Kubańska sieć

Od kilku dni wszyscy Kubańczycy mają u siebie sieć wifi, po roku pracy sektora informatycznego, bardzo żywego od kiedy stery kraju przejął prezydent Miguel Díaz-Canel. Z tej okazji dziennikarze zagraniczni pytali Ernesto Rodrigueza Hernandeza, wiceministra komunikacji, czy władze nie boją się takiej wolności: „Nasz naród broni i popiera Rewolucję we wszystkich dziedzinach, w realu i przestrzeni wirtualnej” – odpowiedział minister.

To, że wszyscy Kubańczycy mają dostęp do internetu nie znaczy, że wszyscy mają internet. Ale teraz, gdy jest już wifi, ludzie będą mogli podłączyć rutery i tworzyć prywatne sieci. Operator jest publiczny – Etecsa, trzeba u niego zarejestrować sprzęt. „Chcemy, żeby jak najwięcej ludzi mogło łączyć się z internetem” – mówił minister Hernandez. Na razie jest jednak pewien problem.
Za godzinę połączenia z internetem trzeba płacić jednego dolara, co jest na wyspie sumą bardzo wysoką, jeśli zważyć, że przeciętna pensja to ok. 50 dolarów. Pakiety też są drogie – najtańszy z 600 MB kosztuje 7 dolarów. Od wielu tygodni, wraz z rozszerzaniem się dostępu do internetu, trwają internetowe akcje pod tagiem #Bajenlospreciosdeinternet („Obniżcie ceny internetu”). Minister pociesza, że od kiedy wifi pojawiło się na wyspie (w 2013 r.), ceny spadły cztery razy i dalej będą spadać.
Na wyspie zamieszkałej przez ponad 11 milionów mieszkańców zbudowano 1400 hotspotów wifi. W tej chwili internet odbiera ok. 3, 3 milionów Kubańczyków, ale z tego tylko 800 tys. ma internet w domu. Hawana nie boi się rozszerzenia dostępu, ale jest trochę nieufna: „Technologie nie są apolityczne, jak usiłują nam wmówić” – mówił Hernandez. Jego zdaniem, mogą być „manipulowane”. Dlatego władze mają zamiar czuwać: dostęp do „niemoralnych” lub „nieodpowiedzialnych” stron internetowych może być utrudniony.

Transatlantycka rozbieżność

Unia Europejska zamierza inwestować na Kubie, utrzymywać z Hawaną poprawne stosunki i zdecydowanie nie godzi się na to, by właśnie za to europejskie firmy były karane przez Stany Zjednoczone.

Zaostrza się konflikt dyplomatyczny między USA z UE o stosunek do Kuby, która we przegłosowanej ostatnio przez naród nowej konstytucji podkreśliła przywiązanie do wartości idei socjalistycznych. Spór dotyczy zagranicznych firm inwestujących robiących interesy z Hawaną. Prezydent Donald Trump już w styczniu zapowiedział, a w marcu ponownie podkreślił, że w związku z amerykańskimi sankcjami, jakimi obłożona jest Kuba z powodów politycznych, spółki zagraniczne inwestujące na wyspie rewolucji będą musiały spodziewać się pozwów cywilnych ze strony obywateli Stanów Zjednoczonych. Chodzi głównie o mieszkających w USA spadkobierców zamożnych Kubańczyków, których majątki uspołeczniono po rewolucji w 1959 r.
Trump tym samym zapowiedział powrót do pełnego obowiązywania tzw. ustawy Helmsa-Burtona, która wprowadzona została w 1996 r. i dawała taką możliwość, ale od 1998 r. część jej postanowień uległa zawieszeniu na mocy umowy z krajami europejskimi i Kanadą, która prowadziły i nadal prowadzą z Kubą ożywioną wymianę gospodarczą. Był to krok powodowanych głównie troską o dobre stosunki między tymi państwami a USA. Po cofnięciu tych wyjątków, firmy pochodzące z UE mogą zostać zalane pozwami.
W środę spodziewane jest ogłoszenie przez Sekretarza Stanu USA Mike’a Pompeo nowych sankcji wobec Kuby, Wenezueli i Nikaragui, które dyplomaci Trumpa zaczęli propagandowo nazywać „trójką tyranii”, bo stanowią podstawę oporu wobec próby przywrócenia w Ameryce Łacińskiej hegemonii USA.
Tymczasem we wtorek agencja Reuters ujawniła list szefowej dyplomacji UE Federiki Mogherini i unijnego komisarza ds handlu Cecilii Malmström do Mike’a Pompeo, w którym stanowczo ostrzegają przed dyplomatycznymi i gospodarczymi konsekwencjami karania krajów UE za robienie interesów z Kubą. Waszyngton został przede wszystkim wezwany do zachowania wyjątków w ustawie Helmsa-Burtona.
„Jeżeli tak się nie stanie, UE będzie zmuszona zastosować wszelkie dostępne środki, by chronić swoje interesy, również w porozumieniu z pozostałymi partnerami zagranicznymi”, napisały Mogherini i Malmström. Wyraźnie zaznaczyły, że kraje Unii gotowe są w tej sprawie wszcząć przeciwko Stanom sprawę w ramach Światowej Organizacji Handlu. Uznają plany USA za nie do pogodzenia z prawem międzynarodowym prawem, przede wszystkim ze względu na próbę rozciągnięcia jednostronnych sankcji USA przeciwko Kubie na stronę trzecią.
W liście pada ostrzeżenie, że amerykańskie pozwy cywilne wobec europejskich firm „mogą doprowadzić do błędnego koła roszczeń, które wytworzą klimat nieprzyjazny dla biznesu, nie prowadząc jednocześnie do przywrócenia sprawiedliwości, ani nie wpływając w żaden korzystny sposób na sytuację na Kubie”.
W środę przedstawiciele UE powtórzyli sugestie zawarte w ujawnionym liście.
– Unia Europejska ponownie podkreśla swój sprzeciw wobec eksterytorialnego zastosowania jednostronnie nałożonych sankcji, które uznaje za sprzeczne z prawem międzynarodowym – usłyszeli w Brukseli dziennikarze od jednego z unijnych rzeczników.
Nie wiadomo nic o reakcjach Waszyngtonu na sprzeciw Unii Europejskiej. Prezydent Trump nie miał jednak do tej pory żadnych skrupułów w ostentacyjnym lekceważeniem europejskich partnerów. Najwyraźniej jest też zdeterminowany w kontynuowaniu ataków gospodarczych i politycznych przeciwko Kubie, również z powodu zdecydowanego zaangażowania Hawany po stronie prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro, którego Trump usiłuje obalić.
Bruksela tymczasem planuje rozszerzyć współpracę z Hawaną w ramach Planu na rzecz Zrównoważonego Rozwoju przyjętego przez ONZ, m.in. inwestując równowartość 62 mln dolarów w projekty z zakresu zrównoważonego rolnictwa i sektora energetycznego na Kubie.

Kubańskie referendum

Kubańczycy głosują dziś w referendum, które ma zatwierdzić nową konstytucję kraju. Prezydent Miguel Diaz-Canel od kilku dni wiązał to głosowanie z kryzysem politycznym w Wenezueli: „Kuba mówi tak konstytucji i potwierdza swoje poparcie dla Rewolucji Boliwariańskiej i prezydenta Nicolasa Maduro”. Nowa konstytucja zastąpi tekst z 1976 r. Potwierdza „nieodwołalny” charakter socjalizmu obowiązującego od rewolucji sprzed 60 lat.

Kubański socjalizm irytuje sąsiednie imperium amerykańskie nie mniej niż Wenezuela. Prezydent Trump zapewnił, że „dni komunizmu w Wenezueli, Nikaragui i Kubie są policzone” i że jego kraj „nigdy nie będzie socjalistyczny”, lecz niecałe 200 km od wybrzeży USA nowa konstytucja potwierdza rządy partii komunistycznej i ogłasza, że „istota ludzka osiąga pełną godność jedynie w socjalizmie i komunizmie”.
Z początku chodziło o adaptację tekstu do pewnego otwarcia gospodarczego wyspy – od 2008 r. można prowadzić prywatną działalność gospodarczą, która dziś obejmuje ok. 13 proc. pracujących. Potem, oprócz uznania rynku, własności prywatnej i konieczności inwestycji zagranicznych, tekst poszerzono o kolejne zmiany, jak krytykowane przez lokalny Kościół otwarcie drogi dla legalnych związków LGBT+.
Kubańczycy są zagrożeni przez kolejne amerykańskie sankcje. Prezydent Diaz–Canel traktuje głosowanie jak sztandar socjalizmu – uniesiony, mimo ataków USA na Wenezuelę. „Wenezuela nie jest sama. Imperialiści precz od Wenezueli!” – mówił prezydent. „Będziemy głosować za socjalizmem, za ojczyzną i rewolucją”. Według hiszpańskiego politologa Carlosa Alzugaray, „wielu ludzi widząc przemawiającego Trumpa zagłosuje na „tak”, by bronić niepodległości wobec zagrożenia amerykańskiego”.
Kubańscy opozycjoniści popularyzowali w internecie, teraz szeroko dostępnym na wyspie, głosowanie na „nie”. Traktują to jako okazję do wypowiedzi antyrządowej. Zdaniem Alzugaraya, społeczeństwo kubańskie się zmienia, co odbije się w głosowaniu: przewiduje zwycięstwo „tak” na 70-80 proc.

Nasi siatkarze o igrzyska zagrają z Francją, Słowenią i Tunezją

Nasza reprezentacja siatkarzy w rankingu FIVB znalazła się na 4. miejscu. Mistrzów świata na światowej liście wyprzedziły Brazylia, USA i Włochy.

 

Przy ustalaniu nowego rankingu FIVB liczyły się wyniki osiągnięte w ostatnich igrzyskach olimpijskich i mistrzostwach świata oraz kwalifikacjach do mistrzostw świata, a także lokata zajęta w ostatnim Pucharze Świata i Lidze Światowej w 2017 roku. Sklasyfikowanie na czwartej pozycji sprawia, że nasi siatkarze w turnieju interkontynentalnym zagrają w jednej grupie z dziewiątym, szesnastym i dwudziestym pierwszym zespołem w rankingu. I tak rywalami reprezentacji Polski będą Francja, Słowenia i Tunezja. Prawo do gry o olimpijskie medale w Tokio uzyskają jedynie zwycięzcy sześciu turniejów interkontynentalnych. Drugą i ostatnią szansą na olimpijski awans będą turnieje kontynentalne w 2020 roku.

 

Grupy kwalifikacyjne do IO 2020

Grupa A: Brazylia, Egipt, Bułgaria, Korea Płd./Portoryko;
Grupa B: USA, Belgia, Holandia, Korea Płd./Portoryko;
Grupa C: Włochy, Serbia, Australia, Kamerun;
Grupa D: Polska, Francja, Słowenia, Tunezja;
Grupa E: Rosja, Iran, Kuba, Meksyk;
Grupa F: Kanada, Argentyna, Finlandia, Chiny.
Korea Południowa i Portoryko zajmują ex aequo 24. miejsce, decyzję o ich przydziale do grup podejmie FIVB.

 

Koniec udawanej odwilży

Gdy niemal cztery lata temu zaczęła się odwilż w relacjach między Waszyngtonem a Hawaną, zainicjowana przez dwa równoległe oświadczenia prezydentów obu krajów – Baracka Obamy i Raúla Castro – wydawać się mogło, że doprowadzi ona do jakichś konkretnych rezultatów. Okazało się jednak inaczej.

 

W praktyce, poza wykreśleniem Kuby z listy państw wspierających terroryzm, przywróceniem relacji dyplomatycznych na szczeblu ambasad, wizytą Obamy na Kubie w marcu 2016 r. określoną mianem “historycznej” i ułatwieniami w zakresie podróży, niewiele się zmieniło. Kuba uwolniła 53 więźniów uznawanych przez Waszyngton za ofiary politycznych represji, co było warunkiem postępu odwilży w dwustronnych stosunkach, Amerykanie wykonali kilka gestów, jak koncert Orkiestry Symfonicznej z Minnesoty w Hawanie, jednak sankcje ekonomiczne, określane przez stronę kubańską mianem blokady jak były, tak pozostały. Mimo tego, że Obama zapowiadał ich zniesienie dwukrotnie w Orędziach o Stanie Państwa – w 2015 i 2016 roku.

Podobnie jak kwestia likwidacji obozu w Guantanamo, sankcje okazały się kolejnym punktem na liście niezrealizowanych obietnic poprzednika Donalda Trumpa. Ich zniesienie wymagałoby bowiem zgody Kongresu. Ten ostatni zaś 16 czerwca ogłosił układy zawierane przez Obamę ze stroną kubańską za niebyłe. W rezultacie 9 listopada 2017 r. rozporządzenia wydane przez amerykańskie departamenty handlu, skarbu i stanu nie tylko przywróciły stan sankcji sprzed odwilży, ale też dodały nowe. Od tego czasu na liście osób i przedsiębiorstw objętych sankcjami znalazły się niemal 180 kolejne, przestały też działać ułatwienia w zakresie podróży. Nie dalej jak w ubiegłym tygodniu na listę objętych sankcjami kubańskich podmiotów dopisano ponad dwa tuziny nowych.

 

Zadeklarowana przez Obamę odwilż okazała się być tylko na niby.

Powodem odejścia od deklarowanej przez poprzednią administrację amerykańską polityki wobec Kuby mają być związki łączące ten kraj z Wenezuelą – polityczne wsparcie, jakiego Hawana udziela Caracas i wenezuelska pomoc dla Kuby. Pomoc, bez której w obliczu amerykańskich sankcji gospodarka izolowanego kraju by się załamała. Rzeczywistym powodem – trzeba to przyznać – jest generalna zmiana doktryny polityki Waszyngtonu wobec krajów Ameryki Łacińskiej. W okresie prezydentury Trumpa przyjęto wprost, że USA mają w tym regionie być wyłącznym hegemonem. Dodajmy też, że obamowa odwilż i chęć prowadzenia polityki regionalnej za pomocą subtelniejszych instrumentów nigdy nie miała w amerykańskim establishmencie szerokiego poparcia. W swojej istocie była tylko kompromisem pomiędzy deklarowanymi „nowymi otwarciami” a imperialistyczną realpolitik prowadzoną z pozycji siły, która w zasadzie pozostawała bez zmian.

Dosłownie kilka godzin przed ogłoszeniem nowych sankcji Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych w czwartek 1 listopada ogromną większością głosów przyjęło rezolucję potępiającą amerykańskie sankcje wobec Kuby. Za jej odrzuceniem głosowały tylko USA i Izrael, od głosu wstrzymały się Mołdawia i Ukraina. Kwestia sankcji nałożonych przez USA na Kubę w 1960 r. już od dawna wywołuje zastrzeżenia nawet najbliższych sojuszników USA. O ile w roku 1992 rezolucja potępiająca sankcje została przyjęta przy trzech głosach przeciw i 71 wstrzymujących się, od tego czasu z roku na rok liczba państw nie chcących zajmować stanowiska w tej sprawie zmniejszała się, aby w ubiegłym roku osiągnąć nawet poziom 0. Liczba głosów sprzeciwu nigdy natomiast nie przekroczyła czterech. Przyjmowane regularnie od 27 lat rezolucje są jednak tylko gestem, bo nie ma mechanizmu pozwalającego wymusić na Stanach Zjednoczonych zastosowanie się do nich.
Stanowisko wspólnoty międzynarodowej nie zraża Waszyngtonu, który „wie lepiej” i ma własną koncepcję, do czego służą sankcje. Jak stwierdziła amerykańska ambasador przy ONZ Nikki Haley, wspólnota międzynarodowa głosując przeciwko sankcjom uderza nie w amerykańską politykę (tu akurat miała rację, biorąc pod uwagę bezsilność ONZ), ale przeciwko Kubańczykom i prawom człowieka, których Waszyngton mieni się nie tylko obrońcą, ale i promotorem. Bardziej konkretny i mniej owijający w bawełnę był prezydencki doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego John Bolton, który informując o nowych sankcjach oznajmił, iż USA nie będą dłużej przyzwalać na działania dyktatorów. Chodziło mu o prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro, prezydenta Nikaragui Daniela Ortegę i kubańskiego przywódcę Raúla Castro, których wyśmiewał, porównując do bohaterów starego serialu komediowego “The Three Stooges” (z grubsza: “Trzech cymbałów”). Najwyraźniej mu przy tym umknęło, że 87-letni Raúl Castro, choć zachował funkcję pierwszego sekretarza Komunistycznej Partii Kuby, od kwietnia nie jest już prezydentem. Na Kubie dokonuje się wymiana pokoleniowa przywództwa, czego sygnałem był wybór na prezydenta Miguela Díaz-Canela.

 

Amerykańska wykładnia mówiąca, że sankcje mają na celu „wyzwolenie Kubańczyków spod rządów opresyjnego reżimu” przekłada się na bardzo konkretne szkody,

jakie od czasu wprowadzenia blokady ponosi nie tyle państwo kubańskie, co kubańskie społeczeństwo. Zgodnie z oceną kubańskich władz zakumulowane szkody poniesione przez Kubę i jej mieszkańców, po uwzględnienie spadku wartości dolara, sięgają kwoty 933 678 mln dolarów. Tylko w okresie od kwietnia 2017 r. do marca 2018 r. Szkody wyrządzone przez sankcje można szacować na 4 321 mln dolarów. Nie można jednak sankcji sprowadzać tylko do suchego wymiaru finansowego. Ten bowiem przekłada się nie tylko na sytuację gospodarki kubańskiej – eksportu, importu, energetyki, transportu itd. – ale też i bezpośrednio na bezpieczeństwo żywnościowe Kuby. Nadto ma konsekwencje dla służby zdrowia, systemu oświaty, a nawet działalności kubańskiej służby zagranicznej, co w praktyce ogranicza suwerenność państwa kubańskiego jako podmiotu prawa międzynarodowego.
Kuba zwraca uwagę, że amerykańska blokada nie polega tylko na wygaszeniu handlu i transferów finansowych między nią samą a USA, ale przez władze amerykańskie jest traktowana jako instrument działający na całym świecie. Do stosowania się do sankcji są przymuszane wszystkie podmioty, które prowadzą jakąkolwiek działalność w Ameryce. Biorąc pod uwagę wielkość amerykańskiej gospodarki i poziom umiędzynarodowienia kapitału, niewiele jest więc takich, które nie narażałyby się na restrykcje.

 

Ludzki wymiar tego kosztu okazuje się niepoliczalny.

„Walka o demokrację na Kubie” w praktyce oznacza brak dostępności lekarstw, sprzętu medycznego czy części niezbędnych do jego eksploatacji, lub też konieczność jego pozyskiwania przez strony trzecie, które decydują się omijać sankcje, ponosząc przy tym ryzyko arbitralnych finansowych kar nakładanych na nich (lub ich partnerów) przez władze USA. Sankcje dotykające system edukacyjny blokują system stypendialny i możliwości wymiany edukacyjnej i naukowej z zagranicą.
Jako jedne z nielicznych państw w zdominowanym przez kapitalizm świecie Kuba – zgodnie ze swoją konstytucją – zapewnia swoim obywatelom tak dostęp do służby zdrowia, jak i do oświaty. Utrzymanie ich na wysokim poziomie – co dotąd się udaje, bo kubański system opieki zdrowotnej mógłby być przedmiotem zazdrości Amerykanów (np. Kuba ma jeden z najniższych na świecie wskaźników śmiertelności noworodków – 4/1000) w takich warunkach wiąże się z ogromnym wysiłkiem. I tak trwa to już niemal 60 lat.

Dobrzy i źli według Boltona

John Bolton, doradca prezydenta USA ds. bezpieczeństwa narodowego opiewa Jaira Bolsonaro, uznając go za promotora wolności w regionie, nie zważając na to, że prezydent elekt wychwala brazylijską dyktaturę. Jednocześnie Bolton zapowiada akty agresji wobec Kuby i Wenezueli.

 

Nowy prezydent Brazylii, który zapowiada w swoim kraju rozprawę z lewicą nazywając jej przedstawicieli „czerwonymi śmieciami” i bezpardonowo atakuje wszelkie mniejszości cieszy się poparciem dwóch kluczowych sił światowego kapitalizmu: międzynarodowej finansjery i rządu Stanów Zjednoczonych, co oczywiscie podoba się Waszyngtonowi. Podczas niedawnego wystąpienia w Miami John Bolton wychwalał Bolsonaro. Ustawił go w jednym szeregu z prawicowym prezydentem Kolumbii Ivanem Duque, wspieranym w kraju przez kartel narkotykowy Czarne Orły, uznając ich za gwarant wolności i pomyślności Ameryki Łacińskiej oraz najważniejszych sojuszników USA w regionie.

– Przywódcy o bliskim nam sposobie myślenia, którzy wygrali ostatnio wolne wybory w kluczowych krajach, m.in. Ivan Duque w Kolumbii i Jair Bolsonaro w Brazylii, są wielką nadzieją przyszłości całego regionu. Dają świadectwo pełnego oddania wardościom wolnego rynku i przejrzystych, odpowiedzialnych rządów – oświadczył Bolton.

Zapowiedział jednocześnie obranie „ostrego kursu” przeciwko Wenezueli, Kubie i Nikaragui, uznając te postępowe kraje, symbole antyimperialistycznego oporu, za „krwawe dyktatury”.

– Za kadencji prezydenta Trumpa Stany Zjednoczone podejmą bezpośrednie działania przeciwko wszystkim tym trzem reżimom, by bronić w ten sposób rządów prawa, wolności i ludzkiej godności w regionie – grzmiał John Bolton.

Ostrzeżenia te zgodne są z coraz powszechniejszymi odczuciami społeczności międzynarodowej, że w którymś z tych krajów USA może dopuścić się interwencji zbrojnej w ich „starym stylu”, znanym z lat 70. i 80., kiedy aktywnie wspierali latynoamerykańskie dyktatury – oczywiście pod „sztandarem wolności”. Od ponad roku ludzie związani z rządem Donalda Trumpa sugerują, że poważnie rozważają atak na Wenezuelę „w obronie demokracji”. Nastąpiło również zupełne odwrócenie kierunku politycznego w stosunku do Kuby, jaki został obrany przez USA pod koniec kadencji Baracka Obamy. Zarówno wobec Kuby, jak i Wenezueli, Bolton zapowiedział wprowadzenie nowych sankcji.

Bolton, jedna z głównych postaci administracji Trumpa, nie pozostawia wątpliwości, że USA zamierzają realnie zagrozić postępowym rządom: – Nie czas na cofanie się. To czas na zwiększenie nacisków, nie na łagodzenie ich.