Doktrynerzy bez cienia refleksji

Były do wyboru możliwości pójścia różnymi drogami, ale reformatorzy mieli niestety klapki na oczach.
Sposób transformacji w Polsce od początku budził kontrowersje i poddawany był krytyce. Krytyka ta nie docierała do społeczeństwa, ponieważ w głównych mediach transformacja była zachwalana. Decydenci polityczni nie byli zaś skłonni dokonywać stosownych korekt w polityce gospodarczej. Wyrazistym tego przykładem było to, że po ponownym zdobyciu władzy w 1997, po rządach lewicy, znów powierzyli sprawowanie urzędu wicepremiera i Ministra Finansów oraz Przewodniczącego Komitetu Ekonomicznego przy Radzie Ministrów, L. Balcerowiczowi, który w latach 2001–2007 był Prezesem NBP z zadaniem kontynuowania transformacji. Dzięki temu przez dalsze lata transformacja postępowała w niezmienionym nurcie.
Z wyjątkiem lat, kiedy wicepremierem w rządzie lewicy był G.W. Kołodko, nie nastąpiła jakakolwiek refleksja rządzących. Nie wywołała jej nawet utrata władzy przez opcję, która prowadziła transformację i była za nią odpowiedzialna. Inna sprawa, że przez cały czas władzę sprawowała ta sama opcja polityczna aż do 2015 r. Dla zmylenia opinii publicznej zmieniała jedynie nazwę (KLD, UD, UW, PO).
Krąg krytyków L. Balcerowicza jest zdecydowanie szerszy niż krąg entuzjastów. Jednej z pierwszych prezentacji krytycznych opinii już w 1991 r dokonał prof. Paweł Bożyk w książce pt. „Kto winien? Politycy i polityka gospodarcza pod pręgierzem”.
Druzgocącej krytyki w 2001 r. dokonał znajomy mój i L Balcerowicza ze wspólnych działań z lat 70-tych, prof. Kazimierz Poznański, z którym w owym czasie publikowałem swoje teksty i działaliśmy w jednej z grup ekspertów. Dziś prof. Poznański jest profesorem Uniwersytetu Waszyngtońskiego w Seattle. Wydał dwie książki na temat polskiej transformacji: „Wielki przekręt – klęska polskich reform” oraz „Obłęd reform – wyprzedaż Polski”.
Z L. Balcerowiczem, kiedy był u szczytu władzy nie miałem żadnych kontaktów bezpośrednich. Jedynie widywałem go za stołem prezydialnym lub jako prelegenta na różnego rodzaju spotkaniach w Polskim Towarzystwie Ekonomicznym czy Polskiej Akademii Nauk. Na takich spotkaniach zadawałem mu z sali kłopotliwe pytania. Zostawiał je na koniec i nie odpowiadał z braku czasu.
Zderzyłem się z L. Balcerowiczem, jego polityką i doradcami na żywo realnie – a nie w prasie, czy literaturze ekonomicznej. Do jego polityki zawsze odnosiłem się krytycznie, z dezaprobatą. Nie mogło być inaczej wobec mojej drogi zawodowej, jaką tu opisałem.
Odpowiedź na pytanie, dlaczego zarzucono wypracowany dorobek reformowania gospodarki socjalistycznej, ma wymiar gospodarczy i polityczny, a nawet globalny. Należy przypomnieć, że pierwsze oznaki rezygnacji z wykorzystania dotychczasowego dorobku propozycji refom i ludzi, którym można było powierzyć to zadanie, wystąpiły już w 1988 r. Jeszcze za czasów rządu M. Rakowskiego i prezydenta Jaruzelskiego. Jak pisze W. Kieżun w książce „Patologia transformacji”, George Soros opracował szkic programu gospodarczego dla Polski i połączył go z prof. J. Sachsem, którego działania na terenie Polski sponsorował poprzez fundację Stefana Batorego. Z kolei za Sorosem stały wielkie korporacje międzynarodowe.
Polska jako największy potencjał gospodarczy i ludnościowy (poza ZSRR) w Europie Wschodniej jawiła się jako kraj, gdzie można by zrobić dobre interesy, także polityczne. Chodziło o penetrowanie naszej gospodarki jako wyłaniającego (wschodzącego) rynku. Posiadaliśmy bowiem wykształcone kary, parę cennych surowców, nie brakowało też niezłych technologii, było 36 mln konsumentów do zbywania wytwarzanych poza Polską produktów.
G. Soros już w 1988 r skontaktował się z prezydentem Jaruzelskim i premierem Rakowskim, a także z Waldemarem Kuczyńskim i Lechem Wałęsą. Jak podaje W. Kieżun, pierwszą wersję planu dla Polski przedstawiono 24 sierpnia 1989 r. (przez Jeffreya Sachsa i Davida Liptona) Komisji Gospodarczej Senatu.
Propozycje polegały na tym by uzależnić gospodarkę polską od zachodu. Prof. Kołodko nazwał to „zależnym kapitalizmem’”. By wyprzeć Polskę z rynków Ameryki Południowej, krajów afrykańskich i Dalekiego Wschodu. Kiedyś produkowaliśmy samoloty, świadczyliśmy za granicą usługi agrolotnicze, budowaliśmy autostrady w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie.
Teraz autostrady w Polsce budują firmy zachodnie. Nie produkujemy już żadnych samolotów, nie eksportujemy polskich elektrowni, fabryk czy obrabiarek i rowerów.
W tej sytuacji nie było zapotrzebowania i odbiorcy na wykorzystanie polskiego dorobku reformowania gospodarki socjalistycznej w Polsce.
Zza oceanu płynęły też inne rady dla Polski. Ważnym wydarzeniem w tym czasie była korespondencja prof. Anghel N. Rugina z USA kierowana do premiera Mazowieckiego, L. Balcerowicza, L. Wałęsy i innych wpływowych funkcjonariuszy państwa polskiego.
Prof. Rugina był szefem The International Society for Intercommunication New Ideas Inc (I.S.I.N.I.). Przesłał opracowany przez to towarzystwo „Plan stabilizacyjny dla Polski” zupełnie odmienny od planu Sachs’a-Sorosa. W korespondencji tej wskazał na szkodliwość szokowej terapii proponowanej przez J. Sachsa. Prof. Rugina był zdecydowanym przeciwnikiem tego rodzaju terapii dla krajów socjalistycznych dokonujących transformacji do gospodarki kapitalistycznej. Opracowania i wywiady z nim wskazujące na szkodliwość takiej terapii oraz prezentujące wspomniany „plan stabilizacyjny” zostały opublikowane w książce pt. „Rugina contra Sachs – terapia wstrząsowa: jedyny sposób leczenia polskiej gospodarki?” wydanej w 1993 r. Jednakże tego typu informacje nie były dopuszczane do ogólnego obiegu informacji w mediach.

Wielu chłopców wyjechało z naszego puebla

Jednak wielu też i wróciło. Nie ma tu żadnych konkretnych wyliczeń lecz tylko szacunki,
ale można przypuszczać, że szczyt migracji z Polski jest już za nami.

Wszystko wskazuje na to, że w roku ubiegłym, po raz pierwszy od ośmiu lat zmniejszyła się liczba Polaków, przebywających na emigracji w innych krajach.

Decydujący wpływ na spadek liczby nowych wyjazdów za granicę i wzrost liczby powrotów miała dobra sytuacja na polskim rynku pracy, w tym niski poziom bezrobocia, a także – w przypadku Wielkiej Brytanii – niepewność związana z brexitem.

Za rządów PiS wyjechało najwięcej

Zgodnie z wynikami szacunku Głównego Urzędu Statystycznego, w końcu 2018 r. poza granicami Polski przebywało czasowo około 2 455 tys. stałych mieszkańców naszego kraju, tj. o 85 tys. (3 proc.) mniej niż w 2017 r. W Europie mieszkało około 2 155 tys. osób (o 85 tys. mniej niż w 2017 r.), większość z nich – ok. 2 030 tys. – w krajach członkowskich Unii Europejskiej.
Na koniec 2017 r. liczba emigrantów z Polski wynosiła 2 540 tys., a więc prawie o 900 tys więcej niż rok później, z czego na Europę przypadło 2 240 tys.
Po ponad dwóch latach rządów Prawa i Sprawiedliwości mieliśmy więc szczytowy punkt nasilenia emigracji z naszego kraju. Pod koniec 2014 r. za granicą przebywało bowiem 2 320 tys. Polaków z czego w Europie 2 015 tys. Wszystkie te dane dotyczą ludzi przebywających za granicą powyżej trzech miesięcy. W świetle statystyki jest tu mowa o wyjazdach czasowych, bo podane liczby nie dotyczą osób, które formalnie już uregulowały swój trwały pobyt poza Polską.
Wrócą na święty nigdy
W rzeczywistości jednak często chodzi o osoby będące za granicą już od wielu lat – i prawdopodobnie większosć tej prawie dwu i półmilionowej grupy co najmniej do emerytury pozostanie w innych krajach.
W pewnym stopniu potwierdzają to dane z gminnych jednostek ewidencji ludności, bo wśród osób, których wyjazd za granicę został zgłoszony, najliczniej reprezentowana w 2018 r. była grupa wieku 30-39 lat. Natomiast 10 lat wcześniej były to osoby w wieku 20-29 lat.
„Można zatem przypuszczać, że znaczna część osób, które wyjechały za granicę w pierwszych latach po wstąpieniu Polski do UE, pozostała za granicą do chwili obecnej” – stwierdza GUS.

Brexit nas straszy

Spośród krajów UE, najwięcej polskich emigrantów przebywało w Niemczech (706 tys.), Wielkiej Brytanii (695 tys.), Holandii (123 tys.) oraz w Irlandii (113 tys.). W 2018 r., w porównaniu do 2017 r., odnotowano zmniejszenie się liczby mieszkańców Polski przebywających w Wielkiej Brytanii i Włoszech.
Najbardziej znaczące zmiany zaobserwowano właśnie w przypadku Wielkiej Brytanii: liczba przebywających tam czasowo polskich emigrantów zmniejszyła się o około 98 tys. (12 proc.). Z grona osób, które opuściły Wielką Brytanię, tylko część powróciła do Polski, a pozostali przenieśli się do innych krajów. Niewielki wzrost liczby Polaków zaobserwowano w Niemczech (o 3 tys.), a także w Holandii, Austrii, Czechach, Danii, Irlandii, Szwecji, Norwegii oraz innych krajach spoza UE (głównie w Szwajcarii i Islandii).

Wciąż za chlebem

Podobnie jak w poprzednich latach, głównym powodem wyjazdów za granicę była oczywiście chęć podjęcia tam pracy. Wskazują na to wyniki polskich badań statystycznych prowadzonych w gospodarstwach domowych.
W sumie, na koniec ubiegłego roku najwięcej Polaków przebywało czasowo w: Niemczech, Wielkiej Brytanii, Holandii, Irlandii, Włoszech i Norwegii. Trzeba zwrócić uwagę, że statystyka jak zwykle oznacza jedynie szacunki i wartości przybliżone, a nie twarde dane.
„Szacunek jest utrudniony ze względu na różne systemy ewidencjonowania przepływów migracyjnych funkcjonujące w poszczególnych krajach, oraz różną dostępność danych o migracjach (…) Zjawisko emigracji jest trudne do uchwycenia w statystyce w pełni „ – wskazuje GUS, dodając również: „Uzyskanie danych o rzeczywistej skali migracji z konkretnego badania lub rejestru jest niezwykle trudne”.
Część osób w ogóle nie zgłasza swojego wyjazdu z naszego kraju, ani w żaden sposób nie rejestruje się za granicą, co dotyczy zwłaszcza państw Unii Europejskiej. Zdarza się też, że w poszukiwaniu lepszych warunków życia wyjeżdżają oni z jednego państwa do drugiego (taki trend dotyczy np. wyjazdów z Wielkiej Brytanii do Norwegii) i także nie zgłaszają tego faktu w żadnym kraju. Nie są więc ujmowani w jego statystykach emigracyjnych.
Wreszcie, niemała grupa Polaków ma podwójne obywatelstwo – a osoba, będąca obywatelem Polski oraz innego kraju, nie jest traktowana w tym kraju jako polski imigrant.
W rzeczywistości więc, dane statystyczne to jedynie wielkości bardzo orientacyjne. Liczba emigrantów z Polski jest zaś z pewnością wyższa, niż pokazuje to GUS.

 

Z korupcją za pan brat?

W tym roku został opublikowany na temat korupcji w sektorze publicznym w świecie zawierający wyniki badań w tym zakresie oraz Indeks i Ranking 2018, w którym Polska gospodarka zajęła 36. miejsce.

Indeks (The Corruption Perceptions Index CPI) opracowuje i publikuje od 1995 r. Transparency International, obecnie dla 180 krajów.
Indeks ma charakter złożony (agregatowy) a jego wartości lokują się na skali od 0 do 100. 100 to najwyższa ocena – kraj bez korupcji, ze stabilnym systemem politycznym, wysoką efektywnością regulacji dotyczących zapobiegania konfliktom interesów oraz sprawnym funkcjonowaniem instytucji publicznych. Indeks mierzy postrzeganie poziomu korupcji w sektorze publicznym opierając się na 13 różnych badaniach eksperckich i biznesowych.
Badania dotyczyły głównie łapownictwa, nieprawidłowości w wykorzystaniu funduszy publicznych dla celów prywatnych, protekcyjne wykorzystanie kontaktów z urzędami dla prywatnych korzyści, nepotyzm w służbie cywilnej, ale także pozytywnych działań państwa w walce z korupcją. Każde z tych 13 badań kończyło się oceną wyrażoną liczbowo a sam indeks był ich średnią ważoną.

W 2009 r. zajmowaliśmy aż 49. miejsce, pięć lat później już 35. W Indeksach 2016 r. – 29!, . postęp był więc wyraźny. Ale już w rankingach 2017 r. i 2018 r. mamy spadek na 36. miejsce. Aż o osiem lokat.
Czołówka rankingu światowego to: Dania, Nowa Zelandia i Finlandia.
Wartość Indeksu dla Danii wynosi 88 (ale nie idealne 100!) a dla Polski wynosi 60. Taki jest obecnie dystans do najlepszych pod tym względem.
2/3 krajów wykazuje indeks na poziomie 50 (ich średnia to 43). Wg raportu Transparency International w 2018 r. tylko 20 krajów wykazało postęp w zwalczaniu korupcji a w 16 krajach wystąpił nawet regres. W zachodniej Europie i UE średnia wartość Indeksu to 60 (tyle co Polska).
Rosja zajmuje w rankingu CPI 138. miejsce. Chiny usytuowały się na 87. miejscu. USA zajęły dopiero 22. miejsce.
W Europie liderem w zakresie zapobiegania zjawiska korupcji w sektorze publicznym jest Dania.
Spośród nowych krajów UE przed nami jest tylko Estonia (18. miejsce). Za nami pozostałe kraje, na ostatnim miejscu znalazła się Bułgaria (77. miejsce).
Indeks i pełny raport można znaleźć: www.transparency.org/cpi

Szansa dla każdego

Euro stwarza szansę szybszego rozwoju dla wszystkim krajów należących do wspólnego obszaru walutowego. Nie każdy z nich sprostał jednak wymaganiom, jakie narzuca ta waluta, więc nie każdemu udało się tę szansę w pełni wykorzystać.

W 1979 roku wprowadzono europejski system walutowy, który ograniczał wahania kursów walutowych między walutami dziewięciu krajów członkowskich (tzw. wąż walutowy). Wprowadzono także wspólną walutę do bezgotówkowych rozliczeń międzynarodowych tzw. ECU, składającą się z koszyka walut dziewięciu krajów EWG. Te działania hamowały presję rynku na umocnienie marki niemieckiej. Traktat z Maastricht z 1991 roku tworzący Unię Gospodarczą i Walutową doprowadził ostatecznie do utworzenia wspólnej europejskiej waluty zastępującej waluty narodowe. Jak wynika z opublikowanych kilka lat temu dokumentów niemieckiego MSZ, uzgodnienia polityczne w tej sprawie między Francją a RFN miały miejsce już pod koniec 1989 roku. Za rezygnację Niemiec z marki i wprowadzenie wspólnej waluty europejskiej, Francja zgodziła się na zjednoczenie Niemiec. Wspólna waluta zastępująca niemiecką markę, najsilniejszą europejską walutę, miała w ten sposób osłabić przewagę gospodarczą Niemiec.
Traktat z Maastricht wprowadzający unię walutową został podpisany w lutym 1992 roku. Wprowadzenie euro ułatwiło handel między krajami unii walutowej. Niemcy, jako kraj o dużym potencjale eksportowym, niewątpliwie na tym zyskują. Jednak również dlatego, że potrafią utrzymać pod kontrolą koszty płacowe i inflację. Kraje takie jak Włochy czy Grecja, gdzie płace rosły szybciej niż wydajność pracy, osłabiały swoją konkurencyjność. Po przyjęciu euro nie mogły już tego kompensować osłabianiem własnej waluty.
Według danych Komisji Europejskiej, w ciągu pierwszych 10 lat po wprowadzeniu euro w 1999 r. utworzono w strefie euro około 8,7 mln nowych miejsc pracy, w porównaniu z zaledwie 1,5 mln w ciągu 7 poprzednich lat. Większość z nich powstała poza Niemcami.
Wspólna waluta ułatwia działania gospodarcze na wspólnym obszarze, gdyż znosi ryzyko zmiany kursu i koszty wymiany waluty, jednocześnie wymagając większej dyscypliny płacowej w taki sposób, że wzrost płac musi odpowiadać wzrostowi wydajności pracy. We wspólnym obszarze walutowym nadmierny wzrost płac lub wydatków publicznych w jednym państwie pociąga za sobą osłabienie konkurencyjności. Nie nie można go skompensować dewaluacją (osłabieniem) waluty narodowej.
Przynależność do strefy euro nie gwarantuje sama w sobie szybkiego wzrostu gospodarczego. Mamy przykłady krajów należących od początku do strefy euro, w których PKB rośnie bardzo wolno. W okresie kryzysu po 2008 roku jedynym krajem w UE, który nie znalazł się w recesji, była znajdująca się poza strefą euro Polska. W latach 2010-2015 PKB w całej strefie euro zwiększył się zaledwie o 0,7 proc. , a w Polsce o 2,9 proc.