Gra w zamykanego

Ta gra dotyczy nie tylko placówek kultury: kin, teatrów, muzeów, filharmonii. Ale właściwie prawie wszystkiego, co żywe i próbuje działać mimo pandemii.

Trudno tu wskazywać winnego, choć powtarzające się zarzuty o panujący chaos w decyzjach władz, podejmowanych pod naciskiem chwili i nerwowo, powinny rządzącym dać do myślenia. Tak czy owak, zostawiwszy na boku „wieczne pretensje”, jakie zawsze w takich sytuacjach się wzmagają, pora postawić pytanie:
jak przetrwać w czasie trudnym
żeby nie zwariować? Czy naprawdę jedyną metodą uniknięcia najgorszego, czyli szalejącej fazy pandemii, jest zamknięcie. Zwłaszcza że mądrzy ludzie przestrzegają, że stan pandemii może jeszcze potrwać rok albo i dwa.
Dotychczasowe doświadczenia naszych wielkich i małych (regionalnych) lockdownów niekoniecznie potwierdzają zbawienny wpływ izolacji na przebieg pandemii. Owszem, dystans społeczny, zachowanie zasad zachowania (maseczki noszone jak należy), to na pewno pomaga. Ale czy nie można znaleźć takiego sposobu funkcjonowania – myślę tu o całej sferze kultury i wspólnotowego przeżywania sztuki – który dawałby poczucie bezpieczeństwa nie mniejsze niż w sklepie czy środkach transportu, a jednocześnie przeciwdziałałby bolesnemu poczuciu społecznej izolacji.
Niedawno Prezes Polskiej Akademii Nauk profesor Jerzy Duszyński zasugerował, że pora najwyższa opracować takie zasady działania hoteli, restauracji, kawiarni, transportu miejskiego i placówek kultury, które mogłyby działać w warunkach pandemii dając przynajmniej częściowe poczucie życia społecznego, a jednocześnie zapewniając optymalne warunki bezpieczeństwa.
Tymczasem Instytut Teatralny im, Zbigniewa Raszewskiego publikuje kolejne części
raportu z pola walki
opracowanego na podstawie badań ankietowych i indywidualnych rozmów z twórcami kultury o sposobach działania, przetrwania w trakcie pandemii. To bardzo ciekawy materiał, dający do myślenia i potwierdzający, że artyści, organizatorzy życia kulturalnego nie ustają w poszukiwaniu sposobów zachowania ciągłości istnienia instytucji artystycznych, choć nie zawsze to okazuje się możliwe.
Publikacja raportu jeszcze trwa, towarzyszą jej debaty poświęcone (dostępne online) poszczególnym częściom tego wielkiego badania, za wcześnie więc na ich podsumowanie. Zanim przyjdzie na to pora, warto jednak zacytować fragment podsumowujący pierwszą część raportu „W poszukiwaniu strategii. działania instytucji teatralnych w czasie pandemii” autorstwa Marka Krajewskiego i Macieja Frąckowiaka (przy współpracy Kamila Pietrowiaka, Waldemara Rapiora i Janiny Zakrzewskiej):
„Tym, co uderzało nas w trakcie wywiadów prowadzonych z dyrektorami i dyrektorkami teatrów, było niezwykle głębokie urefleksyjnienie kryzysu spowodowanego przez pandemię w tego typu instytucjach. Ta refleksyjność nie musi być oczywiście traktowana jako coś zaskakującego – jak się wydaje, sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy, była rodzajem awarii systemu, zawieszenia oczywistości świata, wytrącenia z rutyn i przyzwyczajeń, a to właśnie w takich momentach zaczynamy się zastanawiać nad rzeczywistością, sposobem jej funkcjonowania, na relacjami, które łączą nas z innymi. Wiele wypowiedzi naszych respondentów wskazuje jednak na to, że są oni ogromnie zaangażowani w ratowanie swoich instytucji i zespołów, że ostatnie miesiące to dla nich okres niezwykle trudny, bo nie tylko związany z niepewnością co do przyszłości, ale też z nieustannym trudem podejmowania kluczowych decyzji, za które odpowiada się jednoosobowo”.
Trudno o bardziej
krzepiące wnioski,
trudno o lepsze sposoby naprawy sytuacji od tych, które rodzą się z doświadczeń i możliwości twórczych tych, którzy przewodzą placówkom kultury – w tym przypadku teatrom. Podobne wrażenie odnosiłem wiosną ubiegłego roku, kiedy w okresie pierwszego lockdownu zwróciłem się do dyrektorów teatrów warszawskich z pytaniami o kondycję ich zespołów, a m.in. o sytuację, jaką wywołała pandemia. Pierwsze odpowiedzi sprzed roku okazały się tak naprawdę najlepszymi receptami na dolegliwości czasu zamknięcia.
Adam Sajnuk,
dyrektor artystyczny offowego Teatru WARSawy opowiadał się przeciw teatrowi on line: „teatry to grupa, która nigdy nie jest uprzywilejowana, bo to była pierwsza grupa dotknięta zakazem działania i ostatnia, którą uwolniono – i tak się dzieje zawsze, przy wszelkich innych zakazach. Jesteśmy zwyczajnie traktowani nierówno, a teatr jest przecież miejscem refleksyjnym, to też rodzaj świątyni. Teatry zamknięto w pierwszym rozdaniu i otwarto w ostatnim rozdaniu. Tak jakby tam właśnie najwięcej było zagrożenia… Zapomina się o tym, że jest widz i że ludzie potrzebują teatru. Głęboko w to wierzę i ciekawy jestem jaki to będzie mieć skutek: czy widzowie wrócą, czy zapomną – tutaj mówię głównie o teatromanach, nie o nowej publiczności. To na pewno duża grupa, która chodziła do teatru – sam zadaję sobie pytanie: czy ludzie wrócą do teatru, czy przerzucą się do sieci. Mam nadzieję, że online nie zabierze nam żywego widza. Jestem przeciwnikiem teatru online, bo teatr z natury rzeczy powinien być blisko widza: by czuł – to jest fenomen teatru i to różni żywy teatr od kina i teatru tv”.
Drogę środka proponowała wybrać dyrektorka Teatru Żydowskiego Gołda Tencer: „Od razu, kiedy zamknięto instytucje kultury postanowiłam, że będziemy grali w sieci – i to nie sporadycznie, ale że zaproponujemy widzom stały repertuar. Daliśmy w tym czasie ponad 50 wydarzeń, w stałe dni tygodnia. Spektakle archiwalne, czytania poezji, spotkania z piosenką żydowską, czytania performatywne sztuk, repertuar dla dzieci, filmy związane z Teatrem Żydowskim, koncert poezji Wisławy Szymborskiej, z jej udziałem nagrany tuż po otrzymaniu przez nią nagrody Nobla. Pracujemy na pełnych obrotach, angażując aktorów, technikę, administrację. W rocznicę wybuchu Powstania w Getcie Warszawskim nadawaliśmy program przez wiele godzin, od południa do późnego wieczora, jak telewizja, nie tylko transmisję spod Pomnika Bohaterów Getta, ale też wypowiedzi ważnych osobistości, a przede wszystkim relacje Ocalonych. Przez cały dzień obserwowałam zainteresowanie, żywe, wzruszające komentarze. To było wszystkim potrzebne – widzom, nam, i pamięci tych, którzy 19 kwietnia rozpoczęli Powstanie. W każdych warunkach walczymy o naszą obecność, o przetrwanie, spotykamy się z widzami. Teatr musi grać. Ale to pokazało też, że być może teatr w jakimś stopniu pozostanie w sieci. Dlatego zaczęliśmy próby do spektaklu online „Nie ma” Mariusza Szczygła w adaptacji i reżyserii Agnieszki Lipiec-Wróblewskie”.
Dodam tylko, że do realizacji „Nie ma” doszło i powstał jeden z najlepszych spektakli on line, konstruowany z myślą o życiu w sieci.
Paweł Sztarbowski,
dyrektor artystyczny Teatru Powszechnego projektował działania wyprzedzające: „Obecna sytuacja jest bardzo trudna dla wszystkich ludzi teatru, bo straciliśmy to, co w teatrze najważniejsze – możliwość zgromadzeń, a tym samym żywego i bezpośredniego kontaktu z widownią. Tej energii nie da się niczym zastąpić. Jednocześnie staramy się podtrzymywać kontakt z naszymi widzami poprzez działania realizowane w ramach projektu „Teatr minimum. Powszechny online”, które cieszą się dużym zainteresowaniem i dzięki nim możemy dotrzeć do widzów spoza Warszawy. Jeśli zaś chodzi o plany, to pandemia zastała nas w trakcie pisania projektu pod nazwą „Ekologiczny teatr przyszłości”. Już wcześniej zajmowaliśmy się tematem katastrofy ekologicznej, najsilniej chyba w spektaklu Jak ocalić świat na małej scenie? Obecnie wydaje nam się to kluczowy temat dla zrozumienia tego, co czeka nasz świat. W teatrze jesteśmy przyzwyczajeni do tego, by zajmować się światem społecznym, ludzkim. A obecna sytuacja kryzysu klimatycznego czy epidemiologicznego pokazuje, że należy rozszerzyć tę ramę społeczną, bo ona jest zbyt wąska, by odnaleźć sensowne rozwiązania. Wymaga to zmiany naszych przyzwyczajeń, być może przesterowania naszego dotychczasowego wyobrażenia teatru. Amerykańska badaczka, Una Chaudhuri, stworzyła pojęcie „piątej ściany teatru”, myśląc o patrzeniu w górę, w niebo i szukaniu widoku poza światem społecznym. Mówiliśmy już, że w Teatrze Powszechnym często w ostatnim czasie przekraczaliśmy czwartą ścianę teatru. Czas zatem na przekroczenie jego piątej ściany”.
Słuchajmy artystów. Lepiej niż urzędnicy odnajdują ścieżki wyjścia.

Dwaj mistrzowie

Finiszujący w ostatnich dniach ubiegłego roku festiwal filmów rosyjskich „Sputnik nad Polską” (już czternasty!) zakończył się spektakularnym triumfem dwóch uznanych mistrzów tej kinematografii – Andrieja Konczałowskiego i Andrieja Smirnowa. Pośród szeregu pokazanych podczas festiwalu wyróżniających się najnowszych rosyjskich produkcji Grand Prix przypadł filmowi „Drodzy towarzysze!” Konczałowskiego, po drugą zaś nagrodę sięgnął „Francuz” Smirnowa. A sam ostatni „Sputnik” – co koniecznie trzeba tu dodać – okazał się, jak zresztą wszystkie poprzednie, bardzo interesujący, a także niezwykle sprawnie w niecodziennych warunkach on line zorganizowany; ekipie Małgorzaty Szlagowskiej-Skulskiej znów należą się brawa.

Andriej Konczałowski (dawniej piszący się Michałkow-Konczałowski, jak wiadomo – syn poety i dramatopisarza Siergieja Michałkowa i pisarki i tłumaczki Natalii Konczałowskiej oraz starszy brat aktora i reżysera Nikity Michałkowa), filmowiec o bardzo obfitym, przy tym i tematycznie, i stylistycznie nader zróżnicowanym dorobku, laury za swe filmy zbiera już od ponad półwiecza, od dłuższego też już czasu cieszy się statusem żywego klasyka. Mnie po raz pierwszy urzekł jeszcze w połowie lat siedemdziesiątych – swą wtedy właśnie ukończoną „Romancą o zakochanych”, pięknie poetyzującą i patetyzującą sprawy najprostsze i najpowszedniejsze, a przecież dla ludzkiej egzystencji fundamentalne, do tego fascynującą swą odwagą i odkrywczością formalną, z nieledwie operową konwencją włącznie (Innokientij Smoktunowski w roli Trębacza!). Już po obejrzeniu „Romancy” poznawałem wcześniejsze filmy reżysera: powstały w 1965 roku jego błyskotliwy, stylizowany na radzieckie kino lat dwudziestych debiutancki obraz o porewolucyjnej walce nowego ze starym w kirgiskim aule – „ Pierwszego nauczyciela” według Czyngisa Ajtmatowa (cóż to był za świetny pisarz!) czy też nakręcone w 1969 roku „Szlacheckie gniazdo” według Turgieniewa, zniewalającą swą wizualną urodą nostalgiczną pieśń o dziewiętnastowiecznej Rosji, rzecz, w której wprawdzie zostało niewiele z dylematów rosyjskiego „zbędnego człowieka”, ale dostatecznie dużo o odrodzeniu przez cierpienie; ulubionej wtedy aktorce Konczałowskiego – Irinie Kupczenko, która grała Lizę, jako zjawiskowa Warwara Pawłowna partnerowała Beata Tyszkiewicz. Zaraz po „Szlacheckim gnieździe” pojawiła się, też szeroko komentowana i dyskutowana, kolejna ekranizacja rosyjskiej klasyki – Czechowowskiego „Wujaszka Wani” (1970); z kolei po „Romancy” Konczałowski wystąpił z epopeją „Syberiada” (1979), filmem-rzeką o dwudziestowiecznych dziejach dwóch syberyjskich rodów, w burzliwych czasach wielkich przemian to dzielonych wzajemną nienawiścią, to łączonych miłością. Nie zawsze jednak los mościł Konczałowskiemu drogę samymi różami: rozdygotany, niewesoły portret rosyjskiej wsi – „Historię Asi Klaczinej, która kochała, ale za mąż nie wyszła” (1967) skierowano na ponad dwie dekady na półki i przez ten czas skrupulatnie pomijano w biogramach reżysera. W końcu lat siedemdziesiątych Konczałowski wyjechał na dłuższy czas do Stanów Zjednoczonych, gdzie nakręcił sześć kolejnych filmów; choć zauważone tak w Stanach, jak i w Europie, olśniewających sukcesów artystycznych ani komercyjnych swemu twórcy nie przyniosły.
A w ciągu ostatniej dekady urodzony w 1937 roku Konczałowski przeżywa jakby drugą triumfalną młodość – każdy z wychodzących regularnie co dwa laty na ekrany jego nowych filmów staje się wydarzeniem. Niemal każdy też zdobywa nagrody na festiwalu w Wenecji, czym jakby domyka krąg jego filmowej drogi – bo przecież przed debiutanckim w pełnym metrażu „Pierwszym nauczycielem” była jeszcze krótkometrażówka „Chłopiec i gołąb” (1962), która przyniosła mu weneckiego Brązowego Lwa. Nakręcone w 2014 roku „Białe noce listonosza Aleksieja Triapicyna” – to liryczna opowieść o mieszkańcach rozrzuconej wśród jezior osady na rosyjskiej Północy. Bohaterką moralitetowego „Raju” (2016) jest paryżanka, rosyjska arystokratka, w czasie wojny zesłana przez hitlerowców do obozu za ukrywanie dwóch żydowskich chłopców; choć za sprawą od lat zakochanego w niej niemieckiego oficera może ocalić życie, dobrowolnie idzie do gazu w miejsce Żydówki, która podejmie się wychowania tych dzieci; tytułowy raj – to kraina nadludzi, o której marzy ów Niemiec, ale też wrota, w które wstępuje idąca na śmierć Rosjanka; metaforą piekła staje się obóz, w którym Żydówka recytuje w języku Dantego jego słynne strofy „Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją”. Dante pojawi się też w finałowej wizji bohatera „Grzechu” (2018), wielkiego Michała Anioła ze szczytowych lat jego aktywności, wciąż owładniętego szaleńczą pasją tworzenia, a przy tym szamoczącego się między sprzecznymi żądaniami potężnych mecenasów i miotającego się w poszukiwaniach, nie zawsze najszlachetniejszymi sposobami, środków na opiekę nad rodziną i pomocnikami – „boskiego” (bo wszyscy już go tak mianują) artystę uspokojeniem obdaruje dopiero spotkanie z duchem autora „Boskiej komedii”.

Dla młodszego od Konczałowskiego o cztery lata, skądinąd też wychowanka Michaiła Romma, aktora i reżysera Andrieja Smirnowa prawdziwym entrée w wielkie kino stał się „Dworzec Białoruski” (1970) – opowieść o czwórce frontowych druhów, teraz spotykających się na pogrzebie jednego z oficerów ich batalionu, które to spotkanie nieoczekiwanie przeradza się w swoisty sprawdzian ich dzisiejszych postaw i ideałów. Konstantin Simonow pisał, że film „odsłonił moralną siłę frontowego braterstwa i, co szczególnie ważne, pokazał tę siłę nie jako coś, co pozostało w dalekiej przeszłości, lecz jako wartość posiadającą wpływ na sprawy i czyny współczesne”; po latach wspominano, że obraz młodego reżysera „od razu stał się częścią narodowej świadomości tak, jakby istniał tam od zawsze, jak drzewo na polu”. Ale jednocześnie raz po raz i Smirnowowi piętrzyły się kłopoty: nakręconej cztery lata później „Jesieni”, kameralnej historii miłości dwojga trzydziestolatków, zarzucono zredukowanie osobowości bohaterów wyłącznie do sfery erotyki i przyznano bardzo niską kategorię dystrybucyjną; filmu najpewniej wówczas w ogóle nie udałoby mi się zobaczyć, gdyby nie zamknięty pokaz dla doktorantów z bratnich krajów socjalistycznych, zorganizowany aż w Taszkencie. Od lat osiemdziesiątych Smirnow kręcenia filmów zaprzestał, choć wciąż był czynny (i niejeden raz nagradzany) jako aktor, na przykład odtwórca głównej roli męskiej w „Elenie” Andrieja Zwiagincewa; odrodził się jako reżyser dopiero po trzydziestu latach – głośnym obrazem „Żyła sobie baba” (2011), inspirowanej prozą Bunina panoramie ponurych dziejów rosyjskiej wsi w początkowych dziesięcioleciach dwudziestego wieku, ukazanych przez pryzmat wstrząsającego losu młodej chłopki – cierpiącej biedę, poniewieranej, bitej, przecież heroicznie próbującej w tym infernalnym otoczeniu uchronić życie, wychować potomstwo, zbudować choćby na chwilę namiastkę szczęścia…

Na „Sputniku” Konczałowski i Smirnow spotkali się w epoce Chruszczowa. Francuzem z filmu Smirnowa jest młody francuski komunista, syn uciekinierki z ZSRR, podczas chruszczowowskiej odwilży (jest rok 1957) przyjeżdżający jako stypendysta do Moskwy, by kontynuować badania dziejów rosyjskiego baletu, przede wszystkim jednak podjąć próbę odnalezienia swego ojca, hrabiego Tatiszczewa, carskiego oficera, w 1937 roku osadzonego w łagrze, z którego udało mu się zbiec. Wraz z owym młodym Francuzem doświadczamy zarówno życia rosyjskiej bohemy w odwilżowej, choć nadal mocno kontrolowanej stolicy, jak
i wstrząsającej rzeczywistości prowincjonalnego Peresławia, gdzie dożywa swych dni obdarzony wybitnym talentem matematycznym, a teraz pracujący jako nocny stróż i wegetujący w krzyczącej biedzie Tatiszczew. Akcja „Drogich towarzyszy”, też jak „Francuz” czarno-białych, toczy się pięć lat później i koncentruje się na wydarzeniach w Nowoczerkasku – robotniczym strajku, który wybuchł tam latem 1962 roku w odpowiedzi na podwyżkę cen i równoczesne podniesienie norm produkcyjnych w miejscowej fabryce; podczas tłumienia robotniczych wystąpień zginęło dwadzieścia kilka osób, a potem w czasie procesów jeszcze siedem otrzymało wyroki śmierci (choć np. wydana u nas przez Ossolineum „Historia ZSRR” Davida Marplesa podaje wziętą z powietrza apokaliptyczną liczbę 7 tysięcy straconych, co polski edytor musi w przypisie stanowczo prostować). Film Konczałowskiego umiejętnie splata suchy paradokumentalizm z przejmującym wątkiem fabularnym, którego główną postacią jest Ludmiła Siomina, kierowniczka wydziału w miejskim komitecie partii, zarazem kochanka pierwszego sekretarza tego komitetu, zagorzała stalinistka i zwolenniczka radykalnych kroków wobec strajkujących; gdy w czasie zajść znika jej niepokorna córka, Siomina po bezskutecznych dramatycznych poszukiwaniach, już przekonana o śmierci dziewczyny, w końcu znajduje ją całą i zdrową, choć ukrywającą się przed milicją; przytula ją ze słowami jak z Czechowa; „będzie lepiej”, „będziemy lepsi”… Tę główną rolę w „Towarzyszach” gra obecna małżonka i muza reżysera, zresztą pochodząca z Nowoczerkaska aktorka Julia Wysocka, przedtem też główna bohaterka „Raju”, a w „Grzechu” ukazująca się na moment w pałacu Medyceuszy Leonardowa dama z gronostajem.

Jak Michałkow-Konczałowski, także Smirnow może się szczycić przynależnością do znanej artystycznej dynastii; jego ojciec, Siergiej Smirnow, był pisarzem, córka zaś, Awdotia Smirnowa, od lat już z powodzeniem stąpa śladami ojca jako reżyserka (na „Sputnikach” gościły jej filmy „Dwa dni” i „Kokoko”). A dynastia Michałkowów-Konczałowskich ma już dziś w Moskwie cały kwartał: na rogu Powarskiej i Pierścienia Sadowego na fasadzie położonej naprzeciw słynnego Domu Pisarzy kamienicy, gdzie mieszkali Natalia i Siergiej, wisi poświęcona Natalii tablica pamiątkowa (zmarła w 1988 roku, jako ówczesny pracownik polskiej ambasady uczestniczyłem w jej pożegnaniu w moskiewskim monasterze Daniłowskim), uwieczniony w brązie Siergiej zasiada na ławeczce na sąsiadującym z tą kamienicą skwerze, a parędziesiąt metrów dalej na innej kamienicy kolejna tablica upamiętnia ojca Natalii, a dziada Andrieja – wielkiego malarza Piotra Konczałowskiego. Tymczasem „Drodzy towarzysze”, podobnie jak niedawno „Raj”, w walce o Oskara są już na „krótkiej liście”…

Kultura, głupcy – bo ona obumiera

Czy zauważyliście, że przygnieceni epidemią w realu i zalewani codziennie lawiną informacji oraz pseudoinformacji (także statystycznych) o jej przebiegu (już od samego nadmiaru ich codziennej dawki można się rozchorować), że epatowani gąszczem doniesień o problemach rozmaitych grup społecznych i zawodowych, emerytów, medyków, restauratorów, właścicieli klubów fitness, stoków narciarskich, nauczycieli itd., pouczani o potrzebie „noszenia maseczek, dystansie i dezynfekcji rąk”, zamęczani niemal codziennymi „konferencjami prasowymi” oficjeli rządowych etc. o perturbacjach (może trafniejsze byłoby słowo „blamaż”) z przebiegiem szczepień, prawie – podkreślam słowo „prawie” – niemal w ogóle nie słyszymy o kulturze, rozumianej zarówno jako kompleks instytucji zajmujących się jej upowszechnianiem i sprzedażą, jak i jako twórczość artystyczna czy kondycja duchowa zbiorowości?

Czy zauważyliście, że przygnieceni epidemią w realu i zalewani codziennie lawiną informacji oraz pseudoinformacji (także statystycznych) o jej przebiegu (już od samego nadmiaru ich codziennej dawki można się rozchorować), że epatowani gąszczem doniesień o problemach rozmaitych grup społecznych i zawodowych, emerytów, medyków, restauratorów, właścicieli klubów fitness, stoków narciarskich, nauczycieli itd., pouczani o potrzebie „noszenia maseczek, dystansie i dezynfekcji rąk”, zamęczani niemal codziennymi „konferencjami prasowymi” oficjeli rządowych etc. o perturbacjach (może trafniejsze byłoby słowo „blamaż”) z przebiegiem szczepień, prawie – podkreślam słowo „prawie” – niemal w ogóle nie słyszymy o kulturze, rozumianej zarówno jako kompleks instytucji zajmujących się jej upowszechnianiem i sprzedażą, jak i jako twórczość artystyczna czy kondycja duchowa zbiorowości? Czy zauważyliście, że jest ona – kultura – traktowana tak, jakby była sferą drugorzędną, nawet trzeciorzędną, marginalną? I że powiedzieć, że jest ona traktowana przez władzę po macoszemu, jak „hetka-pętelka” to nic nie powiedzieć? Czy słyszeliście o jakiejś „tarczy” finansowej dla kultury? A jeśli nawet, czy słyszeliście ze strony oficjeli władzy choć jedno publiczne odniesienie się do problemów „kultury”? Jeśli już, to po stronie władzy sytuuje się ono w kontekście jej wrogim, nieprzyjaznym, budzącym skojarzenie z groźną frazą o „odbezpieczaniu rewolweru” na dźwięk słowa „kultura”. I że trafniejsze byłyby tu słowa – dyskryminacja i pogarda? Swoją drogą – czy nie jest tak, że władzy PiS kultura nie tylko nie jest potrzebna (poza kulturą n a r o d o w ą w stylu IPN), ale jest przeszkodą i może bardzo było by jej na rękę takie jej przetrzebienie, by w końcu przestała przeszkadzać w tworzeniu „nowego, pisowskiego człowieka”? Niedługo upłynie rok od momentu zamknięcia, z powodów epidemicznych, teatrów, kin, sal koncertowych czy galerii sztuki. Po stronie władzy postulaty czy sugestie odnoszące się do ich otwarcia nie pojawiają się w ogóle, ze strony świata kultury presja jest bardzo słaba, co może wskazywać na poczucie braku siły przebicia po tej stronie, braku szans na skuteczne konkurowanie z silniejszymi branżami oraz poczucie bezsilności i rezygnacji. A przecież teatr czy kino funkcjonujące przy zastosowaniu niezbędnych rygorów sanitarnych nie stworzyłyby większego zagrożenia epidemicznego niż kościoły, które od początku epidemii są otwarte przy minimalnych ograniczeniach. Pytań jest wiele, a w tym takie oto, zasadnicze: Czy publiczność, odbiorcy kultury, nawet jeśli wrócą do starych okoliczności „sprzed pandemii”, wrócą dokładnie do tego, co było kiedyś? I czy wrócą te dawne uwarunkowania w skali większej niż tylko w wymiarze czysto ekonomicznym, czyli jako zysk z opłat za bilety? A może ta publiczność się zmniejszy, co pogłębi obecnie już zauważalny proces obumierania kultury? Czy problemy podejmowane przez wielkich autorów klasycznych czy współczesnych będą ważne dla widowni teatralnej sprzed epidemii i dla twórców? Czy cień pandemii odciśnie się na percepcji problemów uosabianych przez klasyków tragedii antycznej, Szekspira czy Dürrenmatta a także na problematyce dramaturgii współczesnej? Czy oglądając realizacje sceniczne (klasyczne czy współczesne), nie będą mieli poczucia, że stykają się z problemami zaprzeszłymi, że doświadczenie pandemii już na trwałe zmieni kształt i charakter problemów egzystencjalnych, że na trwałe zdezaktualizuje wiele fundamentalnych kwestii, a więc także kształt jej artystycznej ekspresji? Czy twórcy, doświadczeni pandemią, będą jeszcze stawiali pytania starym klasykom? A może „nowy świat” będzie trzeba mierzyć innymi miarami? Dodam, że te same pytania, choć w innych proporcjach, dotyczą widowni kinowej. Można, owszem, oglądać kino w internecie, choć czy to będzie jeszcze dawne kino? Jednak już teatr bez żywej publiczności zwyczajnie teatrem nie będzie. Rzecz jasna, literatura jako sztuka tworzona kameralnie, bez bezpośrednio spozycjonowanej publiczności czy muzyka, malarstwo i rzeźba jako sztuki asemantyczne, rządzą się innymi prawami, mniej niż teatr i kino podlegają regułom zbiorowej percepcji. Jednak i te dyscypliny nie będą wolne od poważnych dylematów, co do dalszej egzystencji, „po pandemii”.
Nie chcę mnożyć wariantów rozmaitych przebiegów zdarzeń, rozbierać ich na czynniki pierwsze, formułować sztywnych formuł. Nie mam danych naukowych, więc posługuję się tylko własną obserwacją i intuicją, a swoje uwagi zaserwowałem wybiórczo i nieco chaotycznie, bo przecież żyjemy w chaosie. Jedno jest pewne – twórcy kultury (a co za tym idzie i kultura jako taka) już doznali kolosalnych strat materialnych (strata dochodów ze sprzedaży biletów), a także duchowych, rozprzężenia, rozregulowania, „zamartwicy” pracy twórczej. Natomiast po stronie odbiorców kultury, publiczności, tych którzy materialnie „zaoszczędzili na wydatkach na kulturę”, już są ogromne straty duchowe, a w kolejnych rocznikach odbiorców będą jeszcze bardziej dotkliwe. Od przeszło roku nie mogą wybrać się do teatru czy kina, choć akurat kościoły są otwarte. To rozbiło stary paradygmat relacji i osmozy między twórcami a odbiorcami kultury. Nie będę udawał, że znam odpowiedzi na pytania, jakie zadane zostały w tym tekście, nie zamierzam się mądrzyć „po próżnicy” – po prostu je stawiam. Może będzie tak, że stara, rytualna widownia wróci do starych obyczajów i będzie zapełniać teatralne wieczory i „kawowe” antrakty, a może – przeciwnie – na dłuższą metę stara publiczność teatralna się wykruszy, a nowa nie zapełni teatralnych foteli w dawnym stopniu? A nawet jeśli zapełni, to będzie to już może zupełnie inna widownia? Można to już było zresztą zobaczyć podczas niedawnej uroczystości wręczenia dorocznych „Paszportów „Polityki”. Odbyła się ona on-line, bez udziału publiczności, co we mnie wywołało uczucie smutku, a oferta ze strony młodego pokolenia twórców nagrodzonych w różnych dziedzinach działalności artystycznej pokazuje, jak bardzo już zmienił się paradygmat kultury i jak bardzo różni się ona od tego, do którego byliśmy przez dziesięciolecia przyzwyczajeni. Pytań i wątpliwości jest bardzo wiele, odpowiedzi jeszcze brak.
Wiem tylko, że np. twórcy najstarszych generacji aktorstwa polskiego stracili już szansę na spokojne doczekanie twórczego dopełnienia swojego kresu i ich „wyautowanie” dokona się(już się dokonało)w trybie przyśpieszonym, w trybie stanu wyjątkowego.
Jakkolwiek jest i jakkolwiek będzie, stara kultura artystyczna, w tym teatralna, jest u swego kresu i warto zacząć kultywować ją jako składnik tradycji. Dwie wielkie wojny światowej XX wieku radykalnie ją zmieniły i chyba tak będzie i tym razem, bo ta pandemia ma wiele ze stanu wojny. Zatem to ostatni moment na taki zapis, bo – jak powiedział filozof Pedro Velasquez z „Rękopis znalezionego w Saragossie” Jana Potockiego/Wojciecha Jerzego Hasa – „niedługo wszyscy zaśniemy pośród niekończonej nocy”.
Dlatego jako kontynuację „Kapsułek pamięci” (poprzednie dotyczyły polityków) proponuję Państwu moje wspomnienia ze spotkań, z wywiadów z artystami, aktorami, reżyserami, pisarzami, poetami, rzadziej plastykami czy muzykami. Zacznę od aktorów „starej gildii”, środowiska niezwykle barwnego, zasłużonego dla kultury, środowiska, które właśnie – przez pandemię, ale także z przyczyn metrykalnych – w przyspieszonym tempie przechodzi do historii. W takich „kapsułkowych” portrecikach najważniejszy jest aspekt subiektywnego, osobistego spojrzenia na rozmówcę, bo przecież powielanie suchych danych z Wikipedii i tym podobnych źródeł nie ma sensu. Zastanawiałem się w jakim porządku prezentować poszczególne sylwetki. Od razu odrzuciłem porządek alfabetyczny, bo jego czysto formalny charakter ma sens jedynie w edycjach o charakterze encyklopedycznym czy słownikowym. Rozważałem też zastosowanie chronologicznego porządku przeprowadzania kolejnych rozmów. Jednak po ponad dwudziestu latach jakie upłynęły od pierwszej rozmowy było to trudne, ale i też niecelowe. Postanowiłem więc zdać się na spontaniczny nieporządek, na żywioł pamięci, jak na subiektywne wspomnienia przystało.
Na początek, jako przedsmak, w trybie zajawki, próbki na poczet przyszłego cyklu, fragment jednej z „kapsułek pamięci” o jednym z moich licznych spotkań, licznych rozmów z postaciami z tego środowiska.
Nina Andrycz (1912-2014)
Nieżyjąca już, wielka, wytworna, królewska, także w obejściu, dama polskiego aktorstwa, no i kobieta piękna jakby „staromodną urodą”. Na spotkanie, o które ją poprosiłem, a było to późną jesienią 2002 roku, zaprosiła mnie do swojego mieszkania przy Alejach Jerozolimskich, pełnego starych mebli, obrazów, pamiątek. Na stylowej komodzie zauważyłem oprawną w ramkę fotografię niegdysiejszego męża pani Andrycz, Józefa Cyrankiewicza, wieloletniego PRL-owskiego premiera. Pani Nina była znana jako osoba bardzo energiczna, a nawet władcza. Od samego początku nadała ton naszej rozmowie i rozwinęła swoją własną narrację, moje pytania traktując jedynie jako luźny pretekst. Bardzo wiele opowiedziała mi o swoim życiu aktorskim, rozpoczynając od przedwojennego jeszcze debiutu teatralnego i kontaktach z wielkimi sceny tamtych czasów. Dla dziennikarza taka formuła ma czasem tę dobrą stronę, że działa jak „samograj”, wystarczy nagrany materiał tylko uporządkować, nie trzeba się wysilać, aby wyciągnąć od rozmówcy to, co nas interesuje (a takie sytuacje się zdarzają). Kiedy kilka dni później ponownie pojawiłem się u mojej rozmówczyni, pokierowała autoryzacją w sposób dynamiczny, niemal wojskowy, w pełni dyrygując nanoszonymi przeze mnie korektami i uzupełnieniami, co sprawiło, że była to jedna z najszybszych i najsprawniej przeprowadzonych autoryzacji. Poza tym zwracała się do mnie per „dziecko”, co na mnie, już wtedy czterdziestolatka plus oddziałało mocno odmładzająco. Nasze dwa spotkania pozostały pani Andrycz chyba w pamięci, bo poświęciła mu wzmiankę w jednej (a może nawet obu ) swoich książkach wspomnieniowych.

O pamięć o Norwidzie

Dwadzieścia lat temu, jesienią 2000 roku, wobec zbliżającej się 180. rocznicy urodzin Cypriana Norwida i 100. rocznicy wskrzeszenia obecności poety w polskiej kulturze (pierwszy numer „Chimery” Zenona Przesmyckiego) wystąpiłem na łamach „Trybuny” z inicjatywą ogłoszenia roku 2001 Rokiem Norwidowskim.

Wnet też wraz z wybitnym scenografem, a podówczas także znakomitym szefem wydziału kultury w samorządzie Mazowsza – Mariuszem Chwedczukiem oraz prężną animatorką kultury Ewą Czeszejko-Sochacką utworzyliśmy we trójkę Komitet Inicjatywny Obchodów Roku Norwidowskiego, nad którymi to obchodami szybko zgodził się objąć patronat zawsze podobnym sprawom życzliwy Prezydent Aleksander Kwaśniewski. Nie odmówił też nam swego cennego wsparcia „Naczelny Powiernik Spraw Norwidowskich” (określenie Stanisława Pigonia), czyli bardzo już wówczas sędziwy Juliusz Wiktor Gomulicki.
Rocznicowe inicjatywy, zwłaszcza w rodzinnych stronach poety – na Mazowszu, którego sejmik, kierowany przez Włodzimierza Nieporęta, przyjął stosowną uchwałę, posypały się jak z rogu obfitości. Biblioteka Narodowa pod wodzą swego dyrektora Michała Jagiełły błyskawicznie zorganizowała specjalną trzydniową wystawę autografów, rysunków i grafik Norwida, na której „nastrój panował taki, jak na pierwszej ekspozycji powojennej w Muzeum Narodowym w 1946 r., o której Jan Cybis mówił, że oglądano ją w ogromnym skupieniu i mówiono tylko szeptem”; zaraz potem oryginalne i okazałe Norwidowskie ekspozycje przygotowali Janusz Pulnar w kierowanym przez siebie Muzeum im. Malczewskiego w Radomiu oraz ekipa warszawskiego Muzeum Literatury im. Mickiewicza, gdzie osobistą pieczę nad licznymi rocznicowymi przedsięwzięciami wzięli na swe barki dyrektorzy Janusz Odrowąż-Pieniążek i Elżbieta Banko-Sitek.
Wielce radował gremialny i bardzo twórczy (warsztaty, konkursy recytatorskie i plastyczne, publikacje) udział młodzieży, mądrze inspirowany i koordynowany przez pedagogów stołecznego XXIV Liceum Ogólnokształcącego im. Norwida, Marię Rybińską i Ewę Sołtan, które to liceum stało się też gospodarzem I Ogólnopolskiego Zlotu Szkół Imienia Norwida. Edward Pałłasz i Krzysztof Knittel skomponowali cykle pieśni do wierszy Norwida, których prawykonanie odbyło się w Zamku Królewskim; warszawski Teatr Polski dał premierę „Nocy tysiącznej drugiej” i „Miłości-czystej u kąpieli morskich” w reżyserii Tadeusza Bradeckiego; specjalne Norwidowskie numery przygotowały „Twórczość”, „Poezja Dzisiaj”, „Przegląd Humanistyczny” i „Ciechanowskie Zeszyty Literackie”; wyszły książki: Wojciecha Siemiona „Lekcja czytania. Norwid” i Aleksandry Melbechowskiej-Luty „Sztukmistrz”. Mazowszu pozostały też z roku Norwidowskiego 2001 ustanowione wówczas i przyznawane po dziś dzień doroczne Nagrody im. Norwida w dziedzinie literatury, muzyki, sztuk plastycznych i teatru, zaś jego stolicy – ufundowana przez Towarzystwo Przyjaciół Warszawy tablica na fasadzie Pałacu Zamoyskich przy Nowym Świecie 69, upamiętniająca wydarzenia z 1863 roku, które dały asumpt do powstania Norwidowego „Fortepianu Szopena”.
Zawstydziwszy się swej początkowej bezczynności, do obchodów włączyło się też ówczesne AWS-owskie Ministerstwo Kultury, między innymi organizując przewiezienie do Polski urny z ziemią pobraną ze zbiorowego grobu w Montmorency, w którym spoczywały szczątki poety i złożenie jej w Krypcie Wieszczów w katedrze na Wawelu. Za granicą najbardziej bodaj ważkie przedsięwzięcie miało miejsce w Rosji – a było nim opublikowanie najobszerniejszego (ponad czterysta stron) w całych dziejach zagranicznej recepcji poety tomu przekładów z Norwida, zatytułowanego „Pielgrzym czyli Ostatnia z bajek”, a przygotowanego przez Andrieja Bazilewskiego i wydanego przez jego moskiewską oficynę „Wahazar” przy walnym wsparciu Wyższej Szkoły Humanistycznej w Pułtusku (w czym wydatnie zasłużył się Janusz Rohoziński, a co do dziś pozostaje wzorcowym przykładem udziału prywatnego polskiego podmiotu w zagranicznej promocji naszej kultury).
Rok 2021, w który teraz wkraczamy, będzie Norwidową rocznicą jeszcze bardziej zobowiązującą, bo dwusetną. Mówi się wszakże o niej i pisze jak dotąd niepokojąco niewiele; stosunkowo cicho było też wokół ustanawiającej Rok Norwidowski 2021, a podjętej w końcu listopada uchwały Sejmu RP, jak i wokół późniejszej o tydzień podobnej uchwały Senatu.
Przydał zresztą Norwidowi Sejm na ów rok dość liczne, choć zacne towarzystwo, zapowiadając równoczesne uczczenie stulecia urodzin Stanisława Lema, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i Tadeusza Różewicza; ponieważ zaś w dzisiejszej Polsce każde ludzkie zbiorowisko musi mieć swego kapelana, dorzucono do tego grona kardynała Stefana Wyszyńskiego, odwołując się do 120-lecia jego urodzin i 40-lecia śmierci; zapomniano za to o 100-leciu śmierci „bodaj najtęższej w literaturze światowej autorki teatralnej” (określenie Stanisława Marczaka-Oborskiego) czyli Gabrieli Zapolskiej.
Sejmowa uchwała o Norwidzie, wśród inicjatorów której było sporo posłów z Konfederacji (być może dlatego, że jeden z nich jest synem znanego inscenizatora, komentatora i popularyzatora twórczości poety, Kazimierza Brauna) skropiona została oczywiście wodą święconą: skwapliwie głosiła, że Norwid był „świadomym oraz głęboko wierzącym katolikiem” (jakby na tym właśnie zasadzała się jego wielkość) i nie zaniedbywała przywołania opinii „Świętego Jana Pawła II” (którego polska katoprawica zwykła cytować częściej niż w ZSRR cytowano Lenina, choć akurat w tym wypadku ze względu na szczególny stosunek Wojtyły do Norwida można jej to wybaczyć).
Do tego sejmowa uchwała zawierała oczywistą dezinformację, komunikując, jakoby Norwid „w 1855 r. uznany przez zaborcze władze rosyjskie za politycznego wygnańca do Polski nie mógł już powrócić”; rzecz miała się całkiem inaczej – to sam Norwid, dobrowolnie opuściwszy kraj, nie chciał do Królestwa Polskiego wracać, ani – choć otrzymywał urzędowe wezwania – przed rokiem 1855, ani później, gdy jak jego brat Ksawery mógł skorzystać z ogłoszonej przez Aleksandra II w roku 1856 amnestii (w jednym z listów uznał ją za „przebaczenie… tak jakby zbiegłym niewolnikom jako rzecz należącym do panów”).
Dość kuriozalny był też komunikat o Norwidowskiej sejmowej uchwale opublikowany przez pisowską PAP: zamiast po przytoczeniu fragmentów dokumentu podać choćby parę konkretów o planowanych przedsięwzięciach, koncentrował się na obronie zakonnic prowadzących paryski przytułek, gdzie Norwid zmarł, przed „niezasłużonym cieniem”, jaki przez lata rzucał na nie zarzut spalenia pozostałych po poecie, a uznanych za bluźniercze papierów; można było odnieść wrażenie, że dla PAP w przeddzień Roku Norwida ważniejsza aniżeli sam twórca i jego dzieło jest reputacja przytułkowych sióstr szarytek…
Skądinąd jednak być może na szczeblu centralnym takiego planu jubileuszowych działań wciąż nie ma – do podobnego podejrzenia upoważnia choćby indolencja okazana podczas niedawnych ważnych rocznic Sienkiewicza i Moniuszki; mało też prawdopodobne, by twórczość autora „Promethidiona” mogła budzić szczere uznanie i entuzjazm u decydentów pokroju Glińskiego czy Czarnka. Na szczęście są też samorządy – jeszcze przed uchwałami obu izb parlamentu list intencyjny w sprawie obchodów 200-lecia Norwida podpisały trzy mazowieckie powiaty (Wyszków, Wołomin i Węgrów) oraz cztery gminy (Zabrodzie, Wyszków, Dąbrówka i Strachówka) z okolic, gdzie Norwid przyszedł na świat i spędził dzieciństwo. Ufać też trzeba, że nie osłabnie oddanie i energia zespołu badaczy, od lat przygotowujących siedemnastotomowe krytyczne wydanie dzieł poety.
Bo takiego krytycznego wydania Norwid wciąż nie ma – podobnie jak nie ma na przykład własnego muzeum. Ma parę pomników i popiersi – aż dwa w Wyszkowie, najokazalszy w Lublinie. Ale na godny pomnik dla Norwida (bo ma tu tylko niewielką statuę w Łazienkach) powinno się przecież wreszcie zdobyć miasto, z którym w Polsce był związany najsilniej – Warszawa; opinia publiczna domaga się tego od lat. Na kolejny monit w tej sprawie, jaki niedawno wystosował Związek Literatów Polskich, biuro kultury stołecznego magistratu zareagowało informacją, że jakoby kilkanaście lat temu ustalono już (zresztą, jak można sądzić, bardzo niefortunną i wymagającą korekty) lokalizację takiego monumentu, nie wyjaśniło wszakże, dlaczego od tamtej chwili niczego więcej nie uczyniono.
Pomnik wielkiego polskiego twórcy, którego wysokie przesłanie pozostaje wciąż wyjątkowo aktualne, którego poetyckie słowo wciąż poraża siłą swej nowatorskiej inwencji, od którego cała polska kultura tak wiele zaczerpnęła, powinien stanąć w punkcie naprawdę reprezentacyjnym („bo nie jest światło, by pod korcem stało”), a zarazem mocno związanym z jego biografią – dla mnie takim wydaje się zbieg ulic Andersa i Solidarności koło placu Bankowego, ściślej skwer przy kinie Muranów w bezpośrednim pobliżu miejsca, w którym w 1836 roku zamieszkał, skąd mógłby spoglądać w kierunku swego równie wielkiego kolegi Juliusza Słowackiego.
Oby w nadchodzącym Roku Norwidowskim coś naprawdę w tej sprawie zrobiono!

Gliński legł plackiem i w operze

Parę tygodni temu minęło 420 lat od narodzin opery; nowe dziecię objawiło się światu 6 października 1600 roku, kiedy to w Sali Białej (można to miejsce oglądać po dziś dzień) Pałacu Pittich we Florencji z okazji zaślubin Marii Medycejskiej z królem Francji Henrykiem IV wykonano „Eurydykę” z muzyką Jacopa Periego i Giulia Cacciniego oraz tekstem Ottavia Rinucciniego – najstarszy zachowany przykład nowego gatunku dramatyczno-muzycznego, powstałego u schyłku XVI wieku w kręgu grupy poetów, uczonych i muzyków, zwanej Cameratą florencką.

Do Polski ten nowy gatunek trafił całkiem szybko – za sprawą upodobań króla Władysława IV, który w przeciwieństwie do swego ojca szczęściem bardziej aniżeli w gorliwą propagandę katolicyzmu angażował się w mecenat muzyczny i który w latach 1635-1648 wystawił na swym warszawskim dworze co najmniej dziesięć dzieł operowych; poza zamkowe opłotki sprawa jednak u nas wówczas nie wyszła, gdy we Włoszech w 1637 roku powstał już pierwszy publiczny teatr operowy – San Cassiano w Wenecji.
Wspomnianej okrągłej operowej rocznicy w ogóle w Polsce teraz nie dostrzegliśmy – choć przed dwudziestoma laty 400-lecie opery Stefan Sutkowski i jego Warszawska Opera Kameralna uczcili wspaniałym, trwającym kilkanaście miesięcy festiwalem (do czego skądinąd i mnie, podówczas pracującemu w Ministerstwie Kultury, było dane się przyczynić).
Podjęte przez nasze teatry przygotowania do drugiego październikowego operowego święta – obchodzonego od niedawna 25 października Światowego Dnia Opery – znacznie zredukowała druga fala pandemii.
*
Z pandemią teatry operowe radzą sobie na różne sposoby i z różnym efektem. W USA, gdzie tego typu placówki utrzymują się głównie z innych aniżeli publiczne dotacji, legendarna nowojorska Metropolitan Opera musiała ogłosić zupełne zaprzestanie działalności w całym sezonie 2020/2021.
Z drugiej jednak strony teatr postanowił otworzyć na ten okres na oścież swoje archiwa i codziennie przez dwadzieścia godzin udostępniać za darmo w sieci coraz to nowy spośród mnóstwa swych spektakli zarejestrowanych na taśmie filmowej w ciągu kilku ostatnich dekad.
W rezultacie być może uda się przekuć klęskę na triumf i obecny sezon Metropolitan, umożliwiając milionom odbiorców na całym świecie bezpłatny kontakt z najwyższej rangi twórczością i wykonawstwem operowym, uczyni dla popularyzacji opery znacznie więcej niż zdołałby zrobić zwykły sezon „na żywo”; w każdym razie wszystkich tych, którzy jeszcze z tej nadzwyczajnej okazji nie zdążyli skorzystać, gorąco do tego zachęcam.
W Europie, gdzie system mecenatu publicznego pozwala w pandemii teatrom swą codzienną pracę – oczywiście w stosownym reżimie – kontynuować, także w wielu wypadkach mieliśmy i mamy do czynienia z bardzo wartościową dodatkową aktywnością w sieci, w szczególności w okresach, gdy teatry pozostawały zamknięte: na przykład słynny petersburski Teatr Maryjski Walerija Giergijewa wiosną i latem codziennie bezpłatnie odtwarzał w sieci swe przedstawienia i koncerty z ubiegłych lat, bardzo przy tym dbając, by popularyzować tą drogą zwłaszcza mniej znane opery rosyjskie z ostatniego stulecia – od „Siemiona Kotki” Prokofiewa po najnowsze dzieła Rodiona Szczedrina.
Już wiosną darmowe pokazy on-line uruchomiła też na przykład berlińska Staatsoper Unter den Linden, teraz organizuje je Staatsoper w Wiedniu – i tak dalej, i tak dalej.
W Polsce najlepiej bodaj zadbał w tych miesiącach o swą ofertę w sieci Teatr Wielki w Poznaniu, umożliwiając na swej stronie internetowej stały darmowy dostęp do kilku interesujących nowych realizacji operowych, zarówno dzieł klasycznych, jak i utworów młodej generacji naszych twórców współczesnych (np. „Anhellego” Dariusza Przybylskiego).
Znacznie mniej swymi rozmiarami i zawartością zachwyca operowa propozycja internetowa warszawskiej Opery Narodowej – a przy tym placówka ta serwuje nam przy okazji w sieci taki dziwoląg, jak koncert pamięci Jana Pawła II, stanowiący zbesztaną już w paru miejscach banalną mieszankę kilku kompozycji Chopina i kilku wierszy Norwida, którą byłby w stanie sprojektować przeciętny wikary z przeciętnej parafii na Podkarpaciu, a za którą tu zabrał się osobiście jako „autor idei koncertu” sam dyrektor naczelny placówki.
Zresztą zabrakło w tym wypadku nie tylko artystycznego smaku, ale nade wszystko społecznego słuchu.
*
Spektakle Metropolitan, Teatru Maryjskiego i kilkunastu bądź kilkudziesięciu innych teatrów operowych goszczą oczywiście dziś w naszych domach nie tylko dzięki specjalnym działaniom uruchomionym w wyniku pandemii, lecz także w ramach stabilnie funkcjonujących już od wielu lat i cieszących się ustaloną popularnością telewizyjnych kanałów muzycznych czy operowych portali internetowych.
Jak dziś przedstawia się w nich muzyka polska, jak wygląda w nich obecność polskich dzieł czy polskich zespołów – nie tylko operowych, ale i ze sfery muzyki symfonicznej czy kameralistyki?
Otóż – pod wieloma względami bardzo źle, by nie powiedzieć tragicznie. W dwóch najważniejszych telewizjach prezentujących muzykę poważną – Mezzo oraz Mezzo live – muzyka polska od paru lat praktycznie nie istnieje!
Nie ma tam nawet (poza rzadko i przypadkowo przemykającymi miniaturkami) Chopina, nie ma Moniuszki, nie ma Szymanowskiego czy Karłowicza, nie ma polskiej muzyki drugiej połowy XX wieku.
Nie ma (wyjąwszy Misteria Paschalia) transmisji z polskich festiwali, z polskich teatrów operowych, z polskich sal koncertowych. Pojawia się za to w tych kanałach – obok oczywiście obfitej palety muzyki zachodnio i środkowoeuropejskiej czy rosyjskiej – nawet muzyka i wykonawcy z Tatarstanu (Żyganow), Armenii (Chaczaturian, Terterian) czy Azerbejdżanu (Karajew, Amirow).
Co zaś do opery, niewykluczone, że podobna sytuacja zaczyna nam grozić na portalu OperaVision, prezentującym przedstawienia z parudziesięciu scen operowych, w większości z niezłej europejskiej „drugiej ligi” – do niedawna były na nim obecne Opera Narodowa i Teatr Wielki z Poznania, od pewnego jednak czasu ich przedstawienia z oferty programowej portalu zniknęły.
Nie lepiej jest zresztą i z obecnością polskiej twórczości operowej na „żywych” scenach Europy i świata – wystarczy przypomnieć kompromitująco przez nas przygotowany Rok Moniuszkowski, podczas którego miała miejsce aż jedna(!) zagraniczna realizacja sceniczna Moniuszki – „Halka” w raczej drugorzędnym (choć ambitnym) Theater an der Wien.
Co robi nasze Ministerstwo Kultury, co robią obficie dotowane i obsadzane coraz to nowymi pisowskimi nominatami powołane do tych spraw instytucje – Instytut Adama Mickiewicza, Instytut Muzyki i Tańca?
Obejmując przed pięcioma laty ministerialny urząd Piotr Gliński wraz z podobnymi sobie kompanami buńczucznie obiecywał, że pozycję klęczącą, którą na polu międzynarodowym rzekomo po poprzednikach odziedziczył, zmieni na dumny marsz krzyżowego rycerza – tymczasem nasz ignorant i safanduła nie tylko z kolan nie powstał, lecz rozciągnął bezpośredni kontakt z ziemskim podłożem na całą swą ziemską powłokę.
A jego próby refleksji nad sytuacją, w której się znalazł, przybierają już formę karykaturalną – jak ostatnio publicznie wyznał, wedle jego przemyśleń w poszukiwaniu winnych tego, że i on, i cały PiS legli plackiem, nie można zapominać o czynniku zewnętrznym, czyli zazdrosnych o polski sukces innych narodach i państwach; zaprawdę głębią i celnością swych politycznych analiz i diagnoz Gliński wnet przewyższy samego Macierewicza…

Księga Wyjścia (62)

Ballada o wielkim powrocie czyli Radio Erewań znowu nadaje.

Za oknem słota, deszcz, pogoda zjesienniała, wróciłem z gór i od tamtej pory siedzę głównie na poczcie, wysyłając książki po całym, świecie.
Dzięki temu odkryłem, że ta dawna, znana i lubiana rozgłośnia, zwana – „Radiem Erewań”, zainstalowała się w samym sercu Zjednoczonego Królestwa. Kiedyś już rozważałem tę szyderczą nazwę wspomnianego Zjadnoczonego Królestwa, bo kto z kim się tam jednoczył? I jakimi długopisami podpisywali porozumienie?
Poza Australią, podpisywano je stalówkami, którymi były bagnety i piórami – karabiny, miecze i innego rodzaju oręże. Nie to jest jednak teraz istotne. Wrócę w innym felietonie.
Książka znalazła wielu chętnych – i to na całym świecie, tak wiec spędzam po kilka godzin dziennie w najbliższej placówce pocztowej, rozsyłając ją każdemu kto zamówił.
Zrobiłem też kilka przesyłek do Londynu. Zazwyczaj trudno rozmawiać o pieniądzach, jeśli nikt nie zapyta ile płaci, to wysyłam licząc, że się zreflektuje – zwykle to robią. Jest to o tyle ważne, że rozliczam się z wydawnictwem, a za resztę chciałem wynająć jakieś dobre miejsce do dalszej sprzedaży.
Żeby książka w obecnych czasach odniosła sukces i dotarła do czytelników, musi być wyeksponowana w dobrym miejscu, a za to trzeba zapłacić i to niemało.
W Empiku kosztuje to około 20 tysięcy. I to nie za wszystkie ich sklepiki, nawet nie te w granicach jednego miasta, lecz za jeden punkt. Jedna półka w jednym salonie kosztuje dwadzieścia koła – szok.
Kiedyś już pisałem o tym jak odwróciły się role, dawniej to Cepelia była synonimem kiczu, a EMPIKI modnymi salonami prasowymi. Teraz dominuje tam literacki kicz wypromowany za ogromne pieniądze, bo zawartość placówek zależy od stanu portfela autora lub jego mecenasa. Czyli Zjednoczone Królestwo Szmiry.
Natomiast przedmioty ze zlikwidowanej trzydzieści lat temu Cepelii nabrały wartości, stały się kolekcjonerską gratką, a ich pochodzenie gwarantuje oryginał przedmiotu. Jeśli oczywiście posiada odpowiednią pieczątkę, certyfikat i takie tam.
Teraz naprawdę, trafiają się stamtąd perełki. No i jak zawsze odbiegłem od tematu, niebawem nadacie mi przydomek:”Dygresja”.
Wracamy wiec na właściwe tory i nim dojadę nimi do „Radia Erewań”, jeszcze będę skalował napięcie, opisując arkana handlu literaturą.
Mimo, że przez media społecznościowe sprzedaje całkiem dobrze, to trafia ona do ludzi, którym ten temat, i problem bezdomności, bezrobocia, nałogów i wykluczenia – jest doskonale znany.
Mam jednak ambitny plan, by wyjść poza tę wirtualną granicę i dotrzeć do osób, które tego świata nie widza, nie chcą widzieć, lub szukają prostych odpowiedzi na trudne i złożone życiowe historie. A dyżurna odpowiedź jest zawsze taka sama – alkoholik, żul, sam sobie winien, na własne życzenie itp.
Publikacja poprzedniej książki pt. „Z dna”, pokazała jak jej treść zmieniła podejście wielu osób. Widać to w komentarzach i ocenach na największym polskim portalu literackim: „Lubimy Czytać.pl”.
Zamiast wiec sprzedawać jedynie swoim, chcę potrząsnąć i przytrzymać – nawet siłą – głowę tym, którzy udają że nie widzą, przytrzymać mocno, żeby się przyjrzeli tak, by nie mogli już odwrócić wzroku i widok zapadł im w pamięć.
Żeby jednak to zrobić muszę podsunąć im te książkę pod nos, czyli umieścić w punkcie, w którym robią zakupy. Empik odpada ze względu na cenę, więc szukamy innego, tańszego miejsca najlepiej w centrum stolicy. Stolicy, ponieważ jest tam najwięcej ludzi, do których powinienem dotrzeć.
Pseudomagnatów, udających klasę średnią kosztem ciągłych kredytów, klasę średnią aspirującą do sfer wysokich, też na kredytach. Tacy ludzie nie kupują książek przez fejsbuka, trzeba im ją odpowiednio zaoferować w markowym saloniku prasowym, modnej galerii handlowej czy czymś podobnym.
Kiedyś wybór byłby oczywisty – „Promenada”, ale już te czasy minęły i teraz waham się czy „Arkadia”a czy też „Złote Tarasy” a może Centralny lub „Patelnia” przy metrze.
Są tam przeróżne punkty i saloniku – Ruch, Kolporter, Relay i wiele innych, takich, których nazw już nie pamiętam, a każdy mieszkaniec stolicy tamtędy przechodzi.
Punkty te są znacznie tańsze i również odwiedzane, może mniej, ale zawsze. I właśnie na to zbieram kasę sprzedając przez FB.
Pieniędzy ze sprzedaży nie ruszam, gdy osiągnę wymaganą kwotę, zacznę rozmowy z działem sprzedaży sieci, na którą padnie wybór. Modnym ostatnio zwrotem jest „ty taki owaki, przestań mi (brzydkie słowo) kogoś tam prześladować” – w domyśle narratora.
No to i ja też bym tak chciał, wprawdzie należy zrobić to scrabblami, pokazać środkowy palec, patrzeć w bok, wywalić język i bluzgnąć. Sporo tych czynności, żeby wyszło jak w oryginale. Lecz człowiek prześladowany chwyta się wszelkich sposobów. A w Polsce każdy tak się czuje. Prześladowany przez MOSAD, służby tajne przez poufne, urzędników, Mędrców Syjonu, światowe spiski, maseczki, szczepionki, zwolenników teorii okrągłej ziemi, ideologii LGBT, masztów 5G, masonów, ozonów, wspólnotę mieszkaniową, spółdzielnie, władze gminne, powiatowe, wojewódzkie i centralne, ABW, CBŚ, policję, sądy, że o sąsiadach i rodzinie nie wspomnę.
Nie mam osobiście takich doświadczeń, jeśli kiedykolwiek złamałem prawo lub przepisy, to naturalną konsekwencją była wizyta w sądzie i wyrok. Nie noszę w sobie z tego powodu poczucia prześladowania czy nękania. Przecież robiąc coś, godziłem się na konsekwencje.
Mam jednak ochotę krzyknąć – świecie, ty świnio, przestań mi Białoruś prześladować. Ale o tym w innym felietonie. Kiedy indziej pogadamy o białoruskiej demokracji i wolności słowa. Bo z tego co wiem jedynym dziennikarzem, który wyleciał za nieprawomyślność, był redaktor Szyła, ale nie pracował w mediach należących do Republiki Białoruś, ale w Telewizji Biełsat, został wyrzucony przez Agnieszkę Romaszewską i nie za krytykę Aleksandra Łukaszenki, ale za wrzucenie nieodpowiedniego zdjęcia dotyczącego polskiego prezydenta. Mało tego, zrobił to jedynie na swoim prywatnym FB.
Taką więc wolność słowa chcemy zanieść naszym sąsiadom.
Ale to nie wszystko. Jest jeszcze jedno państwo do którego już ja osobiście układam scrabble. Zjednoczone Królestwo. Tak monarchia parlamentarna wpisała mnie na swoją tajną czarną listę. Więc mogę śmiało układać: „Anglio, ty taka owaka, przestań mi Jastrzębskiego prześladować”, palec, język, spojrzenie w bok i gitara.
Wspomniałem wcześniej, że miałem zamówienia z tego kraju. Książka zamówiona, dostałem scan przelewu i wysłałem. Na drugi dzień dostaję informację od osoby zamawiającej, że miała telefon z banku i przelew został zablokowany, ponieważ zajmuje się działalnością polityczną. Zamurowało mnie, osobę która robiła przelew również. Wykłócała się, że jestem autorem książek, zresztą jedną z nich mają w swoich zbiorach narodowych i poza pisaniem niczym innym się nie zajmuję. Śledczy placówki bankowo transferowej uznał, że widocznie zbieżność nazwisk i odblokowali przelew.
Okazuje się, że wbrew międzynarodowemu prawu mają jakiś swój tajny spis osób niebezpiecznych.
Rozmawiałem z kolegą, który pracował w Policji, miał staż w kilku krajach Europy Zachodniej, powiedział mi, że system anglosaski jest bandycki, za nic mają przepisy.
W domyśle podciągnęli mnie pod wprowadzone przez nich obostrzenia, które dały im narzędzia do zwalczania członków IRA, nazywanych przez nich terrorystami. A jak już wprowadzili, to jak zawsze, zostały.
I wreszcie wkracza nasze „Radio Erewań”, wysoka izbo, szanowny Scotland Yardzie i wasza nienasycona królewskość. Po pierwsze nie terrorysta, lecz turysta, wróciłem niedawno z wakacji, nie IRA, ale szmira, a po trzecie wypraszam sobie takie określenie mojej książki. Chociaż faktycznie mogliście mieć takie wrażenie, jeśli ten sam tłumacz przełożył i jej treść i zarzuty.
A moja działalność jest nie tyle polityczna co społeczna. To się ścisłe wiąże, prawie jak kajdanki zaciskowe lub pętla na szyjach irlandzkich działaczy. Pieniądze w końcu doszły, ale zdziwienie pozostało. Państwo agentów 007 z Bondami na ulicach i w bankach. Przypomnę więc Wam, że jest to postać fikcyjna, wymyślona przez Flemminga. Odczepcie się wiec ode mnie, tym bardziej, że mieliście pół roku, by mnie sprawdzić, aresztować i rozstrzelać, wtedy gdy mieszkałem pod Londynem.
Być może chodzi tu o mój nieskrywanym antythatcheryzm. Coś jest z Wami nie tak. Jedźcie na terapię do Norwegii, albo Szwecji.
Jedno jest pewne. Prędzej czy później przyjdą też po mnie. UK to przedłużenie USA, a Polska to ich sługa. Przyjdą na pewno, ale pewnie pod koniec czystek.

Armenia – Sarjan, Chaczaturian, Terterian

Choć obchodząca w tych dniach swe narodowe święto Armenia co do wielkości populacji czy też potencjału ekonomicznego nie liczy się do światowych potęg, choć przez wiele stuleci pozbawiona była samodzielnego bytu państwowego, a wiek dwudziesty nie szczędził jej wyjątkowo tragicznych doświadczeń, jak tureckie ludobójstwo w 1915 roku, katastrofalne trzęsienie ziemi w 1988 roku, po dziś dzień niewygasły konflikt z Azerbejdżanem – przecież w tymże ubiegłym stuleciu wkład w światową kulturę wniósł ten naród bardzo znaczny.

Miał zresztą do czego nawiązywać – nie od rzeczy będzie przypomnieć, że już pierwsze tysiąclecie naszej ery przyniosło Ormianom narodziny własnego alfabetu (Mesrop Masztoc, koniec IV stulecia), „złoty wiek” literatury armeńskiej w V stuleciu, potem słynny ludowy epos „Dawid z Sasunu”, wreszcie, już u schyłku X wieku, takie arcydzieło jak „Księga pieśni żałobliwych” Grzegorza z Nareku.
Wiek zaś dwudziesty w kulturze artystycznej Armenii – to dla mnie, obok wspaniałego reżysera Siergieja Paradżanowa, przede wszystkim trzy wielkie postacie ze świata malarstwa i muzyki: Martiros Sarjan, Aram Chaczaturian, Awet Terterian. Skądinąd żaden z tej trójki w Armenii się nie urodził, wszyscy jednak byli z dziada pradziada Ormianami, kraj i jego kulturę dobrze znali i obficie z tej kultury czerpali, zaś ich twórczość stała się prawdziwą emanacją armeńskości.
Wielkiego malarza Martirosa Sarjana (1880-1972) dane mi było spotkać jeszcze za jego życia, gdy na początku lat siedemdziesiątych znalazłem się w Erywaniu jako pilot grupy wycieczkowej studenckiego „Almaturu” (wspaniałego wtedy dla naszej studenterii okna na świat). W programie naszego erywańskiego pobytu znalazła się wizyta we wzniesionym dla Sarjana obok jego domu przez rząd Armenii okazałym trzykondygnacyjnym muzeum oraz krótkie spotkanie z artystą; nikt z nas wcześniej nie miał pojęcia o jego dorobku i pozycji, szczęściem dwóch studentów poznańskiej szkoły sztuk plastycznych, którzy zresztą też nigdy przedtem o Sarjanie nie słyszeli, pomogło nam zrozumieć, z jakiej klasy twórczością mamy do czynienia. Z ponad dziewięćdziesięciu lat życia, które wtedy Sarjan miał za sobą, w Armenii spędził nieco więcej niż połowę; urodził się w małej miejscowości koło rosyjskiego Rostowa nad Donem, założonej jeszcze w końcu XVIII wieku przez Ormian przesiedlonych przez Katarzynę II z Krymu, dokąd wcześniej trafili z dawnej armeńskiej stolicy Ani; malarstwa uczył się w Moskwie, między innymi u Sierowa i Korowina, gdzie też mógł poznać dzieła współczesnych twórców zachodnioeuropejskich, z których najsilniej wpłynęli nań fowiści. W bardzo wówczas bujnym życiu artystycznym Moskwy szybko zaczął brać aktywny udział, prezentując swe płótna na wystawach organizowanych przez stowarzyszenia „Błękitna Róża” i „Związek Artystów Rosyjskich” oraz czasopismo „Złote Runo”. Wtedy też rosyjskie muzea i rosyjscy kolekcjonerzy zakupili szereg jego dzieł, dzięki czemu możemy je dziś oglądać w moskiewskiej Galerii Trietiakowskiej (tu bodaj najsłynniejsze – „Palma daktylowa” z 1911 roku) czy też petersburskim Muzeum Rosyjskim, eksponowane, jako prace artysty tworzącego w Rosji, w zbiorach malarstwa rodzimego, podobnie jak obrazy Aleksandra Orłowskiego czy Henryka Siemiradzkiego. W 1921 roku Sarjan osiadł w Erywaniu, z którego na dłużej wyjeżdżał tylko w połowie lat dwudziestych do Paryża. Najpełniej i najsugestywniej wypowiedział się w malarstwie pejzażowym – nasyconych słońcem, o żywej kolorystyce, symboliczno-metaforycznych wyobrażeniach ojczystego armeńskiego krajobrazu, z jego górami, przyrodą, osiedlami ludzkimi; ważne miejsce w jego twórczości zajęły też studia martwej natury oraz portrety (z dramatycznym epizodem z ponurego roku 1937, kiedy to zniszczono jedenaście namalowanych przezeń podobizn wybitnych Ormian, uznanych wtedy za „wrogów ludu”).
Wśród tych, których portretował Sarjan, znalazł się też największy armeński kompozytor Aram Chaczaturian (1903-1978); jego wizerunek – to zresztą jedno z najbardziej znanych dzieł malarza. Chaczaturian z kolei przyszedł na świat w ormiańskiej rodzinie mieszkającej na przedmieściach Tbilisi, ale już jako osiemnastolatek podążył za starszym bratem, później znanym reżyserem teatralnym, do Moskwy; tam też uzyskał wykształcenie muzyczne, tam też do końca życia mieszkał. Jednak, podobnie jak Sarjana, inspirowała go przede wszystkim Armenia, z której muzycznego folkloru czerpał całymi garściami. Jak w pejzażach Sarjana, słoneczna Armenia dyszała pełną piersią zwłaszcza w balecie „Gajane”, z jego słynnym hitem „Tańcem z szablami”. Skomponowany w ciągu zaledwie dwóch miesięcy, jakby w nagłym błysku inwencji twórczej, znakomity Koncert skrzypcowy (1940) noszę w pamięci po dziś dzień jako jeden z tych utworów, który, przed laty usłyszany w Poznaniu, otwierał mi jako słuchaczowi drogę do świata muzyki XX stulecia; równie dobrze pamiętam wrażenie, jakie uczynił na mnie drugi znany balet Chaczaturiana – „Spartakus”, oglądany w Teatrze Wielkim w Moskwie kilka dni po śmierci kompozytora, kiedy to w hołdzie zmarłemu wystąpiła najlepsza, jaką można było wówczas sobie wyobrazić, obsada z Władimirem Wasiljewem na czele i kiedy po zakończeniu oszałamiającego spektaklu w poruszających słowach pożegnał kompozytora choreograf Jurij Grigorowicz, po czym na scenę spłynął olbrzymi portret Chaczaturiana, a dwa tysiące ludzi opuściło widownię w skupionym milczeniu. Do Polski zaglądał Chaczaturian niejeden raz, polska prapremiera „Spartakusa” miała miejsce w 1968 roku w Warszawie, „Gajane” – siedem lat później w Łodzi; w stulecie urodzin kompozytora Ludwik Erhardt pisał o nim jako o „chyba wśród wszystkich kompozytorów radzieckich najczęstszym i najserdeczniej przyjmowanym gościu muzyków polskich”. Zmarły w Moskwie, pochowany został jednak Chaczaturian w Erywaniu, podobnie jak Sarjan w pełniącym rolę narodowego armeńskiego panteonu Parku im. Komitasa; w rosyjskiej stolicy za to w 2006 roku wystawiono mu okazały monument, i to o lokalizacji nader symbolicznej, bo przed siedzibą Związku Kompozytorów Rosji, gdy i Szostakowicz, i Prokofiew otrzymali w Moskwie pomniki w innych miejscach i cokolwiek później. W 2018 roku Rosjanie nakręcili fabularny obraz „Taniec z szablami” – o Chaczaturianie pospiesznie pracującym nad partyturą „Gajane” w latach II wojny światowej w Permie, gdzie do wystawienia baletu już się sposobił ewakuowany tam z Leningradu Teatr im. Kirowa; ciekawy ten film można było za sprawą nieocenionego festiwalu „Sputnik” oglądać i u nas.
*
Tak pokrewne sobie charakterem, fascynujące witalnością i mieniące się soczystymi barwami malarstwo Sarjana i muzykę Chaczaturiana niejednokrotnie ze sobą zestawiano i do siebie przyrównywano; znakomity armeński kompozytor, którego gwiazda poczęła świecić pełnym blaskiem w ostatnich latach życia Chaczaturiana – Awet Terterian (1929-1994) swą najgłębszą więź z rodzimą tradycją manifestował w sposób od swego wielkiego poprzednika mocno odmienny. W stanowiących trzon jego dorobku ośmiu symfoniach panuje atmosfera właściwej kulturom Orientu skupionej kontemplacji, nieledwie mistycyzmu; określa się też je niekiedy jako symfonie „medytacyjne”. Wykorzystując różnorodne techniki – od staroarmeńskich form monodycznych po swobodną dodekafonię i poszukiwania sonorystyczne, posiłkując się dawnymi instrumentami ludowymi (np. kamanczą) kreuje Terterian w swej muzyce bardzo specyficzny świat, wymagający od słuchacza niezwykłej koncentracji, ale też oddziaływujący nań z siłą zaiste hipnotyczną; z pewnością znajdą się jeszcze tacy, którzy jak ja pamiętają wrażenie uczynione na „Warszawskiej Jesieni” w 1985 roku przez jego VI Symfonię. Niespodziewana, przedwczesna śmierć Terteriana (a odszedł w uralskim Jekatierinburgu, gdzie w latach dziewięćdziesiątych prowadził klasę kompozycji) była dla muzyki, nie tylko armeńskiej, wielką stratą.
*
Jeśli Ormianin Chaczaturian urodził się i wychowywał w Gruzji, to Ormianin Terterian przyszedł na świat i spędził dzieciństwo w Azerbejdżanie; w czasach ZSRR było to rzeczą najnaturalniejszą, tak liczne i różne narody Kaukazu i Zakaukazia obcowały ze sobą jak przyjaźni sąsiedzi, Azerbejdżanie nie prowadzili walk z Ormianami, Gruzini szanowali Abchazów i Osetyńczyków. Wrogość i konflikty, niestety trwające, a nawet umacniające się po dziś dzień, przyszły dopiero z rodzącą się transformacją ustrojową; jak i na tym przykładzie widać, z uporem w swoim czasie utrzymujący, że nacjonalizm to ostatnie stadium komunizmu, nasz polityczny guru Adam Michnik i w tym wypadku nie miał racji – w kapitalizmie nacjonalizmy czują się nieporównanie lepiej…

Setny sezon Teatru im. Wachtangowa

Dla cenionego i popularnego moskiewskiego Teatru im. Wachtangowa tegoroczny wrzesień oznacza początek setnego już sezonu; apogeum obchodów 100-lecia placówki ma przypaść na listopad przyszłego roku, a intensywne do nich przygotowania (Władimir Putin podpisał stosowne rozporządzenie już w sierpniu 2019 roku) każą się spodziewać, że rzecz przybierze bardzo duży wymiar. Tym bardziej to prawdopodobne, że zespół teatru, od trzynastu lat kierowany przez tyleż znakomitego reżysera, co świetnego organizatora – Rimasa Tuminasa, przeżywa teraz swój kolejny artystyczny wzlot.

Teatr im. Wachtangowa jest dziecięciem Wielkiej Reformy Teatru z przełomu XIX i XX stulecia, a jego założyciel i patron, Jewgienij Wachtangow (1883-1922) – jedną z najważniejszych postaci tej Reformy w Rosji, obok Konstantina Stanisławskiego, Wsiewołoda Meyerholda, Aleksandra Tairowa; jak pisze Jerzy Koenig, teatr rosyjski stał się w tym okresie najciekawszym i najważniejszym zjawiskiem w kulturze teatralnej świata. Urodzony w osetyjskim Władykaukazie i pochodzący z ormiańsko-rosyjskiej rodziny Wachtangow (notabene jedna z jego sióstr wyszła za mąż za polskiego socjaldemokratę, potem działacza państwowego w radzieckiej Rosji Mieczysława Kozłowskiego) od 1903 roku mieszkał w Moskwie, gdzie też początkowo został aktorem Moskiewskiego Teatru Artystycznego (MChT). W teatrze zaś, o którym piszemy, a który po różnych doświadczeniach studyjnych utworzył jesienią roku 1921 (najpierw jako III Studio MChT), zdążył zrealizować zaledwie trzy premiery – trawiony nowotworem żołądka, niebawem w bardzo młodym wieku zmarł.
Ostatnia z tych jego inscenizacji – „Księżniczka Turandot” Carla Gozziego (premiera odbyła się 27 lutego 1922 roku, Wachtangow był już zbyt chory, by dotrzeć na spektakl) zogniskowała w sobie wszystkie najgłówniejsze cechy jego reżyserskiej estetyki, stając się swego rodzaju artystycznym manifestem, jednym z najgłośniejszych w dziejach dwudziestowiecznej sztuki teatralnej w skali światowej.
Estetyka ta, którą sam Wachtangow nazywał realizmem fantastycznym, zakładała nieskrywaną umowność przedstawienia, a w jej ramach wyrazistość formy, wykorzystanie elementów satyry i groteski, ironiczny dystans gry aktorskiej, a przy tym wszystkim atmosferę optymizmu i radości.
W „Księżniczce Turandot” wykonawcy pojawiali się na scenie odziani we współczesne stroje wieczorowe, po czym na oczach widzów przebierali się i charakteryzowali, przedzierzgając się w aktorów trupy komedii dell’arte, która miała zagrać bajkę Gozziego; spektakl był, jak pisze Kazimierz Braun, „triumfem teatralności, wesołej zabawy, gagów, żartów… tchnęła zeń uroda ludzi i życia, witalność, młodość”.
Dodajmy, że wielu spośród biorących udział w tej premierze artystów, po części debiutantów, osiągnęło potem w swym zawodzie nie byle jakie wyżyny – jak np. grający Kalafa Jurij Zawadski, później wybitny reżyser i przez dziesięciolecia znakomity szef moskiewskiego Teatru im. Mossowietu. „Księżniczka Turandot” utrzymywała się w repertuarze Teatru im. Wachtangowa (taką nazwę nadano mu w 1926 roku) aż po rok 2006 (sic!), i to bynajmniej nie jako szacowny, półmartwy zabytek, lecz jako spektakl wciąż przez publiczność w napięciu oglądany i entuzjastycznie fetowany; w 1997 roku obok gmachu teatru stanęła rzeźba wyobrażająca Turandot.
Po śmierci Wachtangowa obok spektakli bardziej lub mniej nawiązujących do jego stylistyki (np. klasyczny rosyjski wodewil „Lew Gurycz Siniczkin” Dmitrija Lenskiego w reżyserii Rubena Simonowa czy głośny, mocno krytykowany i po roku zdjęty z afisza „Hamlet” Szekspira w reżyserii Nikołaja Akimowa z muzyką Dmitrija Szostakowicza) pojawiły się oczywiście w placówce i przedstawienia wyrosłe z innych teatralnych tradycji i poetyk.
Od 1939 roku ster teatru na blisko pół wieku przejęła dynastia Simonowów: znakomity aktor i reżyser, wspomniany Ruben Simonow (także zresztą uczestnik pamiętnej premiery „Księżniczki…”), a po jego śmierci syn Jewgienij.
W repertuarze teatru sporą rolę odgrywała wtedy rosyjska dramaturgia współczesna – wśród najgłośniejszych przedstawień Rubena Simonowa znalazła się prapremiera „Irkuckiej historii” Aleksieja Arbuzowa (1959) ze wspaniałym duetem aktorskim Julią Borisową i Michaiłem Uljanowem oraz – z tymże duetem – prapremiera równie potem w radzieckich teatrach popularnej „Warszawskiej melodii” Leonida Zorina (1967), lirycznej opowieści o miłości młodej Polki i młodego Rosjanina, na której drodze stanęła bezlitosna polityka. Moja dość żywa znajomość z Teatrem im. Wachtangowa zaczęła się w połowie lat siedemdziesiątych i obu tych spektakli zobaczyć już nie zdążyłem; za to – z tych najznakomitszych i najbardziej dyskutowanych – zdołałem obejrzeć grany jeszcze od czasów wojny „Front” Ołeksandra Kornijczuka czy też nowego „Ryszarda III” Szekspira, ten pierwszy w reżyserii Rubena Simonowa, ten drugi – Raczii Kapłaniana, oba z Uljanowem w głównej roli.
Dane mi też było, i to dwukrotnie, widzieć jeden z największych hitów w dziejach tego teatru – „Damy i huzary” Fredry, przygotowane przez Aleksandrę Riemizową (jeszcze jedną uczestniczkę „Księżniczki…” z 1922 roku, występującą w roli Selimy) i w Wachtangowowskiej estetyce bardzo mocno osadzone.
Spektakl, którego premiera odbyła się u schyłku 1960 roku, został zagrany aż 756 razy (to chyba dla Fredry absolutny zagraniczny rekord) i zszedł z afisza dopiero po dwudziestu siedmiu latach; do tego wszystkiego w 1976 roku został zarejestrowany przez radziecką telewizję i potem był wielokrotnie przez nią emitowany, a dziś rejestrację tę można też bez trudu obejrzeć w internecie. Majora arcybrawurowo zagrał w tych „Damach i huzarach” inny gwiazdor tego teatru – Jurij Jakowlew; kiedy przystępował do prób, był od swego pięćdziesięciosześcioletniego bohatera ćwierć wieku młodszy, która to okoliczność ułatwiła mu dotrwanie w swej roli, zresztą jako jedynemu z obsady, do końca eksploatacji przedstawienia.
Potrafił też Jakowlew-Major do tego stopnia zauroczyć partnerującą mu w roli Zofii młodziutką Jekatierinę Rajkinę, córkę legendarnego Arkadija Rajkina, że ta została, choć nie na długo, jego małżonką.
Skądinąd Teatr im. Wachtangowa wobec polskiej dramaturgii okazywał w tych latach zainteresowanie na pewno ponadprzeciętne: w 1956 roku wystawił „Ostry dyżur” Lutowskiego, w roku 1962 – „Niemców” Kruczkowskiego, a w roku 1976 – „Lato w Nohant” Iwaszkiewicza, reżyserowane przez ówczesnego szefa Teatru Polskiego w Warszawie Augusta Kowalczyka, z Ludmiłą Maksakową jako George Sand. W owych latach siedemdziesiątych z tymże warszawskim Teatrem Polskim Teatr im. Wachtangowa połączyła specjalna umowa, której owocem była także wymiana aktorów – w wystawionych w obu placówkach przez Jewgienija Simonowa „Antoniuszu i Kleopatrze” Szekspira w jednym z przedstawień w Teatrze Polskim w tytułowych rolach można było ujrzeć Uljanowa i Borisową, zaś w Teatrze im. Wachtangowa – Kowalczyka i Krystynę Królównę.
*
W 1987 roku na czele teatru stanął Uljanow, który wnet zaprosił do współpracy ze swym zespołem całą grupę najgłośniejszych wtedy w Rosji reżyserów, w szczególności Roberta Sturua (wystawił tu pierestrojkowy „Pokój brzeski” Michaiła Szatrowa), Romana Wiktiuka (ten pokazał m. in. „Kurs mistrzowski” Davida Pownalla z Uljanowem, Jakowlewem i Siergiejem Makowieckim), Piotra Fomienkę (m. in. znakomici „Niewinni winowajcy” Aleksandra Ostrowskiego). Klasę reżyserską namaszczonego przez zmarłego w 2007 roku Uljanowa na swego następcę Rimasa Tuminasa, dziś na pewno jednego z czołowych inscenizatorów Europy, mogliśmy w Polsce poznać już całkiem dobrze – na przykład w przywiezionym przez Teatr Mały z Wilna w 2001 roku apokaliptycznym „Rewizorze” Gogola czy w pokazywanym przez Teatr im. Wachtangowa w 2010 roku ”Wujaszku Wani” Czechowa, równie tragicznej wizji zagłady świata Wojnickiego i Soni, jakby drugim „Wiśniowym sadzie”. Wśród najgłośniejszych spektakli Tuminasa w Teatrze im. Wachtangowa znalazł się też „Eugeniusz Oniegin” według Puszkina (2013), za którego otrzymał „Złotą Maskę” i który objechał już pół świata od Berlina, Paryża i Londynu poprzez Tbilisi i Tel Awiw po Pekin, Boston i Toronto.
Niezwykle oryginalną i nader gorąco przyjmowaną propozycją okazała się przygotowana przez Tuminasa „Przystań” (2011) – benefis dziewięciorga najbardziej znanych i zasłużonych aktorów tej sceny, występujących we fragmentach ról, których nigdy tu nie zagrali, a teraz sami na ów wieczór dla siebie wybrali; rzecz, przygotowana dla uczczenia 90-lecia placówki, pokazana została w ciągu siedmiu lat 158 razy, póki śmierć czworga spośród wykonawców nie zmusiła do zdjęcia jej z afisza.
A sam teatr pod kierownictwem Tuminasa rozrósł się już do rozmiarów niemal kombinatu: obok swej położonej przy Arbacie Sceny Głównej z widownią liczącą 1055 miejsc dysponuje teraz również zlokalizowanymi w najbliższym sąsiedztwie aż pięcioma innymi – Sceną Nową (250 miejsc), dwoma Scenami Simonowowskimi (po 119 miejsc), Kawiarnią Sztuki oraz sceną ściśle od lat związanej z teatrem wyższej uczelni – Instytutu Teatralnego im. Szczukina; może więc (i to robi) grać po kilka spektakli dziennie.
A obchody jubileuszu? Przed siedzibą teatru właśnie stanął pomnik Wachtangowa; wydany niedawno w Rosji dwutomowy wybór dokumentów i świadectw o działalności reżysera ukaże się po angielsku i po chińsku; przygotowany zostanie spektakl-promenada „Moskwa Wachtangowa – droga do Turandot”; odbędą się najróżniejsze warsztaty i sympozja. Na Arbat zjadą i w siedzibie teatru wystąpią zespoły z Omska (dokąd w czasie wojny ewakuowano część trupy, gdy inna część dawała przedstawienia na froncie, od Stalingradu do Berlina i Pragi), z Władykaukazu (gdzie ponadto w rodzinnym domu Wachtangowa powstanie centrum kultury), z Tary k/Omska (z tych okolic pochodził Uljanow) oraz z Wilna (gdzie przez lata pracował i po dziś dzień pracuje Tuminas); z kolei zespół wachtangowców po odbytych już jubileuszowych występach we Francji, Niemczech, Kazachstanie i na Litwie ma puścić się w podróż do kilku kolejnych krajów Europy, Azji i Ameryki Północnej.
Rosyjska telewizja „Kultura” ma pokazać rejestracje najsłynniejszych spektakli teatru, co już zresztą on sam zaczął robić na swej stronie internetowej w czasie minionych wakacji, prezentując tych spektakli blisko dwadzieścia, każdy przez cztery doby…

Obiad Jasia z Premierem

Nie tak dawno, bo jakieś niespełna parę lat temu, cała władza miasta i powiatu sokołowskiego została ,,postawiona na baczność”. Sam wicepremier i Minister Kultury i Sztuki w jednym, czyli Józef Tejchma, przyjeżdża! Tak Dostojnego Gościa Sokołów na oczy nie widział. Niezapowiadane „gospodarskie wizyty” także nie były jeszcze w modzie. Poruszenie ogromne. Sztaby pracują – co robić? Jak robić? Narada goniła naradę. Pisano i zmieniano scenariusze pobytu. Rozdzielano zadania i zaproszenia do wspólnego stołu z gościem…

Skąd ten honor dla miasta? Trudno dziś uwierzyć, ale chodziło tylko i wyłącznie o … kulturę! Konkretnie o „sokołowski eksperyment”. Gazety i tygodniki rozpisywały się o nowym modelu funkcjonowania placówek kultury, zjeżdżali goście z całego kraju, bo Ministerstwo Kultury i Sztuki – nie bez oporów – zezwoliło na przełamanie stereotypu zarządzania i finansowania kultury w mieście i powiecie.
Pomysł był prosty – zintegrować pod wspólnym kierownictwem Powiatowy Dom Kultury, bibliotekę, kino, ogniska artystyczne oraz zapewnić im wszystkim jedno źródło finansowania, jeden budżet w miejsce wielorakości środków państwowych, lokalnych, społecznych. Słowem – ułatwić współdziałanie, zespolić inicjatywy, zaoszczędzić pieniądze, których zawsze brakowało, lepiej i sensowniej wykorzystać kadrę pracowników, lokale. A więc – nie każdy sobie i na swoim, a wszyscy razem na rzecz rozwoju życia kulturalnego w mieście i powiecie.
Ten nowy model działania placówek kultury opracowano i wprowadzono w życie nie gdzie indziej a właśnie w Sokołowie. Jako eksperymentalny i jedyny w kraju! Po roku eksperymentowania ,,sokołowski model” miał być upowszechniany w innych regionach Polski. Premier Tejchma chciał więc na własne oczy zobaczyć, jak „to to” funkcjonuje, jak się sprawdza w działaniu i przekonać się, czy warto takie rozwiązania popierać.
Mnie – promotorowi ,,eksperymentu” – moim koleżankom i kolegom w Powiatowego Ośrodka Kultury ogromnie zależało na dobrej ocenie naszej pracy. Stawaliśmy na głowie, by wszystko wypadło jak najlepiej. A z nami – oczywiście – działał nasz równie niezawodny, co nieprzewidywalny ,,najlepszy kierowca świata” Janek Godlewski. Był podniecony stosownie do rangi wydarzenia, a nawet bardziej. Pogadałem więc z nim w cztery oczy, by utemperować emocje i wykluczyć ewentualne ,,genialne” pomysły, z których był znany.
Wszystko szło jak z płatka. Nasz Gość zwiedził Powiatowy Ośrodek Kultury i wszystkie znajdujące się w nim placówki: kino, bibliotekę, studio nagrań, pracownię filmową i fotograficzną, ogniska artystyczne, radio-klub, pracownię usług plastycznych, kawiarnię…. Wszędzie oczywiście tętniło życie, więc wszędzie z wszystkimi wdawał się w rozmowy, ,,drążąc” temat i nabierając przekonania, że ,,eksperyment sokołowski” ma się dobrze, sprawdza się w działaniu.
Wizytowanie trochę się przeciągnęło, ale obiad też przygotowaliśmy u siebie, więc niespodzianek być nie powinno. O dobry stół i miłą obsługę zadbała restauracja PSS „Podlasianka”, a Jaś Godlewski pomagał w dowożeniu wszystkiego z jej kuchni i kredensu do naszej specjalnie urządzonej „sali biesiadnej”. Idziemy więc na obiad zadowoleni zadowoleniem Gościa, otwieramy drzwi, zapraszamy na poczęstunek, a tu… na honorowym miejscu za stołem siedzi sobie nasz nieoceniony Janek i pałaszuje kanapki. Konsternacja, zamieszanie.

  • Co on tu robi? Skąd się wziął? Kelnerki pobladły, co niektórzy zesztywnieli, a premier jakby nigdy nic wita się z niespodziewanym gościem i pyta, które kanapki lepsze, ze śledziem czy z szynką? Zaprasza do stołu… Zasiadł więc Jasiu przy premierze i nawet nie czekając na zakończenie przemówienia I sekretarza KP PZPR wypalił: ,,Panie Premierze, czy Panu nie wstyd, że ja, kurna, nasze zespoły muszę wozić po kraju i za granicę takim ,,rzęchem?” Miejscowymi władzami zatrzęsło z oburzenia, a towarzysz Premier na to: „Ja się nie wstydzę, ale pan przewodniczący Powiatowej Rady Narodowej mógłby się zawstydzić, jeżeli jest tak, jak mówicie”. A Jasiu dalej: – Pan przewodniczący już dawno, kura, kupiłby mi „Autosana”, ale nie może, kura, bo nie ma limitu, kura, na zakupy inwestycyjne i asygnaty na autokar, kura.
  • No to jesteśmy w domu – mówi wyraźnie rozbawiony Premier. – Ja załatwię asygnatę i dam połowę środków. Jeśli pan przewodniczący dołoży resztę — bierzcie autokar i… w drogę!
    Nie minął miesiąc, a Jaś z fasonem podjechał pod Ośrodek Kultury nowiusieńkim ,,Autosanem”, a jego szelmowski uśmiech mógł oznaczać tylko jedno – Widzicie? Tak się załatwia sprawy! Miał farta, ale… trafił na wicepremiera i Ministra Kultury Józefa Tejchmę. Ot, co!

Kacperek

Jak każdy dziadek lubię rozmowy z wnukiem. Kacper jest uczniem 6 klasy mojej byłej szkoły w „ruskich dołach „Gadamy najczęściej o piłkarzach, o zmarnowanych okazjach naszych napastników o błędach sędziowskich.

Kacper rośnie na dobrego piłkarza i już imponuję mi opanowaniem piłki oraz dryblingiem ,za moich piłkarskich czasów rzadko spotykanych na sokołowskim stadionie. Ostatnio jego uwagę zawładnął okolicznościowy artykuł o wyzwoleniu Sokołowa przez Armię Czerwoną 8 sierpnia 1944 roku, jaki pisałem dla gazety . Ze sportu nasza dyskusja przeszła na sprawy wojny, hitlerowskiej okupacji i moich dziecięcych przygód. naznaczonych strachem, śmiercią ojca, obserwowanych przez dzieci morderstw Żydów i egzekucji polskich patriotów pod tzw. zgórkiem u zbiegu ulic Długiej ,Siedleckiej i Repkowskiej.
Kiedy na pytanie „ Lepiej powiedz dziadku ilu zabiłeś Niemców? Odpowiedziałem że ani jednego bo miałem mniej lat jak Ty dzisiaj , zauważyłem wielkie rozczarowanie w oczach mojego wnuka. A kiedy opowiedziałem ,że jeden z żołnierzy niemieckich pilnujących bramy getta dał mi prawdziwą czekoladę za to że przyniosłem z domu kubek wody- nazwał mnie kolaborantem. Poprawiłem troszkę swoją reputację opowieścią jak ze Zdziśkiem Bałkowcem rzucaliśmy przez płot do naszych kolegów Żydów jabłka i marchewki z podwórka gdzie mieszkał . na ulicy Siedleckiej 4 lub 6 . Ale fakt że przez 5 lat okupacji nie zabiłem żadnego Niemca i nie uratowałem żadnego żydowskiego kolegi wystarczył małemu patriocie na rozczarowanie Zastanawiam się skąd u dzieci ,dziesiątki lat po wojnie ,biorą się takie bojowe postawy. Czy szkoła uczy jak zabijać Niemców ,Ruskich i Ukraińców czy ,co w moim przekonaniu powinna uczyć , jak z nimi budować, mimo trudnej przeszłości dobrą sąsiedzką wspólpracę.
Pamiętam ze swoich szczenięcych lat jak prof. Paweł Kamiński uczył nas strzelania i musztry na lekcjach Przysposobienia Wojskowego, jak zdobywaliśmy odznaki ” Bądź sprawny w pracy i obronie” Jak biliśmy rekordy Szkoły w rzucie granatem. albo w biegu na 3 km. Wielu kolegów zaraz po 9 klasie poszło do szkól oficerskich uznając że nie matura lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera. I trzeba przyznać ,że zostali oficerami po ukończeniu wojskowych matur i studiów wyższych. Jak Stasiek Stolarczuk, Rysiek Saczuk czy Mietek Harasim.
Taki kurs na wojsko był w latach pięćdziesiątych wymuszony na programach szkolnych przez okres tzw. ” zimnej wojny „ dwóch wrogich wobec siebie systemów politycznych kapitalistycznego i socjalistycznego. Straszono nas imperialistami i zdrajcą Tito. Wpajano wrogość do Mikołajczyka i Andersa. Kazano zbierać podpisy o ułaskawienie skazanych w USA za szpiegostwo na rzecz Związku Radzieckiego małżonków Rosenbergów. Takie kanony edukacyjno- wychowawcze obowiązywały w mojej szkole w latach 1951-1955 A poza szkołą w mieszkaniu Bolka Bałkowca, który nigdy nie chciał wstąpić do szkolnego koła ZMP i wsławił się dorysowaniem na Gazetce Sciennej sarmackich wąsów Stalinowi, słuchaliśmy z wypiekami na twarzach rewalacji pułkownika J. Swiatły o Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego którego był wysokiej rangi funkcjonariuszem. zanim spylił na Zachód. Bolek miał radio marki Pionier z dobrym odbiorem fal krótkich na których nadawało Radio Wolna Europa.
Z tych audycji dowiedzieliśmy się o zbrodni w Katyniu. To były nasze bezpłatne ale znaczące korepetycje do lekcji historii. I chociaż pobieraliśmy je kosztem rozwiązywania reguł matematycznych z czego nie był zadowolony nasz wspaniały wychowawca i matematyk prof. Henryk „Listek” Wiśniewolski to jednak doprowadził nas do matury.
Teraz ja staram się mojemu wnukowi zrozumieć naszą historię a że moja narracja często różni się od szkolnej nie tylko tworzy zamęt w jego głowie ale też zmusza do myślenia i dalszych poszukiwań. Na szczęście ma gdzie szukać mając jeszcze nieograniczony dostęp do Internetu.
Ostatnio zadziwił mnie informacją, że Borman- sekretarz NSDAP nie zginał w oblężonym Berlinie uciekając z bunkra Hitlera lecz dożył swoich dni w Związku Radzieckim. Teraz ja buszuje w Internecie by sprawdzić jakie naprawdę były losy z najbliższego współpracownikiem Hitlera. Historia jest fascynującą dyscypliną naukową i chociaż każda zmiana polityczna stara się ją interpretować dla siebie pozostają matki i ojcowie, babcie i dziadkowie , którzy powiedzą swoim następcom jak naprawdę było.
Warto ich słuchać o czym przekonałem się na spotkaniu koleżanek i kolegów Kacpra z 6 klasy mojej dawnej szkoły w której gdyby nie przewodnik bym zabłądził . Tak się rozbudowała. Tylko kancelaria jest tam gdzie była i gdzie nasza pani -Maria Wolańska pozostawiała swojego jamnika Bumsa pod opieką koleżanek, zanim Tadek Lipski odprowadzi go do jej domu. Taki przywilej miał w naszej klasie tylko Tadek i dlatego zazdrośni koledzy dali mu ksywkę Bums.