Bez serca dla zwierząt

Dobrej zmiany dla zwierząt nie będzie. Szumnie zapowiedziana nowelizacja ustawy o ochronie zwierząt została okrojona do ogryzka. Nie tylko nie spuści psów z łańcucha, nie tylko nie wyeliminuje branży futrzarskiej, ale nawet zabraknie w niej miejsca na zakaz wykorzystywania zwierząt w cyrkach. W zasadzie już uczciwiej byłoby w ogóle nie kłaść jej na stół w obecnym kształcie. Udawanie, że los czworonogów nadal leży na sercu ekipie PiS jest zawracaniem głowy.

Rok temu oficjalna delegacja rządowa pojawiła się na wystawie w Parlamencie Europejskim i wystąpiła na tle klatek – taki samych, w których przetrzymywane są zwierzęta futerkowe w hodowlach. Dziś spokojnie możemy stwierdzić, że to był zwykły lans. Od początku byłam też sceptyczna co do występu Naczelnika Państwa w klipie „Vivy!”, choć koledzy-inicjatorzy starali się przekonać mnie, żeby nie zabijać tej inicjatywy nadmiernym krytycyzmem.

Wtedy wydawało się nam wszystkim, że słowo prezesa to słowo prezesa – nie będą mieli a odwagi go zlekceważyć ani członkowie rządu, ani partyjna wierchuszka. Jeżeli się je złamie, to nastąpi to wyłącznie w wyjątkowych okolicznościach – a z pewnością PiS będzie musiało długo i namiętnie się z tego tłumaczyć.

Dziś Kaczyński milczy na temat tego, dlaczego jego partia ostatecznie uległa nie tylko lobby futrzarskiemu, ale nawet cyrkowemu. Prezes albo stara się ukryć fakt, że ma w swoim ugrupowaniu niewiele do powiedzenia, albo nie chce się przyznać, że cynicznie zrobił wyborców w konia. Faktem jest, że podpisał się pod nowelą w obecnym, żenującym kształcie.

Odpowiedzialny za przygotowanie ustawy Krzysztof Czabański z PiS tłumaczył wypadnięcie z ustawy ustępu o cyrkach klasycznym „nie-da-siem”: – Ta sprawa wymagałaby z pewnością notyfikacji w Unii Europejskiej i to oznacza, że w tej kadencji nie mielibyśmy szansy na przeprowadzenie tej nowelizacji. Z tego powodu zrezygnowaliśmy z tego zakazu, ale w następnej kadencji zastanowimy się, czy do tej sprawy nie należy wrócić…

W czwartek 10 stycznia projekt po autopoprawce – wprowadzającej zasadnicze zmiany w projekcie – ponownie został skierowany do prac w parlamencie.

Sterylka na łańcuchu

W rozmowie z PAP Czabański ocenił, że szczególnie istotne są te zapisy projektu, które mają pomóc w walce z bezdomnością zwierząt – obowiązkowe chipowanie psów i kotów, uruchomienie centralnego rejestru zwierząt oraz powszechna sterylizacja zwierząt wyłapanych na terenie gminy.

Psy nie uwolnią się od łańcuchów. Stosowanie uwięzi nadal będzie dopuszczalne, ale będzie ona musiała mieć co najmniej 5 metrów i kończyć się obrożą niemetalową (często zwierzęta mają pseudoobrożę z łańcucha). Ponadto uwięź nie będzie mogła ważyć więcej niż 1/4 masy ciała zwierzęcia.

– Zobaczymy, czy to poprawi los zwierząt trzymanych na uwięzi i w zależności od tych wniosków po pewnym czasie zastanowimy się nad ewentualnym zakazem trzymania psów na uwięzi. Trzeba jednak mieć świadomość, że nie zawsze zmiana uwięzi na kojec oznacza poprawę warunków bytowych zwierzęcia – wymiary kojca niekiedy są tak małe, że psy nie mają w nich większej swobody poruszania się niż na długim łańcuchu – powiedział Czabański Polskiej Agencji Prasowej.

Projekt ma także zakazać tzw. pseudohodowli, w których rozmnażanie zwierząt odbywa się poza jakąkolwiek kontrolą. W tym celu zaproponowano zapis, zgodnie z którym jedynie rasowe psy i koty będą mogły być rozmnażane w celach handlowych (zwierzęta te będą musiały posiadać rodowód). Prócz tego wprowadzony zostanie zakaz prowadzenia schronisk dla zwierząt przez podmioty komercyjne.

– Schroniska nie będą prowadzone przez przypadkowe organizacje, ale jedynie te, które mają status organizacji pożytku publicznego, działają kilka lat, realizują swoje cele statutowe i nie ma do nich zastrzeżeń – powiedział Czabański. – Jako podatnicy wydajemy na ten cel znaczne środki – głównie za pośrednictwem gmin, które prowadzą akcje wobec bezdomnych zwierząt. Ale niestety często nasze pieniądze służą nie poprawie losów zwierząt, ale złym ludziom, którzy zarabiają na ich cierpieniu.

W 2016 roku Najwyższa Izba Kontroli opublikowała wstrząsający pokontrolny raport, w którym kontrolerzy pisali między innymi: „w trzech z trzynastu skontrolowanych schronisk nie utrzymywano właściwego stanu sanitarnego. W czasie prowadzonych oględzin stwierdzono, że zwierzęta przebywają w zanieczyszczonych i mokrych boksach, co świadczyło o zaległościach w sprzątaniu. Brudne i zawilgocone były także ich legowiska”. Prócz tego opisano, że w jednym z badanych schronisk „wbrew wymogowi art. 9 ust. 1 zwierzętom nie zapewniono stałego dostępu do wody pitnej”, a w dwóch innych „w dniu oględzin woda w części boksów była zamarznięta”.

Jutro będzie futro

Jak Krzysztof Czabański tłumaczy się z ulegnięcia futrzarzom? – Minister rolnictwa został zobowiązany do podniesienia wymagań wobec ferm zwierząt hodowanych na futra – tu głównie chodzi o norki – i zobaczymy, czy podniesienie tych standardów przyniesie korzystne skutki. Jeżeli nie przyniesie, wówczas do sprawy norek będziemy wracać – mówi.

Obrońcy praw zwierząt czują się oszukani. – Jesteśmy głęboko rozczarowani, że te ważne zapisy zniknęły z nowelizacji. Nie rozumiemy, dlaczego tak się stało – powiedział Oku.press prezes fundacji Międzynarodowy Ruch Na Rzecz Zwierząt „Viva!” Cezary Wyszyński. – Większość opinii publicznej jest przeciwna hodowli zwierząt na futra, ubojowi rytualnemu i wykorzystywaniu zwierząt w cyrkach. W każdym z tych przypadków jest to ponad 50 proc. Lobby futrzarskie zatriumfowało. Choć wielokrotnie pokazywaliśmy, że dochody z hodowli futerkowych nie są tak duże, jak mówią futrzarscy przedsiębiorcy. Większość ich argumentów „ekonomicznych” jest nieprawdziwa. Działanie tego przemysłu ma, oprócz oczywistego cierpienia zwierząt, także wiele innych negatywnych konsekwencji. Spadają ceny okolicznych ziem, pobliscy mieszkańcy nie mogą prowadzić np. działalności agroturystycznej czy upraw ekologicznych.

Zawiedziona jest również Rzeczniczka Praw Zwierząt powołana przez Polskie Towarzystwo Etyczne, mec. Karolina Kuszlewicz: – Projekt z listopada 2017 roku był przedstawiany jako spektakularny. Ale ustawa przeleżała prawie rok w sejmowej zamrażarce. Już to sprawia, że można wątpić w prawdziwość intencji projektodawcy. Dziś z tych najdalej idących zmian, mających ochronić miliony zwierząt eksploatowanych przemysłowo, nie pozostało prawie nic. Zresztą psy także nadal mają pozostać na łańcuchach. To sytuacja skandaliczna. Opinia publiczna w mojej ocenie została wprowadzona w błąd rok temu.

Kuszlewicz uważa również za skandal to, co dzieje się wokół uboju rytualnego: – W 2014 roku Trybunał Konstytucyjny uznał zakaz uboju rytualnego na terenie Polski za sprzeczny z prawem. To było szerokie orzeczenie, wymagające wprowadzenia w ustawie regulacji precyzujących zakres dozwolonego prawnie uboju na potrzeby religijne. Nowa ustawa miała nie tyle zakazywać uboju, co zdecydowanie go ograniczać do rzeczywistych potrzeb grup wyznaniowych w Polsce. Nawet z tego ograniczenia PiS się dziś wycofuje – stwierdziła w rozmowie z red. Marią Pankowską.

Ubij w imię boże

Co ciekawe o prawo wyznawców judaizmu oraz islamu do tego typu uboju walczyli jak lwy… polscy biskupi! „Prezydium KEP podziela troskę żydowskich gmin wyznaniowych oraz wyznawców islamu o zachowanie i realizację podstawowych praw wolności wyznania i kultu. Do nich należy również prawo do zachowania swoich obyczajów, w tym rytualnego uboju zwierząt” – takie stanowisko sformułowali w 2013 roku.

To oczywiście nie znaczy, że w projekcie nie ma zupełnie nic cennego. – Projekt po zmianach ma zupełnie inny charakter, niż ten zgłoszony w listopadzie 2017 roku. Pozostają przede wszystkim przepisy administracyjne, dotyczące zarządzania schroniskami, czipowania, bezdomności zwierząt. To ważne kwestie, ale dotyczą co do zasady tzw. zwierząt towarzyszących, a przecież tą wielką »dobrą zmianą dla zwierząt« miało być wreszcie uwzględnienie innych grup, jak zwierzęta wykorzystywane na futra czy w uboju rytualnym. Ich cierpienie obejmuje miliony istnień i znowu zostaje przykryte względami gospodarczymi i politycznymi – mówi Rzeczniczka Praw Zwierząt.

– Wycofanie się rządu oznacza, że będziemy musieli dalej walczyć o wprowadzenie tych zmian. Tylko tyle i aż tyle. Jestem pewien, że to tylko kwestia czasu – podsumowuje prezes „Vivy!”.

Brzydkie słowo na „Pe”

Kobiecie, która na biurze pana posła Krzysztofa Czabańskiego z PiS napisała „PZPR”, policja i prokuratura postawiła zarzut „propagowania totalitarnego ustroju”.

 

Zapewne obie instytucje, zaczynające się też na „pe”, nie wiedziały, że pan poseł Czabański był prominentnym członkiem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Przez lat trzynaście lat. Od 1967 do 1980 roku. Wcześniej był prominentnym członkiem Związku Młodzieży Socjalistycznej. Zatem nie było to członkostwo przypadkowe, chwilowy epizod. Nie zapisał się do partii dla świętego spokoju, bo chciał być na przykład prezesem apolitycznej spółdzielni mleczarskiej.

W latach 1967–1981 pan poseł Czabański pracował jako reporter w czasopismach partyjnego koncernu RSW Prasa – Książka-Ruch. W „Sztandarze Młodych”, „Zarzewiu”, „Dookoła świata”, „Literaturze” i „Kulturze”, tej warszawskiej, prorządowej. Jak widać z powyższych dat, członkostwo w PZPR połączył z pracą dziennikarską. Zapewne PZPR nie było przeszkodą w jego dziennikarskiej karierze.

Podobnie czynił potem. W 1980 wstąpił do NSZZ „Solidarność”. W już w 1981 był redaktorem „Tygodnika Solidarność”, a po wprowadzeniu stanu wojennego publikował w prasie podziemnej: „Tygodniku Wojennym”, „Przeglądzie Wiadomości Agencyjnych”, „Vacacie”.

Dlatego można przypuszczać, że zatrzymana kobieta niczego nie propagowała, a jedynie informowała opinię publiczną i klientów biura poselskiego prominentnego posła PiS, bliskiego współpracownika pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego, o historycznej przynależności pana posła.

Może też, jako osoba o poglądach zdecydowanie antykomunistycznych, porównując PiS z PZPR, chciała splugawić moralnie PiS?

Mogła też porównując PiS z PZPR dokonać aktu splugawienia PZPR.

Ciekawe też jaki zarzut postawiono by jej gdyby na biurze poselskim PiS umieściła napis „PO”?

Czy wówczas pan poseł Czabański poczułby się bardziej splugawiony porównaniem do Platformy Obywatelskiej niż do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej?

A jaki zarzut PiS-owska prokuratura postawiłaby osobie, która na biurze poselskim Platformy Obywatelskiej napisałaby „PiS” ?

Czy byłby to zarzut plugawienia jedynie słusznej Partii narodowo-katolickiej?

Wróćmy do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. W ciągu jej historii przez jej szeregi przeszło około 12 milionów obywateli Polski Ludowej. W końcu lat siedemdziesiątych XX wieku liczyła PZPR prawie 3 miliony członkiń i członków.

I dlatego gdyby stawiać każdej osobie, która napisała, pisze obecnie i będzie pisać prokuratorski zarzut o propagowanie tym „totalitarnego ustroju”, to trzeba by postawić go od razu całej Polsce.
Zanim to nastąpi, ośmielam się postawić inny zarzut rządzącym elitom PiS. Zarzut, że ciągu trzech lat swego rządzenia rozpropagowali w prokuraturze i policji olbrzymie pokłady niezwykłej głupoty.