Żeby nie było, że nie było

Różne bywają gusty:

Tygrys nie jada kapusty.

Jan Sztaudynger

Wszyscy mówili, że to najweselszy barak w obozie socjalistycznym. I każdy miał taki raj, jaki był ten kraj” – tak kończy się opowieść o Polsce Ludowej widzianej przez pryzmat wakacji. I to nie byle jakich, bo wakacji gwiazd.

„Wakacje gwiazd w PRL” Krystyny Gucewicz to nie rozprawa socjologiczna, raport z badań czy też informacja typu statystycznego: gdzie, kto, ile i za co. Ale kto wie, czy nie przynosi pełniejszego niż w naukowych dociekaniach obrazu minionej epoki. Niejako prywatnej, choć nieco odświętnej historii PRL-u naszkicowanej pewną ręką autorki. Zwłaszcza że pełnymi garściami czepie interesujące ją smakołyki, perełki, pianę kolorowych odprysków, wszystko co wystaje ponad przeciętność i nudę z nader wiarygodnych źródeł (nie wspominając o jej własnej pamięci bez dna).

Na samym końcu książki zamieszcza ich listę pod kokieteryjną nazwą „moje ściągi”, a na niej znaleźć można same potężne nazwiska artystycznej elity, królującej w Sopotach i Zakopcu, w Chałupach, Krynicy i na Mazurach (ach, ta leśniczówka Pranie). Kogóż tu nie ma. Dość tylko wymienić dla przykładu Krystynę Cierniak-Morgenstern, Marię Dąbrowską, Irenę Dziedzic, Kirę Gałczyńską, Stefanię Grodzieńską, Jerzego Gruzę, Jarosława Iwaszkiewicza, Stefana Kisielewskiego, Tadeusz Konwickiego, Eryka Lipińskiego, Janusza Minkiewicza, Wojciecha Młynarskiego, Sławomira Mrożka, Agnieszkę Osiecką, Krystynę Sienkiewicz, Stanisława Tyma, Leopolda Tyrmanda, Franciszka Walickiego, Magdalenę Zawadzką czy Monikę Żeromską. A to przecież nie wszyscy, bo przyprawy do swojej opowieści czerpała autorka sponad 70 książek tuzów naszej Muzy nie tylko rozrywkowej.

O skali tej kwerendy świadczy też indeks nazwisk, w którym znalazło się ponad 500 artystek i artystów. O wszystkich w książce mowa, czasem wielokrotnie. Są przecież i ulubieńcy, mistrzowie wykwintnego dowcipu, na których Gucewicz z upodobaniem się powołuje, bodaj najczęściej na Agnieszkę Osiecką, Stefanię Grodzieńską, Leopolda Tyrmanda, Staszka Tyma, Jerzego Waldorffa i Jerzego Kisielewskiego, syna Stefana. Aż strach pisać, ale większość z nich już odeszła na zawsze.

Dzięki takiemu wsparciu opisuje autorka z właściwą swemu temperamentowi swadą wakacje gwiazd, urlopujących od Bałtyku po Tatry, w kurortach, uzdrowiskach, kąpieliskach, uroczyskach, zakątkach, zapadłych dziurach i w blasku sławy. To co, że czasy bywały różne, najczęściej szare, czasem dramatyczne, ale życie nie składa się przecież z samych urazów i katastrof. Bywa pięknie, a humor, mierzony dowcip, ironia i autoironia zawsze był bronią, która pomagała nie dawać się strapieniom.

A zresztą co tu wyrzekać, skoro Gucewicz pisze to, co wielu nie może przejść przez gardło, tak celebrują w sobie pokłady hodowanej latami żółci: „Żeby nie było, że nie było. W Polsce Ludowej wiernej Związkowi Radzieckiemu i klasie robotniczej z dodatkiem wsi, sztuka miała się dobrze. A nawet jeszcze lepiej. Niepełne półwiecze PRL-u przyniosło opus magnum polskiego teatru, plastyki, muzyki, filmu, literatury. A że łatwo nie było – jak głosi durny żarcik: „nikt nie obiecywał, że będzie”.

Krystyna Gucewicz nie przesładza, ale i nie przeczernia obrazu. Stara się możliwie najwierniej odtwarzać atmosferę, której daleko było do rozpaczy i bezradności. Za dowód niechaj posłuży przytaczany przez autorkę bezinteresowny dowcip góralski (bez żadnych podtekstów czy kontekstów), podsłuchany na Harendzie:

„ – Widzisz, jak mi koty odpowiadają, miauczą jak do kolegi.

– Eee, znałem gościa, co tak potrafił piać jak kogut, że za każdym razem wschodziło słońce”.

Pewnie wielu czytelnikom starszej generacji otwierały się przestrzenie już zapomniane, wracają dawne obrazy. Takie odczucia towarzyszyły mojej lekturze. Choćby fragmentowi o Ciechocinku z jego tężniami, grzybkiem i muszlą koncertową w parku zdrojowym, no i przepysznymi poziomkami w śmietanie w Orbisie. Prawdę mówiąc, po latach wydaje mi się, że to były truskawki, a może i jedne, i drugie, tak czy owak cudownie aromatyczne. Jeździło się do wód (to o mnie), cierpiało na zatoki, brało kąpiele i inhalacje, a w nagrodę babcia prowadziła do ogródka w Orbisie. Widywałem tam Lopka – Kazimierza Krukowskiego, który w swoim kółku przy sąsiednim stoliku grywał w bridża (właśnie: „bridża”, tak mówili, a nie „brydża”) albo przesiadywał z Ludwikiem Sempolińskim i moim stryjem Zygmuntem Karasińskim, niekoronowanym królem Ciechocinka. Bo to właśnie stryj na spółkę z Szymonem Kataszkiem skomponowali tango „Na to jest Ciechocinek”, które w roku 1932 stało się przebojem uzdrowiska:

Na to jest Ciechocinek,

Pełen słońca i róż,

Z stukilowych dziewczynek

Greta Garbo i już.Basen sam się uśmiecha,do pływalni więc w mig!Kto o kulach przyjechał,ten wyjedzie jak smyk. Podobno słowa ułożyli sami kuracjusze. Tak czy owak, kiedy pewnego lata, a był to rok 1965 albo 1966 zajechaliśmy ze stryjem na dworzec w Ciechocinku, sława stryjowego przeboju nie przeminęła. Wystarczyło, że wychylił się przez okno i zagwizdał kilka pierwszych traktów nieoficjalnego hymnu uzdrowiska, a już zjawił się tragarz, pogwizdując ciąg dalszy, i taszczył nasze bagaże do czekającego na nas fiakra. Tak to bywało w one lata. Mógłbym snuć te ciechocińskie opowieści i dłużej, ale już tylko jeden smaczek, podsłuchana odzywka wakacyjnego adonisa, który tak zagaja rozmowę z pewną damą zażywającą jodu na deptaku w Ciechocinku: – O widzę, że pani coś spadło? – Co takiego? – Chyba ciśnienie. Wracam do lektury. Krystyna Gucewicz rozpoczyna wakacyjną podróż wspomnień od najsławniejszych kurortów, jeszcze przedwojennych, a po wojnie równie sławnych i snobistycznych: Krynicy, Zakopanego i Sopotu. To tam ciągnęli artyści przyciągani magią tych miejsc, to tam rodziły się rozmaite, czasem trwające latami, a nawet przekraczające granice zmiany ustroju wielkie wydarzenia. Takie jak Festiwal Sopocki dyrygowany przez Jerzego Gruzę, czy Festiwal Moniuszkowski wymyślony przez Bogusława Kaczyńskiego i dziesiątki innych, niezapomnianych pomysłów. „Socjalizm lansował – pisze Gucewicz – zdrowy snobizm na sztukę i ludzie interesowali wszystkim, co na fali, zachłannie korzystali z różnorodnej oferty kulturalnej. Właśnie w Sopocie chodzili tłumnie na wystawy w legendarnym, nieistniejącym już pawilonie sztuki obok Grand Hotelu”. Chodzili, ale nie zawsze powodowani głodem sztuki – na dowód anegdota, którą przytacza autorka z przepastnych zbiorów Wiesława Ochmana: – Czy widziałeś już ostatnią wystawę Molskiego? – Nie. Ale gdybym wiedział, że to ostatnia, już bym tam był. Wydarzenia ściągały tłumy, były przecież antidotum na szare godziny codzienności. A kto od tłumów uciekał, szukał gdzie indziej schronienia. I po tych odkrywanych wtedy uroczyskach, które (niestety) już dawno uroczyskami być przestały, bo czego to ludzie nie wypatrzą, opowiada autorka, prowadząc nas w okolice magicznej leśniczówki Pranie, ostoi poezji Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, czy na Półwysep Helski zdobywany stopniowo (Chałupy, a już sprzed wojną Jurata, polska Palm Beach) a konsekwentnie przez dziesiątki artystów – tam niemal osiadły tryb życia wiedli aktorzy Teatru Ateneum zjeżdżający tu na czele z Aleksandrą Śląską i jej mężem, dyrektorem Januszem Warmińskim.

Podczas lektury „Wakacji gwiazd” czytelnik czuje się jak w fotoplastikonie. Wciąż zmieniają się krajobrazy, klimaty, okoliczności. Patchworkowy charakter powstającego opowiadania daje wrażenie ogromnego bogactwa i prawdziwej uciechy, jaką miewali artyści z płatanych dowcipów, czasem bardzo niepolitycznych. Znajdziemy tu wydarzenia górne i chmurne i bardzo potoczne, dziesiątki nawiązań do przebojów tamtych lat, muzycznych, filmowych, a także powszechnie połykanych lektur. Snuje się w tych opowieściach zapach czasu bez sentymentalizowania i natrętnej nostalgii, czasem zaprawiony goryczą, ale jakoś przedziwnie znajomy i co tu gadać – bliski. Może dlatego, że autorka nie udaje, że urodziła się wczoraj albo że spadła z Księżyca, co – jak wiadomo – jest przypadłością dość często występującą w polskiej przyrodzie. Świadczą o zapachu czasu także nadzwyczaj starannie dobrane zdjęcia, ilustrujące wakacje artystów w onych latach, ale i wakacje autorki często towarzyszącej im w tych sytuacjach.

„Gucewicz ma oko na Polskę Ludową. Czyta się tę książkę jak dobrze zmrożoną wódkę” – ocenił Jerzy Iwaszkiewicz. Trudno się z nim nie zgodzić.

Swoją barwną, utkaną z wielu wątków opowieść kończy jak bliską każdemu bajkę:

„Była raz sobie Polska Ludowa.

Ni pies ni wydra, Sen wariata śniony nieprzytomnie. Wtedy i zawsze po prostu nasz Kraj. Z czasem kość niezgody – i właśnie na to nie ma zgody. Bo się tam przecież wtedy było, żyło i śniło. Po prostu, najnormalniej w świecie, mimo wszystko. A może właśnie dlatego, że pragnienie normalności zawsze umiera ostatnie”.

WAKACJE GWIAZD W PRL, Krystyna Gucewicz, Wydawnictwo Muza, stron 445, Warszawa 2021. ISBN 978-83-287-1676-6

Przygody pana Andrzeja

Przychylnie przyjmuję każdą książkę poświęconą wybitnej polskiej aktorce lub aktorowi. Nie mam na myśli najmłodszego pokolenia. Ono na ogół samo promuje się skwapliwie. Nazywa się to „lansem”. Mam na myśli aktorów z generacji urodzonych (z grubsza i bardzo umownie biorąc) w latach 1920-1950, a zatem w okresie największego i doprawdy niezwykłego „urodzaju” talentów aktorskich w Polsce.

Oczywiście i przed pierwszą z dat i po drugiej urodziło się sporo wybitnych talentów aktorskich, ale niezwykłym trafem owe trzy dekady wydały ich najwięcej. Aby to uzmysłowić, przytoczę tylko po trzy przykłady urodzonych w każdej z tych dekad: lata dwudzieste – Gustaw Holoubek, Tadeusz Łomnicki, Andrzej Łapicki; lata trzydzieste – Ignacy Gogolewski, Zbigniew Zapasiewicz, Marek Walczewski; lata czterdzieste – Piotr Fronczewski, Zdzisław Wardejn, Jerzy Stuhr. Wystarczy?
Wystarczy, choć można by mnożyć wybitne nazwiska całymi stronami. Oczywiście, prze tymi datami urodziło się wielu wybitnych, których zdążyliśmy zapamiętać, bo byli czynni, także w Teatrze Telewizji, za życia wielu z nas, że wspomnę tylko wymienionego wyżej Woszczerowicza, Tadeusza Fijewskiego czy urodzonego w 1890 (tak!) roku Kazimierza Opalińskiego.
Wbrew pozorom nie ukazało się takich książek wiele. Niektóre ukazały się jako wywiady rzeki (ostatnio np. ze Stanisławem Mikulskim), inne jako pamiętniki aktora (n.p. Jerzego Stuhra, Ignacego Gogolewskiego czy Andrzeja Zaorskiego), wspomnienia osób bliskich (np. Magdalena Zawadzka o Gustawie Holoubku), inne jeszcze w formie pracy autorskiej dziennikarza czy historyka teatru.
Mają swoje duże monografie na przykład Jacek Woszczerowicz, Jan Kreczmar czy Roman Wilhelmi. Powstały już po ich śmierci, a więc objęły całość ich pracy. Minimonografii doczekali się m.in. Jan Nowicki, Jerzy Trela, Jerzy Stuhr, Tadeusz Łomnicki, Barbara Krafftówna, tyle że w ramach serii, która ukazywała się w latach siedemdziesiątych, co radykalnie obniża dziś ich wartość informacyjno-faktograficzną.
Jednak najskromniejszych bodaj książeczek nie doczekało się (i nie ma gwarancji, że się doczekają) dziesiątki mistrzów swojego zawodu, że wspomnę tylko Edmunda Fettinga, Jerzego Kamasa, Marka Walczewskiego, Wiktora Sadeckiego czy żyjącą wielką heroinę sceny krakowskiej, Izabellę Olszewską. O tym, że nie mają na nie szansy mistrzowie drugiego planu, już nie wspomnę.
Z tego choćby tylko powodu z satysfakcją przyjąłem napisaną przez dziennikarkę Krystynę Gucewicz książkę „Jak być kochanym”, poświęconą świetnemu aktorowi z rocznika 1934, Andrzejowi Kopiczyńskiemu. Nie ulega wątpliwości, że masową popularność przyniosła mu rola inżyniera Karwowskiego w serialu „Czterdziestolatek”, ale to przecież przede wszystkim pełnokrwisty, świetny, finezyjny aktor sceniczny, no i kinowy.
W młodości miał warunki amanta, które z biegiem lat, z biegiem dni przemieniły się w tym amanta charakterystycznego, a do tego doszło pełnowartościowe pasmo komediowe z dodatkiem dramatycznego, z niejakim wychyleniem w stronę ironii i dystansu. Ten dystans stał się jednym ze znaków firmowych aktorstwa Kopiczyńskiego, które – bywało – określano jako „angielskie” i doszukiwano się w nim nawet podobieństwa zewnętrznego do Davida Nivena.
Paleta środków Kopiczyńskiego jest bardzo szeroka, właściwie nieograniczona. Krystyna Gucewicz nie zdecydowała się jednak na „wszystkoizm”, ani na formułę plotkarską. Skoncentrowała się na pierwszych latach aktorskiej kariery Kopiczyńskiego, które spędził on na scenach Polski północnej, Olsztyna, Koszalina, Szczecina, Bydgoszczy.
Przy okazji więc jest ta historia początków zawodowych aktora także przyczynkiem do historii polskiego teatru powojennego i warunków, w jakich działał. Do tego dochodzą interesujące fakty z życia aktora, o którym powiedziano, że jest tak bogate w przygody, że mógłby nimi obdzielić kilku panów.
Krystyna Gucewicz ma lekkie pióro, dar barwnej narracji, więc nawet tę, na pozór nie najbardziej atrakcyjną dla przeciętnego czytelnika tematykę podaje bardzo interesująco i ze swadą. Ta bogato ilustrowana książka, wzbogacona o płytę CD z fragmentami czytanymi przez jej bohatera warta jest gorącej rekomendacji. Wydawnictwo zaś, Agencję Artystyczną MTJ, które do tej pory nie zajmowało się taką tematyką, warto zachęcić do jej kontynuowania.
Krystyna Gucewicz – „Jak być kochanym. Andrzej Kopiczyński”, Wyd. Agencja Artystyczna MTJ, Warszawa 2012, str. 296, ISBN 9788376991375

Smakołyki firmy Gucewicz

Nie wiadomo kiedy tę książkę się przeczytało. Zupełnie niespodziewanie, zanim się człowiek zorientował, okazało się, że to już koniec.

A jeszcze chciałoby się pobyć dłużej w tym kolorowym świecie cudownych ludzi, pamiętnych zdarzeń i smakowitych anegdot. Bo ta książka jest taka jak jej autorka. Cała ona: błyskotliwa, kapryśna, zmienna w nastrojach, ciągle w ruchu i buzująca od pomysłów.

Bohaterami „Notesu Krystyny Gucewicz, czyli Fołtyn w śmietanie” są przede wszystkim znani artyści i inni wspaniali ludzie, których autorka spotykała na swojej drodze. Ale tak naprawdę bohaterką główną jest sama autorka, z niespożytą energią przez lata organizująca setki spotkań, programów telewizyjnych, festiwali, akcji. Gdyby nie jej sprawstwo kierownicze i współudział wiele zdarzeń, o których pisze, nigdy by nie doszło do skutku.

Poetka i menadżerka w jednej osobie. Cięta recenzentka i czuła biografka – jak piękna jest jej książka o Szymonie Szurmieju, a nawet o niej nie wspomni w „Notesie”. Zresztą nie wspomni o bardzo wielu innych swoich książkach i spotkaniach, bo to nie jest książka samochwały, która wciąż w zachwyceniu rozpamiętuje swoje sukcesy. O „Ostrych dyżurach poetyckich” w Teatrze Narodowym napomknie zaledwie gdzieś przy okazji dwa czy trzy razy, choć ta wspaniała inicjatywa sama w sobie zasługuje na księgę wspomnień i wzruszeń.

Zasada, która spaja „Notes” wyłożona została przez autorkę już na samym początku w tytule. To właśnie jej

zapiski, szpargały,

których nigdy się nie pozbywa, zbudowały tę opowieść i ułożyły się w pozornie chaotyczną całość, bo przecież ten chaos,a właściwie kosmos opowieści, autorka ogarnia, nie ginie w rozlicznych dygresjach, za każdym razem, kiedy niesiona jest zbyt daleko wyobraźnią, powściąga się krótkim a soczystym strofowaniem samej siebie: „ale do adremu”.

Metoda zaś tego notowania polega na przestrzeganiu zasady numer dwa – nigdy nie nudzić.

Zasadę tę zapisała Krystyna Gucewicz także wprost w swojej książce, kiedy przywołuje na świadka niezapomnianego Kwintę, czyli Janka Machulskiego. Otóż jak pisze Gucewicz, Machulski miał w zwyczaju opowiadać na dobranoc bajki swemu małemu synkowi, Julkowi, przyszłemu reżyserowi najlepszych polskich komedii filmowych. Opowiadał te bajki ze swadą, ale ponosiła go nieraz fantazja, odchodził od tematu, tonął w wątkach pobocznych, a wtedy Julek Machulski przywracał go do równowagi niezmiennie takim samym zawołaniem: „Aż tu nagle!”. Miało to oznaczać, że pora na przyspieszenie i konieczny zwrot akcji, aby wreszcie zaczęło się coś dziać. „On mnie reżyserował!”, mawiał Machulski.

Tę samą metodę twórczą stosuje Gucewicz. Kiedy czuje, że jej „Notes” za bardzo ucieka w bok, wtedy przypomina sobie wskazówkę „Aż tu nagle”, czyli wraca do tematu, do „adremu” albo porzuca stary wątek i podejmuje kolejny.

Barwią tę książkę niepoliczone anegdoty i powiedzonka największych z największych, od Niny Andrycz, Hanki Bielickiej, Gustawa Holoubka po Danutę Szaflarską i Zbigniewa Zapasiewicza. Są wśród nich tak zabawne, że trudno książkę utrzymać w reku (zaręczam), a wiele bezinteresownych, zwłaszcza tych góralskich, jak ten dialog dwóch wąsatych górali:

– Com robis, kie mos cas?
– Siedzem i dumiem.
– A kie ni mos casu?
– To ino siedziem.

Albo nieco złośliwe, choć niewinne opowieści koleżeńskie, jak ta o Maliniaku, czyli Romku Kłosowskim:

– Wiesz, Kłos poszedł do księgarni.
– I co?
– Pani pyta, czy szuka czegoś lekkiego. „Niekoniecznie – odpowiada Kłos. – Jestem samochodem”.

Ale to nie jest książka tylko do śmichu-chichu, choć usiane w niej anegdoty, powiedzonka, riposty to prawdziwe perełki humoru. Niemało w „Notesie” liryzmu, namysłu nad czasem, który przemija i serdecznych uczuć okazywanych ludziom i miejscom, których aura działa nie tylko na wyobraźnię autorki. Ma takie swoje miejsce, jak każdy i pisze o nich z czułością Poetki. O ludziach, wobec których zachowała wdzięczność i nieskrywane

poczucie długu

pisze z serdecznością, a przy tym kilkoma kreskami potrafi uchwycić ich osobność. Tak jak w przypadku Wojciecha Siemiona, któremu poświęciła osobny rozdzialik w „Notesie”. Ale od razu pierwszymi zdaniami wprowadziła w klimat Wojtkowego świata:

Czarodzieje się zdarzają. Nawet jeśli nie wszyscy o tym wiedzą. Dowód oczywisty; Wojciech Siemion. Wszystko, czego się dotknął, zamieniało się w świat równoległy, literacki obrzęd, malarskie pejzaże, gry z wyobraźnią. Doskonale pamiętam te energiczne telefony:
– Przyjedź koniecznie, organizuję w Petrykozach… – Tu padał pomysł, na który nikt inny poza Wojtkiem w życiu by nie wpadł.
Absolutnie pojedynczy egzemplarz.

Też pamiętam takie telefony. Jakby to było wczoraj: „Tomi, przyjeżdżaj, otwieram w Petrykozach rzeźbę poświęconą Leszkowi Kołakowskiemu. Bądź”. I byłem.
Książka Krystyny Gucewicz ma dla mnie szczególny smak, bo mniej więcej połowę bohaterów, którzy przewijają się na jej kartach, znam albo znałem, bo niestety, część z nich już odeszła, osobiście. Autorka pełni więc funkcję kustoszki nie tylko swojej pamięci, ale pamięci całej powojennej generacji. Ale zaręczam, że dla wszystkich tych, którzy nigdy nie zetknęli się z ludźmi, o których z taką czułością pisze, to spotkanie okaże się nie tylko ciekawe, ale i odkrywcze.

– Pan Bóg mi jeszcze nie odebrał rozumu i nie piszę pamiętników – powiedział mi kiedyś Kazimierz Dejmek. I słowa dotrzymał. Gucewicz też nie pisze pamiętników, ale wspomina, pisząc w formie niezobowiązującej, nieledwie od niechcenia o tuzach polskiej sceny, filmu, telewizji i estrady. Portretuje ich nietuzinkowy profesjonalizm, ale i słabostki, chwile wielkie i nieco mniejsze, ale zawsze z życzliwością i poczuciem, że mowa często o ludziach kreujących ulotne światy. Światy, które umierają zaraz po urodzeniu i pozostają jedynie we wspomnieniach, anegdocie, powidoku. Dzięki Krystynie Gucewicz także w książce.

Mimochodem – bo przecież nie towarzyszył autorce żaden zamiar propagandowy czy ideologiczny – ta książka odczarowuje „siermiężną wersję PRL-u”, w której miała jakoby panować nie kultura, ale „czarna dziura”. Ukazuje też pierwsze kroki po transformacji ustrojowej, kiedy wszystko stawało otworem i wiele spraw wydawało się łatwiejszych, niż były w istocie.

Nie ukrywając rozmaitych niedoborów i opresji czasu minionego, Gucewicz na światło dzienne wydobywa blaski, powołanej do życia

niepodległej republiki artystów

i ludzi kultury, którzy nie ulegając zmiennym kaprysom rządzących, trwali przy swojej bajce. Tworzyli, wierząc, że te ich łątki artystyczne, umierające zaraz po narodzinach, mają przecież jakiś sens. Autorka „Notesu” składa im wszystkim niepatetyczny ukłon, czasem żartując, a czasem z namysłem wracając do wielkich naszej nieodległej przeszłości, którym należy się dobra pamięć i szacunek. Nie mogę się oprzeć pokusie, żeby nie przepisać kilku zdań z książki, w których Krystyna Gucewicz ujęła sens dzieła Gustawa Holoubka:

Holoubek był kimś nadzwyczaj skromnym, nie wygłaszał tyrad o życiu, wszechświecie czy aktorstwie, chociaż filozofem teatru był z pewnością. Studentom powtarzał, że w dialogu często ważniejsze od tego, co mówisz, bywa, jak słuchasz. Gotowa dewiza na życie, czyż nie?
Dawno temu zgodził się na opublikowanie książkowego wywiadu, po latach napisał uroczą książkę o sobie samym. W sprawach istotnych zasłaniał się ironią. Pytany o tajemnice zawodu, powtarzał czasami, że przygotowując się do roli, zawsze warto sięgnąć w głąb siebie samego. O ile się tam kogoś zastanie…

Chociaż czyta się „Notes” znakomicie i za szybko, to nie jest lekturą na raz. Warto do niej wracać i smakować po kawałku.

„Notes Krystyny Gucewicz, czyli Fołtyn w śmietanie. Żarty, fakty, anegdoty”, wyd. Arkady, Warszawa 2018, str. 320, ISBN: 978-83-213-5075-2.