Szopska i burek na przystawkę, czyli zamiast wstępu

Gdy w styczniu 2013 roku dowiedziałem się, że za kilka tygodni razem z żoną wyjadę do Kosowa, nie spodziewałem się, że podróż ta przerodzi się w prawie sześcioletni pobyt na Bałkanach.

Stał się on kanwą do napisania wielu tekstów o tym, co działo się w tym najmłodszym państwie Europy, mierzącym się z wieloma trudnościami, spowodowanymi trudną historią i wciąż nierozwiązanymi problemami wynikającymi z zakończonego przed kilku laty konfliktu. Trafiliśmy do „bałkańskiego kotła”, który wciąż buzował, podnosząc temperaturę różnych wydarzeń politycznych, gospodarczych i społecznych nie tylko w tej części Europy.
Do Prisztiny dotarliśmy samochodem w przeddzień 5 – tej rocznicy ogłoszenia niepodległości przez Kosowo, która przypada na 17 lutego. Był to kraj wówczas dla nas nieznany i trudny do zrozumienia. Na ulicy spotkaliśmy tłumy ludzi, którzy nie zważając na zimowy chłód, świętowali niepodległość, manifestując radość z życia w wolnym kraju. I tylko znajdujące się wzdłuż dróg tablice po angielsku, albańsku i serbsku informowały, że wciąż stacjonują tu międzynarodowe siły pokojowe, w skład których wchodzą wojskowi, policjanci, gdzie działa misja Unii Europejskiej z udziałem sędziów, prokuratorów, celników i ekspertów różnych specjalizacji niezbędnych do przywrócenia normalnego funkcjonowania w tym kraju. To wszystko ciekawiło i zobowiązywało do dokumentowania faktów.
Materiał dziennikarski zdobywałem w codziennych rozmowach z Kosowianami, zarówno albańskimi i serbskimi mieszkańcami Kosowa, jak też z pracownikami organizacji międzynarodowych zaangażowanymi w pracę na rzecz Kosowa. Wielu z nich, jak hiszpański celnik, uświadomili mi, jak dużym wyzwaniem jest walka z przestępczością zorganizowaną, handlem ludźmi, z wszechogarniającą korupcją, narkotykami. O tym, jak niebezpiecznie wówczas było na granicach Kosowa, niech świadczy fakt, że jeden z celników litewskich zginął na posterunku, gdy grupa przestępców rozgrywała swoje interesy. Sędziowie i prokuratorzy bez przerwy poddawani byli presji, gdy rozstrzygali sprawy o przestępstwa, o które oskarżano najbardziej wpływowych kosowskich polityków. Były to sprawy o zbrodnie wojenne, do których doszło podczas zakończonego niedawno konfliktu, handel ludzkimi organami, wielomilionową korupcję czy gigantyczne oszustwa. Praca w Kosowie była bardzo interesująca i pochłaniająca o wiele bardziej niż praca akredytowanego przed kilkunasty laty w Finlandii korespondenta „Sztandaru Młodych”. Teksty z Bałkanów publikowałem najpierw w „Kurierze Lubelskim”, a potem w „Trybunie”
„Bałkański kocioł” to określenie, które na trwałe przylgnęło do tej części Europy, która obejmuje Słowenię, Chorwację, Serbię, Bośnię i Hercegowinę, Czarnogórę, Kosowo, Macedonię Północną, Albanię, Grecję, Turcję i Bułgarię. Kiedy coś wydarzy się w jednym miejscu, zabulgocze i często znajdzie swoje odbicie w innym. Wielowiekowe konflikty, nabrzmiałe problemy i antagonizmy są na Bałkanach wciąż żywe. I w zależności od tego, gdzie się znajdujemy, zawsze – nawet dziś – usłyszymy o nierozwiązanej sprawie, problemie, który dotyczy jednego lub kilku z tych krajów. Spory pomiędzy krajami powstałymi po rozpadzie Jugosławii to niemal chleb powszedni życia politycznego na Bałkanach. Oczywiście najbardziej znany jest nierozwiązany do dziś spór Serbii z Kosowem. Pomimo zaangażowania w jego rozwikłanie społeczności niemal z całego świata (ONZ, NATO, UE, OBWE i inne organizacje) trudno jest przewidzieć, kiedy nastąpi jego finał, oby szczęśliwy. Nie pomaga temu fakt, że pięć krajów Unii Europejskiej (Cypr, Grecja, Hiszpania, Rumunia i Słowacja), jak też niemal połowa państw członkowskich ONZ nie uznają do dziś niepodległości Kosowa i traktują je nadal jako autonomiczną część Serbii.
I mimo tego wciąż gotującego się kotła całej tej historii sympatycznej pikanterii dodaje fakt, że Bałkany to kraje w dużej części zamieszkałe przez Słowian Południowych. Niemal każdy Europejczyk, a Polacy zwłaszcza, czują się tutaj dobrze. Dla nas bliskość języków słowiańskich powoduje, że można się tu bez trudu porozumieć, stąd wiele osób wybiera Bałkany jako cel swoich letnich wojaży. I jest to dobry wybór, bo bałkański kocioł jest życzliwy dla wszystkich turystów. Uroki Adriatyku, Morza Czarnego, Jońskiego i Egejskiego czy też macedońsko-albańskiego jeziora Ochrydzkiego to bezdyskusyjnie turystyczny magnes. Inne walory Bałkanów jak Góry Dynarskie, parki narodowe i kuchnia dopełniają tę listę. Zwłaszcza dwie potrawy dominują na Bałkanach: sałatka szopska i burek. Szopska to świeże pomidory, papryka, ogórek i cebula obsypane słonym owczym serem z dodatkiem oliwy. Burek z kolei to – rodzaj placka z ciasta filo wypełnionego nadzieniem z mięsa mielonego, białego sera lub szpinakiem, a jego nazwa pochodzi od tureckiego czasownika bur-, który znaczy zawijać, zakręcać. A do tego wino. Mam nadzieję, że każdy z miłośników kotła próbował tych smaków, a teksty zawarte w tej książce oraz ilustrujące je zdjęcia będą tylko ich rozwinięciem.
Verba volant, scripta manent – słowa ulatują, pismo pozostaje, jak mówi łacińska paremia. Stąd postanowiłem zebrać co ciekawsze teksty i wydać je w formie książkowej, zwłaszcza, że byt gazet w dzisiejszych czasach uzależniony jest od tak wielu czynników, że trudno z czasem odnaleźć informacje o minionych zdarzeniach. W dodatku aparat fotograficzny był moim nieodłącznym kompanem, stąd niektóre teksty są ilustrowane wybranymi fotografiami, stanowiącymi zapis czasu minionego. A czy są warte pamięci – to pozostawiam ocenie czytającym.

Vjosa Osmani – wypędzona przez Serbów – prezydentem

Wojenni „dziadersi” do odstawki.

W obecności honorowej kompanii wojska, po odegraniu hymnu państwowego, we wtorek (6 bm.), Vjosa Osmani – Sadriu objęła urząd prezydenta Republiki Kosowa, na który została wybrana w minioną niedzielę przez Parlament na pięcioletnią kadencję. 38- letnia Osmani została piątym prezydentem i drugą kobietą sprawującą tę najwyższą funkcję w 13 letniej historii Kosowa, po Atifete Jahjaga.
Wojenni „dziadersi” odsunięci od władzy
Wybór Vjosy Osmani – Sadriu zapowiada koniec impasu politycznego, jaki w listopadzie ubiegłego roku stworzyła rezygnacja z urzędu ówczesnego prezydenta Hashima Thaciego, w związku z oskarżeniem go przed Sądem Specjalnym w Hadze o zbrodnie przeciwko ludzkości i zbrodnie wojenne podczas konfliktu z lat 1998 – 1999. Wówczas to Osmani, jako przewodnicząca Parlamentu Kosowa, objęła tę funkcję na okres kilku miesięcy do czasu przeprowadzenia wyborów.
Przysłowiowej oliwy do kosowskiego politycznego ognia dolał wyrok Trybunału Konstytucyjnego z grudnia 2020 roku, który stwierdził niezgodność z konstytucją powołania rządu premiera Avdullaha Hotiego (LDK ) w czerwcu 2020 r. To – wobec niemożności stworzenia rządu – wymusiło ogłoszenie nowych wyborów parlamentarnych.
W ciągu ostatnich czterech lat przedterminowe wybory parlamentarne odbyły się w Kosowie trzykrotnie. Mandaty uzyskiwały jak zwykle Demokratyczna Partia Kosowa (PDK) wywodząca się z Armii Wyzwolenia Kosowa (UÇK alb. Ushtria Çlirimtare e Kosovës), centrowa Demokratyczna Liga Kosowa (LDK), wywodzący się też z UÇK – Sojusz na rzecz Przyszłości Kosowa (AAK – Aleanca për Ardhmërinë e Kosovës) i Serbska Lista – ugrupowanie wspierane przez rząd w Belgradzie. Te partie, pomimo różniących je programów i osobistych pretensji ich członków, niemal na siłę zawierały koalicje, po to by nie dopuścić do władzy Vetëvendosje, która to zapowiadała radykalną walkę z korupcją i starymi układami.
Największa partia opozycyjna, jaką jest Vetëvendosje (VV, Samostanowienie – lewicowa, o anty serbskim nastawieniu) bazuje na krytyce niemal wszystkiego, co wiąże się ze starym politycznym establishmentem. A społeczeństwo Kosowa jest rozczarowane tradycyjnymi partiami, z utrzymującym poziomem korupcji i nepotyzmu, ale także braku osiągnięć ludzi władzy w polityce wewnętrznej i zagranicznej. Mająca poparcie kobiet, większości młodzieży i liczącej się w Kosowie diaspory – Vetëvendosje odniosła olbrzymi sukces wyborczy, kiedy to14 lutego br. „politycznym wojennym dziadersom” Kosowianie powiedzieli stanowcze „nie”, głosując na Vetëvendosje, z jej liderem Albinem Kurtim. Partia ta zdobyła 58 mandatów w 120 osobowym parlamencie Kosowa. Powołany gabinet Kurtiego składa się z 15 ministrów, w tym pięciu kobiet. Czterech członków gabinetu pochodzi z partii reprezentujących mniejszości narodowe, w tym jedna osoba z Srpskiej Listy, głównej partii reprezentującej społeczność etniczną Serbów, która zgodnie z konstytucją ma zagwarantowane miejsce w rządzie.
Co ciekawe, Albin Kurti został premierem pomimo, iż nie startował w wyborach parlamentarnych, gdyż zabraniało mu tego prawo. Ciążący na nim wyrok sądu sprzed trzech lat za wrzucenie i odpalenie gazu łzawiącego w parlamencie Kosowa zdyskwalifikował go jako przyszłego kandydata na posła. Prawo jednak nie zabroniło mu, jako szefowi zwycięskiej partii, objąć teki premiera.
Przed wyborami Kurti zapowiedział, że chce rozwiązać problemy z Serbią, dodał jednak, że głównym warunkiem jest uznanie niepodległości Kosowa przez Belgrad. Deklaracja normalizacji stosunków z Serbią była niezbędna, albowiem Kosowo podobnie jak Serbia ubiegają się o członkostwo w Unii Europejskiej, a dotychczasowe wysiłki Komisji Europejskiej i jej agend, łącznie z misją praworządności EULEX utknęły w miejscu i koniecznym jest ich normalizacja dla utrzymania spokoju na Bałkanach. Rząd Albina Kurtiego obiecuje przeprowadzenie reform, które mają pomóc wyjść z kryzysu i oskarża byłych przywódców Kosowa o złe zarządzanie krajem. Do jego celów należy walka z korupcją i tworzenie miejsc pracy dla młodych, wśród których bezrobocie sięga ponad 30 procent.
Tu warto przypomnieć, że były prezydent Kosowa Hashim Thaci przebywa w areszcie w Hadze, gdzie oczekuje na proces przed Sądem Specjalnym. Wraz z nim aresztowano i przewieziono do Holandii jeszcze trzech wysoko postawionych dowódców Armii Wyzwolenia Kosowa: Rexhep Selimi – obecnie deputowany do parlamentu Kosowa, Kadri Veseli – przewodniczący Demokratycznej Partii Kosowa, z którą związany jest także prezydent Thaci, a także Jakup Krasniqi – jeden z weteranów kosowskiej opozycji. Są oni oskarżani o nadzorowanie nielegalnych obozów, w których byli przetrzymywani w nieludzkich warunkach przedstawiciele serbskiej mniejszości i albańskiej opozycji. Jeńcy mieli być tam torturowani i mordowani.
Manipulacje i szantaż przed wyborem prezydenta
Konstytucja Republiki Kosowa przewiduje, że wakat na urzędzie prezydenta nie może trwać dłużej niż 6 miesięcy. Prezydenta wybierają posłowie przy frekwencji nie mniejszej niż 2/3 ogólnej liczby członków zgromadzenia. A w przypadku, gdy po nowych wyborach parlamentu nie uda się wybrać prezydenta, należy ogłosić nowe wybory parlamentarne, które muszą się odbyć w ciągu 45 dni. Terminem granicznym była więc data 5 maja, do której to należało dokonać wyboru nowej głowy państwa. Gdyby do tego nie doszło, Kosowu groziłby paraliż państwa, bowiem nie miałby kto później ogłosić nowego terminu wyborów, a takie ogłasza prezydent.
Nie mając prezydenckiej większości w parlamencie ekipa premiera Kurtiego przygotowała poprawkę ordynacji wyborczej, która miała umożliwić Kosowianom mieszkającym zagranicą (tzw. diasporze) głosowanie w ambasadach tego kraju, a nie pocztą jak to ma miejsce dotychczas. Miała to być gwarancja jeszcze większego sukcesu Vetëvendosje, gdyby niebawem ogłoszono nowe wybory. Projekt ten wprowadzono do porządku obrad na nadzwyczajnej sesji parlamentu 2 kwietnia, tuż przed przeprowadzeniem elekcji prezydenta kraju. Jednak nie uzyskał on wymaganej liczby głosów, a w efekcie licznych protestów posłów opozycyjnych i koalicjantów ( LDK i mniejszości ) Vetëvendosje go wycofało. Wytrącono jednocześnie przeciwnikom politycznym argument, że Kurti chciał w ten sposób szantażować opozycję, by poparła kandydaturę Osmani na prezydenta.
Następnego dnia, rozpoczęto procedowanie nad wyborem prezydenta i wówczas okazało się, że elekcja jest niemożliwa wobec braku wymaganego kworum. Wybór nowego prezydenta Kosowa wymaga obecności 80 posłów, a jeśli nie zostanie on wybrany w pierwszych dwóch turach głosowania, organizowana jest trzecia tura, w której prezydent może być wybrany 61 głosami, ale kworum 80 posłów jest niezbędne. W dwóch nieudanych próbach wyborów okazało się, że w pierwszej turze głosowało 78 posłów, a następnie 79 z 82 obecnych na sali. 
Liderzy opozycji, uzasadniając swoją odmowę udziału w głosowaniu, zarzucili Kurtiemu, że chce on wraz z prezydentem stworzyć autokratyczne rządy jednej partii, pozbawiając innych możliwości wpływania na losy Kosowa. PDK oskarżyło również, że Vetëvendosje wyrządziło „nieodwracalną szkodę demokracji kraju”, zajmując wszystkie trzy najważniejsze stanowiska w państwie – prezydenta, premiera i przewodniczącego parlamentu – po raz pierwszy w historii po odzyskaniu niepodległości przez Kosowo. Premier Kurti odpierał te zarzuty, argumentując, że jego partia dostała rekordową liczbę głosów (ponad 500 000) w minionych wyborach. Z kolei Vjosa Osmani została po raz czwarty wybrana do parlamentu i to ona dostała najwięcej głosów w lutowych wyborach. Kurti zaszantażował też opozycję, że jeśli nie zostanie wybrany nowy prezydent, kraj pójdzie do wyborów”.
W efekcie tego sesja została przerwana z braku kworum i została zwołana na następny dzień, to jest 4 kwietnia.
Vetëvendosje wystawiło, zgodnie z zapisami konstytucji, dwoje kandydatów na prezydenta Vjosę Osmani i 60 letniego Nasufa Beita. Osmani została wybrana na prezydenta w trzeciej turze głosowania. Za jej elekcją zagłosowało 71 posłów, 11 głosów było nieważnych. W głosowaniu wzięło udział 82 posłów.
Najpopularniejsza profesor i gra pozorów
Urodzona w Mitrovicy 38-letnia prawniczka, Vjosa Osmani, ukończyła studia licencjackie na Uniwersytecie w Prisztinie, a następnie studia magisterskie i doktoranckie na Uniwersytecie w Pittsburghu w Pensylwanii, gdzie była również profesorem wizytującym. Od ubiegłego roku kieruje katedrą Praw Międzynarodowego Uniwersytetu w Prisztinie. Będąc studentką, pracowała dla Misji ONZ w Kosowie (UNMIK). Współpracowała również z wieloma organizacjami międzynarodowymi – od Czerwonego Krzyża, poprzez Misję Rady Europy w Kosowie, aż po amerykańskie organizacje pomocowe (USAID).
Osmani przez wiele lat była aktywistką LDK, a w 2009 roku została szefem gabinetu ówczesnego prezydenta Kosowa Fatmira Sejdiu. Współtworzyła konstytucję Kosowa. Broniła deklaracji niepodległości Kosowa, kwestionowaną przez Serbię, przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości, który ostatecznie orzekł, że nie narusza ona prawa międzynarodowego. Bardzo zdecydowanie sprzeciwiała się wyborowi Hashima Thaci na prezydenta Kosowa w 2016 roku, przez co popadła w konflikt ze swoją partią LDK. W ubiegłym roku nawiązała współpracę z Albinem Kurtim i wstąpiła do Vetëvendosje, z którą to partią odniosła po raz kolejny sukces wyborczy. Jej mężem jest Prindon Sadriu, mają córki bliźniaczki. Oprócz ojczystego albańskiego, posługuje się językiem serbskim, hiszpańskim, tureckim i angielskim. 
Podczas konfliktu w Kosowie w latach dziewięćdziesiątych Vjosa Osmani została wypędzona ze swojego domu rodzinnego przez Serbów, podobnie jak wielu innych Albańczyków, co moralnie i prawnie daje jej silną pozycję do rozmów z Belgradem. W otwierającym kadencję przemówieniu powiedziała, że dialog powinien być sprawiedliwy i równy, zaś pokój można osiągnąć tylko wtedy, gdy Serbia przeprosi za zbrodnie wojenne popełnione w Kosowie. Oznacza to trudny powrót do dialogu z Belgradem, który nie będzie już mógł zasłaniać się argumentami, że nie jest możliwa rozmowa z przestępcami, za jakich uważa byłego prezydenta Hashima Thaci, czy byłego premiera Ramusha Haradinaja. W dodatku zapowiedź prezydent Osmani prowadzenia polityki „otwartych drzwi” dla wszystkich potrzebujących nabiera szczególnego znaczenia w dobie zbierającej śmiertelne żniwo pandemii dla mieszkających tu Kosowian i Serbów.
A przy tym władze Serbii mają świadomość, że powtarzanie dziś sloganu „Kosovo je Srbija” jest tylko propagandowym frazesem, który faktycznie nic nie oznacza i nie zmieni, a zaczyna wymuszać określone działania, wobec sąsiada, którego na pewno szybko się nie pokocha. Natomiast realizm geopolityczny nakazuje akceptację i współpracę, które w istocie rzeczy mają miejsce zarówno w Prisztinie jak i Belgradzie i przynoszą Kosowianom i Serbom korzyści, ale o których głośno się nie mówi. Taka bałkańska gra pozorów.

Dwa symbole Kosowa – Rugova i Thaci

Stare pojęcie „kocioł bałkański” powróciło w ostatniej dekadzie ubiegłego stulecia w związku z erupcją nacjonalizmów na obszarze byłej Jugosławii – głównie serbskiego, chorwackiego i albańskiego. Efektem tego stały się stare i nowe konflikty oraz wojny w regionie, w które zaangażowane były w różnym stopniu Rosja i USA, a także organizacje międzynarodowe-m.in. ONZ, NATO i Rada Europy.

Ta sytuacja wciąż nie jest do końca uregulowana i odnosi się to w największym stopniu do 2-milionowego,niewielkiego (11 tys. km kw.) Kosowa, gdzie dominuje ludność albańska,a którego status nadal stanowi przedmiot sporów. Przypomina o tym najnowsze wydarzenie jakim jest rezygnacja z urzędu prezydenta tej republiki Hashima Thaci (pełnił tę funkcję od 2016 r.),który był pierwszym premierem Kosowa, a wcześniej jednym z dowódców tzw. Armii Wyzwolenia Kosowa (UCK). Błyskawicznie trafił do Hagi, gdzie wraz z kilkoma innymi liderami UCK (m.in. Jakub Krasniqi, Sali Mustafa) stanie przed specjalnym Trybunałem oskarżony o zbrodnie wojenne na przeciwnikach politycznych – Serbach i Romach. Do tego dochodzą zarzuty o przestępstwa innego rodzaju-przemyt narkotyków, a nawet handel organami przeznaczonymi na przeszczepy.
Kilkanaście lat wcześniej (w 2001 r.) przed Międzynarodowy Trybunał ds. Zbrodni Wojennych w byłej Jugosławii utworzony w Hadze trafił też były prezydent tego państwa Slobodan Milosevic, który wkrótce tam zmarł.
Od początku lat 90.-jako członek Zgromadzenia Parlamentar-nego Rady Europy, a później jego wiceprzewodniczący, miałem możliwość uczestnictwa w wielu misjach Rady w Serbii, Chorwacji,Albanii,Bośni i Hercegowinie (m.in. w trakcie oblężenia Sarajewa) zwłaszcza o charakterze humanitarnym, związanych z tragicznym losem uchodźców w specjalnych obozach (np. w Kukes). Także rozmów z przywódcami tych państw-Milosevicem, Izetbegovicem, Tudjmanem i innymi. A uchodźców z niewielkiego Kosowa było aż 300-350 tys. i w znacznym stopniu stali się ofiarami czystek etnicznych.
Wyjątkowo pozytywną, koncyliacyjną rolę (w odróżnieniu od Thaciego) odgrywał przywódca kosowskich Albańczyków Ibrahim Rugova – prezydent Kosowa w latach 1992-2006, laureat Nagrody Sacharowa w 1998 r. Pamiętam nasze spotkania w jego domu w Prisztinie. Mówił dobrze po francusku – w końcu studiował na Sorbonie i był językoznawcą.
Jego znakiem rozpoznawczym była zawsze apaszka u szyi.
Nie krył, iż jest pacyfistą, unikającym radykalnych środków. To go odróżniało od gotowych do uciekania się do przemocy wobec Serbów działaczy UCK. Paradoksalnie dlatego miał poparcie USA i polityków Zachodniej Europy. Aż do śmierci w 2006r. był niekwestionowanym autorytetem zarówno politycznym, jak i moralnym.
Rugova wchodził w skład kosowskiej delegacji na rozmowach pokojowych kosowsko- serbskich, które toczyły się na zamku Rambouillet pod Paryżem. Podpisał porozumienie gwarantujące Kosowu autonomię, natomiast kontrolę nad procesem pokojowym miał sprawować blisko 30-tysięczny kontyngent żołnierzy NATO (KFOR). Jednak Milosevic odrzucił te warunki co doprowadziło do rozpoczęcia 24 marca 1999 r. nalotów lotniczych NATO, które trwały aż 79 dni. Bombardowany był m.in. Belgrad, w tym ambasada Chin. Rada Bezpieczeństwa ONZ nie zaakceptowała takiej polityki, ostro reagowała także Rosja. Wzrosła natomiast liczba uchodźców, uciekających zwłaszcza do Albanii i Macedonii.
Problem Kosowa nie jest do dziś rozstrzygnięty. 17 lutego 2008 r. parlament (na czele rządu stał Hashim Thaci) proklamował jednogłośnie niepodległość tego państwa-bez konsultacji ze społecznością międzynarodową. Nie uznała tego faktu do dziś połowa członków ONZ, w tym m.in Chiny, Rosja, Hiszpania, Rumunia. Kosowo nie należy też do Rady Europy, gdyż szereg państw (np. Cypr, Słowacja) obawia się, iż taki precedens może zagrozić integralności ich terytoriów. Co więcej Rosja zręcznie wykorzystuje tę sytuację i powołuje się na casus Kosowa broniąc własnej polityki np. w odniesieniu do Abchazji, Naddniestrza, a nawet „Republik” Donieckiej oraz Ługańskiej. W 2008 r. były prezydent Finlandii Martti Ahtisaari otrzymał pokojową Nagrodę Nobla za wkład w rozwiązanie pokojowe szeregu konfliktów międzynarodowych, w tym tego w Kosowie. Nie po raz pierwszy mieliśmy tu do czynienia z sytuacją „wishful thinking”.
Cały problem jest wciąż nader delikatny. Gdy przed wielu laty byłem na stypendium Fulbrighta na Harvardzie poproszono mnie, bym przez jeden semestr trochę pomógł w „aklimatyzacji” w Cambridge (Mass.) Albańczykowi, który wcześniej był w Chicago, gdzie jest niewielka kolonia albańska. Okazał się być Albańczykiem z Kosowa – filozofem, który później stał się gorliwym zwolennikiem niepodległości tego terytorium i działał w opozycji wobec rządu w Belgradzie. Polubiliśmy się.
Kilkanaście lat temu w drodze do Grecji , w samochodzie, którym jechaliśmy (Ford) zepsuła się jakaś część. To było w Kosovskiej Mitrovicy. Wieczór, nic nie daje się zrobić. Wtedy jakoś zapytałem o Ukshina Hoti, którego imię nosi obecny Uniwersytet w Prizrenie (drugie co do wielkości miasto Kosowa). Wszystko zmieniło się jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej. ”W warsztacie jutro wszystko będzie gotowe” „Znaleziono” nawet małżeństwo polsko-albańskie. Ukshin był dla nich bohaterem narodowym, który siedział m.in. w więzieniu w Dakovicy. Niestety już zmarł.

Prezydent Kosowa zbrodniarzem?

Hashim Thaçi, były bojownik albańskiej partyzantki anty-serbskiej w Kosowie i członek miejscowej mafii zajmującej się handlem organami ludzkimi, napisał dziś na Facebooku, że międzynarodowy sąd specjalny z Hagi „chce od nowa pisać historię Kosowa” oskarżając go o liczne zbrodnie popełnione przed i podczas napadu NATO na Serbię ponad 20 lat temu.
Thaçi stoi na czele utworzonego przez Amerykanów drugiego państwa albańskiego na Bałkanach, proklamowanego 12 lat temu.
Haski Trybunał zajął się sprawą dzięki uporowi szwajcarskiego senatora Dicka Marty’ego, autora raportu specjalnego dla Rady Europy sprzed 10 lat na temat tych zbrodni.
Akt oskarżenia przeciw prezydentowi Thaçiemu i jego prawej ręce Kadriemu Veseliemu obejmuje „zbrodnie wojenne oraz zbrodnie przeciw ludzkości, w tym zbiorowe morderstwa i tortury”. W akcie jest też mowa o kampanii oszczerstw przeciw Trybunałowi prowadzonej przez obie te osoby, „wskazującej, że ich interesy osobiste są dla nich ważniejsze niż los ofiar, szacunek dla państwa prawa i interesy całej ludności Kosowa”.
Thaçi był jeszcze zwykłym mafiozo, gdy zainteresowali się nim Amerykanie, chcący zbudować swoją główną bałkańską bazę wojskową w serbskim wówczas Kosowie. Wypromowany przez sekretarz stanu Madeleine Albright, był nawet przyjmowany w Białym Domu, choć wszyscy wiedzieli, kim on jest. Plan oderwania Kosowa od Serbii, zrealizowany w końcu przez NATO, wymagał jednak poparcia przez lokalną siłę zbrojną. Kosowo zostało uznane przez cześć państw (w tym przez Polskę), lecz brak mu poważania międzynarodowego. Fakt, że Thaçi był masowym zbrodniarzem jest szeroko znany politykom w Europie, choć natowskie media głównego nurtu wolały o tym nie mówić.

Armia suwerenności czy nowego konfliktu?

Kosowo ma armię wbrew NATO, ONZ, UE i Serbii

 

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami Parlament Republiki Kosowa w piątek, 14 bm., przyjął ustawy w sprawie sił bezpieczeństwa KSF (alb. Forca e Sigurisë së Kosovës FSK, Kosovo Security Force ), nadając dotychczas istniejącym lekko uzbrojonym oddziałom porządkowym atrybuty armii. Zostały one uchwalone bez udziału posłów popieranej przez Belgrad „Srpskiej Listy”, którzy zbojkotowali sesję, nie biorąc w niej udziału.

 

Armia legalna czy nie?

Uchwalając ustawy o zmianie uprawnień KSF, parlament zlekceważył obowiązujące przepisy konstytucyjne – twierdzą niektórzy kosowscy prawnicy – które wymagały uzyskania dwóch trzecich głosów ze 120, w tym dwóch trzecich od 20 parlamentarzystów pochodzących z mniejszości narodowych, nie-Albańczyków. Na podstawie tych przepisów Serbowie, mający 10 miejsc przeznaczonych dla mniejszości narodowych, dotychczas skutecznie blokowali takie inicjatywy ustawodawcze.

Parlamentarzyści z „Srpskiej Listy” zapowiedzieli zaskarżenie tych ustaw do Trybunału Konstytucyjnego Kosowa.

Kadri Veseli, przewodniczący kosowskiego parlamentu, zaraz po glosowaniach oświadczył, że „ Od tego momentu oficjalnie mamy armię Kosowa” . Obecny podczas sesji prezydent Kosowa Hashim Thaci wyraził zadowolenie i następnie w mundurze wziął udział w wojskowym capstrzyku. Albańscy mieszkańcy Kosowa byli zachwyceni powołaniem regularnej armii twierdząc, że „teraz możemy powiedzieć, że jesteśmy państwem, bo nie ma państwa bez armii” .

Innego zdania są Serbowie zamieszkujący Kosowo, którzy obawiają się, że głównym celem tego ruchu jest przeprowadzenie czystki etnicznej w zdominowanej przez nich północnej części kraju. W ramach protestu w Mitrowicy i okolicznych miejscowościach masowo wywieszono serbskie flagi. Z kolei Prisztina i inne kosowskie miasta zostały udekorowane amerykańskimi flagami na znak wdzięczności dla Stanów Zjednoczonych, popierających nie tylko niepodległość Kosowa, ale również utworzenie przez nie armii.

Serbski prezydent Aleksandar Vućić powiedział na konferencji prasowej w piątek wieczorem, że Armia Kosowa jest nielegalna. Według niego takie posunięcie zagraża pokojowi i bezpieczeństwu. Dodał również, że „dziś stało się jasne, że USA, Wielka Brytania i Niemcy, jeśli chodzi o armię Kosowa, stoją za kosowskimi Albańczykami. Nie jesteśmy tym zaskoczeni” .

 

Możliwa destabilizacja Bałkanów?

W telewizyjnym przemówieniu do Serbów, Vućić stwierdził, że powołanie armii jest sprzeczne zarówno z prawem międzynarodowym (rezolucją 1244 Rady Bezpieczeństwa ONZ, która nie dopuszcza istnienia armii w tym kraju) jak i konstytucją Kosowa”. W związku z tym Serbia żąda natychmiastowego zwołania nadzwyczajnej sesji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Vućić ogłosił, że Belgrad nie będzie brał udziału w dialogu z Prisztiną, dopóki nie wycofa się ona z wszystkich swoich wcześniejszych decyzji, w tym o nałożeniu 100 procentowych ceł na towary z Serbii.
Międzynarodowi obserwatorzy podkreślają, że dialog pomiędzy Prisztiną a Belgradem – zapoczątkowany w 2011 roku – ustał, gdy we wrześniu około stu członków sił specjalnych ROSU (Regionalna Jednostka Wsparcia Operacyjnego, odpowiednik amerykańskiego SWAT) zajęło serbską elektrownię wodną w Gazivodzie. Potem Serbia lobbowała skutecznie przeciwko członkostwu Kosowa w Interpolu, na co Kosowo odpowiedziało retorsyjnym obłożeniem serbskich i bośniackich towarów 100 procentowym cłem.

Wszystko to dzieje się w dziewięć dni po oświadczeniu premier Serbii Any Brnabić, która ostrzegła, że powołanie armii w Kosowie może spowodować „interwencję militarną Belgradu”. Później stanowisko to nieco złagodzono, wyjaśniając, że Serbia stanowczo sprzeciwia się temu posunięciu, ale jednocześnie ostrzega, że może to zdestabilizować sytuację na Bałkanach. Jest to odczytywane i rozumiane jednoznacznie jako przeszkoda w normalizacji serbsko-kosowskich relacji. Zapewnienia ze strony przedstawicieli rządu Kosowa, że armia ta ma być jedynie siłami pokojowymi, które nigdy nie zostaną skierowane przeciwko jakiemukolwiek narodowi na niewiele się zdają. Zwłaszcza, że wypowiada je premier Kosowa, Ramush Haradinaj, przeciwko któremu w Serbii wydano nakaz aresztowania pod zarzutem popełnienia zbrodni wojennych. Wobec tych faktów prezydent Vućić zapowiedział, że będzie kontrolował serbskie wojska stacjonujące wzdłuż granicy z Kosowem w ciągu najbliższych trzech dni.

Analitycy z Bałkanów twierdzą, że jakiekolwiek działania armii Serbii liczącej 28 000 żołnierzy przeciwko Kosowu są wysoce nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę aspiracje Belgradu do członkostwa w UE. Kosowo utworzy ministerstwo obrony, a przyszła armia ma składać się z 5 000 zawodowych żołnierzy i 3000 rezerwistów. Przedstawiciele rządu w Prisztinie zapewniają, że proces tworzenia armii potrwa co najmniej 10 lat. Dowodzona przez NATO międzynarodowa, wojskowa misja pokojowa KFOR – odpowiedzialna za utrzymanie bezpieczeństwa i spokoju – w Kosowie liczy około 4000 żołnierzy.

 

Kto za, kto przeciw?

Proces przekształcenia sił bezpieczeństwa w Kosowie w regularną armię był i jest wspierany przez USA. Ambasador Philip S. Kosnett w Prisztinie powiedział, że naturalnym rozwiązaniem dla Kosowa, jako suwerennego, niezależnego państwa jest posiadanie zdolności do obrony. „Pamiętajmy, że bezpieczeństwo kraju zależy od jakości jego relacji z NATO – i pokojowych, obopólnie korzystnych stosunków z sąsiadami – tak samo jak od siły i profesjonalizmu sił zbrojnych” – napisał w piątek na Twitterze.

Włoska agencja prasowa ANSA, powołując się na własne źródła, podaje, że decyzja parlamentu kosowskiego została poparta przez Stany Zjednoczone, Wielka Brytanię i Niemcy. Jednak fakt ten może opóźnić akcesję zarówno Kosowa jak i Serbii do UE.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rosji wezwało Misję ONZ w Kosowie do podjęcia prób demilitaryzacji i likwidacji wszelkich formacji zbrojnych. Utworzenie w Prisztinie pełnoprawnej armii stanowi rażące naruszenie rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Ten krok ma na celu poważne zaostrzenie sytuacji na Bałkanach – informuje rosyjska agencja TASS.

Sekretarz Generalny NATO, Jens Stoltenberg wyraził ubolewanie z powodu powołania armii przez władze Kosowa. „Choć przemiana sił bezpieczeństwa w Kosowie jest z zasady kwestią, o której decyduje Kosowo, jasno stwierdziliśmy, że posunięcie to nastąpiło w niewłaściwym momencie” – napisał sekretarz NATO w pisemnym oświadczeniu. Wezwał wszystkie strony do zadbania o to, aby decyzja parlamentu kosowskiego „nie zwiększała napięć w regionie”. Stoltenberg podkreślił, że Rada Północnoatlantycka w ramach swojego międzynarodowego mandatu będzie musiała ponownie zbadać stopień zaangażowania paktu w KSF. Zapewnił przy tym, że KFOR dalej będzie gwarantował bezpieczeństwo Kosowa, a stanowisko władz amerykańskich „poważnie zastanawia” .
Unia Europejska ostrzegła również Kosowo, by wywiązywało się ze swoich zobowiązań wynikających z pierwszego porozumienia zawartego w Brukseli w kwietniu 2013 r. dotyczących uzgodnień w zakresie bezpieczeństwa. Podobnie jak NATO, Unia Europejska nadal podziela pogląd, że „mandat KSF powinien zostać zmieniony jedynie poprzez wspólny i stopniowy proces ustaleń zgodnych z konstytucją Kosowa” – czytamy w piątkowym w oświadczeniu UE.

Specjalny przedstawiciel Sekretarza Generalnego ONZ i szef UNMIK (Misja Tymczasowej Administracji Organizacji Narodów Zjednoczonych w Kosowie ), Zahir Tanin odniósł się w piątek do rezolucji 1244 RB ONZ, która powierzyła społeczności międzynarodowej za pośrednictwem pokojowych sił KFOR odpowiedzialność za bezpieczeństwo w Kosowie. Powiedział on, że ONZ „zachęca wszystkie strony do powstrzymania się od działań, które mogłyby zaostrzyć napięcia a wszystkie problemy należy rozwiązywać poprzez dialog polityczny”.

Sekretarz generalny ONZ, Portugalczyk Antonio Guterres wyraził również zaniepokojenie powołaniem armii przez władze najmłodszej republiki w Europie.

I tak oto w 20 lat po powstaniu kosowskich Albańczyków przeciwko Serbom i dekadzie od uzyskania niepodległości, inicjatywa Kosowa, została uznana za „historyczne wydarzenie”, które albo wzmocni suwerenność tego młodego, malutkiego kraju, albo rozsadzi wciąż bardzo gorący bałkański kocioł.

Wojna celna na Bałkanach

Kosowo podjęło decyzję o podwyższeniu do 100 proc. ceł na towary importowane z Serbii oraz Bośni i Hercegowiny. Wywołało to prawdziwą międzynarodową burzę. Serbskie media wręcz piszą o wypowiedzeniu wojny. Słowa krytyki popłynęły nie tylko ze strony obu zainteresowanych krajów, lecz także z innych państw bałkańskich. Zareagowała też Unia Europejska, domagając się cofnięcia tej decyzji. Podobne, choć bardziej stonowane, stanowisko zajęły Stany Zjednoczone. Podwyżka ceł nie dotyczy jedynie 10 zagranicznych firm wytwarzających swe produkty na terenie Serbii m. in. takich, jak Coca-Cola i Tuborg.

 

Wprowadzenie drastycznej podwyżki stawek celnych nastąpiło w momencie, gdy po trzech rundach głosowań Kosowo nie zostało przyjęte do międzynarodowej organizacji policyjnej – Interpolu, do której należy przeważająca większość państw świata. Rząd w Prisztinie twierdzi, iż podwyżka miała na celu ochronę żywotnych interesów ich państwa w obliczu „agresywnej kampanii” ze strony Serbii przeciwko Kosowu na arenie międzynarodowej. Jak się wyraził minister przemysłu i handlu Endrit Shala, podwyższone cła mają służyć wzmocnieniu gospodarki i krajowych producentów.

Co prawda władze Kosowa zaprzeczają, jakoby decyzja ta miała bezpośredni związek z faktem odrzucenia przez Interpol wniosku o przyjęcie, lecz jednocześnie pośrednio to potwierdzają. Doradca premiera Gazmend Abrashi argumentował, że nie była to emocjonalna decyzja, lecz przygotowywano ją od dłuższego czasu. Jednakże z jej podjęciem wstrzymywano się w obawie, że może ona negatywnie wpłynąć na głosowanie w sprawie członkostwa w Interpolu. Dodał też, że w ten sposób wysłano sygnał do Serbii, iż nie powinna ona czerpać profitów z handlu z Kosowem, skoro nie uznaje go jako państwa. Kosowski rząd wydał też oświadczenie, w którym potępia „wściekłą kampanię” ze strony Serbii twierdząc, że wynik głosowania przeciwko przyjęciu Kosowa do Interpolu sprzyja jedynie kryminalistom. To, że oprócz Serbii podwyżką ceł została objęta także Bośnia i Hercegowina, wynika z tego, że oba te państwa nie uznały Kosowa. Potwierdził to wprost premier Ramush Haradinaj mówiąc, że decyzja nie zostanie cofnięta, dopóki Serbia nie uzna Kosowa. Co więcej, wicepremier Enver Hoxhaj zapowiedział, że wkrótce Kosowo ogłosi wprowadzenie nowych środków, nie precyzując jakie one będą.

 

Sprzeciw Serbów

Większość zamieszkujących Kosowo Albańczyków, w tym również przedsiębiorców importujących towary z Serbii, publicznie ogłasza, że godzą się ponosić straty finansowe w geście poparcia dla władz. Za to zdecydowanie przeciwna jest ludność serbska. 4 grudnia tysiące Serbów demonstrowało w Kosowskiej Mitrowicy. Do zorganizowania akcji protestu wezwała Serbska Lista – największe ugrupowanie reprezentując kosowskich Serbów.

Podczas wiecu lider tego ugrupowania Goran Rakić odczytał odezwę w imieniu zamieszkałych w Kosowie Serbów, w której mowa o tym, że decyzja o podwyżce ceł to nie tylko cios w pokój i stabilność w regionie, lecz wręcz zagrożenie dla bytu Serbów w Kosowie. Po ubiegłorocznych wyborach parlamentarnych Serbska Lista weszła w skład koalicji rządowej wspólnie z Sojuszem na rzecz Przyszłości Kosowa premiera Haradinaja, jednak stara się konsekwentnie bronić interesów swoich rodaków i jest przeciwna zaostrzaniu stosunków z Serbią. Ponadto Serbska Lista uważa, że nie jest traktowana przez partię premiera jako pełnoprawny partner. W nocy z niedzieli 2 grudnia na poniedziałek posłowie Serbskiej Listy okupowali siedzibę parlamentu domagając się spotkania z komisarzem UE ds. polityki sąsiedztwa i rozszerzenia Johannesem Hahnem, który w poniedziałek miał przybyć do Prisztiny w celu odbycia rozmów z władzami Kosowa. Wiceprzewodniczący Ligi Igor Simić oświadczył, że deputowani chcą wysłannika Unii zapoznać z sytuacją i „potencjalnym kryzysem, który zagrozi serbskiemu narodowi”. W podobnym tonie wypowiedziało się jeszcze ośmiu posłów występując na tle transparentu z napisem: „100 proc. cła – 0 proc. wolności”. Ostatecznie Hahn spotkał się przedstawicielami Serbskiej Listy. Po spotkaniu Simić poinformował, że obie strony zgodziły się co do tego, że wszelkie sporne problemy należy rozwiązywać na drodze dialogu a „pokój powinien być zachowany za wszelką cenę”.

 

Bałkańska reakcja

Przeciwko podwyżce ceł zaprotestowały oficjalne czynniki w Belgradzie i Sarajewie. Serbski prezydent Aleksandar Vučić zwołał specjalne posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Oświadczył, że Serbia nie wznowi dialogu z Kosowem dopóki nie zostaną zniesione restrykcyjne stawki celne. Z kolei w telewizyjnym wystąpieniu mówił o „barbarzyńskich taryfach”, które spowodują katastrofalne i niszczące konsekwencje, niszczą pokój i stabilizację w regionie a ich wprowadzenie nazwał działaniem antycywilizacyjnym, łamaniem zasad swobody przepływu towarów, kapitału i usług. Dodał też, że uniemożliwienie handlu z Kosowem stanowi „najbardziej znaczącą próbę destabilizacji Serbii”.

Handel z Kosowem odgrywa istotną rolę w serbskiej gospodarce. Serbia, największy partner handlowy Kosowa na Bałkanach eksportuje tam towary na sumę rzędu 400 milionów euro rocznie. W okresie od stycznia do września br. miała z Kosowem dodatni bilans obrotów towarowych na poziomie niemal 330 mln euro. Warto też zwrócić uwagę na to, że wzajemne obroty rosną w tempie 5 proc. w skali rocznej. Specjaliści wyliczyli, ze gdyby Kosowo nie wprowadziło restrykcyjnych ceł, to do końca tego roku obrót towarowy między obu krajami mógłby osiągnąć poziom 500 mln euro. Tymczasem, według oficjalnych danych, w okresie ostatniego miesiąca w wyniku faktycznej blokady eksportu na rynek Kosowa Serbia straciła 42 milionów euro. Serbia eksportuje do Kosowa m. in. produkty spożywcze, wodę i napoje, oleje, środki czystości, pszenicę, a także dostarcza energię elektryczną.

Belgrad nie zamierza jednak wprowadzać środków odwetowych. Poinformowała o tym premier Ana Brnabić, choć równocześnie działania Prisztiny nazwała bezsensownymi i niedorzecznymi. Również prezydent Vučić zapowiedział, że Serbia nie będzie zawracać transportów samochodowych z Kosowa oraz wstrzymywać przepływu towarów ponieważ – jak podkreślił – „chcemy pokazać różnice pomiędzy odpowiedzialnym zachowaniem z jednej strony i nieodpowiedzialnym z drugiej”.

W jednoznaczny sposób zareagowano także w Bośni i Hercegowinie. Rząd w Sarajewie wydał oświadczenie, w którym domaga się pilnego wycofania dyskryminacyjnej decyzji. Równocześnie zwrócił się do Unii Europejskiej o włączenie się w rozwiązanie tego problemu. Podkreślił, że poczynania Kosowa są w sprzeczności z układem CEFTA i porozumieniem o strefie wolnego handlu. Ostrzej wypowiedział się minister spraw zagranicznych Igor Crnadak, mówiąc, że jest to decyzja czysto polityczna, która zagraża bezpieczeństwu regionu i „może doprowadzić do upadku całego projektu współpracy regionalnej”. Również minister handlu zagranicznego i stosunków gospodarczych Mirko Šarović określił decyzję Kosowa jako największy cios zadany regionalnej strefie wolnego handlu. Podobną opinię wyraził też wybrany ostatnio jako przedstawiciel Republiki Serbskej do trzyosobowego gremium będącego głową państwa w Bośni i Hercegowinie Milorad Dodik. Jego zdaniem należałoby „zatrzymać Prisztinę”, ponieważ narusza ona stosunki regionalne. Podobnie jak Serbia, również Bośnia ma z Kosowem potężną nadwyżkę bilansu handlowego. Wartość jej eksportu w ubiegłym roku wyniosła ok. 80 milionów euro przy dziesięciokrotnie mniejszym imporcie.

Krytycznie do decyzji o podwyżce ceł odniosła się również Macedonia, która wprawdzie nie zostały dotknięte restrykcjami, ale jest sygnatariuszem Środkowoeuropejskiej Umowy o Wolnym Handlu CEFTA, do której obecnie należą również Albania, Bośnia i Hercegowina, Czarnogóra, Kosowo, Serbia i Mołdawia. Jako reprezentant kraju należącego do CEFTA rząd Macedonii wydał oświadczenie, w którym wypowiada się przeciwko ustanawianiu barier celnych oraz za tym, aby o dostępie towarów na zagraniczne rynki decydowała ich konkurencyjność.

Nie było natomiast oficjalnego stanowiska Czarnogóry. Być może nie chce ona psuć sobie stosunków Kosowem, z którym pół roku temu zawarła porozumienie w sprawie granicy. Tym nie mniej MSZ Czarnogóry wydało oświadczenie odcinające się od pomysłu Prisztiny co do utworzenia wspólnego paktu bałkańskiego skierowanego przeciwko Serbii. Oświadczenie stwierdza, że Czarnogóra nie prowadziła z nikim rozmów na ten temat, natomiast uważa, że Bałkany powinny być stabilnym i bezpiecznym regionem opartym o wartości europejskie. Również premier Macedonii Zoran Zaev zaprzeczył, jakoby jego kraj prowadził tego typu rozmowy apelując jednocześnie do Kosowa i Serbii o tworzenie przyjaznych stosunków drogą dialogu.

Krytycznie wobec decyzji Kosowa wypowiedzieli się dwaj słoweńscy eurodeputowani. Ivo Vajgl z frakcji Sojusz Liberałów i Demokratów uważa, że podwyższanie ceł z powodów politycznych jest nie do zaakceptowania i pozostaje w sprzeczności z zasadami międzynarodowej współpracy gospodarczej i politycznej, a kraje, które ich nie przestrzegają, a jednocześnie aspirują do członkostwa w UE, tylko na tym tracą. Również Franc Bogovič z Europejskiej Partii Ludowej uznaje decyzję Kosowa za „krok w absolutnie złym kierunku”.

 

Unia też przeciw

Zabrała również głos Unia Europejska. Szefowa unijnej dyplomacji Federica Mogherini oświadczyła, iż decyzja podjęta w Prisztinie stanowi ewidentne naruszenie zasad CEFTA oraz pozostaje w sprzeczności z duchem umowy stabilizacyjnej zawartej pomiędzy Unią i Kosowem. Swoją dezaprobatę wyraził również komisarz UE ds. polityki sąsiedztwa i rozszerzenia Johannes Hahn mówiąc, iż szkodzi ona także konsumentom oraz biznesowi w Kosowie i powinna być bezzwłocznie anulowana. Przypomniał też, że Kosowo pełni obecnie rotacyjne przewodnictwo w CEFTA i w związku z tym musi ponosić szczególną odpowiedzialność.

W treści rezolucji podjętej na unijnej sesji plenarnej w Brukseli w poniedziałek 26 listopada, wprawdzie nie wspomina się bezpośrednio o kontrowersyjnej decyzji Kosowa, jednakże znalazł się tam zapis mówiący o tym, że dialog między Kosowem i Serbią nie będzie możliwy bez wzajemnego przestrzegania obowiązujących umów, co stanowi „kluczowy element obu stron na drodze do europejskiej integracji”. To dość ogólnikowe sformułowanie można odczytać jako pośrednio skierowany do Kosowa apel o stosowanie się do reguł wynikających z ustaleń w ramach CEFTA. Unia nie ma możliwości nakładania kar na Kosowo, może jedynie wyrażać swoje stanowisko, co jednak nie może pozostać bez wpływu na zabiegi Kosowa o przyjęcie do UE.

Reakcja Unii nie mogła być zaskoczeniem biorąc pod uwagę to, że zajęła ona krytyczne stanowisko również wtedy, gdy na początku listopada Kosowo podniosło o 10 proc. stawkę celną na towary importowane z Serbii oraz Bośni i Hercegowiny. Wówczas rzeczniczka UE Maja Kocijančič wezwała Kosowo do wycofania tej decyzji argumentując, iż stanowi ona ewidentne pogwałcenie zobowiązań Kosowa w ramach umowy CEFTA. Podobnie jak obecnie również wówczas władze Kosowa tłumaczyły swoją decyzję tym, jakoby Serbia prowadziła wściekłą kampanię przeciwko jego międzynarodowemu uznaniu.

Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią komisarz UE Johannes Hahn przybył 3 grudnia do Prisztiny, gdzie odbył rozmowy z prezydentem, premierem i szefem parlamentu Kosowa. Nie udało mu się przekonać swoich rozmówców do cofnięcia decyzji w sprawie ceł. Kosowo bowiem twardo obstaje przy swoim stanowisku. Wspomniany już doradca Gazmend Abrashi oświadczył, że restrykcje handlowe postaną w mocy bez względu na to co na ten mają do powiedzenia Serbia czy Unia Europejska. Podczas rozmów przywódcy Kosowa po raz kolejny powtarzali, że podwyższone cła będą obowiązywać do momentu uznania Kosowa przez Serbię.

Przed przyjazdem do Prisztiny Hahn spotkał się w Belgradzie z prezydentem Serbii, który wyraził następnie opinię, że unijny komisarz jest człowiekiem racjonalnym i „dobrze rozumie niebezpieczeństwa, które nam grożą” równocześnie dziękując mu za zrozumienie sytuacji i dążenie do rozwiązania problemu. Z kolei Hahn oświadczył, że obie strony rozmów były zgodne co do pilnej potrzeby zmniejszenia napięcia w stosunkach między Serbią i Kosowem. Jak poinformowała Maja Kocijančić, Hahn zaproponował stworzenie „specjalnych ram” w ramach których Serbia i Kosowo miałyby przedstawiać konkretne propozycje co do rozwiązania kwestii handlowych. Dodała też, że Bruksela oczekuje odpowiedzi od obu zainteresowanych stron.

 

Protektor wspiera i naciska

W Waszyngtonie nie omieszkano lobbować na rzecz Kosowa w sprawie jego przyjęcia do Interpolu. Swoje oficjalne stanowisko Stany przekazały za pośrednictwem ambasady w Prisztinie, czyli na możliwie najniższym szczeblu dyplomatycznym. Powtarzano argumenty Kosowa o wściekłej serbskiej kampanii mającej na celu zablokowanie członkostwa Kosowa w międzynarodowej organizacji policyjnej. Amerykańska ambasada w swoim oświadczeniu pisze, że formacje policyjne Kosowa są w pełni zintegrowane i zdolne do zwalczania międzynarodowego terroryzmu, ataków cybernetycznych, przemytu ludzi, broni i narkotyków, natomiast odmowa przyjęcia Kosowa oznacza powstanie luki w zakresie bezpieczeństwa na Bałkanach. Argumentuje ponadto, że głosowanie za członkostwem Kosowa w Interpolu nie musi automatycznie oznaczać uznania tego państwa. Jest to argumentacja cokolwiek bezsensowna. Warto bowiem zwrócić uwagę na to, że przeciwko przyjęciu Kosowa głosowało ponad 50 państw, podczas gdy oficjalnie uznało Kosowo ponad 100 krajów. Oznacza to, że nie wszystkie państwa, które uznały Kosowo, chcą z nim współpracować w ramach tej międzynarodowej struktury.

Jednocześnie USA starają się namówić Kosowo do wycofania się z kontrowersyjnej decyzji celnej. Podczas rozmowy z prezydentem Hashimem Thaçim sekretarz stanu Mike Pompeo usiłował nakłonić go do rezygnacji z podwyżki cła oraz do normalizacji stosunków z Serbią podkreślając, że jest to dla obu krajów jedyna droga do przyszłej integracji z „zachodnią współpracą narodów”. Z podobnym wezwaniem wystąpił także zastępca szefa amerykańskiej dyplomacji ds. Europy Południowo-wschodniej Matthew Palmer nazywając wprowadzenie podwyżki ceł przeszkodą w kontynuowaniu dialogu dodając, że Stany Zjednoczone będą wspierać Unię Europejską w jej działaniach na rzecz rozwiązaniu tego problemu.

Stany Zjednoczone, które same wykreowały Kosowo jako samodzielne państwo, zapewne zdają sobie sprawę z tego, że jego skuteczność jako narzędzia w ich geopolitycznych rozgrywkach jest coraz mniejsza. Nie są także zainteresowane chaosem na Bałkanach, który w każdej chwili może pociągnąć za sobą trudne do przewidzenia skutki. USA, jako najważniejszy protektor Kosowa, są jedyną siłą mogącą mieć wpływ na politykę Prisztiny. Biorąc to pd uwagę prezydent Vučić odbył rozmowę z amerykańskim ambasadorem w Belgradzie, podczas której zaapelował aby Stany Zjednoczone wykorzystały swoje wpływy i przestrzegły Kosowo, że swoimi działaniami powoduje zagrożenie dla pokoju i stabilności na Bałkanach.

 

Albania jako jedyny sojusznik

Ciekawa na ostatnie wydarzenia była reakcja Albanii, będącej zdecydowanym bałkańskim sojusznikiem Kosowa i konsekwentnym promotorem jego interesów. Jeszcze w dwa dni po ogłoszeniu kontrowersyjnej decyzji minister finansów Arben Ahmetaj twierdził, że nie jest ona korzystna ani dla Serbii, ani dla Kosowa i należałoby ją anulować. Diametralna zmiana stanowiska nastąpiła po tym, jak premier Edi Rama odbył spotkanie z kosowskimi partnerami. W odróżnieniu od wcześniejszej wypowiedzi swojego ministra premier całkowicie poparł decyzję Kosowa. Jak oświadczył, podniesienie ceł to nie działanie ekonomiczne, lecz polityczny sygnał dla Serbii, „ponieważ nie można budować przyszłości z nożem wbitym w plecy Albańczyków”. Ponadto argumentował, iż podwyższanie stawek celnych jest irracjonalne w normalnych okolicznościach, ale normalne w sytuacji irracjonalnej, która jego zdaniem, ma właśnie miejsce. Albański premier po raz kolejny zapewnił o niewzruszonym poparciu dla Kosowa mówiąc w nieco poetyckim tonie, że „Kosowo i Albania podążają wspólnie, ramię w ramię, jak dwugłowy orzeł”, nawiązując do godła swojego kraju.

 

Kosowo idzie w zaparte

Przykład Interpolu, a także światowa reakcja na ostatnie decyzje Kosowa pokazują, że państwo to staje jest coraz bardziej izolowane na arenie międzynarodowej. Z kolei władze w Prisztinie najwyraźniej nie umieją się poruszać w zbyt skomplikowanym dla nich geopolitycznym galimatiasie. Na swoje międzynarodowe porażki reagują nerwowo, żeby nie rzec histerycznie. Politolog specjalizujący się w problematyce Europy Południowo-Wschodniej Jasmin Mujanović uważa wprowadzenie podwyższonych ceł za akt desperacji.

Taka jednak jest cała polityka kosowskich władz. Przewodnią ideą jest tam antyserbski nacjonalizm, któremu hołdują wszystkie albańskie partie niezależnie od tego czy są w rządzie czy w opozycji. Znamienny jest tu przykład z ostatnich dni. Czołowa siła opozycyjna Demokratyczna Liga Kosowa poinformowała 4 grudnia, że zażądała zwołania nadzwyczajnej sesji parlamentu w celu przegłosowania dymisji premiera i jego zastępcy bynajmniej jednak nie z powodu taryf, lecz z tego względu, iż nie potrafili oni podczas poniedziałkowych rozmów z Hahnem przeforsować decyzji UE o zniesieniu wiz do krajów Unii do końca tego roku, choć sami to obiecywali. Wniosek ten poparło inne ugrupowanie opozycyjne Vetëvendosje (Samookreślenie), które na dodatek domaga się ustąpienia również spikera parlamentu i ministra ds. integracji europejskiej.

Tymczasem Hahn wyraźnie oświadczył, że realną datą zniesienia wiz jest rok 2020. Można to odczytać jako czytelny sygnał ostrzegawczy ze strony Unii Europejskiej, której zależy na tym, aby Kosowo prowadziło oczekiwać bardziej przewidywalną i wolną od wzniecania konfliktów politykę. Jak do tej pory władze w Prisztinie idą w zaparte i nie zamierzają rezygnować ze swojej w gruncie rzeczy bezsensownej i nieracjonalnej linii politycznej. Skoro są one odporne na naciski ze strony UE czy też sugestie płynące z Waszyngtonu, to wydaje się, że jedyną rzeczą, która byłaby w stanie skłonić ich do zmiany stanowiska mogą być skutki blokady handlowej z Serbią. Już wkrótce może się okazać, że mogą one być bardzo negatywne nie tylko dla serbskich eksporterów, lecz także dla gospodarki Kosowa a także jej międzynarodowego wizerunku. Jest to jednak już problem samego Kosowa.

Kłopotliwy sojusznik

Parlament Kosowa przegłosował utworzenie armii na bazie miejscowych sił bezpieczeństwa. „Za” głosowali deputowani narodowości albańskiej, natomiast wszyscy posłowie Serbskiej Listy głosowanie zbojkotowali.

 

Zgodnie z przyjętą ustawą, Kosowskie Siły Bezpieczeństwa mają być stopniowo przekształcone w regularną w armię, w której docelowo ma służyć 5 tysięcy żołnierzy oraz 3 tysiące rezerwistów. W ten sposób kosowskie wojsko liczyłoby więcej funkcjonariuszy niż obecne tam siły NATO mające w Kosowie 4 tys. żołnierzy. Decyzja parlamentu nie jest jeszcze ostateczna. Utworzenie armii wymagałoby bowiem zmian w konstytucji. A do tego potrzebna jest nie tylko większość 2/3 głosów wszystkich posłów, lecz także zgody ze strony 2/3 deputowanych z ramienia Serbskiej Listy, co jest całkowicie nierealne.

Pierwsze słowa krytyki popłynęły ze strony Serbii. Koordynator kontaktów z Kosowem Marko Đurić przestrzegł przed „nieprzewidywalnymi konsekwencjami dla bezpieczeństwa regionu” zaznaczając, że Serbia będzie chronić swoje interesy na całym swoim terytorium. Również serbski minister obrony Aleksandar Vulin uważa, że powstanie w Kosowie regularnej armii zagrażałoby Serbii i Serbom podkreślając, że jedynymi siłami zbrojnymi na terenie Kosowa mogą być tylko obecne tam siły NATO.
W ostry sposób wypowiedział się też deputowany Serbskiej Listy do kosowskiego parlamentu Igor Simić mówiąc, iż postanowienie kosowskiego parlamentu stanowi pogwałcenie Rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ z 1999 r. oraz konstytucji Kosowa.

Natomiast poparcie dla utworzenia kosowskiej armii wyraził premier Albanii Edi Rama, który jednocześnie oddał na Twitterze hołd „męczennikom Armii Wyzwolenia Kosowa” oraz pobłogosławił „odradzającą się armię Kosowa”.

NATO nie zajęło jeszcze oficjalnego stanowiska w tej sprawie. Cytowany przez Radio Free Europe/Radio Liberty funkcjonariusz paktu podkreśla, że NATO popiera Kosowskie Siły Bezpieczeństwa działające zgodnie z obecnie obowiązującym mandatem natomiast w przypadku, gdy zakres uprawnień tych sił będzie się zmieniać, NATO „rozpatrzy poziom swojego zaangażowania w Kosowie.
Jak widać Pakt Północnoatlantycki ma spory kłopot ze swoim protegowanym na Bałkanach. Z jednej strony musi wspierać swoją forpocztę w regionie, z drugiej zaś obawia się zaostrzenia sytuacji w tak niestabilnym i konfliktogennym miejscu, jakim są Bałkany. O tym, że USA mają już dość konfliktów w tym regionie, w których rozpalaniu miały czynny udział, świadczy przedstawione w piątek w Belgradzie przez zastępcę sekretarza stanu Matthewa Palmera oświadczenie nawołujące Serbię i Kosowo do wykorzystania – jak się wyraził – „historycznej okazji” do zawarcia porozumienia. Swoją obecność militarną w Kosowie NATO uważa zarówno za czynnik stabilizacji, jak też kontroli nad poczynaniami nie zawsze kierujących się politycznym realizmem władz w Prisztinie.

Wojna wróci na Bałkany?

Prezydent Serbii Aleksandr Vucić wydał rozkaz, by armia serbska przeszła w stan podwyższonej gotowości bojowej. Powód – agresywne działania Kosowa.

 

Agencja Tanjug, powołując się na administrację serbskiego prezydenta poinformowało, że rozkaz został przekazany naczelnikowi Sztabu Generalnego armii Serbii. W stan podwyższonej gotowości zostały postawione także oddziały specjalne i komandosi.

Powodem takich decyzji Vucicia był fakt, że oddział komandosów armii Kosowa zajął pozycje w pobliżu sztucznego jeziora Gazivode i rozlokował się w miejscowym centrum ekologii i sportu. Celem tych operacji może być pozbawienie Serbii kontroli nad tym strategicznie ważnym zbiornikiem, który w całości zaopatruje Kosowo w wodę i prąd, choć w ostatnich latach Serbia włożyła w infrastrukturę wokół tego zbiornika około 2 milionów euro.

Stacjonujące na miejscu siły rozjemcze KFOR wzywają do spokoju i zapewniają, że są w kontakcie ze wszystkimi stronami, choć „poważnie odnoszą się do tego rodzaju informacji [o ruchach wojsk – przyp. MW]”.

Raptowny wzrost napięcia związany jest z przeciągającą się nieunormowaną sytuacją serbskiej mniejszości w Kosowie. Sprawa ta już dawno, zgodnie z ustaleniami i zaleceniami Unii Europejskiej powinna być rozwiązana, ale władze w Kosowie odwlekają decyzje.

Od czasu amerykańskiej agresji przeciwko Jugosławii Kosowo pozostaje potencjalnym zapalnikiem nowej wojny w tym regionie.

Syzyfowe prace

Prezydent Kosowa Hashim Thaci powiedział niedawno, że „porozumienie między Kosowem a Serbią otworzy drogę Kosowu do integracji europejskiej. Daleko nam jeszcze do porozumienia. Jestem sceptycznie nastawiony do jego osiągnięcia, ale jestem zdeterminowany, aby osiągnąć pokojowe rozwiązanie”. Stwierdzenia te pomimo, że wywołują w Kosowie fale protestów ze strony niemal wszystkich sił politycznych, są od kilku miesięcy kartą przetargową w toczących się od 2011 roku negocjacjach pomiędzy Prisztiną a Belgradem.

 

Prezydent Thaci jak i prezydent Serbii Aleksandar Vućić 25 sierpnia tego roku zgłosili propozycje korekty granic, co byłoby podwaliną zawarcia historycznego porozumienia pomiędzy Belgradem a Prisztiną. Jednak reperkusje planu zmiany granic wywołują olbrzymie emocje, zarówno w Kosowie jak i w Serbii. Stany Zjednoczone jak i część państw europejskich są nawet skłonne zaakceptować ten plan korekty granic za cenę zawarcia porozumienia i stabilizacji na Bałkanach. UE w swoich założeniach strategicznych dla Bałkanów Zachodnich, zakłada, że Serbia ma szanse na uzyskanie członkostwa w UE do 2025 roku pod warunkiem zawarcia prawnie obowiązującej umowy z Kosowem, o ile zawrze kompletne porozumienie z Kosowem do końca 2019 roku.

Z kolei zawarcie porozumienia z Serbią jest dla Kosowa priorytetem, ponieważ Belgrad skutecznie blokuje Prisztinę na arenie międzynarodowej. Podpisanie więc takiego porozumienia wymagałoby wielu ustępstw ze strony Kosowa na rzecz Serbii, a na co nie chcą się zgodzić niemal wszystkie kosowskie siły polityczne. Opozycyjna partia Vetëvendosje (Samostanowienie), wraz z jej liderem Albinem Kurti, organizuje niemal non stop demonstracje antyserbskie i aktywizuje społeczeństwo przeciwko negocjacjom. Słaba jest też pozycja samego prezydenta Kosowa Hashima Thaciego, który jest kontestowany przez środowisko swojej partii, a swoją pozycję utrzymuje i zawdzięcza USA i poparciu niektórych państw europejskich – w zamian za ugodowa postawę wobec Belgradu.

To sprawia, że sytuacja na linii Kosowo – Serbia jest więc bardzo skomplikowana i trudno jednoznacznie stwierdzić jak potoczą się negocjacje w Brukseli pomiędzy Prisztiną a Belgradem zaplanowane na 7 września tego roku.

 

Serbskie antidotum na kompleksy?

Z pomysłem wymiany terytorium pomiędzy Serbią a Kosowem jako warunku porozumienia wystąpił w lipcu tego roku serbski premier Aleksandar Vućić. Wcześniej serbscy politycy zasugerowali, by przyłączyć do Serbii północną część Kosowa w zamian za uznanie jego niepodległości. Vućić sprytnie wykorzystał fakt dyskusji nad sytuacją polityczną w Kosowie, na którą dyplomaci USA jak również UE zareagowali pozytywnie, nie wykluczając i takiej ewentualności w celu osiągnięcia porozumienia. Byłoby to dla Serbów antidotum na ich „kompleks” utraty terytorium – kolebki państwowości – na rzecz Kosowa. I to dawało prezydentowi Vućicovi argument za szybsza integracją Serbii z UE.

A sama debata dotyczyła powołania Związku Gmin Serbskich (Zajednica Srpskih Opština) w Kosowie, który miało stworzyć 10 gmin skupiających większość serbską. Zamieszkuje ona Północną Mitrovicę oraz okoliczne gminy: Leposavić, Zubin Potok i Zvećan. Pozostała część społeczności serbskiej zamieszkuje południową i południowo-wschodnią część Kosowa. Samorządu serbskiego nie stworzono do dnia dzisiejszego – mimo upływu terminu 5 sierpnia – z uwagi na silny opór społeczny jak również kosowskich polityków.

Pomysł oderwania północnej części Kosowa, gdzie znajdują się kopalnie cennych surowców, m.in.: srebra, cynku, ołowiu oraz huty cynku i ołowiu w Trepćy jak też zbiornik wodny i elektrownia wodna Gazivoda, był dla Serbii wygodny i opłacalny ekonomicznie. Jednak z punktu widzenia politycznego, w razie jego realizacji Belgrad utraciłby możliwość wpływania na politykę Kosowa poprzez oddziaływanie na mniejszość serbską. Serbowie twierdzą, że „kto kontroluje Gazivodę, ten kontroluje całe Kosowo” ponieważ zbiornik ten zapewnia wodę i prąd dla sporej części kraju. Długie na 24-kilometry, sztuczne jezioro powstało tuż po zbudowaniu Elektroprivreda Srbije na rzece Ibar jeszcze w 1977 roku. W jednej czwartej leży ono po serbskiej stronie granicy, a w trzech czwartych na terytorium Kosowa zamieszkałym przez mniejszość serbską.

W zamian Serbia musiałaby oddać Kosowu kilka najbiedniejszych, rolniczych gmin zamieszkałych przez mniejszość albańską (Preśevo, Bujanovac i Medveđa) w Dolinie Preszewa. Gminy te położone są na styku granic serbskiej, kosowskiej i macedońskiej.

Albańczycy z Doliny Preszewskiej od wielu lat okazują swoje niezadowolenie z przynależności do państwa serbskiego. W referendum ogłoszonym w 1992 roku – jeszcze w czasach Jugosławii – wyrazili chęć odłączenia się od tego kraju i przyłączenia do Albanii. W czasie konfliktu na Bałkanach działały tu albańskie oddziały Armii Wyzwolenia Preśeva, Bujanovaca i Medveđi.

Takie propozycje zmiany granic i wymiany terytoriów okazują się być „akceptowalnymi” przez USA i niektóre państwa europejskie, ponieważ zdaniem wielu obserwatorów dają one szansę na osiągnięcie porozumienia pomiędzy Kosowem a Serbią. Amerykański ambasador w Kosowie Greg Delawie wzbudził obawy Kosowian, twierdząc w wywiadzie telewizyjnym, że „Stany Zjednoczone mogą poprzeć podział Kosowa”. W podobnym tonie wypowiedział się Johannes Hahn, komisarz UE do spraw rozszerzenia i polityki sąsiedztwa, który nie wykluczył koncepcji wymiany terytoriów pomiędzy Serbią a Kosowem w imię „uzyskania większej stabilności na Bałkanach”.

 

Bałkańska ruletka pod dyktando Rosji?

Koncepcji zamiany granic sprzeciwiają się Niemcy, Wielka Brytania i spora część krajów UE, twierdząc, że może ona wywołać kolejny konflikt zbrojny. W samym Kosowie pomysł wyznaczenia nowych granic spotkał się z olbrzymia krytyką i tym sprzeciwom towarzyszyły głosy chęci zbrojnego przeciwstawienia się Serbii. Prezydent Kosowa Hashim Thaci został niemal okrzyknięty zdrajcą narodu i na nic zdały się jego późniejsze zapewnienia, że jest to tylko gra polityczna, jaką prowadzi on w stosunku do Serbii.

Jednocześnie w samej Serbii dostrzeżono niebezpieczeństwo płynące z takiego rozwiązania, ponieważ – jak podkreślają polityczni komentatorzy – zamiana ziem pomiędzy Serbią a Kosowem, może wywołać bośniackie żądania oderwania Sandżaku (okolice Novego Pazaru, na pograniczu Serbii i Czarnogóry, zamieszkane przez liczną mniejszość bośniacką). W dodatku Serbia ma w swoich granicach liczną mniejszość węgierską zamieszkującą Vojvodinę (okolice Nowego Sadu i Suboticy ), która również bacznie obserwuje sytuacje z Kosowem i jest podatna na nacjonalistyczno-patriotyczne pomysły Viktora Orbána, który marzy o przywróceniu roli Węgier sprzed okresu I wojny światowej.

Również w Bośni i Hercegowinie, najbiedniejszym kraju Bałkanów, pojawiły się żądania korekty granic. Bośnia – podzielona etnicznie, religijnie i kulturowo – od chwili jej powstania boryka się z problemami mniejszości narodowych. Co chwila pojawiają się tam pomysły połączenia Republiki Serbskiej z Serbią, czy ogłoszenia kraju państwem islamskim. Część społeczeństwa chciałaby przyłączenia kilku kantonów do Chorwacji. Do tego kraj ten ciągle jest wstrząsany demonstracjami, a stabilizacji nie sprzyjają częste wybory do podzielonego parlamentu, będącego od 23 lat pod stałym nadzorem Wysokiego Przedstawiciela ONZ i UE.

Ewentualna decyzja o zmianie granic w Kosowie może wywołać skutki również w Macedonii, gdzie niebawem odbędzie się referendum w sprawie możliwości przystąpienia kraju do Unii Europejskiej. Nie ma wątpliwości, że jeśli serbska dziś Dolina Preszewa przyłączyłaby się do Kosowa, to Albańczycy w macedońskim Tetowie i Gostivarze mogliby zażądać tego samego.
Ideą zmiany granic w Kosowie może być zainteresowany premier Albanii Edi Rama. Dotychczas nie zabierał on oficjalnego głosu w tej sprawie, ale nie od dziś wiadomo, że koncepcja istnienia Wielkiej Albanii, albo „Nowej Albanii” jest mu bliska i zmiana granic Kosowa jak najbardziej pasuje do tego planu. „Czyste i poszerzone” etnicznie Kosowo byłoby dobrym argumentem do przyłączenia ziem zamieszkujących przez Albańczyków w Macedonii, Czarnogórze, czy nawet w Grecji.

Najbardziej zainteresowana „bałkańską ruletką” jest Rosja, a dyskusje o nowych granicach Serbii, Kosowa i innych krajów byłej Jugosławii służą polityce utrzymania wpływów w tym regionie. Rosja zaciera ręce, obserwując polityczne targi pomiędzy Kosowem i Serbią. Niewiele sama robiąc, a jedynie „kibicując” Belgradowi, Rosja zainteresowana jest przyłączeniem północnych terytoriów Kosowa do Serbii. Takie porozumienie połączone ze zmianą granic ułatwi uzasadnienie aneksji i przyłączenia ukraińskiego Krymu do Rosji. Moskwie odpowiada bardzo fakt, że za cenę osiągnięcia porozumienia Serbii z Kosowem, obydwa te kraje nie prędko zostaną członkami UE. Dziś Rosja – na prośbę Belgradu – skutecznie blokuje uczestnictwo Kosowa w ONZ i innych organizacjach międzynarodowych. Unia Europejska uzależnia przyjęcie w swoje szeregi Belgradu i Prisztiny za cenę osiągnięcia porozumienia pomiędzy tymi państwami.

Z tych powodów przywódcy Niemiec i Wielkiej Brytanii nie godzą się na jakiekolwiek zmiany granic i nie chcą uruchomienia „efektu domina” i otwarcia bałkańskiej puszki Pandory. Polityka Waszyngtonu – mająca największe wpływy w Kosowie – jest chwilami nieczytelna i zawiła. Z jednej strony USA wspierają Kosowo w jego dążeniach do osiągnięcia porozumienia, z drugiej zaś – akceptują pomysły Serbii rewidujące granice. Jest to zapewne podyktowane dążeniem do szybkiego rozwiązania problemu, nawet za cenę ustępstw, po to by zminimalizować wpływy Rosji w tym regionie. Ta polityka jest zgodna z celem UE, która w Kosowo zainwestowała nie tylko wieloletnie mediacje ale i olbrzymie pieniądze w utrzymanie misji Eulex.

Ten proces negocjacji pomiędzy Kosowem a Serbią, trwający 7 lat pod auspicjami UE przypomina syzyfowe prace. Unia Europejska, bowiem jako mediator, czyni olbrzymie wysiłki w celu osiągnięcia porozumienia zapominając przy tym, że nawet jeśli do tej swoistej ugody dojdzie, to i tak akcesja Kosowa do UE będzie bardzo trudna a może niemożliwa. Dzieje się tak, ponieważ Cypr, Hiszpania i Rumunia nie uznają do dziś niepodległości Kosowa a Grecja i Słowacja nie wypowiedziały się oficjalnie w tej kwestii. I nie wiadomo, czy w przyszłości, kraje te, zmienią stanowisko i zaakceptują akcesję Kosowa.

Serbia zaś, pomimo nacisków ze strony UE nie nałożyła sankcji gospodarczych przeciwko Rosji za aneksję Ukrainy. Rezygnacja z dostaw rosyjskiego gazu, byłaby dla Serbii gospodarczym samobójstwem. A UE nie zdywersyfikowała listy dostawców gazu i nie zaproponowała nawet krajom unijnym rozwiązań alternatywnych, tym bardziej Serbii.

 

Rozmów nie będzie?

W miniony piątek, 7 września br. prezydenci Hashim Thaci i Aleksandar Vućić mieli rozmawiać z udziałem Federici Mogherini, szefowej unijnej dyplomacji w Brukseli, o zmianie granic i innych problemach usuwających przeszkody do osiągnięcia porozumienia. Jednak do spotkania nie doszło, ponieważ nie zgodził się na nie prezydent Vućić. Rozmawiał on dwie godziny z Mogherini, której miał powiedzieć, że dialog został przerwany z powodu „kłamstw, oszustw i gróźb wobec Serbii wystosowanych przez kosowskich Albańczyków”. Marko Đurić, minister ds. Kosowa i Metohiji w serbskim rządzie poinformował z kolei, że podczas poprzedzających piątkowe rozmowy dni, w Kosowie rozpowszechniano fałszywe informacje o chęci oddania przez Serbię terenów Preśeva, Bujanovaca i Medveđa. „Jedynym terytorium, o który należało rozmawiać jest terytorium Kosowa i Metohija” – dodał Đurić.

Prezydent Vućić, kilka miesięcy temu zapowiedział , że wrześniowy weekend 8 i 9 spędzi w północnym Kosowie. Planował wizytę w Mitrovicy, Gazivodzie i okolicznych miejscowościach. Przed wylotem do Brukseli nakazał wszystkim serbskim służbom wojskowym, policyjnym i bezpieczeństwa zerwać współpracę z ich odpowiednikami w Kosowie i z unijnymi siłami pokojowymi KFOR. Wizyty nie odwołał i potwierdził ją w piątek wieczorem.

Z oficjalnych źródeł wiadomo, że jego sobotnio-niedzielny pobyt w Kosowie będą ochraniać międzynarodowe siły pokojowe KFOR, misji praworządności UE Eulex oraz miejscowej policji.
Mimo tych przeciwieństw, dążenie i wspieranie działań wiodących do porozumienia Prisztina – Belgrad wydaje się zasadne. Europie i światu potrzebny jest spokój i szeroko rozumiana współpraca z Bałkanami Zachodnimi. A przyszła integracja krajów byłej Jugosławii ze Zjednoczoną Europą powinna zakończyć animozje i konflikty tak jak to się stało pomiędzy wieloma krajami europejskimi zrzeszonymi w UE.

Kolejną turę rozmów pomiędzy prezydentami : Hashim i Vućićem zaplanowano za dwa tygodnie.