Jung-off-ska i jej żywioły

Z EDYTĄ JUNGOWSKĄ rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Rok po ukończeniu warszawskiej PWST trafiła Pani, w 1989 roku, do Adama Hanuszkiewicza, do Teatru Nowego. Nie był to już wprawdzie owiany legendą Teatr Narodowy, z którego Hanuszkiewicz odszedł 7 lat wcześniej, ale ten twórca ciągle był ważną postacią w polskim teatrze…
Tak, choć trafiłam tam dość przypadkowo, po tym, jak wcześniej nie wypalił mój angaż do Teatru Kwadrat. Spodobałam się ówczesnemu dyrektorowi Kwadratu, ale współpraca się nam jakoś nie ułożyła i nie zagrałam tam żadnej roli, choć już byłam przymierzana do głównej w jednym ze spektakli. Nawiasem mówiąc, po latach doszłam do wniosku, że było to złe, które wyszło na dobre, bo chyba bym się w tym Kwadracie nie spełniła. Źle czułam się i czuję w takim naturalistycznym teatrze z filiżankami na scenie. To mnie aktorsko nie uruchamia, jestem zbyt żywiołowa.
Odeszłam więc, pół roku byłam bez angażu, ale pewnego dnia spotkałam koleżankę, która poradziła mi, żebym poszła do Hanuszkiewicza, który potrzebuje nowych i młodych sił. Na spotkanie z nim wzięłam tekst z którym przystąpiłam mojego egzaminu wstępnego do PWST (śmiech), usiadłam przed jego biurkiem, no i powiedziałam ten tekst. Czułam się dziwnie, jakbym znów zdawała na studia. Hanuszkiewicz po wysłuchaniu mnie powiedział tym swoim charakterystycznym, metalicznym, dudniącym głosem: „Wygląda pani na zdolną osobę”. Kiedy milcząco czekałam na jego decyzję, zapytał: „Jeszcze coś?”. Nie powiedział od razu, że mnie angażuje, ale chwilę później okazało się, że mam załatwiać formalności.
Miałam jednak problem, bo chciałam być w Nowym, ale jednocześnie miałam już załatwiony – o co nie było łatwo – przez mojego ówczesnego narzeczonego, wyjazd do Francji na winobranie. A ponieważ wtedy, zwłaszcza młodzi ludzie nic w teatrze nie zarabiali, więc te pieniądze z „saksów” były mi potrzebne do przetrwania roku w teatrze. Z drugiej strony, na wrzesień miałam już zaplanowane próby, więc wyglądało na to, że będzie problem. Z duszą na ramieniu poszłam do dyrektora administracyjnego, a on zgodził się pójść mi na rękę, więc pojechałam do Francji, popracowałam, wróciłam pod koniec września i tylko trochę spóźniona wzięłam udział w próbach do przedstawienia „Zapolska, Zapolska” w reżyserii Hanuszkiewicza, w którym zagrałam Pannę Maliczewską.
Ten angaż bardzo mnie podbudował, bo jeszcze pół roku wcześniej, po niefortunnej przygodzie z „Kwadratem”, straciłam nieco wiary w swoje możliwości. Zagrałam u Hanuszkiewicza mnóstwo ról, w tym sporo klasyki, m.in. Solwejgę w „Peer Gyncie” Ibsena, a klasyka bardzo rozwija, bardziej niż repertuar współczesny, techniczne umiejętności aktorskie, dykcję, mówienie wiersza czy zrytmizowanej prozy.
Jakie relacje miała Pani z dyrektorem Hanuszkiewiczem?
Zyskałam w nim mistrza, mentora i choć dyrektor często przechodził „na ty” z młodszymi kolegami, to ja starałam się nie przekraczać pewnej granicy i zawsze zwracałam się do niego per „panie dyrektorze”. Czasem między nami iskrzyło bo też jestem temperamentna. Jego sposób prowadzenia prób, reżyserowania, miał charakter praktyczny, bez nadmiaru analiz, najczęściej instruował nas w zakresie konkretnych zadań aktorskich. Potrafił za pomocą kilku uwag ustawić rolę. Tak było, gdy dostałam nagłe zastępstwo – za koleżankę, która zaszła w ciążę – w roli Panny Młodej w „Weselu”. Natomiast od czasu do czasu, nie za często, dyrektor Hanuszkiewicz wchodził na tor opowiadania o sobie i to też było dla nas na ogół bardzo interesujące.
Chyba mnie osobiście lubił, ale to u niego nie oznaczało taryfy ulgowej. Pamiętam, że kiedy zagrałam tytułową Balladynę, to choć pochwalił mnie za pierwszą część roli, gdzie byłam młodą, dziką dziewczyną biegającą po lesie, to mocno skrytykował moją grę w tej części, w której Balladyna była już bezwzględną władczynią. Stwierdził, że jako władczyni nie byłam przekonywująca.
Ta Balladyna okazała się moją przedostatnią rolą w Nowym, bo w 1998 roku zdecydowałam się przejść do Teatru Studio, gdzie los zetknął mnie na początek z Krzysiem Warlikowskim, u którego zagrałam Klarę w „Zachodnim Wybrzeżu” Koltesa, spektaklu bardzo popularnym, w którym wystąpiłam z Olem Bednarzem i Krzysiem Kolbergerem.
Jakie wrażenie zrobił na Pani Warlikowski?
Kreatywnego twórcy, trochę prowokacyjnego wobec aktorów, chodzącego wokół nich z badawczą miną, uważnie obserwującego i rzucającego oryginalne uwagi. Zagrałam też u Piotra Cieplaka w cieszącym się ogromnym powodzeniem przedstawieniu „Kubuś P.” według Milnego, ale zostało ono przerwane u szczytu powodzenia, bo prawa do tekstu nabył Disney i trzeba je było po pewnym czasie zdjąć z afisza. Ciekawie wspominam też m.in. pracę z Mariuszem Grzegorzkiem w „Na wsi” Martina Crimpa w roli Rebeki i to jego ciągłe: „Energia, energia”. W międzyczasie jeszcze raz, po raz ostatni zagrałam u Hanuszkiewicza w Nowym, rolę Solange w przedstawieniu o Chopinie, a jeden raz wystąpiłam gościnnie w Narodowym, w „Śnie nocy letniej” Szekspira w reżyserii Jerzego Grzegorzewskiego jako Helena, co było jedynym moim w czasach Studio skokiem do klasyki, jako że na tej scenie zdecydowanie dominowały teksty współczesne. Ważne było też dla mnie spotkanie z Rafałem Sabarą przy okazji recitalu „Gotujący się pies”, które stało się początkiem naszej bliskiej współpracy, a także relacji osobistej.
Wielu widzów pamięta też Panią z ról w Teatrze Telewizji, z tytułowej, zmysłowej roli w „Baryłeczce” według noweli Maupassanta i Justysi w „Mężu i żonie” Fredry w reżyserii Olgi Lipińskiej, Sylwii w „Dwóch panach z Werony” Szekspira, Elizy w „Pigmalionie” Shawa czy Antosi w „Chorym z urojenia” Moliera, ale już debiut miała Pani w Teatrze Telewizji wspaniały, w 1993 roku, w roli Konstancji Weber, żony Mozarta w dwuczęściowym widowisku „Amadeusz” Petera Shaffera w reżyserii Macieja Wojtyszko…
To były ciągle jeszcze wspaniałe, złote czasy Teatru Telewizji, powstawało wiele spektakli. Ta rola zmieniła moje życie zawodowe, bo po pewnym okresie grania u Adama Hanuszkiewicza odkrył mnie Maciej Wojtyszko. Od tego momentu stałam się rozpoznawalna i posypały się kolejne role w Teatrze Telewizji, a później w serialach, przede wszystkim w „Na dobre i na złe”, do którego wypatrzyła mnie, do roli szalonej pielęgniarki Bożenki, Ilona Łepkowska. Do pracy w tym serialu przystąpiłam już po dziesięcioletnim doświadczeniu aktorskim, głównie teatralnym, co bardzo mi ułatwiło pracę przed kamerą, choć poruszania się przed kamerą w szkole nas nie uczyli. Miałam to szczęście, że nie musiałam, jak wielu przedstawicieli młodego pokolenia aktorów, zaczynać od serialu, bez kontaktu ze sceną. To nie ułatwia im rozwoju, bo zapewniają go tylko pełnokrwiste role teatralne, to w nich można pokazać wiele barw. Role serialowe nie dają na ogół takich możliwości.
Prowadzi też Pani wydawnictwo książek dla dzieci „Jung-off-ska”. Skąd taki wybór i taka tematyka?
Od 2010 roku wydaję audiobooki dla dzieci. Wydałam już 20 książek Astrid Lindgren, pisarki, która stworzyła postać Pippi Pończoszanki, autorki „Dzieci z Bullerbyn”. Teraz wydaję utwory Emila Kastnera, który w mrocznych Niemczech lat trzydziestych tworzył piękne książki dla dzieci, „Emila i detektywów”, „35 maja” i inne, opowiadające o sprawach szkolnych, o życiu podwórkowym, ulicznym dzieci w epoce, kiedy nikomu nie śniło się jeszcze o ucieczce w internet i tym podobne techniki. Przy okazji promocji wydań spotykam się z dziećmi, promuję dobrą literaturę, w tym klasykę literatury dziecięcej.
Za rolę w telewizyjnej „Lekcji miłości” Iriny Waśkowskiej w reżyserii Rafała Sabary otrzymała Pani nagrodę imienia Stefana Treugutta przyznaną przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Krytyki Teatralnej. Jak wspomina Pani pracę nad tym spektaklem?
Zaczęło się od przedstawienia na scenie jednego z teatrów łódzkich, które zostało nagrodzone na ważnym festiwalu teatralnym w rosyjskim Jekatierynburgu i które odznaczało się bardzo precyzyjną koronkową robotą reżysera Rafała Sabary. Realizacja telewizyjna była jego debiutem w Teatrze Telewizji. Pamiętam warunki w jakich realizowaliśmy to przedstawienie: koszmarny upał lata 2017, wakacje, czarne kotary, wśród których pracowaliśmy w duchocie i ciasnocie, myślałam że to się nie sklei. Szczęśliwie ochłodę dawał nam otoczony zielenią dom Ewy i jej męża, z jego kulinarnymi talentami. Dawałam, co jest moją regułą w pracy, więcej z siebie na początku, by w razie potrzeby coś później odjąć, bo zgodnie z powiedzeniem pana Jowialskiego, łatwiej „pocieniować” niż „pogrubasić”. Przy okazji przypomniała mi się moja podróż do Moskwy w 1987 roku. Byłam w takiej „komunałce” jak ta, w której rozgrywa się akcja przedstawienia, z jej brudem, ciasnotą i samogonem, którym mnie częstowano.
Czy kieruje się Pani jakąś dewizą pracy aktorskiej?
Mimo, że jestem osobą pogodną i na ogół wesołą, staram się pamiętać, że rozbawienie aktora na próbach, scenie, czy na planie, daje często – w efekcie – znudzonego widza, na widowni czy przed ekranem. Uważam też, że teatr to taka dziedzina, w której nawet z literatury niezbyt wybitnej można wyczarować coś pięknego i wartościowego, a czasem można zniweczyć walory nawet wybitnej literatury.
Dziękuję za rozmowę.

Edyta Jungowska – ur.1 lutego 1966 w Warszawie. Absolwentka warszawskiej PWST (1989). Aktorka Teatru Nowego w Warszawie (1989-2000) i Teatru Studio (2000-2012). Zagrała około trzydziestu ról w Teatrze Telewizji. Dwukrotnie zdobyła nagrodę na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej. W filmie zadebiutowała w „Szaleństwach panny Ewy” (1983). Zagrała też m.in. w „Ostatnim dzwonku”, „Ciemnej stronie Wenus”, „Złocie dezerterów”. Grała też w licznych serialach, m.in. Małgorzatę Antoniak w „Klanie” (2010-2014). W latach 1995-2000 występowała w Kabarecie Olgi Lipińskiej. W 2004 roku odcisnęła swoją dłoń w Alei Gwiazd w Międzyzdrojach.