Długie ręce Ameryki

Czego „demokratyczne” media nie powiedzą o protestach na Kubie.

Kubą wstrząsnęła seria antyrządowych protestów ulicznych. Amerykański establishment od razu przyklasnął tym wydarzeniom i w pełni poparł protestujących. Wiele jednak wskazuje na to, że Waszyngton może być bardziej zaangażowany w te wydarzenia, niż chciałby to publicznie ujawnić.
Protesty, które rozpoczęły się w niedzielę w mieście San Antonio de los Baños w zachodniej części wyspy były prowadzone i głośno wspierane przez artystów i muzyków, szczególnie z tętniącej życiem sceny hip-hopowej.
– Dla tych, którzy nie znają tematu Kuby: protesty, których jesteśmy świadkami, zostały zapoczątkowane przez artystów, a nie polityków. Ta piosenka ‚Patria y Vida’ /Ojczyzna i Życie – przyp. red./ w mocny sposób wyjaśnia, co czują młodzi Kubańczycy. To utwór o takiej sile , że jeśli zostaniesz przyłapany na jej graniu na Kubie, pójdziesz do więzienia” – powiedział senator z Florydy Marco Rubio, nawiązując do utworu rapera Yotuela. Zarówno NPR, jak i The New York Times opublikowały obszerne artykuły na temat piosenki i tego, w jaki sposób pobudza ona ruch. „Piosenka hip-hopowa, która napędza bezprecedensowe protesty na Kubie” – brzmiał nagłówek w NPR. Sam Yotuel poprowadził demonstrację wsparcia dla protestujących w Miami.
Jednak to, o czym nie wspomniano w tych relacjach, to skala, na jaką kubańscy raperzy tacy jak Yotuel są wykorzystywani przez amerykański rząd w celu zasiania niezadowolenia w karaibskim kraju.
Ostatnie wykazy grantobiorców National Endowment for Democracy (NED) – organizacji założonej przez administrację Reagana jako grupa frontowa dla CIA – pokazują, że Waszyngton próbuje infiltrować kubańską scenę artystyczną w celu doprowadzenia do klasycznej zmiany rządów, regime change. „Wiele z tego, co robimy dzisiaj, było robione potajemnie 25 lat temu przez CIA” – powiedział kiedyś współzałożyciel NED, Allen Weinstein, dziennikowi The Washington Post.
Przykładowo jeden z projektów, zatytułowany „Wzmocnienie pozycji kubańskich artystów hip-hopowych jako liderów społecznych”, stwierdza, że jego celem jest „promowanie partycypacji obywatelskiej i zmian społecznych” oraz „podnoszenie świadomości na temat roli, jaką artyści hip-hopowi odgrywają we wzmacnianiu demokracji w regionie”. Inny, zatytułowany „Promowanie wolności słowa na Kubie poprzez sztukę”, twierdzi, że pomaga lokalnym artystom w projektach związanych z „demokracją, prawami człowieka i pamięcią historyczną” oraz pomaga „zwiększyć świadomość na temat kubańskiej rzeczywistości”. Ta „rzeczywistość”, jak stwierdził w tym tygodniu sam prezydent Joe Biden, jest taka, że rząd kubański jest „autorytarnym reżimem”, który rządzi dzięki „dekadom represji”, podczas gdy przywódcy jedynie „wzbogacają się”.
Inne działania finansowane przez NED obejmują wzmacnianie zdolności kubańskiego społeczeństwa obywatelskiego do „proponowania alternatyw politycznych” i „demokratycznej transformacji”. Agencja nigdy nie ujawnia, z kim współpracuje na Kubie, ani też nie podaje żadnych informacji poza kilkoma zdaniami. Kubańczycy muszą sami sobie odpowiadać na pytanie, czy jakakolwiek grupa, która choćby w niewielkim stopniu kwestionuje normy polityczne lub społeczne, jest potajemnie finansowana przez Waszyngton.
– Departament Stanu, Amerykańska Agencja ds. Rozwoju Międzynarodowego oraz Amerykańska Agencja ds. Global Media finansowały programy wspierające kubańskich artystów, dziennikarzy, blogerów i muzyków – powiedział portalowi MintPress Tracey Eaton, dziennikarz, który prowadzi The Cuba Money Project. – Nie da się powiedzieć, ile dolarów z amerykańskich podatków poszło na te programy przez lata, ponieważ szczegóły wielu projektów są utrzymywane w tajemnicy – dodał.
Obecnie aktywna oferta grantowa siostrzanej organizacji NED, USAID, oferuje 2 miliony dolarów dofinansowania dla grup, które wykorzystują kulturę do wprowadzania zmian społecznych na Kubie. Wnioskodawcy mają czas do 30 lipca, by poprosić o maksymalnie 1 milion dolarów dla każdego z nich. Samo ogłoszenie odnosi się do piosenki Yotuela. Stwierdzono w nim, że „artyści i muzycy wyszli na ulice, aby zaprotestować przeciwko represjom rządowym, tworząc hymny takie jak „Patria y Vida”, które nie tylko przyniosły większą globalną świadomość na temat trudnej sytuacji Kubańczyków, ale także posłużyły jako okrzyk mobilizujący do zmian na wyspie”.
Zwłaszcza scena hip-hopowa od dawna była celem amerykańskich agencji, takich jak NED i USAID.
Raperzy zdobywają na Kubie popularność od końca lat 90. Mieli znaczący wpływ na społeczeństwo, pomagając wydobyć na pierwszy plan wiele wcześniej niedostatecznie dyskutowanych tematów. Stany Zjednoczone dostrzegły w ich kąśliwej krytyce rasizmu klin, który mogły wykorzystać, i próbowały przeciągnąć ich na swoją stronę. Nie jest jednak jasne, jak daleko udało im się zajść w tym przedsięwzięciu, gdyż niewielu członków społeczności hip-hopowej chciało być częścią takiej operacji.
MintPress rozmawiał również z profesor Sujathą Fernandes, socjolożką z Uniwersytetu w Sydney i ekspertką w dziedzinie kubańskiej kultury muzycznej. – Przez wiele lat, pod szyldem zmiany reżimu, organizacje takie jak USAID próbowały infiltrować kubańskie grupy hip-hopowe i finansować tajne operacje mające na celu prowokowanie młodzieżowych protestów. Programy te wiązały się z przerażającym poziomem manipulacji kubańskimi artystami, narażały Kubańczyków na niebezpieczeństwo i groziły zamknięciem krytycznych przestrzeni artystycznego dialogu, nad których budową wielu ciężko pracowało – powiedziała Fernandes.
Inne obszary, na których amerykańskie organizacje koncentrują swoje zasoby, to dziennikarstwo sportowe – które NED ma nadzieję wykorzystać jako „narzędzie narracji o politycznych, społecznych i kulturowych realiach kubańskiego społeczeństwa” – oraz grupy reprezentujące społeczność LGBTQ+. House Appropriations Budget, opublikowany na początku tego miesiąca, przeznacza również do 20 milionów dolarów na „programy demokratyczne” na Kubie, w tym takie, które wspierają „wolną przedsiębiorczość i prywatne organizacje biznesowe”. Co należy rozumieć przez „demokrację” jest jasno określone w dokumencie, który stwierdza bez ogródek, że „żadne z funduszy (…) nie mogą być użyte na pomoc dla rządu rządu Kuby”. Tak więc każda wzmianka o „demokracji” na Kubie jest równoznaczna ze zmianą reżimu.
Protesty rozpoczęły się po tym, jak w czasie letnich upałów mieszkańcy San Antonio de los Baños zostali pozbawieni prądu. Wydaje się, że to było iskrą, która setki ludzi do wyjścia na ulicę. Drugi czynnik to załamanie gospodarcze, jakie przeżywa Kuba. Jak powiedział MintPress profesor Aviva Chomsky z Salem State University, autor książki „A History of the Cuban Revolution”: – Obecna sytuacja ekonomiczna Kuby jest bardzo trudna (podobnie jak prawie całego Trzeciego Świata). Amerykańskie embargo (lub, jak nazywają to Kubańczycy, blokada) było kolejną przeszkodą (oprócz tych, z którymi borykają się wszystkie biedne kraje) w walce Kuby z COVID-19. Upadek turystyki okazał się niszczycielski dla gospodarki Kuby, podobnie jak dla wszystkich miejsc, w których turystyka ma duże znaczenie.
Chomsky zauważył jednak, że błędem może być szufladkowanie wszystkich protestujących jako ludzi tęskniących za wolnorynkową terapią szokową.
– Interesujące jest to, że wielu z protestujących w rzeczywistości protestuje przeciwko kapitalistycznym reformom Kuby, a nie przeciwko socjalizmowi. „Oni mają pieniądze na budowę hoteli, ale my nie mamy pieniędzy na jedzenie, głodujemy” – powiedział jeden z protestujących. To jest kapitalizm w pigułce! – stwierdza Chomsky.
Tracey Eaton również jest sceptyczny wobec założenia, że wszyscy maszerujący byli na żołdzie USA. – Z pewnością duża część wystąpień była autentyczna, napędzana przez Kubańczyków, którzy są zdesperowani, biedni, głodni i mają dość niezdolności rządu do zaspokojenia ich podstawowych potrzeb – powiedział. Są jednak również widoczne znaki tego, że przynajmniej niektórym nie chodziło tylko o brak żywności w sklepach czy leków w aptekach. Wielu demonstrantów przemaszerowało pod amerykańską flagą. Protesty te zostały natychmiast poparte przez rząd USA.
„Stoimy po stronie Kubańczyków i ich jasnego apelu o wolność” – czytamy w oficjalnym oświadczeniu Białego Domu. Julie Chung, p.o. asystenta sekretarza Bidena w Biurze Spraw Zachodniej Hemisfery Departamentu Stanu USA, dodała: „Mieszkańcy Kuby nadal odważnie wyrażają tęsknotę za wolnością w obliczu represji. Wzywamy rząd Kuby do: powstrzymania się od przemocy, wysłuchania żądań swoich obywateli, respektowania praw protestujących i dziennikarzy. Naród kubański wystarczająco długo czekał na ¡Libertad!”.
Republikanie poszli znacznie dalej. Burmistrz Miami Francis Suarez zażądał od Stanów Zjednoczonych interwencji militarnej, mówiąc Fox News, że USA powinny stworzyć „koalicję potencjalnych działań militarnych na Kubie”. Tymczasem kongresman z Florydy Anthony Sabbatini na Twitterze wprost wezwał do zmiany rządu na wyspie.
Protestami zainteresowały się również media korporacyjne, które poświęciły im wiele miejsca w prasowych kolumnach i czasie antenowym. To bardzo nietypowe, jeśli chodzi o wydarzenia w Ameryce Łacińskiej: Kolumbia przeżywa miesiące strajków generalnych przeciwko represyjnemu rządowi, a na Haiti od trzech lat trwają niemal codzienne protesty. Ignorowano je aż do początku tego miesiąca, kiedy to zamordowany został popierany przez USA prezydent Jovenel Moïse.
Wpływ amerykańskich sankcji na życie na Kubie był stale bagatelizowany lub nawet o nim nie wspominano.
Na przykład redakcja The Washington Post poparła protestujących, twierdząc, że kubański prezydent Miguel Díaz-Canel zareagował „z przewidywalną bandytyzmem… obwiniając za wszystko Stany Zjednoczone i amerykańskie embargo handlowe”. Inne media nawet nie wspomniały o embargu, pozostawiając czytelników z wrażeniem, że wydarzenia te można rozumieć jedynie jako demokratyczne powstanie przeciwko rozpadającej się dyktaturze. Jest to szczególnie szkodliwe, ponieważ dokumenty rządowe wyraźnie stwierdzają, że celem amerykańskich sankcji jest „obniżenie płac pieniężnych i realnych, doprowadzenie do głodu, desperacji i obalenia rządu”.
– Amerykańskie embargo/blokada jest jedną (nie jedyną) z przyczyn kryzysu gospodarczego na Kubie. USA jawnie i nieustannie powtarzają, że celem embarga jest zniszczenie gospodarki Kuby tak, aby rząd upadł. To jest oczywiste, że USA ma w tym /w protestach – przyp. red./ jakąś rolę – zauważył Chomsky.
Chomsky nie zgodził się również z tym, jak media pokazywały kubańskie wydarzenia. – Spójrzmy na relacje z protestów Black Lives Matter czy Occupy Wall Street w tym kraju. Jedną z rzeczy, którą widzimy konsekwentnie, jest to, że kiedy ludzie protestują w krajach kapitalistycznych, media nigdy nie wyjaśniają problemów, przeciwko którym protestują, jako spowodowanych przez kapitalizm. Kiedy ludzie protestują w krajach komunistycznych lub socjalistycznych, media przypisują problemy komunizmowi lub socjalizmowi – zauważył.
Media bardzo starały się podkreślić, jak duże i powszechne były antyrządowe demonstracje, upierając się, że prorządowe kontrdemonstracje były mniej liczne, mimo że zdjęcia z protestów sugerowały, że może być odwrotnie. Jak donosi Reuters: – Tysiące ludzi wyszły na ulice w różnych częściach Hawany w niedzielę, w tym w historycznym centrum, zagłuszając grupy zwolenników rządu machających kubańską flagą i skandujących hasło: „Fidel”.Skoro marsze antyrządowe były tak znaczące, to dlaczego wiele mediów użyło zdjęć demonstracji prorządowych, aby zilustrować rzekomy rozmiar i zakres działań ich przeciwników?! The Guardian, Fox News, The Financial Times, NBC i Yahoo! News – wszystkie one fałszywie twierdziły, że zdjęcie dużego socjalistycznego zgromadzenia było w rzeczywistości antyrządową demonstracją. Wielkie czerwono-czarne transparenty z napisem „26 Julio” powinny być oczywistą oczywistością dla wszystkich redaktorów i osób sprawdzających fakty. Z kolei CNN i National Geographic ilustrowały artykuły o protestach na Kubie zdjęciami zgromadzeń w Miami – zgromadzeń, które wyglądały na znacznie liczniejsze niż jakiekolwiek podobne zgromadzenia 90 mil na południe.
Media społecznościowe również odegrały kluczową rolę w przekształceniu lokalnego protestu w wydarzenie ogólnokrajowe. Dyrektor NBC na Amerykę Łacińską, Mary Murray, zauważyła, że transmisje na żywo z wydarzeń stały się internetowym wiralem dopiero wtedy, gdy zostały odebrane i wzmocnione przez społeczność emigrantów w Miami. To sugeruje, że wzrost ruchu był częściowo sztuczny. Po zablokowaniu internetu przez rząd, protesty przycichły.
Hashtag #SOSCuba był wysoko na liście trendów przez ponad dobę. Obecnie na Instagramie jest ponad 120,000 zdjęć, które mają go w opisie. Jednak jak powiedział MintPress Arnold August, autor wielu książek na temat Kuby i stosunków kubańsko-amerykańskich, wiele z uwagi, jaką protesty zyskały, było wynikiem nieautentycznej aktywności. – Ostatnia próba zmiany reżimu również ma swoje korzenie w Hiszpanii. Historycznie rzecz biorąc, były kolonizator Kuby odgrywa swoją rolę we wszystkich większych próbach zmiany reżimu, nie tylko w przypadku Kuby, ale także np. w Wenezueli. W lipcowej operacji intensywnie wykorzystywano roboty, algorytmy i konta stworzone niedawno na tę okazję – zauważył.
August zauważył, że pierwsze konto używające #SOSCuba na Twitterze znajdowało się… w Hiszpanii.
Konto to zamieściło prawie 1300 tweetów 11 lipca. Hashtag był również wspierany przez setki kont tweetujących dokładnie te same frazy po hiszpańsku, z tymi samymi drobnymi literówkami. Jedna z popularnych wiadomości brzmiała (przetłumaczona z hiszpańskiego): „Kuba przeżywa największy kryzys humanitarny od początku pandemii. Każdy, kto umieści hashtag #SOSCuba, bardzo nam pomoże. Każdy, kto to zobaczy, powinien pomóc z tym hashtagiem”. Inny tekst, brzmiący „My Kubańczycy nie chcemy końca embarga, jeśli to oznacza, że reżim i dyktatura zostają, chcemy, żeby ich nie było, koniec z komunizmem”, był tak nadużywany, że stał się memem samym w sobie, a użytkownicy mediów społecznościowych parodiowali go, zamieszczając tekst obok zdjęć demonstracji obok wieży Eiffla, tłumów w Disneylandzie czy zdjęć z inauguracji Trumpa. Hiszpański dziennikarz Julian Macías Tovar skatalogował również podejrzaną liczbę nowych kont używających hashtagu.
Wiele z operacji było tak prymitywne, że nie mogło nie zostać wykrytych! Wiele kont, w tym pierwszy użytkownik hashtagu #SOSCuba, zostało zawieszonych za nieautentyczne zachowanie. Jednak Twitter sam nadal postanowił umieszczać protesty na szczycie swojej listy „Co się dzieje” przez ponad 24 godziny, co oznaczało, że każdy użytkownik portalu dowie się o wydarzeniach na Kubie.
Kierownictwo Twittera od dawna wykazuje otwartą wrogość wobec rządu kubańskiego. W 2019 r. podjęło skoordynowane działania, aby zawiesić praktycznie każde kubańskie konto mediów państwowych, a także te należące do partii komunistycznej. Było to częścią szerszego trendu usuwania lub banowania kont przychylnych rządom, które Departament Stanu USA uważa za wrogów, w tym Wenezueli, Chin i Rosji.
W 2010 roku USAID potajemnie stworzyło kubańską aplikację społecznościową o nazwie Zunzuneo, często określaną jako kubański Twitter.
W szczytowym momencie miała ona 40 tys. użytkowników – jak na tamte czasy bardzo duża liczba na wyspie, gdzie dostęp do internetu jest ograniczony. Żaden z tych użytkowników nie wiedział, że aplikacja została potajemnie zaprojektowana i wprowadzona na rynek przez rząd USA. Chodziło o stworzenie świetnego serwisu, który powoli zacząłby karmić Kubańczyków propagandą o zmianie reżimu, kierować ich na protesty i wychowywać „inteligentne tłumy” mające na celu wywołanie kolorowej rewolucji. Chcąc ukryć swój udział w projekcie, rząd USA zorganizował tajne spotkanie z założycielem Twittera Jackiem Dorseyem, by skłonić go do zainwestowania w projekt. Nie jest jasne, w jakim stopniu, jeśli w ogóle, Dorsey pomógł, ponieważ odmówił wypowiedzi w tej sprawie. Nie jest to jedyna antyrządowa aplikacja finansowana przez USA na Kubie. Jednak biorąc pod uwagę zarówno to, co wydarzyło się w tym tygodniu, jak i coraz bliższe związki między Doliną Krzemową a organami bezpieczeństwa, możliwe, że rząd USA uważa kolejne aplikacje za zbędne: Twitter już teraz działa jako narzędzie do zmiany rządów.
Kuba na celowniku
Pod koniec XIX wieku Stany Zjednoczone skutecznie podbiły cały sąsiadujący z nimi obszar lądowy; w 1890 roku granice zostały uznane za zamknięte. Niemal natychmiast zaczęto szukać możliwości ekspansji na zachód, na Pacyfik – na Hawaje, Filipiny i Guam. Zaczęto również spoglądać na południe. W 1898 roku Stany Zjednoczone interweniowały w kubańskiej wojnie o niepodległość przeciwko Hiszpanii, wykorzystując tajemnicze zatopienie USS Maine jako pretekst do inwazji i okupacji Kuby. Stany Zjednoczone traktowały Kubę jako państwo klienckie przez dziesięciolecia, aż do obalenia reżimu Batisty w czasie rewolucji w 1959 roku, w wyniku której władzę objął Fidel Castro.
W 1961 r. USA dokonały nieudanej inwazji na wyspę. Zbliżyła ona Castro do Związku Radzieckiego i stała się podglebiem kubańskiego kryzysu rakietowego w następnym roku. Stany Zjednoczone podobno próbowały zabić Castro setki razy, ale bez powodzenia. Prowadziły jednak gorzką i długotrwałą wojnę terrorystyczną przeciwko Kubie i jej infrastrukturze, łącznie z użyciem broni biologicznej przeciwko wyspie.
Do tego doszła długotrwała wojna ekonomiczna, 60-letnia blokada wyspy przez USA, która zdławiła jej rozwój.
Nieustannie trwały też próby bombardowania karaibskiego narodu antykomunistyczną propagandą. TV Martí, sieć medialna z siedzibą na Florydzie, kosztowała amerykańskiego podatnika ponad pół miliarda dolarów od czasu jej powstania w 1990 r., mimo że rząd kubański skutecznie zagłusza sygnał, co oznacza, że praktycznie nikt jej nie ogląda.
Po rozpadzie Związku Radzieckiego w 1991 roku Kuba straciła swojego głównego partnera handlowego, na którego nastawiona była jej gospodarka. Bez gwarantowanego kupca na cukier i bez subsydiowanego importu rosyjskiej ropy naftowej, gospodarka załamała się. Stany Zjednoczone, wyczuwając krew, zaostrzyły sankcje. Jednak Kuba przetrwała ten ponury okres, nazywany na wyspie Okresem Specjalnym.
Po dojściu do władzy lewicowych, antyimperialistycznych rządów w Ameryce Łacińskiej w latach 2000, administracja Obamy została zmuszona do normalizacji stosunków dyplomatycznych z wyspą. Jednak po objęciu urzędu prezydent Donald Trump cofnął te działania, nasilając blokadę i wstrzymując niezbędne przekazy pieniężne od kubańsko-amerykańskich obywateli na wyspę. Doradca Trumpa John Bolton nazwał Kubę, Wenezuelę i Nikaraguę „trojką tyranii” – wyraźne nawiązanie do przemówienia George’a Busha i „Osi zła”, sugerując, że te trzy narody mogą spodziewać się wkrótce działań militarnych przeciwko nim. W swoich ostatnich dniach administracja Trumpa ogłosiła również Kubę państwem-sponsorem terroryzmu. Choć Biden zapowiadał, że może wrócić do polityki z czasów Obamy, jak dotąd niewiele zrobił, by odejść od linii Trumpa.
Mimo ogromnej obecności w mediach na całym świecie, zachęty i legitymizacji ze strony światowych przywódców, w tym samego prezydenta Stanów Zjednoczonych, protesty na Kubie wygasły po zaledwie 24 godzinach. W większości przypadków kontrdemonstracje skutecznie osłabiły protesty, bez konieczności użycia sił represyjnych. Rząd USA może doprowadzać Kubańczyków do cierpienia swoją gospodarczą blokadą, ale nie może, jak się wydaje, przekonać ich do obalenia swojego rządu.
Jeśli rzeczywiście mieliśmy do czynienia z próbą kolorowej rewolucji, jak sugeruje August, to nie była ona zbyt udana. Była inwazja w Zatoce Świń (Bay of Pigs), teraz obserwowaliśmy klęskę w Zatoce Tweetów (Bay of Tweets).

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu MintPressNews. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Gniew demonstrantów

Setki Kubańczyków wyszły na ulice miast w protestach przeciwko pogarszającym się warunkom życia. W ostatnich miesiącach gospodarka kraju znalazła się w największym kryzysie od lat. W sklepach zabrakło podstawowych produktów, w kraju brakuje prądu i artykułów medycznych a sytuacja jest szczególnie zła na prowincji. W demonstracjach udział biorą głównie młodzi ludzie a protesty przybrały charakter antyrządowy.

Demonstranci są zdesperowani, mają dość obecnej sytuacji, ciągłych niedoborów, braków wszystkiego i niepewności. Niektórzy demonstranci obrzucili policję brukówkami, starli się ze zwolennikami rządu i skandowali hasła „Wolność”, „Równość” lub imię Fidel!, co ma podkreślić, że chodzi tu o przypomnienie rządowi o podstawowych wartościach rewolucji. Wśród zatrzymanych przez policję znaleźli się uczestniczący w protestach działacze lewicy, w tym znany komunistyczny bloger Frank Garcia Hernandez albo dziennikarze lewicowej gazety internetowej Tremenda Nota walczącego o prawa osób LGBT. Demonstranci mają za złe prezydentowi Miguelowi Díaz-Canelowi, że w reakcji na protesty, zamiast próbować rozmawiać z demonstrantami, wezwał rewolucjonistów (zwolenników rządu) do wyjścia na ulice i przeciwstawienia się demonstrantom. Taka postawa może dodatkowo podzielić Kubańczyków i doprowadzić do rozszerzenia się fali przemocy a potem być wykorzystana przez wrogów Kuby jako pretekst do interwencji. W momencie pisania tego artykułu media donoszą o pierwszej ofierze śmiertelnej po stronie demonstrantów.
Fala demonstracji została z zadowoleniem odnotowana w Stanach Zjednoczonych, gdzie prawicowo-mafijna opozycja emigracyjna zorganizowała w Miami „pikiety solidarnościowe”. Choć prezydent Joe Biden zapowiadał wcześniej dążenie do normalizacji stosunków z Kubą, to politycy wokół niego próbują wykorzystywać protesty do delegitymizacji rządu w Havanie. Delegacja USA w ONZ głosowała przeciwko wnioskowi o zniesienie trwającego sześć dekad embargo i znalazła się w tej sprawie w haniebnej mniejszości zaledwie trzech państw.
Ze strony polityków w innych krajach płyną ostrzeżenia by nie podsycać nastrojów i pozwolić Kubańczykom rozwiązać te problemy bez przemocy. Meksykański prezydent Andrés Manuel López Obrador przestrzegał USA przed próbami interwencji i mówił, że ma nadzieję na pokojowe rozwiązanie kryzysu. „Kubańczycy sami muszą zdecydować, bo Kuba jest wolnym, niezależnym i suwerennym krajem – nie może być interwencji” – mówił.
Kuba stoi w obliczu bardzo poważnych wyzwań. Wyspa była dławiona amerykańską blokadą przez dekady, ale w ostatnich miesiącach kłopoty kraju się dramatycznie spotęgowały. Po pierwsze na skutek pandemii sparaliżowany został krajowy sektor turystyczny. Z tropikalnych kurortów odwiedzanych przez zachodnich turystów płynęły znaczące przychody dla gospodarki kraju. Pandemia to uniemożliwiła. Ale jeszcze poważniejszym powodem kryzysu jest polityka Stanów Zjednoczonych. Prezydent Donald Trump wprowadził dławiące embargo, jakiego wyspa nie widziała od dziesięcioleci. Rząd kraju bezpodstawnie oskarżono o „wspieranie terroryzmu”. Embargo oznacza, że każda firma na świecie, która wejdzie w jakiekolwiek stosunki handlowe z Kubą, musi się liczyć z sankcjami USA. Władze USA znacząco utrudniły też możliwość legalnego podróżowania na wyspę. Amerykańscy obywatele przez 50 lat mieli ze strony swojego rządu zakaz podróżowania na Kubę a w sytuacji złamania zakazu musieli się liczyć po powrocie do USA z potencjalną karą więzienia. Zakaz zniesiono dopiero w 1999 roku. Ale administracja Trumpa przywróciła go de facto, zakazując obywatelom korzystania z większości hoteli i miejsc turystycznych na wyspie. Embargo dotyczy też wszystkich zagranicznych firm turystycznych.
Amerykańska blokada uderza bezpośrednio w obywateli Kuby. Na wyspę nie można sprowadzić żadnych niezbędnych produktów, w tym najpotrzebniejszych artykułów medycznych, nawet strzykawek i igieł. Wyjątkowym skandalem było zablokowanie przez USA możliwości dostarczenia na wyspę sprzętu potrzebnego do walki z coronawirusem. Statek, który przybył na wyspę z dostawą maseczek chirurgicznych, respiratorów czy kondensatorów tlenu nie mógł dostarczyć sprzętu, bo uniemożliwiała to amerykańska blokada.
Bieda i niedostatki na Kubie istnieją faktycznie. Kuba mogła wyzbyć się tych problemów wiele lat temu, gdyby nie amerykańska blokada. Ale celem USA jest pogłębienie tych problemów i pokazywanie, że zbuntowany przeciw USA kraj nie może sobie poradzić i skazany jest na biedę. Starania USA mają jedną poważną słabostkę. W okolicach Kuby nie ma pozytywnego przykładu na państwo, które słuchając zaleceń USA zapewniło społeczeństwu dobrobyt, bezpieczeństwo i rozwój społeczny. Podburzenie Kubańczyków nie będzie proste, bo USA nie mają pozytywnych przykładów na zastosowanie swoich recept w Ameryce Południowej. Dyktatury, tortury, masakry, zamachy stanu, wyzysk, nędza i skorumpowane junty – z tym kojarzy się obecność USA w Ameryce Południowej. W rzeczywistości to kubańska edukacja i rewelacyjna służba zdrowia stały się wizytówkami kraju. „Eksport rewolucji”, którym straszy od lat rząd USA jest tak naprawdę wysyłaniem kubańskich lekarzy lub nauczycieli do najbiedniejszych części Ameryki Południowej, gdzie ludzie często przez całe życie nie widzieli lekarza a proamerykańskie państwo nigdy nie zapewniło dzieciom podstawowej edukacji. Znamienne jest nawet to, że na biednej, blokowanej Kubie dostęp do służby zdrowia mają wszyscy a w najbogatszym kraju świata, w USA, miliony najbiedniejszych ludzi były przez lata pozbawione tego przywileju i sytuację tę poprawiła dopiero ustawa znana jako Obama Care.
Głównym celem polityki USA wobec Kuby jest oczywiście od dekad nadzieja na wywołanie fermentu, niezadowolenia, buntu i gniewu wśród mieszkańców Kuby. W dzisiejszych czasach stało się to łatwiejsze dzięki internetowi i mediom społecznościowym. USA tworzyły nawet specjalne aplikacje skierowane do Kubańczyków by za ich pośrednictwem rozpowszechniać fake newsy, dezinformację i kłamstwa. Jedna z takich aplikacji powstała już w 2014 roku. Amerykańskie służby wypuściły za pośrednictwem fundacji USAid aplikację o nazwie ZunZuneo, nazywaną potocznie „kubańskim Twitterem”. Formalnie miała to być platforma prezentująca mało kontrowersyjne informacje, takie jak futbol, wydarzenia muzyczne, czy informacje pogodowe. Strona internetowa umożliwiała komentowanie postów i wysyłanie darmowych wiadomości. W założeniu miała ona jednak, po osiągnięciu wystarczającej popularności, pomóc w mobilizowaniu Kubańczyków do zamieszek i wystąpień. Administracja USA miała nadzieję, na doprowadzenie do „kubańskiej wiosny”. Twórcy aplikacji dołożyli wielkich starań, by nie wyszło na jaw, że za stworzeniem aplikacji stoi rząd USA. W tym celu grupa operacyjna zajmująca się tworzeniem aplikacji rezydowała w Barcelonie, wykorzystywała skomplikowaną sieć powiązań między firmami zarejestrowanymi w rajach podatkowych i korzystała z konta bankowego zarejestrowanego na Kajmanach. Proces rozsyłania informacji i redagowania serwisu informacyjnego prowadzono z lokali operacyjnych w stolicach Nikaragui i Kostaryki. Całą operację organizowano w czasie, gdy relacje między USA i Kubą się poprawiały a Kuba w coraz większym stopniu dostosowywała się do warunków międzynarodowej współpracy gospodarczej z Zachodem. Platformie udało się zgromadzić kilkadziesiąt tysięcy użytkowników, ale po pierwsze skończyły się pieniądze na projekt i władze USA zrezygnowały z jego kontynuacji a po drugie Kubańczycy zorientowali się, że za projektem stoi rząd USA i zainteresowanie nim spadło.
Okazuje się jednak, że obecna fala protestów także nie jest przypadkowa i ponownie wspiera je rząd USA przy pomocy fake newsów i dezinformacji. Dla przykładu, w ostatnich dniach w mediach społecznościowych pojawiły się zdjęcia lub nagrania pokazujące kibiców piłkarskich z Egiptu lub Brazylii a opisanych jako demonstranci w Havanie.
Cytowane przez niektóre media hiszpański analityk internetowy Julian Macias Tovar wykrył znaczną liczbę fałszywych kont w mediach społecznościowych, powiązanych z grupą prawicowych argentyńczyków, których konta wykorzystywane były przy akcjach dezinformacyjnych wymierzonych w lewicowych polityków w Ameryce Południowej, między innymi w prezydenta Evo Moralesa. Operacja wykorzystuje specjalnie stworzone internetowe boty, algorytmy i fałszywe konta by spotęgować przekaz kubańskiej opozycji. Operacja koordynowana jest przez prawicową, południowoamerykańską organizację o nazwie Freedom Foundation, która oficjalnie zajmuje się „promocją koncepcji społeczeństwa wolnorynkowego” i ma wsparcie ze strony amerykańskich fundacji republikańskich i o której wiadomo, że jest powiązana z CIA.
Zwolennicy obecnej fali protestów na Kubie posługują się w mediach społecznościowych hashtagiem SOSCuba. Według Tovara, pierwsze konto otagowane hashtagiem SOSCuba było zlokalizowane w Hiszpanii. Z tego konta wyszło 1000 tweetów antykubańskich w dniach 10 i 11 lipca a publikowane były z częstotliwością 5 tweetów na sekundę. Pojawienie się tych tweetów miało stworzyć wrażenie szerokiej akcji obywatelskiej. Ale struktura tych wiadomości sugeruje, że była to skoordynowana akcja rozsyłania tresci przez fałszywe konta a Tova sugeruje, że możliwość tworzenia takich kont ma armia USA.
Trzeba tu podkreślić jeszcze raz: Kubańczycy mają wiele powodów by protestować i odczuwać gniew w związku z sytuacją w kraju a obecne protesty są prawdziwe i należy uznać je za uzasadnione. Ale osobną sprawą jest podsycanie ich przez USA. Międzynarodowa lewica z jednej strony powinna starać się przekonać rząd Kuby by potraktował gniew obywateli poważnie i przystąpił do negocjacji z nimi a z drugiej strony trzeba domagać się zakończenia haniebnej i agresywnej blokady USA, która jest głównym powodem nędzy na Kubie.

Hasta la victoria siempre!

53 lata temu, 9 października 1967 roku, w małej boliwijskiej wiosce La Higuera śmierć poniósł Ernesto Guevara – bohater, którego historia powinna być wyrzutem sumienia dla wszystkich działaczy i polityków, którzy traktują lewicową sprawę jako trampolinę do stołków i kariery.

Che Guevary nie trzeba raczej nikomu przedstawiać – jego postać zdążyła już obrosnąć legendą, a on sam stał się jedną z ikon XX wieku. W naszym kraju, jak mało która historyczna osobistość wywołuje dziką histerię prawicowych komentatorów, którzy w typowy dla siebie sposób (tzn. bez podania dowodów) oskarżają go o masowe zbrodnie, sadystyczne skłonności, nienawiść do rodzaju ludzkiego i wiele innych rzeczy, które roją się umysłom ogarniętym ,,czerwoną paniką”. Tekstów dyskutujących z nimi i dementujących te bzdury jest wystarczająco dużo, bym nie musiał brać udziału w tej walce z wiatrakami. Zamiast tego, wspominając w rocznicę śmierci Ernesto Guevarę, chciałbym zwrócić uwagę na to, co czyni jego biografię szczególnie wyjątkową i wartą przypominania.
Po zwycięstwie kubańskiej rewolucji, której Che był jednym z przywódców, objął wiele wysokich stanowisk w nowych władzach Kuby. Był ministrem finansów i prezesem Banku Centralnego, ministrem przemysłu, odpowiadał za reformy gospodarcze i nacjonalizację wielkich przedsiębiorstw, prowadził szeroko zakrojoną kampanię alfabetyzacji i budowy szkół oraz służył w dyplomacji, m. in.: przewodząc kubańskiej delegacji w ONZ. Jako załogant jachtu ,,Granma”, niezłomny żołnierz z gór Sierra Maestra i zwycięski dowódca spod Santa Clary miał status żywej legendy rewolucji i mógł się spodziewać długiego życia wypełnionego względnie spokojną pracą w eleganckich gabinetach ministerialnych oraz wyjazdami na przyjmowane z honorami dyplomatyczne delegacje. Słowem, miał przed sobą przyszłość, jaka stała się udziałem zdecydowanej większości ważnych postaci kubańskiej rewolucji.
Ale życie gabinetowego urzędnika nie było dla idealisty, jakim był Ernesto Guevara. Wielką irytację zbudzała w nim postępująca biurokratyzacja rewolucji (według nieszczęśliwych wzorców z ZSRR) oraz godzenie się przez rząd na daleko idące i wątpliwe moralnie ,,kompromisy dyplomatyczne”.
Che wiedział, że zwycięstwo kubańskiej rewolucji nie jest celem samym w sobie, ale jedynie krokiem w stronę sprawiedliwszego świata. Jako szczery ideowiec nie potrafił wieść w spokoju życia ministra czy dyplomaty prowadzącego zakulisowe interesy z kapitalistycznymi mocarstwami, gdy w tym samym czasie tyle ludów cierpiało pod ich imperialistycznym butem. Widział w tym hipokryzję i zdradę ideałów, którym był wierny od czasu swojej motocyklowej podróży przez Ameryką Łacińską.
24 lutego 1965, na seminarium gospodarczym solidarności afro-azjatyckiej Guevara wygłosił swoje ostatnie przemówienie na arenie międzynarodowej. Otwarcie mówił o moralnym obowiązku budowy sprawiedliwszego świata, jaki spoczywa na krajach socjalistycznych i oskarżył je o niewywiązywanie się z niego oraz milczący współudział z krajami zachodnimi w eksploatacji państw trzeciego świata. Bardzo ostro skrytykował politykę ZSRR, nazywając go ,,wspólnikiem imperialnego wyzysku”. Dwa tygodnie później Che Guevara zrezygnował z życia publicznego, zrzekł się wszystkich godności oraz stanowisk i zdecydował się na powrót do organizowania działań partyzanckich, celem szerzenia rewolucji po świecie i walki z imperializmem. W liście pożegnalnym do Fidela pisał: ,,Obecnie potrzebna jest moja skromna pomoc w innych stronach kuli ziemskiej. (…) Uniosę z sobą na nowe pola bitew wiarę, którąś mnie natchnął, rewolucyjny duch mego narodu, świadomość, że spełniam najświętszy swój obowiązek – walki z imperializmem wszędzie tam, gdzie tylko on istnieje; to umacnia me zdecydowanie i stokrotnie wynagradza wszelki ból”. Ernesto najpierw wyjechał walczyć do Konga, gdzie prowadził operację wsparcia ruchu marksistowskiego „Simba”. Tamtejszy klimat spowodował jednak u Che ostry nawrót astmy i zmusił go do opuszczenia Afryki.
W następnym roku przybył do Boliwii, gdzie także zorganizował oddział partyzancki i rozpoczął kampanię partyzancką przeciwko juncie wojskowej generała Rene Barrientosa. Wojska dyktatora, korzystając z pomocy CIA i zbiegłego nazistowskiego zbrodniarza Klausa Barbie (rzeźnika z Lyonu), rozbiły oddział Guevary, a on sam został pojmany i rozstrzelany. Przed egzekucją boliwijski żołnierz zapytał go, czy myśli o nieśmiertelności, Che odpowiedział: „Nie, myślę o nieśmiertelności rewolucji”. Chwilę później dziewięć kul zakończyło krótkie życie bohaterskiego rewolucjonisty.
Jakże blado na tle Guevary wypadają rzesze dawnych i dzisiejszych ,,lewicowych” działaczy: biurokratów – karierowiczy z Bloku Wschodniego, ,,socjaldemokratów” z SLD, SPD czy Partii Pracy, którzy sprzedając się wielkiemu biznesowi forsowali neoliberalizm czy posłów polskiej ,,Lewicy”, głosujących za podwyżkami pensji dla posłów i ograniczających swoją ,,lewicowość” do czasu kampanii wyborczej. Jak bardzo poświęcenie Che kontrastuje z naszą obecną praktyką polityczną, gdzie prospołeczne hasła służą jedynie zdobyciu głosów, a wierność im kończy się po uzyskaniu stołków i wejściu na salony władzy. Historia Ernesto Guevary, który mógł dożyć starości w wygodnym fotelu ministra, a mimo to wybrał wierność ideałom i walkę do końca o lepszy świat, powinna być zawsze wyrzutem sumienia dla takich właśnie hipokrytów i karierowiczów, którzy instrumentalnie traktują lewicowe ideały.

Sankcje Trumpa wobec Kuby

Od zwycięstwa rewolucji kubańskiej w 1959 r. rząd Stanów Zjednoczonych izolował Kubę i obłożył ten kraj sankcjami politycznymi i gospodarczymi.

Politykę tę zmienił dopiero prezydent Barak Obama, który w 2014 r. ogłosił „nowy rozdział” w stosunkach amerykańsko – kubańskich i przywrócił stosunki dyplomatyczne USA z Kubą. Niestety obecny prezydent Donald Trump drastycznie ograniczył stosunki z Hawaną i powrócił do polityki izolowania Kuby.
Prezydent Donald Trump jest postacią unikatową na fotelu prezydenckim w Białym Domu z wielu powodów. Jednym z nich jest to, że objął najwyższy urząd państwie mając bardzo ograniczone obycie międzynarodowe i bez doświadczenia w polityce wewnętrznej USA. Jego głównym hasłem wyborczym było „America First” („Ameryka przede wszystkim”). Jako prezydent zyskał opinię polityka nieprzewidywalnego i to zarówno w polityce wewnętrznej jak i zagranicznej.
Trump krytykował zarówno politykę wewnętrzną jak i zagraniczną swego poprzednika Baracka Obamy. Już w czasie kampanii wyborczej krytykował politykę Obamy wobec Kuby i zapowiadał jej zmianę „na lepsze porozumienie”. Zarzucał Obamie, że jego polityka wobec Hawany nie przyniosła mieszkańcom wyspy swobód politycznych i zapowiadał, że jeżeli zostanie wybrany prezydentem, zmieni ją. I tak się stało. 16 czerwca 2017 r. Trump podpisał w Miami nowy 6-stronicowy dekret zawierający zasady nowej, bardziej restryktywnej polityki Stanów Zjednoczonych wobec Kuby. Przy tej okazji wygłosił przemówienie, które uszczegółowiło nową politykę Waszyngtonu wobec Kuby. Trump nie anulował wszystkich decyzji swego poprzednika. Podtrzymał m.in. decyzję Obamy z 2014 r. o nawiązaniu stosunków dyplomatycznych, o otwarciu ambasad w Waszyngtonie i w Hawanie, i wielu innych decyzji o kontaktach i współpracy amerykańsko-kubańskiej. „Unieważniam – powiedział Trump – całkowicie jednostronne porozumienie z Kubą. Nie będziemy milczeć na temat komunistycznej opresji”.
Nowe zasady ruchu osobowego nie pozwolą Amerykanom swobodnie planować prywatnych podróży na Kubę. Amerykanie kubańskiego pochodzenia będą nadal mogli podróżować na Kubę i przesyłać pieniądze swym krewnym. Nowa polityka Trumpa wobec Kuby zezwala na podróże zbiorowe Amerykanów, na wymianę akademicką, edukacyjną, na misje religijne i humanitarne. Podróże edukacyjne nie mogą być traktowane jako turystyczne. Biznesmeni amerykańscy nie będą mogli współpracować z firmami kubańskimi związanymi z wojskiem lub wywiadem. „Nie chcemy – powiedział prezydent – aby amerykańskie dolary służyły wojsku, które wykorzystuje i nadużywa obywateli Kuby… Rządowi kubańskiemu mówię – skończcie z opresja dysydentów, zwolnijcie politycznych więźniów. Przestańcie więzić niewinnych ludzi. Otwórzcie się na polityczne i ekonomiczne wolności”. Trump zarzucił rządowi Castro, ze zaopatruje w broń Koreę Północną i przyczynia się do chaosu w Wenezueli.
Prezydent upoważnił sekretarza stanu Rexa Tillersona do stworzenia grupy zadaniowej, której celem będzie rozszerzenie dostępu do Internetu dla mieszkańców Kuby.
Krytycy kubańskiej polityki Trumpa stwierdzili, że oznacza ona powrót do strategii, które okazała się fiaskiem. Twierdzili, że pcha ona Kubę do współpracy z Rosją i Chinami. Demokratyczny senator z Wirginii, Mark Warner powiedział 16 czerwca 2017 r., że „decyzja administracji Trumpa wstrzymania postępu w stosunkach amerykańsko-kubańskich jest złym, sygnałem dla świata na temat przywództwa amerykańskiego”. Również rząd kubański krytycznie ocenił nową politykę amerykańską wobec Kuby i wypomniał Trumpowi, że „nie ma prawa pouczać nas”.
Prezydent Trump w 2017 r. wprowadził nowe sankcje ograniczając stosunki z Kubą jako karę za poparcie Hawany dla wenezuelskiego rządu prezydenta Nicolasa Maduro. Nowe sankcje miały również skłonić rząd Kuby do zmiany polityki w odniesieniu do praw człowieka. W odpowiedzi na te sankcje wiceprezydent Kuby Miguel Diaz-Canel oświadczył: „My Kubańczycy nie poddajemy się”. W kwietniu 2018 r. został on nowym prezydentem Kuby.
W czerwcu 2017 r. Trump opublikował prezydenckie memorandum dotyczące bezpieczeństwa narodowego. Zawierało ono nowe sankcje nałożone na Kubę. Obejmowały one m.in. transakcje firm amerykańskich z firmami kubańskimi kontrolowanymi przez wojsko. Wprowadzono również ograniczenia w osobowych kontaktach kubańsko-amerykańskich. Departament stanu opublikował listę instytucji kubańskich, z którymi ograniczono lub wręcz zakazano utrzymywanie przez Amerykanów kontaktów. Ograniczenia te obejmowały m.in. dwa kubańskie ministerstwa i 49 podległych instytucji, 104 hotele, dwie agencje turystyczne oraz 41 jednostek podległych resortom obrony i bezpieczeństwa.
W kwietniu i w maju 2019 r. Departament Skarbu USA nałożył sankcje na osiem linii żeglugowych i siedem okrętów, które transportowały ropę naftową z Wenezueli na Kubę. Wenezuela dostarczała jedną trzecią ropy będącej w użyciu na Kubie. 8 kwietnia 2019 r. Departament Skarbu wprowadził ograniczenia na kontakty amerykańskiej ligi baseballowej z Kubańską Federacją Baseballową. Głównym zwolennikiem zaostrzenia sankcji przeciwko Kubie był ówczesny doradca prezydenta Trumpa do spraw bezpieczeństwa narodowego John Bolton. Zarzucał on rządowi Kuby popieranie lewicowego rządu w Wenezueli. Twierdził on, że Kuba wysłała do Wenezueli 20-25 tysięcy żołnierzy i groził Kubie nałożeniem pełnego i całkowitego embarga, i nałożeniem „na najwyższym poziomie sankcji” jako karę za poparcie dla rządu w Wenezueli.
25 października 2019 r. rząd prezydenta Trumpa zakazał lotów handlowych przedsiębiorstwom amerykańskim do 9 miast kubańskich z wyjątkiem Hawany. Zakaz ten wszedł w życie 10 grudnia 2019 r. Sekretarz Departamentu Stanu Mike Pompeo oświadczył, że jest to karą dla rządu Kuby za „represje wobec ludności Kuby za poparcie Nicolasa Maduro w Wenezueli”.
116. Kongres Stanów Zjednoczonych wyasygnował w roku finansowym 2019 (FY2019) 20 mln dol. na propagowanie demokracji na Kubie i 29,1 mln dol. na działalność programu radiowego skierowanego do społeczeństwa kubańskiego.
Ostre sankcje nałożone na Kubę przez administracje Trumpa nie spotkały się z powszechnym poparciem w Stanach Zjednoczonych. Przeciwnicy tych sankcji wskazywali, że wpychają one Kubę w ramiona Rosji i Chin. Ponadto twierdzili, że sankcje amerykańskie sprzyjać będą masowej ucieczce Kubańczyków na Florydę i nie sprzyjają demokratyzacji kubańskiego systemu politycznego.

Kubańska sieć

Od kilku dni wszyscy Kubańczycy mają u siebie sieć wifi, po roku pracy sektora informatycznego, bardzo żywego od kiedy stery kraju przejął prezydent Miguel Díaz-Canel. Z tej okazji dziennikarze zagraniczni pytali Ernesto Rodrigueza Hernandeza, wiceministra komunikacji, czy władze nie boją się takiej wolności: „Nasz naród broni i popiera Rewolucję we wszystkich dziedzinach, w realu i przestrzeni wirtualnej” – odpowiedział minister.

To, że wszyscy Kubańczycy mają dostęp do internetu nie znaczy, że wszyscy mają internet. Ale teraz, gdy jest już wifi, ludzie będą mogli podłączyć rutery i tworzyć prywatne sieci. Operator jest publiczny – Etecsa, trzeba u niego zarejestrować sprzęt. „Chcemy, żeby jak najwięcej ludzi mogło łączyć się z internetem” – mówił minister Hernandez. Na razie jest jednak pewien problem.
Za godzinę połączenia z internetem trzeba płacić jednego dolara, co jest na wyspie sumą bardzo wysoką, jeśli zważyć, że przeciętna pensja to ok. 50 dolarów. Pakiety też są drogie – najtańszy z 600 MB kosztuje 7 dolarów. Od wielu tygodni, wraz z rozszerzaniem się dostępu do internetu, trwają internetowe akcje pod tagiem #Bajenlospreciosdeinternet („Obniżcie ceny internetu”). Minister pociesza, że od kiedy wifi pojawiło się na wyspie (w 2013 r.), ceny spadły cztery razy i dalej będą spadać.
Na wyspie zamieszkałej przez ponad 11 milionów mieszkańców zbudowano 1400 hotspotów wifi. W tej chwili internet odbiera ok. 3, 3 milionów Kubańczyków, ale z tego tylko 800 tys. ma internet w domu. Hawana nie boi się rozszerzenia dostępu, ale jest trochę nieufna: „Technologie nie są apolityczne, jak usiłują nam wmówić” – mówił Hernandez. Jego zdaniem, mogą być „manipulowane”. Dlatego władze mają zamiar czuwać: dostęp do „niemoralnych” lub „nieodpowiedzialnych” stron internetowych może być utrudniony.

Transatlantycka rozbieżność

Unia Europejska zamierza inwestować na Kubie, utrzymywać z Hawaną poprawne stosunki i zdecydowanie nie godzi się na to, by właśnie za to europejskie firmy były karane przez Stany Zjednoczone.

Zaostrza się konflikt dyplomatyczny między USA z UE o stosunek do Kuby, która we przegłosowanej ostatnio przez naród nowej konstytucji podkreśliła przywiązanie do wartości idei socjalistycznych. Spór dotyczy zagranicznych firm inwestujących robiących interesy z Hawaną. Prezydent Donald Trump już w styczniu zapowiedział, a w marcu ponownie podkreślił, że w związku z amerykańskimi sankcjami, jakimi obłożona jest Kuba z powodów politycznych, spółki zagraniczne inwestujące na wyspie rewolucji będą musiały spodziewać się pozwów cywilnych ze strony obywateli Stanów Zjednoczonych. Chodzi głównie o mieszkających w USA spadkobierców zamożnych Kubańczyków, których majątki uspołeczniono po rewolucji w 1959 r.
Trump tym samym zapowiedział powrót do pełnego obowiązywania tzw. ustawy Helmsa-Burtona, która wprowadzona została w 1996 r. i dawała taką możliwość, ale od 1998 r. część jej postanowień uległa zawieszeniu na mocy umowy z krajami europejskimi i Kanadą, która prowadziły i nadal prowadzą z Kubą ożywioną wymianę gospodarczą. Był to krok powodowanych głównie troską o dobre stosunki między tymi państwami a USA. Po cofnięciu tych wyjątków, firmy pochodzące z UE mogą zostać zalane pozwami.
W środę spodziewane jest ogłoszenie przez Sekretarza Stanu USA Mike’a Pompeo nowych sankcji wobec Kuby, Wenezueli i Nikaragui, które dyplomaci Trumpa zaczęli propagandowo nazywać „trójką tyranii”, bo stanowią podstawę oporu wobec próby przywrócenia w Ameryce Łacińskiej hegemonii USA.
Tymczasem we wtorek agencja Reuters ujawniła list szefowej dyplomacji UE Federiki Mogherini i unijnego komisarza ds handlu Cecilii Malmström do Mike’a Pompeo, w którym stanowczo ostrzegają przed dyplomatycznymi i gospodarczymi konsekwencjami karania krajów UE za robienie interesów z Kubą. Waszyngton został przede wszystkim wezwany do zachowania wyjątków w ustawie Helmsa-Burtona.
„Jeżeli tak się nie stanie, UE będzie zmuszona zastosować wszelkie dostępne środki, by chronić swoje interesy, również w porozumieniu z pozostałymi partnerami zagranicznymi”, napisały Mogherini i Malmström. Wyraźnie zaznaczyły, że kraje Unii gotowe są w tej sprawie wszcząć przeciwko Stanom sprawę w ramach Światowej Organizacji Handlu. Uznają plany USA za nie do pogodzenia z prawem międzynarodowym prawem, przede wszystkim ze względu na próbę rozciągnięcia jednostronnych sankcji USA przeciwko Kubie na stronę trzecią.
W liście pada ostrzeżenie, że amerykańskie pozwy cywilne wobec europejskich firm „mogą doprowadzić do błędnego koła roszczeń, które wytworzą klimat nieprzyjazny dla biznesu, nie prowadząc jednocześnie do przywrócenia sprawiedliwości, ani nie wpływając w żaden korzystny sposób na sytuację na Kubie”.
W środę przedstawiciele UE powtórzyli sugestie zawarte w ujawnionym liście.
– Unia Europejska ponownie podkreśla swój sprzeciw wobec eksterytorialnego zastosowania jednostronnie nałożonych sankcji, które uznaje za sprzeczne z prawem międzynarodowym – usłyszeli w Brukseli dziennikarze od jednego z unijnych rzeczników.
Nie wiadomo nic o reakcjach Waszyngtonu na sprzeciw Unii Europejskiej. Prezydent Trump nie miał jednak do tej pory żadnych skrupułów w ostentacyjnym lekceważeniem europejskich partnerów. Najwyraźniej jest też zdeterminowany w kontynuowaniu ataków gospodarczych i politycznych przeciwko Kubie, również z powodu zdecydowanego zaangażowania Hawany po stronie prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro, którego Trump usiłuje obalić.
Bruksela tymczasem planuje rozszerzyć współpracę z Hawaną w ramach Planu na rzecz Zrównoważonego Rozwoju przyjętego przez ONZ, m.in. inwestując równowartość 62 mln dolarów w projekty z zakresu zrównoważonego rolnictwa i sektora energetycznego na Kubie.

Kubańskie referendum

Kubańczycy głosują dziś w referendum, które ma zatwierdzić nową konstytucję kraju. Prezydent Miguel Diaz-Canel od kilku dni wiązał to głosowanie z kryzysem politycznym w Wenezueli: „Kuba mówi tak konstytucji i potwierdza swoje poparcie dla Rewolucji Boliwariańskiej i prezydenta Nicolasa Maduro”. Nowa konstytucja zastąpi tekst z 1976 r. Potwierdza „nieodwołalny” charakter socjalizmu obowiązującego od rewolucji sprzed 60 lat.

Kubański socjalizm irytuje sąsiednie imperium amerykańskie nie mniej niż Wenezuela. Prezydent Trump zapewnił, że „dni komunizmu w Wenezueli, Nikaragui i Kubie są policzone” i że jego kraj „nigdy nie będzie socjalistyczny”, lecz niecałe 200 km od wybrzeży USA nowa konstytucja potwierdza rządy partii komunistycznej i ogłasza, że „istota ludzka osiąga pełną godność jedynie w socjalizmie i komunizmie”.
Z początku chodziło o adaptację tekstu do pewnego otwarcia gospodarczego wyspy – od 2008 r. można prowadzić prywatną działalność gospodarczą, która dziś obejmuje ok. 13 proc. pracujących. Potem, oprócz uznania rynku, własności prywatnej i konieczności inwestycji zagranicznych, tekst poszerzono o kolejne zmiany, jak krytykowane przez lokalny Kościół otwarcie drogi dla legalnych związków LGBT+.
Kubańczycy są zagrożeni przez kolejne amerykańskie sankcje. Prezydent Diaz–Canel traktuje głosowanie jak sztandar socjalizmu – uniesiony, mimo ataków USA na Wenezuelę. „Wenezuela nie jest sama. Imperialiści precz od Wenezueli!” – mówił prezydent. „Będziemy głosować za socjalizmem, za ojczyzną i rewolucją”. Według hiszpańskiego politologa Carlosa Alzugaray, „wielu ludzi widząc przemawiającego Trumpa zagłosuje na „tak”, by bronić niepodległości wobec zagrożenia amerykańskiego”.
Kubańscy opozycjoniści popularyzowali w internecie, teraz szeroko dostępnym na wyspie, głosowanie na „nie”. Traktują to jako okazję do wypowiedzi antyrządowej. Zdaniem Alzugaraya, społeczeństwo kubańskie się zmienia, co odbije się w głosowaniu: przewiduje zwycięstwo „tak” na 70-80 proc.

Nasi siatkarze o igrzyska zagrają z Francją, Słowenią i Tunezją

Nasza reprezentacja siatkarzy w rankingu FIVB znalazła się na 4. miejscu. Mistrzów świata na światowej liście wyprzedziły Brazylia, USA i Włochy.

 

Przy ustalaniu nowego rankingu FIVB liczyły się wyniki osiągnięte w ostatnich igrzyskach olimpijskich i mistrzostwach świata oraz kwalifikacjach do mistrzostw świata, a także lokata zajęta w ostatnim Pucharze Świata i Lidze Światowej w 2017 roku. Sklasyfikowanie na czwartej pozycji sprawia, że nasi siatkarze w turnieju interkontynentalnym zagrają w jednej grupie z dziewiątym, szesnastym i dwudziestym pierwszym zespołem w rankingu. I tak rywalami reprezentacji Polski będą Francja, Słowenia i Tunezja. Prawo do gry o olimpijskie medale w Tokio uzyskają jedynie zwycięzcy sześciu turniejów interkontynentalnych. Drugą i ostatnią szansą na olimpijski awans będą turnieje kontynentalne w 2020 roku.

 

Grupy kwalifikacyjne do IO 2020

Grupa A: Brazylia, Egipt, Bułgaria, Korea Płd./Portoryko;
Grupa B: USA, Belgia, Holandia, Korea Płd./Portoryko;
Grupa C: Włochy, Serbia, Australia, Kamerun;
Grupa D: Polska, Francja, Słowenia, Tunezja;
Grupa E: Rosja, Iran, Kuba, Meksyk;
Grupa F: Kanada, Argentyna, Finlandia, Chiny.
Korea Południowa i Portoryko zajmują ex aequo 24. miejsce, decyzję o ich przydziale do grup podejmie FIVB.

 

Koniec udawanej odwilży

Gdy niemal cztery lata temu zaczęła się odwilż w relacjach między Waszyngtonem a Hawaną, zainicjowana przez dwa równoległe oświadczenia prezydentów obu krajów – Baracka Obamy i Raúla Castro – wydawać się mogło, że doprowadzi ona do jakichś konkretnych rezultatów. Okazało się jednak inaczej.

 

W praktyce, poza wykreśleniem Kuby z listy państw wspierających terroryzm, przywróceniem relacji dyplomatycznych na szczeblu ambasad, wizytą Obamy na Kubie w marcu 2016 r. określoną mianem “historycznej” i ułatwieniami w zakresie podróży, niewiele się zmieniło. Kuba uwolniła 53 więźniów uznawanych przez Waszyngton za ofiary politycznych represji, co było warunkiem postępu odwilży w dwustronnych stosunkach, Amerykanie wykonali kilka gestów, jak koncert Orkiestry Symfonicznej z Minnesoty w Hawanie, jednak sankcje ekonomiczne, określane przez stronę kubańską mianem blokady jak były, tak pozostały. Mimo tego, że Obama zapowiadał ich zniesienie dwukrotnie w Orędziach o Stanie Państwa – w 2015 i 2016 roku.

Podobnie jak kwestia likwidacji obozu w Guantanamo, sankcje okazały się kolejnym punktem na liście niezrealizowanych obietnic poprzednika Donalda Trumpa. Ich zniesienie wymagałoby bowiem zgody Kongresu. Ten ostatni zaś 16 czerwca ogłosił układy zawierane przez Obamę ze stroną kubańską za niebyłe. W rezultacie 9 listopada 2017 r. rozporządzenia wydane przez amerykańskie departamenty handlu, skarbu i stanu nie tylko przywróciły stan sankcji sprzed odwilży, ale też dodały nowe. Od tego czasu na liście osób i przedsiębiorstw objętych sankcjami znalazły się niemal 180 kolejne, przestały też działać ułatwienia w zakresie podróży. Nie dalej jak w ubiegłym tygodniu na listę objętych sankcjami kubańskich podmiotów dopisano ponad dwa tuziny nowych.

 

Zadeklarowana przez Obamę odwilż okazała się być tylko na niby.

Powodem odejścia od deklarowanej przez poprzednią administrację amerykańską polityki wobec Kuby mają być związki łączące ten kraj z Wenezuelą – polityczne wsparcie, jakiego Hawana udziela Caracas i wenezuelska pomoc dla Kuby. Pomoc, bez której w obliczu amerykańskich sankcji gospodarka izolowanego kraju by się załamała. Rzeczywistym powodem – trzeba to przyznać – jest generalna zmiana doktryny polityki Waszyngtonu wobec krajów Ameryki Łacińskiej. W okresie prezydentury Trumpa przyjęto wprost, że USA mają w tym regionie być wyłącznym hegemonem. Dodajmy też, że obamowa odwilż i chęć prowadzenia polityki regionalnej za pomocą subtelniejszych instrumentów nigdy nie miała w amerykańskim establishmencie szerokiego poparcia. W swojej istocie była tylko kompromisem pomiędzy deklarowanymi „nowymi otwarciami” a imperialistyczną realpolitik prowadzoną z pozycji siły, która w zasadzie pozostawała bez zmian.

Dosłownie kilka godzin przed ogłoszeniem nowych sankcji Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych w czwartek 1 listopada ogromną większością głosów przyjęło rezolucję potępiającą amerykańskie sankcje wobec Kuby. Za jej odrzuceniem głosowały tylko USA i Izrael, od głosu wstrzymały się Mołdawia i Ukraina. Kwestia sankcji nałożonych przez USA na Kubę w 1960 r. już od dawna wywołuje zastrzeżenia nawet najbliższych sojuszników USA. O ile w roku 1992 rezolucja potępiająca sankcje została przyjęta przy trzech głosach przeciw i 71 wstrzymujących się, od tego czasu z roku na rok liczba państw nie chcących zajmować stanowiska w tej sprawie zmniejszała się, aby w ubiegłym roku osiągnąć nawet poziom 0. Liczba głosów sprzeciwu nigdy natomiast nie przekroczyła czterech. Przyjmowane regularnie od 27 lat rezolucje są jednak tylko gestem, bo nie ma mechanizmu pozwalającego wymusić na Stanach Zjednoczonych zastosowanie się do nich.
Stanowisko wspólnoty międzynarodowej nie zraża Waszyngtonu, który „wie lepiej” i ma własną koncepcję, do czego służą sankcje. Jak stwierdziła amerykańska ambasador przy ONZ Nikki Haley, wspólnota międzynarodowa głosując przeciwko sankcjom uderza nie w amerykańską politykę (tu akurat miała rację, biorąc pod uwagę bezsilność ONZ), ale przeciwko Kubańczykom i prawom człowieka, których Waszyngton mieni się nie tylko obrońcą, ale i promotorem. Bardziej konkretny i mniej owijający w bawełnę był prezydencki doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego John Bolton, który informując o nowych sankcjach oznajmił, iż USA nie będą dłużej przyzwalać na działania dyktatorów. Chodziło mu o prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro, prezydenta Nikaragui Daniela Ortegę i kubańskiego przywódcę Raúla Castro, których wyśmiewał, porównując do bohaterów starego serialu komediowego “The Three Stooges” (z grubsza: “Trzech cymbałów”). Najwyraźniej mu przy tym umknęło, że 87-letni Raúl Castro, choć zachował funkcję pierwszego sekretarza Komunistycznej Partii Kuby, od kwietnia nie jest już prezydentem. Na Kubie dokonuje się wymiana pokoleniowa przywództwa, czego sygnałem był wybór na prezydenta Miguela Díaz-Canela.

 

Amerykańska wykładnia mówiąca, że sankcje mają na celu „wyzwolenie Kubańczyków spod rządów opresyjnego reżimu” przekłada się na bardzo konkretne szkody,

jakie od czasu wprowadzenia blokady ponosi nie tyle państwo kubańskie, co kubańskie społeczeństwo. Zgodnie z oceną kubańskich władz zakumulowane szkody poniesione przez Kubę i jej mieszkańców, po uwzględnienie spadku wartości dolara, sięgają kwoty 933 678 mln dolarów. Tylko w okresie od kwietnia 2017 r. do marca 2018 r. Szkody wyrządzone przez sankcje można szacować na 4 321 mln dolarów. Nie można jednak sankcji sprowadzać tylko do suchego wymiaru finansowego. Ten bowiem przekłada się nie tylko na sytuację gospodarki kubańskiej – eksportu, importu, energetyki, transportu itd. – ale też i bezpośrednio na bezpieczeństwo żywnościowe Kuby. Nadto ma konsekwencje dla służby zdrowia, systemu oświaty, a nawet działalności kubańskiej służby zagranicznej, co w praktyce ogranicza suwerenność państwa kubańskiego jako podmiotu prawa międzynarodowego.
Kuba zwraca uwagę, że amerykańska blokada nie polega tylko na wygaszeniu handlu i transferów finansowych między nią samą a USA, ale przez władze amerykańskie jest traktowana jako instrument działający na całym świecie. Do stosowania się do sankcji są przymuszane wszystkie podmioty, które prowadzą jakąkolwiek działalność w Ameryce. Biorąc pod uwagę wielkość amerykańskiej gospodarki i poziom umiędzynarodowienia kapitału, niewiele jest więc takich, które nie narażałyby się na restrykcje.

 

Ludzki wymiar tego kosztu okazuje się niepoliczalny.

„Walka o demokrację na Kubie” w praktyce oznacza brak dostępności lekarstw, sprzętu medycznego czy części niezbędnych do jego eksploatacji, lub też konieczność jego pozyskiwania przez strony trzecie, które decydują się omijać sankcje, ponosząc przy tym ryzyko arbitralnych finansowych kar nakładanych na nich (lub ich partnerów) przez władze USA. Sankcje dotykające system edukacyjny blokują system stypendialny i możliwości wymiany edukacyjnej i naukowej z zagranicą.
Jako jedne z nielicznych państw w zdominowanym przez kapitalizm świecie Kuba – zgodnie ze swoją konstytucją – zapewnia swoim obywatelom tak dostęp do służby zdrowia, jak i do oświaty. Utrzymanie ich na wysokim poziomie – co dotąd się udaje, bo kubański system opieki zdrowotnej mógłby być przedmiotem zazdrości Amerykanów (np. Kuba ma jeden z najniższych na świecie wskaźników śmiertelności noworodków – 4/1000) w takich warunkach wiąże się z ogromnym wysiłkiem. I tak trwa to już niemal 60 lat.

Dobrzy i źli według Boltona

John Bolton, doradca prezydenta USA ds. bezpieczeństwa narodowego opiewa Jaira Bolsonaro, uznając go za promotora wolności w regionie, nie zważając na to, że prezydent elekt wychwala brazylijską dyktaturę. Jednocześnie Bolton zapowiada akty agresji wobec Kuby i Wenezueli.

 

Nowy prezydent Brazylii, który zapowiada w swoim kraju rozprawę z lewicą nazywając jej przedstawicieli „czerwonymi śmieciami” i bezpardonowo atakuje wszelkie mniejszości cieszy się poparciem dwóch kluczowych sił światowego kapitalizmu: międzynarodowej finansjery i rządu Stanów Zjednoczonych, co oczywiscie podoba się Waszyngtonowi. Podczas niedawnego wystąpienia w Miami John Bolton wychwalał Bolsonaro. Ustawił go w jednym szeregu z prawicowym prezydentem Kolumbii Ivanem Duque, wspieranym w kraju przez kartel narkotykowy Czarne Orły, uznając ich za gwarant wolności i pomyślności Ameryki Łacińskiej oraz najważniejszych sojuszników USA w regionie.

– Przywódcy o bliskim nam sposobie myślenia, którzy wygrali ostatnio wolne wybory w kluczowych krajach, m.in. Ivan Duque w Kolumbii i Jair Bolsonaro w Brazylii, są wielką nadzieją przyszłości całego regionu. Dają świadectwo pełnego oddania wardościom wolnego rynku i przejrzystych, odpowiedzialnych rządów – oświadczył Bolton.

Zapowiedział jednocześnie obranie „ostrego kursu” przeciwko Wenezueli, Kubie i Nikaragui, uznając te postępowe kraje, symbole antyimperialistycznego oporu, za „krwawe dyktatury”.

– Za kadencji prezydenta Trumpa Stany Zjednoczone podejmą bezpośrednie działania przeciwko wszystkim tym trzem reżimom, by bronić w ten sposób rządów prawa, wolności i ludzkiej godności w regionie – grzmiał John Bolton.

Ostrzeżenia te zgodne są z coraz powszechniejszymi odczuciami społeczności międzynarodowej, że w którymś z tych krajów USA może dopuścić się interwencji zbrojnej w ich „starym stylu”, znanym z lat 70. i 80., kiedy aktywnie wspierali latynoamerykańskie dyktatury – oczywiście pod „sztandarem wolności”. Od ponad roku ludzie związani z rządem Donalda Trumpa sugerują, że poważnie rozważają atak na Wenezuelę „w obronie demokracji”. Nastąpiło również zupełne odwrócenie kierunku politycznego w stosunku do Kuby, jaki został obrany przez USA pod koniec kadencji Baracka Obamy. Zarówno wobec Kuby, jak i Wenezueli, Bolton zapowiedział wprowadzenie nowych sankcji.

Bolton, jedna z głównych postaci administracji Trumpa, nie pozostawia wątpliwości, że USA zamierzają realnie zagrozić postępowym rządom: – Nie czas na cofanie się. To czas na zwiększenie nacisków, nie na łagodzenie ich.