Nie ma pasaży poza Paryżem… Recenzja

…czyli paryżanin prażaninem.

 

Krzysztof Rutkowski (nie mylić ze sławnym, ekscentrycznym detektywem prywatnym) powiedział niedawno w wywiadzie dla „Nowych Książek”, że w gruncie rzeczy żałuje swojej repatriacji z Paryża do Warszawy w roku 2010, po trzydziestu latach pobytu nad Sekwaną. Że jego miejscem na Ziemi jest jednak Paryż. Ja się żalowi Krzysztofa nie dziwię, bo i ja właściwie nieustannie podskórnie do Paryża tęsknię. To miasto-narkotyk, którego nie sposób mieć nigdy dość, choćby na wskroś znało się jego wszystkie wady. Styl Krzysztofa, absolutnie unikalny sposób obrazowania przez niego świata oraz myśli i wrażeń od lat wielbię, pławię się w nim jak kot w walerianie od czasu lektur „Paryskich pasaży”. Przed erudycją Krzysztofa i jej twórczym wykorzystaniem zawsze padam plackiem, jak przed sułtanem. Dlatego pomny rozkoszy lektury jego „paryskich pasaży” i „męczennic z Saint Denis” rzuciłem się jak tygrys na świeże mięso na jego „Warszawskie pasaże”. Jednak po lekturze pierwszego akapitu, z którego można by wywnioskować, że będzie to prawdziwa „wątróbka po warszawsku”, okazuje się ta nadzieja złudną. Bo ledwo Krzysztof napisał o widoku z jego balkonu na Grochowie na Park Skaryszewski i Jezioro Kamionkowskie, już przeskakuje do paryskiej kloaki z 1925 roku i współczuje Mironowi Białoszewskiemu, że nie miał do dyspozycji takich „zejść do piekieł i studzienek ściekowych na sny” jak Walter Benjamin. A potem jeszcze Baudelaire penetrujący rynsztoki i dopiero na sam finał pasażu I, na otarcie łez, wytrysk ze studzienki na roku Brzeskiej i Ząbkowskiej. A już zupełny skandal z pasażem II, gdzie: „Na ulicy Grochowskiej zatrzymał się fiat Punto, z którego wysiadł efeb”, ale potem już do końca pasażu tylko Dionizos, Apollin, Pytie, Sybille i Nietzsche. I tak właściwie jest we wszystkich 43 pasażach, acz w niektórych tego Grochowa odrobinę więcej, ale tylko odrobinę. To zresztą, po prawdzie, pasaże nie warszawskie, lecz lokalne, praskie, i to z Pragi-Północ. Żadnego innego poletka warszawskiego ani dudu, ani Starówki, ani Śródmieścia, ani Woli, ani Ochoty, ani Mokotowa, ani Wilanowa, ani, ani. Jako paryżanin, mimo pewnych skłonności do lokalnego patriotyzmu, był Krzysztof obywatelem całego Paryża (le citoyen de Paris). Jako warszawiak jest tylko prażaninem i to północnym, grochowskim, zakutym, prowincjonalnym, jak napotykani co rusz menele, choćby w krzakach przy Dworcu Wschodnim (po francusku: Gare de l’Est, ale to jednak nie to samo). No więc czyta się te „Warszawskie pasaże” z przyjemnością wielką, jak to Krzysztofa zawsze, stylistę fenomenalnego, ale Warszawy w nich tyle, co kot napłakał. Inna sprawa, że w odautorskim wstępie Krzysztof uczciwie i lojalnie, acz złowieszczo przestrzega: „Okazało się rychło, że techniki wypracowane w Paryżu do niczego nie przydadzą się nad Wisłą. Inny świat – zupełnie inny świat, inne powietrze, inne przebudzenia od śmierci do życia, odpadania od życia od życia ku śmierci, przejścia inaczej tajemne”. Mi tego Krzysztof nie musiałby mówić, mnie nie musiałby ostrzegać, śmiem powiedzieć, że akurat tego, co jak co, ale tego jestem świadom nie mniej niż on. I nawet jeśli i ja odczułem odrobinę rozczarowania, to przecież w końcu nie mogę mieć Krzysztofowi za złe, że to nie jego klimaty Jarosława Marka Rymkiewiczowe wędrowanie wyobraźnią śladami duchów warszawskich jakobińskich wieszatieli, insurgentów 1794 czy króla Stasia i dostrzeganie ich wyrazistych cieni nawet na świeżo wymienionym trotuarze Krakowskiego Przedmieścia z okna biblioteki PAN. Zostawmy zatem w świętym spokoju Warszawę i nie udawajmy że o nią chodzi, a nie o Paryż. A skoro o Paryż chodzi, to cytuję z „Warszawskich pasaży” taki oto passus: „Tu ruiny i tam ruiny. Na Grochowskiej i w Paryżu. Pamiętam kwartał trzynastej dzielnicy sprzed lat trzydziestu pięciu, jeszcze spokojny i cichy, malwy w ogródkach, grajków na dachu i cymbalistę z wiaduktu nad ulicą Chevaleret. Teraz Dom Świętego Kazimierza osaczyły betonowe ściany i przeszklone tafle. Dom się broni, chociaż gęsia skóra coraz częściej wyziera z tynku. Wokół domu piętrzą się ruiny w budowie”.

Mój Boże! Toż to wejście w przestrzeń topograficzną moich wspomnień z pierwszego pobytu w Paryżu, 37 lat temu, bo „trzynastka” była pierwszą dzielnicą Paryża do której dotarłem w pierwszy w moim życiu paryski, sierpniowy wieczór roku 1981. Wieczór, który naznaczył mnie na całe życie i żyje we mnie do dziś. A więc i ja widziałem tamtą ulicę Chevaleret i Dom Świętego Kazimierza, choć nie zauważyłem ani grajków na dachu ani cymbalisty na wiadukcie. Ale malwami z ogródków chyba pachniało, bo ulica była zupełnie inna, przedmiejska, może nawet małomiasteczkowa w klimacie, z oskubanym, szarym murem (opisał go w jednym z wierszy poeta Józef Czechowicz, który był tam w latach trzydziestych) oddzielającym ją od torów kolejowych murem, z którego nic już lub prawie nic nie zostało. Ale wracam tam za każdym pobytem w Paryżu. I w te wakacje też powrócę wrócę. Żeby znów ukąsić proustowskiej magdalenki.

 

Krzysztof Rutkowski – „Warszawskie pasaże”, wyd. Słowo-Obraz-Terytoria, Gdańsk 2018, str. 151, ISBN 978-83-7453-489-5.