweloperskiej, sprzyja tworzeniu biznesowych układów przedstawicieli kościołów z przedsiębiorcami i politykami – sitw operujących skrycie w niejawnej sferze finansów kościoła.   

Wszystkie podmioty uczestniczące w obrocie gospodarczym powinny mieć równe warunki prowadzenia inwestycji. Proponowana ustawa, nakładając obowiązek informacyjny o łącznych osiąganych przychodach przez jednostki organizacyjne kościołów, związków wyznaniowe i kościelne osoby prawne oraz poprzez nakaz ujawniania przez inne podmioty jak np. instytucje państwowe, spółki Skarbu Państwa, przedsiębiorstwa państwowe uczynionych na rzecz kościelnych osób prawnych przysporzeń majątkowych w formie m. in. darowizn, transakcji nie ekwiwalentnych, ulg i upustów w cenach sprzedaży ma na celu wzmocnienie transparentności życia publicznego. W efekcie w znacznym stopniu przyczyniłoby się to do ograniczenia powstawania patologicznych, oligarchicznych powiązań świata biznesu, polityki i kościoła.

W przeciwieństwie do złożonego w sejmie RP rządowego projektu ustawy o jawności życia publicznego, który niedopuszczalnie ingeruje w prawo do prywatności obywateli i ich autonomię informacyjną poprzez nakaz wyjawiania całego majątku także osobom nie pełniącym żadnej funkcji publicznych projekt ustawy o jawności przychodów i likwidacji przywilejów, nie ingerując w wolności religijne i prawo do swobodnego dysponowania przez wiernych swoimi środkami pieniężnymi na rzecz instytucji wyznaniowych, sprzeciwia się pozostawieniu przepływów pieniężnych dyskrecjonalnemu uznaniu kościołów i związków wyznaniowych.

Koncepcja autonomii i niezależności państwa i kościołów oraz związków wyznaniowych zgodnie z jej brzmieniem zawartym w art.1 konkordatu, a także art.25 Konstytucji RP oznacza niekompetencję państwa jedynie w s p r a w a c h  r e l i g i j n y c h oraz prawo kościołów do tworzenia norm prawnych regulujących ich sprawy wewnętrzne, a także niekompetencje kościołów i związków wyznaniowych w sprawach świeckich oraz niezależność od prawa kościelnego systemu prawnego obowiązującego w państwie.

Wyżej opisana zasada powinna oznaczać w praktyce całkowitą organizacyjną i funkcjonalną odrębność organów i instytucji kościołów i związków wyznaniowych od państwa władnego kształtować także i ich powinne zachowanie w wypadku podjęcia aktywności w sferze świeckiej jak np. poprzez działalność gospodarczą.

Niedopuszczalne jest zatem rozszerzanie uprawnień kościołów i związków wyznaniowych na sprawy leżące poza wykonywaniem funkcji religijnych.  Oznacza to nie więcej niż prawo do ogólnie pojmowanej wolności religijnej jako przestrzeni, w której następuje swobodna realizacja prawa człowieka do praktyk religijnych z jednej strony, a z drugiej do kształtowania postaw i zachowań wiernych według wskazań religijnych przez instytucje religijne. Uprawnienia przysługujące instytucjom religijnym w ich sferze autonomii to prawo do nauczania, ale nie koniecznie w państwowym systemie oświaty, wyrażania oceny moralnej z punktu widzenia własnej doktryny wiary, ale nie połajanek polityków i władzy publicznej, udział wiernych w kształtowaniu systemu instytucjonalno -prawnego w kraju, ale bez podporządkowania go regułom i rytuałom wyznaniowym. Sfera religijna jest wyznaczona zakresem praw człowieka do wolności wyznawania i uzewnętrzniania religii (wolność indywidualna) i wolnością swobodnej działalności instytucji religijnych (wolność kolektywna) i wobec tego w żadnym razie nie można tolerować sytuacji, w której kościoły i związki wyznaniowe samodzielnie interpretują zakres spraw religijnych ustalając granice niezależności według swoich potrzeb i uznania.

Niestety wobec braku wymaganej liczby 100 tys. podpisów obywatelska inicjatywa legislacyjna nie odniosła pożądanego rezultatu, a projekt ustawy został przekazany posłom lewicy. Ostatecznie został on wniesiony do sejmu RP przez Roberta Biedronia w ostatnich dniach kampanii wyborczej. Do dzisiaj nie może się jednak doczekać chociażby nadania numeru druku sejmowego, co ułatwiłoby podjecie nad projektem dyskusji, która mogłaby ujawnić aktualny stopień poparcia wśród polityków dla koncepcji rozdziału Kościoła od państwa.

Kościół Gądeckich a grzechy główne

Arcybiskup Gądecki z Poznania opublikował artykuł, w którym był łaskaw uznać, że wprowadzając w czasie pandemii pewne (zresztą wedle powszechnej opinii stanowczo zbyt łagodne!) ograniczenia dla niektórych praktyk religijnych państwo polskie dopuściło się skandalicznego pogwałcenia praw kościelnej korporacji: „rządy z przeszłości nigdy nie ośmieliły się nałożyć na Kościół tak drastycznych zakazów; w dwutysiącletniej (zachowuję pisownię hierarchy – G. W.) historii Kościoła nie wydarzyło się nic podobnego, także podczas wojen, bombardowań czy w czasach zarazy”.

Oburzył się biskup i na sposób czy też brak konsultacji tych ograniczeń z jego firmą: „Kościół został potraktowany jako dziedzina niekonieczna dla życia” – rezonował – a przecież „religie odgrywają znaczącą rolę w zachowaniu zdrowia duchowego i mentalnego”.

Ten paroksyzm poznańskiego biskupa zaiste poraża. Nie wiadomo też, jak go traktować: czy widzieć w nim tylko paranoidalny wybryk umysłowy tracącego kontakt z rzeczywistością kościelnego dostojnika, czy doszukiwać się w nim jakiegoś celu – na przykład niezgrabnie zakamuflowanej oferty politycznej pod adresem Platformy Obywatelskiej, która ustami swego starego-nowego lidera objawiła niedawno, że winę za upadek polskiego kościoła ponosi nie tyle on sam, ile przede wszystkim PiS; szłoby więc o ucieczkę szczura z tonącego okrętu – wypowiedzenie kolaboracji PiS-owi i zaproponowanie sojuszu ołtarza i tronu Platformie, oczywiście za odpowiednio słoną cenę. Jedno jest wszakże pewne – elukubracje Gądeckiego są kolejnym przejawem niesłychanej, niewyobrażalnej buty i pychy i Gądeckiego osobiście, i jego firmy jako całości.

Z dziecięcych lat, gdy jak większość polskiej dzieciarni poddawany byłem przez kościół próbom umysłowego zniewolenia i katechetycznej indoktrynacji, zapamiętałem używane tam pojęcie „siedmiu grzechów głównych” (z których jakoby mają się wywodzić wszystkie inne wady). Na czele tej siódemki stała trójca – wedle katechizmowego nazewnictwa: pycha, chciwość, nieczystość. Jeśli dziś przyszłoby nam usłyszeć te trzy słowa z ust jakiegoś katolickiego kaznodziei, z pewnością nie sposób byłoby nie odnieść wrażenia, że w tych trzech dosadnych określeniach kreśli on zbiorowy portret funkcjonariuszy swego kościoła. Pycha, chciwość, nieczystość – czyli innymi słowy: pycha, pazerność, pedofilia – te „trzy P” urosły do rangi symbolu aparatu instytucji, która uważa je za grzechy główne swych członków.

Ale też za sprawą tych „trzech P” i wystąpień takich, jak to Gądeckiego, polski kościół nadal coraz częściej i coraz dotkliwiej będzie na własnej skórze się przekonywał, że dla coraz to większej liczby Polaków staje się dla życia nie tylko „niekonieczny”, ale wręcz zbędny i szkodliwy…

Czy mamy szanse na świeckie, demokratyczne państwo prawne?

Świeckość, postulowana przez środowiska sprzeciwiające się wyznaniowemu charakterowi państwa, który obecna narodowo-katolicka władza postanowiła ugruntować we wszystkich sferach życia i aktywności obywateli.

Pozostaje w opozycji nie tylko do narzucania całemu społeczeństwu, w różnych formach przymusu światopoglądowego, ideologii katolickiej jako ideologii państwowej, lecz także do religijności rozumianej szerzej tj. jako religijna wizja świata, w którym obowiązywać mają prawa, reguły i rytuały wywiedzione z doktryny religijnej i to jednej opcji wyznaniowej. Nie dotyczy ona zatem samego praktykowania wiary religijnej jako aktów wynikających z indywidualnego wyboru, ani też wolności funkcjonowania kościołów i innych związków wyznaniowych.

Świeckość występuje natomiast przeciwko klerykalizacji zarówno państwa jak i życia społecznego przejawiającego się szczególnie intensywnie w polityzacji religii czyli wykorzystywaniu religii w działaniach politycznych, co następuje praktycznie poprzez zaprzęgnięcie instytucji wyznaniowej do takich działań oraz klerykalizmowi politycznemu jako metodzie zdobywania poparcia społecznego przez partie lub ruchy polityczne. Oba procesy, których występowanie można obserwować w Polsce mogą ustąpi
jedynie pod presja społeczeństwa obywatelskiego i to tylko wtedy, gdy społeczeństwo uzna za godne poparcia przyjęcie uniwersalnych propozycji przeprowadzenia rozdziału kościołów i innych zwiadów wyznaniowych od państwa. W tym dziele najistotniejszą role odegrają procesy laicyzacji, którym powinna przewodzić humanistyczna idea stawiająca człowieka, a nie Boga w centrum systemu aksjologicznego na jakim powinno zostać skonstruowane współczesne państwo demokratyczne. Państwo takie, zbudowane na bazie umowy wolnych obywateli, swoje prawo najwyższe wywodzić powinno z konsensusu ludzi, a więc źródła tworzącego normy będące wyrazem ludzkich wartości etyczno-moralnych, a nie będące rezultatem objawienia przez istotę nadprzyrodzoną z którego wynikać ma nadany porządek wyższego rzędu.

Pomimo, że procesy laicyzacji W Polsce postępują, co szczególnie widoczne jest w społecznościach miejskich i wśród młodego pokolenia, to nie można też nie zauważyć, że procesy te są przeważnie skutkiem znużenia, zniechęcenia, odrzucenia uczestnictwa w praktykach religijnych czy też w szkolnej konfesjonalizacji, a nie z przesłanek aksjologicznych. Mniej w tym zjawisku dostrzeżenia roli nauki i racjonalizmu, chęci odkrywania i poznawania otaczającego nas świata i wszechświata w sposób wolny od mitów i urojeń, a więcej emocjonalnego wyrazu sprzeciwu wobec nachalnego narzucania ideologii katolickiej, odnajdywania swego miejsca w podziale politycznym społeczeństwa, a w końcu zwykłego wygodnictwa młodzieży zainteresowanej wyrwaniem się ze sztywnych reguł wyznaniowych dających wprawdzie wierzącym iluzję pewności i przynależności do wspólnoty wyznaniowej, ale dla większości obecnych nastolatków przynależność taka nie ma większego znaczenia.
Czyżby zatem wystarczyło wygrać wybory odsuwając od władzy narodowo-katolicka koalicję by można było wprowadzić chociażby podstawowe zasady rozdziału kościołów i innych związków wyznaniowych od państwa? Niestety, nie. Jakakolwiek zmiana w tym względzie wymagałaby długotrwałego prowadzenia działań edukacyjnych, informacyjnych i prowadzenia trudnych bo w istocie konfrontacyjnych działań przedstawicieli władzy państwowej z Kościołem katolickim.

Nawet jeżeli opozycji demokratycznej po wygranych wyborach prezydenckich uda się pozbawić władzy narodowo-wyznaniową partię rządzącą to i tak nie zagości w Polsce demokracja w jej liberalnym modelu charakteryzującym państwa cywilizacji euro-atlantyckiej. Samo nie stworzy się poszanowanie dla obowiązującego prawa wynikające z przyjęcia umowy społecznej zapisanej w uchwalonej konstytucji za jedyny fundament państwa i społeczeństwa bez odwołania do jakiegokolwiek wyższego porządku w tym ustanowionego jakoby przez istotę nadprzyrodzoną. Tymczasem z obowiązującej konstytucji jak i z całego systemu prawnego wzniesionego na jej podstawie oraz na bazie umowy międzynarodowej ze Stolicą Apostolską wpisanej do Konstytucji RP wynika utrwalone uprzywilejowanie instytucji Kościoła katolickiego mającego reprezentować ów objawiony, wyższy porządek.

Niezależnie od skali uprzywilejowania Kościoła katolickiego i jego instytucji personalne i terytorialne, które z mocy art.6 konkordatu cieszą się przywilejem automatycznego korzystania ze statusu osoby prawnej prawa polskiego, jaki i szczególny status podatkowy, a także cały szereg ulg, zwolnień i wyłączeń spod restrykcji przewidzianych obowiązującym prawem, to trzeba zauważyć że Kościół jest traktowany w postanowieniach konstytucyjnych jak instytucja państwowa. Świadczy o tym umieszczenie podstawowych zasad jego funkcjonowania w rozdziale I konstytucji poświeconym państwu, ustrojowi i instytucjom państwowym. Fakt ten podkreśla znaczenie instytucji wyznaniowych wśród podstawowych instytucji władzy państwowej i tym samym przydaje szczególna rangę religii jako takiej, a wobec monopolizacji sfery religijnej w Polsce przez jedno wyznanie rangę ideologii państwowej nadaje katolicyzmowi. Szczególne znaczenie odgrywają w pozycji Kościoła przywileje w zakresie gospodarki nieruchomościami czy ustroju rolnego pozwalając na osiąganie nadzwyczajnych dochodów dużo niższym kosztem niż np. przedsiębiorcy w branży deweloperskiej ze względu na możliwość nabywania gruntów za ułamek ich wartości, albo też swobodne dysponowanie gruntami rolnymi. Możliwość odliczania od dochodów zarówno osób prawnych (10%) jak i fizycznych (6%) darowizn na cele kultu religijnego stanowi poważne źródło finansowania kościołów i związków wyznaniowych przewyższające Fundusz Kościelny, który w 2018 roku osiągnął wysokość 156 mln. zł. Znajdując się w tak uprzywilejowanej sytuacji Kościół katolicki przez ostatnie trzydzieści lat stał się największym po państwie właścicielem ziemskim, prawdopodobnie największym pracodawcą i najbogatszą instytucją o całkowicie niejawnym systemie finansowym, podlegającym opodatkowaniu w niektórych jedynie aspektach działania jak np. ryczałtowy podatek kwartalny płacony przez księży w symbolicznym wymiarze uzależnionym od liczby mieszkańców parafii. W takim stanie rzeczy, żaden nawet sprawnie działający system demokratyczny nie będzie w stanie przeciwstawić się skutecznie aspiracjom i roszczeniom tak wpływowej i potężnej instytucji jaką jest dzisiaj w Polsce Kościół katolicki. W każdym wypadku ujawnienia się sprzecznych interesów państwa z tą instytucją będzie ona mieć przewagę wynikającą z jej organizacji tj. hierarchicznej struktury, ciągłości i profesjonalizmu stałego zaplecza intelektualnego, własnych mediów i milionów wyznawców. W konfrontacji z kadencyjnymi składami kolejnych rządów i ich funkcjonariuszami, głównie partyjnej proweniencji są one na wyraźnie gorszej pozycji, a konstytucyjnie przewidziany zgodnie z zasadą bilateralizmu proces uzgadniania wspólnego stanowiska (współdziałania) państwa i kościoła w kwestiach m.in. dobra wspólnego skazuje je na nieuchronną porażkę.

Nie bez znaczenia pozostają również uwarunkowania społeczne. Ogromny postęp cywilizacyjny towarzyszący rozwojowi nauki i techniki pozostawił w tyle znaczne części społeczeństwa, szczególnie w tych rejonach w których przeważa mentalność agrarna, a dostęp do edukacji i korzystania ze zmian technicznych i kulturowych jest słaby. Deficyt ten kieruje społeczności wiejskie, małomiasteczkowe , seniorów i słabiej wykształcone grupy młodzieży w stronę zachowawczą, tradycjonalistyczną wywodzącą się z prostych reguł konfesyjnie zdefiniowanego systemu wartości, który tłumaczy świat w kategoriach zrozumiałych i porządkuje go w konfrontacji z coraz bardziej złożonym, obrazem multikulturowej cywilizacji zachodniej. Jednocześnie te najbardziej oddane religii i Kościołowi katolickiemu rzesze wyznawców nie pozostają bierne, lecz organizują się w liczne ruchy, stowarzyszenia, kluby i koła, zgłaszają pretensje do kształtowania polityki państwa według swoich oczekiwań i upodobań wykorzystując rzekomą przewagę liczebną nad nie konfesyjną częścią społeczeństwa.

Zakres trudności z jakimi zderzają się procesy laicyzacji w konfrontacji z polityzacją religii i politycznym klerykalizmem w pierwszym rzędzie wymagają przedstawienia całego wielowymiarowego obrazu funkcjonowania kościołów i związków wyznaniowych w naszej rzeczywistości społeczno-politycznej. Nie tylko odsłonięcia całej prawdy o deprawacji, demoralizacji i przestępczości kleru, ale i roli szeroko rozumianych przedstawicieli Kościoła katolickiego pełniących funkcje w administracji państwowej, w organizacjach samorządowych, bądź cieszą się instytucjonalnym dostępem do władzy zasiadając w rządowo – kościelnych komisjach i zespołach. Oznacza to musi także. konieczność wprowadzenia pełnej transparentności finansów instytucji wyznaniowych, w tym przede wszystkim Kościoła katolickiego, oraz ograniczenie jego przywilejów i ulg do działalności ściśle statutowej tj. sfery religijnej, która zgodnie z postanowieniami konstytucyjnymi objęta jest autonomią i niezależnością wobec państwa i leży w jego zakresie czy dziedzinie jak stanowi to konkordat. Należy w pełni ujawnić zakres kościelnych inwestycji deweloperskich, wielkość prowadzonych przez kościoły i związki wyznaniowe gospodarstw rolnych, ilość przekazanych przez Skarb Państwa nieodpłatnie gruntów rolnych, areał zwrócony w wyniku decyzji Komisji Majątkowej w tym także zupełnie bezprawnie przekazanych przez gminy jako nieruchomości zastępcze na podstawie przepisów uchylonych orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego z 2011 roku. Konieczne jest wprowadzenie centralnego rejestr tzw. wyznaniowych osób prawnych, które na mocy konkordatu otrzymują automatycznie status osób prawnych prawa cywilnego i mogą działać w obrocie gospodarczym. Powinien być to rejestr sądowy. Przede wszystkim jednak konieczne jest jawne i bieżące rejestrowanie wszystkich przysporzeń majątkowych jakie Kościół otrzymuje od instytucji państwowych, państwowych osób prawnych i spółek z udziałem Skarbu Państwa, a także prywatnych osób prawnych i fizycznych.

W sposób oczywisty dotychczasowe mechanizmy państwa demokratycznego mające zabezpieczyć podstawowe zasady jawności życia publicznego, bezstronności światopoglądowej władzy publicznej, bo przecież o zachowaniu jej świeckości nawet nigdy nie było mowy, okazały się nie wystarczające.

Aktywność państwa w urządzaniu kraju według aktualnych upodobań religijnych rządzących przejawiająca się m.in. w stałym zwiększaniu finansowania Kościoła katolickiego i aprobacie dla kształtowania wyobraźni, moralności i edukacji społeczeństwa według konfesyjnie zdefiniowanego systemu wartości w odczuciu większości społeczeństwa nie jest niestety podstawową przeszkodą w budowie demokratycznego państwa prawnego. W sposób oczywisty blokuje to zmiany kulturowe, a tym samym rozwój i postęp społeczny i ekonomiczny. Nie można więc już dzisiaj jednoznacznie twierdzić, że mamy w Polsce bezwzględną większość poparcia dla świeckości państwa czyli demokratycznego, świeckiego państwa prawnego.

Geniusze w koloratkach

Jedynie łasce wiary owieczek księża zawdzięczają to, że uchodzą za osoby wykształcone.

Edukacja księdza trwa 6 lat. Odbywa się w seminarium. Czymś pomiędzy więzieniem a koszarami. Z tą różnicą, że można w każdej chwili wyjść. Tylko po co? Seminaria nie są płatne. Łóżko i żarcie też za darmo. Absolwenci dostają papiery równe studiom magisterskim. Zaś w trakcie nauki ma się absolutne zwolnienie od korzystania z myślenia. Zostaje tylko bezkrytyczne zapamiętywanie i posłuszeństwo.

Owszem, są przedmioty pozwalające wierzyć, że się studiuje. Jest taka sama jak gdzie indziej „Logika”. Jest też wynikająca z logiki „Ogólna metodologia nauk”. I „Wychowanie fizyczne” dzięki któremu seminarzyści mogą pozbyć się nieco energii i pooglądać w przebieralni spocone ciała kolegów. A ponieważ przyszły ksiądz musi dogadać się z przełożonymi w Watykanie, winien znać łacinę i grekę oraz któryś z języków współczesnych. I są to bodaj ostatnie z przedmiotów „świeckich”.

Filozofia jest rozbita na trzy przedmioty. „Historia filozofii” nie tyle pozwala poznać klerykowi wszystkie nurty tej nauki, ile ma mu wytłumaczyć, że się mylą. Z wyjątkiem prawdy napisanej przez ojców Kościoła.

„Antropologia filozoficzna” objaśnia kandydatowi na księdza „człowieka w kontekście natury”. Chodzi w tym o to, aby jedynym wnioskiem wynikającym z myśli Hegla, Heideggera, czy Platona było, że „człowiek jest syntezą świata duchowego i świata materialnego. Jako taki jest obiektem twórczego działania Boga. W nim Bóg wyraził swój obraz i swoje podobieństwo.”

Do tego dochodzi „Filozofia Boga”. Ma nauczyć przyszłych proboszczów jak udzielać wiernym odpowiedzi na pytania o istnienie i naturę Boga. Czyli jak walczyć ze złem ateizmu, agnostycyzmu lub teizmu.

„Pismo święte” seminarzyści wałkują na przedmiotach o wdzięcznych nazwach „Egzegeza „Starego Testamentu” i „Egzegeza „Nowego Testamentu”. Acz bez szczególnej atencji w takich kwestiach jak Sodoma i Gomora i piersi w „Pieśni nad pieśniami”. Za to ze szczególnym naciskiem na Apokalipsę oraz epistolografię adresowaną do synów i cór Koryntu.
Po lekturze Biblii na kleryków czeka „Patrologia” ubogacająca wiedzę bogactwem przemyśleń tzw. Ojców Kościoła. Jak choćby św Augustyna, uważającego, że „Kobieta jest istotą poślednią, która nie została stworzona na obraz i podobieństwo Boga. To naturalny porządek rzeczy, że kobieta ma służyć mężczyźnie.”

„Historia Kościoła” zapozna przyszłych księży ile to zła Kościół Boży wycierpiał od heretyków i pogan. Zaś „Religiologia” nauczy ich czym buddysta i szyita różni się od animisty. I – rzecz jasna – dlaczego się mylą. A potem nieco socjologii, ekonomii i politologii w ramach „Katolickiej Nauki Społecznej”. „Prawo kanoniczne” nauczy kleryka kto w Kościele jest ważny i jak namawiać owieczki, do wydania kilkanaty tysięcy złotych na „unieważnienie małżeństwa”.

Są też przedmioty stricte zawodowe. „Dydaktyka” uczy uczyć religii i manipulować wiernymi. „Pedagogika” przygotowuje do kontaktów z nieletnimi. Zaś rozbita na kilka semestrów „Katechetyka” nauczy przyszłego klechę socjotechnik i psychomanipulacji w celu skutecznego prania mózgów.

Dzięki „Liturgice” klerycy opanują na pamięć wszystkie obrzędy i ich choreografię niezbędną przecież do umiejętnego nalewania wina i łamania opłatka.

„Prawo oświatowe” zdawałoby się przecież świeckie jest. Ale ksiądz musi je znać, żeby wiedzieć, że katecheta w szkole jest ważniejszy od dyrektora i dlaczego.

„Historia sztuki” pozwoli klesze zorientować się czy urządza mszę w kościele barokowym, czy może neogotyckim.

Nader istotna dla adeptów księżowania jest „Misjologia”. Kleryków mamy bowiem o wiele za wielu jak na liczbę probostw i długość życia proboszczów. Dlatego, żeby mieć robotę, mnóstwo księży będzie musiało wybrać emigrację.

„Homiletyka” nauczy kleryka pisać kazania. „Współczesne zagadnienia duszpasterskie” zapoznają ich z wiedzą o sektach, konieczności tolerowania świeckich w Kościele i robieniu mszy dla osadzonych lub niepełnosprawnych. Ponieważ przydać się do tego może umiejętność wokalna to klerycy uczą się śpiewać na „Emisji głosu”, „Fonetyce pastoralnej” i „Muzyce kościelnej”.

Królową nauk w seminarium jest rzecz jasna „Teologia dogmatyczna” I to podzielona na kilka innych teologii, po to aby kleryk każdą mógł wkuwać choć jeden semestr.

Z „Protologii” dowie się, że na początku był chaos, do którego Bóg dorobił resztę. A wszystko to podlane sosem symboliki, aby nie gryzło się to za bardzo z teorią Wielkiego Wybuchu, zakrzywieniem czasoprzestrzeni, tudzież fizyką kwantową. Przedmiot ten zdaniem znawców jest maestrią manipulacyjną, która w połączeniu z wymuszonym brakiem krytycyzmu kleryków, pierze mózg idealnie.

„Chrystologia” to też teologia. A nawet fundament chrześcijaństwa. Student ma zapamiętać, że Jezus jako osoba boska był od zawsze, ale ok. roku 0 się urodził jako człowiek. Potem zaś będąc nieśmiertelnym Bogiem-człowiekiem umarł po to, żeby zmartwychwstać. Jasne?

„Pneumatologia” zajmuje się kolejnym boskim wcieleniem tyle, że duchowym. Znaczy Duchem Świętym. Przez wiele miesięcy przyszli księżą uczą się zatem o relacjach Ducha Św. z Bogiem i Jezusem, którzy przecież są z nim jednością. Ba, klerycy zgłębiają też głębię własnej osobowości Ducha Św.

O łasce naucza adeptów księżowania „Charytologia”. Generalnie chodzi o to, że taka łaska ustanawia synostwo Boże w człowieku i sprowadza nań udział w Duchu Świętym we właściwej Jezusowi relacji z ojcem. Prawda, że to proste?

Kolejną dziedziną teologii dogmatycznej jest „Eklezjologia”. „Zmierza do uzasadnienia wiarygodności zbawczego objawienia Boga w Jezusie Chrystusie oraz jego uobecnienia w tajemnicy Kościoła. Eklezjologia w sposób racjonalny i krytyczny podejmuje kwestię prawdziwości Kościoła w odniesieniu do faktu Chrystusa. Odpowiada na pytanie o pochodzenie Kościoła od Chrystusa oraz o witalną i permanentną relację między zmartwychwstałym Chrystusem a Kościołem.” To cytat z wykładowcy szkoły dla księży, opisującego ten przedmiot w internecie. Taki zabieg stylistyczny polegający na ukryciu braku jakiegokolwiek sensu za brzmiącymi mądrze słowami, jest jednym z koronnych elementów każdej manipulacji słownej. I nauczyciele seminaryjni doskonale zdają sobie z tego sprawę.

Teologia katolicka to rzecz jasna i „Mariologia”. Rzecz o dziewictwie mimo poczęcia. I nic to, że dawnych przekładach Ewangelii stoi, że Maria urodziła jeszcze Jezusowi rodzeństwo. „Sakramentologia„ z kolei, przez parę miesięcy udowadnia klerykom, że bez wody święconej i opłatka, człowiek przed i po śmierci będzie miał źle bardzo. „Eschatologia” opowiadając o śmierci i końca świata tłumaczy jak to jest w niebie, piekle i czyśćcu. Jest i nader istotna teologia o nazwie „Trynitologia”. Zajmuje się w sposób „naukowy” Trójcą. Czyli tym, że trzech może być jednym, a na dodatek – każdy czymś osobnym.

„Teologia duchowości” uczy przyszłego księdza się modlić. Uczy przez 3 lata. Na pierwszym roku celem wykładów jest „wprowadzenie w modlitwę chrześcijańską a także w podstawy katolickiej teologii duchowości”. Na drugim roku „wprowadzenie w podstawy antropologiczne i teologiczne teologii duchowości”. A na trzecim „wprowadzenie w mistykę chrześcijańską”.

In vitro, aborcja, eutanazja, samobójstwo, uzależnienia i prawo do obrony koniecznej to zdawać by się mogło pojęcia związane z etyką. W seminarium zaś nie. Bo to wszystko to „Teologia moralna”.

Widać w seminarium wszystko jest teologią. Jak inaczej wytłumaczyć, że ucząc kleryków o podstawowej jednostce społecznej nadaje się temu nazwę „Teologia rodziny”. Uczą o tym, że rodzina służy do płodzenia przyszłych ministrantów i zakonnic.

„Teologia pastoralna” jak sama nazwa wskazuje, uczy obsługiwać interesantów w kancelarii parafialnej, tego jak się chodzi po kolędzie i innych procedur bycia księdzem. Zdziwi kogoś, że „Teologia mediów” uczy katolickiego public relation? Czyli wykorzystywania mediów i dobrego w nich wypadania.

Na koniec kursu teologicznego „Teologia biblijna” i chyba nie jest to zastanawianie się, co Bóg miał na myśli każąc córkom Lota wykorzystać seksualnie narąbanego ojca.

Do czego w XXI wieku oprócz bycia księdzem, nadaje się osobnik, który posiadł taką wiedzę? Odpowiedzi udziela rynek pracy, na którym ktoś, kto zrzucił koloratkę jest traktowany jak gość z licealną maturą. Czyli nic nie umiejący.