Bigos tygodniowy

Wygląda na to, że burdelik na godziny w kamienicy Banasia i jego chachmęty podatkowe to małe piwo w porównaniu z nowymi rewelacjami. W więzieniu siedzi już niejaki Arkadiusz T., szef mafii vatowskiej, jeden z najbliższych współpracowników Banasia w ministerstwie finansów. Walki mafii vatowskich w PiS? Tym samym PiS , które chełpi się walką a mafiami vatowskimi traci w tym względzie cnotę. Do tego media doniosły, że ów „akowiec”, który miał podarować kamienicę Banasiowi, to nie był żaden „akowiec”, tylko jakiś przebieraniec, szemrany typ, bandzior i mitoman, którego nie ma na liście Światowego Związku Żołnierzy AK. Może wyczuł, że Banaś to „jego krew” i dlatego tak hojnie go obdarował.

Prokuratura nie podejmie śledztwa w sprawie udziału Przewodniczącego Mało w aferze niedoszłych wież Srebrnej. To było do przewidzenia. Przecież to prokuratura samego Przewodniczącego Mało.

Jakieś – pożal się boże – Towarzystwo Patriotyczne im. Jana Olszewskiego (pseudonim „Śpioch”) skierowało do Sądu Najwyższego wniosek o unieważnienie głosów oddanych na SLD-Lewicę pod pretekstem, że wychwala ona tradycje totalitarne. Niech się w dupę pocałuje pożal się boże Towarzystwo Patriotyczne im. Jana Olszewskiego.

Radni Białegostoku odebrali bandycie i ludobójcy „Łupaszce”-Szendzielarzowi patronat ulicy w tym mieście. „Wyklęty” ponownie?

Państwowa Komisja Wyborcza odrzuciła pierwsze protesty wyborcze PiS i żądanie ponownego przeliczenia wyniku w jakim kandydatka Lewicy SLD do Senatu Gabriela Morawska-Stanecka do Senatu wygrała z pisiorem Ryszką Czesławem.

„Z rąk takiego prezydenta to ani wdzięczność ani honor” – oto reakcja jednego z czytelników pisarza Marka Krajewskiego (tego od Mocka i Breslau), który przyjął medal od Dudy. Święte słowa. Problem tylko w tym, że jak na razie opozycja nie ogłosiła kandydata, który tę marionetkę Przewodniczącego Mało mógłby posłać do narożnika.

Nawet TVPiS nie dała rady tolerować chamstwa chama nad chamy, pożal się boże satyryka Pietrzaka Jana, który nazwał Klaudię Jachirę „wynajętą zdzirą” i zakazało mu występów w programie niejakiego Rachonia Michała, jednego z pierwszych propagandystów PiS. Ja zaś żałuję, że Klaudia nie startowała z listy Lewicy, a nie podoba mi się to, że pytani o nią niektórzy politycy Lewicy dystansują się od jej form ekspresji. Ludzie Kochane! A cóż takiego strasznego robi Jachira, poza tym, że i tak łagodnie i dowcipnie nabija się z pisiorskiego i klerykalnego tałatajstwa? Że wystąpiła z hasłem: „Bób, Hummus i Włoszczyzna”? Ja też noszę koszulkę z takim napisem.

Ale i tak nad „Kurą” podobno ciemne chmury, Chodzi o to, że aby Duda mógł wygrać wybory prezydenckie, musi zjednać sobie tzw. umiarkowany elektorat, a z taką paździerzową propagandą jak w TVPiS „Kury” to nie da rady tego dokonać. Kaczor może niby kazać „Kurze” wyluzować, wyciszyć gruczoły agresji, bulterierskie odruchy chwytne, ale nawyki „Kury” są silniejsze od niego. On inaczej nie potrafi. Może więc Kaczor sięgnie po Czabańskiego, medialnego „gołębia” pisowskiego, który uspokoi przekaz i uczyni go bardziej cywilizowanym? Ale co wtedy z Holecką, Rachoniem, Klarenbachem, Adamczykiem et consortes? Czy oni nagle mają zmienić ton i przeobrazić się w dziennikarzy w stylu BBC? Przecież to są propagandyści, a nie aktorzy i nie potrafią zagrać wszystkiego, ani zmienić się z dnia na dzień o 180 stopni. Nawiasem mówiąc: te prawolskie umizgi Dudy w Telewizji Trwam wykluczają zyskanie przez niego centrowego elektoratu.

Wtargnięcie policji na salę sądową w Poznaniu i próba wylegitymowania sędzi, to rezultat dwóch przyczyn. Po pierwsze, kilkuletniego szczucia na sądy, które ci stójkowi potraktowali nazbyt dosłownie i z którego wywnioskowali, że sędziowie to okropne chmyzy, których trzeba legitymować przy każdej nadarzającej się okazji. Po drugie, policjanci rekrutują się bardzo często z tej części małomiasteczkowych i wiejskich środowisk, które sympatyzują z PiS i radiomaryjnymi. Po trzecie, to także skutek koszmarnej ignorancji, nie tylko prawniczej, młodych policjantów, z którą nikt w policji nie próbuje się zmierzyć, a to w końcu są jednak jak by nie było, stróże prawa.

W miniony poniedziałek od rana TVPiS z uporem godnym lepszej sprawy grzała sprawę „aresztowania przez ABW rosyjskiego szpiega”. Chyba nie mają już czym innym się pochwalić, skoro grzeją taką marginalną sprawę. Nawet najgłupszy wyborca PiS wie, że w każdym kraju działa wielu agentów innych krajów i wzajemnie, że to rutyna i że nawet zatrzymanie co jakiś czas jakiegoś wywiadowcy, to nic nadzwyczajnego. Tymczasem propagandziści pisowscy z Woronicza i placu Powstańców Warszawy grzeją temat tak, jakby wojska Błaszczaka i Macierewicza nagłym i błyskawicznym rajdem na Rosję zajęły Moskwę. Co, brakuję już pieniędzy do rozdawania i trzeba elektoratowi zapchać gębę patriotycznym wzmożeniem?

Wygląda na to, że pisiory wzięły sobie do serca głośne tuż po wyborach „wyznanie wiary” Jakiego Patryka, który ubolewał, że prawica zajęła defensywną pozycję wobec „wrogiej socjalizacji społeczeństwa” i ustępuje przed „ofensywą lewactwa”. Niedługo potem prokuratura podjęła postępowanie przeciwko Szymonowi Niemcowi za parodię mszy na Marszu Równości, a Czarnek Przemysław, wojewoda lubelski, najbardziej zideologizowany z przedstawicieli tego urzędu, który został posłem PiS, skierował do prokuratury sprawę przeciwko doktorowi Tomaszowi Kitlińskiemu z UMCS w Lublinie za to, że go krytykował za szowinistyczne, homofoniczne i antykobiece wypowiedzi. Można się spodziewać teraz wysypu takich posunięć, bo także m.in. Citko Marek, piłkarz-dewot nawoływał w TVPiS u Rachonia do „karania tych, którzy obrażają uczucia religijne”.

Podobno waży się, czy powstanie jednolity klub Lewicy w Sejmie. Jako wyborca lewicy oczekuję tego od kolegów Czarzastego, Biedronia i Zandberga, bo ponowne podzielenie się po wyborach, to droga donikąd, ponownej marginalizacji lewicy, a nie droga wzrostu.

PS. Osoby nieironiczne informujemy, że „Bigos tygodniowy” ma charakter satyryczny. Redakcja

Bigos tygodniowy

13 października Warszawie Budapesztu nie było, za to Warszawa zawitała do Budapesztu i władza Orbána została w stolicy Węgier ograniczona, co może być dobrą wróżba na przyszłość. Co do wyniku wyborów w Polsce, to Przewodniczący Mało generalnie je wygrał, ale: 1. utracił (przynajmniej na jakiś czas) Senat, 2. jak na kolosalny wysiłek i potężne transfery socjalne, uzyskanie identycznej jak w 2015 roku liczby mandatów, bez premii, to sukces dość problematyczny, a właściwie porażka, bo przecież PiS nie obiecywało i nie rozdawało po to, żeby nie dostać za to nagrody, 3. do parlamentu weszła Lewica, co bardzo rozjaśni i uzdrowi pejzaż polityczny, 4. wzmocnienie koalicjantów PiS, w tym Ziobra, może skutkować wewnętrzną wojną o wpływy w szeregach Zjednoczonej Prawicy, 5. w liczbie głosów wyborczych opozycja antypisowska ma przewagę nad wyborcami obozu Przewodniczącego Mało i tylko ordynacja d’Hondta niweluje tę liczbową przewagę ludu niepisowskiego nad ludem pisowskim, 6. krzyż pański będzie miał PiS nie tylko z Lewicą, ale także z „konfederatami” Korwina i Brauna. W sytuacji zwłaszcza utraty Senatu, przebieg dokończania przerwanego przed wyborami posiedzenia Sejmu może być prawdziwą jatką, bo Przewodniczący Mało na pewne przygotował jakieś awanturnicze ruchy i łamanie prawa już całkowicie „na wydrę”.

 

Z drobniejszych spraw: nie zobaczymy już w Sejmie pisowskich harcowników do zadań specjalnych: Piotrowicza, Krynickiej i Sobeckiej. Nawet lud pisowski ich nie zdzierżył. Z tego przynajmniej jakiś zysk estetyczny.

 

„Państwo mafijne PiS”, takiego sformułowania można używać po niedawnym wyroku Sądu Najwyższego.

 

Literacki Nobel dla Olgi Tokarczuk potwierdza obraz ludności polskiej jako półanalfabetycznej: umie pisać, ale nie czyta. Bo oto najsławniejszą i najbardziej prestiżową nagrodę literacką otrzymała przedstawicielka najmniej czytającego narodu europejskiego, kraju w którym czytelnictwo jest w zapaści. Co do reakcji władzy, to najwyżsi oficjele złożyli noblistce obłudne gratulacje, sugerując, że ten Nobel, to także sukces „dobrej zmiany”. Och, jaka szkoda, że Nobla nie dostali ani prozaik Wildstein Bronisław ani literat-żulnalista Ziemkiewicz Rafał. W tej sytuacji oficjele (Duda, Morawiecki, Gliński) zadziałali według zasady: „Jak się nie ma co się lubi…”. Niezależnie od tego, wielu pisowskich propagandystów w mediach nie powstrzymało się od okazania zwyczajowej nienawiści tej przebrzydłej lewaczce.

 

Traf sprawił, że wydarzenie to zbiegło się z wcześniejszym o dzień przemówieniem Przewodniczącego Mało, który zadeklarował, że będzie piętnował niechętne PiS-owi elity.

 

Szyszko Jan, były – pożal się boże – minister środowiska odszedł do Domu Ojca. Przyroda na chwilę odetchnęła. Niektórzy, bliscy New Age twierdzą, że zdarza się, iż przyroda odpłaca swoim prześladowcom pięknym za nadobne. Jednak Szyszko pozostał na liście wyborczej i można było zagłosować na trupa. Absurd sięga „Martwych dusz” Mikołaja Gogola. Sok z buraka by się uśmiał.

 

Ćwierćinteligent z tytułem profesora w randze – pożal się boże – ministra kultury, nadal blokuje nominację zwycięzcy konkursu i dotychczasowego dyrektora Muzeum Żydów Polskich Polin w Warszawie, profesora Dariusza Stoli.

 

Przewodniczący Mało zapowiedział wojnę ze „starymi elitami”. Obarczył je za wszystkie nieszczęścia Polski. Uczeni, artyści, prawnicy, dziennikarze, rozmaicie inteligenci i tym podobne gady – strzeżcie się.

 

Z bębna losu, który wyłania sędziów do prowadzenia spraw konsekwentnie wyskakuje w jednym przypadku ten sam sędzia. Chodzi o sprawy sądowe Pawłowicz Krystyny, pierwszej chamicy odchodzącego Sejmu. Na dokładkę tak się przypadkowo składa, że temu sędziemu jawnie sprzyja neo-KRS, w której zasiada rzeczona osoba.

 

Kolejny przypadek zasądzenia odszkodowania od Kościoła odszkodowania dla ofiary księżego molestowania. W pierwszym przypadku funkcjonariusza tzw. Towarzystwa Chrystusowego gwałcicielem była bestia-hetero w sutannie hetero (na dziewczynce). W drugim przypadku – bestia-homo w sutannie (na chłopcu).

 

Wyłażą kolejne brudy spod krakowskiego domu schadzek Banasia. Wyszły na jaw informacje, że na rzeczony proceder poszły także pieniądze z Unii Europejskiej.

 

Ksiądz Stanisław Małkowski, jedna ze szczególnie odrażających postaci nurtu klerofaszystowskiego oświadczył coś w tym rodzaju, że może sobie jakiś tam prymas Polak mówić i robić co chce, a my będziemy robić swoje. To kolejny pomruk wewnętrznego Kościoła kat., jego najbardziej reakcyjnego, czarnosecinnego segmentu. Prędzej czy później objawi się on z otwartą przyłbicą i niechybnie dojdzie w Polsce pewnego dnia do rozłamu, schizmy na dwa kościoły kat. – jeden „postępowy”, a drugi „zachowawczy”. Małkowskiemu nie spodobał się ogłoszony przez Polaka pomysł funduszu dla ofiar klerykalnej pedofilii, a także zdystansowanie się przez tegoż Polaka od zadeklarowania przez Przewodniczącego Mało, że poza Kościołem kat. jest w Polsce tylko „nihilizm”.

 

Generalnie zaryzykuję wróżbę na – odległą co prawda – przyszłość. Wynik wyborów jest pierwszą zapowiedzią zmierzchu potęgi PiS. To na razie oczywiście bardzo wstępna faza tego procesu, ale jak uczył Hegel, „sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu”.

Kościół katolicki w Polsce – tysiąc lat i wystarczy

Z prof. JANEM HARTMANEM, filozofem i bioetykiem, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Na kilka dni przed ogłoszeniem przez Barbarę Nowacką projektu ustawy o rozdziale Kościoła od Państwa napisał Pan na swojej stronie „Loose Blues” tekst „Rozdział Kościoła od Państwa – jakaś kpina”, krytyczny wobec tej inicjatywy. Po wystąpieniu Nowackiej 6 stycznia podtrzymuje Pan tę krytyczną opinię?
Tak, bo to jest przykład arogancji i nielojalności polityków wobec swoich kolegów, obojętnych na to co oni robią i gotowych na wszystko, aby promować swoją osobę. Inicjatywa Polska Barbary Nowackiej jest jednym ze stowarzyszeń i partii politycznych, które przed rokiem, 29 stycznia 2018 roku, podpisały deklarację o świeckości państwa. Zgodnie z tą deklaracją ruszyły prace zespołu nad projektem ustawy o świeckości państwa. I gdy projekt jest już jest na ukończeniu i niebawem zaczniemy zbierać podpisy, Barbara Nowacka wcięła się ze swoją inicjatywą. To jest z jej strony nielojalność, a nawet rodzaj dywersji. W jakiej sytuacji postawiła ona te organizacje, które finalizują projekt i przymierzają się do zbierania podpisów? Przecież wychodzimy na idiotów, skoro dwie sojusznicze organizacje przygotowują dwa projekty i dwie akcje zbierania podpisów. Obawiam się jednak, że jest jeszcze gorzej, że Barbara Nowacka ma to w nosie. W ciągu kilkunastu lat mojej działalności na tej niwie nie widziałem jej na spotkaniach, manifestacjach poświęconych walce o świeckość państwa polskiego. To nie jest jej działka. Ponadto Barbara zignorowała zaproszenie na spotkanie ze środowiskami laickimi i racjonalistycznymi, jakie skierowano do niej, gdy zapowiedziała swoje wystąpienie na 6 stycznia. Niestety, polska polityka opiera się na prawie dżungli. Co prawda jest to tylko zabawa w dżunglę, ale czasami ta zabawa prowadzi do całkiem realnych szkód. Polska polityka jest infantylna, jest jak gra komputerowa, w którą grają niefrasobliwe dzieciaki. Każde trzyma wirtualny nóż za plecami i wszystkich to bawi. Niestety, dramat w Gdańsku pokazał, że gdy jakość życia publicznego jest niska, może też pojawić się nóż prawdziwy.

Powróćmy do punktu wyjścia, do kwestii „rozdziału”…
Samo deklarowanie formuły rozdziału Kościoła od państwa jest niebezpieczne, bo legitymizuje pozycję Kościoła katolickiego jako równorzędnego partnera państwa polskiego, a dla niego równorzędnym partnerem są tylko inne państwa. Nie można mówić takim językiem, bo to umacnia tylko feudalną pozycję Kościoła. Ponadto ograniczenie nielicznych, wybranych przywilejów tym bardziej utrwali i legitymizuje pozostałe, a sam rozdział siłą rzeczy będzie oznaczał rozgraniczenie kompetencji władzy administracyjnej dwóch równoważnych podmiotów. Tymczasem Kościół nominalnie nie jest segmentem władzy i nie ma prawa nią być, choć sobie to w praktyce uzurpuje. Sposób myślenia polegający na tym, że Kościół ma w państwie swój zakres władzy, oddzielony od zakresu władzy świeckiej, pochodzi z czasów feudalizmu, nawiązuje do epoki wojen okresu Reformacji i pokoju augsburskiego, będąc formą myślenia postfeudalnego. Dziś mówienie o „rozdziale Kościoła od państwa” jest niczym nieusprawiedliwionym gloryfikowaniem i legitymizowaniem Kościoła jako jednego z ośrodków władzy. Podejrzewam, że Barbara Nowacka się nad takimi problemami nie zastanawia. Ponadto problem relacji państwo-Kościół jest w Polsce stawiany w sposób infantylny i obłudny. W Europie Zachodniej już od XVII wieku kwestia tych relacji stawiana była zgodnie z ówczesnymi realiami, wynikającymi z konfliktu między interesami suwerennego państwa narodowego i Kościoła. Wtedy można było mówić o rozdziale tych dwóch realnych władz politycznych. W Polsce kwestia Kościoła nigdy nie stanęła jako kwestia niepodległościowa. Tymczasem jeśli państwo polskie jest suwerenem, a powinno, to zewnętrzne czynniki państwowe (a biskupi polscy, którzy są zobowiązani do lojalności wobec Watykanu, są urzędnikami obcego państwa) nie mogą wpływać na prawo i rządy państwa polskiego. A tak się przecież w Polsce dzieje. Lojalności biskupów wobec państwa polskiego i wobec Watykanu niejednokrotnie wchodzą ze sobą w konflikt. Obce państwo nie może mieć szczególnych praw na terenie Rzeczypospolitej. Tymczasem Kościół zasłaniając się pozorem, że jest wewnętrzną polską instytucją, korzysta z wszelkich praw obcego na terenie innego państwa, wobec czego jest de facto eksterytorialny. Każdy budynek kościelny jest w zasadzie wyłączony spod jurysdykcji polskiej, na podobieństwo obcej ambasady. Ta haniebna dla państwa polskiego sytuacja jest usankcjonowana w konstytucji, bo jest w niej wymienione z nazwy obce państwo, Stolica Apostolska, jako strona konkordatu. Polska zobowiązała się w konstytucji, że zawrze z nim nierównoważną, niesymetryczną umowę, uprzywilejowującą obce państwo, jakim jest Stolica Apostolska. Konkordat nie jest umową równych stron, lecz aktem hołdu, składając się prawie wyłącznie ze zobowiązań strony państwa polskiego i tylko z jednego zobowiązania Watykanu wobec Polski, które jest tak sprzeczne z jego interesem, że nikt nie mógł brać tego na serio – że mianowicie Kościół nie będzie wtrącać się w sprawy wewnętrzne Polski. Miesza się na każdym kroku. Pod dokumentem podpisał się Jan Paweł II, któremu, zgodnie z preambułą konkordatu, składa się go w hołdzie. To żenujące. Niestety nadal duża część polskiego społeczeństwa tę wasalność państwa wobec Watykanu traktuje jako coś oczywistego, a na ogół w ogóle tego nie zauważa. Podobnie jak w czasach zaborów tylko kilkunastoprocentowa społeczność patriotów polskich zdawała sobie w pełni sprawę z opresji. Większość chłopów pod zaborami biernie akceptowała władzę Petersburga, Berlina czy Wiednia i oburzała się na tych, którzy tę władzę próbowali podważyć. Obecne polskie społeczeństwo także nie dojrzało jeszcze do suwerenności, Polska nie jest całkiem niepodległym państwem, a ta niepodległość w stosunku do Watykanu zaczyna się rodzić, gdy ta kwestia przestaje być tabu. Najpierw zacznie się o tym mówić, a potem coś z tym robić. Nie ma jednak nadziei, że szerokie kręgi społeczeństwa włączą się w walkę o niepodległość Polski. Patriotyzm zawsze był i jest przywilejem mniejszości. O niepodległość najpierw walczy mniejszość. Pokazuje to choćby przypadek legionistów Piłsudskiego w 1918 roku, których wielu ludzi traktowało jak wichrzycieli. Upłynie sporo czasu, zanim większość uświadomi sobie, że Polska jest haniebnie niesuwerenna wobec obcego państwa zwanego Stolicą Apostolską. A poza wszystkim, wbrew szumnej deklaracji Barbary Nowackiej o „rozdziale”, jej inicjatywa nie zawiera nic więcej poza niewielkimi korektami w zakresie finansowania Kościoła.

Taką argumentację jak Pana, Kościół katolicki zwykł określać jako walkę z nim…
My, zwolennicy niepodległości Polski, nie chcemy walczyć z Kościołem katolickim, chcemy go potraktować po chrześcijańsku. Nie chcemy by był dyskryminowany, za to chcemy, żeby był traktowany dokładnie tak, jak inne instytucje społeczne. Równość jest wartością, z którą Kościół walczył przez stulecia, ale udało się stworzyć świat oparty na wartościach konstytucyjnych, mających zakorzenienie także w ideach chrześcijańskich. Nie chcemy więc, by był upokarzany nadanymi mu nieuprawionymi przywilejami. Jeśli Kościół chce być mocny, niech będzie mocny wiarą swoich członków, a nie mocą państwowego przymusu prawnego, zapisanego w konstytucji i ustawach. My, to znaczy liberałowie i patrioci domagamy się suwerenności i niepodległości państwa polskiego. Jesteśmy wrogami kościelnej tradycji mordowania i eliminowania przeciwników. Jesteśmy zwolennikami prawnej ochrony Kościoła i chrześcijańskiej tradycji niedyskryminowania, od której Kościół odszedł już u swojego zarania. Wracając do wystąpienia Barbary Nowackiej – każdy kto występuje z takimi inicjatywami, a nie staje na gruncie suwerenności i niepodległości Polski w jej relacjach z monarchią watykańską, tak naprawdę świadomie działa na rzecz potęgi Kościoła. Bowiem działa on tak właśnie, że gotów jest oddać niektóre mniej ważne przywileje w zamian za zachowanie statusu postfeudalnego. Nie ma rozdziału Kościoła od państwa, tak jak nie ma rozdziału państwa od Inicjatywy Polskiej. Państwo polskie może rozdzielać się co najwyżej od innych państw. Niech się więc w ten sam sposób oddzieli od Stolicy Apostolskiej, a nie jej hołduje w traktacie międzynarodowym zwanym konkordatem, na kolanach, z całowaniem biskupich pierścieni. Tak się dzieje od tysiąca lat i to się wreszcie musi zmienić, jeśli Polska ma odzyskać, a raczej uzyskać godność.

Wspomniał Pan o problemie dojrzałości polskiego społeczeństwa do suwerenności i niepodległości także w stosunku do Stolicy Apostolskiej i Kościoła katolickiego. Chyba jest do tego niestety jeszcze daleko, bo przecież to tenże Kościół był szafarzem uroczystości pogrzebowej zamordowanego Pawła Adamowicza. Siła symbolicznego oddziaływania Kościoła na obyczaje w Polsce, niezależnie od napięć między nim a obozem opozycyjnym, liberalno-lewicowym, jest nadal wielka. Czy jest w Polsce szansa uchylenia się od rytualnej dyktatury katolickiej?
Prezydent Adamowicz był przedstawicielem chadecji, czyli umiarkowanego, demokratycznego, oświeconego nurtu chrześcijaństwa, człowiekiem nowoczesnej prawicy. Taka też jest formacja polityczna, z której się wywodził. Nic więc dziwnego, że odwołano się do katolickiego rytuału, bo takimi jak Adamowicz, Schetyna czy Tusk jest wielu Polaków. W Gdańsku dobrze zaznacza się podział w polskim Kościele, bo z kolei arcybiskup gdański jest fundamentalistą i to skompromitowanym. Jednak w takich okolicznościach trudno było nie dopuścić Głódzia czy Andrzeja Dudy do udziału w pogrzebie, choć rodzina wolała, żeby homilię wygłosił któryś z liberalnych księży. Całe szczęście, że nie było Kaczyńskiego. Ta uroczystość i mobilizacja społeczna wokół tragicznej śmierci Adamowicza pokazała jeszcze jedno. Pokazała, że Polacy bardzo potrzebują emocjonalnego uniesienia, moralnego wzmożenia, że potrzebują bohaterów, potrzebują ofiary krwi, wokół której mogliby się gromadzić…

…bo Polacy są narodem sentymentalnym, na co już dawno zwracał uwagę choćby Stanisław Brzozowski…
To prawda. Jednak ta emocjonalna mobilizacja jest pozytywna, byle tylko poszła za nią jakaś aktywność. By z tego gniewu i troski coś dobrego wyrosło. By politycy różnych odłamów opozycji znaleźli w sobie na tyle siły, mądrości odpowiedzialności, aby zjednoczyć swoje siły w walce z reżimem, a nie wrócili do partyjnego egoizmu. Odpowiedź na to da kilka najbliższych tygodni. Bardzo wiele zależy od stanu ducha kilku konkretnych osób, w tym Grzegorza Schetyny, od tego czy będzie on w stanie wznieść się ponad animozje, także we własnym obozie, ponad chłód jaki dzieli go od Donalda Tuska, z którym nie rozmawia. To prawdziwe nieszczęście, bo czy nam się to podoba czy nie, od tych dwóch polityków w przeważającym stopniu zależy uratowanie polskiej demokracji. Mam nadzieję, że dojdzie do konsolidacji opozycji, będą wspólne listy wyborcze, Schetyna będzie temu patronował, a Donald Tusk powróci jako kandydat na prezydenta. A co do Pawła Adamowicza, to choć nie należy robić z niego świętego, to właśnie jako polityk może dobrze pełnić rolę symbolicznego patrona jednoczenia opozycji. Musimy się po tych wszystkich strasznych wydarzeniach zebrać w sobie i odpowiedzialnie stworzyć skuteczną koalicję, także oczywiście z udziałem lewicy.

W moim odczuciu mord na Adamowiczu, jako nieprzewidziany czynnik „epsilon” w biegu politycznych zdarzeń przesunął PiS z pozycji – jednak – faworyta tegorocznych wyborów parlamentarnych, na krawędź tej szansy. A co Pan o tym sądzi?
Zgadzam się, zwłaszcza, że to osłabia personalnie Kaczyńskiego, który przegrywa kolejne kampanie, po porażce z ustawą o IPN, z sądami, po rejteradzie w sprawie próby całkowitego zakazu aborcji. Kaczyński przegrywa na wielu frontach, nie jest w stanie pozbyć się Ziobry, który mu ewidentnie szkodzi i ma spory zakres władzy w obozie rządzącym. Kaczyński wyraźnie słabnie, jest chory, mało aktywny, prawie nieobecny. To będzie powodowało nasilenie walki o przejęcie po nim steru PiS, co w roku wyborczym będzie dla nich szczególnie niekorzystne. PiS jest już teraz w głębokiej defensywie, rozbite, wewnętrznie zdezorientowane, jest na etapie oczekiwania na odejście przywódcy, na moment, kiedy będzie można ostatecznie się go pozbyć. Jest to utrudnione przez utrwalony w PiS mit o jego geniuszu strategicznym, wiarę w jego zdolność do przeprowadzenia partii przez wszystkie trudności, choć jednocześnie działacze widzą, że to już nie jest ten sam Kaczyński co trzy lata temu. W PiS silna jest frakcja radykalna, chętna do przejęcia przywództwa, ale fakt że na jej czele jest kilku „charyzmatycznych”, konkurujących liderów, nie ułatwia przejęcia przez nią inicjatywy.

Kogo przede wszystkim ma Pan na myśli?
Ziobrę i Macierewicza, ale też Mateusza Morawieckiego. Jednak ten ostatni, ulubieniec prezesa, choć jest uważany za naturalnego następcę, jest tak bardzo słaby intelektualnie, że oni sami by się go bali.

W PiS nie wiedzą, czy mogą już zaprowadzić Kaczyńskiego na „skałę tarpejską”…
Ale widać, że słabnie, fizycznie i psychicznie, że jest chory, choć tak naprawdę nie wiemy co mu jest. On się do tego stopnia zapada w sobie, że chyba nie będzie już w pełni kontrolować procesu ustalania list wyborczych. Żyje w świecie swoich wyobrażeń, urazów, bardzo odklejony od rzeczywistości. Minęło już nieco czasu od mordu na Adamowiczu, a Kaczyński nadal nie zabrał głosu w tej sprawie. Jeśli faktyczny przywódca państwa nie zabiera głosu w sprawie tak dramatycznej, wręcz historycznej, która jest cezurą, o której zapewne będą wzmianki w podręcznikach do historii jako o „krwawym chrzcie” polskiej polityki po roku 1989, to owo milczenie podważa jego władzę. Nic istotnego nie powiedzieli co prawda także Duda i Morawiecki, ale oni nie są poważnymi ludźmi i politykami, nie mają żadnego autorytetu. Natomiast Kaczyński stracił okazję, by powiedzieć, że zdarzyła się rzecz straszna, wskazać na mowę nienawiści jako na jej źródło i pojednawczo wezwać wszystkich do pomiarkowania się, no i oczywiście uderzyć się także we własne piersi. Takie słowa, choć konwencjonalne, w ustach Kaczyńskiego nabrałyby niezwykłego znaczenia. A jednak nie potrafił się na to zdobyć, choć ma podaną na talerzu okazję do poprawienia swojego fatalnego wizerunku w większości społeczeństwa.

Dlaczego tego nie robi?
Dlatego, że choć wie, że to by mu się politycznie opłacało, to on nie chce tego powiedzieć. On tak bardzo nienawidzi swoich wrogów, że tego z siebie nie wykrztusi. Jego własna nienawiść jest silniejsza od niego. I choć na taką jego pojednawczą deklarację czekają miliony sentymentalnych Polaków, to on nie jest w stanie się przełamać, nie jest w stanie wyjść poza swoje negatywne emocje, odblokować się. Ta sytuacja go przerosła.

Wróćmy do kwestii roli Kościoła kat. w Polsce. Po 1989 roku wiele osób, w tym ja, liczyło na szybki proces laicyzacji, sekularyzacji Polski. Pojawiło się też wiele inicjatyw laickich, pojawił się jawny antyklerykalizm, tygodnik „Nie” odniósł ogromny sukces. Mimo to laicyzacja, przebiegała bardzo powoli, a Kościół kat. zagarniał kolejne obszary wpływów politycznych, wpływał na stanowione prawo, bogacił się kosztem państwa i obywateli. W ostatnim czasie, na tle afer pedofilskich wśród kleru, po pojawieniu się filmu „Kler” nastrój się zmienił i wydaje się, że wzmocniły się przesłanki do przyspieszenia procesu laicyzacji. A co Pan o tym sądzi?
To rzeczywiście przez pierwsze trzy dekady szło wolno. Nie mogło być inaczej, dopóki żył papież Karol Wojtyła. Po 2005 roku, po jego śmierci, przyszło kilka lat jego posthumalnego, żałobnego kultu, który już w zasadzie się wypalił. To wypalanie się zostało zatrzymane przez sprawę smoleńską, która dodała paliwa także Kościołowi. Na tym paliwie Kościół dojechał do „drugiego” PiS w 2015 i dopiero teraz, gdy zaczyna zapadać się po ciężarem własnych win i niegodziwości i wewnętrznego zepsucia, które staje się wiadome i społeczeństwu i samemu klerowi. Wielu ludzi do tej pory nie zdawało sobie sprawy, jak przerażająca jest instytucja Kościoła. Na dodatek Kościół nie bardzo może dalej iść tą drogą, bo już nie bardzo może jeszcze głębiej sięgać do kasy państwa, a granica wytrzymałości społecznej została osiągnięta. Społeczeństwo jest zdegustowane i rozczarowane złodziejstwem i pychą kleru. Kościół zaczyna też mieć problemy ze strawieniem tego co połknął, bo utrzymanie tych wszystkich nieruchomości wymaga ogromnych pieniędzy. Partia, która go osłania i karmi ma bardzo poważne problemy i być może już zaczęła z wolna schodzić ze sceny politycznej. Kościół nie ma też jednolitego przywództwa, nie ma twarzy, nie ma ludzi dużego formatu, jak kiedyś Wojtyła czy Wyszyński, lecz jest konfederacją udzielnych biskupstw, a groteskowy i przerażający zarazem kierownik Rydzyk nie ma formatu duchownego, lecz format szefa patologicznego biznesu. Nie znaczy to, że Kościół odda władzę bez walki. Jego choroba będzie bardzo hałaśliwa i hałaśliwe będzie oddawanie kolejnych pól, np. wychodzenie religii ze szkół. Pewne przywileje Kościoła będą trwały jeszcze przez dziesięciolecia. Jednak ograniczenie jego władzy nastąpi w ciągu kilku najbliższych lat, a poza tym zmieni się przywództwo. Sami zrozumieją, że w ich interesie jest, by z państwem i społeczeństwem kontaktowali się hierarchowie kulturalni, grzeczni, umiarkowani, jak to jest na Zachodzie. Myślę, że zbliży się do zachodnich standardów w ciągu 20-25 lat. Koniunktura przed nimi rysuje się słabo, a czyściec pedofilski Kościoła jest dopiero przed nim. Gdy ludzie dowiedzą się, że można uzyskać odszkodowania, pójdą gremialnie do sądów, a już był precedens z Towarzystwem Chrystusowym. Kościół będzie chciał przerzucić ten finansowy ciężar na państwo i jeśli by rządzili ludzie pokroju Ziobry, to dokonywaliby transferów finansowych na rzecz Kościoła, by mu to zrekompensować, ale i to do czasu. Jeśli natomiast będzie liberalna władza, to tylko patrzeć jako pojawią się jacyś prokuratorzy i sędziowie, którzy doprowadzą do głośnych, spektakularnych procesów księży, nie takich pokątnych i rzadkich jak to obecnie zdarza się na prowincji typu Tylawa. Mogą być też procesy o nadużycia w Komisji Majątkowej, na przykład w kwestiach zaniżonych wycen majątków służących za rekompensatę majątków utraconych, będących jednym z instrumentów bogacenia się Kościoła. Natomiast politycy, którzy stworzyli Komisję Majątkową, od której decyzji ustawa nie przewidywała odwołania, powinni stanąć przed Trybunałem Stanu. Na pewno nie wszystko, ale kilka afer da się ujawnić, a winnych ukarać. Powtórzę, jeszcze 20-25 lat i Kościół katolicki w Polsce znajdzie się na należnym sobie miejscu.

Czyżby nasze generacje miały to szczęście, by być tego świadkami, tak jak nie mieli takiej szansy tacy ludzie jak Kazimierz Łyszczyński, ścięty tylko za deklarację ateizmu w 1689 roku na Rynku w Warszawie?
Takim ludziom jak Łyszczyński też coś zawdzięczamy, bo dziś bycie antyklerykałem nie stwarza – na ogół – fizycznego zagrożenia, a dla nich było śmiertelne. Nawiasem mówiąc, najwięksi antyklerykałowie z jakimi się spotkałem, to eks-księża albo księża na wylocie. Podejrzewam, że popularny ksiądz Kaczkowski też by odszedł z firmy, gdyby przedwcześnie nie zmarł na raka. Mnie by przez usta nie przeszło to, co on mówił o swoim Kościele. Największymi antyklerykałami są ci, którzy znają tę instytucję od wewnątrz, n.p. XVIII-wieczny francuski ksiądz Jean Meslier, którego „Testament” jest sugestywnym i po kilku wiekach przerażająco aktualnym obrazem Kościoła katolickiego…

…czy choćby premier Francji Emil Combes, który przeforsował rozdział Kościoła od Państwa w 1905 roku, ekszakonnik. Co do Łyszczyńskiego, to w 1989 roku pojawił się pomysł uhonorowania jego pamięci tablicą w miejscu stracenia, w 300-rocznicę tego zdarzenia, ale to się rozmyło. Nie sądzi Pan, że warto by do tego pomysłu powrócić, a nawet tym razem pomyśleć o pomniku Łyszczyńskiego?
Tak uważam, ale trzeba poczekać na odpowiedni moment. Trzeba by przekonać do tego prezydenta Rafała Trzaskowskiego, a Platforma Obywatelska jest do tego jeszcze nieprzygotowana. W Rzymie, kilka kilometrów od Watykanu, na Campo di Fiori, stoi pomnik Giordano Bruno, a my mamy Kazimierza Łyszczyńskiego, który – paradoksalnie – jest ceniony na Białorusi, ale nie w swojej ojczyźnie. Jego postać także mnie jest bliska, choćby dlatego, że zagrałem go w ulicznym widowisku rekonstrukcyjnym jego egzekucji. Jednak jestem przekonany, że już niedługo możemy spodziewać się wiatru historii, który umożliwi godne uczczenie tej postaci.

Dziękuję za rozmowę.

Aktorka nieposkromiona WYWIAD

Anna Władysława Polony – ur. 21 stycznia 1939 w Krakowie. Absolwentka Wydziału Aktorskiego (1960) oraz Wydział Reżyserii Dramatu (1984) Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. W latach 1960–1964 aktorka Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, w latach 1964–2014 – Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie; od 1973 do 2003 roku pedagog Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie, od 1990 – profesor, w latach 1999–2005 – prorektor. Laureatka Nagrody im. Aleksandra Zelwerowicza – przyznawanej przez redakcję miesięcznika „Teatr”. Od 2014 roku aktorka Teatru im. Juliusza Słowackiego. W 2013 r. otrzymała Wielką Nagrodę festiwalu Dwa Teatry w Sopocie za wybitne osiągnięcia aktorskie w Teatrze Polskiego Radia i Teatrze Telewizji Polskiej. Niektóre inne role teatralne to Anabaptystka Helga w „Anabaptystach” F. Dűrrenmatta w reż. Z. Hűbnera (1968), Hanka w „Godach życia” St. Przybyszewskiego w reż. Wandy Laskowskiej (1972), Ewa w „Pan Puntilla i jego sługa Matti” B. Brechta w reż. M. Prusa (1974), Rachela w „Weselu” St. Wyspiańskiego w reż. J. Grzegorzewskiego (1977), Anna Andriejewna w „Rewizorze” M. Gogola w reż. J. Jarockiego (1980), Ofelia w „Hamlecie” W. Szekspira w reż. A. Wajdy (1981), Caryca Katarzyna w „Termopilach polskich” T. Micińskiego w reż. K. Babickiego (1986), Respektowa w „Fantazym” J. Słowackiego w reż. T. Bradeckiego (1991), Ema w „Lunatykach” H. Brocha w reż. K. Lupy (1995), Barbara Pietrowna w „Biesach” F. Dostojewskiego w reż. L. Flaszena (1995), Królowa Małgorzata w „Iwonie, księżniczce Burgunda” W. Gombrowicza w reż. H. Leszczuka (2001) oraz w „Król umiera, czyli ceremonie” E. Ionesco w reż. P. Cieplaka (2008). W Teatrze Telewizji zagrała ostatnio w „Domu kobiet” Z. Nałkowskiej w reż. Wiesława Saniewskiego (2016).

 

 

Z ANNĄ POLONY rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Znów pojawia się Pani przed oczami szerokiej, bo telewizyjnej publiczności, w roli Emilii w serialu „Drogi wolności”, zrealizowanym na 100 rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę. Kiedy po raz pierwszy zetknęła się Pani z fenomenem aktorstwa?

W krakowskim liceum, gdzie uczył mnie o teatrze przedwojenny artysta Jan Niwiński. Pracował z nami, uczniami nad interpretacją utworu – stwarzał nastrój, który pobudzał wyobraźnię, pilnował słowa, żeby było wyraziste, prawidłowo wypowiedziane. W naszej grupie była znakomita poetka, czarująca i śliczna Halina Poświatowska. Recytowałam z nią hymn Jana Kasprowicza „Salome” podczas wyjazdu do Zakopanego. Miała poczucie humoru i przekorę wobec losu, który był dla niej okrutny. A pozy tym kilka razy, gdy byłam małą dziewczynką, zaprowadzono mnie do teatru z całą rodziną. I zapamiętałam Tadeusza Łomnickiego jako Puka w „Śnie nocy letniej” Szekspira. Nic nie zrozumiałam, ale wchłonęłam atmosferę.

 

Jeszcze w trakcie studiów aktorskich ukończonych w 1960 roku wystąpiła Pani na deskach Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej. Czy on już wtedy miał taką renomę jak w latach siedemdziesiątych?

Ależ skąd. Wtedy jego ranga była mniej więcej równa Teatrowi imienia Słowackiego, a w potocznym odbiorze widzów może była nawet nieco wyższa, bo imponujący gmach Słowackiego i legenda jego świetności z czasów Młodej Polski, z czasów Wyspiańskiego, Solskiego i Pawlikowskiego Polski robiły większe wrażenie niż kamienica Starego. Jeszcze nikomu nie śniły się te późniejsze sukcesy Starego za czasów Konrada Swinarskiego, Andrzeja Wajdy czy Zygmunta Hubnera. W tamtych czasach były w Krakowie dwie sceny porównywalne rangą i podobne sobie w stylu uprawiania teatru.

 

A jaki to był teatr?

Bardzo profesjonalnie przygotowywany, powiedziałabym – polonistyczny, literacki, ale jeszcze bardzo osadzony w XIX-wiecznej tradycji i z punktu widzenia inscenizacji i z punktu widzenia stylu aktorstwa. Nowatorstwo na razie kiełkowało jedynie w scenografii.

 

Z racji Pani wieku i filigranowej sylwetki angażowano Panią wtedy do ról dziewczątek, panien z dobrego domu, zakochanych i egzaltowanych albo niesfornych?

I z racji głosiku proszę dodać, bo głosik miałam cienki i dziewczęcy, nie tę chrypkę co od lat do dziś, uformowaną przez dziesięciolecia palenia papierosów. Dopiero później zaczęłam grać kobiety surowe, zasadnicze i złośliwe. Na scenie zadebiutowałam w 1959 roku, jeszcze pod szyldem PWST, w „Wojny trojańskiej nie będzie” Jeana Giraudoux w reżyserii Jerzego Kaliszewskiego jako – nomen omen – Mała Poliksena. Kilka miesięcy później, w 1960, także jeszcze jako studentka, zagrałam Dorynę w wyreżyserowanym przez mojego profesora Tadeusza Burnatowicza „Świętoszku” Moliera, ale to już nie była panienka z dobrego domu, tylko cwana i bezczelna służka w „dobrym” paryskim domu mieszczańskim. Bronisław Dąbrowski zaangażował mnie do Teatru im Słowackiego i w nim zostałam na trzy sezony, do 1964 roku.

 

Zagrała tam Pani m.in. Janielkę w „Z przedmieścia” Konstantego Krumłowskiego i Księżniczkę w „Mądremu biada” Aleksandra Gribojedowa, obie w reżyserii Bronisława Dąbrowskiego, Józię w „Damach i huzarach” Fredry w reż. Romana Niewiarowicza, Lizetkę z „Zakochanych” Carlo Goldoniego w reż. Haliny Gryglaszewskiej, a także Marcysię w „Don Juanie” Moliera w głośnej realizacji Bohdana Korzeniewskiego z 1962 roku, Helenę w „Fantazym” Słowackiego u Gryglaszewskiej…

Ale też trzy malutkie rólki w „Dziadach” w inscenizacji Korzeniewskiego, które przeszły bez echa, nie było tego nastroju co pięć lat później, a była to inscenizacja bardzo przenikliwa, jak to u intelektualisty Korzeniewskiego a zaraz potem Wiolę we francuskiej farsie Barilleta i Gredy’ego „Adela i stresy” w reżyserii Marii Malickiej. Poza tym malusieńką rólkę Panny Trojańskiej w „Odprawie posłów greckich” Kochanowskiego u Maryny Broniewskiej. Niestety takie postacie jak Broniewska i inne wcześniej wymienione są dziś w kompletnym zapomnieniu.

 

Jak widać była to głównie klasyka dramatu i komedii. I oto nagle wylądowała Pani w Starym Teatrze, we współczesnej sztuce Marka Domańskiego „Ktoś nowy”, w reżyserii młodego wtedy Jerzego Jarockiego.

Młody był, ale już bardzo poważny i uczony, reżyser-doctus. Imponował mi, zawsze imponowali mi tacy mądrzy reżyserzy i mądrzy mężczyźni. W mężczyźnie najbardziej fascynujący jest intelekt. To właśnie Jarocki mnie zauważył i doprowadził do angażu w Starym. Zaraz też potem zagrałam u niego w „Henryku IV” Szekspira rolę, proszę uważnie słuchać, Lalki-Drzyj Płótno. To był styczeń 1965, początek mojego pierwszego pełnego roku w Starym, a po kilku miesiącach Konrad Swinarski obsadził mnie w roli Zuzanny w „Żałosnej i prawdziwej tragedii pana Ardena z Feyersham w hrabstwie Kent” autorstwa Anonima. Nawet takie rzeczy się wtedy wydobywało na światło dzienne. Dziś, w tym powszechnym lenistwie umysłowym, nie można o tym nawet marzyć.

 

To było w maju 1965, a w październiku miała miejsce premiera jednej z najsławniejszych premier w dziejach powojennego polskiego teatru, „Nieboskiej komedii” Krasińskiego. Wywindowała ona trwale na szczyt reżysera Konrada Swinarskiego.

I bardzo wpłynęła na język polskiego teatru. Z tego punktu widzenia było to przedstawienie rewolucyjne. Legendarne przedstawienie! Ja zagrałam rolę Orcia, małego chłopczyka którego notabene przygotowywałam na egzamin do szkoły teatralnej, właśnie z Janem Niwińskim. Orcio w interpretacji Niwińskiego był zupełnie inny od interpretacji narzuconej przez Swinarskiego. Popadliśmy na tym tle z Konradem w ostry spór konflikt. Przyszedł i powiedział, że Orcio ma być „debilem”, a ja myślałam, że mnie szlag trafi, bo miałam przygotowany monolog Orcia pełen poetyckich uniesień. Konrada jednak oczywiście zainteresowała głównie choroba chłopca i że ślina leje mu się z ust, że język ma na wierzchu. Jak ja to usłyszałam, jakby mi ktoś nóż wbił w serce. Rozpętała się awantura. W końcu obraziłam się i trzasnęłam drzwiami. Szczęśliwie Marek Walczewski, wówczas mój mąż, który grał w tym przedstawieniu główną rolę, hrabiego Henryka, widząc, jak się szarpię, podsunął mi pomysł, żeby Orcio miał kłopoty z kręgosłupem i żeby stąd wynikała jego niezborność. Tego się uczepiłam. Połączyliśmy liryzm z fizyczną ułomnością i moja rola została uznana za kreację, a spektakl stał się wydarzeniem. Konrad jak nikt potrafił stworzyć na scenie wieloznaczny świat – okrutny i wspaniały. Nota bene obaj panowie, Marek Walczewski i Konrad Swinarski byli mężczyznami mojego życia. Byli fascynującymi osobowościami i wielkimi artystami. Marek grał hrabiego w „Nie-boskiej” fenomenalnie, zjawiskowo. Konrad świetnie go ustawił – tam była i pycha, i duma, i kabotynizm. Ale krakowska krytyka nie poznała się na nim, za to ja zebrałam świetne recenzje. Od tego czasu zaczęły się nieporozumienia. Marek był aktorem Jerzego Jarockiego, a ja aktorką Konrada Swinarskiego, czyli pracowaliśmy w dwóch konkurujących klanach teatralnych gigantów. To był ekscytujący okres w teatrze, ale podziały przenosiły się na życie prywatne. On miał mocny charakter, a ja jestem impulsywna, gadatliwa, złośliwa, pazerna, zazdrosna. Pożądałam zarówno ludzkich uczuć, ról, uznania i w ogóle wszystkiego, oprócz spraw materialnych.
Dobrze wychodziły mi tylko przyjaźnie z mężczyznami. Przetrwała nasza serdeczna zażyłość z Jerzym Trelą. Zawsze mu zazdrościłam ról większych od moich i nagród. Jesteśmy z jednej stajni mistrza Swinarskiego, a to mocna więź. Konrad był moim mistrzem i przyjacielem aż do tragicznej śmierci w 1975 roku. Bardzo mnie cenił jako krytycznego i pyskatego widza, czy „widzkę”, jakby dziś powiedziały feministki. Choć bywałam (i bywam) niepohamowana, gwałtowna, wybuchowa. Chciałabym być aniołem, ale mój diabeł wyskakuje z pudełka i na to nie pozwala.

 

Później były dziesiątki ról w znakomitych tekstach w znakomitej reżyserii, u samego tylko Konrada Swinarskiego jako Claire w Pokojówkach” Geneta, „Wszystko dobre co się dobrze kończy” Szekspira, Stella w „Fantazym”, Młoda w Klątwie” i Joas w „Sędziach” Wyspiańskiego, Helena w „Śnie nocy letniej” Szekspira, Dziewczyna w „Żegnaj, Judaszu” Iredyńskiego, aż po Ewę w jego legendarnych „Dziadach” oraz Muzę w „Wyzwoleniu” Wyspiańskiego.

I to była ostatnia moja wspólna praca z Konradem na scenie, przy czym w przypadku „Dziadów” i „Wyzwolenia współpracowałam z nim reżysersko.

 

Bo przecież jest Pani także jest z wykształcenia reżyserką….

Eee, tam.. Jakbym się naprawdę nią czuła, to bym zrobiła „Hamleta”, a ja tylko czasem wystawiam komedie. Niby uczyłam się syntezy problematyki dramatu, idei spektaklu, lecz nie mam takiej odwagi jaką powinien mieć reżyser z prawdziwego zdarzenia. Reżyserując, ani razu nie potrafię przekroczyć granicy, jaką wyznacza oryginalny tekst, choć akurat w graniu jestem gotowa na każde szaleństwo. Nigdy nie mam stuprocentowej pewności, że to, co wymyśliłam, jest naprawdę dobre. Wielki reżyser ma równie wielkie ego i jest przekonany o swoim geniuszu. Mną miotają wątpliwości. A więc komedie tak, poważny repertuar nie.

 

Nietrudno jednak nie zauważyć, że to – na ogół – nie drugorzędne komedie, ale wielkie, klasyczne komediowe teksty: „Poskromienie złośnicy” Szekspira, „Igraszki trafu i miłości” Marivaux, „Gwałtu co się dzieje” i Śluby panieńskie” i „Pana Jowialskiego” Fredry, „Urodziny Stanleya” Pintera, „Wdowy” Mrożka czy „Wesele Figara” Beaumarchais. Czy czuje Pani nostalgię za latami 60-tymi i 70-tymi, kiedy teatr w Polsce przeżywał złoty okres, rozkwit?

Za komuny kwitła kultura, teatr, muzyka, wspaniałe kariery robili wirtuozi, reżyserzy, aktorzy, pisarze, mimo że przecież obowiązywała cenzura. Była przestrzeń dla wysokiej kultury i sztuki. Dzisiaj niestety rządzi pieniądz, więc jest prostacko, wesołkowato, ale w konsekwencji smutno. Nie mogę znaleźć w tym nowym świecie sztuki miejsca dla siebie. W każdym razie zrezygnowałam, mimo licznych propozycji i namów Marka Walczewskiego, z robienia warszawskiej kariery, która jednak mogłaby być nieco większa niż kariera w królewskim mieście Krakowie. Kraków uchodzi za słodką, śliczną, elegancką, ale prowincję. Czuję go w kościach, kocham jego niezwykłą atmosferę, choć mam temperament zupełnie nie krakowski. Odzywają się geny dziadka Węgra (są też one w moim nazwisku), który przywędrował do Polski 150 lat temu i zakochał się w mojej babci. Jestem żywa, impulsywna, a tutaj ludzie są spokojniejsi i bardziej wyciszeni niż w stolicy. Warszawa zawsze mnie przerażała przede wszystkim rozległością. W Krakowie na Rynku każdy może się z każdym spotkać, więc spotykam wielu znajomych, ale za prawdziwie bliskie mi osoby uważam mojego bratanka Leszka Polony, a przede wszystkim Józka „Żuka” Opalskiego, profesora krakowskiej PWST, reżysera, wybitnego intelektualistę, który po części zastąpił mi duchowo Konrada.

 

Pani przygoda zawodowa z kinem jest rzeczywiście liczbowo nieobfita. Mówi Pani o sobie, że jest Pani „niefilmogeniczna”, nieefektowna, szara. Ról stricte filmowych, kinowych zagrała Panie niewiele, m.in. epizod w „Kontrybucji” Jana Łomnickiego (1966), w „Dwóch księżycach” Andrzeja Barańskiego (1993), choć rolą w „Rewersie” Borysa Lankosza (2007) położyła Pani silny akcent w polskim kinie ostatnich lat. Za to Pani kontakt z ekranem telewizyjnym zaowocował wieloma dziesiątkami ról, głównie w Teatrze Telewizji, w czasach gdy istniała telewizyjna, piątkowa scena krakowska. Ale także jako Aniela Dulska we wspaniałym serialu Andrzeja Wajdy „Z biegiem lat z biegiem dni”.

Który stał się prawdziwym dokumentem artystycznym starego Krakowa. Najpierw jednak zaistniał w 1978 roku jako spektakl w Starym Teatrze. W Teatrze Telewizji debiutowałam w „Woyzecku” Bűchnera u Konrada Swinarskiego, ale najwięcej razy pracowałam z cudowną Ireną Wollen, m.in. w „Czajce” Czechowa w roli Maszy czy w „Próbować być szczęśliwą” w roli Marii Baszkircew, która to rolę najlepiej wspominam. Dobrze też wspominam Lizę w „Diable” Lwa Tołstoja w reż. Lidii Zamkow czy margrabinę Cibo w „Lorenzaccio” Musseta w reż. Agnieszki Holland.

 

W teatrze żywego planu aktor ma kontakt z publicznością, i to daje mu energię. A co zastępuje publiczność w Teatrze Telewizji: kamera?

W teatrze żywego planu siła przekazu musi być tak mocna, żeby doszła do ostatniego rzędu. Lubię czuć, że widz potrzebuje moich wyraźnych emocji i zachowań. Z moją naturalną ekspresyjnością i ekstrawertyczną naturą na scenie jestem w swoim żywiole. W Teatrze Telewizji potrzeba mi tylko partnera – przekaz ma trafiać do niego. A kamera ma być świadkiem tego, co się dzieje między nami. Przyznaję, że opanowanie mojej ekspresji i nadmiernej wyrazistości sprawia mi dużą trudność. Jednak ta walka z samą sobą, jeśli z niej wychodzę zwycięsko, sprawia też dużą satysfakcję.

 

Zauważyłem, że działa Pani jak magnes na „Poskromienie złośnicy” Szekspira. W 1969 roku zagrała Pani Kasię w inscenizacji Zygmunta Hübnera, a po latach reżyserowała ją Pani najpierw ze swoimi studentami w PWST, a jeszcze później dla Teatru Wybrzeże w Gdańsku. Dlaczego tak bardzo ceni Pani ten tekst?

Proszę się samemu domyśleć.

 

Dziękuje za rozmowę.

Sprostowanie

W odpowiedzi na pismo Centrum Informacyjnego MKDiN, w którym jego Dyrektor Anna Pawłowska-Pojawa odnosi się do tekstu Krzysztofa Lubczyńskiego „Sezon na klątwy i pytony” (Dziennik Trybuna, nr 164-165/2018), publikujemy niniejszym przedmiotowe sprostowanie:

Nieprawdziwa jest informacja „(…): Wicepremier Gliński przymierza się do rozpisania konkursu na stanowisko dyrektora (…) chociaż nie kończy się żadna kadencja”.
(…) Zgodnie z Umową (…) p. Dorota Buchwald pełni funkcję dyrektora Instytutu Teatralnego w Warszawie do 31 grudnia 2018 r. – czytamy w piśmie MKiDN z 21 sierpnia.

W związku z tym autor tekstu stwierdza, co następuje:

Wątek konkursu na dyrektora Instytutu Teatralnego zaczerpnąłem z branżowego portalu e-teatr.pl.
Jeśli jednak treści podane przez wspomniany portal nie były zgodne z faktami, to przepraszam za ich powielenie.

Na plan wprost z mieszkania

Z WITOLDEM DĘBICKIM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Witold Dębicki – ur. 3 maja 1943 w Dubnie – aktor teatralny, filmowy i telewizyjny. Absolwent PWST w Warszawie. Od 1989 do 2010 roku aktor Teatru Nowego w Poznaniu. Znany także z wielu ról serialowych, m.in. w „Wielkiej miłości Balzaca”, „Najdłuższej wojnie nowoczesnej Europy”, „07 zgłoś się”, „Dyrektorów”, „Czarnych Chmur”, „Komediantki”, „Alternatywach 4”, „Zmiennikach”, „Domu”, „Ekstradycji”, „Plebanii” , „Klanie”, a ostatnio w „Komisarzu Alexie” i „Blondynce”.

 

Bogdan Łazuka w poświęconej mu książce wspomina o Panu jako o trochę playboyu, w latach sześćdziesiątych właścicielu kabrioleta marki triumph spitfire, który pojawia się w scenie z nim i Elżbietą Czyżewską w komedii Stanisława Barei „Małżeństwo z rozsądku” Należał Pan trochę do światka artystycznego Księstwa Warszawskiego, jak określano głównie świat filmowy stolicy?

Byłem młodziutkim aktorem, ale fakt że poruszałem się w tych okolicach. To były dla części młodzieży artystycznej czasy trochę playboyskie. Stare dzieje.

 

Ten kabriolet należał do Pana?

Ten akurat to nie był mój triumph spitfire, ale sportowy fiat Janusza Różycki, słynnego szermierza. Wypożyczył go do filmu, a ja miałem zasiąść za kierownicą jako młody człowiek, który ma taką bryczkę, ale nie ma na benzynę, wiec podwozi znajomych i nieznajomych za opłatą. Przed ta sceną musiałem zjechać na Wisłostradę, żeby z odpowiedniej strony zajechać na staromiejską skarpę przed Bodzia i Elę. I jak to młody człowiek napalony na takie cudo na czterech kółkach ostro depnąłem po pedałach. Kiedy zajechałem, wóz strasznie się dymił, Janusz rzucił się do mnie z pretensjami, a ja mu odpaliłem, żeby nalewał wody do chłodnicy.

 

Skoro jesteśmy przy filmie, to przypomnijmy kilka ważniejszych dla Pana ról filmowych…

Trudno jest mi samemu oceniać, ale mogę powiedzieć, że lubię pracę w filmie. Lubię nawet to oczekiwanie na planie, pogaduchy, żarty. Lubię kamerę. Mimo że w filmie, w odróżnieniu od teatru, prawie nie grałem głównych ról. Za to grałem wiele drugoplanowych i brałem udział w ciekawych filmach, takich jak mój debiut ekranowy w epizodziku w „Życie raz jeszcze” nieodżałowanego, kochanego Janusza Morgensterna, u którego wystąpiłem też w epizodzie w „Trzeba zabić tę miłość”. Na plan zszedłem prawie wprost z mieszkania przy ulicy Widok 9 w Warszawie, gdzie wtedy mieszkałem i gdzie kręcili scenę właśnie z moim udziałem. Pamiętam udział w „Westerplatte” Stanisława Różewicza, w „Kochajmy syrenki”, w „Pieczonych gołąbkach” Tadeusza Chmielewskiego, „Idolu” Feliksa Falka,

 

Główną rolę zagrał Pan w filmie „Broda” w ramach cyklu „Najważniejszy dzień życia”…

Film budził w tamtych czasach, latach siedemdziesiątych kontrowersje dziś niewiarygodne, bo to była kaszka z mlekiem w porównaniu dzisiejszymi problemami wychowawczymi. Dotykał jednak problemu autorytetu nauczyciela i ogólnie pojętej kwestii wolności, więc jako jedyny film cyklu pokazano go bardzo późno. Zapamiętałem też partnerowanie wspaniałym aktorom krakowskim, Zofii Niwińskiej i Jerzemu Nowakowi. Pamiętam sympatyczne zdjęcia w zamku w Oporowie w łódzkiem do telewizyjnej komedii grozy „Duch z Canterville” według noweli Oscara Wilde’a, gdzie mogłem zetknąć się z takimi legendami aktorstwa, jak Barbara Ludwiżanka, Aleksander Dzwonkowski i Czesław Wołłejko.

 

Jak to się stało, że postanowił Pan zostać aktorem?

Początkowo nic na to nie wskazywało, choć moja mama była przez pół wieku związana z teatrem lalkowym, miała na tym polu wybitne, nagradzane osiągnięcia. Pracowała w warszawskich teatrach lalkowych „Baj” i „Guliwer”. Kiedy byłem chłopakiem, któryś z aktorów, kolegów mamy zapytał mnie, czy chcę zostać aktorem. Odpowiedziałem, że mowy nie ma, przecież „nie będę się wygłupiał”. Miałem wtedy po ojcu, inżynierze instalacji sanitarnych, wykładowcy Politechniki Warszawskiej, inklinacje ścisłe, techniczne i zgodnie z jego sugestiami widziałem się na architekturze, jako że nieźle rysowałem. Jednak jakoś niepostrzeżenie zagrała chyba we mnie nuta artystyczna po mamie i postanowiłem w tajemnicy przed ojcem zdawać do warszawskiej szkoły teatralnej. Za pierwszym razem jednak nie dostałem się. Poszedłem do pracy w firmie zajmującej się handlem przetworami naftowymi przy Jasnej 10, ale za drugim razem się dostałem. To był rok 1963 a ja miałem dwadzieścia lat. Ojciec przyjął to spokojnie, ale przestrzegł, że wybrałem sobie ciężki zawód. Po latach przekonałem się, że miał rację, bo zwłaszcza teatr, to ciężka orka, szczególnie dla człowieka po pięćdziesiątce. Poza tym etat teatralny to niewola. Do tego trochę wytarła mi się już pasja do teatru, nie czuję tego dawnego entuzjazmu do grania. Wtedy jednak myślałem, że to bardzo dobry zawód dla kogoś takiego jak ja, kto nienawidzi rano wstawać. Przez kawał życia obserwowałem ojca wstającego codziennie o szóstej, żeby zdążyć do pracy na siódmą rano. Wyobrażałem sobie to jako ciężka dolegliwość życiową. W teatrze próba zaczyna się o dziesiątej przed południem, więc przy dogodnych okolicznościach można sobie pospać nawet do dziewiątej. Inna sprawa, że nie wiedziałem, że nieraz przydarzy mi się wstawanie o trzeciej nad ranem na wczesny plan filmowy (śmiech).

 

Wtedy rektorem warszawskiej PWST był Jan Kreczmar. Jak Pan wspomina szkołę i profesorów? Co Panu dali?

Uczyli mnie Jan Świderski, Zofia Mrozowska, Ryszarda Hanin, Aleksander Bardini, młody Zbigniew Zapasiewicz, od którego się wiele nauczyłem. Bardini był wielkim erudytą i przekazał nam ogrom wiedzy humanistycznej.

 

Życie towarzyskie było bujne?

Było wesoło i ciekawie, ale było też wiele pracy. W szkole siedzieliśmy wiele godzin. I ostra dyscyplina. Kiedy pewnego dnia, a było to 3 maja, w moje urodziny, przyszliśmy z kolegami „po piwku” na zajęcia z Bardinim, omal nie skończyło się to relegowaniem nas ze studiów. Pismo z takim ostrzeżeniem, podpisane przez dziekan Renę Tomaszewską ukazało się na tablicy ogłoszeń w hallu. Na roku byłem m.in. z Markiem Bargiełowskim, Danutą Rastawicką, Ewą Skarżanką, Jackiem Domańskim, ale poza nimi większość moich koleżanek i kolegów nie wyrobiła sobie znanych nazwisk.

 

Po studiach dostał Pan angaż w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu…

Tak i to był ważny dla mnie okres. Pracowałem z dwoma wybitnymi reżyserami tamtego okresu: Hugonem Morycińskim, Markiem Okopińskim, Krystyną Meissner. Po kilku sezonach wróciłem jednak do Warszawy, gdzie związałem się z nieistniejącym już od lat teatrem Ziemi Mazowieckiej na Pradze, przy Szwedzkiej, pod dyrekcję Aleksandra Sewruka, dobrego aktora i świetnego dyrektora. Nie zapomnę listu z podziękowaniem jaki dostałem od niego przed odejściem, że „dziękuję Obywatelowi za dokonania artystyczne na scenie” itp., takiego zabawnego, urzędniczego języka używał. A potem byłem dziewięć lat w „Rozmaitościach”, razem z Jurkiem Bończakiem, Markiem Lewandowskim, Elą Starostecka, za dyrekcji Andrzeja Jareckiego i za czasów, gdy w Radzie Artystycznej teatru byli Agnieszka Osiecka, Wojciech Młynarski. Wreszcie „Komedia” z dyrekcji Olgi Lipińskiej, no i w końcu Teatr Nowy z Poznaniu. Gościnnie grałem też w „Syrenie” i u Zygmunta Hübnera. Mogę powiedzieć, że to były świetne czasy. Zwłaszcza w młodości stać mnie było na to, żeby nie zarabiać, ale wykorzystałem ten czas do nauki zawodu. Poza tym było w teatrze życie towarzyskie, choćby i z wódeczką, były więzi. Po przedstawieniach dyskutowaliśmy o spektaklach. Dziś nawet śladu po tym nie zostało. Aktorzy przychodzą do teatru, grają i zaraz potem wychodzą. Młodzi przede wszystkim gonią za pieniędzmi, ale wcale im się nie dziwię, bo cała rzeczywistość została skrajnie ekonomizowana.

 

Które ze swoich ról teatralnych uważa Pan za szczególnie ważne?

Podobnie jak w przypadku filmu, trudno mi to oceniać. Myślę jednak, że najbardziej cenię sobie role, które są owocem mojej aktorskiej dojrzałości, czyli role z ostatniego dziesięciolecia. Mam na myśli poznańskie role, tytułowego „Ryszarda III”, Ojca Laurentego w „Romeo i Julii” czy króla Klaudiusza w „Hamlecie” czyli role szekspirowskie. Bardzo dobrze czuje się też jednak w gatunku, jakim jest farsa. Nauczył mnie ją cenić reżyser Józef Słotwiński.

 

U którego grał Pan w Teatrze Telewizji…

Tak, sporo tam grałem. Pamiętam kłopoty z uwierająca mnie peruką w „Intrydze i miłości” Schillera w 1972 roku właśnie w reżyserii Słotwińskiego. Ta peruka właściwie położyła mi rolę. Cenię też sobie rolę Pismaka w „Cyklopie” Władysława Terleckiego, sztuce o margrabim Wielopolskim, w reżyserii Izy Cywińskiej, gdzie grałem z moim świetnym, starszym kolegą, który także uczył mnie zawodu, Januszem Michałowskim. Dodam jednak, że nie lubiłem grać w tekturowych dekoracjach i satysfakcją przyjąłem wyjście teatru telewizji w plener i naturalne wnętrza.

 

Jak Pan ocenia dziś swoją pozycję w zawodzie?

Nie jestem jeszcze w nastroju do podsumowań, nie zamierzam jeszcze odkładać łyżki, ale coraz częściej zastanawiam się nad tym, co osiągnąłem tym zawodzie. Myślę, że mogę określić się jako aktor podpórka, aktor pomocniczy. Z tego punktu widzenia aktorzy dzielą się na dwie kategorie: na tych pierwszoplanowych, ze słynnymi nazwiskami i tych z drugiego czy nawet trzeciego planu. Kiedyś czytałem wywiad ze znanym amerykańskim aktorem Robertem Duvallem, który powiedział, że przyjemnie jest grać ciekawą rolę drugoplanową, ale równie ciekawie iść po czerwonym dywanie i być obserwowanym przez kobiety, które wpływają na obsadę filmów.

 

Jakie zdarzenie Pana karierze uważa Pan za najbardziej niezwykłe?

Los sprawił, że przy okazji mojego debiutu w filmowym epizodzie w „Życiu raz jeszcze” zetknąłem się moim profesorem, wielkim Tadeuszem Łomnickim. 28 lat później, w Teatrze Nowym w Poznaniu byłem świadkiem jego śmierci na scenie. Pamiętam jak upadł za kulisami, jak wołano czy jest lekarz, jak wezwano pogotowie i jak dotarła do nas wiadomość, że nie żyje. Niesamowity, symboliczny nawias.

 

Dziękuję za rozmowę.

Walka z gołym tyłkiem

Z reżyserem Wojciechem Solarzem rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Wojciech Solarz – ur. 22 czerwca 1934 w Krakowie. Absolwent wydziału dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim (1955) i Wydziału Reżyserii łódzkiej szkoły filmowej (1962). W latach 1958-1961 krytyk filmowy i dziennikarz Polskiego Radia, reporter i autor słuchowisk. Jeden z twórców Studenckiego Teatru Satyryków, w którym reżyserował spektakle i komponował muzykę. Reżyser filmowy, telewizyjny, dokumentalista, scenarzysta (m.in. „Żywot Mateusza”). Filmy – także m.in. „Wezwanie” (1971), „Bezkresne łąki” (1976), „Kasztelanka” (1983), „Prywatne niebo” (1988). Wyreżyserował też serial „Trzecia granica” (1975), a także liczne odcinki serialu „Plebania”. W Teatrze Telewizji także m.in. „Kongres we Florencji” J. Iwaszkiewicza, „Blizna” A. Szczypiorskiego, „Żeglarz” J. Szaniawskiego , „Miejsce rektorskie” J.P. Gawlika.

 

Zanim został Pan reżyserem filmowym był Pan blisko teatru. Jak do tego doszło?

Za pośrednictwem rodzinnym. W 1945 roku moja mama rozpoczęła kontynuację dzieła mojego ojca, Ignacego Solarza, ideę uniwersytetów ludowych. Władzy ludowej się to nie spodobało, bo pachniało PSL-em, ale udało się matce zorganizować Uniwersytet Ludowo-Teatralny w Łódzkiem. Kształcił on instruktorów dla teatrów ludowych. Matka nawiązała kontakt z Leonem Schillerem, który był wtedy dyrektorem teatru przy Cegielnianej w Łodzi, dziś noszącym imię Stefana Jaracza. Powstawały znakomite przedstawienia, jak „Miasteczko na dłoni”, „Igraszki z diabłem” Jana Drdy, „Burza” Szekspira, „Krakowiacy i górale” Bogusławskiego. Jako dziecko chodziłem z matką na próby, kręciłem się wszędzie, zasypiałem w loży i chłonąłem atmosferę, choć jako 11-letni chłopak niewiele z tego rozumiałem. Byłem też świadkiem pracy Schillera i jego ówczesnego asystenta Aleksandra Bardiniego. Moja matka była twórczynią specyficznej formy teatralnej, zwanej teatrem z pieśni, która objawiła się przed wojną między innymi we Lwowie, w Krakowie, po wojnie w teatrze Kantora. Zachwycali się tą formą Maria Dąbrowska i Leon Kruczkowski. Była ona inspiracją dla Schillera w jego widowiskach słowno-muzycznych, jak „Kram z piosenkami”.

 

Jednak po maturze najpierw studiował Pan dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim…

I tam zetknąłem się z Studenckim Teatrem Satyryków, słynnym, STS-em, razem z moją grupą z roku, w której działali między innymi Agnieszka Osiecka, Jerzy Dąbrowski Andrzej Nowaliński, późniejszy znany dziennikarz telewizyjny i korespondent w Londynie, także Janusz Gazda, późniejszy krytyk filmowy. Wcześniej jednak stworzyliśmy własny teatrzyk, który nazwaliśmy Dziennikarską Spółdzielnią Satyryczną i daliśmy dwa przedstawienia, ale to do STS się nie umywało, więc z wolna, całą grupą przenieśliśmy się do nich. Byłem tam najpierw kurtyniarzem, inspicjentem, specem od światła i elektryczności. Później Jerzy Markuszewski nakłonił mnie do komponowania muzyki do tekstów Agnieszki Osieckiej, a jeszcze później zostałem jego asystentem, by w końcu samodzielnie reżyserować. To doświadczenie bardzo mi pomogło w przyszłej, profesjonalnej pracy reżyserskiej, w pracy z aktorami, w interpretacji tekstu i tak dalej. W tej dziedzinie szkoła filmowa nic mi nie dała. Później zaangażowałem się do Adama Opatowicza do Teatru Polskiego w Szczecinie. Zrealizowałem tam m.in. „Garderobianego” Harwooda, „Rewizora” Gogola i „Igraszki z diabłem” Drdy. W warszawskich Rozmaitościach zrealizowałem „Lato w Nohant” Iwaszkiewicza i „Przedwiośnie” Żeromskiego. Spektakle cieszyły się dużym powiedzeniem, a za „Igraszki” otrzymałem nagrodę, o której dowiedziałem się z prasy, bo mnie, zgodnie z ówczesnym obyczajem, nie powiadomiono. Teatr był i pozostaje moją wielką miłością, nie do końca spełnioną. Jakiś czas temu wyreżyserowałem europejski spektakl multimedialny do muzyki Krzysztofa Komedy, mojego przyjaciela.

 

Jaki był Pana pomysł na teatr?

Byłem wychowany na teatrze Leona Schillera, na scenografii Andrzeja Stopki i dla mnie teatr zawsze był sferą wyobraźni. Kiedy w teatrze Jaracza podnosiła się kurtyna odsłaniał się przede mną świat wykreowany. Teraz tego w teatrze nie ma. Nikt się do wyobraźni nie odwołuje, wszystko sprowadza się do realności, do trywialnego naśladownictwa rzeczywistości. Nie zapomnę wspaniałych scenografii i zapachu szminki i pudru bijący od aktorów. Dla mnie chłopaka mieszkającego w co prawda nie zniszczonej, tętniącej życiem, ale brzydkiej, fabrycznej Łodzi, był to świat baśniowy. Dla mnie teatr zawsze będzie wehikułem przenoszącym mnie w inne, wykreowane, wyobrażone, wspaniałe światy. W jednej ze sztuk Giraudoux ktoś pyta: dlaczego chodzisz do teatru? Pada odpowiedź: abym czuł się lepszy.

 

A jak odbiera Pan obecny teatr?

Prawie nie chodzę, bo się zniechęciłem. Nie mogę zaakceptować, że nie ma w nim miejsca dla wyobraźni. Poza tym nie akceptuję nachalnego, ostentacyjnego uwspółcześniania na siłę, które polega na tym, że współczesne sensy wciska się do klasycznych tekstów wprost. Kiedyś poszukiwanie współczesnego brzmienia klasyki polegało na doszukiwaniu się tego co w tekście dawnym konweniowało z naszą współczesnością. Teraz jest odwrotnie. Ostatnio była inscenizacja „Dziadów” z czarnoskórymi aktorami. To robienie z Mickiewicza durnia. Jeśli Jan Klata uważa, że Słowacki jest głupi i trzeba go przerabiać na całego, to po co go wystawia? Nie lepiej wystawić własny tekst i wtedy hulaj dusza? Jest epidemia współczesności biorąca się z atrofii myślenia. Dla mnie jako dla reżysera najważniejsza jest myśl autora, nie moja. I tę myśl mam obowiązek przekazać nawet, jeśli się z nią nie zgadzam. Poza tym nie akceptuję teatru, w którym nie ma scenografii, zamiast niej czarne światło na czarnej kurtynie, a aktorzy mówią tekst siedząc na krzesłach. To już wolę sam, w zaciszu przeczytać tekst, bo wtedy lepiej uruchamia się moja wyobraźnia. Poza tym współczesne odczytanie niektórych tekstów wydaje mi się niemożliwe. Na przykład „Król Lear” do nich należy, nie tylko dlatego, że rozmiar tego tekstu nie jest na dzisiejsze czasy. Za taki uważam też „Moralność pani Dulskiej”. Żadne kombinacje i „uwspółcześnianie” nie zrobią z tej sztuki Zapolskiej tekstu współczesnego. Założenie, że hipokryzja jest odwieczna, jest banalne. Ja bym pokazał „Moralność” odwrotnie. Skonfrontowałbym ją z moralnością współczesną i pokazał jak inna była moralność sprzed stu lat. I kwestia kostiumu – kobiety w sukniach i gorsetach inaczej się poruszały. I to wpływało na ich zachowanie. Nie mogły się poruszać tak, jak dziś porusza się Julia w dżinsach. Ona nie jest szekspirowską Julią z Werony. Aczkolwiek nie jestem w tej kwestii ortodoksyjny, bo jeśli ktoś zrobi genialnego „Hamleta” w dżinsach, to niech mu będzie. Na teatr nie ma recepty. Gorsza jest jednak walka z gołym tyłkiem…

 

?

Pewien pan wyszedł na scenę, zdjął spodnie i powiedział: „Chcieliśta kumedię, to macie kumedię”. Tu jest najpoważniejszy problem, bo ogniskuje kwestię komercji i obyczajów, schlebiania najniższym gustom publiczności. Z klasyką jest jeszcze dziś taki kłopot, że coraz mniej aktorów ma do niej niezbędne dyspozycje – mają słabe głosy i słabą dykcję. Poza tym teksty klasyczne na ogół były pisane nie na dzisiejsze czasy. Mają za dużą skalę.

 

Przejdźmy jednak do filmu, bo jest Pan jednak przede wszystkim identyfikowany jako reżyser filmowy i telewizyjny…

Przyznam, że moja miłość do kina także nie została jednak do końca spełniona. I nie zostanie. To miłość mocno zawiedziona. Nie zrobiłem wielu filmów. Samodzielnie zadebiutowałem w 1967 roku obrazem „Molo” z Ryszardem Filipskim i Teresą Szmigielówną. I jak to debiutant, uległem pokusie wszystkoizmu, pomieszałem style, wątki. Byłem w nim wyraźnie pod wpływem francuskiej nowej fali. Wolę mój film „Wezwanie” według opowiadania Juliana Kawalca, który był bliski nagrody w San Sebastian. No i ostatni z moich filmów i pewnie w ogóle ostatni w życiu, „Legendę Tatr” z 1994 roku, na motywach eposu Kazimierza Przerwy-Tetmajera.

 

Przypomnę jeszcze próbę w gatunku „płaszcza i szpady” czyli „Ojca królowej”, z akcją w epoce Jana III Sobieskiego…

To tylko zewnętrznie w tym gatunku, bo scenariusz Jerzego Stefana Stawińskiego miał silne podteksty ironiczne i krytyczne, tzw. drugie dno.

 

Chciałby Pan coś jeszcze nakręcić?

Marzy mi się serial o Józefie Kurasiu „Ogniu”, ale to marzenie ściętej głowy. To byłby film o „ślebodzie” góralskiej, bez której zrozumienie fenomenu „Ognia” jest niemożliwe. Nikt go nie chce, ani lewica ani prawica, ani katolicy ani ateiści. Zdania są podzielone nawet w rodzinach góralskich, dla jednych zbrodniarz, dla drugich bohater. Rozmaici telewizyjni dyrektorzy po wysłuchaniu mojego pomysłu i kiwaniu głową z aprobatą, zapadali się pod ziemię, gdy prosiłem o ponowny kontakt.

 

Co Pana najbardziej frapowało jako temat do filmu?

Źródła, podstawy kultury ludowej. Bardzo ciągnęło mnie do kultury ludowej góralskiej. Nakręciłem na ten temat film dyplomowy.

 

Zanim wyzwolił się Pan na samodzielną reżyserską działalność, asystował Pan jako drugi reżyser Wojciechowi Hasowi przy realizacji „Lalki”. Proszę opowiedzieć o tym doświadczeniu, równo 50 lat od premiery filmu…

Uważam ten film, poza tym, że jest dziełem wyobraźni Wojtka Hasa, także, może nieskromnie, za mój film. Scenariusz pisałem z Wojtkiem w jego krakowskim mieszkaniu, ja siedziałem za klawiaturą maszyny do pisania, a Wojtek, palił „Carmeny” i dyktował mi scenariusz wprost z egzemplarza „Lalki”. Gdyby mnie ktoś zapytał, jaka była koncepcja tego scenariusza, nie potrafiłbym odpowiedzieć, Has zapewne też nie. Kiedy on przysypiał, ja pisałem scenariusz do „Mola”, kiedy się budził, chowałem mój tekst pod stół. Jak uczniak w klasie. Ten film powstał w wyobraźni Wojtka, jak baśń wyobrażona sobie przez dziecko. Był czystym dziełem intuicji. Aktorzy nie sprzeciwiali się. Nie wypadało. Uwielbiali go. Stworzył na planie atmosferę ubierania choinki przed Wigilią. Charakterystyczne, że nie prowadził z aktorami rozmów analitycznych. Wszystko rozumieli prawie bez słów, bo porozumiewał się z nimi prostymi komunikatami.

 

Jak tworzyła się ta obsada, która ostatecznie się ukształtowała? Czy aktorzy, którym powierzył konkretne role to byli ci i tylko ci, których sobie wymarzył?

Charakterystyczne było to, że Has nie chodził do teatru i rzadko do kina, więc nie znał aktorów. W tej sferze wyręczał go duet w osobach Haliny Garus, już nie żyjącej, która z kolei bardzo dobrze znała teatr, znała aktorów, jeździła na przedstawienia i mnie, który znałem branżę filmową. Dlatego mocno przyczyniłem się do obsady zarówno „Lalki” jak i „Szyfrów”, przy których także byłem drugim reżyserem. Has zawierzał naszej intuicji.

 

Izabelę Łęcką zobaczył Pan wyłącznie z Beacie Tyszkiewicz?

Tylko i wyłącznie, w czym byłem całkowicie zgodny z Haliną Garus. Odpowiadała nam jej ta specyficzna sztuczność w zachowaniu, wrodzona wyniosłość, która po latach przydała mi się w „Wielkiej miłości Balzaca” gdzie zagrała Hańską. Pracowało nam się z Beatą rewelacyjnie. Podobnie było z Mariuszem Dmochowskim. Był dla nas stworzony do roli Wokulskiego. A to dlatego, że przeczytałem „Lalkę” bardzo dokładnie pod kątem fizjonomii i sposobu bycia Wokulskiego i doszedłem do wniosku, że Wokulski równa się Dmochowski. Nadwrażliwy niedźwiedź, neurasteniczny marzyciel biznesmen. Więc gdyby Dmochowski nie przyjął roli, to ja bym pewnie wypisał się z filmu, choć było z nim sporo kłopotów z powodu jego nałogu alkoholowego. Szczególnie ostro doświadczyłem tego w czasie realizacji „Ojca królowej”, gdzie grał króla Jana III Sobieskiego.

 

I to Pan zaproponował mu rolę Wokulskiego?

Osobiście.

 

W jakich okolicznościach?

Grał akurat u Jerzego Antczaka w „Hrabinie Cosel” króla Augusta II Mocnego. Wspomniałem o nim Hasowi, ale słabo go kojarzył. Wsiadłem w „Nysę” z operatorem z ręczną kamerą typu „Ariflex” i pojechałem do Dmochowskiego na plan, na zamek w Książu. To były czasy, w których z uwagi na koszt taśmy właściwie nie robiono zdjęć próbnych. Dmochowski wyszedł do nas z planu ubrany w kostium królewski. Zapytałem czy przyjmie rolę. Przytaknął, trochę pogadaliśmy i taki nagrany materiał, bez dźwięku zawiozłem Hasowi. Zaakceptował go bez mrugnięcia okiem.

 

Czy równie starannie byli dobierani aktorzy drugoplanowi?

To była domena Haliny Garus, do której mieliśmy ogromne zaufanie. Ja zajmowałem się dialogami i realizacją scen, które niejednokrotnie reżyserowałem, gdy Wojtek był zmęczony. Idealną Magdalenkę znaleźliśmy w Krakowie w osobie młodziutkiej Anny Seniuk. Miała wielką tremę w scenach z Dmochowskim, który ją onieśmielał, ale potem się rozkręciła.

 

„Lalka”, to jak na owe czasy, zwłaszcza w polskich warunkach, ogromne przedsięwzięcie logistyczne – wielkie i zróżnicowane dekoracje, liczna obsada, mnóstwo statystów. Jak Pan wspomina realizację od tej strony?

Pracowaliśmy długimi ujęciami, jazdami kamery, ale nie zawsze dawało się je łatwo osiągnąć Jeśli pamięta pan scenę zejścia Wokulskiego na Powiśle i – także tą samą drogą – zejścia Magdalenki i Ochockiego, to moim pomysłem było zastosowanie specjalnego rozwiązania technicznego, które zapewniało płynną pracę kamery. Scena kręcona była pod Wrocławiem na skarpie, gdzie grunt był dziurawy, nierówny Wymyśliłem konstrukcję złożoną z dwóch równoległych drewnianych pomostów, jak kolejkę na Gubałówkę. Na samym szczycie tego pomostu był kołowrót, do którego podczepione były dwa wózki pod kamerę. Na jednym była kamera z operatorem, na drugim worki z piaskiem o tej samej wadze. Wystarczyło więc lekko popchnąć a machina posuwała się. Pomysłowość była istotą naszej pracy. O efektach komputerowych nikt wtedy nawet nie śnił, więc nakręcenie sceny z opadającą sztabka złota lżejszego od powietrza było problemem. Zastosowaliśmy specjalną machinę z supercienką nitką, do tego stosując takie oświetlenie, żeby zupełnie nie było widać tej nitki. Takich sytuacji było wiele. Kiedy kręciliśmy scenę wagonową, w której Wokulski „nakrywa” Izabelę na amorach ze Starskim, wyłączono część toru w okolicy Wołowa pod Wrocławiem, a ja prowadziłem lokomotywę. Przeżyłem nawet w związku z tym sytuację mrożącą krew w żyłach, bo omal nie wpadł mi pod koła motocyklista.

 

O ile dziesięć lat później Ryszard Ber wykorzystał w swoim telewizyjnym serialu „Lalka” warszawskie obiekty, ulice i plenery, o tyle, w waszej realizacji ani jedna scena nie została nakręcona w Warszawie.

Ani jedna. Sceny we wnętrzach kręcone były w atelier we Wrocławiu i Łodzi. We Wrocławiu zbudowano dekoracje kamienic Krakowskiego Przedmieścia z kościołem Świętego Krzyża, które były stawiane dwukrotnie, bo pierwszą konstrukcję zniszczył doszczętnie straszliwy wicher. Sceny na Powiślu kręciliśmy na wspomnianej skarpie pod Wrocławiem. Pojedynek Wokulskiego z Krzeszowskim – na łąkach oławskich pod Wrocławiem, w dzielnicy Oława. Sceny dworcowe na Dworcu Świebodzkim we Wrocławiu. Sceny we wnętrzu kościoła karmelitów nakręcone zostały we wrocławskiej katedrze, nieopodal hotelu „Monopol”. Jakiś pałac pod Wrocławiem zagrał zimowe zewnętrze Resursy Kupieckiej w czasie występu Molinariego. Na Mazowszu nakręciliśmy scenę dworu w Zasławiu, który z zewnątrz zagrał pałac w Radziejowicach wraz z dziedzińcem. Konne spotkanie Wokulskiego z Wąsowską na łąkach w Świdrach pod Warszawą, właściwie w Józefowie, nad sama Wisłą. Scenę wśród ruin zamku w Zasławiu zagrały ruiny w mazowieckim Czerwińsku. Przede wszystkim jednak trzeba wspomnieć o wielkiej pracy scenograficznej Lidii i Jerzego Skarżyńskich oraz wnętrzach Macieja Putowskiego. One w dużej mierze stworzyły ten film.

 

Dlaczego we filmie nie ma żadnych sekwencji paryskich?

Po pierwsze dlatego, że Has nie czuł Paryża, nie miał go w wyobraźni. Był w nim, ale nie uległ fascynacji. Po drugie, uważał wątek paryski za tak bardzo rozbudowany, że nadający się na odrębne potraktowanie.

 

Jest za to scena na Powiślu, gdzie jako Żyd grający na skrzypcach towarzyszy pan Wokulskiemu i Ochockiemu pijącym mętną siwuchę.

Dla zabawy czasem lubiłem pojawić się na kilka chwil na ekranie. A siwucha zawsze była mętna. Pojawiłem się też m.in. w epizodzie we „Wszystko na sprzedaż” Wajdy.

 

Poza „Lalką” asystował Pan reżysersko raz jeszcze Hasowi przy „Szyfrach”. Tadeuszowi Konwickiemu przy „Maturze”, Jerzemu Stefanowi Stawińskiemu w „Pingwinie”, Sylwestrowi Chęcińskiemu przy „Agnieszce 46”…

Moje pokolenie latami terminowało, uczyło się od podstaw. Ja straciłem na terminowanie piętnaście lat. Dziś młodzi reżyserzy dzięki dostępności wiedzy, wiedzą, w aspekcie techniczno-realizacyjnym, w punkcie wyjścia, wszystko.

 

Po latach zrealizował Pan z rozmachem serial telewizyjny „Wielka miłość Balzaca”.

Ogromna obsada, wiele wątków, ogrom wnętrz i kostiumów z epoki. Balzaca zagrał francuski aktor Pierre Meyrand, który mówił po francusku, a polscy aktorzy po polsku. Także Beata Tyszkiewicz, która zagrała panią Hańską. Zdubbingował go Piotr Fronczewski. „Wielka miłość Balzaca”, to była wielka przygoda mojego życia.

 

Zrealizował Pan także kilka spektakli Teatru Telewizji. Którą z realizacji ceni Pan sobie najbardziej?

„Poza miastem” według powieści Johna Boyntona Prietsleya. Genialny utwór, w którym angielski pisarz przeczuł wiele lat temu to, co dziś jest powszechną praktyką – imaginistykę społeczną czyli tworzenie imażu, wizerunku. Dwaj bohaterowie, hochsztaplerzy, tworzą fikcyjny Instytut Imaginistyki Społecznej i uczą polityków budowania swojego wizerunku. Cenię sobie także inscenizację „Przedwiośnia” Żeromskiego, mimo, że z konieczności była bardzo uboga scenograficznie. Cenię też „Tren” według opowiadania Bohdana Czeszko, do którego ogromne zastrzeżenia miał Główny Zarząd Polityczny Ludowego Wojska Polskiego. Groźni oficerowie przyszli do mnie i powiedzieli, że po obejrzeniu tego filmu żaden młody człowiek nie będzie chciał bronić ludowej ojczyzny. „Tren” przeleżał długo na półce.

 

Dziękuję za rozmowę.

Trzy zdarzenia dające do myślenia

Brutalne – jak na charakter sprawy – wypchnięcie protestujących z Sejmu, wylegitymowanie przez policję kobiety, która zadała pytanie marszałkowi Sejmu i podpalenie domu, w którym mieszka poseł Krzysztof Brejza – te trzy zdarzenia powinny wzbudzić daleko idący społeczny niepokój.

 

I. Władza pokazuje figę i pięść

Te trzy zdarzenia na pozór niewiele łączy, są różnej wagi i różnego autoramentu a jednak mają, lub mogą mieć, wspólny mianownik. Wypchnięcie z Sejmu protestujących niepełnosprawnych i ich opiekunów, bo tak trzeba nazwać nasilające się przeciw nim pod koniec protestu szykany ze strony pisowskiego aparatu administracyjnego Sejmu, to nie tylko pacyfikacja i wycięcie jednego uciążliwego „wrzodu”. To także ostrzeżenie ze strony władzy, że jest gotowa na przyjęcie ostrego kursu wobec wszelkich protestów, jakie mogą niedługo wybuchnąć. Sygnał jest taki – skoro nie ustąpiliśmy przed taką „wrażliwą” grupą, jaką są ludzie najbardziej potrzebujący i budzący powszechne współczucie, to tym większą okażemy twardość wobec innych, znacznie mniej pokrzywdzonych środowisk. A że fala takich protestów prędzej czy później wybuchnie, to jest pewne jak amen w pacierzu. Innymi słowy, pisowska władza utwardza swój wizerunek i szykuje się do ewentualnej konfrontacji z opozycją i niechętną jej częścią społeczeństwa. PiS bowiem już wie, że po odepchnięciu niepełnosprawnych, jego wizerunek jako formacji wrażliwej socjalnie został poważnie nadwerężony. Na wizerunku formacji „dobrej pani Beaty pachnącej rosołem” i wspomagającej pokrzywdzonych przez transformację, wiele już nie ugra. Niektórzy politolodzy twierdzą nawet, że ten aspekt wizerunku PiS legł w gruzach, choć w sondażach to się jeszcze nie zaznaczyło. PiS nie ma teraz innej drogi, niż stwardnieć i „pokazać pazurki”, a raczej „pazury”.

 

II. Wylegitymowanie za pytanie

W Sanoku, funkcjonariusz policyjnej drogówki wylegitymował uczestniczkę spotkania z marszałkiem Sejmu Markiem Kuchcińskim. Przypadków represjonowania kontrmanifestantów na spotkaniach z pisowskimi oficjelami było już sporo. Jednak o ile dotąd szykany te spotykały osoby wykrzykujące na spotkaniach antypisowskie hasła i wznoszących antypisowskie transparenty, o tyle po raz pierwszy spotkało to osobę, która ograniczyła się do zadania marszałkowi Sejmu pytania o protest niepełnosprawnych. Byłoby naiwnością przypuszczać, że była to inicjatywa skromnego aspiranta lub nawet jego bezpośredniego przełożonego. Trudno nie szukać tu inspiracji płynącej z góry. Wylegitymowanie osoby, która nie dała najmniejszego nawet pozoru zakłócania zgromadzenia jest wyraźnym sygnałem dla ewentualnych przyszłych, krytycznych wobec władzy uczestników takich spotkań – siedźcie cicho, bo spotkają was przykrości. Bycie wylegitymowanym przez policję w błahej sprawie, gdy ma się przy tym uzasadnione poczucie pełnej niewinności nie jest co prawda dla wielu osób szczególnie dramatycznym zdarzeniem, ale są i tacy, którzy tego rodzaju sytuację mocno przeżywają emocjonalnie. To ostrzeżenie skierowane właśnie do nich, a jednocześnie komunikat do „milczącej większości”, by nie mieszała się do polityki, bo władza tego nie lubi. Chyba, że ktoś z „milczącej większości” chce władzę właściwie i w miły sposób postawionym pytaniem (to znaczy pytaniem à la Danuta Holecka) poprzeć. Przypadek niedawnego najścia policji na spokojną – jak noc w szwajcarskim uzdrowisku – konferencję filozoficzną w Pobierowie zdaje się tylko potwierdzać, że mamy do czynienia nie z przypadkami, ale z kursem władzy. Fakt, że szef MSW przeprosił jej uczestników, nic nie znaczy. Znałem chuliganów, którzy najpierw kopali ofiarę od tyłu, a potem mówili; „Przepraszam, ja niechcący”.

 

III. Pożar u Brejzy

I wreszcie sprawa pożaru kamienicy w Inowrocławiu, miejsca zamieszkania posła Krzysztofa Brejzy. Nie zamierzam formułować tu jakichkolwiek konkretnych oskarżeń, bo nie dysponuję aktualnie (nie ja jeden) żadnymi danymi po temu. Jednakowoż fakt, że pożar zbliżył się do mieszkania, w którym mieszka z rodziną jeden z najbardziej znienawidzonych przez PiS posłów opozycji, poseł który wykrył kompromitującą aferę „nagrodową” rządu i który zajmuje się m.in. brzydko pachnącą sprawą wykupu kolekcji Czartoryskich, nie pozwala przejść nad tym wydarzeniem do porządku dziennego. Swego czasu sformułowałem na łamach „DT” hipotezę, że PiS jest formacją, która w obronie swojej władzy zdolna jest z psychologicznego punktu widzenia, czy też zdolna byłaby, w skrajnych przypadkach, do aktów fizycznej przemocy, włącznie z zadawaniem śmierci oponentom. Nie można też a priori wykluczyć, że interesy władzy mogły sprząc się w jakichś aspektach z interesami świata kryminalnego. Historia uczy, że sięganie przez władzę (także władzę deklarującą nieubłaganą walkę z przestępczością) po usługi świata przestępczego, po usługi „ludzi luźnych w służbie przemocy” nie należy do rzadkości. Tak przecież działają m.in. agentury policyjne. Po ludzi „luźnych w służbie przemocy” ochoczo sięgały reżimy faszystowskie. Niedawno prognozowałem na łamach „DT”, że z konieczności, z powodów pragmatycznych (czytaj: ekonomicznych), kończy się – zasadniczo – w praktyce obecnych rządów PiS okres „rozdawania chleba”, a zaczyna czas igrzysk ku uciesze agresywnie i autorytarnie usposobionego pisowskiego motłochu. Trzy zdarzenia, o których była wyżej mowa, zdają się potwierdzać sformułowaną przeze mnie hipotezę.

Irlandia wybrała wolność

Irlandzkie referendum wokółaborcyjne, zakończone zwycięstwem (66 do 33) światłej i racjonalnej Irlandii nad reliktem opresyjnego katolickiego klerykalizmu przebiegało w aurze słonecznego dnia 25 maja 2018 roku.

Zbiórka podpisów, w której uczestniczyłem 25 lat temu jako członek lubelskiego komitetu na rzecz referendum w sprawie karalności za przerywanie ciąży (jednego z tzw. komitetów Bujaka) miała za tło ponurą aurę listopadową 1992 roku. Jednak nie o metaforę atmosferyczną mi chodzi, bo poeta ze mnie żaden.

Nasz wysiłek – zebrano milion podpisów – poszedł na marne. Ówczesny, zdominowany przez klerykalną prawicę Sejm odrzucił wezwanie do referendum, a dwa miesiące później, 25 stycznia 1993 roku uchwalił do dziś obowiązującą ustawę antyaborcyjną. Zatem siłą rzeczy wynik irlandzkiego referendum nie może nie sprowokować porównań z polskim stanem spraw w tej sferze i pytania, jaki byłby wynik podobnego referendum w Polsce, gdyby do niego doszło? I czego można się nauczyć z irlandzkiego przypadku?

Dwa referenda irlandzkie

Pamiętam, że 25 lat temu, wśród zwolenników referendum w Polsce nastrój był bardzo daleki od pewności nie tylko co do tego, czy do niego dojdzie, ale także co do wyniku. Brano, braliśmy poważnie pod uwagę, że możemy je przegrać, ale mimo to chcieliśmy tej próby, bo uważaliśmy, że prawda, nawet niepomyślna, jest lepsza od zinstytucjonalizowanej hipokryzji. Żadna z pracowni badań opinii publicznej nie wysondowała wtedy (być może z braku narzędzi – to był okres pionierski tego typu działalności) hipotetycznego wyniku takiego referendum, więc tym bardziej tkwiliśmy we mgle. Dziś byłoby to już bez wątpienia możliwe. Jaki zatem mógłby być wynik takiego referendum? Nikt tego nie będzie dziś sondował, bo perspektywy pójścia przez Polskę śladem Irlandii na horyzoncie obecnie nie ma i raczej w najbliższej przyszłości nie będzie. Jednak irlandzkiemu przypadkowi warto się przyjrzeć nie tylko z uwagi na jego wynik właśnie ogłoszony, ale także na wynik podobnego, analogicznego referendum w tym kraju, które miało miejsce w 1983 roku. Otóż porównanie wyników referendów 2018 i 1983 pokazuje, że obecny wynik można określić jako odwrócenie wyniku sprzed 35 lat o 180 procent. O ile w dokonanym właśnie referendum wygrana zwolenników liberalizacji prawa aborcyjnego jest w proporcji 66 procent do 33 procent zwolenników utrzymania zakazu (mogą być oczywiście minimalne korekty wyników, ale bez znaczenia dla końcowego efektu), o tyle w 1983 rozkład wyników był niemal dokładnie odwrotny: 67 procent przeciwników prawa do aborcji wygrało z 32 procentami jego zwolenników. Ba, to trudne być może do uwierzenia, ale w kilkuczynnikowym referendum irlandzkim z 1983 roku, jedynym aspektem, w jakim zwolennicy liberalizacji uzyskali minimalną wygraną na otarcie łez było… prawo do wprowadzenia do swobodnego obrotu handlowego prezerwatyw, które do tej pory mogły być sprzedawane na receptę i to jednie małżeństwom. Tego rodzaju rygoryzm nawet w Polsce był nie do wyobrażenia.

Bicz skręcony na własny grzbiet

Ta radykalna przemiana społeczna, jaka dokonała się w Irlandii dokonała się w dużej mierze (choć nie był to jedyny czynnik) w powiązaniu z totalną kompromitacją tamtejszego Kościoła katolickiego, który został zdemaskowany nie tylko jako instytucja opresyjna religijnie, pazerna materialnie, pasożytnicza i wywierająca brutalny wpływ na politykę, ale wręcz jako organizacja przestępcza przesycona do szpiku kości wszelkiej maści przestępczością seksualną, z gwałtami, pedofilią inwersją seksualną i handlem dziećmi na czele (o tej atmosferze opowiada m.in. głośny film „Tajemnica Filomeny” z Judi Dench w roli tytułowej). W Polsce także mamy do czynienia z erozją autorytetu Kościoła katolickiego, choć nie odbywa się to w tak szybkim i dramatycznym tempie. Można by rzec, iż Kościół katolicki w Polsce miał szczęście, że przez kilkadziesiąt lat miał jedynie minimalny dostęp do systemu edukacji dzieci i młodzieży, bo w przeciwnym razie znalazłby się w podobnym położeniu jak Kościół irlandzki, który tę sferę przez stulecia właściwie monopolizował i to w końcu okazało się dla niego pułapką. To jednak nie jedyny czynnik, bo i w Irlandii okazało się przecież, że kompromitacja Kościoła nie powstrzymała 33 procent głosujących od opowiedzenia się za utrzymaniem zakazu aborcji, czyli haniebnego reliktu klerykalnego władztwa. Ten przełom nie dokonałby się zatem bez pojawienia się na forum społecznej debaty młodego pokolenia, głównie młodych kobiet, urodzonych właśnie „w okolicach” owego 1983 roku, ale i o dekadę młodszych. Te kobiety wychowywały się i dojrzewały w warunkach wspomnianej demistyfikacji autorytetu Kościoła, gdy jego oddziaływania wychowawcze oraz instrumenty prawno-instytucjonalne systematycznie słabły, a jego „czar” był już tylko legendą z odległej przeszłości. Coś podobnego dokonuje się też w Polsce, co pokazuje anatomia społeczna, dynamika i retoryka „czarnego protestu”, w którym dominuje właśnie analogiczna generacja młodych ludzi (głównie oczywiście kobiet) dwudziesto-trzydziestoletnich, czyli generacji ’83 i ’93. Widać dziś wyraźnie, jak wiele racji mieli ci wszyscy, którzy przed 28 laty, gdy katecheza katolicka wchodziła do szkół publicznych w Polsce, przestrzegali, że konsekwencje tego triumfu Kościoła, w odłożonym w czasie efekcie, okażą się dla jego wpływów dewastujące.

Dziś Irlandia, jutro (oby) Polska

Paradoksalnie może to jednak spowodować, że opór przed ewentualną przyszłą inicjatywą referendum odnośnie prawa do aborcji będzie większy nawet niż 25 lat temu. Kościół katolicki i wszelkiej maści kręgi „prolajf” zdają sobie bowiem sprawę ze zmian jakie dokonały się z polskim społeczeństwie, także w płaszczyźnie generacyjnej uwarunkowanej demografią i wiedzą, że prawdopodobieństwo, że w Polsce wynik takiego referendum może się okazać podobny do irlandzkiego sprzed kilku dni, jest bardzo duże. Ale właśnie dlatego środowiska lewicowe i wolnościowe w Polsce powinny uważnie patrzeć na przykład płynący z kraju świętego Patryka. Tym bardziej, że kwestia aborcji jest dziś w rękach funkcjonariuszy atrapy Trybunału Konstytucyjnego, a jeszcze dokładniej rzecz ujmując – w rękach niejakiego Justyna Piskorskiego, katolickiego fundamentalisty pierwszej wody, na ręce którego złożyła ten gorący kartofel kierowniczka tej atrapy Przyłębska.

Piosenkarz, jazzman, rajdowiec

Z ANDRZEJEM DĄBROWSKIM z okazji 80 rocznicy jego urodzin rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Andrzej Dąbrowski – ur. 13 kwietnia 1938 w Wilnie – piosenkarz, perkusista, kompozytor, dziennikarz, fotografik, kierowca rajdowy (wicemistrz Polski w rajdach samochodowych w 1957). Absolwent krakowskiego Liceum Muzycznego oraz Wydziału Instrumentalnego Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Krakowie. Działalność muzyczną rozpoczął w czasie nauki w szkole średniej w jazzowym trio Wojciecha Karolaka. Jego profesjonalnym debiutem był w 1958 udział w Zaduszkach Jazzowych, gdzie wystąpił jako perkusista w trio Andrzeja Kurylewicza. Z zespołem tym wystąpił także w tym samym roku na I Międzynarodowym Festiwalu Muzyki Jazzowej Jazz Jamboree ‚58 w Warszawie. Był perkusistą czołowych polskich grup jazzowych, m.in. Andrzeja Kurylewicza, Jana Ptaszyna Wróblewskiego, Krzysztofa Komedy, Jerzego Miliana, Włodzimierza Nahornego, Zbigniewa Namysłowskiego, Krzysztofa Sadowskiego, Andrzeja Trzaskowskiego oraz Michała Urbaniaka. Współpracował też m.in. z Andrzejem Cudzichem, Urszulą Dudziak, Adamem Makowiczem, Jerzym Matuszkiewiczem, Januszem Muniakiem, Tomaszem Stańką i Jarosławem Śmietaną. Towarzyszył wielu gwiazdom światowego jazzu na estradzie i w studiach nagrań, m.in. Josephine Baker, Stan Getz, Don Ellis, Art Farmer, Johnny Griffin, Jon Hendricks, Rolf Kuhn, Bud Powell, Lucky Thompson, Bernt Rosengren. Występował m.in. na Jazz Campingu Kalatówki w latach 1959, 1999, 2001, 2004, 2006 i 2009 i na Festiwalu Jazzowym w Sopocie w 2007. Jako wokalista jazzowy zadebiutował w roku 1965, jako piosenkarz wykonujący prócz jazzu muzykę pop – w 1970. Śpiewał standardy muzyki światowej, własne kompozycje, a także piosenki napisane przez popularnych kompozytorów muzyki rozrywkowej, jak Wojciech Karolak, Antoni Kopf, Jerzy Milian, Włodzimierz Nahorny, Ryszard Poznakowski, Jan „Ptaszyn” Wróblewski i autorów tekstów jak Andrzej Bianusz, Maria Czubaszek, Jonasz Kofta, Wojciech Młynarski, Agnieszka Osiecka. Koncertował w całej Europie, m.in. w Czechosłowacji, Norwegii, RFN, Szwecji, USA, Indiach, ZSRR. W 2013 roku wystąpił na jubileuszowym 50. Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Obdarzony pięknym, aksamitnym, matowym głosem, wylansował takie przeboje piosenkarskie jak „Bywaj nam Mary Ann”, „Zielono mi” (Grand Prix Opole 70), „Do zakochania jeden krok” (Grand Prix Opole i Sopot 72), „Dziewczyny perkusisty”, „Księżyc pies i ja”, A ty się bracie nie denerwuj”, „Przygoda z Marią”, „Szał by night”. Laureat licznych nagród muzycznych i za sukcesy rajdowe. Współpracował z Trójką Polskiego Radia („Trzy kwadranse jazzu”), „Przekrojem”, „Polityką”. 63 razy znalazł się na podium rajdowym. Wykonawca popularnego standardu z czołówki serialu „07 zgłoś się”.

 

Dziennikarze pytają Pana zazwyczaj wyłącznie o jazz, śpiewanie i wyścigi rajdowe, a ja zacznę z innej strony, nigdy nie dotykanej. Urodził się Pan w Wilnie, co jak wiadomo, z różnych powodów, głównie historycznych, niejednokrotnie wiązało się dla urodzonego tam, zwłaszcza w pewnym okresie, ze szczególnymi konsekwencjami. Czym jest dla Pana to miasto?

Trudno mi je określić inaczej niż tylko jako miejsce urodzenia. Urodziłem się tam w 1938 roku i prawie nic nie pamiętam z najwcześniejszego okresu dziecięcego. Urodziłem się w Wilnie, przy ulicy Mickiewicza, ale wkrótce zamieszkaliśmy na wsi, po Wilnem, w Kolonii Wileńskiej. Moja mama była aktorką, grała w teatrze na słynnej wileńskiej Pohulance, z różnymi znanymi ówcześnie aktorami. Bywał tam słynny wtedy męski „Chór Dana” z Mieczysławem Foggiem, który podobno wtedy mnie, oseska, nawet ponosił trochę na rękach. Z czasów Kolonii pamiętam, że mieliśmy psa wilczura, który rozpoznawał warkot motocykla, którym ojciec wracał z pracy.

 

Zatem nie ma Pan sentymentu do Wilna…

Nie, ale rodzice mieli, więc na początku la siedemdziesiątych wykupiłem im wycieczkę do Wilna, autokarem, na trzy dni. Pojechałem z nimi. Mama przeżyła to bardzo mocno. Z trudem odnalazła grób swojej matki na cmentarzu na Rossie. Popłakała się, była w kiepskim nastroju.

 

Kiedy i w jakich okolicznościach opuściliście Wileńszczyznę? W czasie wojny czy już po?

Ściśle biorąc – uciekliśmy. Rodzice wspominali, że kilka zaledwie dni dzieliło nas od momentu, w którym by nas NKWD wywiozło na Syberię. Był to bodaj koniec 1944 roku, więc miałem już sześć lat i trochę pamiętam. Z całym dobytkiem, wagonem towarowym, w ostrą zimę, jechaliśmy bardzo długo. Po drodze słyszałem strzały, pociąg ciągle się zatrzymywał. W końcu dojechaliśmy do Szczawnicy Zdroju, zamieszkaliśmy u jakiejś rodziny, w drewnianym domu. Pamiętam, że w okolicy jeszcze toczyły się walki z Niemcami i kiedy pociski świstały i uderzały w dom, to kładliśmy się na podłodze. Od 1945 roku życie z wolna normalizowało się. Ojciec założył z kolegą linię autobusową Szczawnica-Kraków. Jeździli znalezionym gdzieś starym autobusem. W zimie autobus się popsuł, ojciec naprawiał go długo leżąc pod podwoziem na śniegu i rozchorował się ciężko na serce. Wyleczył się jednak miodem, który obicie czerpał z ula pszczelego naszego gospodarza.

 

Jak Pan się znalazł w Krakowie, gdzie ukończył Pan Liceum Muzyczne i Wyższą Szkołę Muzyczną?

Po prostu uciekliśmy z tej Szczawnicy i zamieszkaliśmy w Krakowie przy ulicy Świętej Teresy, między Łobzowską a Krowoderską. Tam chodziłem do prywatnej podstawówki imienia Kaplińskiej przy ulicy Łobzowskiej, potem do szkoły przy ulicy Szlak, następnie Liceum Muzyczne przy Krowoderskiej róg Basztowej i Wyższa Szkoła Muzyczna.

 

Poszedł Pan do szkół muzycznych, bo muzyka już wtedy była Pana pasją?

Zupełnie nie. Znalazłem się tam z przypadku. Liceum Muzyczne dopiero powstało i miało jeszcze niski nabór, potrzebowało chętnych, więc się zgłosiłem, choć tylko troszkę umiałem grać na fortepianie. Znalazłem się w klasie fortepianu, ale jako leń nie przykładałem się do ćwiczeń. Szybko przerzuciłem się na perkusję, która bardziej odpowiadała mojemu temperamentowi.

 

Rozrabiał Pan w szkole?

Jasne. Dokuczaliśmy niektórym nauczycielom, na przykład rusycystce, obrzucaliśmy się pomidorami. Kiedyś wyrzuciłem przez okno kałamarz, który spadł na przechodzącą akurat ulicą Basztową żonę jakiegoś ważnego urzędnika, więc była afera. Największy mój wyczyn, to zamknięcie profesorów w pokoju nauczycielskim w czasie przerwy. W latach stalinowskich były afery z uczniami o złe zachowania na pochodach 1-majowych i o zdjęcie ze ściany portretu Stalina. Do sąsiedniego Liceum Plastycznego chodził mój kolega, później słynny fotografik Ryszard Horowitz. Były to piękne, wesołe lata, trochę w stylu znanych kiedyś, czarujących wspomnieniowych książek „Wspomnienia niebieskiego mundurka”, „Ze wspomnień samowara” czy „Bezgrzeszne lata”.

 

Czy któryś z profesorów licealnych okazał się dla Pana szczególnie ważny?

Profesor klasy perkusji, Józef Stojko, bardzo dobry muzyk grający w filharmonii. Wpoił we mnie poczucie rytmu, trzymanie się metrum. Spod jego ręki wyszło wielu dobrych perkusistów, choćby Janusz Stefański, mieszkający obecnie w Niemczech. Na pożegnanie szkoły Stojko napisał mi dedykację: „Najzdolniejszemu z klasy perkusji – Andrzejku wytrwaj”. No i wytrwałem przy perkusji pół wieku.

 

Kiedy i jak zaczęła się Pana przygoda z jazzem?

Od współpracy w Andrzejem Kurylewiczem i Wandą Warską w 1959 roku, kiedy pojechaliśmy na festiwal młodzieżowy do Wiednia. Było to pierwsze zetknięcie się z Zachodem, pierwsza coca cola, napój tępiony wtedy w Polsce i na żywo obejrzany koncert Elli Fitzgerald. W Krakowie mieliśmy wtedy dużo pracy. To miasto, z którego pochodzili znani jazzmani, m.in. Matuszkiewicz, Karolak, Kurylewicz, Warska. Było sporo nagrań muzycznych do filmów w łódzkiej szkole filmowej. Kiedy jednak z powodów zawodowych, konieczności jeżdżenia do Pagartu, po paszport i na nagrania do Warszawy, postanowiłem się tam przenieść na stałe i zamieszkałem na MDM.

 

Proszę wspomnieć o początkach romansu automobilowego. Zostać kierowcą rajdowym i jeździć samochodem znanej zachodniej marki w Polsce w latach pięćdziesiątych, to było coś…

Byłem wtedy za młody, żeby to tak odbierać. Jeździłem simką 8, trenowałem w Automobilklubie krakowskim z Sobiesławem Zasadą i kilkoma innymi zawodnikami. Manewry zręcznościowe ćwiczyliśmy pod Kopcem Kościuszki. A ponieważ była to dla mnie fantastyczna zabawa i dobrze mi szło, więc zaczęli wysyłać mnie na zawody mistrzostw Polski jako reprezentanta Automobilklubu. I w 1957 roku na koniec sezonu, jako 19-latek uzbierałem punkty na wicemistrzostwo Polski.

 

Co było dla Pana silniejszym motorem pchającym do automobilizmu: zamiłowanie do aut czy potrzeba adrenaliny?

To drugie. Zamiłowanie do ryzyka, choć aspekt estetyczny też był ważny, uroda modeli aut. Gdy pod koniec lat pięćdziesiątych pojawiła się w Krakowie ogromna limuzyna amerykańska, budziła powszechny podziw, wszyscy oglądali, macali, naciskali na resory, które miękko się bujały.

 

Mój ojciec jeździł w latach sześćdziesiątych, od 1962 roku, autem produkcji Niemieckiej Republiki Demokratycznej, garbuskiem „Wartburgiem”, najpierw typem „312 Standard”, potem modelem „De Luxe”…

Pamiętam, pamiętam, fajny samochód, choć dymiący z rury wydechowej i pyrkający jak to dwutakt. Potem „Wartburga” wyposażono w czterotaktowy silnik Volkswagena, nie kopcący i zmieniono kształt na bardziej kanciasty. Jeździłem też Skodami, Tudor i Oktawią. Oj było, było.

 

Jak Pan dziś jeździ?

Latek przybyło, wiec jeżdżę spokojnie i tępię kierowców łamiących przepisy, a już pijanych szczególnie. Tępię też nieszanowanie pieszych na pasach, co na Zachodzie prawie się nie zdarza. Jestem za ostrymi karami dla takich gagatków, przy czym uważam, że finansowych boją się bardziej niż punktów. W moich artykułach na ten temat proponuję 5-10 tysięcy mandatu, byle były egzekwowane.

 

Jak Pan ocenia dzisiejszy jazz i dzisiejszy pop piosenkarski?

Co do jazzu, to wychowywałem się na tradycyjnym i swingowym. Takim, który miał melodię, rytm i 32-taktowy temat. Nigdy mi się nie podobał jazz awangardowy, free jazz, który zresztą pojawił się dawno. Nie lubię „wydziwiasów”. Zawsze ceniłem klasykę jazzu, choćby Stana Getza czy Oscara Petersona

 

A pop?

Piosenka dziś zeszła na psy. Nie ma w niej ładnej melodii i dobrego tekstu. Wykruszyła się generacja dawnych kompozytorów i autorów tekstów, takich jak Wojciech Młynarski, Jonasz Kofta, Agnieszka Osiecka, Jerzy Milian, Andrzej Bianusz i inni. Dziś jest natomiast łatwość nagrania płyty i taki też jest skutek, głównie w postaci szybkiego dochodu. Poza tym jestem wychowany na Kabarecie Starszych Panów. Z tego klimatu zrodziła się choćby moja piosenka „Przygoda z Marią”.

 

Mówiliśmy o dwóch Pana wielkich pasjach, muzyce i automobilizmie rajdowym…

W odwrotnym porządku: na pierwszym planie stawiam auta i rajdy.

 

A jednak?

Tak

 

Mówiliśmy zatem o tych dwóch dziedzinach, ale jest Pan także podróżnikiem, artystą fotografikiem, dziennikarzem muzycznym, autorem pisma „Jazz” oraz motoryzacyjnym, swego czasu członkiem redakcji tygodnika „Motor”. A jakie są Pana gusta literackie, filmowe, teatralne?

Czytam mało z powodów zdrowotnych, z powodu choroby wzroku. Lekarze zabronili mi męczyć wzrok. W młodości spowodowałem wybuch i na pewien czas straciłem wzrok. Odzyskałem go po operacjach. Trzy lata spędziłem w szpitalach okulistycznych. Chorowałem na jaskrę, zapalenie twardówki i inne choroby wzroku. Mimo to dziś perfekcyjnie widzę, acz mam dwie sztuczne soczewki. To cud, że w ogóle widzę. Z tego powodu, jeśli chodzi o lektury, pozostałem na etapie „Kubusia Puchatka”.

 

Bardzo dobra lektura.

Też tak uważam.

 

A kino?

Rzadko chodzę. Nie lubię szmiry, która zalewa ekrany. Te ewolucje z koziołkującymi, płonącymi samochodami i spychaniem się na szosie nie mają nic wspólnego z rzeczywistością.

 

Widział Pan polski film z 1969 roku, „Czekam w Monte Carlo” Juliana Dziedziny, o duecie polskich rajdowców w wielkim świecie słynnego rajdu, z wspaniałymi mężczyznami w szalejących maszynie, Stanisławem Zaczykiem, Andrzejem Kopiczyńskim i Krzysztofem Chamcem?

Widziałem. A w innym filmie o tematyce rajdowej, „Tulipanie”, „zagrały” moje własne puchary za zwycięstwa rajdowe. A Stanisław Zaczyk był moim sąsiadem w Krakowie. Grał tam też, samego siebie, Sobiesław Zasada, mój przyjaciel, z którym do dziś razem ćwiczymy naszymi autami.

 

Śledzi Pan sporty samochodowe, rajdy, wyścigi?

Namiętnie. Do tego stopnia, że niechętnie wyjeżdżam gdziekolwiek w weekendy, ku niezadowoleniu żony. Kibicuję i przyjaźnię się z Krzysztofem Hołowczycem. Kibicuję też Kubicy i boleję nad jego dramatycznymi perypetiami. To utalentowany kierowca, z niesłychaną żądzą rywalizacji i ryzyka.

 

Ma Pan nieprzeciętnie bogaty życiorys, którym mógłby Pan obdarzyć kilka osób, ale jak dotąd nie napisał Pan pamiętników, ani nie udzielił książkowego wywiadu rzeki. Dlaczego?

Są takie zamysły, ale jakoś nie mogę się zdecydować. Jest materiał na trzy życiorysy – rajdowca, perkusisty jazzowego i piosenkarza. No i podróżnika, bo bardzo wiele podróżowałem. Mam też duży pakiet listów do rodziców, które pisałem do nich jako chłopak i które jak się okazało, oni zbierali. Jest w nich sporo refleksji o jazzie, o wyjazdach muzycznych, podróżach, spotkaniach z ludźmi. Są w nich też kąśliwe uwagi o niektórych kolegach, którzy niefajnie się zachowywali. Wątpię jednak, żebym w ogóle zdecydował się na napisanie wspomnień.

 

Dziękuję za rozmowę.