Postęp społeczny jest powolny i nierówny

Rosnące dane o światowym PKB maskują rzeczywiste problemy, z jakimi borykają się społeczeństwa i rzesze zwykłych ludzi. Polska wciąż nie może wyjść z załamania, jakie zafundowały jej rządy PiS.

Kilkanaście dni temu został opublikowany raport grupy badawczej współpracującej z Deloitte poświęcony postępowi społecznemu oraz związany z nim ranking 2020. W tej konkurencji Polska zajęła 31. miejsce (w ubiegłym roku 33), z wartością indeksu 84,32 ( w ub. roku 81,25).
Indeks ten służy jako kryterium do klasyfikowania krajów według ogólnego poziomu ich rozwoju społecznego w danym roku i jest obliczany obecnie dla 163 krajów (w ub. roku dla 149).
Indeks Postępu Społecznego (Social Progress Index) jest opracowywany i publikowany dopiero od 2014 r. Składa się aż z 51 wskaźników społecznych i środowiskowych, aby można było uzyskać, jak piszą autorzy raportu, wyraźniejszy obraz tego jak naprawdę wygląda nasze życie codzienne.
Indeks nie mierzy wprawdzie szczęścia i zadowolenia z życia ludzi, ale koncentruje się na rzeczywistych warunkach życiowych: w obszarach od schronienia i wyżywienia po prawa i edukację. Śledzi zmiany zachodzące w społeczeństwie w kolejnych latach, jest syntetycznym miernikiem opisującym efekty rozwoju społecznego w skali czasowej i przestrzennej.
Indeks ma charakter złożony (agregatowy), na który składają się trzy subindeksy – i jest ich średnią ważoną. Został wprowadzony dla celów porównań międzynarodowych i określa poziom rozwoju społecznego integrując czynniki ekonomiczne i społeczne danego kraju. Stanowi uzupełnienie wobec produktu krajowego brutto. Pokazuje kraje osiągające bardzo różne ogólne poziomy rozwoju społecznego i bardzo różniące się od siebie wzorce postępu społecznego.
Kraje o wysokich dochodach zwykle osiągają wyższy postęp społeczny niż kraje o niskich dochodach. Jednak zależność ta, jak pokazuje indeks, nie jest ani prosta ani liniowa.
Trzy subindeksy, które składają się na podstawowy Indeks Postępu Społecznego to : 1. Podstawowe potrzeby ludzkie, 2. Podstawy dobrobytu oraz 3. Szanse.
W skali świata indeks w okresie sześciu lat poprawił się z 62,14 w 2014 r. do 64,24 w 2020 r. (ale już było 64,47 w 2019 r.) – czyli zaledwie o 2,10 pkt. Średnia światowa lokuje się na poziomie między Ghaną (103 miejsce) i Azerbejdżanem (104 miejsce). Indeks i pełny raport można znaleźć na stronie: socialprogress.org/index/global/results
Zdecydowanie największy postęp osiągnięto w zakresie dostępu do informacji i komunikacji – który zwiększył się o 11,49 pkt w ciągu ostatnich 6 lat. Dużą rolę odegrał tu wzrost dostępu do internetu i abonamentów na telefony komórkowe, szczególnie w krajach rozwijających się.
W sumie, postęp jest jednak bardzo powolny i w dodatku nierówny. Tylko 46 krajów osiągnęło tempo postępu wyższe niż 3 pkt. Świat osiąga gorsze wyniki w zakresie postępu społecznego niż wskazywałby na to średni PKB na mieszkańca.
Sygnalizuje to, że mamy zasoby, aby żyło się nam lepiej – i aby być lepszymi – zaś rosnące dane PKB maskują w jakimś sensie rzeczywiste problemy, z jakimi borykają się społeczeństwa i rzesze zwykłych ludzi.
Średni światowy produkt brutto na jednego mieszkańca według parytetu siły nabywczej (PPP) wyniósł 15.939 dolarów w 2019 r. (szacunków dla roku 2020 jeszcze nie opublikowano). Średni PKB Polski w roku 2020 wyniósł zaś 33.086 dol. (37 miejsce w świecie). PKB lidera Indeksu Postępu Społecznego, czyli Norwegii wynosi 63.633 dol – co oznacza dopiero siódme miejsce w świecie).
Bardzo ciekawa i znamienna jest ocena szans na zrealizowanie 17 Celów Zrównoważonego Rozwoju według Agendy ONZ do 2030 r. Zdaniem autorów raportu, na podstawie 51 wskaźników Indeksu Postępu Społecznego, świat idąc w dotychczasowym tempie nie osiągnie tych celów przed 2082 rokiem!
Czołówka rankingu SPI 2020 to: Norwegia, Dania, Finlandia Nowa Zelandia i Szwecja.
Wartość Indeksu dla Norwegii wynosi 92,73 (w skali 0 – 100) a dla Polski 84,32. Taki jest obecnie – wynoszący 8,41 pkt – nasz dystans do najlepszych.
Niemcy, do których lubimy się porównywać, zajmują jedenastą (w ubiegłym roku ósmą) lokatę z wartość indeksu 90,56. USA z kolei zajmują dopiero 28. pozycję w rankingu i są jednym z tylko trzech krajów świata, w których Indeks Postępu Społecznego spadł w ciągu ostatniej dekady.
Ostatnie – 163 miejsce zajmuje Sudan Południowy z wartością Indeksu 31,06 (w ub. roku 24,44). Wśród krajów rozwijających najszybszy postęp wykazały Gambia, Etiopia i Tunezja.
Spośród nowych krajów UE przed nami są: Słowenia (22 lokata, wartość Indeksu 87,71), Estonia (24) i Czechy (25). Za nami zaś pozostałe nowe kraje UE: Litwa (32), Łotwa (35), Słowacja (36), Węgry (38), Chorwacja (39), Bułgaria (43) i Rumunia (45 miejsce z wartością indeksu 78,35).
Nasi sąsiedzi zajmują: Białoruś – 47 miejsce, Ukraina – 63, Rosja – 69. Chiny zajęły 100. miejsce a Indie 117.
W zakresie pierwszego subindeksu (podstawowe potrzeby ludzkie) Polska zajmuje 23 miejsce z wartością 94,44, drugiego – podstawy dobrobytu – 36 miejsce z wartością 83,67 a w trzecim – szanse – 33 miejsce z wartością 74,86. Średnie światowe dla tych subindeksów odpowiednio 74,65, 60,82 i 57,25; zatem lokujemy się znacznie powyżej średniej. Jednak do Norwegii nam jeszcze daleko: 96,85, 93,39 i 87,95.
W latach 2014 – 2015 Polska zajmowała już 27 miejsce, ale w 2016 r. spadła na 30, w latach 2017-2018 była na 32, zaś w ubiegłym roku na 33. miejscu.
FKUB

Indeks Postępu Społecznego 2020

  1. Norwegia 92,73
  2. Dania 92,11
  3. Finlandia 91,89
  4. Nowa Zelandia 91,64 5. Szwecja 91,62 29. Singapur 85,46 30. Malta 84,89 31. Polska 84,32 32. Litwa 83,52

Polska tragedia podatkowa

Rządy PiS doprowadziły do tego, że polski system podatkowy należy do najgorszych w Europie. W Międzynarodowym Indeksie Konkurencyjności Podatkowej 2019 nasz kraj spadł na 35 miejsce, a jeszcze w 2014 r. był na 26.
Orgnizacja Tax Foundation (działająca w USA od 1937 roku) opublikowała Międzynarodowy Indeks Konkurencyjności Podatkowej 2019 (International Tax Competitiveness Index – ITCI), w którym Polska gospodarka zajęła dopiero 35. (przedostatnie) miejsce.
Indeks ten obejmuje wszystkie kraje członkowskie Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Został opracowany przez zespół specjalistów pod kierownictwem Daniela Bunna i Elke Asena w ramach Centrum Globalnej Polityki Podatkowej. Jego szefem w Fundacji jest Scott A. Hodge.
W ciągu ostatnich kilku dekad w większości krajów OECD stawki podatków dochodowych CIT (od osób prawnych) i PIT (od osób fizycznych) na ogół spadały. Nie wszystkie jednak ostatnie zmiany (na przykład we Francji) poprawiły strukturę systemów podatkowych. Ponadto, podczas gdy wiele krajów zniosło podatek od majątku netto w ostatnich dziesięcioleciach, Belgia przyjęła nowy podatek, właśnie od tego majątku.
Analizując systemy podatkowe w krajach OECD widać dość wyraźnie różnorodność podejścia do polityki podatkowej. Między innymi w celu jej zbadania opracowywany jest omawiany Indeks. Konkurencyjność międzynarodową w Indeksie autorzy starają się zmierzyć, sprawdzając, w jakim stopniu system podatkowy danego kraju przylega do dwóch ważnych aspektów polityki podatkowej: właśnie konkurencyjności oraz neutralności. Według autorów raportu, konkurencyjny system podatkowy to po prostu taki, który utrzymuje krańcowe stawki podatkowe na niskim poziomie.
W dzisiejszym zglobalizowanym świecie kapitał jest wysoce mobilny. Firmy mogą inwestować w dowolnej liczbie krajów na wszystkich kontynentach, aby znaleźć i zmaksymalizować stopę zwrotu po opodatkowaniu. Ponadto, zbyt wysokie krańcowe stawki podatkowe mogą prowadzić do unikania podatków. Dla wzrostu gospodarczego najbardziej dotkliwe są podatki od dochodów przedsiębiorstw (CIT). Podatki od dochodów osób fizycznych (PIT) i od nieruchomości mają znacznie mniejszy wpływ na wzrost gospodarczy.
Z kolei tzw. neutralny system podatkowy to taki, który ma na celu zwiększenie przychodów podatkowych przy jak najmniejszych zakłóceniach gospodarczych. Konkurencyjny i neutralny system podatkowy ma promować trwały wzrost gospodarczy i inwestycje, a jednocześnie zapewniać wystarczające dochody na różne priorytety rządowe.
Międzynarodowy Indeks Konkurencyjności Podatkowej ma charakter złożony (agregatowy) na który składają się 43 wskaźniki, zgrupowane w pięciu kategoriach oceniających różne aspekty systemów i struktury podatków. Sam indeks jest średnią arytmetyczną ważoną wszystkich tych wskaźników, a wagi, które są im przypisane zostały opracowane przez ekspertów z danych dziedzin podatków.
Indeks końcowy to jedna syntetyczna liczba i to stanowi jego urok. Przy jego pomocy można budować rankingi krajów. Dla analityków są zaś ważne właśnie te szczegółowe wskaźniki. Międzynarodowy Indeks Konkurencyjności Podatkowej 2019 oraz pełny raport można znaleźć na stronie www.taxfoundation.org
W 2014 r. w tym rankingu zajmowaliśmy 26. miejsce, a w roku 2019 niestety spadliśmy na 35. Po nas jest tylko Francja.
Czołówka rankingu to jak pokazano w tabeli: Estonia (już po raz szósty), Nowa Zelandia, Łotwa, Litwa i Szwajcaria. Warto tu zauważyć, że trzy „nowe” kraje członkowskie Unii Europejskiej zajmują bardzo wysokie lokaty. Wartość Indeksu na poziomie 100 nie oznacza zdaniem autorów raportu, że dany system jest idealny, lecz jest najlepszy spośród badanych.
Pozycja Estonii w rankingu konkurencyjności podatkowej wynika z czterech pozytywnych cech polityki podatkowej tego kraju. Posiada on 20 – procentową stawkę podatkową od przedsiębiorstw, lecz tylko od zysków podzielonych (część zysku po opodatkowaniu, która zostaje przeznaczona na dywidendy dla akcjonariuszy), ma także 20 – procentowy podatek od dochodów osobistych mieszkańców ale z wyłączeniem dywidend. Podatek od nieruchomości dotyczy wyłącznie wartości gruntu a nie wartości stojących na nim nieruchomości lub zainwestowanego kapitału. Wreszcie, Estonia ma system podatków terytorialnych, który zwalnia z krajowego opodatkowania 100 proc. zysków za granicą uzyskanych przez krajowe korporacje (z kilkoma ograniczeniami).
Wartość Indeksu dla Estonii wynosi 100 proc., a dla Polski: 43,5 proc. Taki jest obecnie nasz dystans do lidera. Spośród nowych krajów UE przed nami są wszystkie z nich.
Warto odnotować, że w zakresie stawek podatkowych CIT (trzynaste miejsce) oraz PIT (dziewiąte miejsce) Polska wypada znacznie lepiej, niż w ogólnym Indeksie. Najgorsze miejsca zajmujemy jeśli chodzi o VAT i podatek od nieruchomości.
Z punktu widzenia przedsiębiorstw w Polsce najgorzej oceniany jest właśnie VAT. Z badań ankietowych firmy Ernst&Young wynika, że 91 proc. firm skarżyło się, że za zmianami w VAT zwyczajnie nie nadąża, a 60 proc. twierdziło, że nie wyrabia się nawet z czytaniem interpretacji wyroków i objaśnień.
Od 2008 r, wydano w Polsce ponad 140 tysięcy interpretacji indywidualnych w zakresie VAT oraz ponad 30 objaśnień, ostrzeżeń i broszur dotyczących tego podatku.

Ranking Konkurencyjności Podatkowej 2019

  1. Estonia 100,0
  2. Nowa Zelandia 86,3
  3. Łotwa 86,0
  4. Litwa 81,5
  5. Szwajcaria 79,3 32. Chile 49,1 33. Portugalia 46,6 34. Włochy 44,0 35. Polska 43,5 36. Francja 42,7

Leszek Balcerowicz nie wziął się znikąd

Przyszły wicepremier i minister finansów już na początku lat osiemdziesiątych uważał, że reforma gospodarcza powinna zostać wprowadzona od razu w sposób pełny i szybki, a nie stopniowo.

Koniec roku 1980, sytuacja polityczna i gospodarcza oraz presja społeczna wymuszały zmiany. Mimo wprowadzanych obostrzeń, Wojciech Jaruzelski chce pokazać, że kontynuuje reformy gospodarcze. Zaraz po objęciu władzy powołuje Komisję ds. Reformy Gospodarczej. Dla wzmocnienia skuteczności, pod auspicjami najwyższego szczebla ówczesnej władzy (Biura Politycznego Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej). Jestem członkiem jej kierownictwa (sekretariatu Komisji). Skład komisji jest publiczny, ogłoszony 16. XI. 1980 r.

Prof. Władysław Baka jako szef Sekretariatu Komisji jest zarazem Pełnomocnikiem Rządu ds. Reformy Gospodarczej. Skład tej Komisji jest liczny. Oprócz członków Komisji i jej sekretariatu powołano dodatkowych członków 10 Zespołów Komisji do poszczególnych obszarów gospodarki (organizacji, systemów ekonomiczno-finansowych, planowania, funkcjonowania rynku itd.) Członkowie byli rekrutowani spośród naukowców, ekspertów, praktyków i działaczy partyjnych.
Przemiany polityczne, strajki i stan wojenny, a potem powołanie Komisji ds. Reformy Gospodarczej aktywizują działania na rzecz reformy. Była powszechna świadomość, że „socjalizm jest niereformowalny” – i niezbędna jest reforma ustrojowa, a w ślad za tym gospodarcza. Panowało przekonanie, że reforma gospodarcza jest potrzebna, ale reforma typu społecznej gospodarki rynkowej, bo taka była wypracowana latach 70-tych. i taką opracowuje nowa Komisja ds. Reformy. Świadomość ta była tak powszechna, że później społeczną gospodarkę rynkową wpisano do Konstytucji zmienionej w1997 r. Jednakże rzeczywistość potoczyła się inaczej.
Ze względu na rolę jako odegrał w późniejszej transformacji, należy nieco więcej poświęcić miejsca uczestnictwie Leszka Balcerowicza w procesie prac nad reformami gospodarczymi w Polsce.
Pod koniec lat 70-tych i na początku 80-tych pojawia się Leszek Balcerowicz nie tylko jako inicjator zespołu wydającego raport nt. reformy, ale również działa aktywnie zwłaszcza w ramach Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. Dane mi było również w tym czasie z nim współdziałać. Wspólnie uczestniczymy w konferencjach czy dyskusjach w ramach PTE i Towarzystwa Naukowego Organizacji i Kierownictwa. Aktywizują się także środowiska naukowe (uczelnie, instytuty), ukazuje się szereg publikacji książkowych. W wydarzeniach tych aktywnie uczestniczę przygotowując referaty, biorąc udział w prelekcjach i dyskusjach, jako współautor książek.
W marcu 1981 r. w wydaniu specjalnym PTE wydaje drukiem zeszyt Problemów Ekonomicznych pt. ”Reforma Gospodarcza, wielka patriotyczna gra polaków” zamieszczając kilkanaście tekstów polskich ekonomistów i socjologów. Wśród nich jest tekst L. Balcerowicza zatytułowany „Od diagnozy systemu do projektu jego reformy”. Balcerowicz był w zespole redakcyjnym tego wydawnictwa.
Aktywność Leszka Balcerowicza widoczna jest również w książkach i w prasie. W tygodniku Polityce nr 46/1980 publikuje on artykuł pt. „Jak wyjść z kryzysu. Decydujące ogniwa”. Ukazuje się książka z cyklu „Ekonomiści o reformie gospodarczej. Cele i zakres reformy gospodarczej”, gdzie Balcerowicz także zamieszcza rozdział pt. „Od diagnozy systemu do projektu jego reformy” (PWE Warszawa 1981 r.).
W 1981 r. Instytut Podstawowych Problemów Marksizmu Leninizmu KC PZPR wydaje pracę zbiorową pod red. Józefa Sołdaczuka pt. „Problemy polityki gospodarczej i współpracy ekonomicznej Polski w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych”. W wydawnictwie tym, w trzech rozdziałach L. Balcerowicz zamieszcza podrozdziały, m.in. podrozdział pt. ”Kierunki przebudowy systemu gospodarczego”. W publikacjach tych – i innych z tego okresu – nie znajdujemy nic rewolucyjnego co nie mieściłoby się w kanonach społecznej gospodarki rynkowej, poza metodą realizacji. Realizacja ma być natychmiastowa i pełna, a nie być stopniowa.
Uczestniczyliśmy razem z L Balcerowiczem również jako paneliści w słynnych „czwartkach ekonomistów”, organizowanych przez PTE na początku lat 80 – tych i poświęconych różnym aspektom reformy gospodarczej Owe „czwartki” były nagłaśniane jako ważna dyskusja nad zmianami w gospodarce. Materiały z każdego seminarium czwartkowego były osobno publikowane. Działo się to w gorącym okresie lat 1980 – 1981. Środowisko ekonomistów jeszcze bardziej się ożywia. Powstaje wówczas dużo książek, artykułów i materiałów z konferencji i dyskusji prowadzonych na uczelniach i PTE, TNOiK. Dane mi było również w tym okresie dużo publikować (w latach 1980-1984 publikuję 50 pozycji), uczestniczę w konferecjach, dyskusjach.
W 1981 r. PTE ogłasza obszerny materiał pt. „Kierunki przebudowy systemu funkcjonowania gospodarki polskiej w latach osiemdziesiątych” jako referat na na IV Zjazd Ekonomistów. Współautorami tego referatu są Leszek Balcerowicz – i moja skromna osoba.
Balcerowicz był zapraszany do prac nad programem reform. W ramach PTE w 1982 r opracowano kolejne obszerne propozycje reformy gospodarczej. Życie Gospodarcze publikuje te propozycje w formie wkładki do gazety pt. „PTE o reformie – propozycje zasadniczych rozwiązań reformy gospodarczej w Polsce”. Dane mi było również uczestniczyć w tych pracach, m.in. obok Leszka Balcerowicza.
W trakcie stanu wojennego następuje jednak ogólna frustracja i niewiara w jakiejkolwiek reformowanie. Rzucono hasło „socjalizm jest niereformowalny” – i następuje tzw. „emigracja wewnętrzna”, która przejawiała się brakiem aktywności. Dopiero po odwołaniu stanu wojennego w 1983 r. następuje niewielkie ożywienie i pojawia się mała nadzieja na reformowalność socjalizmu. W tym okresie opada aktywność działań na rzecz reformy gospodarczej we wszystkich, dotychczas aktywnych środowiskach. .
Z powyższego, niepełnego przeglądu działań reformatorskich gospodarki socjalistycznej widać, że w latach 80. dorobek merytoryczny był już ogromny. Został on jednak pominięty, ponieważ Leszek Balcerowicz odstąpił od tego dorobku na rzecz reform opartych na doktrynie liberalnej gospodarki rynkowej (niewidzialnej ręki rynku).
Działania reformatorskie w Polsce za każdym razem były wynikiem przesileń politycznych. Żaden z krajów socjalistycznych nie miał takiego dorobku (ze względu na mniejszą intensywność przesileń politycznych). Pomijamy Jugosławię, która od samego początku, ze względu na federacyjny model państwa, rozwijała samorządowy model socjalizmu oraz zarządzania i kierowania gospodarką. Jedynie Węgrzy po 1956 r wyprzedzali Polskę w reformowaniu gospodarki. Ale później polskie reformy były szersze i dalej idące.
W latach osiemdziesiątych ostatecznie ukształtowało się przeświadczenie, że gospodarka socjalistyczna oparta na planie centralnym jest niewydolna – i wymaga radykalnych zmian w kierunku rynku.

Znowu trochę ubyło pokoju

Wbrew wrażeniu jakie usiłuje stworzyć rząd PiS, Polsce daleko do najbardziej pokojowych krajów świata.
Światowy Indeks Pokoju (Global Peace Index) jest opracowywany i publikowany od 14 lat. Obejmuje obecnie swymi badaniami 163 kraje (99,7 proc. ludności świata). Prace nad nim organizuje i prowadzi Instytut Ekonomii i Pokoju (The Institute for Economics & Peace), który jest organizacją pozarządową non profit z siedzibą w Sydney (z oddziałami w Nowym Jorku, Meksyku, Brukseli i Hadze).
W konstrukcji tego indeksu Instytut posługuje się aż 23 ilościowymi i jakościowymi wskaźnikami pomiaru i korzysta z wysoce wiarygodnych źródeł danych. Bada zagadnienia pokoju w trzech przekrojach: bezpieczeństwo osobiste i społeczne, wewnętrzne i zewnętrzne trwające konflikty oraz kwestia militaryzacji. W Indeksie 2020 uwzględnia się także wpływ pandemii COVID-19.
W skali światowej średni Indeks Pokoju pogorszył się w ciągu ostatniego roku o 0,34 proc. (a o 2,5 proc. od 2008 r.). Niewiele – ale było to już dziewiąte pogorszenie indeksu w ciągu ostatnich 12 lat. Jego spadek wystąpił w 80 krajach, w pozostałych indeks się poprawił.
W dalszym ciągu Islandia jest w czołówce rankingu, jako najbardziej pokojowy kraj na Świecie. Wraz z Nową Zelandią, Austrią, Portugalią i Danią. W końcu rankingu znajdują się: Afganistan, Syria, Irak, Sudan Południowy i Jemen. Indeks i pełny raport można znaleźć na stronie: www.economicssandpeace.org.
Jeśli chodzi o kwestie militaryzacji, to wskaźniki uległy poprawie: liczba żołnierzy w przeliczeniu na 100.000 mieszkańców obniżyła się w 113 krajach zaś wydatki na cele zbrojeniowe w relacji do produktu krajowego brutto obniżyły się w 100 krajach.
Wpływ ekonomiczny wojen, protestów i buntów społecznych na PKB w skali świata 2019 r. oblicza się na 14,5 bilionów USD (wg parytetu siły nabywczej), co stanowi 10,6 proc. światowego produktu brutto a w przeliczeniu na jedną osobę: 1.909 USD. Oblicza się także, że naturalne straty ekonomiczne w środowisku w skali świata wzrosły z 50 mld USD w 1980 r. do 200 mld USD rocznie w ostatniej dekadzie.
Wartości indeksu dla poszczególnych krajów wahają się od 1,0 (najlepszy wynik) do 5,0 (najgorszy wynik). Jest on rezultatem analizy jakościowej i ilościowej danych zebranych przez specjalistów organizacji pokojowej.
Polska zajęła 29 miejsce w Indeksie Pokoju 2020, z wartością indeksu 1,657. W 2007 r. zajmowaliśmy 27. miejsce.
Globalny Indeks Pokoju 2020 1.Islandia 1,078 2.Nowa Zelandia 1,196 3.Portugalia 1,247 4.Austria 1,275 27.Katar 1,616 28.Bułgaria 1,628 29.Polska 1,657 30.Estonia 1,680 31.Włochy 1,690 Czołówka rankingu to: Islandia, Nowa Zelandia, Portugalia, Austria i Dania. Wartość Indeksu Pokoju dla Islandii wynosi 1,078 a dla Polski – 1,657. Taki jest obecnie nasz dystans do najbardziej pokojowego kraju na Świecie.
Wśród krajów członkowskich Unii Europejskiej zajmujemy dopiero 17. miejsce. Spośród nowych krajów UE przed nami są: Czechy (8), Słowenia (11), Rumunia, Węgry, Słowacja, Chorwacja i Bułgaria (28). Za nami tylko: Estonia (30), Łotwa i Litwa (36).
Niemcy zajmują wśród krajów UE 16 miejsce. Natomiast USA – 121. miejsce na świecie. Chiny są 104, a Rosja – dopiero 154. Spośród naszych sąsiadów Białoruś ma 94 miejsce, a Ukraina – 148.
Natomiast wśród wszystkich krajów Europy, Polska zajmuje 20. miejsce w rankingu pokojowości na 36 państw europejskich. Ostatnie miejsce zajmuje Turcja (150 wśród wszystkich krajów świata).
Europa według tego indeksu kwalifikuje się jako najbardziej pokojowy region świata – średnia wartość Indeksu Pokoju wynosi 1,650, a wśród 20 najbardziej pokojowych krajów świata aż 13 to kraje europejskie. Niestety wśród nich nie znalazła się Polska.
Najmniej pokojowy region w skali świata to Bliski Wschód i Północna Afryka – tam średnia wartość indeksu wynosi 2,513.
Raport odnotowuje także, że 873 mln osób na świecie wciąż cierpi głód. Jeszcze więcej, bo ponad 2 mld osób cierpi na brak wody. W 97 krajach wzrosły wskaźniki aktywności terrorystycznej, chociaż trzeba przyznać, że liczba ofiar śmiertelnych wskutek terroryzmu spadła.
Gdyby rozpatrywać oceny zawarte w raporcie według wymienionych na początku trzech kategorii to trzeba stwierdzić, że w dziedzinie bezpieczeństwa osobistego i społecznego do pierwszej piątki należą: Islandia, Singapur, Japonia, Norwegia i Szwajcaria. W drugiej dziedzinie (stabilności pokojowej czyli braku wojny) prowadzą Botswana, Mauritius, Singapur, Urugwaj i Bułgaria. Natomiast w kategorii trzeciej, czyli militaryzacji, do najmniej zbrojących się krajów należą Islandia, Węgry, Nowa Zelandia, Słowenia i Mołdawia. Najgorsze miejsca w tej ostatniej dziedzinie zajmują: USA, Rosja, Korea Północna, Izrael i Francja.
Przy 29. miejscu w całości Indeksu Pokoju, nasz kraj w tych trzech kategoriach zajmuje następujące miejsca: w pierwszej dziedzinie – 33 miejsce, w drugiej – 49, a miejsce i w trzeciej – 29 miejsce.

Gospodarka 48 godzin

Polska na kolanach
Niemcy są największym i najsilniejszym państwem w Unii Europejskiej, ale nie wystarczająco mocnym, aby same o niej decydować. Polska dopiero na 13. miejscu, pomiędzy Finlandią i Litwą. To najważniejsze konkluzje rankingu siły państw Unii Europejskiej. Niemcy mają wprawdzie największy wpływ na decyzje we Wspólnocie, ale wbrew niektórym opiniom nie są one wystarczająco silne, by forsować swój punkt widzenia bez budowania koalicji z innymi państwami. Za Niemcami sytuują się kolejne duże kraje, tj. Francja, Włochy i Hiszpania. Wysoką jak na liczbę ludności, piątą lokatę zajęła Belgia. Jest to związane z faktem, że siedziby ma tam większość ważnych unijnych instytucji. Belgowie są też dobrze reprezentowani na wysokich stanowiskach – z tego kraju wywodzi się choćby dwóch z trzech dotychczasowych przewodniczących Rady Europejskiej. Polska zajęła w tym rankingu 13. miejsce. Biorąc pod uwagę jedynie traktatowe zapisy o liczbie głosów w instytucjach UE (Radzie UE i Parlamencie) nasz kraj powinien zajmować 5. pozycję, jest więc niżej aż o 8 miejsc. Siła polskiego głosu jest znacznie słabsza od potencjału naszego kraju. Większy spadek faktycznego wpływu na decyzje w Unii, w stosunku do pozycji wynikającej z liczby głosów, odnotowały tylko Austria (przesunięcie o 12. pozycji w dół) i Węgry (spadek aż o 15 miejsc). Nienajlepsza pozycja Polski wynika m.in. z niewielkiej reprezentacji Polaków wśród unijnych urzędników. Na przykład, w Komisji Europejskiej Polska jest prawie nieobecna, w przeciwieństwie do innych dużych państw – Niemiec, Francji i Włoch. Tylko jedna unijna agencja ma siedzibę na naszym terytorium. We Francji jest ich aż pięć, a w Niemczech dwie. Pozycję Polski pogarszają dodatkowo sprawy w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości o naruszenia traktatów unijnych, oraz uruchomiona wobec naszego kraju procedura z art. 7. Krajami, które dobrze radzą sobie w Unii są m.in. Malta, Luksemburg, Litwa, Estonia i Dania. Jak widać, typowe dla małych państw unijnych jest to, że ich wpływ na proces decyzyjny jest wyraźnie większy, niż siła wynikająca tylko z liczby ludności i powiązanych z nią głosów. Każdy z wspomnianych krajów odnotował w rankingu awans o 7 pozycji, w porównaniu do formalnej liczby głosów w Radzie i Parlamencie. Znaczne wzrosty odnotowały także Finlandia i Irlandia. Nie jest zatem tak, iż w Unii Europejskiej rządzą tylko duzi, a głos mniejszych państw jest zupełnie ignorowany. Ranking został opublikowany przez fundację Schumana i fundację Adenauera. Jego autorzy (z Polityki Insight) zmierzyli znaczenie poszczególnych państw w Unii Europejskiej i ich faktyczny wpływ na zapadające w niej decyzje.

Wzrost przed pandemią
W pierwszym kwartale 2020 r. w Polsce oddano do użytku 49 624 mieszkania o łącznej powierzchni 4 505,3 tys. m2 oraz liczbie izb równej 191 067 – podał Główny Urząd Statystyczny. W porównaniu z tym samym okresem poprzedniego roku odnotowano wzrost liczby mieszkań o 2 207 (4,7 proc.), ich łącznej powierzchni użytkowej o 216,6 tys. m2, a liczby izb o 9 911 (5,5 proc.). Przeciętna powierzchnia nowo oddanego mieszkania w pierwszym kwartale 2020 r. wyniosła 90,8 m2 i w porównaniu do I kwartału 2019 r. wzrosła o 0,4 m2.

Doktrynerzy bez cienia refleksji

Były do wyboru możliwości pójścia różnymi drogami, ale reformatorzy mieli niestety klapki na oczach.
Sposób transformacji w Polsce od początku budził kontrowersje i poddawany był krytyce. Krytyka ta nie docierała do społeczeństwa, ponieważ w głównych mediach transformacja była zachwalana. Decydenci polityczni nie byli zaś skłonni dokonywać stosownych korekt w polityce gospodarczej. Wyrazistym tego przykładem było to, że po ponownym zdobyciu władzy w 1997, po rządach lewicy, znów powierzyli sprawowanie urzędu wicepremiera i Ministra Finansów oraz Przewodniczącego Komitetu Ekonomicznego przy Radzie Ministrów, L. Balcerowiczowi, który w latach 2001–2007 był Prezesem NBP z zadaniem kontynuowania transformacji. Dzięki temu przez dalsze lata transformacja postępowała w niezmienionym nurcie.
Z wyjątkiem lat, kiedy wicepremierem w rządzie lewicy był G.W. Kołodko, nie nastąpiła jakakolwiek refleksja rządzących. Nie wywołała jej nawet utrata władzy przez opcję, która prowadziła transformację i była za nią odpowiedzialna. Inna sprawa, że przez cały czas władzę sprawowała ta sama opcja polityczna aż do 2015 r. Dla zmylenia opinii publicznej zmieniała jedynie nazwę (KLD, UD, UW, PO).
Krąg krytyków L. Balcerowicza jest zdecydowanie szerszy niż krąg entuzjastów. Jednej z pierwszych prezentacji krytycznych opinii już w 1991 r dokonał prof. Paweł Bożyk w książce pt. „Kto winien? Politycy i polityka gospodarcza pod pręgierzem”.
Druzgocącej krytyki w 2001 r. dokonał znajomy mój i L Balcerowicza ze wspólnych działań z lat 70-tych, prof. Kazimierz Poznański, z którym w owym czasie publikowałem swoje teksty i działaliśmy w jednej z grup ekspertów. Dziś prof. Poznański jest profesorem Uniwersytetu Waszyngtońskiego w Seattle. Wydał dwie książki na temat polskiej transformacji: „Wielki przekręt – klęska polskich reform” oraz „Obłęd reform – wyprzedaż Polski”.
Z L. Balcerowiczem, kiedy był u szczytu władzy nie miałem żadnych kontaktów bezpośrednich. Jedynie widywałem go za stołem prezydialnym lub jako prelegenta na różnego rodzaju spotkaniach w Polskim Towarzystwie Ekonomicznym czy Polskiej Akademii Nauk. Na takich spotkaniach zadawałem mu z sali kłopotliwe pytania. Zostawiał je na koniec i nie odpowiadał z braku czasu.
Zderzyłem się z L. Balcerowiczem, jego polityką i doradcami na żywo realnie – a nie w prasie, czy literaturze ekonomicznej. Do jego polityki zawsze odnosiłem się krytycznie, z dezaprobatą. Nie mogło być inaczej wobec mojej drogi zawodowej, jaką tu opisałem.
Odpowiedź na pytanie, dlaczego zarzucono wypracowany dorobek reformowania gospodarki socjalistycznej, ma wymiar gospodarczy i polityczny, a nawet globalny. Należy przypomnieć, że pierwsze oznaki rezygnacji z wykorzystania dotychczasowego dorobku propozycji refom i ludzi, którym można było powierzyć to zadanie, wystąpiły już w 1988 r. Jeszcze za czasów rządu M. Rakowskiego i prezydenta Jaruzelskiego. Jak pisze W. Kieżun w książce „Patologia transformacji”, George Soros opracował szkic programu gospodarczego dla Polski i połączył go z prof. J. Sachsem, którego działania na terenie Polski sponsorował poprzez fundację Stefana Batorego. Z kolei za Sorosem stały wielkie korporacje międzynarodowe.
Polska jako największy potencjał gospodarczy i ludnościowy (poza ZSRR) w Europie Wschodniej jawiła się jako kraj, gdzie można by zrobić dobre interesy, także polityczne. Chodziło o penetrowanie naszej gospodarki jako wyłaniającego (wschodzącego) rynku. Posiadaliśmy bowiem wykształcone kary, parę cennych surowców, nie brakowało też niezłych technologii, było 36 mln konsumentów do zbywania wytwarzanych poza Polską produktów.
G. Soros już w 1988 r skontaktował się z prezydentem Jaruzelskim i premierem Rakowskim, a także z Waldemarem Kuczyńskim i Lechem Wałęsą. Jak podaje W. Kieżun, pierwszą wersję planu dla Polski przedstawiono 24 sierpnia 1989 r. (przez Jeffreya Sachsa i Davida Liptona) Komisji Gospodarczej Senatu.
Propozycje polegały na tym by uzależnić gospodarkę polską od zachodu. Prof. Kołodko nazwał to „zależnym kapitalizmem’”. By wyprzeć Polskę z rynków Ameryki Południowej, krajów afrykańskich i Dalekiego Wschodu. Kiedyś produkowaliśmy samoloty, świadczyliśmy za granicą usługi agrolotnicze, budowaliśmy autostrady w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie.
Teraz autostrady w Polsce budują firmy zachodnie. Nie produkujemy już żadnych samolotów, nie eksportujemy polskich elektrowni, fabryk czy obrabiarek i rowerów.
W tej sytuacji nie było zapotrzebowania i odbiorcy na wykorzystanie polskiego dorobku reformowania gospodarki socjalistycznej w Polsce.
Zza oceanu płynęły też inne rady dla Polski. Ważnym wydarzeniem w tym czasie była korespondencja prof. Anghel N. Rugina z USA kierowana do premiera Mazowieckiego, L. Balcerowicza, L. Wałęsy i innych wpływowych funkcjonariuszy państwa polskiego.
Prof. Rugina był szefem The International Society for Intercommunication New Ideas Inc (I.S.I.N.I.). Przesłał opracowany przez to towarzystwo „Plan stabilizacyjny dla Polski” zupełnie odmienny od planu Sachs’a-Sorosa. W korespondencji tej wskazał na szkodliwość szokowej terapii proponowanej przez J. Sachsa. Prof. Rugina był zdecydowanym przeciwnikiem tego rodzaju terapii dla krajów socjalistycznych dokonujących transformacji do gospodarki kapitalistycznej. Opracowania i wywiady z nim wskazujące na szkodliwość takiej terapii oraz prezentujące wspomniany „plan stabilizacyjny” zostały opublikowane w książce pt. „Rugina contra Sachs – terapia wstrząsowa: jedyny sposób leczenia polskiej gospodarki?” wydanej w 1993 r. Jednakże tego typu informacje nie były dopuszczane do ogólnego obiegu informacji w mediach.

Wielu chłopców wyjechało z naszego puebla

Jednak wielu też i wróciło. Nie ma tu żadnych konkretnych wyliczeń lecz tylko szacunki,
ale można przypuszczać, że szczyt migracji z Polski jest już za nami.

Wszystko wskazuje na to, że w roku ubiegłym, po raz pierwszy od ośmiu lat zmniejszyła się liczba Polaków, przebywających na emigracji w innych krajach.

Decydujący wpływ na spadek liczby nowych wyjazdów za granicę i wzrost liczby powrotów miała dobra sytuacja na polskim rynku pracy, w tym niski poziom bezrobocia, a także – w przypadku Wielkiej Brytanii – niepewność związana z brexitem.

Za rządów PiS wyjechało najwięcej

Zgodnie z wynikami szacunku Głównego Urzędu Statystycznego, w końcu 2018 r. poza granicami Polski przebywało czasowo około 2 455 tys. stałych mieszkańców naszego kraju, tj. o 85 tys. (3 proc.) mniej niż w 2017 r. W Europie mieszkało około 2 155 tys. osób (o 85 tys. mniej niż w 2017 r.), większość z nich – ok. 2 030 tys. – w krajach członkowskich Unii Europejskiej.
Na koniec 2017 r. liczba emigrantów z Polski wynosiła 2 540 tys., a więc prawie o 900 tys więcej niż rok później, z czego na Europę przypadło 2 240 tys.
Po ponad dwóch latach rządów Prawa i Sprawiedliwości mieliśmy więc szczytowy punkt nasilenia emigracji z naszego kraju. Pod koniec 2014 r. za granicą przebywało bowiem 2 320 tys. Polaków z czego w Europie 2 015 tys. Wszystkie te dane dotyczą ludzi przebywających za granicą powyżej trzech miesięcy. W świetle statystyki jest tu mowa o wyjazdach czasowych, bo podane liczby nie dotyczą osób, które formalnie już uregulowały swój trwały pobyt poza Polską.
Wrócą na święty nigdy
W rzeczywistości jednak często chodzi o osoby będące za granicą już od wielu lat – i prawdopodobnie większosć tej prawie dwu i półmilionowej grupy co najmniej do emerytury pozostanie w innych krajach.
W pewnym stopniu potwierdzają to dane z gminnych jednostek ewidencji ludności, bo wśród osób, których wyjazd za granicę został zgłoszony, najliczniej reprezentowana w 2018 r. była grupa wieku 30-39 lat. Natomiast 10 lat wcześniej były to osoby w wieku 20-29 lat.
„Można zatem przypuszczać, że znaczna część osób, które wyjechały za granicę w pierwszych latach po wstąpieniu Polski do UE, pozostała za granicą do chwili obecnej” – stwierdza GUS.

Brexit nas straszy

Spośród krajów UE, najwięcej polskich emigrantów przebywało w Niemczech (706 tys.), Wielkiej Brytanii (695 tys.), Holandii (123 tys.) oraz w Irlandii (113 tys.). W 2018 r., w porównaniu do 2017 r., odnotowano zmniejszenie się liczby mieszkańców Polski przebywających w Wielkiej Brytanii i Włoszech.
Najbardziej znaczące zmiany zaobserwowano właśnie w przypadku Wielkiej Brytanii: liczba przebywających tam czasowo polskich emigrantów zmniejszyła się o około 98 tys. (12 proc.). Z grona osób, które opuściły Wielką Brytanię, tylko część powróciła do Polski, a pozostali przenieśli się do innych krajów. Niewielki wzrost liczby Polaków zaobserwowano w Niemczech (o 3 tys.), a także w Holandii, Austrii, Czechach, Danii, Irlandii, Szwecji, Norwegii oraz innych krajach spoza UE (głównie w Szwajcarii i Islandii).

Wciąż za chlebem

Podobnie jak w poprzednich latach, głównym powodem wyjazdów za granicę była oczywiście chęć podjęcia tam pracy. Wskazują na to wyniki polskich badań statystycznych prowadzonych w gospodarstwach domowych.
W sumie, na koniec ubiegłego roku najwięcej Polaków przebywało czasowo w: Niemczech, Wielkiej Brytanii, Holandii, Irlandii, Włoszech i Norwegii. Trzeba zwrócić uwagę, że statystyka jak zwykle oznacza jedynie szacunki i wartości przybliżone, a nie twarde dane.
„Szacunek jest utrudniony ze względu na różne systemy ewidencjonowania przepływów migracyjnych funkcjonujące w poszczególnych krajach, oraz różną dostępność danych o migracjach (…) Zjawisko emigracji jest trudne do uchwycenia w statystyce w pełni „ – wskazuje GUS, dodając również: „Uzyskanie danych o rzeczywistej skali migracji z konkretnego badania lub rejestru jest niezwykle trudne”.
Część osób w ogóle nie zgłasza swojego wyjazdu z naszego kraju, ani w żaden sposób nie rejestruje się za granicą, co dotyczy zwłaszcza państw Unii Europejskiej. Zdarza się też, że w poszukiwaniu lepszych warunków życia wyjeżdżają oni z jednego państwa do drugiego (taki trend dotyczy np. wyjazdów z Wielkiej Brytanii do Norwegii) i także nie zgłaszają tego faktu w żadnym kraju. Nie są więc ujmowani w jego statystykach emigracyjnych.
Wreszcie, niemała grupa Polaków ma podwójne obywatelstwo – a osoba, będąca obywatelem Polski oraz innego kraju, nie jest traktowana w tym kraju jako polski imigrant.
W rzeczywistości więc, dane statystyczne to jedynie wielkości bardzo orientacyjne. Liczba emigrantów z Polski jest zaś z pewnością wyższa, niż pokazuje to GUS.

 

Z korupcją za pan brat?

W tym roku został opublikowany na temat korupcji w sektorze publicznym w świecie zawierający wyniki badań w tym zakresie oraz Indeks i Ranking 2018, w którym Polska gospodarka zajęła 36. miejsce.

Indeks (The Corruption Perceptions Index CPI) opracowuje i publikuje od 1995 r. Transparency International, obecnie dla 180 krajów.
Indeks ma charakter złożony (agregatowy) a jego wartości lokują się na skali od 0 do 100. 100 to najwyższa ocena – kraj bez korupcji, ze stabilnym systemem politycznym, wysoką efektywnością regulacji dotyczących zapobiegania konfliktom interesów oraz sprawnym funkcjonowaniem instytucji publicznych. Indeks mierzy postrzeganie poziomu korupcji w sektorze publicznym opierając się na 13 różnych badaniach eksperckich i biznesowych.
Badania dotyczyły głównie łapownictwa, nieprawidłowości w wykorzystaniu funduszy publicznych dla celów prywatnych, protekcyjne wykorzystanie kontaktów z urzędami dla prywatnych korzyści, nepotyzm w służbie cywilnej, ale także pozytywnych działań państwa w walce z korupcją. Każde z tych 13 badań kończyło się oceną wyrażoną liczbowo a sam indeks był ich średnią ważoną.

W 2009 r. zajmowaliśmy aż 49. miejsce, pięć lat później już 35. W Indeksach 2016 r. – 29!, . postęp był więc wyraźny. Ale już w rankingach 2017 r. i 2018 r. mamy spadek na 36. miejsce. Aż o osiem lokat.
Czołówka rankingu światowego to: Dania, Nowa Zelandia i Finlandia.
Wartość Indeksu dla Danii wynosi 88 (ale nie idealne 100!) a dla Polski wynosi 60. Taki jest obecnie dystans do najlepszych pod tym względem.
2/3 krajów wykazuje indeks na poziomie 50 (ich średnia to 43). Wg raportu Transparency International w 2018 r. tylko 20 krajów wykazało postęp w zwalczaniu korupcji a w 16 krajach wystąpił nawet regres. W zachodniej Europie i UE średnia wartość Indeksu to 60 (tyle co Polska).
Rosja zajmuje w rankingu CPI 138. miejsce. Chiny usytuowały się na 87. miejscu. USA zajęły dopiero 22. miejsce.
W Europie liderem w zakresie zapobiegania zjawiska korupcji w sektorze publicznym jest Dania.
Spośród nowych krajów UE przed nami jest tylko Estonia (18. miejsce). Za nami pozostałe kraje, na ostatnim miejscu znalazła się Bułgaria (77. miejsce).
Indeks i pełny raport można znaleźć: www.transparency.org/cpi

Szansa dla każdego

Euro stwarza szansę szybszego rozwoju dla wszystkim krajów należących do wspólnego obszaru walutowego. Nie każdy z nich sprostał jednak wymaganiom, jakie narzuca ta waluta, więc nie każdemu udało się tę szansę w pełni wykorzystać.

W 1979 roku wprowadzono europejski system walutowy, który ograniczał wahania kursów walutowych między walutami dziewięciu krajów członkowskich (tzw. wąż walutowy). Wprowadzono także wspólną walutę do bezgotówkowych rozliczeń międzynarodowych tzw. ECU, składającą się z koszyka walut dziewięciu krajów EWG. Te działania hamowały presję rynku na umocnienie marki niemieckiej. Traktat z Maastricht z 1991 roku tworzący Unię Gospodarczą i Walutową doprowadził ostatecznie do utworzenia wspólnej europejskiej waluty zastępującej waluty narodowe. Jak wynika z opublikowanych kilka lat temu dokumentów niemieckiego MSZ, uzgodnienia polityczne w tej sprawie między Francją a RFN miały miejsce już pod koniec 1989 roku. Za rezygnację Niemiec z marki i wprowadzenie wspólnej waluty europejskiej, Francja zgodziła się na zjednoczenie Niemiec. Wspólna waluta zastępująca niemiecką markę, najsilniejszą europejską walutę, miała w ten sposób osłabić przewagę gospodarczą Niemiec.
Traktat z Maastricht wprowadzający unię walutową został podpisany w lutym 1992 roku. Wprowadzenie euro ułatwiło handel między krajami unii walutowej. Niemcy, jako kraj o dużym potencjale eksportowym, niewątpliwie na tym zyskują. Jednak również dlatego, że potrafią utrzymać pod kontrolą koszty płacowe i inflację. Kraje takie jak Włochy czy Grecja, gdzie płace rosły szybciej niż wydajność pracy, osłabiały swoją konkurencyjność. Po przyjęciu euro nie mogły już tego kompensować osłabianiem własnej waluty.
Według danych Komisji Europejskiej, w ciągu pierwszych 10 lat po wprowadzeniu euro w 1999 r. utworzono w strefie euro około 8,7 mln nowych miejsc pracy, w porównaniu z zaledwie 1,5 mln w ciągu 7 poprzednich lat. Większość z nich powstała poza Niemcami.
Wspólna waluta ułatwia działania gospodarcze na wspólnym obszarze, gdyż znosi ryzyko zmiany kursu i koszty wymiany waluty, jednocześnie wymagając większej dyscypliny płacowej w taki sposób, że wzrost płac musi odpowiadać wzrostowi wydajności pracy. We wspólnym obszarze walutowym nadmierny wzrost płac lub wydatków publicznych w jednym państwie pociąga za sobą osłabienie konkurencyjności. Nie nie można go skompensować dewaluacją (osłabieniem) waluty narodowej.
Przynależność do strefy euro nie gwarantuje sama w sobie szybkiego wzrostu gospodarczego. Mamy przykłady krajów należących od początku do strefy euro, w których PKB rośnie bardzo wolno. W okresie kryzysu po 2008 roku jedynym krajem w UE, który nie znalazł się w recesji, była znajdująca się poza strefą euro Polska. W latach 2010-2015 PKB w całej strefie euro zwiększył się zaledwie o 0,7 proc. , a w Polsce o 2,9 proc.