Księga Wyjścia (20)

Ballada bardzo polityczna

Próbowałem, naprawdę próbowałem, ale nie da się żyć w Polsce i kompletnie olać politykę. To znaczy można, ale alternatywą jest jedynie świadoma i całkowita izolacja w oparach alkoholu. Z dwojga złego lepiej już przyglądać się krajowej scenie, zniszczy nerwy, ale oszczędzi wątrobę.

Podobno jesteśmy coraz bogatsi, coraz lepiej nam się wiedzie. Bezrobocie spada, a zadowolony lud ma do wyboru jedynie poprzeć lub odsunąć od władzy PiS. Doszliśmy do minimalizmu w polityce i mamy taki kompaktowy program – PiS, albo nie PiS – oto jest pytanie, chciałoby się powiedzieć. Sprowadziliśmy politykę do walki o symbole i nazwiska, kompletnie zapominając czym ona naprawdę jest. Programy to same hasła z dodatkiem rzeczownika „plus”.
Pewnie i tak wygrają rządzący, ale gdyby nawet było odwrotnie, to czy coś się zmieni? Będzie tak samo, ale z większą ogładą i w odpowiednio skrojonych garniturach. Faktycznie bezrobocie spadło, ale chyba nie o tego rodzaju spadek nam chodziło. Nie po to ludzie kończyli studia, by teraz bez problemu dostać pracę „siedzącą”, ale za kasą w markecie. Tak na marginesie w sieci Żabka jest to zabronione, pracownikowi za kasą nie wolno siedzieć.
Żeby jednak dostać tę pracę i „usiąść” lub „stanąć” za kasą trzeba zmodyfikować CV, najlepiej skrócić zatrzymując się maksymalnie na średnim wykształceniu. Z wyższym niechętnie przyjmą, należy więc schować ambicje, ukryć wszystkie fakultety, i dopiero wtedy można ze „spuszczonopodniesioną” głową usiąść przy kasie w markecie i cieszyć się wolną niedzielą.
Niejednokrotnie nawet po krótkiej nawet rozmowie widać, że za kasą nie siedzi ktoś, kto za kasą siedzieć powinien, ale co ma zrobić, jeśli skończył oligofrenopedagogikę i gwaroznawstwo? Albo nie – daj boże – Akademię Sztuk Pięknych i wybrał rzeźbę, to bez odpowiedniego ładunku szczęścia i znajomości wszystkie swoje dyplomy może najwyżej oprawić w ramki i powiesić na ścianie. A plany i ambicje? Cóż, szlag trafił. To właśnie jest polityka, tym powinniśmy się zajmować by wymusić na politykach odpowiednie rozwiązania.
Przypomina mi to trochę badania poziomu ubóstwa na świecie. Badania takie robi Bank Światowy. Według wszelkich danych wynika, że w ostatnich latach faktycznie znacznie zmalało, ale nie dlatego, że ludzie się wzbogacili, ale zmieniono sposób liczenia. Mimo, że głodnych wciąż jest tyle samo albo i więcej, to w statystykach wychodzi ich znacznie mniej. Wystarczył prosty zabieg, zmiana granicy progu ubóstwa. Jeśli kilka lat temu wynosiła około pięciu dolarów na osobę dziennie, to teraz zmniejszono do lekko ponad dolara. Tym prostym zabiegiem udało się bankowym badaczom wykluczyć całkiem sporą część populacji z obszaru nędzy. Bez żadnych nakładów, karmienia czy wsparcia finansowego. Drobna zmiana kilku cyfr dała ten sam efekt co wyłożenie ogromnej kasy.
Myśląc kategoriami BŚ, możemy w krótkim czasie w ogóle zlikwidować ubóstwo na świecie. Wystarczy, że poprzeczkę nędzy ustawimy na poziomie 0,0 dolara dziennie. Przecież można jeść bobry – ogłosił któregoś dnia jeden z ministrów.
Ciekawa jest nie tylko polska polityka. Od kiedy nowi euro deputowani dotarli na brukselskie salony, wnieśli ze sobą nieco krajowego folkloru. Mam na myśli polityków PiS-u oczywiście. Ci, którzy byli już europosłami wcześniej, zdążyli się tam jakoś dostosować i co najwyżej zaczynają gadać bzdury dopiero, gdy przyjadą do Polski. Natomiast nasz nowy, świeżo wybrany eksportowy towar polityczny sądził, że będzie tak samo jak na Wiejskiej. Oni naprawdę dostaną niezłej traumy, gdy się okaże, że muszą samodzielnie podejmować decyzje. Patrząc na to z boku – wyglądają jak grupa zagubionych przedszkolaków, którym postawiono zadanie wyraźnie ich przerastające.
Zadziwiające były słowa premiera. Zdziwiło mnie zwłaszcza to, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Komentując podwójną porażkę Beaty Szydło, premier Morawiecki w formie zarzutu skierowanego do europosłów powiedział – cytuję – „nie dotrzymywanie umów, nie dotrzymywanie układów”. „Umów” i „układów” – te dwa słowa mówią wszystko o jego rozumieniu polityki. Zawsze wydawało mi się, że w takich gremiach, decyzje podejmują jego członkowie. Podejmują autonomicznie na sali obrad zgodnie z własnym przekonaniem, a nie w wyniku uprzednich, korytarzowych czy kawiarnianych „układów”. Pomyślałem wtedy, że faktycznie premier Morawiecki może o tym nie wiedzieć.
To jest też ogromna wina społeczeństwa, że pozwoliliśmy politykom, by czuli się nadludźmi. Przez nasz egoizm walczymy jedynie o swoje, a jak już wywalczymy, lub nie ale ktoś obietnicą załagodzi problem, to cała resztę mamy w nosie, wypominając innym zawodom zarobki czy jakieś przywileje. Nikt jeszcze nie połączył sił, by pójść wspólnym frontem – poza kuriozalną obroną sądów (niewielu nawet pamięta jakich, Rejonowych, Apelacyjnego, Najwyższego, czy może KRS?), co już zupełnie było głupie.
Wyprowadzenie setek tysięcy ludzi w obronie instytucji, której nikt nigdy nie widział, konstytucji, której większość nie czytała, a gdy protestują nauczyciele, to inne środowiska zawodowe mają to gdzieś, mówiąc że przecież sami nie mają lepiej. W mediach przewinie się informacja na temat „przywilejów” typu wakacje, ferie itp. W głowie przeciętnego człowieka rodzi się bunt, ale nie przeciw rządzącym, lecz protestującym. Podobnie było z lekarzami, pielęgniarkami i każdą inną grupą zawodową. Co takiego mają w sobie sędziowie, że przez jakiś czas organizacja taka jak KOD potrafiła wyprowadzić tłumy na ulice?
W Warszawie Rafał Trzaskowski podpisał kartę LGBT – środowisko jest zadowolone i ma gdzieś, że zapisy tego dokumentu spokojnie można było rozszerzyć. Deklaracja spokojnie mogła nazywać się „kartą równości” i objęłaby także mieszkających w Polsce obcokrajowców. Nie trzeba byłoby zmieniać nawet jednego słowa.
Wtedy łatwiej byłoby przepchnąć ją w innych miastach. Ale nie, środowisko LGBT swoje osiągnęło i triumfalnie przejdzie obok żebraka, a niektórzy nie zareagują podczas wyrzucania bezdomnego z tramwaju, Nawet odetchną z ulgą, że już ten niehigieniczny i śmierdzący „żul” wyleciał z pojazdu.
Trochę przypomina to Amerykę lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, gdzie kobiety zaczynały upominać się o swoje prawa, ale generalnie nie miały nic przeciwko „segregacji rasowej” (z wyjątkami), oburzały się gdy z kolei o swoje prawa walczyli ludzie, którzy mieli nieco inny kolor skóry, którym nie wolno było zajmować miejsc w autobusach czy tramwajach zarezerwowanych dla białych, do niektórych kawiarni nie mieli wstępu, a jeśli już, to mieli wydzielone stoliki. Nie mając więc nic przeciwko „segregacji rasowej”, szły w proteście z równouprawnieniem na ustach. Sięgając pamięcią nieco dalej, po wojnie secesyjnej, wygrana Północ nie miała oporów by używać – to dobre słowo – wyzwolonych niewolników do likwidacji Indian. To drastyczne porównania, ale podobnie jest teraz w Polsce. Na szczęście mniej krwawo.
Czasami, gdy włączę telewizor, przewijają się jakieś migawki. Ostatnia jaką zapamiętałem, to były ogromne kolejki do wydziału komunikacji w jakimś mieście. Żeby zarejestrować samochód ludzie robili listy i czekali po kilka dni by dostać się do okienka, w którym wydadzą odpowiednie dokumenty.
Takiego problemu nie mają Szwedzi. Tak się składa, że mieszkałem w tym kraju jakiś czas i nawet kupowałem tam samochód. Wszystkie formalności wyglądały tak, że po spisaniu umowy wysłaliśmy ją pocztą do jedynego w tym kraju urzędu zajmującego się rejestracją pojazdów, a po jakimś czasie pocztą zwrotną przyszły odpowiednie, gotowe już dokumenty z naklejkami na tablice rejestracyjną. Oczywiście, w Szwecji mieszka czterokrotnie mniej ludzi niż w Polsce, ale może warto korzystać z tego typu rozwiązań, choćby na poziomie wojewódzkim. Jeszcze chwilę zostanę przy tym kraju, a konkretnie kancelariach komorniczych.
W Szwecji wygląda to następująco: istnieje tam 40 kancelarii komorniczych, w których pracuje jedynie dwa tysiące ludzi. Podlegają bezpośrednio pod ministerstwo finansów. A ich rolą nie jest śledzenie wierzycieli i eksmitowanie na bruk, ale zajmują się doradztwem finansowym, często udzielając wsparcia osobom zadłużonym. Nawet jeśli jest wobec nich prowadzone postępowanie egzekucyjne. Stają się opiekunami i zależy im na humanitarnym rozwiązaniu problemu robią wszystko, by dłużnik z tego wybrnął. Mają ustalone procedury. Najważniejsze, by nie generować długu, żeby ludzie nie wpadli w spiralę zadłużenia, tylko jak najmniej boleśnie z tego wyszli.
Tam nikt się komornika nie boi, bo człowiek ten przychodzi im z pomocą, jest takim opiekunem długu i dłużnika. Jeśli zadłużenie jest naprawdę duże i przerasta możliwości spłaty, to komornik wraz z dłużnikiem opracowują pięcioletni plan spłaty, skrojonej na miarę możliwości i zarobków konkretnej osoby. Jeśli przez te pięć lat wywiązuje się z tego obowiązku, pozostała kwota zostaje mu umorzona.
Nie mogłem się oprzeć, by o tym nie wspomnieć w kontekście krajowej polityki, gdzie ludzie niekompetentni zajmują najwyższe stanowiska i co kilka lat wprowadzają kuriozalne zmiany, które poza bałaganem niczego dobrego nie wnoszą. Ogromnym błędem były reformy Buzka, zupełnie niepotrzebnym i cholernie szkodliwym. Wszystkie te reformy były zbędne choćby ze względu na koszty. Jerzy Buzek powinien stać przed Trybunałem Stanu, ale bryluje w mediach robiąc za eksperta. Jeśli jednak zrobił już tę reformę edukacji, to odkręcanie tego przez PiS po kilkunastu latach było już zbrodnią.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że polityka w Polsce wygląda tak, że gdy ktoś dorwie się już do tej władzy, wstanie rano, podrapie się po głowie, pomyśli „a może tak będzie lepiej” i zanim na dobre się obudzi, zaczyna wprowadzać to w życie. Jednocześnie pieprząc bzdury, że jesteśmy jednym z najlepiej rozwijających się państw w Europie. Miałem jeszcze napisać coś o ministrze edukacji, ale gdy przywołam w pamięci minę Dariusza Piontkowskiego, to pozostaje mi jedynie współczuć jego byłym uczniom. Podobnie jak współczuję ludziom, którzy zaufali Robertowi Biedroniowi. Gdyby Sejm zdecydował się na legalizacje małżeństw homoseksualnych, można byłoby zarzucić mu nepotyzm, bo zdaje się mocno lansuje swojego partnera. Ale o Biedroniu pisać mi się już nie chce. Człowiek, który miał możliwość pokazać społeczeństwu, że w polityce można być przyzwoitym, tylko pogłębił wizerunek polityka oszusta. O oszustwo wyborcze mi chodzi – to tak, żeby nie było niedomówień. cdn

Księga Wyjścia (5)

Ballada bez pomysłu.

Zgodnie z wyznaczonym rytmem, jak w każdą środę, siadłem do pisania tekstu. Oczywiście bez adrenaliny i paniki się nie obeszło, bo jeszcze wczoraj, mając głowę nabitą tysiącem pomysłów, położyłem się spać spokojny i pewien, że tekst napiszę bez najmniejszego problemu.
Zweryfikowałem to jednak rano, gdy przyszło co do czego i siadłem do pisania. Po głębszej analizie wszystkie pomysły dnia poprzedniego poodrzucałem. A to głupi, a to zbyt podobny do któregoś z poprzednich, a to nudny – i tak drogą eliminacji zostało mi tylko jedno – coś co obiecałem w ubiegłym tygodniu: retrospekcja. Czyli trochę wspomnień i przypomnień. Tym razem spokojnie i bez fajerwerków, trochę z braku pomysłu, a trochę dla odpoczynku. Nie napiszę, że to brak weny, bo nie znoszę tego typu egzaltacji.
Kilka dni temu minął rok od kiedy zacząłem pracę w Wielkiej Brytanii i napisałem pierwszy felieton z facebookowej serii „List z bezludnych Wysp”, która po kilku tygodniach zmieniła się w cykle felietonów „Angielski Sen” i „Świat od Spodu” publikowanych na łamach „Dziennika Trybuna”.
„Los cię w drogę pchnął” – mam nadzieję, że nie śmieje się ze mnie ukradkiem” – tak zaczynał się pierwszy tekst napisany z Anglii. Ci, którzy śledzili je od początku, wiedzą że nie tylko ukradkiem, ale czasami głośno rżał ze śmiechu. Trzeba jednak przyznać, że i nas niejednokrotnie ubawił. Ale bywało też, że zasmucił. Los oczywiście, bo to przewrotne bydle.
Na początku czułem się tam faktycznie jak na bezludnej wyspie – stąd pierwotny tytuł „List z bezludnych Wysp”. Wszystko było inne i wszystkiego musiałem uczyć się od nowa, nawet chodzenia po ulicy. Wskoczyłem w zupełnie nieznany mi świat. Chodzenie po ulicy, zakupy czy jazda autobusem albo pociągiem, to wszystko było obce, nieznane i czasami nieprzewidywalne. Bywało, że kierowca autobusu zatrzymywał się na rondzie i ogłaszał, że wszyscy mają wysiąść bo on dalej nie jedzie.
Takich niespodzianek przeżyłem wiele i początkowo wprawiały mnie w osłupienie. Potem jednak przywykłem i nawet przestałem to zauważać, traktowałem jak coś normalnego. Nie będę streszczał tego co już zostało napisane, po pierwsze – jest tego zbyt dużo, a po drugie zawsze można wrócić i przeczytać. Trudno mi teraz, na chłodno i z perspektywy czasu, przekonująco i emocjonalnie opisać coś, co sprawiało mi kłopot, a później okazało się oczywiste lub banalnie łatwe.
Zanim nauczyłem się poruszać i co nieco poznałem lokalne obyczaje, przynajmniej kilka razy w tygodniu miałem ochotę wrócić do Polski. Ratowało mnie jednak pisanie, gdy już było naprawdę źle, siadałem do komputera i przerzucałem na wirtualny papier swoje emocje. Wbrew pozorom, gdy naprawdę było ciężko, powstawały najzabawniejsze teksty. Opisując jakieś zdarzenie, nawet bardzo przykre, dużo łatwiej złapać dystans i spojrzeć z boku. I wtedy robi się to śmieszne. Poza tym, jestem uparty i bardzo rzadko zstępuję z raz obranej drogi.
Przetrwałem tam ponad pół roku. W dużej mierze pomogło mi w tym pisanie i upór. Przetrwałbym dłużej, ale do dyrekcji firmy oraz agencji, która mnie zatrudniała dotarło, że w swoich felietonach opisuję swoją pracę. Że piszę o wyśrubowanych normach, nieludzkich warunkach i aroganckim podejściu do pracowników. Ktoś z moich polskich „przyjaciół” zrobił tłumaczenie i zaniósł gdzie trzeba. Wprawdzie nigdzie nie wymieniłem nazwy zakładu, ale kierownictwo uznało, że działam na szkodę firmy i wyleciałem. Tułałem się jeszcze jakiś czas szukając pracy, ale popadałem jedynie w długi. Wiem już kto na mnie doniósł i z jakich pobudek, ale nie będę świnią i nie wymienię nazwiska.
Złaziłem buty w poszukiwaniu jakiejś pracy. Łaziłem od knajpy do baru, od baru do sklepu, gdy widziałem jakąś budowę, pytałem managera. I nic, pracy nie znalazłem. Jedzenie dostawałem z foodbanku, więc głodem nie przymierałem, ale zadłużenie za mieszkanie rosło. W końcu na zaproszenie znajomego wylądowałem we Francji.
Kupił mi bilet i zapewnił pełne utrzymanie. Gdy zaoferował mi pracę, byłem naprawdę szczęśliwy, aż trudno było uwierzyć, że skończyło się pasmo porażek. Miałem zająć się drobnymi pracami domowymi w jego letniskowym domku w górach.
Tym razem ja zawaliłem wszystko. Gdy tylko zostałem sam w tych górach natychmiast się upiłem, schlałem jak świnia i wpadłem w kilkudniowy ciąg. Po kilku latach niepicia zalałem się w trupa. Wiedziałem, że zrobiłem mu świństwo i najlepiej będzie jeśli wrócę do Polski. Pisanie było odskocznią, skuteczną ucieczką od trudów życia na obczyźnie. Kilka miesięcy temu wróciłem do kraju, felietony wróciły wraz ze mną.
Byliśmy razem w Wielkiej Brytanii, towarzyszyliście mi podczas sprzątania magazynów, dopingowaliście, gdy szukałem nowej pracy, wspieraliście, kiedy zapiłem we Francji i podczas pobytu w szpitalu. O Żabce już nie wspomnę. Przeszliśmy wspólnie kawał świata, ale jeszcze szmat drogi przed nami. Drogi której końca nie widać, chociaż w pewnym momencie niewiele do tej mety brakowało.
Pomimo tego, że wróciłem do domu – fizycznie – to nie udało mi się wrócić tam, skąd wyjechałem – metaforycznie. To legło w gruzach i boli najbardziej. Metaforycznie jestem więc ciągle na banicji.
Wystarczy tych wspomnień, bo rzewnie się zrobiło i zaraz się rozkleję. Zresztą, dalszą część już znacie i pamiętacie – desperacka próba samobójcza, detoks i teraz program, który ma mnie wyleczyć z nałogów.
Każdego ranka biorę 12 mg Suboxonu. Co dwa tygodnie jeżdżę do Lublina, gdzie w specjalnym punkcie odbieram swoją czternastodniową rację leku. Raz w tygodniu wizyta u dentysty, a resztę czasu spędzam w Kazimierzu. Tak teraz wygląda mój tydzień. Przewidywalna kalka, która zaczęła mi się podobać.
W poprzednim odcinku wspomniałem o kurnej chatce w centrum miasta i wyjątkowym człowieku i wspaniałym artyście – Ludwiku Sandeckim, który wszczepił mi zamiłowanie do drewna i uczył trudnej sztuki posługiwania dłutem i młotkiem. To u niego trenowałem wyobraźnię, by wiedzieć, co odrzucić z kawałka klocka, by wydobyć z niego rzeźbę. I on nauczył mnie jak to zrobić, by dłuto posłusznie wykonywało polecenie wyobraźni. Chociaż pracownia jego zawalona była prawdziwymi dziełami wypracowanymi w drewnie, to nie miał oporów, by w kilkadziesiąt minut wyrzeźbić ludowego świątka, na którego akurat miał kupca. Ale o tym napiszę już innym razem, gdy znowu nie będę miał pomysłu.