Szumią jodły na gór szczycie…

… ale ostatnio jakoś tak niechętnie. Górale, a przynajmniej niektórzy z górali określający się jako przedsiębiorcy, namawiają do akcji obywatelskiego (?) nieposłuszeństwa. Ich głównym przeciwnikiem staje się rząd, który ogranicza im możliwość zarobkowania.

Jednym z przywódców protestu – może nieco samozwańczym, ale przecież często tak bywa – jest architekt z Kościeliska (rozumiem, że nie pracuje w swoim zawodzie, a jeśli pracuje, to raczej nie na terenie Podhala, bo tam wszystkie inwestycje wyglądają tak, jakby się obywały bez udziału architekta). W każdym razie przedsiębiorcy z gór domagają się zniesienia ograniczeń w strzyżeniu i dojeniu turystów. Bo owiec w górach i na halach nie ma już od dawna.

Chałupnicy i biznesmeni

W ostatnim dziesięcioleciu duża część mieszkańców gór (i dolinek) przekształciła się z chałupników oferujących nocleg w chałupie w przedsiębiorców świadczących usługi w pensjonacie. Baza wypoczynkowa też uległa transformacji. Powstały całkiem ładne stacje narciarskie z wyciągami krzesełkowymi, kolejkami i całym zapleczem gastronomicznym, no i oczywiście ze sztucznym naśnieżaniem. Dostępność lokalizacji wywołała w narodzie nową falę białego szaleństwa, szczególnie nasilającego się przy płatności za zimowe dokazywanie. Część narodu, ta odważniejsza, przeniosła realizację swoich śnieżnych fantazji w Alpy, twierdząc niepatriotycznie, że tam jest więcej śniegu, lepsze warunki i korzystniejszy stosunek jakości do ceny.

Do zeszłego roku jednak w polskich górach nie brakowało turystów nawet przy braku śniegu, choć w pewnym momencie zniknęli turyści z Rosji, czego zakopiańczycy bardzo żałowali, bo nikt nie był tak niewrażliwy na oferowane ceny jak Rosjanie. Z brakiem śniegu jakoś sobie radzono, dopóki był mróz, który w górach jeszcze się zdarza, i dopóki był dostęp do wody dla maszyn śnieżnych. Co prawda, z wodą zaczynały być w górach problemy, nie wiadomo (albo wiadomo) dlaczego. Wysuwano już nawet postulaty pilnego dostarczenia wód z obszaru parku narodowego, wszak narciarstwo tatrzańskie to nasz sport narodowy.

Przekształcenie dodatkowych źródeł dochodu w stałe zajęcie wiąże się z ryzykiem, którego część biznesmenów nie dostrzega, a część dostrzegać po prostu nie chce. Branża usług turystycznych jest na takie ryzyko szczególnie narażona. Przypominają o tym upadki dużych operatorów turystycznych; o upadkach małych firm rodzinnych nikt w mediach nie wspomina.

Taki klimat

Do stałych czynników ryzyka dołączyło od pewnego czasu ryzyko klimatyczne, które jest czymś innym niż ryzyko pogodowe. Czymś innym bowiem jest kalkulacja, że po słabym roku z niekorzystną pogodą przyjdzie kolejny sezon, w którym da się zarobić, a czymś innym przyjęcie do wiadomości, że dobre sezony już minęły.

Tegoroczna zima jest śnieżna i mroźna po kilku latach, w których zim praktycznie nie było. Niestety trafiła się pandemia i na turystach w tym roku też się nie zarobi. Przebranżowienie się całej gałęzi czy nawet tylko jej części nie jest oczywiście możliwe tylko przy wykorzystaniu własnych zasobów – tym bardziej że większość inwestycji realizowano ze środków zewnętrznych. Aktualna sytuacja może natomiast być okazją, by sobie uświadomić, że dobre czasy w biznesach turystycznych należą już do przeszłości. Nad tym, co dalej, powinni się zastanawiać nie tylko ludzie funkcjonujący w tych biznesach, ale także samorządy miejscowości jakby jeszcze turystycznych, no i, rzecz jasna, agendy państwowe. Refleksja wydaje się nieodzowna również dlatego, że nie poradziliśmy sobie jeszcze w naszych kurortach ze smogiem i szybko sobie nie poradzimy. Na pewno zaś nie poradzą sobie z nim same kurorty, nawet z pomocą aktywnego nad miarę architekta z Kościeliska czy słynnych już instruktorów narciarskich o rozległych kontaktach.

Wiadomo więc, co robić z problemami strukturalnymi (tyle że nikt palcem nie kiwnie). A czy da się coś zrobić z problemami branży gastronomiczno-turystycznej, które wynikają bezpośrednio z pandemii?

Pracować bezpiecznie

Myślę, że przy porozumieniu epidemiologów i specjalistów z sanepidu dałoby się znaleźć rozwiązania umożliwiające funkcjonowanie przynajmniej części hoteli, tych większych (dla małych pensjonatów czy pokojów gościnnych, niestety, jest to chyba niewykonalne). Jak sądzę, przeciętne standardy higieny w klasycznych hotelach są wyższe niż w większości mieszkań, a urządzenia i środki czystości też mają nieco lepszą klasę. W końcu to, czy ktoś przebywa w czterech ścianach własnego pokoju czy też pokoju hotelowego, jest bez znaczenia, zwłaszcza że można zarządzić spożywanie posiłków wyłącznie w pokojach hotelowych. Tylko po co jeździć do hotelu i nigdzie nie wychodzić?

Tak na marginesie: najciekawszym ograniczeniem wprowadzonym w czasie wiosennego lockdownu (jeszcze nie całkiem narodowego) było zamknięcie lasów. Spacer w pojedynkę lub w niewielkiej grupie raczej nikomu nie zaszkodzi, a na już na pewno nie ludziom zdrowym, przypuszczam więc, że tak naprawdę chodziło o to, by drwale mieli wreszcie święty spokój.

W gorszej sytuacji są lokale gastronomiczne. Problemem jest nie tyle przygotowywanie posiłków – wolno je sprzedawać na wynos – ile konsumpcja. Może jednak warto rozważyć, czy otwarcie lokali przy ograniczeniu miejsc o połowę nie byłoby względnie bezpieczne, oczywiście przy założeniu, że przy jednym stole nie spotkają się zupełnie obcy ludzie.
Podobnie jest zresztą z kinem i teatrem. Skoro, jak ustalono, ryzyko zakażenia się wirusem w środkach komunikacji jest niskie lub bardzo niskie, to przy luźno obsadzonej widowni nie powinno wzrosnąć. Dawno nie byłem w kinie, ale, o ile pamiętam, miejsca rzadko zapełniały się w więcej niż jednej czwartej. Jedyny wyjątek, jaki mi się nasuwa, to specjalny seans okolicznościowy w rocznicę premiery Świętego Graala Monty Pythona, kiedy zajęto wszystkie fotele: w końcu chodziło o świętego. W teatrze z kolei należałoby odseparować aktorów od widowni i vice versa – czasem dla dobra widowni, a czasem dla dobra aktorów.

Troska zamiast mandatów

Czy rozważenie i ewentualne podjęcie takich działań byłoby wsparciem dla osób zatrudnionych w tych działach i prowadzących działalność gospodarczą? Na pewno nie dla wszystkich. Mogłoby natomiast zwiększyć zaufanie do rządu i administracji. Nawet w czasach zarazy zaufanie i dialog są niezmiernie ważne, o ile nie najważniejsze, podobnie jak troska o każdego człowieka. O to powinien zadbać rząd i administracja. Rozwiązaniem nie są administracyjne kary, mandaty i represje. No, ale nie o taki rząd chodziło i nie o to też rządowi chodzi. Rządowi chodzi o to, by obywatele siedzieli. Przynajmniej cicho.

PS. A konkordat oczywiście trzeba wypowiedzieć. Na głos.

Co nas gnębi?

Zrobiło się tak zimno, że członkowie emeryckiej grupy obserwującej nasze życie polityczne i realne, nie chcieli zbierać się, na znanej z gościnności, przyzbie mojej chałupy. Zginając wiec bolący kręgosłup rozpaliłem kominek i przyrządziłem patriotyczną przynętę, w postaci grzanego, staropolskiego miodu. Podziałało i przyszli. Usiedli w maskach i przepisowych odstępach.

Koncentracja zainteresowań

Po krótkiej, wstępnej dyskusji, doszliśmy do wniosku, że żyjemy obecnie w wyjątkowym okresie, w którym zainteresowania ukochanej, pisowskiej władzy, środków masowego przekazu i większości obywateli, koncentrują się na trzech tematach – walce z COVID 19 a zwłaszcza na akcji szczepień, zagrożeń gospodarczych wywołanych tą pandemią i załamaniu pozycji kończącego kadencję prezydenta USA, którego uwielbiała nasza polityczna elita. Bardziej dalekowzroczni i politycznie zaangażowani obywatele interesują się jeszcze najbliższą przyszłością – tym co nastąpi po uspokojeniu pandemii i pożądanej utracie władzy przez zjednoczoną prawicę.

Zebrani przy moim kominku emerytowani analitycy różnią się od reszty społeczeństwa tylko tym, że patrzą na te problemy nieco szerzej, starając się przewidywać i oceniać skutki ich stopniowego rozwiązywania, albo odchodzenia w przeszłość. Popijając więc rozgrzany trójniak skoncentrowaliśmy się także na tych problemach.

Pandemia

Byliśmy zgodni, że realne zahamowanie pandemii koronawirusa jest obecnie możliwe tylko przez masowe szczepienia ludności. W Polsce wszystko ostatnio jest „narodowe”, więc Narodowa Akcja Szczepień Antycovidowych rozpoczęła się w dniu 15 stycznia 2021r z przytupem. Tuptać miała najstarsza grupa obywateli, teoretycznie najbardziej narażona na zakażenie wirusem. Przed moim kominkiem siedzieli wyłącznie obywatele z tej grupy. Na ośmiu obecnych seniorów, dwóch dodzwoniło się do „swoich” ośrodków zdrowia i zapisano ich na konkretny termin szczepień – ale dopiero na początek marca. Mają ponad 90 lat, więc nieśmiało zapytali, dlaczego tak późno, jeśli dodzwonili się 10 minut po formalnym rozpoczęciu zapisów. . Nie było odpowiedzi.

Trzech, reprezentujących 82-letnią młodzież pokonało barierę telefonu 989. Zapisano ich dane i obiecano, że połączy się z nimi możliwie bliska placówka, która ustali termin szczepienia. Jak na razie (przez trzy dni) nikt nie zadzwonił.

Dwóch usiłowało internetowo utworzyć „profil zaufany” przez bank PKO BP, w którym mają konta. Może to wina ich starczej nieudolności, ale się nie udało. Wobec tego pójdą śladem dwóch pierwszych i będą próbowali „załatwić sprawę” w ośrodkach zdrowia upoważnionych do szczepień, gdzie mają lekarzy pierwszego kontaktu. Jeden z obecnych nie zrobił nic. Twierdzi, że utrzymuje we krwi taki poziom alkoholu, jaki jest zabójczy dla każdego wirusa. Wierzy, że nie zachoruje, i że sama jego obecność działa jak odkażacz – więc po co ma się szczepić.

Zebrani sklerotycy uznali, że za organizacyjny przebieg początku „akcji” mogą wystawić rządowi honorową ocenę – 3+. Ale opierając się na oficjalnych komunikatach dotyczących ilości przeprowadzonych szczepień ocenili, że w takim tempie nie zatrzyma się ofensywy wirusa nawet przez trzy lata. A to już może całkiem zrujnować gospodarkę. Za realizację programu szczepień można dać tylko stopień niedostateczny, a więc dwóję.

Gospodarka

Trzech z zebranych ma w najbliższej rodzinie przedsiębiorców. Nie są to potentaci rynku. Jeden ma mały barek w pobliżu stadionu sportowego, w którym pracuje tylko z dwojgiem dzieci w wieku poborowym. Stadion właściwie nie pracuje, a jeśli nawet coś się dzieje, to bez publiczności – a więc potencjalnie najważniejszych jego klientów. Drugi trudni się drobnymi naprawami telefonów i ma wynajęty mikroskopijny kiosk w jednej z galerii handlowych. Trochę ludzi przychodzi do części spożywczej tej galerii, więc jako „usługodawca” siedzi w fotelu i czeka. Czasem ktoś zajrzy. Spadek obrotów obaj wyliczają na 75 -80%. Zysk nie starcza na pokrycie kosztów wynajmu. W końcu trzeci ma udziały i pełni jakąś funkcję w spółce prowadzącej niewielki obiekt „Spa”w województwie kieleckim. Obiekt jest zamknięty i generuje tylko koszty. Żwolniono część pracowników.

Nikt z tej „próbki statysycznej” nie otrzymał żadnego wsparcia z rządowych „tarcz. Próbka nie daje oczywiście pełnego obrazu sytuacji, ale w tym niewielkim zakresie sugeruje ocenę niedostateczną.

Pijąc kolejny kieliszek miodu doszliśmy do wniosku, że zróżnicowane oświadczenia przedstawicieli „władzy” świadczą o zbyt optymistycznym spojrzeniu na najbliższą przyszłość gospodarki. Jest realna groźba masowego wycofywania się z „interesów” i bankructw, rwą się niektóre łańcuchy kooperacyjne, wyraźnie zmniejsza się zaufanie do pieniądza, oszczędzanie w bankach praktycznie straciło sens, zadłużenie kraju niebezpiecznie rośnie. To (i wiele innych czynników) może spowodować w niedalekiej przyszłości bardzo niekorzystne następstwa, a nie ujawniają się geniusze, którzy potrafią ten proces opanować. Grono zebrane przy kominku jeszcze nie potrafi ocenić tej sytuacji, ale jest poważnie zaniepokojone.

Uśmiech prezydentów

Temat „My a prezydent Trump” wcale nie wywołał wesołości. Ktoś może powiedzieć, – przecież nic złego i dla nas istotnego sie nie stało. Przeciwnie – w czasie kadencji tego prezydenta załatwiono kilka ważnych spraw, poczynając od ruchu bezwizowego, a kończąc na wzmocnionej obecności wojsk USA na naszym terytorium. Jednocześnie jednak zachowywaliśmy się jak wasale nie tyle USA, co właśnie tego prezydenta. Za dużo pogłaskiwania.I to nie umknęło uwadze Europy. Pomysł z organizacją i budową „fortu Trump” przejdzie do historii, jako przykład naiwności i nadmiernego, nietrafionego lokowania uczuć w polityce zagranicznej. I trudno za to przyznać pozytywna ocenę. Tym bardziej, że może się to jeszcze, jak czkawka, odbijać nam w przyszłości.

Miód się skończył, zebrani zaczęli się żegnać, i powoli człapać lub jechać do „miejsc stałego postoju”. Nie widać było ich normalnej wesołości. Pandemia jednak nas gnębi i utrudnia pogodne spojrzenie, na błędy obecnej władzy.

Warszawa – Marki, 17.01.2021.

Bunt nadzieją narodu!

Nie ma większych połów ani mojszej racji, choć, jak wiadomo, ich ból potrafi być większy niż nasz. Ich prawa mogą być lepsze niż nasze. Ich stoki mogą być otwarte, a nasze nie. To wszystko sprawia, że jeśli ktoś posiadał jakieś wątpliwości co do oderwania kasty rządowo-rządzącej od szarości ludzkiej egzystencji, w tym momencie został pozbawiony złudzeń. Ich interesy stoją w sprzeczności z naszymi. Oni chcą żreć i się paść na nas. Dlatego nie powinno być dla nich miejsca. Pośród nas.

Znajomy mój uruchomił po raz drugi zbiórkę publiczną w celu ratowania swojego baru przed plajtą. Prowadzi go od kilku lat, z mniejszym lub większym powodzeniem. Poświęcił na rozkręcenie interesu bardzo dużo. Zapożyczał się, niedosypiał, harował jak wół, żeby tylko wyjść na swoje, a przez ostatnie lata, państwo polskie mu tego nie ułatwiało, dorzucając na plecy kolejne domiary i podwyżki. Jakoś jednak udawało się, z miesiąca na miesiąc, spinać bilans. To, co się straciło na przednówku, można było sobie odbić w ciepłe miesiące i interes się kręcił. Grunt, że kolega doń nie dokładał, a to już u nas sporo, jak dla małego gracza. I gdy wydawało się, że najgorsze mamy za sobą, przyszedł rok 2020. Pierwszą zbiórkę kolega uruchomił na wiosnę. Udało się zebrać parę groszy. Na wakacje ciut się odkuł, żeby teraz znowu znaleźć się pod kreską. Raz ludzie pomogli, ale czy pomogą drugi, trzeci i piąty, to raczej wątpliwe, bo skąd tu brać na innych, kiedy samemu ma się coraz mniej albo nic. A kiedy wyje cała polska gospodarka i woła zmiłowania, jej skowyt do uszu rządzących nie dociera, no bo i jakby mógł, gdy pani minister, w goglach i narciarskim kasku, szusuje po stokach, które uprzednio zamknęła. W pędzie wiatru i świście powietrza trudno się wsłuchać w coś innego, niż swoje własne, pękające ze śmiechu, ego.

Myli się jednak premier, prezydent i ministrowie, myśląc, że ludzie zatrudnieni w branżach które najbardziej dostają po dupie przez pandemię i pandemią motywowane obostrzenia, nie widzą ich cynizmu i hipokryzji. Widzą aż nadto. Widzą i wiedzą-że jeśli sami czegoś nie zrobią, ten rząd pogrzebie ich żywcem. Zagłodzi, pozbawiając środków do życia. Zniszczy dorobek ich krwawicy. I nikt po nich nie zapłacze. Jeśli więc tak ma to wszystko wyglądać, dziwnym nie jest, że naród postanawia brać sprawy w swoje ręce. Bo po rządzie i rządzących nie może spodziewać się niczego dobrego.

Pierwszy przykład dał restaurator z Cieszyna. Otworzył knajpę. Przyszli ludzie. Przyszła milicja. Nie bardzo wiedziała co ma robić, kiedy w restauracji zastała , jak za starych, dobrych lat dwutysięcznych. Wszystkich przecież nie daliby rady zamknąć. No właśnie. I tu jest klucz do sukcesu w walce z rządem, który nie wie co czyni, bo nie ma żadnego pomysłu na wyjście Polski z pandemicznego kryzysu. Pospolite ruszenie ludu przeciw panom. Jak drzewiej u nas bywało i w czym mamy doświadczenie. Zrywać plomby, łamać bzdurne zakazy i wracać do pracy. Nie czekać na jałmużnę, tylko brać sprawy w swoje ręce. Naturalnie, mieć w głowie, że widmo krąży po Europie, takoż stosować środki higieny; myć ręce, nosić maski, ale żyć, a nie wegetować. Bo właśnie na wegetację, a w konsekwencji śmierć głodową, państwo dziś skazuje ludzi. W najlepszym wypadku na samobójstwo albo depresję, a w jej konsekwencji-wisielczy sznur. Wychodzi więc na to samo. Jaka więc różnica, czy człek zejdzie na covid, z głodu, czy ze zgryzoty sam się powiesi. Nieboszczycy przeważnie mało mówią na temat powodów swego niebytu.

W ramach strajku przedsiębiorców powstała na fejsie grupa inicjatywna, która publikuje mapę, na której nanosi przedsiębiorstwa z różnych branż, które wypowiedziały posłuszeństwo Państwu. Bardzo mi się ta mapa podoba, bo coraz szczelniej się wypełnia. To z kolei jest dowodem na to, że, po pierwsze, naród jeszcze u nas potrafi się postawić bezdusznej władzy, a po drugie, dowodzi słabości tegoż Państwa, które jest nadal teoretyczne. A efekty już widać. Kiedy mapa poczęła wypełniać się covidowymi renegatami, rząd zaczął zmieniać ton i począł wysyłać znaki, że ustępstwa w obostrzeniach mogą wejść szybciej niż jesienią. Jest więc nadzieja, że jak się darmozjadów dociśnie jeszcze bardziej, to przestaną nas dusić butem do podłogi, żebyśmy zdechli jak psy. Prędzej my, ludzie, zdusimy ich. Jak na plakacie z Jolantą Brzeską-przecież wszystkich nas nie spalą, tak i tu i teraz, przecież wszystkich nas nie zamkną. Nie mają tylu milicjantów i tylu kajdanek. Co więcej mogą zrobić? Nałożyć większe mandaty? Dla kogoś, komu za chwilę padnie interes, to bez różnicy, czy dostanie 3 czy 300 tysięcy kary, bo i tak nie będzie miał z czego zapłacić. Wyślą na ludzi wojsko? Tylko jakie? Terytorialsów?

Na każdym zebraniu jest tak, że ktoś musi zacząć. Zaczął szynkarz z Cieszyna. Poszli też inni. Kibicuję im wszystkim, bo mało który widok potrafi mnie bardziej uradować, niż sytuacja, kiedy władza zaczyna się bać ludowego gniewu i szura butami pod stołem ze strachu. Słychać coraz głośniej, że kraj się burzy. Może wreszcie dotrze do ludzi, że to oni sami mogą zmieść tę czy inną bandę swoim słowem i czynem szybciej, niż raz na cztery lata. Przyszedł wreszcie czas wyrównania rachunków. Mam nadzieję.

Tarcza antykryzysowa, czy grobowa

Długo nie gościłem na łamach „ Trybuny”. Powodów było kilka. Po pierwsze utrata wiary w to, że pisanie czemukolwiek służy, że ktokolwiek bierze sobie do serca racje jakie w dziennikarskich relacjach są przedstawiane.

Tak się bowiem składa, że nawet „oczywista oczywistość”- mówiąc słowami pewnego polityka- nie jest brana pod uwagę bo decydenci wiedzą i tak lepiej co jest nam potrzebne. Po drugie jako człowiekowi prowadzącemu biznes gastronomiczny bliższe było mi ratowanie firmy za wszelką cenę, a nie słowne potyczki, których i tak nikt nie bierze pod uwagę.

Branża gastronomiczna i hotelarska to w Bieszczadach potęga. W gruncie rzeczy więcej ludzi grzeje stołki tylko w różnego rodzaju urzędach, szkołach. Jest jedna różnica gastronomia, hotele, sklepy, drobne firmy prywatne dają państwu pieniądze, natomiast urzędnicy je tylko przejadają. Nie oznacza to, że urzędy trzeba zlikwidować, ale warto pamiętać o tym, że również urzędnicy powinni też ponieść choćby minimalne koszty z tytułu epidemii koronowirusa.

Rozmawiam z kolegami prowadzącymi lokale gastronomiczne, hotele. Twierdzą np., że od początku października nie sprzedali ani grama alkoholu, piwa. Podobnie było przez prawie trzy miesiące wiosną. No jak myślicie, czy z tego tytułu przysługiwała im jakaś ulga. Otóż nie zwolniono ich nawet z przysłowiowej złotówki z opłaty za zezwolenie na handel alkoholem.

Kolejny przykład „pomocy” samorządu dla lokalnych firm to odbiór śmieci. Każdy z nas mieszkający np. w prywatnym domu płaci za wywóz śmieci ryczałt roczny. W moim przypadku ja z żoną płacimy coś ponad sześćset zł rocznie. Nie jest tutaj istotne ile tych śmieci produkujemy, może to być worek miesięcznie, może to być dziesięć worków lub wcale, ale kwota opłaty jest stała. Inaczej ma się sprawa z przedsiębiorstwami, tutaj cena za worek dajmy na to plastikowych butelek po napojach kosztuje każdorazowo 30 zł. Dla porównania podam ceny jakie płacimy za pełnowartościowe produkty spożywcze. Otóż za worek ziemniaków płacimy około 10 zł, mniej więcej tyle samo kosztuje worek marchwi, buraków. Jaki widać worek śmieci jest trzykrotnie droższy od spożywczych produktów. To absurd. Czym się to skończy, ano tym że obrzeża lasów znów będą pełne śmieci.

Legalnie działające hotele świecą pustkami, bowiem mamy zakaz przyjmowania gości. By przyłapać hotelarzy dzwoniono do nich z dziwnych telefonów z zastrzeżonymi numerami z pytaniem o wolne miejsca. Rząd bowiem próbuje zabrać firmą to co dał wiosną. A dawał w dziwny sposób. Za spadek obrotów rzędu 70 procent, na jeden etat słynna Tarcza Antykryzysowa miała płacić 24 tysiące zł. Miałem na koniec roku pracowników na 3,5 etatu. Wspaniałomyślna Tarcza przysłała mi 12 tysięcy zł., czyli tyle co za 0,5 etatu. Żadne reklamacje na nic się nie zdały, bo Tarcza działała na zasadzie rozmowy „dziada z obrazem” czyli mówił dziad do obrazu a obraz do niego ani razu. Pal licho te pieniądze, ale pracownicy, gdy o tym mówiłem znacząco kiwali głowami, czyli byli przekonani, że swoje dostałem. Te 12 tysięcy trzymam do dziś, bo wiem że rząd znajdzie jakiś prawny kruczek bym te pieniądze zwrócił, może nawet z nawiązką.

Tymczasem gospodarstwa agroturystyczne przyjmowały i przyjmują w tej chwili gości, bez jakichkolwiek obaw. Wszak gość w agroturystyce może być w razie kontroli członkiem rodziny który przyjechał w odwiedziny. Przypomnę co to jest kwatera agroturystyczna. Otóż to wynajęcie prywatnych domowych pokoi dla maksimum 16 osób z możliwością ich karmienia. Od tego właściciel nie płaci podatku, nie musi spełniać wymogów przeciwpożarowych, nie jest kontrolowany przez Sanepid. Sam znam takie kwatery agroturystyczne, które przyjmują po dwa autokary turystów. Po prostu domy albo już hotele dzieli się na kilka osób w rodzinie i 16 przemnożone dajmy na to przez pięć, daje dokładnie 80 miejsc noclegowych.

Dopiero w sobotę Pan premier Morawiecki wspaniałomyślnie powiedział co czeka naszą branżę. Mamy zakaz działalności do 27 grudnia, który następnie przedłużono do 17 stycznia 2021 roku. Zakładam, że ten czas zostanie wydłużony bo nie wierzę by można było legalnie działać przed wyszczepieniem około 70 procent Polaków. Tak więc styczeń okres dobry dla branży będzie będzie tym razem martwy. Mamy już kolejny martwy miesiąc, a pomocy ze strony rządu ani widu, ani słychu. To co ludzie z branży odłożyli w wakacje dawno zostało wydane, teraz idzie czas na tworzenie płatniczych zaległości i oczekiwanie na jakąkolwiek pomoc. Biorąc pod uwagę to iż Sejm z uchwałą pomocy poszkodowanym przez koronowirusa przekładał obrady o dwa tygodnie, karze się spodziewać, że pomoc też przyjdzie gdzieś w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Jest jeszcze jedno pytanie czym różni się hotel, restauracja od kościoła, sklepu, galerii. W mojej restauracji mogę posadzić klientów tak, że jeden drugiego nie widzi, bo lokal ma 300 m2 i jest podzielony na trzy osobne pomieszczenia. Ludzie w sklepie, przechodzą obok siebie, stoją jeden za drugim w kolejce, podobnie jest w kościołach. W czym jesteśmy gorsi, a może chodzi o to by McDonalds i Pizza Hut i inne sieci mogły wejść w nasze miejsce.

Teza i antyteza

Wychodzę na zewnętrze co dzień, i nie mogę się pogodzić z tym, że taka ładna jesień tego roku ucieka nam w ostrym cieniu covidowej mgły. Liście żółkną, kasztany się czerwienią, smog jakby uleciał w niebyt, że aż szkoda siedzieć w domu. Przyroda, nawet ta miejska, odbiła na chwilę od dna. A jesień mamy w tym roku piękną…

Zastanawiałem się, kiedy siedziałem dziś w parku na ławce i patrzyłem na ten kobierzec, żółty i czerwony, ciesząc oczy widokiem, czy będzie na świecie tak, że po covidowym opamiętaniu, człowiek zacznie doceniać to, co matka natura mu dała. Będzie, na powrót, z szacunkiem, odnosić się do przyrody i jej majestatu. Tej przecież nie trzeba wiele, żeby udowodnić nam, że gdyby nie ludzie, żaden wirus byłby jej nie straszny. Starczyło raptem parę miesięcy oddechu, by pokazać nam, że Ziemia potrafi się bez człowieka obejść. W Wenecji pojawiły się na wiosnę delfiny w Canale Grande. Lasy w Polsce płonęły rzadziej, bo człowiek miał zakaz doń wchodzenia. Wywieziono dzięki temu zeń mniej śmieci i mniej zwierząt, wodnych i lądowych, zadławiło się plastikiem na łowiskach i w kniei. Wystarczyło trzymać człowieka z dala od przyrody, a efekt od razu był widoczny. Czy zatem, myślałem siedząc sobie w parku, może zdarzyć się tak, że człowiek wyciągnie jakieś wnioski z sygnałów, które dała mu natura? W końcu pandemia covidu to, jeśli odrzucić spiski, wynik nazbyt głębokiego ingerowania człowieka w świat zwierząt. Gdybyśmy nie chcieli zeżreć wszystkiego, co pełza i lata, bo jakiś półidiota powiedział kiedyś, że zupa z nietoperza dobrze robi na potencję i eliminuje brodawki, być może nie byłoby tego całego zamieszania. Jeśli jednak tak się już zdarzyło, czy przyjdzie potem na ludzki ród jakieś opamiętanie w działaniu, niechybnie prowadzącym nasz gatunek do samozagłady. Gdy tak dumałem na parkowej ławce, przyszły mi do głowy dwa wyjścia. Jedno nie wyklucza drugiego, choć obydwa są bardzo mało prawdopodobne. Dużo bardziej prawdopodobne są ich antytezy.

Pierwsze jest takie, że ludzie, sami z siebie, bez napomnień rządów i korporacji, opamiętają się i zaczną żyć w zgodzie z prawami natury i jej poszanowaniem. Zaczną bardziej doceniać życie które dostali, bo mają tylko jedno, i warto je mądrze przeżyć, gdyż nie wiadomo, kiedy się może skończyć. Uleci w powietrze współczesna mara nieśmiertelności; mit tego, że jak będziemy jędrni, młodzi i powabni, będziemy uczęszczać na fitness i wcierać w siebie drogie kremy, to nie pomrzemy. Okazuje się, że to wcale przed zejściem nie chroni, a covid tnie po uważaniu, chorego, chromego, ładnego, brzydkiego. Generalnie jednak warto bardziej przyłożyć się do dbania o zdrowie i zmiany świata, zaczynając od siebie. Na początek należałoby zastanowić się, co się je i ile. Później, skąd to jedzenie pochodzi i kto je wyprodukował; dalej-jakim kosztem i gdzie. Wreszcie, można sobie zacząć zadawać pytania, dlaczego mleko w sklepie jest dziś tańsze niż woda, a warzywa tak cholernie drogie. Gdzie tu sens i logika. No i przede wszystkim: kto na tym zarabia. Kiedy ludzie zaczną wątpić w to, czym karmiono ich dusze i ciała, może to pociągnąć za sobą realną zmianę społecznych zachowań, które w przyszłości zaskutkują bardziej świadomym społeczeństwem. Jedzącym mniej nietoperzy i rzadziej chorującym na odzwierzęce choroby. Świat przyrody będzie powoli wracał do równowagi. Tak jak świat ludzi i ich konsumpcji. Mleko będzie pochodzić z udoju od szczęśliwych krów, a jaja od kur, które grzebią w ziemi i zajadają się robakami, a nie paszą z mączki kostnej. Oczywiście jest też anty-rozwiązanie. Po miesiącach wyrzeczeń, zamkniętych knajp i sklepów, kiedy ogłoszą wreszcie koniec pandemii, ludzie rzucą się w wir zakupoholizmu. Nie będą patrzeć na nic, tylko nadrabiać zaległości. Wydawać kompulsywnie kasę na zbytki. Kupować bez opamiętania. Producenci będą z kolei prześcigać się w kolejnych promocjach promocji, a ludzie będą jak wygłodniałe lwy, wypuszczone z klatek. W miesiąc nadrobią rok locdownu.

Drugie rozwiązanie zaproponują za ludzi wielkie firmy i światowy biznes. Po chudych miesiącach covidu, światowa finansjera, dotknięta kryzysem, pojęła wreszcie, że sama doprowadziła do tej globalnej tragedii i należałoby się w końcu opamiętać, bo następnego takiego kryzysu nie przeżyje nikt. Musimy zatem, mówią korporacje, powściągnąć swoje ambicje i niezaspokojone rządze zysku, żeby matka Ziemia pożyła jeszcze kilkaset lat, bo jak tak dalej pójdzie, to wszystko się skończy szybciej, niż sądziliśmy. Przyroda wysyła nam wyraźny sygnał. Zbastujmy trochę z wyzyskiem środowiska, co najmniej na parę dekad, żeby planeta miała szansę odrobinę się odbudować, a później zastanowimy się, jak gospodarować zasobami racjonalniej. I jak pomyśleli, tak zrobili. Antyteza tej wizji wygląda z kolei tak: biznes, wygłodzony przez pandemię, po miesiącach posuchy, rzuca się na resztki dóbr ziemskich ze zdwojoną siłą, żeby nadrobić chude miesiące. Nie myśli o konsekwencjach. O tym, co stanie się z ludźmi: konsumentami, pracownikami. Ma jeden cel: odrobić jak najszybciej stracone miliony w jak najkrótszym czasie.

Dróg jest kilka. Z tylu z nich, każdy ma prawo wybrać źle. Którą pójdzie świat? Co nie bądź mi się kolebie w dyńce i mam swój typ. Być może nowy, amerykański prezydent, trochę zmieni globalny paradygmat. Tak przynajmniej deklarował w kampanii, że sprawy środowiska naturalnego będą mu drogie i bliskie. Na razie drogie jest zdrowe jedzenie od rolnika z pola, a tani syf w marketach, więc łatwo zgadnąć, po co sięgną i sięgają ludzie. Może warto, dla kromki chleba i kropli mleka na przyszłość, dziś podumać, skąd i jak trafiły wczoraj na nasz stół. Najlepiej na powietrzu. Póki jeszcze jest za darmo.

Pandemia i co dalej?

Pandemia, która rozpoczęła się w pierwszym kwartale br., ograniczając działalność większości firm, tym samym pogorszyła warunki bytowe wielu rodzin, a nawet funkcjonowanie niektórych obszarów działalności gospodarczej i społecznej.

Szczególnie negatywny wpływ ma działalność gospodarczą, a w tym na funkcjonowanie mini, małych a nawet średnich i niektórych dużych firm. Jednak szczególnie negatywny wpływ ma ona na funkcjonowanie mini i małych firm. Wiele z nich zmuszone zostało do zawieszenia swojej działalności lub jej znacznego ograniczenia. Spowodowało to zwolnienia wielu pracowników lub zmniejszanie ich wynagrodzenia, a szczególnie rezygnację z zatrudniania pracowników na umowach cywilnoprawnych. Ich skutkiem jest wzrost bezrobocia oraz ograniczeniem dochodów ludności. Skutki epidemii są najbardziej widoczne na rynku pracy. Tylko w kwietniu br. liczba etatów w sektorze przedsiębiorstw, w porównaniu z marcem br., zmniejszyła się o prawie 153 tys. tj. o 2,4 proc. , jednocześnie z dostępnych prognoz wynika , że przy nawrocie pandemii i wygaśnięciu rządowego wsparcie do wielu firm , skala rejestrowanego bezrobocia, do końca bieżącego roku może wzrosnąć do około 10 proc. Sytuacja ta jest szczególnie groźna dla egzystencji najmniejszych przedsiębiorstw i zatrudnionych w nich pracowników, a w jej konsekwencji również dla mieszkańców małych i średniej wielkości miast. Trzeba jednocześnie podkreślić, że w Polsce aż 543 miast, tj. ponad 57 proc. ogólnej ich ilości, ma poniżej 10 tys. mieszkańców a na ich rynkach pracy najczęściej dominują małe i średniej wielkości firmy. Dlatego też,problem funkcjonowania mini, małych i średniej wielkości firm ma szczególne znaczenie zarówno gospodarcze jak i społeczne. Ma on również istotne znaczenie z uwagi, że osłabianie ich potencjału gospodarczego i społecznego oddziałuje na sytuację nie tylko poszczególnych regionów, ale również całego kraju. Pomniejsza jednocześnie zdolność wielu z tych miast do bycia centrum społecznym i kulturalnym oraz usług dla otaczających je terenów rolniczych.

Zauważalnym skutkiem epidemii są również zmiany na rynku nieruchomości, a w tym szczególnie mieszkań. Nastąpił gwałtowny wzrost zainteresowania zakupem różnych działek o charakterze rekreacyjnym, tzw. pracowniczych i typowo rekreacyjnymi oraz domów i mieszkań poza dużymi ośrodkami miejskimi, a w tym również w mniejszych miastach, a nawet podmiejskich osiedlach. Tendencję te nasiliło również drastyczne obniżenie oprocentowania lokat bankowych i dążenie do bardziej stabilnych form lokowania środków przez małych i średnich inwestorów.
Występujące zmiany uświadamiają, że w wielu obszarach funkcjonowania społeczeństwa , a w tym w gospodarce, następują nieodwracalne zmiany.
Wiele dziedzin nie będzie funkcjonowało tak jak dotychczas. Części tych zmian możemy przeciwdziałać, natomiast niektóre powinniśmy wykorzystać dla uruchomienia instrumentów służących modyfikacji dotychczasowych rozwiązań , czy praktyk i wykorzystać je dla dalszego rozwoju działalności gospodarczej czy społecznej.

Dla ograniczenia już zaistniałych, jak i przyszłych skutków pandemii , koniecznym jest aktywne im przeciwdziałanie. Dlatego też, powinno ono szczególnie dotyczyć ochrony miejsc pracy i działalności firm, w tym szczególni mini, małych i średnich, gdyż najczęściej one decydują o charakterze lokalnych rynków pracy, jak również rozwoju lokalnych rynków nieruchomości, a w tym również rynków lokali na wynajem. Ma to szczególne znaczenie dla ludzi młodych i mniej zarabiających , gdyż stanowi istotny element kształtowanie ich mobilności zawodowej.

Znaczenie posiadania pracy i jej stabilności

Mini przedsiębiorstwa, przed wybuchem pandemii stanowiły ponad 96 proc. wszystkich firm, zatrudniały około 40 proc. pracowników sektora przedsiębiorstw i miały 31 proc. udział w tworzeniu budżetu państwa. Najwięcej z nich działało w sferze usług – 53 proc. , 23.9 proc. w handlu , 13,6 proc. w budownictwie, a tylko 9,4 proc. w przemyśle. Większość z nich, bo ponad 87 proc. było podmiotami osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą, w tym często jednoosobowo. Z kolei firmy małe, które stanowiły tylko 3 proc. ogólnej ilości przedsiębiorstw, miały 8 procentowy udział w tworzeniu budżetu państwa, ale zatrudniały ponad 12 proc. osób pracujących w sektorze przedsiębiorstw. Tak więc, w obu tych grupach przedsiębiorstw zatrudnionych było ponad 50 proc. osób pracujących w sektorze przedsiębiorstw i tworzyły one około 39 proc. budżetu państwa.

W mini firmach średnie wynagrodzenie osób w nich zatrudnionych wyniosło w 2017 roku 2822 złotych brutto (według raportu PARP o stanie sektora małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce, 2019 str.29) i było znacznie niższe od średniego zarobku osób zatrudnionych w małych i średnich przedsiębiorstwach (3981 zł i 4662 zł).

Poziom wynagradzania pracowników z poszczególnych sfer jest, w określonym stopniu, konsekwencją wielkości przychodów uzyskiwanych przez poszczególne firmy. Z kolei o wysokości udziału poszczególnych grup przedsiębiorstw w budżecie państwa decyduje, oczywiście poza samym systemem podatkowym, ich ilość i produktywność, przy czym wielkość udziału poszczególnych grup jest znacznie zróżnicowana. Najwyższa jest w grupie przedsiębiorstw największych, a w grupie przedsiębiorstw małych jest znacznie wyższa od mini firm. Zróżnicowanie to ma wpływ na wysokość średniej płacy brutto uzyskiwanej przez pracowników zatrudnionych w poszczególnych grupach przedsiębiorstw. Wysokość ich wynagradzania najczęściej stanowi podstawowe źródło utrzymania wielu tysięcy rodzin i warunkuje poziom ich życia. W warunkach istniejących w wielu małych i średniej wielkości miastach, a często również i niektórych wsiach gminy, praca w takich firmach stanowi jedyną możliwość zatrudnienia w danej miejscowości czy nawet mini rejonie. Najczęściej jego alternatywą jest emigracja zarobkowa do dużego miasta lub poza granice kraju.

Dla poprawy sytuacji ekonomicznej i wzrostu konkurencyjności tej grupy przedsiębiorstw koniecznym jest nie tylko działanie państwa na rzecz ograniczania wpływu pandemii na ich sytuację, ale równoczesne uruchamianie różnorakich instrumentów i działań wielu organizacji zapobiegających ich regresowi i umożliwiających rozwój. Dlatego też, istotne znaczenie ma nie tylko organizowanie różnych form pomocy w usprawnianie ich funkcjonowania, organizacji, logistyki realizacji poszczególnych procesów ale również wspieranie ich procesów innowacyjnych i współpracy z ośrodkami naukowymi. Inicjowane i realizowane działania powinny jednocześnie wspierać zwiększanie ilości takich przedsiębiorstw, szczególnie z wieloosobową kadrą efektywnych pracowników. Aktualnie pomoc w usprawnianiu działalności takich firm świadczą zarówno szkoły różnych szczebli , jak i wiele organizacji branżowych. Można jednak stwierdzić, że działania takie nie zawsze są efektywne. Szczególnie jeżeli ocenia się ich innowacyjności i adaptację osiągnięć naukowych dla potrzeb praktycznego działania. Jednocześnie niewystarczającą jest działalność uświadamiająca, szczególnie kadrze kierowniczej wielu mini i małych firm, potrzebę znajomości i umiejętności wykorzystywania nowoczesnych metod zarządzania prowadzoną działalnością.

O potrzebie podjęcia takich działań świadczy wiele opinii i wyników wielu badań. Jedną z nich jest opinia prof. Lesława Habera ( wg „Zarządzanie małą firmą – możliwości i bariery w warunkach polskiej gospodarki „ Zeszyt Naukowy Wyższej Szkoły Zarządzania i Bankowości” w Krakowie , numer 42,2016 str. 74). Zgodnie z którą, jedną z przyczyn niskiej dochodowości (a w konsekwencji również przychodowości) działania tych firm jest świadomościowy stereotyp wielu przedsiębiorców, że im mniejsza firma, tym mniejsze są wymagania dotyczące umiejętności i kompetencji w zakresie zarządzania. Istotną metodą usprawniania funkcjonowania takich firm powinno być szkolenie ich kadry kierowniczej, a w przedsiębiorstwach produkcyjnych unowocześnianie wykorzystywanych przez nie technik i technologii produkcji.

Dlatego też dla efektywnego zarządzania, również tej wielkości firmami, konieczna jest nie tylko znajomość, ale również umiejętność stosowania w praktyce podstawowych jego zasad jakimi są; planowanie, organizowanie, rozkazywanie, koordynowanie i kontrolowanie. Jednocześnie koniecznym jest przyjecie fundamentalnego stwierdzenia twórców nauki o zarządzaniu, że efektywne kierowanie nie jest tylko sprawą osobistego talentu lecz nabytych umiejętności w wyniku nauki i doświadczenia. Dlatego też, podnoszenie kwalifikacji kadry, w tym szczególnie mini i mały firm, ma również istotne znaczenie dla wspierania ich odbudowy i rozwoju.
Wspieranie takie powinno więc polegać zarówno na organizowaniu szkoleń z zakresu ogólnych problemów zarządzania, jak i specjalistycznych, związanych ze specyfiką określonej branży czy rodzajem działalności. Dlatego też, oprócz organizowania doradztwa w zakresie problemów zarządzania istotnym jest prezentowanie dorobku i osiągnięć określonych przedsiębiorstw , czy form i rodzajów działalności.

Przy rozważaniu metod wspierania działalności takich firm istotnym jest prezentowania nie tylko ich potrzeb ale również już prowadzonej w tym zakresie działalności różnych podmiotów i organizacji oraz osiągnięć. Dlatego też, w aktualnej sytuacji gospodarczej i epidemiologicznej kraju, szczególne znaczenie ma nie tylko pokazanie istniejących ograniczeń i zagrożeń, ale przede wszystkim możliwości ich przezwyciężania i rozwoju działalności. Ma to szczególne znaczenie dla mieszkańców małych i średnich miast, w których takie podmioty często są dominującymi czy jedynymi pracodawcami. Oczywistym jest, że również istotnym problemem jak pozyskanie pracy i godziwego zarobku jest problem mieszkania. Problem, który w obecnej sytuacji jest szczególnie istotnym.

Mieszkania a rozwój małych i średnich miast

Dla wszystkich ludzi. w grupie podstawowych ich potrzeb, oprócz potrzeby zabezpieczenia wyżywienia jest również konieczność zapewnienia mieszkania. W Polsce jest on jednym z najważniejszych problemów społecznych i gospodarczych. Pomimo realizowanych , na przestrzeni wielu ostatnich dziesięcioleci, różnorakich przedsięwzięć nie został on w istotnym stopniu rozwiązany.

Aktualnie, w Polsce średnio w jednym mieszkaniu mieszka 2,66 osoby. Stopień ich zagęszczenia jest na poziomie Rumunii i Węgier a znacznie większy niż w Niemczech, Czechach, Słowacji czy w Bułgarii. Po zakończeniu transformacji ustrojowej w Polsce, w 2015 roku zweryfikowano poprzedni szacunek potrzeb mieszkaniowych społeczeństwa i określono je na 4,0 do 5,0 mln mieszkań. Jednak według szacunku Lion,s Bank są one znacznie wyższe i wynoszą około 8,3 mln lokali. Dlatego też nadal istotnym problemem jest potrzeba dalszego rozwoju budownictwa mieszkaniowego.

Aktualnie istotnym problemem polityki mieszkaniowej jest nie tylko ilościowy rozwój tego budownictwa, ale również zwiększenie ilości mieszkań przeznaczonych na wynajem, a w tym szczególnie mieszkań małych, o niższych kosztach ich najmu. W Polsce nadal dominuje model rozwiązywania problemu mieszkaniowego w wyniku zakupu mieszkania. Jego odzwierciedleniem jest to, że ponad 80 proc. obywateli mieszka w własnych mieszkaniach a z corocznie oddawanych do użytku mieszkań tylko około 20 proc. przeznaczonych jest na wynajem. Sytuacja ta jest odmienna od istniejącej w państwach Europy Zachodniej. W tamtych państwach udział ten jest znacznie wyższy i tak np. w Niemczech wynosi aż 60 proc., we Francji 50 proc. i podobnie w Szwecji. Jednocześnie w państwach tych wprowadzona jest, najczęściej częściowa, ale jednak regulacja czynszów, co jest istotnym czynnikiem stabilizującym ten rynek.
Na podstawie analizy sprzedaży mieszkań oddawanych do użytku w Polsce, można stwierdzić, że szczególnym popytem wielu ludzi, szczególnie młodych i mało zarabiających , cieszą się mieszkania małe, o powierzchni 30 – 40 m kw. Znalazło to odzwierciedlenie w zwiększeniu ich udziału w strukturze mieszkań oddawanych do użytku. Dostępność takich lokali ma istotne znaczenie przy podejmowaniu decyzji o ich najmie. Przy jego wyborze, szczególnie brany jest pod uwagę charakter lokalnego lub najbliższego rynku pracy i atrakcyjność danej miejscowości a dopiero w następnej kolejności koszt wynajmu lokalu i standard jego wyposażenia. Dlatego też, wśród wynajmujących dotychczas preferowane są oferty z dużych aglomeracji i ośrodków gospodarczych lub ich najbliższego otoczenia. Przykładem takiej oceny mogą być ceny najmu lokali na terenie Warszawy i województwa mazowieckiego. W Warszawie, za wynajem mieszkania na Targówku, rozwijającej się dzielnicy Warszawy (do, której budowana jest nowa linia metra), wynajmując mieszkanie o powierzchni 29 m kw. trzeba miesięcznie płacić 1800 zł i najczęściej ponosić koszty mediów. Na Ursynowie, za wynajem mieszkania o powierzchni 33 m kw. trzeba zapłacić 2300 zł. Jednocześnie w Płocku wynajem mieszkania o powierzchni 31 m kw. kosztuje 1000 zł a za 39 m kw. trzeba zapłacić 1200 zł. Podobnie jest w Siedlcach, gdzie wynajem mieszkania o powierzchni 28 m kw. kosztuje 1100 zł, a o powierzchni 48 m kw. 1100 złotych. Analiza ta uzasadnia rozwój budownictwa mieszkaniowego poza dużymi ośrodkami miejskimi, szczególnie w mniejszych ośrodkach miejskich , a może nawet w wsiach gminnych, które są atrakcyjne z uwagi na rozwój działalności gospodarczej lub innych czynników ich rozwoju.

Przy tak zróżnicowanym rynku nieruchomości wielu osób pracujących i zarabiających miesięcznie poniżej 3 tys. złotych brutto i netto ( zależne od formy zatrudnienia) w granicach 2150 zł do 2500 zł, a medianie , czyli dominującej wysokości wynagrodzenia w tej grupie, około 1600 zł, nie stać nie tylko na zakup ale również wynajem mieszkania. Dlatego też,
koniecznym jest zwiększenie i przyspieszenie budowy mieszkań przeznaczonych nie tylko na sprzedaż , ale również na wynajem, w tym szczególnie przez prawie 3 mln najmniej zarabiających pracowników
(przy ponad 15 mln osób pracujących ogółem). Tym samym szczególne znaczenie ma tworzenie możliwości pozyskania samodzielnego zamieszkania przez ludzi młodych, jak i osoby ich poszukujących w związku z możliwością pozyskania pracy.

Wprowadzone w okresie epidemii, ograniczenia w kontaktowaniu się ludzi zwiększyły zainteresowanie zamieszkaniem poza największymi ośrodkami miejskimi, a z drugiej strony , postępująca recesja gospodarcza i drastyczny spadek oprocentowania lokat bankowych nasilił zainteresowanie inwestycjami w nieruchomości, w tym zakup mieszkań z przeznaczeniem ich na wynajem. Na podstawie obserwacji zmian zachodzących na rynku nieruchomości, szczególnie wśród potencjalnych ich nabywców, można stwierdzić zwiększone zainteresowanie zakupem lokali poza centrami największych ośrodków miejskich, w tym również domów i lokali z ogródkami. Stwierdzono również, na podstawie negatywnych ocen dotychczasowych efektów realizacji rządowych inicjatyw zwiększenia budownictwa domów z mieszkaniami na wynajem,, że liczący się ich przyrost można uzyskać tylko w wyniku inwestycji prywatnych. Pokazano również, że z pośród wielu różnych metod jego rozwoju, liczący jego wzrost można uzyskać w wyniku wykorzystania metody „condomieszkanie”.
Organizacje działające tą metodą mogą być zarówno inwestorami budowy domów z mieszkaniami na wynajem, jak i nabywcą gotowych obiektów oraz zarządzającymi nimi tj. zarówno ich wynajmowaniem, jak i administrowaniem nimi. Organizacje/firmy takie mogą powstawać w oparciu o środki finansowe istniejących już organizacji (np. firm developerskich) ale również ze sprzedaży jednostek uczestnictwa w niej mniejszych inwestorów. Metoda taka może być szczególnie interesującą dla drobnych inwestorów kapitałowych i konkurencyjną dla lokat bankowych. Aktualnie złożone w bankach niewielkie lokaty są najczęściej oprocentowane w wysokości od 0,1 do 0,5 proc. w skali roku. Natomiast środki ulokowane w działalność firm typu condomieszkanie (na podstawie przeprowadzonej symulacji wyników) powinny umożliwiać osiągnięcie zysk brutto w wysokości 4 – 5 proc. rocznie.

Rozwój budownictwa mieszkaniami na wynajem, przy wykorzystaniu jego różnych metod, może być istotnym czynnikiem rozwoju wielu mniejszych miejscowości. Jednak „kołem zamachowym” tego rozwoju jest
funkcjonowanie różnej wielkości firm usługowych, produkcyjnych i handlowych. Natomiast dla rozwoju rynku z mieszkaniami na wynajem istotnym jest , aby władzom samorządowym poszczególnych miejscowości udało się pozyskać liczących się uczestników jego tworzenia i rozwoju. Z uwagi na rolę takiego rynku w rozwoju poszczególnych miejscowości, a w tym również lokalnych rynków pracy, niezwykle istotne znaczenie ma aktywna działalność samorządów terytorialnych, szczególnie szczebla gminnego, czy miejskiego. Dla wdrożenia takiej metody rozwoju rynku z mieszaniami na wynajem istotnym jest , aby jej inicjatorom udało się pozyskać liczących się uczestników jej tworzenia i rozwoju. Z uwagi na jej charakter i oraz skalę potrzeb mieszkaniowych, podstawowe znaczenie ma udział w jej realizacji zarówno firm developerskich , samorządów gmin jak i drobnych inwestorów. Jednocześnie szczególne znaczenie dla jej powodzenia ma stworzenie zainteresowania nią i pozytywnej oceny ze strony ludzi młodych i mniej zamożnych. Dlatego też, szczególną rolę do spełnienia mają zarówno sami deweloperzy, jak i poszczególne samorządy terytorialne oraz niektóre organizacje pozarządowe.

Kto może wspierać aktywizację gospodarczą małych miast ?

Działanie dla ograniczenia negatywnych wpływu pandemii na sytuację gospodarczą w małych miastach polski muszą być realizowane wielotorowo. Z jednej strony, muszą to być działania rządu, wspierające funkcjonujące podmioty gospodarcze i stwarzające możliwości efektywnego ograniczania negatywnych skutków pandemii oraz samorządy terytorialne, a z drugiej strony, działania środowisk naukowych, uczelni, samorządów branżowych oraz różnorodnych podmiotów prywatnych i organizacji pozarządowych. Jak wynika z dostępnych informacji, w czasie pandemii i po jej wygaszeniu jednymi z najważniejszych problemów małych i średniej wielkości miast , jest i prawdopodobnie będzie przeciwdziałanie bezrobociu oraz budownictwo mieszkaniowe, a w tym szczególnie budowa mieszkań na wynajem. Pewien wpływ na rozwiązania w obu tych sferach może mieć działalność organizacji pozarządowych. Działania takie powinny dotyczyć szczególnie wspierania funkcjonowania i rozwoju mini i małych przedsiębiorstw oraz rozwoju budownictwa mieszkań na wynajem , z uwzględnieniem specyfiki mieszkań dla ludzi niezamożnych i młodych.

Dlatego powinny one być realizowane niejako na dwóch poziomach. Pierwszym, prezentującym wagę obu tych problemów dla tej grupy miast i możliwości różnorodnych działań dla ich rozwiązywania oraz drugim, wskazującym lub inspirującym utworzenie podmiotów doradzających firmom sposoby poprawy efektywności ich działania.

Czynnikiem inicjującym podjęcie problemu wpływu pandemii na funkcjonowanie małych miast może być zorganizowanie poświeconej jemu konferencji. Organizatorem takiej konferencji może być określony instytut lub organizacja pozarządowa, przy współudziale np. samorządu terytorialnego i Związku Gmin Polskich (lub pod patronatem określonego samorządu terytorialnego lub np. marszałka województwa) .Proponowana konferencja powinna być adresowana zarówno do przedsiębiorców, samorządów terytorialnych jak i innych podmiotów mogących wspierać ich działalność.

Ważnym jest również, aby jej organizatorzy mogli pozyskać do współpracy zarówno naukowców zajmujących się problemami zarządzania, jak i praktyków prowadzących działalność gospodarczą , szczególnie w mini i małej skali. Istotnym jest również nawiązanie współpracy z Polską Agencją Rozwoju Przedsiębiorczości i Rzecznikiem Małych i Średnich Przedsiębiorstw oraz innymi organizacjami zajmującymi się sprawami rozwoju gospodarczego i społecznego kraju.

Sukces związkowców z Avon Distribution

Sukcesem zakończyły się długie negocjacje między Komisja Zakładową Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza przy Avon Distribution w Garwolinie a kierownictwem zakładu.

Porozumienie w sprawie warunków pracy i wynagrodzenia podczas epidemii pokazuje, że zabezpieczenie miejsc pracy i uchronienie pracowników przed radykalnymi obniżkami płac jest możliwe, choć niełatwe.

Garwolińskim związkowcom udało się zmniejszyć wielkość proponowanej obniżki wymiaru pracy i wynagrodzeń z zaproponowanych początkowo przez pracodawcę 20 proc.– czyli maksymalnego wymiaru przewidywanego przez ustawę – do poziomu 5 proc. Ponadto pracownicy zakładów otrzymują wraz z porozumieniem czteromiesięczną gwarancję utrzymania zatrudnienia.

Koszty solidarnie rozłożone

Co niezwykle ważne, udało się zablokować bardzo niekorzystną propozycję pracodawcy by przedłużyć okres rozliczeniowy do końca roku kalendarzowego. Jest to rozwiązanie, które samo w sobie otwierałoby furtkę do nadużyć w rozliczaniu czasu pracy i wynagrodzeń pracowników, deregulujące warunki pracy i wprowadzające niepewność i niestabilność zatrudnienia.

Porozumienie przewiduje rozłożenie kosztu kryzysu na wszystkich pracowników solidarnie: obejmuje prócz pracowników operacyjnych także kadrę kierowniczą. Wprowadzono także korzystne zapisy dotyczące sposobu naliczania wynagrodzeń i dodatków: naliczenie premii czy naliczania ewentualnych odpraw na podstawie wynagrodzenia sprzed obniżki, a także zapis o zachowaniu przez pracowników pełnego wymiaru urlopu wypoczynkowego.

Pracowniku, nie poddawaj się

Udane negocjacje przeprowadzone przez działaczki i działaczy OZZ IP powinny być inspiracją dla pracowników i związkowców w całym kraju. Nikt inny oprócz zorganizowanych przedstawicieli świata pracy nie obroni ich interesu, a jak pokazuje praktyka – ze względu na niski poziom uzwiązkowienia w Polsce bardzo często przedsiębiorcy podpisują porozumienia w takiej postaci, w jakiej jest to dla nich wygodne, nie pytając pracowników o zdanie. Wyłaniają „reprezentację pracowniczą”, która zaakceptuje wszystko, o co się ją poprosi.

Dzięki staraniom związkowców z Avon Distribution, przy wsparciu Komisji Krajowej IP, powstało porozumienie, w którym tarcza broni nie tylko przedsiębiorstwo, ale i pracującą w nim dzień w dzień podczas trwającej epidemii załogę. I jest to rozwiązanie, które ani nie rujnuje zakładu pracy, ani nie wpędza pracowników w desperackie położenie.

Dodatek solidarnościowy tylko dla nielicznych

Związki zawodowe oczekiwały, że obiecane przez Andrzeja Dudę świadczenie solidarnościowe będzie uzupełniać zasiłek dla bezrobotnych. Rządowy projekt jest dla nich rozczarowaniem.

Świadczenie czy też dodatek solidarnościowy miały wynosić 1400 zł – obiecywał prezydent. I to akurat się zgadza. Dalsze szczegóły są dla obrońców praw pracowniczych raczej niemiłym rozczarowaniem.
Świadczenie przeznaczone jest dla osób, które straciły pracę po 31 marca i będzie mogło być wypłacane maksymalnie przez trzy miesiące. Kto złoży wniosek w czerwcu i spełni kryteria, dostanie pieniądze w tym miesiącu, a potem w lipcu i sierpniu. Chyba, że na mocy nowego rozporządzenia rada ministrów uzna, iż sytuacja na rynku pracy nadal jest bardzo trudna, a bezrobotni nie mają perspektyw na znalezienie zatrudnienia.
Tylko dla etatowców
Prezydencki projekt przeznaczony jest wyłącznie dla osób, które do końca marca były zatrudnione na etatach. Ponadto, aby otrzymać świadczenie w należy udowodnić, że w 2020 r. podlegało się ubezpieczeniom społecznym z tytułu stosunku pracy przez minimum 90 dni. Kto miał „śmieciówkę” i stracił zajęcie już na początku kryzysu nadal może liczyć tylko na wsparcie zapisane w pierwszej „tarczy antykryzysowej” – nieco ponad 2000 zł, o które zresztą wniosek powinien złożyć pracodawca. I często nie składa, by uniknąć zbędnych wyjaśnień, dlaczego zatrudniał w oparciu np. o umowy zlecenia, gdy spełnione były kodeksowe warunki etatu.
Z dodatkiem, bez zasiłku
Związki zawodowe dość wyraźnie sugerowały rządowi, że optymalna pomoc na czas kryzysu polegałaby na radykalnej podwyżce zasiłku dla bezrobotnych i równoczesnym wypłacaniu dodatkowego świadczenia. Gotowy projekt ustawy oparty na takich założeniach przygotował parlamentarny klub Lewicy. Tak jednak nie będzie. Projekt ustawy złożony przez prezydenta nie pozostawia żadnych wątpliwości.
– W przypadku nabycia prawa do dodatku solidarnościowego,prawo do zasiłku dla bezrobotnych lub stypendium, o których mowa w ustawie z dnia 20 kwietnia 2004 r. o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, z mocy prawa ulega zawieszeniu na okres od dnia nabycia prawa do dodatku solidarnościowego do dnia jego utraty – głoszą proponowane przepisy. Tylko status bezrobotnego będzie można uzyskiwać, niezależnie od składania dokumentów o dodatek.
Nie zapomniano nawet o tych, którzy zarejestrowali się jako bezrobotni na tyle wcześnie, by w czerwcu już otrzymać zasiłek, ale w tym miesiącu zawnioskują o dodatek solidarnościowy.
– W przypadku pobrania zasiłku dla bezrobotnych lub stypendium, o których mowa w ustawie z dnia 20 kwietnia 2004 r. o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy,w miesiącu złożenia wniosku o dodatek solidarnościowy, dodatek wypłacany jest za ten miesiąc w kwocie, o której mowa w ust. 1, pomniejszonej o wypłaconą kwotę tego zasiłku lub stypendium – czytamy.
Hojność władzy
Rząd łaskawie zgodził się jedynie, by okres pobierania dodatku solidarnościowego nie był wliczany do okresu pobierania zasiłku dla bezrobotnych, tym samym nie skracając okresu jego wypłacania. A także, by dodatek był nieopodatkowany.
W projekcie zapisano również planowane zmiany w zakresie wysokości zasiłku dla bezrobotnych. Ale i tu podwyżki nie zwalają z nóg. W pierwszych 90 dniach zasiłek miałby wynosić 1200 zł. Później – 942,30 zł. I wszystko to, jeśli dobrze pójdzie, dopiero od września.
Opracowany przez socjaldemokratów projekt ustawy o świadczeniu kryzysowym miał kosztować 3,6 mld zł miesięcznie, przewidywał świadczenie dla każdego zwolnionego z pracy oraz dla małego przedsiębiorcy, który zamknął działalność. Ustanawiał również zasiłek dla bezrobotnych na poziomie połowy ostatniego wynagrodzenia.

Żądamy tarczy społecznej

Związek Syndykalistów Polski i Federacja Anarchistyczna Wrocław zorganizowały w piątek 29 maja pierwszy od czasu ogłoszenia epidemii protest w Warszawie, pod hasłem obrony pracowników, bezrobotnych, lokatorów przed skutkami kryzysu. To oni, a nie przedsiębiorcy, stracili w ostatnich tygodniach najwięcej.

Pod budynkiem Sejmu zebrało się około 150-200 osób, w tym aktywiści socjalistyczni i anarchistyczni z Warszawy, Łodzi, Kielc, Krakowa. Połączył ich postulat wprowadzenia w życie Tarczy Społecznej, czyli prawdziwej polityki antykryzysowej. Jak podkreślali mówcy podczas demonstracji, dotychczasowe „tarcze antykryzysowe” nie przewidywały praktycznie żadnego wsparcia dla osób tracących zatrudnienie, symboliczną pomoc dla samozatrudnionych i pracowników na umowach śmieciowych. Otwierały też drogę do obniżania wynagrodzeń nawet w tych firmach, które posiadają rezerwy na trudne czasy

Prowadzący demonstrację Jakub Żaczek stwierdził, że potrzebny jest taki program antykryzysowy, który zagwarantuje, że pomoc ze środków publicznych trafi bezpośrednio do najbardziej potrzebujących, a nie posłuży do utrzymywania wysokich zysków. Przemawiający zaznaczali również, że prawdziwy „rynek pracownika” nigdy w Polsce nie zaistniał.

Owszem, przed kryzysem koniunktura w gospodarce była dobra, ale to nie świat pracy najwięcej na tym korzystał. Plagą pozostawały umowy cywilnoprawne stosowane zamiast etatów, coraz powszechniejsze było wymuszone samozatrudnienie, a Państwowa Inspekcja Pracy w obliczu łamania prawa pracy często okazywała się bezsilna. Drogą do poprawy tej sytuacji, mówiono, jest samoorganizacja pracowników w odważnych i demokratycznie zarządzanych związkach zawodowych.

Pozostałe postulaty, które powinny składać się na Tarczę Społeczną, to:
– wynagrodzenie postojowe w wysokości 100% dla wszystkich. Świadczenia awaryjnego dla wszystkich, o których rząd zapomniał (bezrobotni, poszukujący pracy).

– płatne zwolnienia chorobowe dla wszystkich chorych, niezależnie od warunków zatrudnienia. Darmowa opieka zdrowotnej i leków.

Udostępnienie środków bezpieczeństwa potrzebującym. Zwiększenie wydatków na służbę zdrowia. Podwyżki dla pracowników służby zdrowia i poprawa ich warunków pracy.

– Solidarność społeczna z pracownikami kluczowych sektorów! Zwiększenie zatrudnienia zamiast zmuszania pracowników do pracy w nadgodzinach.

– Wycofanie nowych mechanizmów prawnych, które ułatwiają firmom pogarszanie warunków pracy bez zgody pracowników. Wprowadzenie skutecznych mechanizmów zaskarżania zmian warunków pracy.

– Podwyżki i poprawa warunków pracy dla wszystkich nisko opłacanych pracowników. Godna płaca dla wszystkich!

– Specjalne wsparcie dla osób bezdomnych i osób żyjących w trudnych warunkach sanitarnych i mieszkaniowych (w tym w zagęszczeniu). Solidarność społeczna z ludźmi o wysokim ryzyku zachorowania. Wsparcie dla ofiar przemocy w rodzinie. Wakacje czynszowych i większe wsparcie dla lokatorów.

– Dostęp do świadczeń dla osób na umowach śmieciowych bez pośrednictwa zleceniodawców. Nowe uprawnienia dla Państwowej Inspekcji Pracy, pomoc prawna i ułatwienia dla pracowników zatrudnionych na umowach śmieciowych w zakresie ustalania istnienia stosunku pracy.

– Natychmiastowe zdjęcie zakazu zgromadzeń publicznych i protestów, gdy przestrzegane są normy sanitarne.

Do protestujących dołączyli przed Sejmem posłanka Agnieszka Dziemianowicz-Bąk oraz poseł Maciej Konieczny.

Demokratyzujmy. Uspołeczniajmy. Uzdrawiajmy

W artykule opublikowanym 16 maja w 26 gazetach w 23 krajach ponad 3000 naukowców z uniwersytetów na całym świecie wzywa do wyciągnięcia lekcji z kryzysu COVID-19 i przemodelowania naszych systemów gospodarczych tak, aby utworzyć bardziej demokratyczne i zrównoważone społeczeństwo.

Powstały w trakcie bezprecedensowego kryzysu zdrowotnego, klimatycznego i politycznego dokument pokazuje drogę wyjścia z kryzysu COVID-19 i kieruje się trzema podstawowymi zasadami: demokratyzacji (firm), dekomodyfikacji (pracy) i naprawy (polityki), aby szanować ograniczenia planety, a życie mogło się na niej rozwijać w zrównoważony sposób.

Manifest opracowało troje profesorów i profesorek: Isabelle Ferreras (FNRS-UCLouvain-Harvard LWP), Julie Battilana (Harvard University) i Dominique Méda (Paris Dauphine-PSL).

Pod listem podpisali się m.in. Thomas Piketty, Eva Illouz, Dani Rodrik, Chantal Mouffe, Jan-Werner Muller. Pełna lista sygnatariuszy dostępna jest na https://democratizingwork.org. Tekst podajemy za: Krytyka Polityczna https://krytykapolityczna.pl/gospodarka/naukowcy-praca-po-covid19-list/
Tekst został podpisany przez tysiące naukowców z całego świata i opublikowany przez media w 23 krajach na 5 kontynentach.

Ludzie pracujący to znacznie więcej niż tylko „zasób” – oto najważniejsza lekcja, którą wynosimy z obecnego kryzysu. Opiekujący się chorymi, dostarczający żywność, leki i inne niezbędne dobra, usuwający odpady, uzupełniający półki i obsługujący kasy sklepów spożywczych – to ludzie, dzięki którym jesteśmy w stanie żyć w trakcie pandemii COVID-19. Są żywym dowodem na to, że praca nie może być traktowana jako zwykły towar.

Ludzkie zdrowie i opieka nad najsłabszymi nie mogą być zarządzane jedynie przez siły rynkowe. Jeśli pozostawimy je wyłącznie rynkowi, ryzykujemy wzrost nierówności do tego stopnia, że życie stracą najmniej uprzywilejowani. Jak uniknąć tej niedopuszczalnej sytuacji?

Demokratyzując przedsiębiorstwa – poprzez włączenie pracowników i pracownic w podejmowanie decyzji dotyczących życia oraz przyszłości w ich miejscach pracy. Uspołeczniając i dekomodyfikując pracę – zbiorowo gwarantując użyteczne zatrudnienie dla wszystkich. W czasach, gdy stoimy w obliczu gigantycznego ryzyka pandemii oraz kryzysu klimatycznego, dokonanie tych strategicznych zmian zagwarantuje wszystkim obywatelom i obywatelkom godność, jednocześnie mobilizując zbiorowy wysiłek potrzebny, by wspólnie zachować życie na naszej planecie.

Dlaczego demokratyzujmy?

Każdego ranka mężczyźni i kobiety wstają, aby dostarczyć usługi tym z nas, którzy mogą sobie pozwolić na pozostawanie w kwarantannie. Część z nich czuwa przez całą noc. Godność ich pracy nie wymaga innegoopisu niż elokwentnie prosty termin „pracownik niezbędny” (essential worker). Termin ten unaocznia kluczowy fakt, iż kapitalizm zawsze starał się uczynić ich niewidzialnymi, określając mianem „zasoby ludzkie”.

Ludzie nie są tylko jednym spośród wielu zasobów. Bez nich jako osób inwestujących swoją pracę nie byłoby produkcji, usług, ani nie byłoby żadnych przedsiębiorstw.

Każdego ranka mężczyźni i kobiety pozostający w kwarantannie wstają w swoich mieszkaniach, aby zdalnie wypełniać misje organizacji, w których
pracują. Część z nich pracuje nocami. Swoją pracą dowodzą, że nie mieli
racji ci, którzy uważali, że pracownikom i pracownicom wykonującym
swoją pracę bez nadzoru nie można ufać oraz że są ludźmi
wymagającymi kontroli i dyscypliny zewnętrznej. Dniami i nocami
wykazują oni, że pracownicy oraz pracownice nie są tylko jednymi z
interesariuszy organizacji: są oni kluczowi dla sukcesu swoich
pracodawców i pracodawczyń. Mimo że stanowią rdzeń i bazę
W obronie lewicowego populizmu przedsiębiorstwa, są jednak zazwyczaj wykluczeni z udziału w zarządzaniu swoimi miejscami pracy – prawo to zmonopolizowane jest przez osoby inwestujące swój kapitał.

Na pytanie, w jaki sposób przedsiębiorstwa oraz społeczeństwo jako całość podczas kryzysu mogą wyrazić uznanie dla wkładu swoich pracowników i pracownic, odpowiedzią jest demokracja.

Z pewnością musimy powstrzymać rosnącą przepaść nierówności dochodowych oraz podnieść ich dolną granicę – jednak to nie wystarczy.
Po obydwu wojnach światowych niezaprzeczalny wkład kobiet w społeczeństwo pozwolił im uzyskać prawa wyborcze. Z tych samych powodów nadszedł czas, aby przyznać podobne prawa pracownikom i pracownicom.

Reprezentacja inwestujących swoją pracę istnieje w Europie od zakończenia II wojny światowej, za pośrednictwem instytucji zwanych radami pracowników. Jednak te organy przedstawicielskie mają niewielki udział w zarządzaniu przedsiębiorstwami i są podporządkowane decyzjom menadżerów i menadżerek zatrudnionych przez akcjonariuszy i akcjonariuszki.

Nie były one w stanie zatrzymać ani nawet spowolnić nieubłaganego przyspieszenia akumulacji kapitału, która służyła jedynie egoistycznym interesom oraz przyczyniała się coraz mocniej do niszczenia środowiska przyrodniczego.

Organom tym należy obecnie przyznać podobne uprawnienia do tych
posiadanych przez rady nadzorcze. Może to być np. osiągnięte przez
zobowiązanie zarządów przedsiębiorstw do uzyskania zgody podwójnej
większości, zarówno w organach reprezentujących pracowników i
pracownice, jak i w tych reprezentujących akcjonariuszy i akcjonariuszki.
W Niemczech, Holandii i Skandynawii różne formy współdecydowania
(Mitbestimmung), wprowadzane stopniowo po II wojnie światowej, były
kluczowym krokiem przyznającym pracownikom i pracownicom prawo
głosu – ale nadal nie są wystarczające, aby stworzyć w przedsiębiorstwach ich rzeczywiste obywatelstwo.

Nawet w Stanach Zjednoczonych, gdzie prawa pracownicze i prawa związkowe zostały znacznie ograniczone, rośnie obecnie poparcie dla przyznania inwestującym swoją pracę prawa do wyboru przedstawicieli i przedstawicielek dysponujących większością w radach nadzorczych. Kwestie takie jak wybór osoby stojącej na czele zarządu, ustalenie głównych strategii przedsiębiorstwa i podział zysków są zbyt ważne, aby pozostawić je jedynie udziałowcom i udziałowczyniom.

Osobista inwestycja swojej pracy, czyli swojego umysłu i ciała, swojego zdrowia – całego swojego życia – powinna pociągać za sobą zbiorowe prawo do zatwierdzania lub wetowania wymienionych wyżej spraw.

Dlaczego uspołeczniajmy?

Obecny kryzys pokazuje również, że pracy nie można traktować jako
towaru, a mechanizmy rynkowe nie mogą być wyłącznie odpowiedzialne
za decyzje o olbrzymim wpływie na nasze społeczności. Od lat
zatrudnienie i zaopatrzenie w produkty medyczne w sektorze opieki
zdrowotnej podporządkowane jest zasadzie zysku; pandemia ujawniła, w
jakim stopniu ta zasada nas oślepiła.

Określone strategiczne i zbiorowe potrzeby należy po prostu uodpornić
na dominującą regułę zysku. Rosnąca na całym świecie liczba zmarłych w
okrutny sposób przypomina nam, że pewne rzeczy nigdy nie mogą być
traktowane jako towar. Ci, którzy nadal twierdzą inaczej, za sprawą swojej
ideologii narażają nas na niebezpieczeństwo. Nie możemy tolerować
zysku jako miary naszego zdrowia oraz życia na naszej planecie.
Uspołecznienie pracy, lub inaczej jej dekomodyfikacja, oznacza ochronę
pewnych sektorów przed prawami tzw. wolnego rynku. To również
zapewnienie wszystkim ludziom dostępu do pracy i godności, jaką ona
przynosi.

Jednym ze sposobów jest stworzenie gwarancji zatrudnienia.

Artykuł 23. Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka mówi nam, że każdy
ma prawo do pracy. Gwarancja zatrudnienia nie tylko zapewniłaby
każdemu obywatelowi i każdej obywatelce dostęp do pracy pozwalającej
godnie żyć, ale także stanowiłaby istotny impuls dla naszej zbiorowej
zdolności do zmierzenia się z wieloma palącymi wyzwaniami społecznymi
oraz środowiskowymi, przed którymi obecnie stoimy. Gwarancja
zatrudnienia pozwoliłaby rządom, działającym za pośrednictwem społeczności lokalnych, zapewnić godną pracę, jednocześnie przyczyniając się do ogromnego wysiłku w walce z kryzysie klimatycznym.

Na całym świecie, gdy bezrobocie gwałtownie rośnie, programy gwarancji
zatrudnienia mogą odegrać kluczową rolę w zapewnieniu stabilności
społecznej, gospodarczej i środowiskowej naszych demokratycznych
społeczeństw. Unia Europejska musi uwzględnić taki projekt w ramach
Zielonego Ładu. Rewizja misji Europejskiego Banku Centralnego, aby mógł finansować takiego rodzaju program, który jest konieczny dla naszego przetrwania, dałaby EBC prawomocne miejsce w życiu wszystkich obywateli i obywatelek Unii Europejskiej. Takie antycykliczne rozwiązanie wobec nadchodzącej eksplozji bezrobocia będzie kluczowe dla przyszłego dobrobytu UE.

Uzdrowienie polityki i środowiska

Nie możemy reagować dziś z taką samą niewinnością jak w 2008 roku,
kiedy odpowiedzieliśmy na kryzys gospodarczy bezwarunkową pomocą
dla wielkich instytucji finansowych, która zwiększyła dług publiczny, nie
oczekując niczego w zamian.

Jeśli nasze rządy w czasie obecnego kryzysu zdecydują się interweniować w celu ratowania przedsiębiorstw, to muszą one również zdecydować się na spełnienie podstawowych warunków demokratyzacji.

W imieniu demokratycznych społeczeństw, którym służą i które je powołały, w imię odpowiedzialności za zapewnienie naszej planecie
przetrwania, nasze rządy muszą uzależnić swoją pomoc dla przedsiębiorstw od konkretnych zmian w ich zachowaniu.

Poza wymogiem przestrzegania rygorystycznych norm środowiskowych
przedsiębiorstwa muszą zostać zobowiązane do spełnienia pewnych
warunków demokratycznego zarządzania. Udane przejście od niszczenia środowiska do jego uzdrowienia i regeneracji będzie możliwe za sprawą demokratycznie zarządzanych przedsiębiorstw, w których strategiczne decyzje podejmowane będą za sprawą równoważnych głosów inwestujących swoją pracę oraz inwestujących swój kapitał. Mieliśmy wystarczająco dużo czasu, aby zobaczyć, co się stanie, gdy praca, planeta i zyski kapitałowe zostaną umieszczone na jednej szali w panującym teraz systemie: praca i planeta zawsze na tym przegrywają.

Dzięki badaniom prowadzonym na Wydziale Inżynierii Uniwersytetu  Cambridge wiemy, że możliwe do osiągnięcia zmiany w projektowaniu
[systemów pasywnych służących do generowania energii] mogą zmniejszyć globalne zużycie energii o 73 procent. Ale zmiany te są pracochłonne i wymagają podjęcia decyzji, które często są w krótkim okresie kosztowniejsze niż ich zaniechanie. Tak długo, jak przedsiębiorstwa kierują się zasadą maksymalizacji zysków inwestujących swój kapitał, a świat jest pełen taniej energii, po co wprowadzać te zmiany?

Mimo wyzwań związanych z transformacją środowiskową, niektóre
zorientowane prospołecznie i zarządzane spółdzielczo przedsiębiorstwa,
realizując hybrydowe cele łączące względy finansowe, społeczne i
środowiskowe oraz rozwijając demokratyczne mechanizmy zarządzania,
już teraz pokazały, że potencjał osiągnięcia pozytywnych efektów jest wysoki.

Nie możemy już dłużej oszukiwać samych siebie: większość inwestujących swój kapitał, gdy pozostawimy ich samym sobie, nie będzie dbać o godność inwestujących swoją pracę. Nie będą prowadzić  również działań przeciw katastrofie klimatycznej.

Dlatego potrzebny jest inny sposób. Zdemokratyzujmy przedsiębiorstwa,
zdekomodyfikujmy pracę i przestańmy traktować ludzi jak zasób. Wspólnie skoncentrujmy się na zachowaniu życia na naszej planecie.
**
Tłum. z j. angielskiego Mikołaj Pawlak, Adam Mrozowicki, Olga Nowaczyk