Księga Wyjścia (23) Ballada o tym co ważne

W XIX wieku, francuski pisarz i dziennikarz Leon Paul Blouet twierdził, że wścibstwo jest wspólną cechą Amerykanów. W przedziale pociągu, którym akurat jechał naprzeciwko siadła ubrana w żałobną czerń kobieta. Siedzący obok Amerykanin zapytał: „Straciła ojca, czy matkę?”. Kobieta zaprzeczyła, ale niezrażony mężczyzna drążył dalej: „To w takim razie syn lub córka?”. „Nie, proszę pana, właśnie zmarł mój maż” – odpowiedziała. „Mąż, powiada pani? A spadek zostawił przyzwoity?” – dopytywał. Kobieta wyraźnie oburzona wyszła zmieniając przedział. Amerykanin odwrócił się do współpasażera słowami: „Trochę zarozumiała, prawda?”.

Według Francuza zachowanie owego Amerykanina nie miało znamion chamstwa, chciał okazać życzliwe zainteresowanie. Według Bloueta to był dobry człowiek.
Podczas jednego z wykładów prelegent opowiedział pewną historię. Jadący autobusem ojciec z synem stanęli obok człowieka, który był bez nogi. W pewnym momencie dziecko szarpie ojca za rękę mówiąc: „Tato, tato, ten pan nie ma nogi!”. Skonfundowany ojciec zaczął uciszać syna, mówiąc, że nie można tak mówić, że nie wypada, na co dziecko zapytało: „Dlaczego, czy ten pan o tym nie wie?”.
Zestawiłem sobie te dwie historie z naszym powszednim wścibstwem i hipokryzją, doszedłem do wniosku, że zamiast swoim, to bardziej zajmujemy się życiem innych. Poza plecami oczywiście.
„Gdy Polacy zastanawiają się jak żyć, Francuzi po prostu żyją” –powiedział mi kiedyś mój kolega Marek, podczas jednej z naszych rozmów, gdy byłem u niego w Lyon. „To prawda” – pomyślałem. To tak jakby stać z młotkiem w jednym ręku i gwoździem w drugim i drapiąc w głowę zastanawiać się jak go wbić, zamiast po prostu wbić.
Podobnie jest z życiem O ile zastanawiamy się nad własnym życiem, doskonale wiemy jak powinni żyć sąsiedzi. Śmiałem się kiedyś, że gdybyśmy wiedzieli co za ścianą o nas mówią, to ze wstydu nie wychodzilibyśmy z domów. Nikogo się tak fajnie nie obgaduje jak sąsiadów – mieszanka obserwacji z bujną wyobraźnią i szczyptą zazdrości, czynią z nas prawdziwych ekspertów od życia wszystkich znajomych.
Za kilka dni przyjeżdża do mnie na tygodniowe wakacje mój trzynastoletni syn. Mimo że jesteśmy w stałym kontakcie, to już wpadam w panikę, bo nie bardzo wiem jakie atrakcje mu tym razem zapewnić. Gdy miał sześć, siedem lat, największą frajdą było bieganie pod prąd ruchomymi schodami – doskonale pamiętam jak się kiedyś wypieprzyłem, ale na szczęście niegroźnie, skończyło się wiec na śmiechu i kilku otarciach, zajmowaliśmy się wybijaniem taktów na koszach na śmieci, spacerem nad Wisłę i puszczaniem po wodzie kaczek z kamieni. Jeszcze niedawno zabierałem go na spacer i łaziliśmy od świtu do zmierzchu rozmawiając o wszystkim i o niczym.
Teraz jest już w tzw. wirtualnym wieku i mam obawy, czy zdołam zainteresować go prozaicznym lasem, polaną na której można położyć się i gapiąc w niebo gadać o wszystkim. O wszystkim poza polityką i – co gorsze – w realu. Rok temu jeszcze jakoś sobie radziłem, ale teraz, gdy gadamy przez telefon coraz częściej rozmowy schodzą na temat najnowszych gier. Stąd ta moja trema.
Do niedawna cieszyłem się z tego, że udaje mi się pisać felietony unikając bieżących komentarzy politycznych. Piszą o tym wszyscy i każdy tekst jest parafrazą innego, a wszystkie i tak są takie same, tylko ubrane w inne słowa, akcentowane stosownie do odbiorcy, którego przekonania i tak są już wyrobione i nienaruszalne.
Opierałem się tylko do czasu. Choć tak bardzo chciałem powiedzieć, a nawet wykrzyczeć, że polityka nie jest tego warta, nasze zaangażowanie jedynie napędza polityków, którzy odgrywają ten teatr jedynie dla poklasku i na własny użytek, tylko po to by o nich pamiętano. Jak niespełnieni, kiepscy aktorzy, łapiący się brzytwy, by tylko zaistnieć uderzając w najniższe emocje. Najłatwiej w nienawiść.
Odnoszę wrażenie, że niektóre afery wypuszcza się celowo, żeby przykryć coś znacznie gorszego. Kościół jest ostoją rządzących, bez jego wsparcia nie wygraliby żadnych wyborów. A co by się stało ,gdyby nagle instytucja ta skompromitowała się na tyle, że musiałaby zniknąć z przestrzeni społecznej? Tragedia dla rządzących. Mam na myśli kościół polski, który niewiele ma już wspólnego z Watykanem.
Mimo, że śmieszą mnie spiskowe teorie, to jakim cudem media „zapomniały” o aferze pedofilskiej, która jest przestępstwem, a rzuciły się na latanie samolotem marszałka Kuchcińskiego, co z kolei świadczy o jego małości, kompleksach i chęci zaimponowania rodzinie czy znajomym. Zwolennikom spiskowych teorii podsunę, że może jest to celowe działanie władz i kościoła, by odwrócić uwagę od innej afery. Prowadzi to do smutnego wniosku, że milszy człowiekowi własny portfel, którego i tak nie widział, niż dobro dzieci.
Fakt, z pieniędzmi kontakt ma każdy, z dziećmi niekoniecznie. O ile afera pedofilska wywołała ogromne oburzenie, ale też równie szybkie zapomnienie, bo to przecież można ją odłożyć na później. To nie ucieknie, teraz trzeba tropić podróże marszałka, bo wybory się zbliżają, a pieniędzy wydanych na kosztowne, rodzinne, podniebne fanaberie społeczeństwo nigdy nie daruje. Te dwie sprawy powinny iść równolegle, a nie wzajem wypierać się z przestrzeni medialnej. A tak się właśnie dzieje.
Kiedy wracam pamięcią do chwil spędzonych w szpitalu czy na leczeniach zastanawiam się, gdzie jest lepiej i prawdziwiej. W szpitalu, odtruciu, detoksie. Gdzie polityka jest na ostatnim miejscu jakiejkolwiek rozmowy.
Gdy pacjent dojdzie już jako tako do siebie i zaczyna tworzyć relacje z innymi, powstają grupy wspólnych znajomych, sympatii lub innych zależności, ale nigdy nie jest to polityka.
Nie determinowała ona życia, tak jak to się stało zaraz po wyjściu. Odniosłem wrażenie, że przestaliśmy rozmawiać. Jeszcze jakiś czas temu ludzie mówili: jestem apolityczny, albo: mam w dupie politykę. Teraz zamiast rozmowy wygłaszamy polityczne tyrady, zaczerpnięte od fejsbukowych mentorów, którym bezkrytycznie wierzymy, bezmyślnie powtarzając przeczytane opinie, niezależnie gdzie i z kim akurat przebywamy. Oduczyliśmy się rozmawiać o zwykłych, codziennych problemach i przenieśliśmy to wszystko na grunt polityki. A to musi rodzić frustrację, zebrane emocje nie mają ujścia. Zostaliśmy wciągnięci w grę, niezależnie czy tego chcemy, czy nie. Bo nawet jeśli nie chcemy, to znajdzie się jakiś poprawiacz naszego prywatnego życia i chcąc nie chcąc musimy pokazać mu granicę, której przekroczyć nie może. Chociaż próbuje. Asertywność dotyczy już nie tylko jednostki, ale całych grup społecznych. Tak jak w przypadku LGBT czy obcokrajowców.
Wygląda na to, że demokracja sie nie sprawdziła, stosunki międzyludzkie są coraz gorsze, na ulicach coraz mniej uśmiechu, a więcej nienawiści. Oczywiście polityków to cieszy, bo są na ustach wszystkich, a kampania za pasem, ale czy zdają sobie sprawę jakim kosztem? Demokracja ma tę wadę, że polityk – człowiek od którego zależy nasze życie – jest bezkarny, pozostaje bezkarnym nawet jeśli narobi głupot. Jeśli w wyniku jego szczucia ktoś popełni morderstwo. Wcześniej Gabriel Narutowicz, teraz Paweł Adamowicz.
Przyjmując argumenty przeciwników PRL, że system ten sie nie sprawdził, to również i tym bardziej nie sprawdził się kapitalizm, wolny rynek i demokracja.
Poluzowałem wodze fantazji i zacząłem się zastanawiać jak wyglądałoby nasze życie, jaki mielibyśmy wpływ na politykę kraju, gdyby posła można było odwołać. Bez specjalnych procedur, zwykłym głosowaniem, na wniosek iluś tam wyborców. I jeśli dostałby o jeden głos mniej niż liczba, którą otrzymał podczas wyborów, to traciłby mandat, a na jego miejsce mógłby wejść kolejny z listy, już żeby nie kombinować z tym D’Hondtem, na którego wszyscy narzekają, ale partia rządząca nigdy z niego nie zrezygnuje.
Jeśli padłaby taka propozycja, zaraz podniosłoby się larum, że ograniczyłoby to posłów przed podejmowaniem niepopularnych decyzji. Niepopularna decyzja, to taka, która jest sprzeczna z interesem obywateli, ale poseł jest przekonany o jej słuszności. Krótko mówiąc, niepopularna decyzja, to eufemizm decyzji szkodliwej dla obywatela. Musiałby więc taki poseł, albo posłużyć się kłamstwem, by przekonać ludzi, albo zagłosować zgodnie z wolą wyborców. Rolą posła jest reprezentowanie ludzi, dopiero rząd jest od tego, żeby się martwił, jak uchwaloną ustawę – nawet jeśli nie jest mu wygodna – wprowadzić w życie. Dopiero taki bat, skłoniłyby przedstawicieli narodu, by przestali eksperymentować na ludziach i wywiązywali się ze swoich obietnic.
Od najmłodszych lat wmawiają mi, że jest jakiś okres przejściowy, że zaciskanie pasa, kryzys, że najpierw gospodarka. Teraz okazuje się, że ta gospodarka poczyniła takie spustoszenie w przyrodzie, iż trzeba zacząć ten proces odwracać. To tak nieśmiało zapytam, jeśli całe życie był jakiś przejściowy kryzys i zaciskaliśmy pasa, by rozwinąć gospodarkę, którą teraz trzeba jak najszybciej zwinąć żeby nie doszło do katastrofy ekologicznej, to co z tym obiecanym dobrobytem?
Zgubiła nas wiara w demokrację i ten paradygmat ekonomii i gospodarki. Teraz możemy już tylko się spierać na gruncie światopoglądowym, z czego oczywiście politycy chętnie korzystają, bo to nie wymaga żadnych kwalifikacji, wystarczy tupet i pewna doza bezczelności. Doskonałe wiedzą, że przy urnach ludzie nie tyle kierują się rozumem, lecz emocjami.
Gdyby polityka ograniczyła się jedynie do samej administracji państwem, miałbym ją głęboko w nosie i najchętniej zrobiłbym coś, co było modne w latach osiemdziesiątych – spakował plecak i przeprowadziłbym się w Bieszczady. Dopóki jednak najważniejsze sprawy w kraju to walka z ludźmi o odmiennej orientacji seksualnej, dopóki zamiast istotnych spraw państwowych ich miejsce zajęła polityczna walka obyczajowa, trudno machnąć ręką i przejść obok tego obojętnie. To bardzo sprytne, polityka sama w sobie jest cholernie nudna, i pewnie gdyby nie wątek obyczajowy nikt specjalnie by się nią nie interesował. Lekki, nawet naciągany skandal obyczajowy dodaje jej smak, czyniąc z mdłej, błotnistej papki potrawę, którą jedzą wszyscy. Politycy zdają sobie z tego sprawę i podgrzewają atmosferę szczując jednych ludzi na drugich.
W tej sytuacji trudno milczeć, porzucić wszystko, machnąć ręka i zniknąć. Mam jakieś poczucie, że trzeba być na miejscu, by móc w każdej chwili stawić opór. Nie wiem gdzie, nie wiem jak, ale wiem, że trzeba. Takie natręctwo.
Żeby coś napisać trzeba mieć pomysł, żeby mieć pomysł – niektórzy nazywają to weną – musi coś zainspirować i dopiero na tej bazie można połączyć rożne fakty, zdarzenia. Czasami smutne, czasami śmieszne, ale jeśli wszędzie ludzie rozmawiają o tym samym, to gdzie czerpać te pomysły.
Komunikacja miejska jest doskonałym miejscem do obserwacji zachowań. Niektórych rozmów nie trzeba nawet podsłuchiwać, bo prowadzone są tak głośno, że doskonale słychać każde wypowiedziane słowo. A że jeżdżę ostatnio na krótkich trasach, to w większości współpasażerami są niewielkie grupy znajomych z jednej wsi.
„Co oni z tymi pieniędzmi robią” – usłyszałem kobiecy głos dochodzący z tyłu autobusu . „On zarabia trzy tysiące, ona bierze pięćset na dzieci, pewnie zaraz zaniesie księdzu, jakby było mu mało” – kontynuowała z zajadłością kobieta. Myślałem, że jakaś wojująca ateistka, ale po chwili rozmowa przeszła na temat jakiejś lokalnej parafii. Okazało się, że jest w niej aktywistką potępiająca „ideologię LGBT” i „kłamstwa” na temat pedofilii. Właśnie to doprowadziło mnie do wniosku, że pedofilię ludzie kościołowi wybaczą, zapomną lub uznają, że to nagonka wrażych środowisk politycznych, ale pieniędzy, nowych samochodów już nie.
To taki polski paradoks, sami zanoszą ostatni grosz, by później wypominać rozrzutne życie miejscowego proboszcza. Jeśli ktoś znajdzie sposób, by w przekonujący sposób wyjaśnić społeczeństwu w jaki sposób, jakie kwoty państwo transferuje do tej instytucji, może udałoby się w końcu odciąć te hubę od publicznych pieniędzy. To jedyna skuteczna możliwość, by pozbyć się tej instytucji z przestrzeni publicznej. Odciąć od pieniędzy.
Wysiadając spojrzałem na wspomnianą kobietę. Rzadko kiedy widzi się aż tyle nienawiści na
twarzy. W przeciwieństwie do oceny Bloueta, to nie była twarz dobrego człowieka, a owe
plotki nie miały nic wspólnego z troską czy życzliwym zainteresowaniem. cdn

Księga wyjścia (21)

Ballada o pewności siebie

Jak to nazwać, gdy wszystkie najmocniejsze słowa już padły, jak przeciwstawić się agresji w momencie gdy większość społeczeństwa jest już tym zmęczona i wykazuje bierność, kiedy cała potencjalna energia społeczna poszła w gwizdek przez polityków i KOD, który wyprowadził ludzi na ulice zanim była ku temu realna potrzeba. Jak to możliwe, że tysiące ludzi wychodziły w największy mróz broniąc sądów, których nie widzieli i sędziów których nie znali.
Gdy natomiast wychodziły na ulicę konkretne grupy zawodowe upominać się o poprawę warunków pracy i podwyżki reakcja była już zupełnie inna. A to ktoś wspomniał o przywilejach nauczycieli, a to komuś się wypsnęło, że lekarze rezydenci zarabiają krocie. I nawet bym się temu nie dziwił, gdyby informacje te spływały z rządowych mediów, ale nie, ten przekaz szedł ze stacji nawołującej do masowych protestów w obronie sądów, konstytucji czy demokracji. Klasyczny przypadek napuszczania jednych na drugich i w efekcie sprowadzania do wniosku „ja to mam gorzej”. Żeby taki przekaz był skuteczny, nigdy nie może być powiedziany wprost, najlepiej zrobić to w jakiś okrężny sposób, tak by widzowi się wydawało, że sam doszedł do takiego wniosku. Wtedy sukces murowany. Protestujący pozostaną sami, a stacje pozornie im przychylne nadal będą wybiórczo relacjonować, zacierając jednocześnie ręce, że jednak nic nie udało się wywalczyć.
Wychodziłem już z przychodni i punktu terapii substytucyjnej, gdzie co dwa tygodnie odbieram swoją porcję leków, gdy zawołał mnie doktor Andrzej Kaciuba. Trochę mi się śpieszyło, ale po pierwsze to było bardzo miłe i lubię z nim rozmawiać, a po drugie, nie wołałby mnie gdyby nie było to ważne. Zajmę ci tylko chwilę – powiedział – chciałbym, żebyś pamiętał o zagrożeniach i nie poczuł się zbyt pewnie. Pewność siebie – to pułapka dla nałogowca. Mimo, że naprawdę akurat tego dnia czas mnie gonił, bardzo mi się śpieszyło, gdy tylko wyszedłem przysiadłem chwilę na ławce zastanawiając się skąd wie, jak się domyślił tego, czego sam nawet nie dostrzegłem. To jedno zdanie wryło mi się w pamięć i choć coraz mniej piszę o nałogach – w końcu to księga wyjścia, więc i z pisania o uzależnieniach staram odchodzić. Tym razem postanowiłem jednak od tego właśnie zacząć.
Chorzy na nienawiść – gdybym miał określić polskie społeczeństwo chyba tych właśnie słów bym użył.
Bezkarność, ciche wsparcie polityków i znacznie głośniejsze kościoła? Zastanawiam się nad przyczyną, powodem aż takiej agresji podczas ubiegłotygodniowego marszu równości. Część agresorów potraktowała to zapewne jak zwykła ustawkę meczową, bezkarną zadymę, ale tym razem było to skierowane nie przeciwko innym kibolom, którzy przyjechali właśnie po to, by nawzajem lać się po mordach lecz nienawiścią do zwykłych, pokojowo nastawionych ludzi. Ludzi, którzy mieli odwagę wyjść, by sprzeciwić się dyskryminacji i pokazać, że przecież każdy ma prawo do swojego życia. Już sam fakt, że w XXI wieku w środku Europy ludzie, ryzykując zdrowiem, a być może i życiem, idą by powiedzieć innym, że każdy ma prawo do życia – jest czymś nieprawdopodobnym. Czy naprawdę trzeba demonstrować w obronie równości? Praw przypisanych każdemu człowiekowi? Okazuje się, że w Polsce tak.
W przeciwieństwie do tego, co próbuje wmówić ludziom kościół, a wraz z nim większość polityków PiS-u, nie ma czegoś takiego jak ideologia LGBT. Za każdą z tych liter kryje się człowiek, konkretny człowiek, który jedyne czego chce, to spokojnie żyć na takich samych prawach, jakie mają inni. Chce wyjść z ukrycia, nie oglądać się za siebie w obawie, że oberwie kamieniem. Jeśli więc mówimy o ideologii LGBT to jest nią jedynie pragnienie spokoju i bezpieczeństwa. Życia bez strachu, że ktoś podpali mieszkanie, napadnie na ulicy i pobije. Ot i cała tajemnica tego ideologicznego „demona” o którym tak wrzeszczą rządzący i kościół.
Nie, to niemożliwe – tak zapewne pomyśli większość społeczeństwa, to incydentalne wypadki które nie będą miały żadnych dalszych konsekwencji. Przecież europejska cywilizacja jest na takim poziomie, że wydaje się niemożliwym, by zagrożenie było realne. Ja już tę pewność straciłem. Nie tak dawno, gdy w Białym Domu wybuchła afera z Moniką Levinski, by przykryć skandal natychmiast znalazł się powód zbombardowania Jugosławii – to tylko skrótowa dygresja, która mi się przy okazji nasunęła.
Kościół oczywiście zrobi wszystko, by po chwilowym szumie wokół pedofilii w swoich strukturach skierować uwagę społeczeństwa w zupełnie innym kierunku, stawiając siebie w roli obrońcy rodziny, tradycji i wartości. Teraz okazuje się, że to nie zboczeńcy w sutannach są zagrożeniem dla dzieci, ale dorośli ludzie, którzy chcą jedynie żyć po swojemu. Społeczeństwo zostało zasypane „groźną ideologią”, powielanymi z ambon i mediów bzdurami, pewna gazeta wypuściła niepozorne niby naklejki. To początek podsycania nienawiści, a że trafia na podatny grunt, to zasiane ziarno szybko przynosi obfite owoce.
Wydawało się, że film braci Sekielskich będzie przełomem. Teraz już wiem, że choćby powstało sto takich filmów, a Sekielscy codziennie wpuszczali do sieci nowe dowody przestępstw seksualnych zboczeńców w sutannach chronionych przez swoich przełożonych, to i tak zostanie to w ten czy inny sposób rozmyte.
Oczywiście PiS tworząc komisję do spraw pedofilii, wyciął z nazwy kościół. Prokurator nie zbada komputerów w kuriach czy dekanatach, a sprawa rozejdzie się po kościach jako przedawniona. Okaże się, że większość sprawców już nie żyje. Obecne ofiary zostaną w większości zagłuszone, presją społeczną, pieniędzmi lub z obawy o ostracyzm powiedzą o tym dopiero za kilkanaście lat.
W końcu komisja uzna, że w kościele problemu nie ma i zaczną badać obozy harcerskie, a jedyny namacalny efekt będzie taki, że dyskretnie zniknie kilka pomników, a z kilku innych odetną od Wojtyły całującego go w pierścień pedofila. Ściganiem pedofilii zajmuje się policja i prokuratura, komisja miała zbadać obszar niedostępny organom ścigania. Ale jak widać nie ma woli politycznej i są inne – znacznie większe „zagrożenia” – takie jak gender i LGBT.
Polski kościół funkcjonuje zupełnie inaczej niż kościoły na całym świecie, jest całkowicie niezależny od Watykanu, a jego wpływy polityczno biznesowe są tak ogromne, że tak czy inaczej wyjdzie z tego obronną ręką. Nawet jeśli PiS przegra wybory.
Wakacje w mediach to zazwyczaj sezon ogórkowy. Czyli nic się nie dzieje, a telewizje na siłę wypełniają swoje ramówki głównie powtórkami lub „analizą struktury buraka”, gazety wymyślają coraz to głupsze „cudowne diety” na wszystko, a jeśli wydarzy się jakaś sensacja to wałkują ją do znudzenia zapraszając do studia najróżniejszych, często zapomnianych już ekspertów. Wszystko po to, by w jakiś sposób wypełnić ramówkę i podtrzymać oglądalność.
W tym roku jest trochę inaczej i prawdę mówiąc pisząc ten felieton miałem problem, by wybrać jeden z wielu tematów, które wydarzyły się w ciągu ostatniego tygodnia. Czy pisać o dziwnej „lewicowej” koalicji powstałej zupełnie przypadkiem tylko dlatego, że Schetyna nie dogadał się z Czarzastym? Marszu równości i festiwalu nienawiści, zmieszaniu w szkołach i bucie ministra edukacji? Czy może o kuriozalnym pomyśle PiS-u dotyczącym powołania komisji do spraw pedofilii? Miałem też ochotę napisać coś o spotkaniu z Mateuszem Piskorskim, który po trzyletniej odsiadce politycznej – kuriozalnym przypadku przetrzymywaniu bez aktu oskarżenia i wyroku – wyszedł wreszcie na wolność, wprawdzie ograniczoną, a że był w okolicy to mieliśmy okazję się spotkać, poznać i pogadać. Czasami jest tak, że kogoś się lubi albo nie od pierwszego spotkania. Mateusza trudno nie polubić, ale zostawię to już na kolejny felieton.
Po krótkiej analizie, jak zawsze zdałem się na emocje i przelałem na wirtualny papier to co najbardziej mną poruszyło.
Strach budzi agresję, boimy się tego, czego nie rozumiemy. A nie rozumiemy, ponieważ nikt nie wszczepia już chęci poznawania. Winnych możemy szukać we wszystkich rządach od czasów przełomu 1989 roku. Zubożenie społeczeństwa zarówno materialne jak i mentalne daje taki właśnie efekt. Ludzie wzajemnie dają się na siebie napuszczać, zamiast kierować gniew w stronę rządzących.
Tak w skrócie można zdiagnozować atak faszystów na pokojowy marsz równości. Poza oczywiście wspomnianą wcześniej chęcią prawie legalnej zadymy. Większość stadionowych chuliganów doskonale wie, że mandat, który ewentualnie dostaną nie jest żadną karą i wcale nie muszą go płacić. Po roku się przedawnia. Tak, do trzech mandatów rocznie spokojnie można olać. Zgodnie z prawem po roku mamy znowu czystą kartę. Więc jeśli ktoś się cieszy, że przynajmniej napastnicy dostaną po kieszeni – jest w błędzie. Oni pozostaną bezkarni. Chyba, że będzie to grzywna, ale już większość wyłapanych napastników odeszła z mandatami, które wylądowały w najbliższym koszu na śmieci.
Wielokrotnie pisałem, że nie jestem zwolennikiem tej formy protestu jakim jest marsz, czy demonstracja, ponieważ jeszcze nigdy niczego to nie zmieniło. Przynajmniej w Polsce.
Pomimo tego, że zaangażowane w to środowiska polityczne są zupełnie nie z mojej bajki, to wybieram się w sobotę na marsz „Warszawa przeciw przemocy. Solidarni z Białymstokiem”.
Przemoc i nienawiść to jedyne co może skłonić mnie bym ruszył w jednym szeregu z ludźmi, których na co dzień nie darzę sympatią. Taka koalicja antyfaszystowska. Chociaż doskonale pamiętam jak większość „oburzonych” sytuacją w Białymstoku nie miała nic przeciwko, gdy w latach dziewięćdziesiątych leciały w nas różne przedmioty podczas pochodów pierwszomajowych czy lewicowych demonstracji, mało tego, niektórzy brali w tym czynny udział, a telewizja oczywiście jakoś te najdrastyczniejsze momenty ominęła. Podobnie jak próżno było szukać w internetowym serwisie TVN informacji o zamieszkach w Białymstoku.
Wybieram się również z innego powodu. Przez chwilę również myślałem, że jest to problem marginalny, taki buraczany folklor, gdzie wystarczy napisać kila postów sprzeciwu, felieton pełen oburzenia, bo jak pisałem wyżej: przecież żyjemy w Europie w XXI wieku… i wtedy przypomniały mi się słowa doktora Kaciuby „Niech nie zgubi cię pewność siebie”.

Księga Wyjścia (20)

Ballada bardzo polityczna

Próbowałem, naprawdę próbowałem, ale nie da się żyć w Polsce i kompletnie olać politykę. To znaczy można, ale alternatywą jest jedynie świadoma i całkowita izolacja w oparach alkoholu. Z dwojga złego lepiej już przyglądać się krajowej scenie, zniszczy nerwy, ale oszczędzi wątrobę.

Podobno jesteśmy coraz bogatsi, coraz lepiej nam się wiedzie. Bezrobocie spada, a zadowolony lud ma do wyboru jedynie poprzeć lub odsunąć od władzy PiS. Doszliśmy do minimalizmu w polityce i mamy taki kompaktowy program – PiS, albo nie PiS – oto jest pytanie, chciałoby się powiedzieć. Sprowadziliśmy politykę do walki o symbole i nazwiska, kompletnie zapominając czym ona naprawdę jest. Programy to same hasła z dodatkiem rzeczownika „plus”.
Pewnie i tak wygrają rządzący, ale gdyby nawet było odwrotnie, to czy coś się zmieni? Będzie tak samo, ale z większą ogładą i w odpowiednio skrojonych garniturach. Faktycznie bezrobocie spadło, ale chyba nie o tego rodzaju spadek nam chodziło. Nie po to ludzie kończyli studia, by teraz bez problemu dostać pracę „siedzącą”, ale za kasą w markecie. Tak na marginesie w sieci Żabka jest to zabronione, pracownikowi za kasą nie wolno siedzieć.
Żeby jednak dostać tę pracę i „usiąść” lub „stanąć” za kasą trzeba zmodyfikować CV, najlepiej skrócić zatrzymując się maksymalnie na średnim wykształceniu. Z wyższym niechętnie przyjmą, należy więc schować ambicje, ukryć wszystkie fakultety, i dopiero wtedy można ze „spuszczonopodniesioną” głową usiąść przy kasie w markecie i cieszyć się wolną niedzielą.
Niejednokrotnie nawet po krótkiej nawet rozmowie widać, że za kasą nie siedzi ktoś, kto za kasą siedzieć powinien, ale co ma zrobić, jeśli skończył oligofrenopedagogikę i gwaroznawstwo? Albo nie – daj boże – Akademię Sztuk Pięknych i wybrał rzeźbę, to bez odpowiedniego ładunku szczęścia i znajomości wszystkie swoje dyplomy może najwyżej oprawić w ramki i powiesić na ścianie. A plany i ambicje? Cóż, szlag trafił. To właśnie jest polityka, tym powinniśmy się zajmować by wymusić na politykach odpowiednie rozwiązania.
Przypomina mi to trochę badania poziomu ubóstwa na świecie. Badania takie robi Bank Światowy. Według wszelkich danych wynika, że w ostatnich latach faktycznie znacznie zmalało, ale nie dlatego, że ludzie się wzbogacili, ale zmieniono sposób liczenia. Mimo, że głodnych wciąż jest tyle samo albo i więcej, to w statystykach wychodzi ich znacznie mniej. Wystarczył prosty zabieg, zmiana granicy progu ubóstwa. Jeśli kilka lat temu wynosiła około pięciu dolarów na osobę dziennie, to teraz zmniejszono do lekko ponad dolara. Tym prostym zabiegiem udało się bankowym badaczom wykluczyć całkiem sporą część populacji z obszaru nędzy. Bez żadnych nakładów, karmienia czy wsparcia finansowego. Drobna zmiana kilku cyfr dała ten sam efekt co wyłożenie ogromnej kasy.
Myśląc kategoriami BŚ, możemy w krótkim czasie w ogóle zlikwidować ubóstwo na świecie. Wystarczy, że poprzeczkę nędzy ustawimy na poziomie 0,0 dolara dziennie. Przecież można jeść bobry – ogłosił któregoś dnia jeden z ministrów.
Ciekawa jest nie tylko polska polityka. Od kiedy nowi euro deputowani dotarli na brukselskie salony, wnieśli ze sobą nieco krajowego folkloru. Mam na myśli polityków PiS-u oczywiście. Ci, którzy byli już europosłami wcześniej, zdążyli się tam jakoś dostosować i co najwyżej zaczynają gadać bzdury dopiero, gdy przyjadą do Polski. Natomiast nasz nowy, świeżo wybrany eksportowy towar polityczny sądził, że będzie tak samo jak na Wiejskiej. Oni naprawdę dostaną niezłej traumy, gdy się okaże, że muszą samodzielnie podejmować decyzje. Patrząc na to z boku – wyglądają jak grupa zagubionych przedszkolaków, którym postawiono zadanie wyraźnie ich przerastające.
Zadziwiające były słowa premiera. Zdziwiło mnie zwłaszcza to, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Komentując podwójną porażkę Beaty Szydło, premier Morawiecki w formie zarzutu skierowanego do europosłów powiedział – cytuję – „nie dotrzymywanie umów, nie dotrzymywanie układów”. „Umów” i „układów” – te dwa słowa mówią wszystko o jego rozumieniu polityki. Zawsze wydawało mi się, że w takich gremiach, decyzje podejmują jego członkowie. Podejmują autonomicznie na sali obrad zgodnie z własnym przekonaniem, a nie w wyniku uprzednich, korytarzowych czy kawiarnianych „układów”. Pomyślałem wtedy, że faktycznie premier Morawiecki może o tym nie wiedzieć.
To jest też ogromna wina społeczeństwa, że pozwoliliśmy politykom, by czuli się nadludźmi. Przez nasz egoizm walczymy jedynie o swoje, a jak już wywalczymy, lub nie ale ktoś obietnicą załagodzi problem, to cała resztę mamy w nosie, wypominając innym zawodom zarobki czy jakieś przywileje. Nikt jeszcze nie połączył sił, by pójść wspólnym frontem – poza kuriozalną obroną sądów (niewielu nawet pamięta jakich, Rejonowych, Apelacyjnego, Najwyższego, czy może KRS?), co już zupełnie było głupie.
Wyprowadzenie setek tysięcy ludzi w obronie instytucji, której nikt nigdy nie widział, konstytucji, której większość nie czytała, a gdy protestują nauczyciele, to inne środowiska zawodowe mają to gdzieś, mówiąc że przecież sami nie mają lepiej. W mediach przewinie się informacja na temat „przywilejów” typu wakacje, ferie itp. W głowie przeciętnego człowieka rodzi się bunt, ale nie przeciw rządzącym, lecz protestującym. Podobnie było z lekarzami, pielęgniarkami i każdą inną grupą zawodową. Co takiego mają w sobie sędziowie, że przez jakiś czas organizacja taka jak KOD potrafiła wyprowadzić tłumy na ulice?
W Warszawie Rafał Trzaskowski podpisał kartę LGBT – środowisko jest zadowolone i ma gdzieś, że zapisy tego dokumentu spokojnie można było rozszerzyć. Deklaracja spokojnie mogła nazywać się „kartą równości” i objęłaby także mieszkających w Polsce obcokrajowców. Nie trzeba byłoby zmieniać nawet jednego słowa.
Wtedy łatwiej byłoby przepchnąć ją w innych miastach. Ale nie, środowisko LGBT swoje osiągnęło i triumfalnie przejdzie obok żebraka, a niektórzy nie zareagują podczas wyrzucania bezdomnego z tramwaju, Nawet odetchną z ulgą, że już ten niehigieniczny i śmierdzący „żul” wyleciał z pojazdu.
Trochę przypomina to Amerykę lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, gdzie kobiety zaczynały upominać się o swoje prawa, ale generalnie nie miały nic przeciwko „segregacji rasowej” (z wyjątkami), oburzały się gdy z kolei o swoje prawa walczyli ludzie, którzy mieli nieco inny kolor skóry, którym nie wolno było zajmować miejsc w autobusach czy tramwajach zarezerwowanych dla białych, do niektórych kawiarni nie mieli wstępu, a jeśli już, to mieli wydzielone stoliki. Nie mając więc nic przeciwko „segregacji rasowej”, szły w proteście z równouprawnieniem na ustach. Sięgając pamięcią nieco dalej, po wojnie secesyjnej, wygrana Północ nie miała oporów by używać – to dobre słowo – wyzwolonych niewolników do likwidacji Indian. To drastyczne porównania, ale podobnie jest teraz w Polsce. Na szczęście mniej krwawo.
Czasami, gdy włączę telewizor, przewijają się jakieś migawki. Ostatnia jaką zapamiętałem, to były ogromne kolejki do wydziału komunikacji w jakimś mieście. Żeby zarejestrować samochód ludzie robili listy i czekali po kilka dni by dostać się do okienka, w którym wydadzą odpowiednie dokumenty.
Takiego problemu nie mają Szwedzi. Tak się składa, że mieszkałem w tym kraju jakiś czas i nawet kupowałem tam samochód. Wszystkie formalności wyglądały tak, że po spisaniu umowy wysłaliśmy ją pocztą do jedynego w tym kraju urzędu zajmującego się rejestracją pojazdów, a po jakimś czasie pocztą zwrotną przyszły odpowiednie, gotowe już dokumenty z naklejkami na tablice rejestracyjną. Oczywiście, w Szwecji mieszka czterokrotnie mniej ludzi niż w Polsce, ale może warto korzystać z tego typu rozwiązań, choćby na poziomie wojewódzkim. Jeszcze chwilę zostanę przy tym kraju, a konkretnie kancelariach komorniczych.
W Szwecji wygląda to następująco: istnieje tam 40 kancelarii komorniczych, w których pracuje jedynie dwa tysiące ludzi. Podlegają bezpośrednio pod ministerstwo finansów. A ich rolą nie jest śledzenie wierzycieli i eksmitowanie na bruk, ale zajmują się doradztwem finansowym, często udzielając wsparcia osobom zadłużonym. Nawet jeśli jest wobec nich prowadzone postępowanie egzekucyjne. Stają się opiekunami i zależy im na humanitarnym rozwiązaniu problemu robią wszystko, by dłużnik z tego wybrnął. Mają ustalone procedury. Najważniejsze, by nie generować długu, żeby ludzie nie wpadli w spiralę zadłużenia, tylko jak najmniej boleśnie z tego wyszli.
Tam nikt się komornika nie boi, bo człowiek ten przychodzi im z pomocą, jest takim opiekunem długu i dłużnika. Jeśli zadłużenie jest naprawdę duże i przerasta możliwości spłaty, to komornik wraz z dłużnikiem opracowują pięcioletni plan spłaty, skrojonej na miarę możliwości i zarobków konkretnej osoby. Jeśli przez te pięć lat wywiązuje się z tego obowiązku, pozostała kwota zostaje mu umorzona.
Nie mogłem się oprzeć, by o tym nie wspomnieć w kontekście krajowej polityki, gdzie ludzie niekompetentni zajmują najwyższe stanowiska i co kilka lat wprowadzają kuriozalne zmiany, które poza bałaganem niczego dobrego nie wnoszą. Ogromnym błędem były reformy Buzka, zupełnie niepotrzebnym i cholernie szkodliwym. Wszystkie te reformy były zbędne choćby ze względu na koszty. Jerzy Buzek powinien stać przed Trybunałem Stanu, ale bryluje w mediach robiąc za eksperta. Jeśli jednak zrobił już tę reformę edukacji, to odkręcanie tego przez PiS po kilkunastu latach było już zbrodnią.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że polityka w Polsce wygląda tak, że gdy ktoś dorwie się już do tej władzy, wstanie rano, podrapie się po głowie, pomyśli „a może tak będzie lepiej” i zanim na dobre się obudzi, zaczyna wprowadzać to w życie. Jednocześnie pieprząc bzdury, że jesteśmy jednym z najlepiej rozwijających się państw w Europie. Miałem jeszcze napisać coś o ministrze edukacji, ale gdy przywołam w pamięci minę Dariusza Piontkowskiego, to pozostaje mi jedynie współczuć jego byłym uczniom. Podobnie jak współczuję ludziom, którzy zaufali Robertowi Biedroniowi. Gdyby Sejm zdecydował się na legalizacje małżeństw homoseksualnych, można byłoby zarzucić mu nepotyzm, bo zdaje się mocno lansuje swojego partnera. Ale o Biedroniu pisać mi się już nie chce. Człowiek, który miał możliwość pokazać społeczeństwu, że w polityce można być przyzwoitym, tylko pogłębił wizerunek polityka oszusta. O oszustwo wyborcze mi chodzi – to tak, żeby nie było niedomówień. cdn

Księga Wyjścia (5)

Ballada bez pomysłu.

Zgodnie z wyznaczonym rytmem, jak w każdą środę, siadłem do pisania tekstu. Oczywiście bez adrenaliny i paniki się nie obeszło, bo jeszcze wczoraj, mając głowę nabitą tysiącem pomysłów, położyłem się spać spokojny i pewien, że tekst napiszę bez najmniejszego problemu.
Zweryfikowałem to jednak rano, gdy przyszło co do czego i siadłem do pisania. Po głębszej analizie wszystkie pomysły dnia poprzedniego poodrzucałem. A to głupi, a to zbyt podobny do któregoś z poprzednich, a to nudny – i tak drogą eliminacji zostało mi tylko jedno – coś co obiecałem w ubiegłym tygodniu: retrospekcja. Czyli trochę wspomnień i przypomnień. Tym razem spokojnie i bez fajerwerków, trochę z braku pomysłu, a trochę dla odpoczynku. Nie napiszę, że to brak weny, bo nie znoszę tego typu egzaltacji.
Kilka dni temu minął rok od kiedy zacząłem pracę w Wielkiej Brytanii i napisałem pierwszy felieton z facebookowej serii „List z bezludnych Wysp”, która po kilku tygodniach zmieniła się w cykle felietonów „Angielski Sen” i „Świat od Spodu” publikowanych na łamach „Dziennika Trybuna”.
„Los cię w drogę pchnął” – mam nadzieję, że nie śmieje się ze mnie ukradkiem” – tak zaczynał się pierwszy tekst napisany z Anglii. Ci, którzy śledzili je od początku, wiedzą że nie tylko ukradkiem, ale czasami głośno rżał ze śmiechu. Trzeba jednak przyznać, że i nas niejednokrotnie ubawił. Ale bywało też, że zasmucił. Los oczywiście, bo to przewrotne bydle.
Na początku czułem się tam faktycznie jak na bezludnej wyspie – stąd pierwotny tytuł „List z bezludnych Wysp”. Wszystko było inne i wszystkiego musiałem uczyć się od nowa, nawet chodzenia po ulicy. Wskoczyłem w zupełnie nieznany mi świat. Chodzenie po ulicy, zakupy czy jazda autobusem albo pociągiem, to wszystko było obce, nieznane i czasami nieprzewidywalne. Bywało, że kierowca autobusu zatrzymywał się na rondzie i ogłaszał, że wszyscy mają wysiąść bo on dalej nie jedzie.
Takich niespodzianek przeżyłem wiele i początkowo wprawiały mnie w osłupienie. Potem jednak przywykłem i nawet przestałem to zauważać, traktowałem jak coś normalnego. Nie będę streszczał tego co już zostało napisane, po pierwsze – jest tego zbyt dużo, a po drugie zawsze można wrócić i przeczytać. Trudno mi teraz, na chłodno i z perspektywy czasu, przekonująco i emocjonalnie opisać coś, co sprawiało mi kłopot, a później okazało się oczywiste lub banalnie łatwe.
Zanim nauczyłem się poruszać i co nieco poznałem lokalne obyczaje, przynajmniej kilka razy w tygodniu miałem ochotę wrócić do Polski. Ratowało mnie jednak pisanie, gdy już było naprawdę źle, siadałem do komputera i przerzucałem na wirtualny papier swoje emocje. Wbrew pozorom, gdy naprawdę było ciężko, powstawały najzabawniejsze teksty. Opisując jakieś zdarzenie, nawet bardzo przykre, dużo łatwiej złapać dystans i spojrzeć z boku. I wtedy robi się to śmieszne. Poza tym, jestem uparty i bardzo rzadko zstępuję z raz obranej drogi.
Przetrwałem tam ponad pół roku. W dużej mierze pomogło mi w tym pisanie i upór. Przetrwałbym dłużej, ale do dyrekcji firmy oraz agencji, która mnie zatrudniała dotarło, że w swoich felietonach opisuję swoją pracę. Że piszę o wyśrubowanych normach, nieludzkich warunkach i aroganckim podejściu do pracowników. Ktoś z moich polskich „przyjaciół” zrobił tłumaczenie i zaniósł gdzie trzeba. Wprawdzie nigdzie nie wymieniłem nazwy zakładu, ale kierownictwo uznało, że działam na szkodę firmy i wyleciałem. Tułałem się jeszcze jakiś czas szukając pracy, ale popadałem jedynie w długi. Wiem już kto na mnie doniósł i z jakich pobudek, ale nie będę świnią i nie wymienię nazwiska.
Złaziłem buty w poszukiwaniu jakiejś pracy. Łaziłem od knajpy do baru, od baru do sklepu, gdy widziałem jakąś budowę, pytałem managera. I nic, pracy nie znalazłem. Jedzenie dostawałem z foodbanku, więc głodem nie przymierałem, ale zadłużenie za mieszkanie rosło. W końcu na zaproszenie znajomego wylądowałem we Francji.
Kupił mi bilet i zapewnił pełne utrzymanie. Gdy zaoferował mi pracę, byłem naprawdę szczęśliwy, aż trudno było uwierzyć, że skończyło się pasmo porażek. Miałem zająć się drobnymi pracami domowymi w jego letniskowym domku w górach.
Tym razem ja zawaliłem wszystko. Gdy tylko zostałem sam w tych górach natychmiast się upiłem, schlałem jak świnia i wpadłem w kilkudniowy ciąg. Po kilku latach niepicia zalałem się w trupa. Wiedziałem, że zrobiłem mu świństwo i najlepiej będzie jeśli wrócę do Polski. Pisanie było odskocznią, skuteczną ucieczką od trudów życia na obczyźnie. Kilka miesięcy temu wróciłem do kraju, felietony wróciły wraz ze mną.
Byliśmy razem w Wielkiej Brytanii, towarzyszyliście mi podczas sprzątania magazynów, dopingowaliście, gdy szukałem nowej pracy, wspieraliście, kiedy zapiłem we Francji i podczas pobytu w szpitalu. O Żabce już nie wspomnę. Przeszliśmy wspólnie kawał świata, ale jeszcze szmat drogi przed nami. Drogi której końca nie widać, chociaż w pewnym momencie niewiele do tej mety brakowało.
Pomimo tego, że wróciłem do domu – fizycznie – to nie udało mi się wrócić tam, skąd wyjechałem – metaforycznie. To legło w gruzach i boli najbardziej. Metaforycznie jestem więc ciągle na banicji.
Wystarczy tych wspomnień, bo rzewnie się zrobiło i zaraz się rozkleję. Zresztą, dalszą część już znacie i pamiętacie – desperacka próba samobójcza, detoks i teraz program, który ma mnie wyleczyć z nałogów.
Każdego ranka biorę 12 mg Suboxonu. Co dwa tygodnie jeżdżę do Lublina, gdzie w specjalnym punkcie odbieram swoją czternastodniową rację leku. Raz w tygodniu wizyta u dentysty, a resztę czasu spędzam w Kazimierzu. Tak teraz wygląda mój tydzień. Przewidywalna kalka, która zaczęła mi się podobać.
W poprzednim odcinku wspomniałem o kurnej chatce w centrum miasta i wyjątkowym człowieku i wspaniałym artyście – Ludwiku Sandeckim, który wszczepił mi zamiłowanie do drewna i uczył trudnej sztuki posługiwania dłutem i młotkiem. To u niego trenowałem wyobraźnię, by wiedzieć, co odrzucić z kawałka klocka, by wydobyć z niego rzeźbę. I on nauczył mnie jak to zrobić, by dłuto posłusznie wykonywało polecenie wyobraźni. Chociaż pracownia jego zawalona była prawdziwymi dziełami wypracowanymi w drewnie, to nie miał oporów, by w kilkadziesiąt minut wyrzeźbić ludowego świątka, na którego akurat miał kupca. Ale o tym napiszę już innym razem, gdy znowu nie będę miał pomysłu.