Ameryki problem z faszyzmem

Po prezydenturze Baracka Obamy, rzekomo kończącej z rasowymi uprzedzeniami, amerykański liberalny salon nagle odkrył, że jego kraj znów jest rasistowski. I świetnie się z tym czuł. Mógł wszak potępiać to, co uznał za pierwotną przyczynę rasizmu – Trumpa, który brukał „światowy przykład demokracji” jakim są Stany Zjednoczone Ameryki. Zamglone pozostały historyczne dzieje tej „wyjątkowej” republiki, założonej na wywłaszczeniu ziemi tubylczej i eksterminacji jej mieszkańców, oraz jej potęgi gospodarczej zbudowanej w znacznej mierze przez afrykańską, zniewoloną siłę roboczą.

Trump oczywiście jest białym rasistą i to w stopniu nagannym. Ale czy on jeden, i czy rasistami bywali tylko Republikanie? Kto pamięta Jima Crowa i Dixiecrat Democrats, w tym sześciu senatorów USA i dwóch sędziów Sądu Najwyższego, którzy byli członkami Ku Klux Klanu? Kto pamięta, że jeden z najbardziej znanych demokratów, Franklin Delano Roosvelt, ponoć najbardziej liberalny prezydent USA, uwięził w obozach koncentracyjnych 120 000 Amerykanów japońskiego pochodzenia.
Ustawy więzienne
Trump miał też bardziej bezpośrednich poprzedników, jak Bill „pierwszy czarny prezydent” Clinton, który zrobił sobie zdjęcie pod Stone Mountain, w miejscu narodzin współczesnego KKK, z grupą więźniów, głównie Afroamerykanów, wykorzystanych jako rekwizyty. Ponadto wprowadził w życie tragiczne w skutkach ustawy więzienne z 1994 roku i „położył kres dobrobytowi, jaki znamy”. Trump zajmuje miejsce w tym samym kontinuum co byli prezydenci, jest on tylko jego bardziej wulgarnym i jawnym reprezentantem.
Rasizm jest kompletnie wpisany w funkcjonowanie „krainy wolnych ludzi”; nie jest żadnym zaburzeniem osobowości tego kraju. Rasizm instytucjonalny przenika obecną politykę na każdym polu. Ustawa Trump’s Protect and Serve Act, uczyniła atak na policję federalną zbrodnią z nienawiści. Umieściła ona tym samym policyjnych morderców pod parasolem ochronnym. Ustawa ta przeszła prawie jednogłośnie, 382 głosami. Za nią głosowało trzy czwarte Czarnego Klubu. Było to więc dwupartyjne f ** k you wymierzone w ruch Black Lives Matter. Wpływ amerykańskiej polityki rasowej nie kończy się na granicach USA. Wszędzie tam, gdzie pojawiają się punkty zapalne konfliktu rasowego lub etnicznego, można znaleźć rząd Stanów Zjednoczonych rozpalający płomienie na korzyść imperium, nie ważne czy mowa o konfliktach sannicko-szyickich na Bliskim Wschodzie, czy rasowo-etnicznych z Ameryki Łacińskiej. Jeanine Añez, samozwańcza prezydent Boliwii, wsparta przez USA w trakcie zamachu stanu, ogłosiła, że ​​nadszedł czas, aby wyrzucić tubylców nie tylko z rządu, ale i ze stolicy.
Rasizm instytucjonalny jest szczególnie śmiercionośny, ponieważ przecina podziały klasowe. Brutalność policji, masowe uwięzienia, pomoc społeczna, wysokiej jakości edukacja publiczna i tak dalej nazywane są „czarnymi kwestiami”, ale dotyczą wszystkich pracujących ludzi, a nie tylko pracujących Afroamerykanów. Biały rasizm służy do zatarcia wspólnych interesów pracujących ludzi, tworząc iluzję, że pracownik magazynu Amazona może mieć jakikolwiek wspólny interes z Jeffem Bezosem.
Widmo faszyzmu
W ostatnich latach prasa donosiła o coraz bardziej popularnych rasistowskich praktykach pośród grup młodych białych Amerykanów, mowa była również o czystym flirtowaniu z faszyzmem. Gdyby w USA powstał znaczny ruch faszystowski, ta wywłaszczona młodzież – nazywana przez Hillary Clinton „godną ubolewania” – mogłaby służyć za jego bazę.
Żaden casting nie wyłoniłby lepszego niż sam Donald Trump przykładu karykaturalnego, blond faszysty. Ale kleiste kosmetyki i złe maniery przy stole nie kwalifikują go do bycia piewcą aryjskiego braterstwa. Po trzech latach jego rządów pomimo strasznych prognoz republika jeszcze nie pogrążyła się w faszyzmie. Rasizm i wąski nacjonalizm były historycznie związane z faszyzmem. Jednak Rozporządzenie wykonawcze 13769 autorstwa Trumpa, blednie w skali do perfidii internowania Amerykanów japońskiego pochodzenia przez Roosevelta.
Widmo faszyzmu pociąga za sobą coś więcej niż biały natywizm. Faszyzm przybiera formę polityczną jako specyficzną metodę rządzenia. Jako forma rządzenia faszyzm „powstaje, gdy w obliczu wyzwań klasy robotniczej kapitał finansowy nie może już rządzić w stary sposób” jak wyjaśnia Greg Godels. Prawdą jest, że Trump mówił o wydarzeniach z Charlottesville odnosząc się do „kilku bardzo dobrych ludzi”, w rzeczywistości młodych mężczyzn o ogolonych głowach i tatuażach ze swastyką. Ale ci zepchnięci na margines, ledwo dorośli chłopcy, nie są klasą panującą. Są produktem ubocznym neoliberalnej polityki i potencjalnymi rekrutami ruchu faszystowskiego, podpałką, ale nie zapałką. Niebezpieczeństwo faszyzmu pochodzi od środowisk rządzących, a nie od klas ludowych.
Prowadząca w dół ścieżka neoliberalizmu
W latach trzydziestych XX wieku kapitał został zmuszony przez bojowy ruch związkowy w USA do włączenia siły roboczej jako młodszego partnera w nowej umowie społecznej, Nowym Ładzie która była osłabioną formą demokracji socjalnej. Liberalizm New Deal został zatarty w czasie prezydentury Jimmy’ego Cartera, który jako pierwszy opowiedział się za deregulacją i rządem-stróżem nocnym, co oznaczało rezygnację z funkcji państwa w zakresie pomocy społecznej. Ewangelia neoliberalizmu zyskała popularność wraz z rewolucją Reagana. Natomiast ostatnie gwoździe do trumny wbili Nowi Demokraci Billa Clintona. Robotnicy zostali zdegradowani zaledwie do jednej z wielu grup interesów pomimo tego, że stanowili oni, i stanowią nadal, zdecydowaną większość obywateli.
Od czasu prezydentury Nixona nie uchwalono jakiekolwiek znaczącego liberalno-socjalnego prawa czy rozwiązania gospodarczego, „nowi liberałowie” – to znaczy neoliberałowie – są ortodoksją obu partii amerykańskiego kapitału. Trajektoria neoliberalizmu prowadzi coraz wyraźniej w dół, o czym świadczy coraz większa bieda ludzi pracy, ale też coraz bardziej agresywne, imperialistyczne działania USA w polityce zagranicznej oraz coraz bardziej rozwinięte rozwiązania prawne kierujące USA w objęcie państwa policyjnego. Ta tendencja spadkowa neoliberalizmu związana jest z koncentracją siły gospodarczej. Coraz bardziej autorytarne państwo służy interesom coraz bardziej skoncentrowanego kapitału. Coraz bardziej policyjne i represyjne państwo ukryte jest za szaradą wyborczą, podczas której wydawanie nieprzyzwoitych pieniędzy na kampanie polityków jest chronione jako część składowa wolności słowa i jednostki. W tym samym momencie, gdy prawie połowa ludności nie głosuje, USA przewodzą światu w zakresie ilości osób przebywających w więzieniach (655 osób na 100 tysięcy obywateli) i wydatków wojskowych.
Biorąc pod uwagę śmierć socjalnego liberalizmu w głównym nurcie polityki Stanów Zjednoczonych, dlaczego właściciele kapitału i kupieni przez nich politycy (wybory w 2016 r. kosztowały 6,6 mld USD) chcieliby pójść w kierunku faszyzmu? Klasyczna „burżuazyjna demokracja” odnosi przecież tak ogromne sukcesy w nakłanianiu ludzi do akceptowania elitarnych rządów i wiary w to, że ​​cieszą się prawdziwą demokracją. Tyle, że w demokracji burżuazyjnej wyborczy kandydaci mogą konkurować, aby udowodnić, kto najlepiej służy elitom rządzącym. Lecz jeśli lewica jest wystarczająco silna, aby zakwestionować ten program i poważnie walczyć o władzę polityczną, środowiska rządzące rozważą faszyzm i zniosą fasadę jaką są wybory.
Powstanie Sandersa
Bernie Sanders nie jest marksistowskim rewolucjonistą, ale kolejnym zwolennikiem New Dealu, który jest łagodny wobec imperializmu USA. Sanders w kontekście dzisiejszej polityki stanowi jednak wyzwanie dla neoliberalnej surowości. Na razie establishment zakłada, że sfałszowany proces wyborczy (np. super delegaci), brudne sztuczki (np. sprzeczka z Elizabeth Warren) i prasa korporacyjna – wszyscy oni mogą zaryzykować jeszcze cztery lata Trumpa – powstrzymają Sandersa. Ale jeśli inspirowana przez Sandersa Nasza Rewolucja naprawdę stanie się rewolucyjna i podejmie wyzwanie bycia „trzecią partią”, posiadając jakąkolwiek perspektywę wygranej, część elit rządzących mogłaby rozważyć skierowanie się w stronę faszyzmu. Dziś jeszcze do tego nie doszło, żadna z klas nie przeszła na te pozycje. Ponieważ utrzymywanie faszystowskiej dyktatury jest kosztowne, a same elity muszą zrezygnować z niektórych swoich przywilejów, możliwość narzucenia faszyzmu byłaby prawdopodobnie dokonana tylko przez pewną frakcję rządzących elit, a nie zjednoczoną klasę.
Na razie karta z literą „f” jest trzymana w odległej rezerwie przez rządzących na wypadek, gdyby tląca się rebelia, o której świadczy fenomen Sandersa, naprawdę się rozpaliła i była w stanie wyjść z instytucjonalnych ograniczeń aparatu Partii Demokratycznej. Wtedy dopiero walka mogłaby się rozwijać w kierunku wyboru między socjalizmem a jego barbarzyńską alternatywą.
Początkowe etapy rozwoju faszyzmu
Krytycznym zwiastunem faszyzmu jest rosnąca dominacja tak zwanego „państwa bezpieczeństwa narodowego”. Demokraci pomogli w odnowieniu Patriot Act, przekazując prezydentowi Trumpowi władzę do zawieszenia konstytucyjnych swobód obywatelskich. (Jak na ironię, mniej więcej w tym samym czasie szalały wojenki podjazdowe znane jako przesłuchania w sprawie impeachmentu). Tymczasem Internet jest ogrywany coraz bardziej przeciwko lewicy. Elizabeth Warren zaproponowała cenzurę sieci nadzorowaną przez rząd we współpracy z dużymi firmami technologicznymi. Wydarzenia te, rozszerzające wszechobecność państwowego nadzoru, są „początkowymi etapami rozwoju” faszyzmu.
FBI cieszy się obecnie ogromnym społecznym zaufaniem. Świątobliwe oblicze byłego dyrektora FBI Roberta Muellera, a nie ponury wygląd Trumpa, mogą okazać się obliczem faszyzmu w Stanach Zjednoczonych. Ale przynajmniej na razie litera „f” jest nadal kojarzona z prokreacją. Poprawnie.

Oryginalny tekst ukazał się na portalu MintPressNews. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Polacy, Ku Klux Klan i ksiądz Moczygemba

W naszych czasach podobnie jak w przeszłości do Stanów Zjednoczonych zmierzają ogromne rzesze imigrantów poszukujących lepszego życia.

 

Imigranci zarówno w przeszłości jak i obecnie byli i są narażeni na nieoczekiwane niebezpieczeństwa i trudności. Adaptację do nowego środowiska społecznego często hamują odmienności religijne i kulturowe. Z drugiej strony występuje nacjonalistyczna presja nowego otoczenia na wyzbywanie się stylu życia przywiezionego ze „starego kraju” i dostosowanie się do amerykańskich realiów. Ciekawe i pouczające przykłady można znaleźć w historii polskiej emigracji do Ameryki.

 

Z chłopa – osadnik

Leopold Moczygemba (1824-1891), ksiądz-zakonnik, franciszkanin, przedstawiany jest przez prasę klerykalną jako wybitny działacz polonijny i dobroczyńca. W rzeczywistości służył on przede wszystkim władzom kościoła katolickiego i dbał o ich interesy. Organizował zbiórki pieniędzy, zakładał parafie i nadzorował budowę kościołów. Moczygemba w 1852 roku przybył do Teksasu, aby organizować parafie wśród niemieckich osadników. Wkrótce wpadł na pomysł, ażeby sprowadzać do Ameryki Polaków. Pochodził ze wsi Płużnica na Śląsku Opolskim, gdzie jego ojciec był młynarzem, a przez pewien czas – karczmarzem. Stamtąd też i z okolicznych wsi – pod wpływem entuzjastycznych listów Moczygemby do rodziny i znajomych, które zawierały zapowiedzi dobrobytu w bogatej Ameryce – grupa chłopów zdecydowała się na wyjazd. Nie byli to wiejscy biedacy. Posiadali dobrze prosperujące gospodarstwa, które sprzedali, aby uzyskać pieniądze na długą podróż i zakup ziemi w Teksasie. Jak pisze T. Lindsay Baker, emigranci, którzy przybyli do Teksasu nie pasowali do amerykańskiego stereotypu słowiańskich imigrantów – masy biedaków uganiających się za kawałkiem chleba. Pochodzili oni z klasy chłopskiej, źle rozumianej zarówno w przeszłości jak i obecnie… Byli oni posiadaczami ziemi i płatnikami podatków o znacznie wyższym statusie społecznym aniżeli bezrolni robotnicy, których zatrudniali. Jednakże chłopi mieli znacznie niższy status aniżeli szlachta, której kłaniali się z uszanowaniem odziedziczonym po przodkach.

Teksańscy emigranci, chociaż przerażeni sytuacją gospodarczą ich ojczyzny nie cierpieli zbytnio z powodu tej sytuacji. Wyjeżdżali z Europy do Teksasu ponieważ sądzili, że jest to droga do ekonomicznego awansu-zablokowana w Europie, ale otwarta dla nich w Ameryce. (The Polish Texans, San Antonio 1982, s.11)

 

Osada – fiasko

W roku 1854 około świąt Bożego Narodzenia 159 śląskich emigrantów w okolicy San Antonio założyło pierwszą polską osadę w Ameryce, której nadano nazwę Panna Maria. W ciągu następnych dwóch lat przybyło około 1200 emigrantów. Moczygemba był proboszczem – założycielem parafii i przywódcą osadników. Przed przybyciem Ślązaków Moczygemba prowadził rozmowy z irlandzkim bankierem i kapitalistą Johnem Twohigiem – właścicielem ziemi na której miała powstać osada. Kiedy przybysze przystąpili do kupna działek Twohig sprzedawał je po cenach blisko cztery razy, a czasem i siedem razy wyższych, aniżeli w sąsiednich osadach. Wywołało to oburzenie.

Aby udobruchać tych, którzy nie mogli kupić ziemi, Moczygemba nabył działkę 238 akrów.

25 akrów przeznaczył na kościół, a pozostałą część rozparcelował wśród najbardziej potrzebujących. Polscy osadnicy przekonali się wkrótce, że Teksas z gorącym klimatem i suchą glebą, to nie zielony Śląsk. Lata 1856-57 okazały się okresem wyjątkowej posuchy. Rozczarowanie i gniew osadników sprawiły, że Panna Maria stała się dla Moczygemby miejscem niebezpiecznym.

 

Ucieczka

Niektórzy chcieli go powiesić, inni grozili utopieniem w San Antonio River. W październiku 1856 roku zagrożony Moczygemba – za zgodą władz kościelnych – schronił się wśród niemieckich osadników na terenie Teksasu. W dwa lata później wyjechał z tego stanu na północ. Postąpił roztropnie. Gniewne , mściwe myśli prześladowały jego rodaków przez wiele lat. W 1867 roku misjonarze informowali Rzym, że Ślązacy do tej pory nie mogą wybaczyć Moczygembie tego, że sprowadził ich do Teksasu.

Po wyjeździe z Teksasu ksiądz Moczygemba działał w stanach północnych wśród imigrantów niemieckich, włoskich i polskich. Trzykrotnie odbył podróże do Rzymu w celach sprawozdawczo-szkoleniowych. Zmarł pod Detroit w roku 1891.

Po śmierci jednak nie pozostawiono go w spokoju. Skłonność do ekshumacji występuje wśród Polaków od dawna. W 1974 roku wskutek starań organizacji polonijnych zwłoki Leopolda Moczygemby uroczyście przeniesione zostały do miejsca z którego uciekł, do osady Panna Maria.

 

Z deszczu pod rynnę

Polskich osadników w Teksasie spotykały kolejne trudności i rozczarowania. Niektórzy z nich przybyli do Ameryki, aby chronić swoich synów przed służbą wojskową. Tymczasem w okresie wojny secesyjnej (1861-1865) w Teksasie był przymusowy pobór do armii Konfederacji.

Wielu osadników żyło w biedzie. Bywało, że dzieci kilometrami szły wzdłuż torów kolejowych, aby zbierać kawałki węgla, które spadały z wagonów towarowych. Na osadników napadali gangsterzy. Czasami Indianie.

Polskie skanseny wokół kościołów nie sprzyjały adaptacji do warunków amerykańskich i hamowały proces przekształcania się osadników w „prawdziwych Amerykanów”. W miastach mówienie po polsku na ulicy narażało na wyzwiska i pobicie. Polskie dzieci obrywały w szkołach od swych amerykańskich rówieśników, których często nie rozumiały,

 

Zamerykanizowani przez Klan

Prześladowcy działali czasami odruchowo, a czasami w sposób zorganizowany. W nocy 18 maja 1921 roku specjalnym pociągiem z Houston około 500 zakapturzonych członków Ku Klux Klanu z płonącymi pochodniami przybyło do zamieszkałego przez Polaków miasta Brenham. Maszerowali głównymi ulicami z amerykańskimi flagami. Nieśli transparenty z napisami „Na ulicach Brenham mów po angielsku, albo nic nie mów”, „Amerykanin to ten, który jest za swoim krajem, a przeciwko całemu światu”.

Polscy wieśniacy przez pewien czas bali się przychodzić do miasta. Niektórzy obawiali się wychodzić z domu. Natomiast w Brenham nazajutrz po złowrogiej demonstracji odbyło się zebranie na którym miejscowi prominenci uradzili, że uroczystości pogrzebowe poległych żołnierzy powinny odbywać się po angielsku. Tak samo załatwianie transakcji biznesowych i kazania.

Tak więc amerykańscy rasiści i szowiniści na swój sposób przyśpieszyli amerykanizację Polaków zwabionych do Teksasu przez księdza Moczygembę.