Szansa na pomoc

Wojska wierne rządowi Jemenu oraz partyzanci Huti zgodzili się opuścić miasto i port w Hudajdzie. To jedna z nielicznych dobrych wiadomości ze zrujnowanego, głodującego kraju – krok ten powinien ułatwić dostarczenie pomocy humanitarnej.

ONZ mówi o „ważnym kroku naprzód”, chociaż zaznacza, że na razie uzgodniono tylko pierwszą fazę wycofywania się sił zaangażowanych w konflikt i przyjęto założenia dotyczące fazy drugiej. Dobrym znakiem jest jednak fakt, że porozumienia uzgodnione jeszcze w grudniu podczas rokowań na neutralnym gruncie, dotyczące wycofania się z portów i dopuszczenia pomocy humanitarnej, nie pozostały martwą literą, jak wiele innych prób zakończenia wyniszczającej Jemen wojny domowej. Złym – że nie uzgodniono harmonogramu wycofywania się z portów. Obok najważniejszego, Hudajdy, chodzi także o Salif i Raf Issa.

Ponadto w Hudajdzie wszelkie zbrojne formacje mają opuścić te części miasta, gdzie składowana jest pomoc humanitarna. To stamtąd w ostatnich tygodniach docierały alarmujące doniesienia o żywności, która pozostaje w magazynach i niszczeje, bo przez działania wojenne nie może być przetransportowana do ludności cywilnej, zwłaszcza na dalszą prowincję.

Mediatorem podczas rozmów był duński generał Michael Lollesgaard, przewodniczący komitetu koordynacyjnego, który pośredniczy między Huti i wojskami lojalnymi wobec jemeńskiego rządu.
Jeśli porozumienie naprawdę zostanie wprowadzone w życie, żywność i produkty medyczne będą mogły dotrzeć do milionów potrzebujących Jemeńczyków. To jednak kropla w morzu potrzeb. Według WHO z powodu niedożywienia w kraju tym zmarło już przynajmniej 85 tys. ludzi (to dane z jesieni), a głód i epidemia cholery zagraża praktycznie całej populacji. Dramat nie skończy się, dopóki Arabia Saudyjska będzie kontynuować, z przyzwoleniem zachodnich „demokratów”, swoją interwencję u południowego sąsiada.

85 tys. dzieci zagłodzonych

Co najmniej 85 tys. najmłodszych mieszkańców Jemenu – w wieku poniżej pięciu lat – zmarło z głodu w ciągu trzech lat wojny domowej i interwencji Arabii Saudyjskiej – oszacowała organizacja Save the Children.

 

Klęska głodu towarzysząca wojnie domowej w Jemenie to bezpośrednia konsekwencja blokady granic tego kraju wprowadzonej przez Arabię Saudyjską. Żywność, paliwo i pomoc humanitarna docierają do państwa, które jeszcze przed wojną było jednym z najbiedniejszych w regionie, wyłącznie przez porty w Hudajdzie i Adenie. Pierwszy jest jednak od kilku miesięcy przedmiotem zaciętych walk, drugi natomiast kontrolują siły lojalne wobec rządu, któremu sprzyjają Saudowie. Nie ma więc żadnej gwarancji, że kierowana tam pomoc trafi tam, gdzie sytuacja jest najtrudniejsza, czyli na tereny kontrolowane przez partyzantów Huti.

Save the Children zaznacza, że szacowana liczba 85 tys. najmłodszych ofiar głodu jest w rzeczywistości oceną bardzo ostrożną i ofiar może być w rzeczywistości więcej. Przede wszystkim – codziennie umierają kolejne dzieci. Obecnie z powodu niedożywienia w Jemenie cierpi 1,3 mln dzieci i łącznie 14 mln obywateli, czyli połowa całej populacji. Brak żywności to tylko część problemu. Wojna doprowadziła do zniszczenia infrastruktury medycznej, więc osoby chore i osłabione często nie mogą liczyć na pomoc lekarzy. Ponadto znacząca część pracowników od dawna nie dostaje wypłaty, a wszystkie wynagrodzenia pożera inflacja. Dochodzi do dramatycznych sytuacji, gdy np. w Adenie żywność jest dostępna na bazarach, ale ludzi na nią nie stać.

 

Przy aprobacie świata

Trudno ustalić konkretną liczbę ofiar cywilnych wojny domowej w Jemenie. Większość szacunków mówi o 11 tysiącach, choć pojawiają się i takie, według których trwający już niemal trzy i pół roku konflikt pochłonął nawet 50 tysięcy osób. Jedno jest pewne – zbrodnie wojenne popełnia się na porządku dziennym. Przy aprobacie świata.

 

W miniony wtorek, 28 sierpnia, grupa ekspertów powołanych przez ONZ do zbadania sytuacji w Jemenie, ogłosiła, że wojna prowadzona jest „z zupełnym lekceważeniem losu milionów cywilów”. Zdaniem grupy, zarówno koalicyjne wojska Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich (wspierane sprzętowo m.in. przez USA i Wielką Brytanię), jak i sprzymierzeni z Iranem rebelianci Huti, świadomie atakują cele cywilne. „Mamy uzasadnione podstawy, aby twierdzić, że siły rządowe, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Arabia Saudyjska odpowiadają za łamanie praw człowieka. Żadna ze stron nawet nie próbuje ograniczyć liczby cywilnych ofiar” – przyznał Charles Garraway, brytyjski prawnik i jeden z członków grupy.

Tymczasem niemal każdego tygodnia media donoszą o kolejnych ofiarach. Na inaugurację swojej interwencji zbrojnej w marcu 2015 r., saudyjskie lotnictwo zrównało z ziemią obóz dla uchodźców, rynek oraz przychodnię w północnym Jemenie. Do najkrwawszego ataku doszło zaś 8 października 2016 r., kiedy Saudyjczycy zbombardowali halę, w której odbywała się ceremonia pogrzebowa. Szacuje się, że zginęło wówczas 155 osób, a ponad pół tysiąca został rannych. Zaledwie trzy tygodnie temu jedna z bomb spadła na autobus szkolny, zabijając 40 dzieci. Jak dowiodło tego niedawne śledztwo dziennikarzy CNN, znaczna część broni wykorzystywanej przez siły koalicyjne pochodzi ze Stanów Zjednoczonych. W listopadzie 2017 r. senator Chris Murphy wprost oskarżył USA o współudział w doprowadzeniu do „humanitarnej katastrofy” w Jemenie.

W stosunku do Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, opublikowany 28 sierpnia raport specgrupy ONZ stwierdza: „Wojska koalicyjne od marca 2015 r. nałożyły poważne ograniczenia w dostępie – drogą morską i powietrzną – do Jemenu. Mamy poważne podstawy, aby sądzić, że te ograniczenia łamią międzynarodowe prawo humanitarne. Co więcej, zamknięcie dostępu do portu w Sanie łamie prawo chroniące chorych i rannych. Zważywszy na przyświecające im intencje, powyższe działania można uznać za zbrodnie wojenne.

Chociaż zdaniem ONZ za większość ofiar cywilnych odpowiada saudyjskie lotnictwo, również rebelianci Huti nie przebierają w środkach, aby osiągnąć przewagę militarną. W listopadzie 2017 r. wspierane przez Iran siły ostrzelały cywilne osiedle w mieście Taiz w południowozachodnim Jemenie. Siedmioro dzieci zginęło, a czwórka odniosła poważne rany. Dodatkowo, wysoką – choć trudną do oszacowania – liczbę ofiar powodują blokady miast, które uniemożliwiają organizacjom humanitarnym dotarcie z żywnością i lekarstwami.

Obserwatorzy ostrzegają, że przedłużające się walki nieuchronnie prowadzą do klęski głodu, która może pochłonąć nawet 8 milionów istnień ludzkich. Oznacza to, że wkrótce jedna czwarta całej populacji zostanie pozbawiona jedzenia i wody. Jak zwykle do najbardziej poszkodowanych należą najmłodsi. Dzieci są narażone nie tylko na głód i przemoc, ale także na brak dostępu do edukacji. Kolejny rok nie zdołano uruchomić większości szkół, co będzie niosło konsekwencje dla Jemenu na wiele lat już po zakończeniu wojny.

Co więcej, obie strony bezpośrednio wykorzystują niepełnoletnich do walki. Według raportu ONZ, „zarówno jemeński rząd i koalicyjne siły, jak również rebelianci Huti, przymuszają dzieci do służby wojskowej lub do udziału w grupach paramilitarnych, aktywnie wykorzystując ich w organizowanych przez siebie aktach przemocy. W większości przypadków, pobór dotyczy dzieci w wieku od 11 do 17 lat, lecz mówi się także o rekrutowaniu nawet ośmiolatków”.

Opublikowany raport wskazuje także na pogarszającą się sytuację kobiet: „Świadkowie i ofiary opisują ciągłą i powszechną agresję sił wojskowych, włączając w to przemoc seksualną, której dopuszczają się m.in. żołnierze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Wśród przykładów znajdują się gwałty – dokonywane na kobietach i mężczyznach – oraz seksualne wykorzystywanie uchodźców, migrantów i pozostałych podatnych grup”. Tym samym potwierdzone zostały doniesienia Associated Press z czerwca, mówiące o funkcjonowaniu w Jemenie 18 tajnych więzień, gdzie przetrzymywani poddawani są torturom i gwałtom.

Reakcja zainteresowanych stron na raport ONZ nie napawa nadzieją. James Mattis, sekretarz obrony USA, oświadczył, że Stany Zjednoczone nie zauważyły, aby w Jemenie dochodziło do „lekceważenia ludzkiego życia”. Jego zdaniem wojska koalicyjne uczą się na błędach i czynią wszystko, co możliwe, by zapobiec kolejnym ofiarom. Podobne zdanie wyraziły Wielka Brytania i pozostałe zachodnie państwa, dla których przedłużająca się wojna w Jemenie to doskonała okazja do sprzedaży sprzętu wojskowego. Z kolei dwa najbardziej zainteresowane państwa, tj. Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie, obiecały „szczegółowe zapoznanie się z raportem”, zastrzegając jednak, że najważniejszym celem jest powstrzymanie „irańskiego okrążenia” w regionie.

O raporcie ONZ milczą światowe media. Poza drobnymi wzmiankami, zarzuty o zbrodnie wojenne nie doczekały się głębszej analizy ani w USA, ani w Unii Europejskiej. Tymczasem bez presji mediów i społeczeństw na próżno oczekiwać szybkiego zakończenia wojny w Jemenie. Przy tak wielu zaangażowanych interesach i pieniądzach, nawet 50 tys. ofiar okazuje się zbyt małą ceną.

Wenezuela jak Syria

Przyzwyczailiśmy się postrzegać kryzysy humanitarne jako przede wszystkim rezultaty konfliktów zbrojnych. Tak jest, np. z Syrią, gdzie trwająca od kilku lat wojna domowa uruchomiła procesy migracyjne na skalę niespotykaną we współczesnym świecie. Nie trzeba jednak tak dramatycznych wydarzeń, aby z milionów ludzi uczynić uchodźców.

 

W ciągu minionych dwóch lat z Wenezueli uciekło ok. 2,3 mln osób. Tak przynajmniej twierdzą eksperci ONZ. Według innych danych, poza granicami kraju może obecnie przebywać nawet 4 mln Wenezuelczyków. Oznacza to, że od 2016 r. Wenezueli ubyło ponad 10 proc. obywateli. Na próżno szukać podobnych przykładów tak szybkiego i drastycznego uszczuplenia liczby mieszkańców w najnowszej historii świata.

Powodem tego exodusu nie jest bowiem wojna domowa czy klęska żywiołowa, lecz tragiczny stan krajowej gospodarki. W wyniku spadku cen ropy w 2014 r., a przede wszystkim sankcji nałożonych na socjalistyczny rząd w Caracas, wenezuelska gospodarka skurczyła się o połowę. Odgórne próby ratowania państwowych finansów przyniosły odwrotne skutki. Przy minimalnej miesięcznej pensji poniżej 8 dolarów, zakup nawet najbardziej podstawowych produktów przekracza możliwości przeciętnego Wenezuelczyka. Litr mleka osiągnął cenę 1 dolara, tyle samo trzeba zapłacić za kilogram ziemniaków i bananów. Wysokie koszty to jedno, braki w zaopatrzeniu to drugie. Żywność zdobywa się przede wszystkim na czarnym rynku, gdzie ceny mogą być kilkakrotnie wyższe niż te oficjalne. Zresztą trudno pisać o jakiejkolwiek stabilizacji cenowej przy inflacji zbliżającej się do miliona procent. Dość powiedzieć, że na skutek kryzysu w ostatnich kilku miesiącach każdemu Wenezuelczykowi ubyło średnio 11 kg.

Trudno zatem dziwić się desperacji tych, którzy na potęgę opuszczają swój kraj. W wielu przypadkach chodzi bowiem nie tyle o lepsze życie, co o zwyczajne przetrwanie. Jeśli przeciętnego mieszkańca kraju nie stać na zapewnienie sobie i swoim najbliższym minimum żywności i lekarstw, wówczas decyzja o wyjeździe staje się nie jedną z kilku opcji, lecz zwykłą koniecznością. Zdaniem więc przedstawicieli ONZ już można mówić o kryzysie uchodźczym w Ameryce Południowej, porównywalnym w skali i problemach do tego wywołanego wojną w Syrii.

Tak, jak na Bliskim Wschodzie, tak i w Ameryce Południowej rodziny wyprzedają cały swój dobytek, aby tylko uciec przed głodem. I tak jak na Bliskim Wschodzie jest to podróż w jedną stronę, gdzie konieczność powrotu budzi większy strach niż wyjazd w nieznane i przebywanie w obozie dla uchodźców. „Sprzedaliśmy wszystko, co mieliśmy, łącznie z naszymi łóżkami. Nie mamy gdzie spać, nie mamy pieniędzy, żeby wrócić” – mówił jeden z Wenezuelczyków cytowany przez „The Washington Post”. Na całym świecie los uchodźców jest taki sam.

Wenezuelczycy uciekają przede wszystkim do sąsiedniej Brazylii i Kolumbii oraz Peru i Ekwadoru. Zdaniem obserwatorów, tylko do tych czterech państw każdego dnia przybywa między 2,7 tys. a 4 tys. uchodźców. W niewielkim Ekwadorze, którego liczba mieszkańców nie przekracza 17 mln, już prawdopodobnie znajduje się niemal pół miliona uchodźców. Każdego dnia ich populacja powiększa się. Wysoki Komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców ostrzega, że jeśli bogate państwa szybko nie wspomogą biednych, cała Ameryka Południowa stanie na krawędzi gospodarczej i politycznej zapaści. Innymi słowy, cały kontynent stanie się Wenezuelą, tylko wówczas nie będzie już gdzie uciekać.

Już w tej chwili nagły napływ tysięcy uchodźców powoduje napięcia w społeczeństwach goszczących. W zeszłym tygodniu doszło do zamieszek w północnej Brazylii, gdzie uciekinierzy z Wenezueli starli się z miejscowymi. Co prawda tym razem skończyło się tylko na kilku poturbowanych osobach po obu stronach, lecz w miarę napływu kolejnych tysięcy, sytuacja ta może ulec zaostrzeniu. Władze lokalne już zwróciły się do rządu federalnego o zamknięcie granicy. Zapewne w najbliższym czasie nie dojdzie do aż tak drastycznych ruchów, jednak nie jest wykluczone podjęcia ich w przyszłości.

Trzeba przyznać, że przy problemach trapiących Wenezuelę, a w ślad za nią niemal całą Amerykę Południowa, sytuacja w Europie wydaje się być ustabilizowaną. Tabuny uchodźców pojawiają się co najwyżej w opowieściach prawicowych polityków. W zeszłym roku statusem ochronnym w całej Unii Europejskiej objęto ok. 540 tys. osób. Przypomnijmy, że niemal taką samą liczbę uchodźców przyjął w ciągu ostatnich kilku miesięcy jeden Ekwador. W tym roku do Europy próbowało przedostać się niespełna 70 tys. migrantów, głównie z Bliskiego Wschodu. Ponad 1,5 tys. z nich utonęło.
Nie o same liczby tu jednak chodzi. Bez względu na to ilu uchodźców próbuje przekroczyć nasze granice, trzeba pamiętać, że każdy z nich posiada własną, dramatyczną historię. Tymczasem, jeśli obecna sytuacja w Ameryce Południowej niesie jakąś lekcję dla Polski i Europy, to przede wszystkim taką, że wcale nie potrzeba wojny, aby stanąć w obliczu wielkiego kryzysu humanitarnego. Uważamy za coś oczywistego, że konflikty zbrojne, obozy dla uchodźców czy głód przynależą do Bliskiego Wschodu i Afryki. Dlatego woleliśmy przymknąć oczy na setki tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci próbujących przedostać się do Europy w minionych latach, niż stworzyć dla nich rzeczywisty mechanizm pomocy. Tym razem się udało, następnym nie pójdzie już tak łatwo. Kto w Brazylii czy Ekwadorze jeszcze kilka miesięcy temu mógł przewidzieć, że znane z telewizji sceny z uchodźcami mogą stać się codziennością również dla nich? A jednak tak się stało. Bez wojen, bez kataklizmów. Pamiętając o tym, być może przestaniemy w końcu udawać, że mieszkamy w niezdobytej twierdzy i tragedie innych nas nie dotyczą.