Inżynieria społeczna

Z dr. Robertem Sobiechem, dyrektorem Centrum Polityki Publicznej Collegium Civitas, rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

Odbyły się trzy konwencje głównych sił politycznych. W piątek KO, w sobotę PiS i PSL. Powoli klaruje się nam kampania?
To na pewno. Warto zauważyć w tym kontekście, że każda z trzech koalicji inaczej rozkłada akcenty i kieruje przekaz do innych grup wyborców. To, co jest smutne, to to, że na przedstawienie pomysłów i ich uwiarygodnienie partie wybrały ostatni miesiąc kampanii. Z dużym prawdopodobieństwem będziemy mieli do czynienia ze swoistym szumem informacyjnym, czymś, co w reklamie nazywa się clutter – nagle pojawi się wiele komunikatów i przekazów.
Podejrzewam, że kampania będzie przypominać drogę do Zakopanego, gdzie billbooardy przysłaniają nie tylko szerszy krajobraz, ale i same siebie.
Jak ocenia pan konwencję KO i koncyliacyjne wystąpienie kandydatki na premiera Małgorzaty Kidawy-Błońskiej?
Głównym nurtem narracji było to, że będziemy mniej atakować przeciwnika, a bardziej skupimy się nad tym, co w Polsce trzeba zrobić. W związku z tym te postulaty, które były adresowane do różnych grup w ramach poszerzenia sześciopaku Schetyny, wyglądają przekonująco. Niektóre są bardzo trafione, jak kwestia podziału ludzi starszych na tych, którzy są aktywni, których będzie się zachęcać do pracy, i na tych, którzy wymagają opieki – wówczas to ich rodziny powinny dostać wsparcie. To bardzo dobry pomysł. Zabrakło mi tylko sprecyzowanej narracji, takiej ramy, która by wszystko spinała. „”Jutro może być lepsze” jest ciekawym hasłem, ale wymaga dopowiedzenia, dlaczego dziś nie jest dobrze. Bez tego nie wiem, czy do końca przekona tych, którzy jeszcze się zastanawiają, na kogo zagłosować.
Małgorzata Kidawa-Błońska zapowiedziała wprowadzenie związków partnerskich, wcześniej zrobił to Schetyna. To wystawianie się na wojnę ideologiczną, co PiS bardzo lubi?
To nie była eksponowana część programu. Znacznie więcej uwagi poświęcono zdrowiu czy edukacji.
Pułapka zastawiona przez PiS to sprowadzenie związków partnerskich wyłącznie do związków osób homoseksualnych. Tymczasem w Polsce rozwodzi się rocznie ponad 60 tys. par, co czwarte dziecko rodzi się w związkach pozamałżeńskich. To bardzo duża grupa osób, która pozostaje poza wsparciem udzielanym formalnym związkom. Koalicja Obywatelska zdaje sobie sprawę, że związki partnerskie to jeden z priorytetów dla koalicji lewicowej i wygląda na to, że nie zamierza się w tej kwestii ścigać.
Jarosław Kaczyński w swoim wystąpieniu na konwencji programowej dużo czasu poświecił krytyce rządów PO. Dlaczego?
Przemówienie, a właściwie wykład Jarosława Kaczyńskiego składał się z trzech części. Pierwsza, która nie wzbudziła wielkiego entuzjazmu publiczności, dotyczyła wartości. Godność, rodzina, naród, solidarność, wolność – do większości z tych wartości odwołują się i inne partie.
Kluczowym elementem wystąpienia była diagnoza państwa polskiego i społeczeństwa w ostatnich 30 latach. Spodziewałem się, że PiS zarzuci już wątek elit postkomunistycznych, któe po 30 latach albo już nie żyją, albo są w wieku emerytalnym. Kaczyński po raz kolejny powrócił do tej kwestii. Wedle niego żyjemy w czasach późnego postkomunizmu.
W tej diagnozie zabrzmiały bardzo niepokojąco dwie kwestie. Po pierwsze, że w tym późnym postkomunizmie nie stworzono nowego aparatu państwowego. To oznacza, że w instytucjach państwa nadal pracują osoby postkomunistycznego porządku. To bardzo niepokojący sygnał dla kilku pokoleń młodych Polaków – sędziów, nauczycieli, lekarzy, policjantów czy urzędników, którzy pracują w sektorze publicznym. Okazuje się, że po 30 latach należy stworzyć nowy aparat, wprowadzić nowe kadry. Ostania afera w Ministerstwie Sprawiedliwości pokazuje, jak może wyglądać tworzenie nowego aparatu państwowego. To sygnał, że PiS gotowy jest na wprowadzenie kolejnych zmian w instytucjach państwa. Po drugie, okazuje się, że błędem ostatnich 30 lat było to, że nie zbudowano nowej hierarchii społecznej. To ważny sygnał dla tych, którzy przez te 30 lat własną pracą i umiejętnościami zbudowali swój dobrobyt, pozycję zawodową czy wykształcenie. Wedle prezesa Kaczyńskiego wymaga to zmiany, wymaga stworzenia nowej hierarchii społecznej.
Zapachniało wielką rewolucją Mao?
Trochę tak, oczywiście zachowując odpowiednie proporcję i kontekst. Widać to chociażby w rozróżnieniu płac dla nowo powołanych (np. w Izbie Dyscyplinarnej SN), jak często zmienia się obsada wysoko opłacanych stanowisk w zarządach spółek Skarbu Państwa, a także jakie budżety mają nowo powoływane instytucje. W ten sposób PiS chce zmienić przynajmniej strukturę dochodów i prestiżu, zbudować własną elitę.
Jest to szalenie niepokojący sygnał, bo to jest taka inżynieria społeczna, która moim zdaniem jest kontynuacją modelu węgierskiego: wyrzucimy stare elity i wstawimy swoje.
Ta część przemówienia pokazała, jak zapewne będzie wyglądać kampania wyborcza. Jarosław Kaczyński wprost powiedział, że na początku wieku miał nadzieję, że PO nie będzie odtwarzała systemu komunistycznego, a praktyka pokazała, że elity postkomunistyczne dokonały kooptacji części opozycji demokratycznej. Tu rozpoczęła się długa lista oskarżeń pod adresem PO, a w szczególności Donalda Tuska. To były oskarżenia bardzo ciężkiego kalibru, np. trudny do wyobrażenia w demokratycznym państwie, niczym niepotwierdzony zarzut, że Tusk podporządkował całą polską politykę zagraniczną temu, aby zdobyć stanowisko w UE. Podejrzewam, że cała kampania PiS-u to będzie nieustanne przypominanie 8 lat w głównym kontekście, że “tamta władza ukradła miliardy i nie dała nic obywatelom” i tylko PiS zapobiegnie powrotom tego, co było.
Jarosław Kaczyński zapowiedział też kolejne socjalne rozdawnictwo.
Tak, co jego spece od marketingu nazwali hattrickiem Kaczyńskiego. Tu jednak nie było mowy o oddawaniu części pieniędzy, które każdy z nas oddaje w różnej formie podatków. Obietnica wzrostu płacy minimalnej dotyczy przedsiębiorców.
Dwie trzynaste emerytury za dwa lata oznaczają, że w 2020 roku nie będzie zwiększenia emerytur. Zapowiedź zrównania dopłat dla rolników to czysta futurologia, tu nie padły nawet żadne daty. Ze zrozumiałych względów prezes nic nie mówił o obszarach, w któych PiS sobie kompletnie nie radzi, jak ochrona zdrowia, edukacja, kwestia klimatu.
Na konwencji PiS krytykowano Schetynę, Tuska, ale nazwisko Kidawy-Błońskiej nie padło…
To jest bardzo sprytne zagranie Grzegorza Schetyny i PiS jeszcze nie wie, jaką ma stosować w tym kontekście komunikację Nie mam jednak złudzeń, że w końcu pojawią się negatywne wątki dotyczące marszałek Kidawy-Błońskiej, wpisujące się w narrację o późnym postkomunizmie.
PiS po raz kolejny stawia na rozdawanie pieniędzy, KO na pracę, która musi się opłacać. To może zadziałać?
Nie nazwałbym transferów typu 500+ rozdawnictwem. Takie wsparcie dla rodzin istnieje w większości państw europejskich. PiS zdecydował się wypłacać zasiłki w wysokości porównywalnej z Austrią czy Francją, a więc państw znacznie bardziej zamożnych od Polski. Nic więc dziwnego, że dla znacznej części rodzin było to znaczące wsparcie rodzinnych budżetów. W większości państw o poziomie zamożności obywateli decyduje wysokość dochodów uzyskiwanych z pracy. Jeżeli KO będzie jasno komunikować, że ci, którzy ciężko pracowali przez ostatnie lata, zasługują na różne formy wsparcia ze strony państwa i warto przeznaczać pieniądze podatków także na inne usługi publiczne, jak zdrowie, edukacja czy czyste powietrze, których nie można kupić za 500 zł. – to będzie inna narracja niż narracja PiS-u. PiS nie mówi o owocach ciężkiej pracy. Mało tego,
Obrazek poprzedzający wystąpienie prezesa, w którym 5-osobowa rodzina mówiła, jak to z 500+ finansuje zajęcia dodatkowe wakacje, a na dodatek pozwoliło im na wybudowanie domu, to dla większości Polaków czysta fikcja.
Jeżeli KO stworzy przekaz, że będzie wspierać pracujących i ich zaangażowanie w pomnażanie własnego dobrobytu, to może być silną przeciwwagą dla tego, co od 4 lat mówi PiS. Niestety, w konwencji KO ten wątek pojawił się śladowo.
W sobotę mieliśmy też konwencję PSL-Kukiz 15, która rozmachem i treścią wyraźnie odbiegała od konwencji KO i PSL. Jak pan ocenia spotkanie ludowców?
Tu mieliśmy bardzo rozproszony przekaz. Teoretycznie PSL w połączeniu z Kukizem może stanowić ciekawą alternatywę dla ludzi z małych miejscowości, może też częściowo mieszkańców wsi. W porównaniu z wystąpieniem sprzed kilku tygodni sobotnie wystąpienie Kosiniaka-Kamysza było bardzo niespójne. Z jednej strony, mówił o tym, że będzie wspomagał emerytów, a z drugiej, że mali przedsiębiorcy nie będą musieli płacić ZUS-u. Przecież to bieżące składki ZUS-owskie pracujących stanowią podstawę wypłacania comiesięcznych emerytur.
Natomiast w wystąpieniu Pawła Kukiza pojawił się ciekawy wątek odnośnie do zakusów PiS, aby powtórzyć wybory samorządowe; pod pretekstem wprowadzenia nowych województw.
Zdaniem Kukiza PiS pod tym pretekstem rozpisze wcześniejsze wybory do samorządu.
To bardzo niepokojący sygnał dla wielu samorządowców, którzy dopiero co otrzymali społeczny mandat do rządzenia w swoich społecznościach.

Jutro należy do nich

„To czas na jednoczenie się. To jest ten moment właśnie” – powiedział (słusznie) pewien znany polityk (podpowiem: to obecnie najbogatszy poseł RP. Skromny milioner, który powtarza, że „pieniądze nie są ważne”).

 

I niewątpliwie byłyby to słowa niezwykle krzepiące, gdyby wypowiedział je sygnatariusz lewicowego porozumienia o współpracy, pragnący zrobić użytek z tych swoich milionów i zapewnić inicjatywie innej niż prawicowa albo ultraprawicowa reprezentację w kolejnym parlamencie. Ale niestety, polityk, który wypowiedział te słowa, dodał również za chwilę: „Budowano gębę taką brzydką narodowcom. Myślę, że przez te lata, które pracuję już w parlamencie pokazałem twarz narodowca trochę inną i powiem szczerze, że coraz większe zainteresowanie jest tym projektem. Bardzo mnie to cieszy, kocham to środowisko”.
Jaką twarz pokazał ów poseł podczas swojej dotychczasowej kadencji? Między innymi twarz seksisty (Justyna Samolińska miałaby tu zapewne więcej do powiedzenia o propozycji wspólnego udania się z owym politykiem do toalety), homofoba (życzliwy wpis adresowany do Dariusza Michalczewskiego na Facebooku: „Życzę ci mamusi z fujarką zamiast piersi, będziesz miał co ssać!”),antysemity („17 września 1939 r. napadł na nas odwieczny wróg wschodni – sowiecka Rosja, a Żydzi witali ich kwiatami. Pytam, gdzie byli Żydzi kiedy 500 tys. Polaków w ciągu roku wymordowano na ich oczach? 2 miliony Polaków wsadzono do wagonów śmierci i wywieziono na Syberię. Czy jest choć jeden Polak uratowany przez Żydów? A to oni stanowili władzę na tamtych terenach”), antyuchodźczego ksenofoba (w wywiadzie dla „SE” stwierdził, że Arabowie nie nadają się do warzenia piwa, bo to dla nich zbyt skomplikowana praca. Imigranci lepiej sprawdzą się w agroturystyce, rolnictwie, np. przy zbieraniu ziemniaków. „Trudniejsze zadania są jednak poza ich zasięgiem, bowiem zbyt często, bo aż pięć razy dziennie, się modlą”).
To polityk, który autentycznie kocha tych swoich narodowców. Skąd to wiem? Bo miłość jest ślepa, a więc oślepł i on: chociaż cały świat widział faszystowskie hasła na ubiegłorocznym Marszu Niepodległości, jego jakoś to ominęło („Tysiące ludzi tego nie widziało, w tym i ja. Ja widziałem kombatantów i ludzi na wózkach”). W ludziach od wafelkowych swastyk również nie widział problemu. „To absolutnie psychiatryczne przypadki”, jakaś reszta, margines robiący złą prasę szlachetnym chłopcom z falangami.
Pod nosem powstaje nam więc partia narodowców: Federacja dla Rzeczypospolitej. W jej skład chcą wejść między innymi Krzysztof Bosak, Robert Winnicki i Adam Andruszkiewicz. A my nadal czyścimy własne szeregi, fantazjując o tym, dla kogo znajdzie się cela.

Kukiz zaplusuje

W ferworze toczącego się sporu o Trybunał Konstytucyjny oraz narastającego konfliktu między rządzącym PiS a opozycyjną PO ugrupowanie Kukiza przedstawiło pomysł, który może pogodzić obie zwaśnione strony. Oraz spodobać się obywatelom.

Klub parlamentarny Kukiz’15 – ten, który nie potrafi się zdecydować, czy jest w opozycji, czy też popiera rządzącą większość z PiS – postanowił zapunktować wśród wyborców przygotowując projekt, który może spodobać się wyborcom w zasadzie wszystkich partii politycznych oraz tych, którzy nie popierają żadnego z ugrupowań. Politycy tego ruchu zaproponowali zrównanie sytuacji parlamentarzystów i zwykłych obywateli pod kątem płaconych przez nich podatków. Postulują oni otóż zrównanie kwoto wolnej od podatku parlamentarzystów z tą obowiązującą każdego podatnika.

Równi i równiejsi

Posłowie klubu Pawła Kukiza wytknęli, że posłowie korzystają z uprawnienia, które gwarantuje im aż o 10 razy wyższą kwotę wolną od podatku niż ta, jaka obowiązuje większość obywateli.

W przypadku przeciętnego obywatela kwota wolna od podatku – chodzi o roczne o zarobki – wynosi 3091 zł. Oznacza to, że od takiej kwoty w skali roku nie musimy odprowadzać podatku. Tymczasem w przypadku posłów owa kwota przekracza 30 tys. zł rocznie, jest więc aż 10 razy wyższa. Takie rozwiązanie przekłada się nie tylko na budżety posłów, których dochody i tak nie są małe, ale również na budżet państwa. Gdyby posłowie rozliczali swoje dochody, uzyskiwane z tytułu pełnienia tej funkcji, na tych samych zasadach, jakie dotyczą pozostałych podatników, budżet państwa byłby bogatszy o co najmniej 3 mln zł rocznie. Nie tego dotyczą jednak zarzuty przedstawione przez działaczy ugrupowania Kukiza. Ich zdaniem, takie rozwiązanie zaprzecza zasadzie równości obywateli wobec prawa, w tym przypadku – prawa podatkowego.

– Walczymy z nieuzasadnionymi przywilejami dla partii politycznych. Prawda jest taka, że obywatele w Polsce nie są równi, bo posłowie mają dziesięciokrotnie wyższą kwotę wolną od podatku od zwykłych ludzi. To skrajna niesprawiedliwość – stwierdził wicemarszałek Sejmu i poseł Kukiz’ 15, Stanisław Tyszka.

Działacze od Kukiza poinformowali, że złożyli już projekt w tej sprawie do laski marszałkowskiej. Zakłada on wyrównanie kwoty wolnej płaconej przez posłów z tą, jaką płaci większość podatników, a więc jej obniżenie do 3 tys. zł. Oczywiście, działacze tego ruchu zakładają, że taka propozycja może nie znaleźć zrozumienia większości parlamentarzystów, którzy mogą nie mieć ochoty na poniesienie aż takich wyrzeczeń na rzecz społeczeństwa, o poparcie którego zabiegają w kampaniach wyborczych. Dlatego, przewidując ewentualne niepowodzenie swojej inicjatywy podczas głosowań w Sejmie, Kukizowcy przewidują też rozwiązanie alternatywne. Polega ono na tym, by zwiększyć kwotę wolną od podatku do poziomu obowiązującego posłów wszystkich podatników, a więc do kwoty 30 tys. zł. Jest to kwota zdecydowanie wyższa niż ta, jakiej wprowadzenie dla wszystkich podatników zakładała obecna większość z PiS, którego politycy mówili o ok. 8 tys. zł kwoty wolnej od podatku rocznie. Oczywiście, okazało się, że PiS nie jest obecnie w stanie zrealizować tej obietnicy wyborczej.

Propozycja parlamentarzystów Kukiz’15 ma być „sprzedawana” jako walka z nieuzasadnionymi przywilejami posłów i senatorów. Przedstawiając ją, nie poinformowano jednak dokładnie, iż wynagrodzenia pobierane przez „przedstawicieli narodu” są zróżnicowane, ponieważ nie każdy z nich jest posłem zawodowym, a więc pobiera uposażenie wynikające z pełnionej funkcji jako jedyny dochód, rezygnując w ten sposób z dotychczasowej pracy zarobkowej. Część poselskich uposażeń (diety) w ogóle zaś nie podlega opodatkowaniu, czyli nie można ich w ten sposób rozliczać.

Jak zagłosują?

Nie trzeba być wróżką, by przewidzieć, że większość posłów nie poprze takiego rozwiązania w trosce o własne apanaże. Zwłaszcza, że dopiero co podnieśli sobie oni uposażenia o ponad 1 tys. zł. Mimo to, propozycja zgłoszona przez klub Kukiz’15 ma sens i niekoniecznie jest ona populistyczna, o co zapewne zostaną oskarżeni jej autorzy.

Propozycja ta odwołuje się do zasady równości obywateli wobec prawa – zasady będącej jedną z podstaw porządku prawnego obowiązującego w naszym (i nie tylko naszym) kręgu kulturowym. Równość wobec prawa obejmuje wszak nie tylko prawo karne. Politycy od Kukiza mogą się więc powoływać nie tylko na tradycję, ale wprost na Konstytucję RP (art. 32 ust. 1). I zapewne będą się na te zasady oraz zapisy powoływać.

Mimo to, taka propozycja zapewne nie zostanie poparta przez większość parlamentarzystów. Nie sam wynik głosowania może mieć jednak w tym przypadku znaczenie, co jego przebieg oraz informacja o tym, kto jak w tej sprawie głosował – jak decydowali poszczególni posłowie oraz kluby poselskie. A to już będzie znacząca informacja dla wyborców, którym w przypadku jakichkolwiek wyborów czy decyzji będzie można przedstawiać wyniki takiego głosowania i chłostać nimi konkurentów, oskarżając ich o prywatę bądź populizm.

Nie wiadomo w tej chwili, jakie intencje przyświecały działaczom związanym z Kukizem poza tym, by zwrócić na siebie uwagę i spełnić oczekiwania tych, którzy na to „antysystemowe” ugrupowanie głosowali w ubiegłorocznych wyborach parlamentarnych. Takich działań oczekiwała od nich znaczna część ich wyborców. Oczekiwała rozbicia dotychczasowego „układu” i wbicia klina w dotychczasowe elity polityczne. I ten projekt ustawy doskonale wpisuje się w te oczekiwania.

Uprzywilejowani

Przy okazji warto przypomnieć, że utrzymywani z naszych podatków parlamentarzyści cieszą się szeregiem innych przywilejów. Można do nich zaliczyć chociażby bezpłatne przejazdy transportem publicznym na terenie całego kraju, podczas gdy pozostali obywatele muszą płacić za bilety. Nawet, jeśli ich dochody niekiedy drastycznie ograniczają im tę możliwość. Dodatkowo, posłowie i senatorowie mają pokrywane koszty wydatków na benzynę na swoje wojaże, co – jak wiemy – niejednokrotnie wykorzystywali oni do swoich celów prywatnych. Mogą również korzystać z mieszkań służbowych, których koszt jest albo bardzo niski, albo w całości pokrywany przez Kancelarię Sejmu bądź Senatu.

Mają więc oni nie tylko dochody przekraczające wielokrotnie średnią płacę – a i tak uzyskiwaną przez nielicznych pracowników – ale też ich codzienne koszty życia są pokrywane ze środków publicznych. Nie muszą się martwić o takie sprawy, jak ubezpieczenie zdrowotne czy emerytalne. Nie stoją też zwykle w kolejkach do lekarzy. Także wiele innych wydatków, w różny sposób rozliczanych, mogą nasi reprezentanci narodu wliczać sobie w koszt swojej działalności „społecznej” i „ku chwale Ojczyzny”.

Świadomość owych wyjątkowych przywilejów reprezentantów (no właśnie czyich – władzy czy społeczeństwa?) jest coraz większa wśród obywateli. I wywołuje rosnące niezadowolenie, a wręcz wściekłość tych, którzy o każdy grosz muszą walczyć czy to z państwem, czy to z prywatnym kapitalistą, u którego są zatrudnieni. Parlamentarzystów zatrudnia zaś państwo, czyli my wszyscy.

Z punktu widzenia interesów organizacji Kukiza propozycja zrównania kwoty wolnej płaconej przez posłów i zwykłych podatników powinna zostać rzucona tuż przed wyborami, bo to właśnie wówczas rządzący i opozycja prześcigają się w składaniu obietnic wyborcom. Kukizowcy też jednak w coś grają w obecnym konflikcie.

Sprawdzian

W tych okolicznościach propozycja klubu Kukiz’15 warta jest uwagi, niezależnie od tego, że zapewne niektórzy nazwą ją populistyczną. Zwłaszcza ci, którzy zasiadają obecnie w parlamencie i z tego tytułu czerpią bardzo wymierne korzyści materialne. Niestety, dla niektórych to jest główny cel ich zaangażowania w politykę i Polacy coraz lepiej i boleśniej zdają sobie z tego sprawę.

Posłowie nie poprą tej propozycji, podobnie jak nie poparliby innych pomysłów ograniczenia przywilejów, jakimi się cieszą. Dla wyborców ważny jednak będzie wynik głosowania i zachowanie w pamięci tego, kto jak w tej sprawie zagłosował. Wbrew pozorom, pamięć wyborców nie jest aż tak krótka.