Pejzaże w Komunie

Mini-fest KRAJOBRAZ to przegląd prac inspirowanych postawionym tematem – twórcy, działający na obrzeżu wielu dyscyplin zaprezentowali w Komunie Warszawa spektakle będące wynikiem przetworzenia krajobrazów wewnętrznych, rzeczywistych lub tylko wyobrażonych.

Przegląd otworzył „Manat. Romans podwodny” Klaudii Hartung-Wójciak, czyli – jak to objaśnia autorka w programie: „harlequin o Harlequinie, czyli
transformacyjny romans
performatywny dystrybutorek, pracowników, czytelników, czytelniczek i innych osób związanych z przemysłem harlequinowym lat 90.”. Romans ów daje autorka w 70 rocznicę ukazania się „The Manatee”, pierwszej pozycji z tej serii o niebywałej sile rażenia i niemal 30 lat od debiutu serii na polskim rynku (1991).
Eliminując realistyczną narrację wyostrzonymi sytuacjami, ukazującymi zderzenie agresywnego marketingu z nieodmiennie kiczowatą istotą kojącej literaturą romansowej i wyobrażeń o miłości idealnej, performans prowadzi nas przez ostępy fikcyjnych Bieszczad do czeluści przerębli, w której rozkwita uczucie wiążące manata afrykańskiego i czytelniczkę Harlequina z rodziny dotkniętej klęskami okresu transformacji ustrojowej. W spektaklu aż rojno od pełnych humoru pomysłów (cale partie dialogów w języku quasi-skandynawskim brawurowo podawane przez domniemanego przybysza z Toronto), które nie przesłaniają istoty działania „fabryki marzeń”, oferującej czytelniczkom osłonę psychiczną w trudnych czasach.
Najwyraźniej w spektaklu daje się odczuć pewną fascynację sukcesem wydawnictwa (przez pierwsze trzy lata istnienia na polskim rynku sprzedano 41 mln egzemplarzy!), której nawet nie towarzyszy zdumienie, że literatura tak artystycznie licha podbijała rzesze czytelników. Pytanie, jaki wpływ na te rzesze wywarły (wywiera) harlequiny zawisło w powietrzu, bo to raczej zadnie dla socjologów, a nie artystów. Zasługą autorki spektaklu pozostaje więc nie tyle ocena wpływu tej harlequinowej ingerencji w tkankę społeczną, ile wskazanie, że taki wpływ w momencie przemiany ustrojowej zaistniał. Wykorzystanie poetyki harleqinów, ich szczególnego języka przyniosło efekty wyśmienite: przed naszymi oczyma pojawił się plastikowy, zmyślony świat mający przesłonić ten rzeczywisty, który bezbłędnie odtwarzają aktorzy z pokolenia, które nie pamięta tego czasu.
„Rodos” Wojciecha Grudzińskiego wbrew tytułowi, który sugeruje podróż na grecką wyspę i jej niezapomniane krajobrazy to wycieczka w tereny swojskie – tytułowe Rodos bowiem czytać należy: Rodzinne Ogrody Działkowe Ogrodzone Siatką. Tak więc to
oaza wytchnienia,
tak przynajmniej opisywana przez działkowiczów, a często miejsce ucieczki od rzeczywistości w świat idealizowany. Nic dziwnego, że autor sięga po skotopaskę jako model takiej idealizacji – jej współczesną wersję deklamują aktorzy, relaks windując na arkadyjskie szczyty pragnień i spełnień. Towarzyszą temu liczne gry i zabawy, czasem grzeszne, czasem dwuznaczne, czasem beztroskie, a czasem przywodzące na myśl rozkoszne lenistwo. Tylko niekiedy wkrada się w tę atmosferę sytego zadowolenia echo korporacyjnego wyścigu szczurów, rysa zawiści, a nawet grozy, kiedy działkowa pasterka głosem pełnym wzgardy i złości lży właścicielki sąsiednich działek, widać nie dość staranne w wysiłkach na rzecz piękna ogrodów. W spektaklu piękno to tworzą kompozycje z opon samochodów, przypominające łódź o kształcie łabędzia, huśtawki (też z opon), oleodrukowe naręcza kwiatów i pełen wigoru występ artystki rewiowej tonącej obowiązkowo w piórach. Całość wieńczy pogodne (?) grillowanie, kiedy „brązowiejące kiełbaski otwierają się jak motyle” (cytat ze scenariusza).
„Symfonia oddechowa. Jaśnienie” Dobrawy Borkały stroni od słów. To zgodnie z tytułem
kompozycja „oddechowa”,
utworzona z dźwięków, jakie wydawać może człowiek oddychający lekko, ciężej i bardzo ciężko, czasem poświstujący jak astmatyk, czasem cierpiący albo wzburzony. Okazuje się, że w oddechu wyrazić można niekończoną gamę emocji i stanów ducha. Ćwiczenia oddechowe, jakie demonstruje autorka i towarzyszący jej wykonawcy tworzą szczególny typ teatru instrumentalnego, którego niemal jedynym środkiem wyrazu jest modelowany siłą wypierania oddech i nieartykułowane dźwięki wydawane przy okazji oddychania. Są jeszcze gesty, wspierające wydechy i wdechy Borkały i muszla Rosada, brzmiąca jak flet albo tylko szum, którym ogarniani są widzowie, początkowo oświetleni mdłym światłem z podświetlonego sufitu, a potem ginący w przygaszanym, a wreszcie wygaszonym świetle. Dźwięki dobiegające z mroku nabierają wówczas szczególnej intensywności. Powrót „jaśnienia” zwiastuje odkrycie prostej a zwykle niedostrzeganej istoty życia – oddechu, który podtrzymuje trwanie.
O ile „Jaśnienie” koncentruje się na oddechu, eliminując słowo i minimalizując ruch, o tyle „Taki pejzaż” skupia się na ruchu.
Teatr ruchu,
fizycznego wchłaniania otoczenia, sprzętów charakterystycznych dla wnętrza teatralnego (ruchomy podest, głośniki, reflektory, puste ściany) to rodzaj oswajania przestrzeni, pełen witalnego działania, przypominającego taniec albo Syzyfowe prace. Towarzyszy temu muzyka Christophera Demarthe i światło, a także tekst (Vincenta Tirmarche i Agaty Maszkiewicz) wyświetlany na ekranie z surrealistycznym poczuciem humoru komentujący przypadkowe spotkanie ludzi w sali Komuny Warszawa. Na samym początku każdy z obecnych zostaje zaopatrzony w karteczkę z prośbą, aby nie zapomniał swego imienia i nazwiska, które przydziela im „z urzędu” Agata Maszkiewicz. Widzowie przez ponad godzinę podążają za działaniami artystki, która wciąż się przemieszcza i zaskakuje zmianami swojej aktywności. Bywa, że zaskakuje całkowicie, kiedy na przykład przez dobre kilka minut wymienia rozmaite potrawy spożywane w rozmaitych miejscach w towarzystwie różnych osób, najwyraźniej apelując do zmysłu smaku. To działanie uświadamia, w jaki sposób może tworzyć się pełna zawiłych relacji przestrzeń między nieznanymi sobie ludźmi, zgromadzonymi pewnego wieczoru, aby towarzyszyć rozpoznaniu „Takiego pejzażu”.
Na zakończenie przeglądu spojrzenie na krajobraz oczyma kuratorki projektu, Weroniki Szczawińskiej, która zdobyła publiczność wyrazistymi przedstawieniami o wymowie politycznej (dość przypomnieć dowcipny i mądry spektakl „Laurence z Arabii” w warszawskim Teatrze Powszechnym). Wbrew tytułowi spektaklu – „Rozmowa o drzewach” to raczej
milczenie o drzewach
niż rozmowa – do jednych z nielicznych fragmentów z użyciem słowa należą wersy z wiersza Bertolta Brechta „Do potomnych”, które śpiewa Małgorzata Pauka: „Co to za czasy, kiedy / Rozmowa o drzewach jest prawie zbrodnią / Bo zawiera w sobie milczenie o tylu niecnych czynach!”. Reszta milczy, niektórzy nieruchomi (jak sama Szczawińska), inni pomachują „gałązkami” z toreb foliowych albo poszeleszczą, poskrzypią kurteczkami udającymi korę, wydobędą poświsty, stuki, szumy, zgrzyty ze spreparowanych instrumentów, jakby domagając się uważności. Nie pozwólmy im zniknąć, tak można czytać ten spektakl o kurczącej się przestrzeni natury, która otwiera zabawa w dziecięcą zgadywankę: „co to za drzewo?”.
Jeśli odwołanie do Brechta znaczy więcej, to warto na koniec zacytować słowa z tego samego wiersza (w przekładzie Roberta Stillera):
Siły miałem niewiele. Cel
Był bardzo daleko
Ale wyraźnie widoczny,
jakkolwiek dla mnie
Nie do osiągnięcia.
Tak minął mój czas
Który dany mi był na ziemi.
A co, jeśli połączyć siły? Czy krajobraz się zmieni? Może minął nasz czas? Sugeruje to optymistyczny obraz finałowy: solidarność drzew z wątłą śliwą, która potrzebuje ochrony.

Mini-fest KRAJOBRAZ, Komuna Warszawa, 2-4 września 2019, kurator Weronika Szczawińska.

Reklamoza Ważny tunajt

Z racji swojej głównej profesji, dużo jeżdżę po kraju. Wiem, Ameryki nie odkryłem. Polski za to niemały kawałek. I to tej widzianej przez szyby busa, od kilkunastu już lat. Zmienia się Polska, zwykle na plus. I to jest dobre. Ludzie mają więcej pieniędzy. Pięknieją rynki i ryneczki. To widać. Jest jednak jedna rzecz, która od lat się nie zmienia. I wszystko na to wskazuje, prędko się nie zmieni. W moim osobistym rankingu prowadzi niezmiennie ubojnia drobiu „Exodus” (gdzieś koło Wieliczki chyba) i sklep ogrodniczy „Sekatorium” (Podlasie). Exodus miał ongiś ogromny bilbord przy samej drodze, bo w końcu robi na większą skalę, to i go stać. Sekatorium powala już samą nazwą, a że mieści się w małym miasteczku, wystarczy mu pstrokaty szyld na elewacji budynku. Parę dni temu przeczytałem w internetach, że rząd zamierza wyrzucić do kosza tzw. ustawę krajobrazową i napisać swoją od nowa. Nie ma co prawda jeszcze projektu rządowego w sieci, ale zainteresowani – konserwatorzy miejscy, planiści, urbaniści etc. mają swoje źródła i podnoszą alarm, że nowa rządowa ustawa krajobrazowa, mająca co do zasady porządkować nieład w przestrzeni publicznej, m.in. walcząc z pstrokacizną reklam i samowolką w ich umieszczaniu, wywraca do góry nogami założenia swojej poprzedniczki z 2015 r. na długie lata. Innymi słowy, mozolny proces odzyskiwania polskich miast i miasteczek z rąk reklamozy zostanie zastopowany i powróci stara, sprawdzona zasada, że jak masz kawałek parceli albo ścianę domu, to możesz na niej wywiesić co chcesz, bez respektowania jakichkolwiek zasad współżycia społecznego, o estetyce nie wspominając, bo to zdecydowanie najrzadziej występujące w nowej ustawie słowo.
Byłem wówczas w Krakowie. To był 2012 albo 2013 r. Skwarne lato. Siedziałem sobie gdzieś blisko rynku, piłem coś dobrego i czytałem gazetę. To właśnie wtedy natknąłem się na informację, że prezydent Komorowski zamierza przeprowadzić przez Sejm ustawę porządkująca bajzel reklamowo-bilbordowy, w Krakowie nadto dostrzegalny. Przyglądałem się tym pracom z uwagą, bo i problem niezwykle mnie zajmował. Im bardziej się przyglądałem, tym bardziej nic nie mogłem dostrzec, bo na obietnicach się kończyło. Aż w końcu się Polska i Polacy doczekali. Oczywiście, naiwnością byłoby sądzić, że po wejściu w życie ustawy, opadną bilbordy i pstrokacizna, jak opadają łuski z oczu politykom, bo gdzie przepisy wykonawcze. Ale przynajmniej szło to wszystko w dobrym kierunku. Miastowi włodarze i radni dostali jasny sygnał: nie możecie traktować publicznej przestrzeni jak towaru na sprzedaż, a wy prywaciarze, którym wszystko jedno na co patrzą ich oczy, nie możecie zalepiać miast czym wam się rzewnie podoba. Teraz, jeśli plany rządowe się zmaterializują, wrócimy do punktu wyjścia, czyli mniej więcej do stanu z lat 90. Cieszy się Korwin, cieszy się Braun, bo wszak to leseferyzm w czystej postaci. Czy tak się faktycznie stanie? Wszystko na to wskazuje, a wiecie Państwo co mnie, niestety, w tym utwierdza? Jakiś czas temu oglądałem film dokumentalny o Lechu Kaczyńskim, zrobiony z pozycji kolan, czyli jak większość. Jedna z urzędniczek, które pracowały z Lechem Kaczyńskim w warszawskim ratuszu wspominała, jak były prezydent, wówczas Warszawy, zadekretował, że kupcy ze stadionowego Jarmarku Europa, który właśnie się zwijał, mają dostać godne miejsce w mieście, gdzie na powrót otworzą swój biznes. Wybór padł na plac przed Pałacem Kultury, przed którym na długie lata stanął gigantyczny blaszak, pod którym schronili się kupcy ze Stadionu. Myślenie byłego prezydenta, podług słów urzędniczki, było takie: kupcy ze Stadionu muszą dostać od miasta bonus w postaci atrakcyjnego handlowo punktu, bo to właśnie oni, na szczękach i kocach, wykuwali pierwszy polski small-biznes, i za to choćby należy im się pomoc, bo teraz, w starciu z międzynarodowym kapitałem z Domów Centrum naprzeciwko, stoją na straconej pozycji. Co do jednego racja-należało kupcom pomóc i nie zostawiać ich samych sobie. Tu zgoda. Ale potraktowanie najbardziej reprezentacyjnej parceli w mieście jako placu, na którym można postawić wszystko i zamienić go choćby w kurnik, jeśli się ma takie polityczne widzimisię, to gwałt na oczach i zmysłach tych wszystkich, którym miasto służy nie tylko do pracy i snu. To jest właśnie myślenie, którego gorącymi wyznawcami są panowie Jaki czy Waszczykowski; jeden i drugi postulowali swego czasu zmniejszenie ilości ścieżek rowerowych czy słupków przy chodnikach, żeby móc gdzie zostawiać w centrum samochody, bo kto to widział, żeby urzędnik jeździł do roboty rowerem, do tego jeszcze w garniturze. I to jest, jak tak patrzę i słucham tego rządowego towarzystwa, ta sama wrażliwość i pomysł na przestrzeń publiczną, którą prezentują ich kumple po fachu. Ja tymczasem zostawiam to za sobą. Ładna pogodna. Idę do parku, napawać się widokiem, ale co chwila i tak będę obracał łeb do słońca, bo niedaleko mojej ulubionej ławki przebija zza listowia zachęcający skąd inąd szyld – Alkohole 24.

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”