Teza i antyteza

Wychodzę na zewnętrze co dzień, i nie mogę się pogodzić z tym, że taka ładna jesień tego roku ucieka nam w ostrym cieniu covidowej mgły. Liście żółkną, kasztany się czerwienią, smog jakby uleciał w niebyt, że aż szkoda siedzieć w domu. Przyroda, nawet ta miejska, odbiła na chwilę od dna. A jesień mamy w tym roku piękną…

Zastanawiałem się, kiedy siedziałem dziś w parku na ławce i patrzyłem na ten kobierzec, żółty i czerwony, ciesząc oczy widokiem, czy będzie na świecie tak, że po covidowym opamiętaniu, człowiek zacznie doceniać to, co matka natura mu dała. Będzie, na powrót, z szacunkiem, odnosić się do przyrody i jej majestatu. Tej przecież nie trzeba wiele, żeby udowodnić nam, że gdyby nie ludzie, żaden wirus byłby jej nie straszny. Starczyło raptem parę miesięcy oddechu, by pokazać nam, że Ziemia potrafi się bez człowieka obejść. W Wenecji pojawiły się na wiosnę delfiny w Canale Grande. Lasy w Polsce płonęły rzadziej, bo człowiek miał zakaz doń wchodzenia. Wywieziono dzięki temu zeń mniej śmieci i mniej zwierząt, wodnych i lądowych, zadławiło się plastikiem na łowiskach i w kniei. Wystarczyło trzymać człowieka z dala od przyrody, a efekt od razu był widoczny. Czy zatem, myślałem siedząc sobie w parku, może zdarzyć się tak, że człowiek wyciągnie jakieś wnioski z sygnałów, które dała mu natura? W końcu pandemia covidu to, jeśli odrzucić spiski, wynik nazbyt głębokiego ingerowania człowieka w świat zwierząt. Gdybyśmy nie chcieli zeżreć wszystkiego, co pełza i lata, bo jakiś półidiota powiedział kiedyś, że zupa z nietoperza dobrze robi na potencję i eliminuje brodawki, być może nie byłoby tego całego zamieszania. Jeśli jednak tak się już zdarzyło, czy przyjdzie potem na ludzki ród jakieś opamiętanie w działaniu, niechybnie prowadzącym nasz gatunek do samozagłady. Gdy tak dumałem na parkowej ławce, przyszły mi do głowy dwa wyjścia. Jedno nie wyklucza drugiego, choć obydwa są bardzo mało prawdopodobne. Dużo bardziej prawdopodobne są ich antytezy.

Pierwsze jest takie, że ludzie, sami z siebie, bez napomnień rządów i korporacji, opamiętają się i zaczną żyć w zgodzie z prawami natury i jej poszanowaniem. Zaczną bardziej doceniać życie które dostali, bo mają tylko jedno, i warto je mądrze przeżyć, gdyż nie wiadomo, kiedy się może skończyć. Uleci w powietrze współczesna mara nieśmiertelności; mit tego, że jak będziemy jędrni, młodzi i powabni, będziemy uczęszczać na fitness i wcierać w siebie drogie kremy, to nie pomrzemy. Okazuje się, że to wcale przed zejściem nie chroni, a covid tnie po uważaniu, chorego, chromego, ładnego, brzydkiego. Generalnie jednak warto bardziej przyłożyć się do dbania o zdrowie i zmiany świata, zaczynając od siebie. Na początek należałoby zastanowić się, co się je i ile. Później, skąd to jedzenie pochodzi i kto je wyprodukował; dalej-jakim kosztem i gdzie. Wreszcie, można sobie zacząć zadawać pytania, dlaczego mleko w sklepie jest dziś tańsze niż woda, a warzywa tak cholernie drogie. Gdzie tu sens i logika. No i przede wszystkim: kto na tym zarabia. Kiedy ludzie zaczną wątpić w to, czym karmiono ich dusze i ciała, może to pociągnąć za sobą realną zmianę społecznych zachowań, które w przyszłości zaskutkują bardziej świadomym społeczeństwem. Jedzącym mniej nietoperzy i rzadziej chorującym na odzwierzęce choroby. Świat przyrody będzie powoli wracał do równowagi. Tak jak świat ludzi i ich konsumpcji. Mleko będzie pochodzić z udoju od szczęśliwych krów, a jaja od kur, które grzebią w ziemi i zajadają się robakami, a nie paszą z mączki kostnej. Oczywiście jest też anty-rozwiązanie. Po miesiącach wyrzeczeń, zamkniętych knajp i sklepów, kiedy ogłoszą wreszcie koniec pandemii, ludzie rzucą się w wir zakupoholizmu. Nie będą patrzeć na nic, tylko nadrabiać zaległości. Wydawać kompulsywnie kasę na zbytki. Kupować bez opamiętania. Producenci będą z kolei prześcigać się w kolejnych promocjach promocji, a ludzie będą jak wygłodniałe lwy, wypuszczone z klatek. W miesiąc nadrobią rok locdownu.

Drugie rozwiązanie zaproponują za ludzi wielkie firmy i światowy biznes. Po chudych miesiącach covidu, światowa finansjera, dotknięta kryzysem, pojęła wreszcie, że sama doprowadziła do tej globalnej tragedii i należałoby się w końcu opamiętać, bo następnego takiego kryzysu nie przeżyje nikt. Musimy zatem, mówią korporacje, powściągnąć swoje ambicje i niezaspokojone rządze zysku, żeby matka Ziemia pożyła jeszcze kilkaset lat, bo jak tak dalej pójdzie, to wszystko się skończy szybciej, niż sądziliśmy. Przyroda wysyła nam wyraźny sygnał. Zbastujmy trochę z wyzyskiem środowiska, co najmniej na parę dekad, żeby planeta miała szansę odrobinę się odbudować, a później zastanowimy się, jak gospodarować zasobami racjonalniej. I jak pomyśleli, tak zrobili. Antyteza tej wizji wygląda z kolei tak: biznes, wygłodzony przez pandemię, po miesiącach posuchy, rzuca się na resztki dóbr ziemskich ze zdwojoną siłą, żeby nadrobić chude miesiące. Nie myśli o konsekwencjach. O tym, co stanie się z ludźmi: konsumentami, pracownikami. Ma jeden cel: odrobić jak najszybciej stracone miliony w jak najkrótszym czasie.

Dróg jest kilka. Z tylu z nich, każdy ma prawo wybrać źle. Którą pójdzie świat? Co nie bądź mi się kolebie w dyńce i mam swój typ. Być może nowy, amerykański prezydent, trochę zmieni globalny paradygmat. Tak przynajmniej deklarował w kampanii, że sprawy środowiska naturalnego będą mu drogie i bliskie. Na razie drogie jest zdrowe jedzenie od rolnika z pola, a tani syf w marketach, więc łatwo zgadnąć, po co sięgną i sięgają ludzie. Może warto, dla kromki chleba i kropli mleka na przyszłość, dziś podumać, skąd i jak trafiły wczoraj na nasz stół. Najlepiej na powietrzu. Póki jeszcze jest za darmo.

Pandemia i co dalej?

Pandemia, która rozpoczęła się w pierwszym kwartale br., ograniczając działalność większości firm, tym samym pogorszyła warunki bytowe wielu rodzin, a nawet funkcjonowanie niektórych obszarów działalności gospodarczej i społecznej.

Szczególnie negatywny wpływ ma działalność gospodarczą, a w tym na funkcjonowanie mini, małych a nawet średnich i niektórych dużych firm. Jednak szczególnie negatywny wpływ ma ona na funkcjonowanie mini i małych firm. Wiele z nich zmuszone zostało do zawieszenia swojej działalności lub jej znacznego ograniczenia. Spowodowało to zwolnienia wielu pracowników lub zmniejszanie ich wynagrodzenia, a szczególnie rezygnację z zatrudniania pracowników na umowach cywilnoprawnych. Ich skutkiem jest wzrost bezrobocia oraz ograniczeniem dochodów ludności. Skutki epidemii są najbardziej widoczne na rynku pracy. Tylko w kwietniu br. liczba etatów w sektorze przedsiębiorstw, w porównaniu z marcem br., zmniejszyła się o prawie 153 tys. tj. o 2,4 proc. , jednocześnie z dostępnych prognoz wynika , że przy nawrocie pandemii i wygaśnięciu rządowego wsparcie do wielu firm , skala rejestrowanego bezrobocia, do końca bieżącego roku może wzrosnąć do około 10 proc. Sytuacja ta jest szczególnie groźna dla egzystencji najmniejszych przedsiębiorstw i zatrudnionych w nich pracowników, a w jej konsekwencji również dla mieszkańców małych i średniej wielkości miast. Trzeba jednocześnie podkreślić, że w Polsce aż 543 miast, tj. ponad 57 proc. ogólnej ich ilości, ma poniżej 10 tys. mieszkańców a na ich rynkach pracy najczęściej dominują małe i średniej wielkości firmy. Dlatego też,problem funkcjonowania mini, małych i średniej wielkości firm ma szczególne znaczenie zarówno gospodarcze jak i społeczne. Ma on również istotne znaczenie z uwagi, że osłabianie ich potencjału gospodarczego i społecznego oddziałuje na sytuację nie tylko poszczególnych regionów, ale również całego kraju. Pomniejsza jednocześnie zdolność wielu z tych miast do bycia centrum społecznym i kulturalnym oraz usług dla otaczających je terenów rolniczych.

Zauważalnym skutkiem epidemii są również zmiany na rynku nieruchomości, a w tym szczególnie mieszkań. Nastąpił gwałtowny wzrost zainteresowania zakupem różnych działek o charakterze rekreacyjnym, tzw. pracowniczych i typowo rekreacyjnymi oraz domów i mieszkań poza dużymi ośrodkami miejskimi, a w tym również w mniejszych miastach, a nawet podmiejskich osiedlach. Tendencję te nasiliło również drastyczne obniżenie oprocentowania lokat bankowych i dążenie do bardziej stabilnych form lokowania środków przez małych i średnich inwestorów.
Występujące zmiany uświadamiają, że w wielu obszarach funkcjonowania społeczeństwa , a w tym w gospodarce, następują nieodwracalne zmiany.
Wiele dziedzin nie będzie funkcjonowało tak jak dotychczas. Części tych zmian możemy przeciwdziałać, natomiast niektóre powinniśmy wykorzystać dla uruchomienia instrumentów służących modyfikacji dotychczasowych rozwiązań , czy praktyk i wykorzystać je dla dalszego rozwoju działalności gospodarczej czy społecznej.

Dla ograniczenia już zaistniałych, jak i przyszłych skutków pandemii , koniecznym jest aktywne im przeciwdziałanie. Dlatego też, powinno ono szczególnie dotyczyć ochrony miejsc pracy i działalności firm, w tym szczególni mini, małych i średnich, gdyż najczęściej one decydują o charakterze lokalnych rynków pracy, jak również rozwoju lokalnych rynków nieruchomości, a w tym również rynków lokali na wynajem. Ma to szczególne znaczenie dla ludzi młodych i mniej zarabiających , gdyż stanowi istotny element kształtowanie ich mobilności zawodowej.

Znaczenie posiadania pracy i jej stabilności

Mini przedsiębiorstwa, przed wybuchem pandemii stanowiły ponad 96 proc. wszystkich firm, zatrudniały około 40 proc. pracowników sektora przedsiębiorstw i miały 31 proc. udział w tworzeniu budżetu państwa. Najwięcej z nich działało w sferze usług – 53 proc. , 23.9 proc. w handlu , 13,6 proc. w budownictwie, a tylko 9,4 proc. w przemyśle. Większość z nich, bo ponad 87 proc. było podmiotami osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą, w tym często jednoosobowo. Z kolei firmy małe, które stanowiły tylko 3 proc. ogólnej ilości przedsiębiorstw, miały 8 procentowy udział w tworzeniu budżetu państwa, ale zatrudniały ponad 12 proc. osób pracujących w sektorze przedsiębiorstw. Tak więc, w obu tych grupach przedsiębiorstw zatrudnionych było ponad 50 proc. osób pracujących w sektorze przedsiębiorstw i tworzyły one około 39 proc. budżetu państwa.

W mini firmach średnie wynagrodzenie osób w nich zatrudnionych wyniosło w 2017 roku 2822 złotych brutto (według raportu PARP o stanie sektora małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce, 2019 str.29) i było znacznie niższe od średniego zarobku osób zatrudnionych w małych i średnich przedsiębiorstwach (3981 zł i 4662 zł).

Poziom wynagradzania pracowników z poszczególnych sfer jest, w określonym stopniu, konsekwencją wielkości przychodów uzyskiwanych przez poszczególne firmy. Z kolei o wysokości udziału poszczególnych grup przedsiębiorstw w budżecie państwa decyduje, oczywiście poza samym systemem podatkowym, ich ilość i produktywność, przy czym wielkość udziału poszczególnych grup jest znacznie zróżnicowana. Najwyższa jest w grupie przedsiębiorstw największych, a w grupie przedsiębiorstw małych jest znacznie wyższa od mini firm. Zróżnicowanie to ma wpływ na wysokość średniej płacy brutto uzyskiwanej przez pracowników zatrudnionych w poszczególnych grupach przedsiębiorstw. Wysokość ich wynagradzania najczęściej stanowi podstawowe źródło utrzymania wielu tysięcy rodzin i warunkuje poziom ich życia. W warunkach istniejących w wielu małych i średniej wielkości miastach, a często również i niektórych wsiach gminy, praca w takich firmach stanowi jedyną możliwość zatrudnienia w danej miejscowości czy nawet mini rejonie. Najczęściej jego alternatywą jest emigracja zarobkowa do dużego miasta lub poza granice kraju.

Dla poprawy sytuacji ekonomicznej i wzrostu konkurencyjności tej grupy przedsiębiorstw koniecznym jest nie tylko działanie państwa na rzecz ograniczania wpływu pandemii na ich sytuację, ale równoczesne uruchamianie różnorakich instrumentów i działań wielu organizacji zapobiegających ich regresowi i umożliwiających rozwój. Dlatego też, istotne znaczenie ma nie tylko organizowanie różnych form pomocy w usprawnianie ich funkcjonowania, organizacji, logistyki realizacji poszczególnych procesów ale również wspieranie ich procesów innowacyjnych i współpracy z ośrodkami naukowymi. Inicjowane i realizowane działania powinny jednocześnie wspierać zwiększanie ilości takich przedsiębiorstw, szczególnie z wieloosobową kadrą efektywnych pracowników. Aktualnie pomoc w usprawnianiu działalności takich firm świadczą zarówno szkoły różnych szczebli , jak i wiele organizacji branżowych. Można jednak stwierdzić, że działania takie nie zawsze są efektywne. Szczególnie jeżeli ocenia się ich innowacyjności i adaptację osiągnięć naukowych dla potrzeb praktycznego działania. Jednocześnie niewystarczającą jest działalność uświadamiająca, szczególnie kadrze kierowniczej wielu mini i małych firm, potrzebę znajomości i umiejętności wykorzystywania nowoczesnych metod zarządzania prowadzoną działalnością.

O potrzebie podjęcia takich działań świadczy wiele opinii i wyników wielu badań. Jedną z nich jest opinia prof. Lesława Habera ( wg „Zarządzanie małą firmą – możliwości i bariery w warunkach polskiej gospodarki „ Zeszyt Naukowy Wyższej Szkoły Zarządzania i Bankowości” w Krakowie , numer 42,2016 str. 74). Zgodnie z którą, jedną z przyczyn niskiej dochodowości (a w konsekwencji również przychodowości) działania tych firm jest świadomościowy stereotyp wielu przedsiębiorców, że im mniejsza firma, tym mniejsze są wymagania dotyczące umiejętności i kompetencji w zakresie zarządzania. Istotną metodą usprawniania funkcjonowania takich firm powinno być szkolenie ich kadry kierowniczej, a w przedsiębiorstwach produkcyjnych unowocześnianie wykorzystywanych przez nie technik i technologii produkcji.

Dlatego też dla efektywnego zarządzania, również tej wielkości firmami, konieczna jest nie tylko znajomość, ale również umiejętność stosowania w praktyce podstawowych jego zasad jakimi są; planowanie, organizowanie, rozkazywanie, koordynowanie i kontrolowanie. Jednocześnie koniecznym jest przyjecie fundamentalnego stwierdzenia twórców nauki o zarządzaniu, że efektywne kierowanie nie jest tylko sprawą osobistego talentu lecz nabytych umiejętności w wyniku nauki i doświadczenia. Dlatego też, podnoszenie kwalifikacji kadry, w tym szczególnie mini i mały firm, ma również istotne znaczenie dla wspierania ich odbudowy i rozwoju.
Wspieranie takie powinno więc polegać zarówno na organizowaniu szkoleń z zakresu ogólnych problemów zarządzania, jak i specjalistycznych, związanych ze specyfiką określonej branży czy rodzajem działalności. Dlatego też, oprócz organizowania doradztwa w zakresie problemów zarządzania istotnym jest prezentowanie dorobku i osiągnięć określonych przedsiębiorstw , czy form i rodzajów działalności.

Przy rozważaniu metod wspierania działalności takich firm istotnym jest prezentowania nie tylko ich potrzeb ale również już prowadzonej w tym zakresie działalności różnych podmiotów i organizacji oraz osiągnięć. Dlatego też, w aktualnej sytuacji gospodarczej i epidemiologicznej kraju, szczególne znaczenie ma nie tylko pokazanie istniejących ograniczeń i zagrożeń, ale przede wszystkim możliwości ich przezwyciężania i rozwoju działalności. Ma to szczególne znaczenie dla mieszkańców małych i średnich miast, w których takie podmioty często są dominującymi czy jedynymi pracodawcami. Oczywistym jest, że również istotnym problemem jak pozyskanie pracy i godziwego zarobku jest problem mieszkania. Problem, który w obecnej sytuacji jest szczególnie istotnym.

Mieszkania a rozwój małych i średnich miast

Dla wszystkich ludzi. w grupie podstawowych ich potrzeb, oprócz potrzeby zabezpieczenia wyżywienia jest również konieczność zapewnienia mieszkania. W Polsce jest on jednym z najważniejszych problemów społecznych i gospodarczych. Pomimo realizowanych , na przestrzeni wielu ostatnich dziesięcioleci, różnorakich przedsięwzięć nie został on w istotnym stopniu rozwiązany.

Aktualnie, w Polsce średnio w jednym mieszkaniu mieszka 2,66 osoby. Stopień ich zagęszczenia jest na poziomie Rumunii i Węgier a znacznie większy niż w Niemczech, Czechach, Słowacji czy w Bułgarii. Po zakończeniu transformacji ustrojowej w Polsce, w 2015 roku zweryfikowano poprzedni szacunek potrzeb mieszkaniowych społeczeństwa i określono je na 4,0 do 5,0 mln mieszkań. Jednak według szacunku Lion,s Bank są one znacznie wyższe i wynoszą około 8,3 mln lokali. Dlatego też nadal istotnym problemem jest potrzeba dalszego rozwoju budownictwa mieszkaniowego.

Aktualnie istotnym problemem polityki mieszkaniowej jest nie tylko ilościowy rozwój tego budownictwa, ale również zwiększenie ilości mieszkań przeznaczonych na wynajem, a w tym szczególnie mieszkań małych, o niższych kosztach ich najmu. W Polsce nadal dominuje model rozwiązywania problemu mieszkaniowego w wyniku zakupu mieszkania. Jego odzwierciedleniem jest to, że ponad 80 proc. obywateli mieszka w własnych mieszkaniach a z corocznie oddawanych do użytku mieszkań tylko około 20 proc. przeznaczonych jest na wynajem. Sytuacja ta jest odmienna od istniejącej w państwach Europy Zachodniej. W tamtych państwach udział ten jest znacznie wyższy i tak np. w Niemczech wynosi aż 60 proc., we Francji 50 proc. i podobnie w Szwecji. Jednocześnie w państwach tych wprowadzona jest, najczęściej częściowa, ale jednak regulacja czynszów, co jest istotnym czynnikiem stabilizującym ten rynek.
Na podstawie analizy sprzedaży mieszkań oddawanych do użytku w Polsce, można stwierdzić, że szczególnym popytem wielu ludzi, szczególnie młodych i mało zarabiających , cieszą się mieszkania małe, o powierzchni 30 – 40 m kw. Znalazło to odzwierciedlenie w zwiększeniu ich udziału w strukturze mieszkań oddawanych do użytku. Dostępność takich lokali ma istotne znaczenie przy podejmowaniu decyzji o ich najmie. Przy jego wyborze, szczególnie brany jest pod uwagę charakter lokalnego lub najbliższego rynku pracy i atrakcyjność danej miejscowości a dopiero w następnej kolejności koszt wynajmu lokalu i standard jego wyposażenia. Dlatego też, wśród wynajmujących dotychczas preferowane są oferty z dużych aglomeracji i ośrodków gospodarczych lub ich najbliższego otoczenia. Przykładem takiej oceny mogą być ceny najmu lokali na terenie Warszawy i województwa mazowieckiego. W Warszawie, za wynajem mieszkania na Targówku, rozwijającej się dzielnicy Warszawy (do, której budowana jest nowa linia metra), wynajmując mieszkanie o powierzchni 29 m kw. trzeba miesięcznie płacić 1800 zł i najczęściej ponosić koszty mediów. Na Ursynowie, za wynajem mieszkania o powierzchni 33 m kw. trzeba zapłacić 2300 zł. Jednocześnie w Płocku wynajem mieszkania o powierzchni 31 m kw. kosztuje 1000 zł a za 39 m kw. trzeba zapłacić 1200 zł. Podobnie jest w Siedlcach, gdzie wynajem mieszkania o powierzchni 28 m kw. kosztuje 1100 zł, a o powierzchni 48 m kw. 1100 złotych. Analiza ta uzasadnia rozwój budownictwa mieszkaniowego poza dużymi ośrodkami miejskimi, szczególnie w mniejszych ośrodkach miejskich , a może nawet w wsiach gminnych, które są atrakcyjne z uwagi na rozwój działalności gospodarczej lub innych czynników ich rozwoju.

Przy tak zróżnicowanym rynku nieruchomości wielu osób pracujących i zarabiających miesięcznie poniżej 3 tys. złotych brutto i netto ( zależne od formy zatrudnienia) w granicach 2150 zł do 2500 zł, a medianie , czyli dominującej wysokości wynagrodzenia w tej grupie, około 1600 zł, nie stać nie tylko na zakup ale również wynajem mieszkania. Dlatego też,
koniecznym jest zwiększenie i przyspieszenie budowy mieszkań przeznaczonych nie tylko na sprzedaż , ale również na wynajem, w tym szczególnie przez prawie 3 mln najmniej zarabiających pracowników
(przy ponad 15 mln osób pracujących ogółem). Tym samym szczególne znaczenie ma tworzenie możliwości pozyskania samodzielnego zamieszkania przez ludzi młodych, jak i osoby ich poszukujących w związku z możliwością pozyskania pracy.

Wprowadzone w okresie epidemii, ograniczenia w kontaktowaniu się ludzi zwiększyły zainteresowanie zamieszkaniem poza największymi ośrodkami miejskimi, a z drugiej strony , postępująca recesja gospodarcza i drastyczny spadek oprocentowania lokat bankowych nasilił zainteresowanie inwestycjami w nieruchomości, w tym zakup mieszkań z przeznaczeniem ich na wynajem. Na podstawie obserwacji zmian zachodzących na rynku nieruchomości, szczególnie wśród potencjalnych ich nabywców, można stwierdzić zwiększone zainteresowanie zakupem lokali poza centrami największych ośrodków miejskich, w tym również domów i lokali z ogródkami. Stwierdzono również, na podstawie negatywnych ocen dotychczasowych efektów realizacji rządowych inicjatyw zwiększenia budownictwa domów z mieszkaniami na wynajem,, że liczący się ich przyrost można uzyskać tylko w wyniku inwestycji prywatnych. Pokazano również, że z pośród wielu różnych metod jego rozwoju, liczący jego wzrost można uzyskać w wyniku wykorzystania metody „condomieszkanie”.
Organizacje działające tą metodą mogą być zarówno inwestorami budowy domów z mieszkaniami na wynajem, jak i nabywcą gotowych obiektów oraz zarządzającymi nimi tj. zarówno ich wynajmowaniem, jak i administrowaniem nimi. Organizacje/firmy takie mogą powstawać w oparciu o środki finansowe istniejących już organizacji (np. firm developerskich) ale również ze sprzedaży jednostek uczestnictwa w niej mniejszych inwestorów. Metoda taka może być szczególnie interesującą dla drobnych inwestorów kapitałowych i konkurencyjną dla lokat bankowych. Aktualnie złożone w bankach niewielkie lokaty są najczęściej oprocentowane w wysokości od 0,1 do 0,5 proc. w skali roku. Natomiast środki ulokowane w działalność firm typu condomieszkanie (na podstawie przeprowadzonej symulacji wyników) powinny umożliwiać osiągnięcie zysk brutto w wysokości 4 – 5 proc. rocznie.

Rozwój budownictwa mieszkaniami na wynajem, przy wykorzystaniu jego różnych metod, może być istotnym czynnikiem rozwoju wielu mniejszych miejscowości. Jednak „kołem zamachowym” tego rozwoju jest
funkcjonowanie różnej wielkości firm usługowych, produkcyjnych i handlowych. Natomiast dla rozwoju rynku z mieszkaniami na wynajem istotnym jest , aby władzom samorządowym poszczególnych miejscowości udało się pozyskać liczących się uczestników jego tworzenia i rozwoju. Z uwagi na rolę takiego rynku w rozwoju poszczególnych miejscowości, a w tym również lokalnych rynków pracy, niezwykle istotne znaczenie ma aktywna działalność samorządów terytorialnych, szczególnie szczebla gminnego, czy miejskiego. Dla wdrożenia takiej metody rozwoju rynku z mieszaniami na wynajem istotnym jest , aby jej inicjatorom udało się pozyskać liczących się uczestników jej tworzenia i rozwoju. Z uwagi na jej charakter i oraz skalę potrzeb mieszkaniowych, podstawowe znaczenie ma udział w jej realizacji zarówno firm developerskich , samorządów gmin jak i drobnych inwestorów. Jednocześnie szczególne znaczenie dla jej powodzenia ma stworzenie zainteresowania nią i pozytywnej oceny ze strony ludzi młodych i mniej zamożnych. Dlatego też, szczególną rolę do spełnienia mają zarówno sami deweloperzy, jak i poszczególne samorządy terytorialne oraz niektóre organizacje pozarządowe.

Kto może wspierać aktywizację gospodarczą małych miast ?

Działanie dla ograniczenia negatywnych wpływu pandemii na sytuację gospodarczą w małych miastach polski muszą być realizowane wielotorowo. Z jednej strony, muszą to być działania rządu, wspierające funkcjonujące podmioty gospodarcze i stwarzające możliwości efektywnego ograniczania negatywnych skutków pandemii oraz samorządy terytorialne, a z drugiej strony, działania środowisk naukowych, uczelni, samorządów branżowych oraz różnorodnych podmiotów prywatnych i organizacji pozarządowych. Jak wynika z dostępnych informacji, w czasie pandemii i po jej wygaszeniu jednymi z najważniejszych problemów małych i średniej wielkości miast , jest i prawdopodobnie będzie przeciwdziałanie bezrobociu oraz budownictwo mieszkaniowe, a w tym szczególnie budowa mieszkań na wynajem. Pewien wpływ na rozwiązania w obu tych sferach może mieć działalność organizacji pozarządowych. Działania takie powinny dotyczyć szczególnie wspierania funkcjonowania i rozwoju mini i małych przedsiębiorstw oraz rozwoju budownictwa mieszkań na wynajem , z uwzględnieniem specyfiki mieszkań dla ludzi niezamożnych i młodych.

Dlatego powinny one być realizowane niejako na dwóch poziomach. Pierwszym, prezentującym wagę obu tych problemów dla tej grupy miast i możliwości różnorodnych działań dla ich rozwiązywania oraz drugim, wskazującym lub inspirującym utworzenie podmiotów doradzających firmom sposoby poprawy efektywności ich działania.

Czynnikiem inicjującym podjęcie problemu wpływu pandemii na funkcjonowanie małych miast może być zorganizowanie poświeconej jemu konferencji. Organizatorem takiej konferencji może być określony instytut lub organizacja pozarządowa, przy współudziale np. samorządu terytorialnego i Związku Gmin Polskich (lub pod patronatem określonego samorządu terytorialnego lub np. marszałka województwa) .Proponowana konferencja powinna być adresowana zarówno do przedsiębiorców, samorządów terytorialnych jak i innych podmiotów mogących wspierać ich działalność.

Ważnym jest również, aby jej organizatorzy mogli pozyskać do współpracy zarówno naukowców zajmujących się problemami zarządzania, jak i praktyków prowadzących działalność gospodarczą , szczególnie w mini i małej skali. Istotnym jest również nawiązanie współpracy z Polską Agencją Rozwoju Przedsiębiorczości i Rzecznikiem Małych i Średnich Przedsiębiorstw oraz innymi organizacjami zajmującymi się sprawami rozwoju gospodarczego i społecznego kraju.

Sukces związkowców z Avon Distribution

Sukcesem zakończyły się długie negocjacje między Komisja Zakładową Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza przy Avon Distribution w Garwolinie a kierownictwem zakładu.

Porozumienie w sprawie warunków pracy i wynagrodzenia podczas epidemii pokazuje, że zabezpieczenie miejsc pracy i uchronienie pracowników przed radykalnymi obniżkami płac jest możliwe, choć niełatwe.

Garwolińskim związkowcom udało się zmniejszyć wielkość proponowanej obniżki wymiaru pracy i wynagrodzeń z zaproponowanych początkowo przez pracodawcę 20 proc.– czyli maksymalnego wymiaru przewidywanego przez ustawę – do poziomu 5 proc. Ponadto pracownicy zakładów otrzymują wraz z porozumieniem czteromiesięczną gwarancję utrzymania zatrudnienia.

Koszty solidarnie rozłożone

Co niezwykle ważne, udało się zablokować bardzo niekorzystną propozycję pracodawcy by przedłużyć okres rozliczeniowy do końca roku kalendarzowego. Jest to rozwiązanie, które samo w sobie otwierałoby furtkę do nadużyć w rozliczaniu czasu pracy i wynagrodzeń pracowników, deregulujące warunki pracy i wprowadzające niepewność i niestabilność zatrudnienia.

Porozumienie przewiduje rozłożenie kosztu kryzysu na wszystkich pracowników solidarnie: obejmuje prócz pracowników operacyjnych także kadrę kierowniczą. Wprowadzono także korzystne zapisy dotyczące sposobu naliczania wynagrodzeń i dodatków: naliczenie premii czy naliczania ewentualnych odpraw na podstawie wynagrodzenia sprzed obniżki, a także zapis o zachowaniu przez pracowników pełnego wymiaru urlopu wypoczynkowego.

Pracowniku, nie poddawaj się

Udane negocjacje przeprowadzone przez działaczki i działaczy OZZ IP powinny być inspiracją dla pracowników i związkowców w całym kraju. Nikt inny oprócz zorganizowanych przedstawicieli świata pracy nie obroni ich interesu, a jak pokazuje praktyka – ze względu na niski poziom uzwiązkowienia w Polsce bardzo często przedsiębiorcy podpisują porozumienia w takiej postaci, w jakiej jest to dla nich wygodne, nie pytając pracowników o zdanie. Wyłaniają „reprezentację pracowniczą”, która zaakceptuje wszystko, o co się ją poprosi.

Dzięki staraniom związkowców z Avon Distribution, przy wsparciu Komisji Krajowej IP, powstało porozumienie, w którym tarcza broni nie tylko przedsiębiorstwo, ale i pracującą w nim dzień w dzień podczas trwającej epidemii załogę. I jest to rozwiązanie, które ani nie rujnuje zakładu pracy, ani nie wpędza pracowników w desperackie położenie.

Dodatek solidarnościowy tylko dla nielicznych

Związki zawodowe oczekiwały, że obiecane przez Andrzeja Dudę świadczenie solidarnościowe będzie uzupełniać zasiłek dla bezrobotnych. Rządowy projekt jest dla nich rozczarowaniem.

Świadczenie czy też dodatek solidarnościowy miały wynosić 1400 zł – obiecywał prezydent. I to akurat się zgadza. Dalsze szczegóły są dla obrońców praw pracowniczych raczej niemiłym rozczarowaniem.
Świadczenie przeznaczone jest dla osób, które straciły pracę po 31 marca i będzie mogło być wypłacane maksymalnie przez trzy miesiące. Kto złoży wniosek w czerwcu i spełni kryteria, dostanie pieniądze w tym miesiącu, a potem w lipcu i sierpniu. Chyba, że na mocy nowego rozporządzenia rada ministrów uzna, iż sytuacja na rynku pracy nadal jest bardzo trudna, a bezrobotni nie mają perspektyw na znalezienie zatrudnienia.
Tylko dla etatowców
Prezydencki projekt przeznaczony jest wyłącznie dla osób, które do końca marca były zatrudnione na etatach. Ponadto, aby otrzymać świadczenie w należy udowodnić, że w 2020 r. podlegało się ubezpieczeniom społecznym z tytułu stosunku pracy przez minimum 90 dni. Kto miał „śmieciówkę” i stracił zajęcie już na początku kryzysu nadal może liczyć tylko na wsparcie zapisane w pierwszej „tarczy antykryzysowej” – nieco ponad 2000 zł, o które zresztą wniosek powinien złożyć pracodawca. I często nie składa, by uniknąć zbędnych wyjaśnień, dlaczego zatrudniał w oparciu np. o umowy zlecenia, gdy spełnione były kodeksowe warunki etatu.
Z dodatkiem, bez zasiłku
Związki zawodowe dość wyraźnie sugerowały rządowi, że optymalna pomoc na czas kryzysu polegałaby na radykalnej podwyżce zasiłku dla bezrobotnych i równoczesnym wypłacaniu dodatkowego świadczenia. Gotowy projekt ustawy oparty na takich założeniach przygotował parlamentarny klub Lewicy. Tak jednak nie będzie. Projekt ustawy złożony przez prezydenta nie pozostawia żadnych wątpliwości.
– W przypadku nabycia prawa do dodatku solidarnościowego,prawo do zasiłku dla bezrobotnych lub stypendium, o których mowa w ustawie z dnia 20 kwietnia 2004 r. o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, z mocy prawa ulega zawieszeniu na okres od dnia nabycia prawa do dodatku solidarnościowego do dnia jego utraty – głoszą proponowane przepisy. Tylko status bezrobotnego będzie można uzyskiwać, niezależnie od składania dokumentów o dodatek.
Nie zapomniano nawet o tych, którzy zarejestrowali się jako bezrobotni na tyle wcześnie, by w czerwcu już otrzymać zasiłek, ale w tym miesiącu zawnioskują o dodatek solidarnościowy.
– W przypadku pobrania zasiłku dla bezrobotnych lub stypendium, o których mowa w ustawie z dnia 20 kwietnia 2004 r. o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy,w miesiącu złożenia wniosku o dodatek solidarnościowy, dodatek wypłacany jest za ten miesiąc w kwocie, o której mowa w ust. 1, pomniejszonej o wypłaconą kwotę tego zasiłku lub stypendium – czytamy.
Hojność władzy
Rząd łaskawie zgodził się jedynie, by okres pobierania dodatku solidarnościowego nie był wliczany do okresu pobierania zasiłku dla bezrobotnych, tym samym nie skracając okresu jego wypłacania. A także, by dodatek był nieopodatkowany.
W projekcie zapisano również planowane zmiany w zakresie wysokości zasiłku dla bezrobotnych. Ale i tu podwyżki nie zwalają z nóg. W pierwszych 90 dniach zasiłek miałby wynosić 1200 zł. Później – 942,30 zł. I wszystko to, jeśli dobrze pójdzie, dopiero od września.
Opracowany przez socjaldemokratów projekt ustawy o świadczeniu kryzysowym miał kosztować 3,6 mld zł miesięcznie, przewidywał świadczenie dla każdego zwolnionego z pracy oraz dla małego przedsiębiorcy, który zamknął działalność. Ustanawiał również zasiłek dla bezrobotnych na poziomie połowy ostatniego wynagrodzenia.

Żądamy tarczy społecznej

Związek Syndykalistów Polski i Federacja Anarchistyczna Wrocław zorganizowały w piątek 29 maja pierwszy od czasu ogłoszenia epidemii protest w Warszawie, pod hasłem obrony pracowników, bezrobotnych, lokatorów przed skutkami kryzysu. To oni, a nie przedsiębiorcy, stracili w ostatnich tygodniach najwięcej.

Pod budynkiem Sejmu zebrało się około 150-200 osób, w tym aktywiści socjalistyczni i anarchistyczni z Warszawy, Łodzi, Kielc, Krakowa. Połączył ich postulat wprowadzenia w życie Tarczy Społecznej, czyli prawdziwej polityki antykryzysowej. Jak podkreślali mówcy podczas demonstracji, dotychczasowe „tarcze antykryzysowe” nie przewidywały praktycznie żadnego wsparcia dla osób tracących zatrudnienie, symboliczną pomoc dla samozatrudnionych i pracowników na umowach śmieciowych. Otwierały też drogę do obniżania wynagrodzeń nawet w tych firmach, które posiadają rezerwy na trudne czasy

Prowadzący demonstrację Jakub Żaczek stwierdził, że potrzebny jest taki program antykryzysowy, który zagwarantuje, że pomoc ze środków publicznych trafi bezpośrednio do najbardziej potrzebujących, a nie posłuży do utrzymywania wysokich zysków. Przemawiający zaznaczali również, że prawdziwy „rynek pracownika” nigdy w Polsce nie zaistniał.

Owszem, przed kryzysem koniunktura w gospodarce była dobra, ale to nie świat pracy najwięcej na tym korzystał. Plagą pozostawały umowy cywilnoprawne stosowane zamiast etatów, coraz powszechniejsze było wymuszone samozatrudnienie, a Państwowa Inspekcja Pracy w obliczu łamania prawa pracy często okazywała się bezsilna. Drogą do poprawy tej sytuacji, mówiono, jest samoorganizacja pracowników w odważnych i demokratycznie zarządzanych związkach zawodowych.

Pozostałe postulaty, które powinny składać się na Tarczę Społeczną, to:
– wynagrodzenie postojowe w wysokości 100% dla wszystkich. Świadczenia awaryjnego dla wszystkich, o których rząd zapomniał (bezrobotni, poszukujący pracy).

– płatne zwolnienia chorobowe dla wszystkich chorych, niezależnie od warunków zatrudnienia. Darmowa opieka zdrowotnej i leków.

Udostępnienie środków bezpieczeństwa potrzebującym. Zwiększenie wydatków na służbę zdrowia. Podwyżki dla pracowników służby zdrowia i poprawa ich warunków pracy.

– Solidarność społeczna z pracownikami kluczowych sektorów! Zwiększenie zatrudnienia zamiast zmuszania pracowników do pracy w nadgodzinach.

– Wycofanie nowych mechanizmów prawnych, które ułatwiają firmom pogarszanie warunków pracy bez zgody pracowników. Wprowadzenie skutecznych mechanizmów zaskarżania zmian warunków pracy.

– Podwyżki i poprawa warunków pracy dla wszystkich nisko opłacanych pracowników. Godna płaca dla wszystkich!

– Specjalne wsparcie dla osób bezdomnych i osób żyjących w trudnych warunkach sanitarnych i mieszkaniowych (w tym w zagęszczeniu). Solidarność społeczna z ludźmi o wysokim ryzyku zachorowania. Wsparcie dla ofiar przemocy w rodzinie. Wakacje czynszowych i większe wsparcie dla lokatorów.

– Dostęp do świadczeń dla osób na umowach śmieciowych bez pośrednictwa zleceniodawców. Nowe uprawnienia dla Państwowej Inspekcji Pracy, pomoc prawna i ułatwienia dla pracowników zatrudnionych na umowach śmieciowych w zakresie ustalania istnienia stosunku pracy.

– Natychmiastowe zdjęcie zakazu zgromadzeń publicznych i protestów, gdy przestrzegane są normy sanitarne.

Do protestujących dołączyli przed Sejmem posłanka Agnieszka Dziemianowicz-Bąk oraz poseł Maciej Konieczny.

Demokratyzujmy. Uspołeczniajmy. Uzdrawiajmy

W artykule opublikowanym 16 maja w 26 gazetach w 23 krajach ponad 3000 naukowców z uniwersytetów na całym świecie wzywa do wyciągnięcia lekcji z kryzysu COVID-19 i przemodelowania naszych systemów gospodarczych tak, aby utworzyć bardziej demokratyczne i zrównoważone społeczeństwo.

Powstały w trakcie bezprecedensowego kryzysu zdrowotnego, klimatycznego i politycznego dokument pokazuje drogę wyjścia z kryzysu COVID-19 i kieruje się trzema podstawowymi zasadami: demokratyzacji (firm), dekomodyfikacji (pracy) i naprawy (polityki), aby szanować ograniczenia planety, a życie mogło się na niej rozwijać w zrównoważony sposób.

Manifest opracowało troje profesorów i profesorek: Isabelle Ferreras (FNRS-UCLouvain-Harvard LWP), Julie Battilana (Harvard University) i Dominique Méda (Paris Dauphine-PSL).

Pod listem podpisali się m.in. Thomas Piketty, Eva Illouz, Dani Rodrik, Chantal Mouffe, Jan-Werner Muller. Pełna lista sygnatariuszy dostępna jest na https://democratizingwork.org. Tekst podajemy za: Krytyka Polityczna https://krytykapolityczna.pl/gospodarka/naukowcy-praca-po-covid19-list/
Tekst został podpisany przez tysiące naukowców z całego świata i opublikowany przez media w 23 krajach na 5 kontynentach.

Ludzie pracujący to znacznie więcej niż tylko „zasób” – oto najważniejsza lekcja, którą wynosimy z obecnego kryzysu. Opiekujący się chorymi, dostarczający żywność, leki i inne niezbędne dobra, usuwający odpady, uzupełniający półki i obsługujący kasy sklepów spożywczych – to ludzie, dzięki którym jesteśmy w stanie żyć w trakcie pandemii COVID-19. Są żywym dowodem na to, że praca nie może być traktowana jako zwykły towar.

Ludzkie zdrowie i opieka nad najsłabszymi nie mogą być zarządzane jedynie przez siły rynkowe. Jeśli pozostawimy je wyłącznie rynkowi, ryzykujemy wzrost nierówności do tego stopnia, że życie stracą najmniej uprzywilejowani. Jak uniknąć tej niedopuszczalnej sytuacji?

Demokratyzując przedsiębiorstwa – poprzez włączenie pracowników i pracownic w podejmowanie decyzji dotyczących życia oraz przyszłości w ich miejscach pracy. Uspołeczniając i dekomodyfikując pracę – zbiorowo gwarantując użyteczne zatrudnienie dla wszystkich. W czasach, gdy stoimy w obliczu gigantycznego ryzyka pandemii oraz kryzysu klimatycznego, dokonanie tych strategicznych zmian zagwarantuje wszystkim obywatelom i obywatelkom godność, jednocześnie mobilizując zbiorowy wysiłek potrzebny, by wspólnie zachować życie na naszej planecie.

Dlaczego demokratyzujmy?

Każdego ranka mężczyźni i kobiety wstają, aby dostarczyć usługi tym z nas, którzy mogą sobie pozwolić na pozostawanie w kwarantannie. Część z nich czuwa przez całą noc. Godność ich pracy nie wymaga innegoopisu niż elokwentnie prosty termin „pracownik niezbędny” (essential worker). Termin ten unaocznia kluczowy fakt, iż kapitalizm zawsze starał się uczynić ich niewidzialnymi, określając mianem „zasoby ludzkie”.

Ludzie nie są tylko jednym spośród wielu zasobów. Bez nich jako osób inwestujących swoją pracę nie byłoby produkcji, usług, ani nie byłoby żadnych przedsiębiorstw.

Każdego ranka mężczyźni i kobiety pozostający w kwarantannie wstają w swoich mieszkaniach, aby zdalnie wypełniać misje organizacji, w których
pracują. Część z nich pracuje nocami. Swoją pracą dowodzą, że nie mieli
racji ci, którzy uważali, że pracownikom i pracownicom wykonującym
swoją pracę bez nadzoru nie można ufać oraz że są ludźmi
wymagającymi kontroli i dyscypliny zewnętrznej. Dniami i nocami
wykazują oni, że pracownicy oraz pracownice nie są tylko jednymi z
interesariuszy organizacji: są oni kluczowi dla sukcesu swoich
pracodawców i pracodawczyń. Mimo że stanowią rdzeń i bazę
W obronie lewicowego populizmu przedsiębiorstwa, są jednak zazwyczaj wykluczeni z udziału w zarządzaniu swoimi miejscami pracy – prawo to zmonopolizowane jest przez osoby inwestujące swój kapitał.

Na pytanie, w jaki sposób przedsiębiorstwa oraz społeczeństwo jako całość podczas kryzysu mogą wyrazić uznanie dla wkładu swoich pracowników i pracownic, odpowiedzią jest demokracja.

Z pewnością musimy powstrzymać rosnącą przepaść nierówności dochodowych oraz podnieść ich dolną granicę – jednak to nie wystarczy.
Po obydwu wojnach światowych niezaprzeczalny wkład kobiet w społeczeństwo pozwolił im uzyskać prawa wyborcze. Z tych samych powodów nadszedł czas, aby przyznać podobne prawa pracownikom i pracownicom.

Reprezentacja inwestujących swoją pracę istnieje w Europie od zakończenia II wojny światowej, za pośrednictwem instytucji zwanych radami pracowników. Jednak te organy przedstawicielskie mają niewielki udział w zarządzaniu przedsiębiorstwami i są podporządkowane decyzjom menadżerów i menadżerek zatrudnionych przez akcjonariuszy i akcjonariuszki.

Nie były one w stanie zatrzymać ani nawet spowolnić nieubłaganego przyspieszenia akumulacji kapitału, która służyła jedynie egoistycznym interesom oraz przyczyniała się coraz mocniej do niszczenia środowiska przyrodniczego.

Organom tym należy obecnie przyznać podobne uprawnienia do tych
posiadanych przez rady nadzorcze. Może to być np. osiągnięte przez
zobowiązanie zarządów przedsiębiorstw do uzyskania zgody podwójnej
większości, zarówno w organach reprezentujących pracowników i
pracownice, jak i w tych reprezentujących akcjonariuszy i akcjonariuszki.
W Niemczech, Holandii i Skandynawii różne formy współdecydowania
(Mitbestimmung), wprowadzane stopniowo po II wojnie światowej, były
kluczowym krokiem przyznającym pracownikom i pracownicom prawo
głosu – ale nadal nie są wystarczające, aby stworzyć w przedsiębiorstwach ich rzeczywiste obywatelstwo.

Nawet w Stanach Zjednoczonych, gdzie prawa pracownicze i prawa związkowe zostały znacznie ograniczone, rośnie obecnie poparcie dla przyznania inwestującym swoją pracę prawa do wyboru przedstawicieli i przedstawicielek dysponujących większością w radach nadzorczych. Kwestie takie jak wybór osoby stojącej na czele zarządu, ustalenie głównych strategii przedsiębiorstwa i podział zysków są zbyt ważne, aby pozostawić je jedynie udziałowcom i udziałowczyniom.

Osobista inwestycja swojej pracy, czyli swojego umysłu i ciała, swojego zdrowia – całego swojego życia – powinna pociągać za sobą zbiorowe prawo do zatwierdzania lub wetowania wymienionych wyżej spraw.

Dlaczego uspołeczniajmy?

Obecny kryzys pokazuje również, że pracy nie można traktować jako
towaru, a mechanizmy rynkowe nie mogą być wyłącznie odpowiedzialne
za decyzje o olbrzymim wpływie na nasze społeczności. Od lat
zatrudnienie i zaopatrzenie w produkty medyczne w sektorze opieki
zdrowotnej podporządkowane jest zasadzie zysku; pandemia ujawniła, w
jakim stopniu ta zasada nas oślepiła.

Określone strategiczne i zbiorowe potrzeby należy po prostu uodpornić
na dominującą regułę zysku. Rosnąca na całym świecie liczba zmarłych w
okrutny sposób przypomina nam, że pewne rzeczy nigdy nie mogą być
traktowane jako towar. Ci, którzy nadal twierdzą inaczej, za sprawą swojej
ideologii narażają nas na niebezpieczeństwo. Nie możemy tolerować
zysku jako miary naszego zdrowia oraz życia na naszej planecie.
Uspołecznienie pracy, lub inaczej jej dekomodyfikacja, oznacza ochronę
pewnych sektorów przed prawami tzw. wolnego rynku. To również
zapewnienie wszystkim ludziom dostępu do pracy i godności, jaką ona
przynosi.

Jednym ze sposobów jest stworzenie gwarancji zatrudnienia.

Artykuł 23. Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka mówi nam, że każdy
ma prawo do pracy. Gwarancja zatrudnienia nie tylko zapewniłaby
każdemu obywatelowi i każdej obywatelce dostęp do pracy pozwalającej
godnie żyć, ale także stanowiłaby istotny impuls dla naszej zbiorowej
zdolności do zmierzenia się z wieloma palącymi wyzwaniami społecznymi
oraz środowiskowymi, przed którymi obecnie stoimy. Gwarancja
zatrudnienia pozwoliłaby rządom, działającym za pośrednictwem społeczności lokalnych, zapewnić godną pracę, jednocześnie przyczyniając się do ogromnego wysiłku w walce z kryzysie klimatycznym.

Na całym świecie, gdy bezrobocie gwałtownie rośnie, programy gwarancji
zatrudnienia mogą odegrać kluczową rolę w zapewnieniu stabilności
społecznej, gospodarczej i środowiskowej naszych demokratycznych
społeczeństw. Unia Europejska musi uwzględnić taki projekt w ramach
Zielonego Ładu. Rewizja misji Europejskiego Banku Centralnego, aby mógł finansować takiego rodzaju program, który jest konieczny dla naszego przetrwania, dałaby EBC prawomocne miejsce w życiu wszystkich obywateli i obywatelek Unii Europejskiej. Takie antycykliczne rozwiązanie wobec nadchodzącej eksplozji bezrobocia będzie kluczowe dla przyszłego dobrobytu UE.

Uzdrowienie polityki i środowiska

Nie możemy reagować dziś z taką samą niewinnością jak w 2008 roku,
kiedy odpowiedzieliśmy na kryzys gospodarczy bezwarunkową pomocą
dla wielkich instytucji finansowych, która zwiększyła dług publiczny, nie
oczekując niczego w zamian.

Jeśli nasze rządy w czasie obecnego kryzysu zdecydują się interweniować w celu ratowania przedsiębiorstw, to muszą one również zdecydować się na spełnienie podstawowych warunków demokratyzacji.

W imieniu demokratycznych społeczeństw, którym służą i które je powołały, w imię odpowiedzialności za zapewnienie naszej planecie
przetrwania, nasze rządy muszą uzależnić swoją pomoc dla przedsiębiorstw od konkretnych zmian w ich zachowaniu.

Poza wymogiem przestrzegania rygorystycznych norm środowiskowych
przedsiębiorstwa muszą zostać zobowiązane do spełnienia pewnych
warunków demokratycznego zarządzania. Udane przejście od niszczenia środowiska do jego uzdrowienia i regeneracji będzie możliwe za sprawą demokratycznie zarządzanych przedsiębiorstw, w których strategiczne decyzje podejmowane będą za sprawą równoważnych głosów inwestujących swoją pracę oraz inwestujących swój kapitał. Mieliśmy wystarczająco dużo czasu, aby zobaczyć, co się stanie, gdy praca, planeta i zyski kapitałowe zostaną umieszczone na jednej szali w panującym teraz systemie: praca i planeta zawsze na tym przegrywają.

Dzięki badaniom prowadzonym na Wydziale Inżynierii Uniwersytetu  Cambridge wiemy, że możliwe do osiągnięcia zmiany w projektowaniu
[systemów pasywnych służących do generowania energii] mogą zmniejszyć globalne zużycie energii o 73 procent. Ale zmiany te są pracochłonne i wymagają podjęcia decyzji, które często są w krótkim okresie kosztowniejsze niż ich zaniechanie. Tak długo, jak przedsiębiorstwa kierują się zasadą maksymalizacji zysków inwestujących swój kapitał, a świat jest pełen taniej energii, po co wprowadzać te zmiany?

Mimo wyzwań związanych z transformacją środowiskową, niektóre
zorientowane prospołecznie i zarządzane spółdzielczo przedsiębiorstwa,
realizując hybrydowe cele łączące względy finansowe, społeczne i
środowiskowe oraz rozwijając demokratyczne mechanizmy zarządzania,
już teraz pokazały, że potencjał osiągnięcia pozytywnych efektów jest wysoki.

Nie możemy już dłużej oszukiwać samych siebie: większość inwestujących swój kapitał, gdy pozostawimy ich samym sobie, nie będzie dbać o godność inwestujących swoją pracę. Nie będą prowadzić  również działań przeciw katastrofie klimatycznej.

Dlatego potrzebny jest inny sposób. Zdemokratyzujmy przedsiębiorstwa,
zdekomodyfikujmy pracę i przestańmy traktować ludzi jak zasób. Wspólnie skoncentrujmy się na zachowaniu życia na naszej planecie.
**
Tłum. z j. angielskiego Mikołaj Pawlak, Adam Mrozowicki, Olga Nowaczyk

Syndrom sztokholmski czy syndrom PiS?

W sierpniu 1973 roku w Sztokholmie dwóch bandytów napadło na bank Kreditbanken. Trzy kobiety oraz mężczyzna zostali zakładnikami, których napastnicy przetrzymywali przez sześć dni.

Gdy zostali wreszcie oswobodzeni przez policję, okazało się, że zakładnicy wcale nie chcieli wydostać się z niewoli, a podczas składania zeznań bronili swoich oprawców. Po pewnym czasie jedna z przetrzymywanych kobiet zaręczyła się z jednym napastników, a inny więziony mężczyzna chciał założyć fundację zbierającą pieniądze na wynagrodzenie dla adwokatów, którzy mieli bronić bandytów. Tak zrodził się syndrom sztokholmski, którego analizą zajął się szwedzki kryminolog i psycholog Nils Bejerot.
Inny bardzo znany przypadek to historia 10 letniej Austriaczki Nataschy Kampusch, którą w 1998 r. porwał Wolfgang Přiklopil. Więził on ją w swoim domu w Wiedniu przez osiem lat, podczas których gwałcił ją, bił i poniżał. Pomimo jego sadystycznych zachowań dziewczynka próbowała nawiązać z nim bliskie i ciepłe relacje. Był w końcu dla niej jedyną osobą, z którą miała kontakt. Gdy wreszcie od niego uciekła, a on popełnił samobójstwo, powiedziała, że ten człowiek był częścią jej życia i dlatego go opłakuje.
Sytuacja w Polsce sprawia wrażenie, jakby społeczeństwo zbiorowo doświadczało syndromu sztokholmskiego. Oprawcą są rządzący, którzy uciskają ofiarę, czyli społeczeństwo, które mimo to wciąż popiera te działania. Czy naprawdę dajemy się nabrać na pozytywne uczucia sprawcy wobec nas? Czy uważamy, że działania podejmowane przez PiS są dla nas pomocne i akceptowalne? Czy jesteśmy niezdolni do tego, aby uwolnić się od sprawcy i jego negatywnych zachowań wobec nas?

Rządzący nagminnie łamią konstytucję. Przyjmują ustawy z nią niezgodne, powodując olbrzymie zamieszanie i niepewność prawną. Zwłaszcza teraz w dobie pandemii koronawirusa uchwalone przez większość pisowską w Sejmie zakazy w sposób rażący godzą w konstytucyjne prawa i wolności obywatelskie. Bez właściwej podstawy prawnej zabroniono Polakom poruszania, spotykania się, zgromadzeń, prowadzenia działalności gospodarczej, odwiedzania cmentarzy. Organy państwa, zwłaszcza policja, ochoczo korzystają z nadanych im uprawnień, kierując do sądów wnioski o ukaranie przeciwko Polakom, którzy w swoich działaniach odwołują się do swoich konstytucyjnych praw i wolności. Władza podejmuje działania bez żadnego trybu, stawiając się ponad prawem. To wszystko uderza w Polki i Polaków.

Pomimo tego, sondaże nadal pokazują, że suweren udziela poparcia partii rządzącej. Także prezydent Duda wciąż cieszy się przewagą nad innymi kandydatami w wyścigu o fotel głowy państwa. Po części to zapewne efekt 500+, 300+, trzynastej emerytury. Jak dotąd kryzys związany z koronawirusem i nie do końca skuteczne tarcze antykryzysowe przyjmowane niemal taśmowo przez rząd Mateusza Morawieckiego niewiele zmieniły w sondażach popularności. Kolejne ujawniane afery z udziałem najwyższych urzędników państwowych, nielegalnie wydane miliony na karty do głosowania, które się nie odbyły, zakup maseczek nie spełniających wymogów, czy niejasne interesy rodziny ministra Szumowskiego, wydają się zbytnio nie wpływać na ocenę władzy przez społeczeństwo. Pytanie, jak długo, bo kolejne sondaże zaczynają już pokazywać drobny trend spadkowy.

Niczym ofiary syndromu sztokholmskiego musimy uwierzyć, że nie jesteśmy zależni od PiS. Mamy możliwość ucieczki od sprawcy poprzez zmianę władzy, którą możemy rozpocząć już przy najbliższych wyborach prezydenckich. Nie dajmy się nabierać na pozornie korzystne działania ze strony władzy, kolejne plusy, tarcze i maseczki, które mają wywołać pozytywne myślenie o oprawcy. Zobaczmy prawdziwą twarz oprawcy, który zabiera nam wolność, stosuje przemoc fizyczną i psychiczną jak w ostatnią sobotę, kiedy przedsiębiorcy domagali się pokojowo realnych rozwiązań ze strony rządu. Zobaczmy jego wykrzywioną twarz, kiedy do końca niszczy Trójkę, kiedyś kultowe radio, bo władzy nie spodobała się piosenka, która wygrała listę przebojów.

Kiedy to wszystko w końcu zobaczymy, pozostaje tylko zagłosować. Bo najlepszym lekarstwem na pokonanie syndromu Prawa i Sprawiedliwości jesteśmy my i nasze karty do głosowania.

Przyszłość polskiej gospodarki

Świat ekonomii od wielu lat stoi przed trudnym wyzwaniem wyjaśnienia przyczyn cykli koniunkturalnych. Z obserwacji i analiz wiemy, że liberalne gospodarki rynkowe nie rozwijają się równomiernie. Niekiedy obserwuje się okresowe przyspieszenia i spowolnienia gospodarki, zmieniającej się stopy bezrobocia oraz wahania poziomu produkcji.

Dzisiaj cały świat żyje tematem COVID-19, który dla gospodarek wszystkich państw okazał się ,,Czarnym łabędziem’’ odpowiedzialnym za kryzys, jakiego świat nie widział od blisko stu lat.

Sam wirus był jedynie pośrednią przyczyną kryzysu, realnym czynnikiem było pęknięcie bańki spekulacyjnej i spadek popytu agregatowego.
Polski Instytut Ekonomiczny na początku kryzysu, jeszcze w marcu spekulował trzy możliwe do spełnienia wizje polskiej gospodarki: optymistyczna, negatywna i neutralna. Wariant optymistyczny, który przewidywał koniec recesji w maju, jak widzimy, nie spełnił się. Nie możemy całkowicie winić analityków z PIE, obecny rząd wykazuje brak wyciągania logicznych wniosków z podstaw makroekonomii. Tarcze antykryzysowe, które w teorii miały pomóc zarówno pracownikom, jak i pracodawcom, pomogły jedynie biznesowi, a wzrost zwolnień stale rośnie (ostatnia wartość: 5,7 proc. ). Dla ustabilizowania gospodarki w czasie kryzysu najważniejsze jest pobudzanie efektywności gospodarczej przez zwiększanie popytu wewnętrznego. Dla takiej polityki ekonomicznej ważne jest, by zmniejszać bezrobocie, obniżać stopy procentowe i zwiększyć wydatki państwa. Dzisiaj doskonale wiemy, że Bank Centralny poszedł po rozum do głowy i obniżył stopy procentowe do poziomu 0,5 proc., ale dalej pozostaje kwestia wydatków państwa. Sprawa jest oczywista – poszerzanie polityki fiskalnej. Celem poszerzania polityki fiskalnej powinno być wypuszczanie nowych pieniędzy w rynek, które pozwoliłyby na sfinansowanie zakupów rządowych.

To nie tak, że nas nie stać

Do niedawna rządy żyły przeświadczeniem, że pieniądze są ograniczonym zasobem i państwo ma ich tyle, ile ma. Kryzys obnażył takie obłudne myślenie, a państwa rozwiniętych gospodarek do walki z kryzysem poszerzają ofertę polityki fiskalnej (przykład Hiszpanii, która zapowiedziała projekt Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego) i zwiększenia wydatków publicznych. Obecnie samo sterowanie pieniądzem fiducjarnym, czyli takim, który z natury rzeczy jest oparty o ,,zaufanie’’ potwierdza fakt, że rząd i państwo, mając kontrolę nad sprawami gospodarczymi, nie powinno mieć żadnych problemów z wydatkami budżetowymi na, chociażby publiczną służbę zdrowia. Rząd nie ma empirycznej podstawy do twierdzenia, że ,,nas nie stać’’.

Kolejny scenariusz ekspertów z PIE, który został opracowany przy wykorzystaniu przewidywań spadku popytu wewnętrznego i zewnętrznego, zakłada przywrócenie gospodarki do stabilnego poziomu w lipcu 2020 i spadek od 4 do ok. 7 punktów procentowych PKB. Przy zachowaniu obecnego modelu polityki ekonomicznej, możemy spodziewać się spadku płac o ok. 1 proc. w stosunku do poprzedniego roku. Niestety smutny wniosek, jaki można wyciągnąć z analiz obecnej sytuacji ekonomicznej, jest fakt, że każda możliwa opcja zakłada dalszą recesję w najbliższym czasie.

Groźne bezrobocie

Odnosząc się do rosnącej stopy bezrobocia, należy podkreślić, dlaczego bezrobocie jest dla obecnej sytuacji gospodarczej niebezpieczne. Angielska ekonomistka Joan Robinson mawiała, że od ciężkiej pracy za marne grosze, gorsze jest tylko bezrobocie. Niestety prawdopodobieństwo utraty pracy, którą często pracodawcy usprawiedliwiają cięciem kosztów i samą możliwością znalezienia pracy, są dla dzisiejszego kapitalizmu oczywiste i powszechne. Ludzie, tracąc pracę, tracą możliwości dochodu – co w skali makro ma znaczący wpływ na spadek popytu agregatowego.

Zjawisko bezrobocia jest dla ekonomii jasnym przekazem braku optymalności jej działania, ale także braku wykorzystywania w pełni swoich zasób produkcyjnych. Zwolennicy teorii MMT, ale także Keynesowska ekonomia proponuje politykę pełnego zatrudnienia. Oznacza to, że rząd stawia sobie za cel zlikwidowanie bezrobocia i do tego celu ma dążyć. W jaki sposób rząd mógłby to zrobić? W bardzo prosty:
uchwalić program gwarantowanego zatrudnienia i na mocy tej umowy zagwarantować bezpieczeństwo posiadania swojego miejsca w życiu gospodarczym każdemu obywatelowi. W taki sposób można poprawić sytuację w sektorze budowniczym, infrastrukturze, ale nawet w opiekuńczo-wychowawczym zgodnie z zasadą ,,żadna praca nie hańbi’’. Taki program zatrudnienia powinien obejmować pakiet świadczeń socjalnych i praw pracowniczych, likwidując problem,,umów śmieciowych’’. Jeżeli chodzi o płacę dla osoby na takiej umowie, musi ona wiązać się z płacą minimalną w takimstopniu, by cykliczność sytuacji gospodarczej określała poziom efektywnej płacy minimalnej.

Należy postawić sobie jasną deklarację, w okresie pandemii wszyscy ruszyli po pomoc do państwa. Prywatna służba zdrowia w starciu z publiczną przegrała i zawiesiła swoją działalność. Ludzie w czasie koniunktury często narzekali na publiczną służbę zdrowia, liberałowie wnosili postulaty o prywatyzacji służby zdrowia. Dzisiaj wiemy, że popyt na usługi państwowe znacząco przewyższył popyt na prywatną służbę zdrowia, wniosek jest prosty – jak trwoga, to do państwa. Często wysuwana krytyka wobec PRL-u o zadłużaniu kraju okazała się nietrafiona, gdyż w porównaniu do liberalnych rządów, którym zależy na stabilnym budżecie, a nie myśli o potrzebach ludzi, PRL coś robił. Budował mieszkania, w których wiele ludzi do dzisiaj mieszka i zapewniał byt wszystkim obywatelom. PRL i ówczesna władza w przeciwieństwie do dzisiejszych liberałów nie biadoliła, tylko robiła.

Dno wklęsłe

Za zamierzchłych czasów na jednym z seminariów magisterskich miałem studentkę, która była niezwykle krytycznie nastawiona do wycinkowych tekstów prezentowanych przez kolegów. Chętnie używała określenia, że to „dno intelektualne”. Wreszcie przy omawianiu jakiegoś rzeczywiście nędznego tekstu powiedziała: „No dzisiaj to już mamy „dno wklęsłe”. Podobało nam się to określenie, jako synonim czegoś, co jest tak złe, tak nieudolne, że lokuje się nawet poniżej dna.

Zgadnij – Szanowny Czytelniku, – dlaczego mi się to przypomniało. Dlatego, że spotkaliśmy się niedawno z dnem organizacyjno – intelektualnym przy organizowaniu wyborów prezydenckich. To jasne, że starym zwyczajem rządząca ekipa i jej rząd szukali potem winnych. I nie miałem wątpliwości, że winna będzie epidemia koronawirusa i opozycja, a zwłaszcza stosujący „obstrukcję” senat. My – oczywiście – chcieliśmy dobrze, Chcieliśmy, aby wybory odbyły się jak najszybciej, w terminie korzystnym dla naszego najlepszego prezydenta, który mógłby spokojnie rozpocząć drugą kadencję. Żeby oszukać wirusa chcieliśmy zrobić wybory korespondencyjne angażując w to naszych niezawodnych pocztowców. Zostawiono nam jednak za mało czasu i dlatego wybory się nie odbyły w ustalonym terminie.

Chaotyczna zabawa wokół tych wyborów była kroplą, która przepełniła mój kielich goryczy związany z rządami partii o dumnej nazwie Prawo i Sprawiedliwość. Mea culpa – przyznaję ze skruchą, że początkowo lekceważyłem ostrzeżenia dotyczące możliwych następstw przejęcia władzy przez tzw. zjednoczoną prawicę. Mówiłem przyjaciołom, że dawno nie rządzili, będą się starali i nadrabiali pracowitością braki kompetencji. Jeśli uda im się zrealizować obietnice rozdawania pieniędzy, to utrzymają poparcie najliczniejszych i ubogich rodzin – a to będzie oznaczało względnie spokojne rządzenie nawet przez dwie kadencje.

Kręte ścieżki

W miarę upływu czasu zmieniałem zdanie. Rząd PISu wprawdzie utrzymywał względnie poprawną równowagę finansową państwa, głównie dzięki dobrej koniunkturze gospodarki światowej i Unii Europejskiej oraz poprawie dyscypliny podatkowej. Jednocześnie jednak popełniał coraz więcej błędów w polityce społecznej i w realizowaniu własnej, nie do końca zrozumiałej koncepcji „naprawy państwa”. Nie wiodło mu się także w polityce zagranicznej. Oparł ją niemal wyłącznie na podporządkowaniu interesom Stanów Zjednoczonych, psując relacje z większością państw Unii Europejskiej i doprowadzając do kompletnej ruiny stosunki z Rosją.
Przeciętny obywatel – wyborca był zaskakiwany posunięciami i oficjalnymi poglądami, których nie rozumiał, albo uważał je za błędne lub szkodliwe. Partia rządząca zrażała sobie znaczną część elektoratu, dążąc krętymi ścieżkami do zmiany oceny licznych faktów historycznych w XX i XXI wieku, zniszczenia wielu autorytetów i promocji nowych, reprezentujących poglądy zgodne z jej oceną historyczną i aktualnymi upodobaniami przywódców.

Każdy obywatel może mieć nieco inne spojrzenie na powstałą w wyniku tych rządów rzeczywistość. Co innego może pochwalać i co innego go denerwuje. Zagorzałym członkom i zwolennikom PISu wszystko się podoba tym bardziej, że często czerpią wiedzę wyłącznie z telewizji publicznej, bijącej rekordy selekcji informacji, fryzowania faktów i oskarżania przeciwników. Po przeciwnej stronie barykady, wśród tych zaliczonych do „drugiej kategorii, panuje natomiast często atmosfera totalnej negacji.

Dziesięć grzechów głównych

Starając się o zachowanie obiektywizmu uznaję, że w sferze gospodarczej rządy PISu działały względnie poprawnie, wykorzystując warunki światowej i europejskiej koniunktury. Nie podoba mi się natomiast niemal wszystko, co PIS dotychczas robił poza sferą ekonomiczną. Upraszczając i syntetyzując ująłem to w dziesięciu „grzechach głównych”:
Świadome dążenie do podziału społeczeństwa na „naszych” i „ich” – tych drugiej kategorii, mniej inteligentnych, mniej pobożnych i mniej patriotycznych.

Traktowanie tych obywateli, którzy studiowali i pracowali w czasie odbudowy kraju po wojnie, – jako współpracujących z wrogiem „postkomunistów”. Na tym tle – kwestionowanie całego dorobku PRLu.
Gloryfikowanie najbardziej prawicowych grup oporu w czasie okupacji i lekceważenie innych – zwłaszcza lewicowych. W związku z tym – podkreślanie udziału polskich oddziałów zbrojnych wyłącznie na froncie zachodnim i pomijanie działań i ofiar żołnierzy I i II Armii WP na froncie wschodnim, a zwłaszcza ich udziału w bitwie o Berlin. Tworzenie atmosfery uwielbienia wszystkich, powojennych, antykomunistycznych „żołnierzy wyklętych” bez względu na to, co w rzeczywistości robili i jaka była ich motywacja.

Masowe zmiany personalne w kierownictwach spółek skarbu państwa a także instytucji kultury (muzea, teatry, TV, radio) na członków lub zwolenników PISu, w znacznej części niemających odpowiednich kwalifikacji.

Stopniowe wprowadzanie w ugrupowaniu partyjno – rządowym wewnętrznej autokracji, której objawem jest powtarzanie wyłącznie decyzji lub opinii przywódcy i zanik prezentowania własnych poglądów, niechętnie widzianych przez „górę”. Ubocznym, ale bardzo szkodliwym następstwem, jest atmosfera strachu przed „podpadnięciem”, utratą poparcia, stanowiska, dochodów i przywilejów.

Niespotykane w europejskiej i amerykańskiej kulturze niszczenie autorytetu środowiska prawniczego – zwłaszcza sędziów – pod hasłem „uzdrawiania” wymiaru sprawiedliwości. Doprowadzenie do kompletnego chaosu w tej dziedzinie, którego apogeum widoczne było przy wyborach prezydenta.

Polityczne podporządkowanie Trybunału Konstytucyjnego i kontynuowane próby podporządkowania Sądu Najwyższego, a także sądów rejonowych i okręgowych.

Nieustanne próby lekceważenia Unii Europejskiej traktowanej jako „wyimaginowana wspólnota”. Zaostrzanie konfliktów z jej organami. I z innymi organizacjami międzynarodowymi.

Wielokrotne „omijanie” przepisów konstytucji umożliwiające przejmowanie kontroli politycznej lub wprowadzanie bezpośredniej „zależności służbowej” nad różnymi dziedzinami życia społecznego.
Przekształcenie telewizji państwowej i niektórych tygodników i gazet, w narzędzia propagandy fałszującej historię i reklamującej prawdziwe i rzekome osiągnięcia aktualnej władzy, przy jednoczesnej totalnej krytyce wszystkich – w kraju i zagranicą, – którzy mają inne poglądy.

Perspektywa zmiany

Można oczywiście wskazać wiele innych działań tej partii budzących zastrzeżenia. Mnie wystarcza ta „lista grzechów”, abym ostatecznie zmienił poglądy na umiejętność rządzenia krajem przez tą partię. Zaczynam wierzyć, – choć to wydaje się nieprawdopodobne – że zgromadziła ona ludzi instynktownie wierzących w skuteczność rządów autokratycznych, podobnych do tego, co mieliśmy w okresie PRLu. Uznali swego głównego przywódcę za nieomylnego stratega, który wie jak i potrafi wprowadzić Polskę na drogę wiecznej szczęśliwości. Jego wypowiedzi stają się dla nich niepodważalnym źródłem prawa, ważniejszym niż parlament.

Nie znam Jarosława Kaczyńskiego, nigdy nie miałem zaszczytu być w jego pobliżu, a tym bardziej o zasłużyć na tytuł „odkrycia towarzyskiego”. Zresztą w przeciwieństwie do osoby obdarowanej tym tytułem, nie kuszę moich znajomych umiejętnościami kulinarnymi. Umiem „robić” tylko herbatę, kawę i jajecznicę, a to trochę za mało, aby ożywić życie towarzyskie. Nie znając tego „szeregowego”, ale niezwykle ważnego posła, nie mogę więc potwierdzić jego nadzwyczajnych umiejętności. Nie mogę też zaprzeczyć, że natura go nimi obdarzyła. W moje coraz gorzej widzące oczy rzuca się tylko jedno – ma On charyzmatyczną zdolność psychicznego podporządkowywania ludzi. To cenna umiejętność, ale w historii niemal zawsze prowadziła do złych rezultatów. I nie mam na myśli tylko Czyngis Chana!

Ośmielam się twierdzić, że częściowo z przyczyn obiektywnych związanych z pandemią koronawirusa, nasze dno może się robić coraz bardziej wklęsłe. Będzie się uginać pod ciężarem problemów, jakie ogarną różne gałęzie przemysłu, który dotychczas bohatersko się bronił. Będzie źródłem wielu autentycznych nieszczęść związanych z nieuchronnym wzrostem bezrobocia. Może pękać z braku funduszy niewystarczających na spełnianie wszystkich obietnic podtrzymujących gospodarkę i sympatię elektoratu.

Pękanie dna będzie oznaczało zmianę władzy. Nastąpi to najpóźniej po kolejnych wyborach parlamentarnych, ale może też nastąpić wcześniej, bo pęknięcia mogą dotyczyć także nie całkiem zjednoczonej prawicy.

Sądzę, że ci, którzy obejmą stery państwa po prawicy, będą rządzili spokojniej i nie popełniając tych grzechów głównych, które wymieniłem. Ale nie będzie im lekko. Świat będzie przeżywał zapewne długi kryzys. A rządzenie w kryzysowym otoczeniu jest trudne i na ogół nie daje efektownych rezultatów.

Warszawa – Marki, 18.05.2020r.

Progresja podatkowa – teraz!

Wydarzenia ostatnich miesięcy w Europie i na świecie, których przyczyną jest epidemia COVID-19 całkowicie obnażyły, prawdziwe obliczę liberalizmu gospodarczego.

Liberalizm, który do niedawna był w debacie publicznej uznawany za drogę, którą Europa powinna dążyć, dziś okazał się ładnie pomalowaną tarczą z tektury, która w starciu z kryzysem jest nieskuteczna. Państwa Europy (w tym Polska) są zobligowane do prowadzenia szerszej polityki fiskalnej, celem sfinansowania publicznej służby zdrowia i pomocy socjalnej obywatelom, którzy potracili swoje stanowiska w związku z cięciami kosztowymi przez swoich pracodawców. Powstaje pytanie, w jaki sposób można sfinansować operacje państwa, skoro państwo nie jest monopolistą waluty, a Nowoczesna Teoria Monetarna pozostaje jedynie w debacie polityczno-ekonomicznej… Odpowiedź jest oczywista, ale niekoniecznie prosta do wykonania – Progresja podatkowa.

Problem należy rozpocząć od zastanowienia się nad istotą progresji podatkowej. Klasyczna ekonomia mówi, że daniny publiczne powinny spełniać takie podstawowe warunki jak: minimalizacja dolegliwości biurokracji związanej z podatkami i maksymalizacja wpływów do budżetu. Powyższe warunki dla klasycznej ekonomii, monetarystów, neoliberałów itd. stają się problematyczne w praktyce, gdyż wysokie opodatkowanie uderza w najuboższą część społeczeństwa, a liniowa stawka podatkowa jest niekorzystna dla budżetu i ogranicza możliwości polityki fiskalnej państwa. Optymalną opcją okazuje się progresja podatkowa. Istotą tego opodatkowania jest pobranie taki procent przychodu, by zarówno zamożny i bogaty odczuli w stosunku do ich zarobku równą ,,utratę’’. Z moralnego punktu widzenia progresja podatkowa jest słuszna i leży w postulatach ruchów realizujących idee sprawiedliwości społecznej. Trzeba byłoby też się zastanowić nad włączeniem do polityki ekonomicznej dobrze zorganizowanego podatku majątkowego, który wraz z progresją podatkową umocniłby budżet i zwiększył możliwości fiskalne państwa. Gabriel Zucman i Emmanuel Saez z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley od początku epidemii są zadziwieni, w jaki sposób na bogatym kontynencie, którym jest Europa, istnieją problemy z finansowaniem planów walki z COVID-19. Saez i Zucman od lat wykładają o słuszności podatku majątkowego, oczywiście należy się zastanowić, kogo należałoby objąć takim podatkiem. Oczywiście, że nie tych, którzy mają więcej długu niż rezerw, zdaniem ekonomistów sensowne opodatkowanie majątkowe zaczyna się od 2 mln euro netto. W przypadku Polski należałoby się zastanowić najpierw nad majątkiem państwa Kulczyków, którzy pouciekali ze swoimi firmami do rajów podatkowych, a dziś Dominika Kulczyk udaje wielką zbawczyni, która w samolocie przywiozła zapas ze sprzętem ochronnym. Należy zauważyć fakt, że państwo zapewniłoby taki sprzęt szybciej i w większej ilości, gdyby Kulczykowie uczciwie płacili podatki w kraju.

Odpowiednio silna progresja podatkowa łagodzi problem rozwarstwienia dochodów, które są przyczyną wysokiego współczynnika Giniego. Z punktu widzenia makroekonomii najbardziej niebezpieczne jest zmniejszenie się popytu wewnętrznego. Co do zasady bogaci wydają zdecydowanie mniej od uboższej części społeczeństwa (w takim wypadku ujawnia się też interesujące zjawisko, w którym bogaty przedsiębiorca ma problem z wyznaczeniem przybliżonej ceny podstawowego produktu do życia lub gospodarstwa domowego). Niski popyt wewnętrzny i wzrost oszczędności jest przyczyną niskiej efektywności gospodarczej państwa, co w efekcie ma negatywny wpływ na budżet państwa i możliwości polityki fiskalnej. Bogata część społeczeństwa najczęściej zakupuje towary luksusowe, wytwarzane za granica, czym powodują niekorzystny dla gospodarki deficyt handlowy lub oszczędzają, myśląc o przyszłych inwestycjach. W przypadku niskich zarobków obywateli popyt wewnętrzny sprawia, że maleje produkcja, gdyż wytworzone dobra nie znajdują konsumenta. Progresja podatkowa i redystrybucja sprzyjają również zwiększeniu efektywności alokacyjnej dochodu, co jest wynikiem malejącej użyteczności krańcowej pieniądza. Takie zjawisko prowadzi do pompowania bańki na określonych rynkach, w takim wypadku prawo podatkowe, które wyrównywałoby różnice w dochodach, poprawia efektywność alokacji kapitału i przekłada się na większe bezpieczeństwo ekonomiczne wszystkich obywateli.

Jednak dalej słyszy się od przeciwników progresji podatkowej zdania, że w ten sposób ,,karze’’ się za wyższe zarobki, prawda jest jednak zgoła odmienna. W liberalnym kapitalizmie istnieje zjawisko, w którym jest brak związku pomiędzy użytecznością pracy a zarobkami. Jest to wynik podręcznikowego przykładu z mikroekonomii, iż wynagrodzenia są ustalane przez czyste mechanizmy popytu i podaży, które nie zawsze odpowiednio wynagradzają pracownika we włożony wkład w pracę. Kryzys z 2008 roku był tego dobitnym przykładem, bogaci kapitaliści dorabiali się fortun na niesprawiedliwym wynagradzaniu pracowników. Należy zadać sobie pytanie, czy dzisiaj prezes Comarchu – Janusz Filipiak wypracowuje taką użyteczną dla społeczeństwa (a zwłaszcza w dobie kryzysu spowodowanego COVID-19), która odpowiada jego zarobkom (cały zarząd Comarchu w roku 2018 zarobił ok. 24 mln zł, z czego sam prezes Filipak blisko 15 mln zł).

Skutkiem niedostatecznie progresywnego systemu podatkowego jest akumulacja kapitału wśród najbogatszych i rosnącą pauperyzacją wśród uboższej części społeczeństwa. Lekarstwem w tym przypadku jest zwiększenie nakładu finansowego w kluczowe usługi publiczne, pomoc socjalną i rozwój technologiczny, za przykład można podać kraje Skandynawskie – jak powiedział były premier Islandii Sigmundur Davíð Gunnlaugsson, pomoc socjalna pomogła mu pokonać kryzys z 2008 roku.
Jak pokazuje praktyka i podręcznikowa wiedza z zakresu makroekonomii, kryzysy pokonuje się zmniejszaniem stopy bezrobocia, zmniejszaniem stóp procentowych przez bank centralny, zwiększoną polityką fiskalną i progresją podatkową, a nie jak liberałowie twierdzą, że państwo należy odsuwać od życia społeczno-ekonomicznego.