Kultura po zarazie

Wszyscy głowią się, jak będzie wyglądał świat po zarazie, jak zmieni się życie kulturalne po jego odmrożeniu. Czy wróci w utarte koleiny, czy obierze inny, nieznany kierunek?

To oznacza, że nastała pogoda dla wizjonerów i proroków. Kto jednak nie ma zadatków na proroka, może sięgnąć po wyniki coraz częściej publikowanych sondaży, ankiet i badań opinii, z których wyłania się przybliżony obraz tego, co nastąpi.
Sporo ciekawych wniosków podpowiadają
wyniki sondażu
przeprowadzonego w dnia 8-14 maja, a więc w okresie rozwiniętej już pandemii w połowie marca przez grupę badaczy z Centrum Kultury w Lublinie, przy wykorzystaniu narzędzi i komentarzy dr. Mariusza Gwozdy z Fundacji na rzecz Badań i Inicjatyw Społecznych. Przy wszystkich możliwych i zasadnych zastrzeżeniach, że to tylko sonda, że badania niereprezentatywne, że całkowicie dobrowolnie pozyskane odpowiedzi od przede wszystkim – jak można się domyślać – dotychczasowych odbiorców oferty kulturalnej tego Centrum, warto je dokładnie przestudiować.
Wzięło w nich udział ponad 700 osób, w większości o wyższym wykształceniu i bez wątpienia wyższym od przeciętnego standardzie potrzeb kulturalnych i rzeczywistego uczestnictwa w kulturze. Na pytanie bowiem jak często ankietowani – przez pandemią – korzystali ze spektakli, koncertów, seansów filmowych zadeklarowało, że raz w tygodniu (22 procent) albo częściej niż raz w tygodniu (14 procent) lub co najmniej raz w miesiącu (19 procent) albo częściej niż raz w miesiącu (27 procent). Sumując te wyniki otrzymujemy imponujący wskaźnik 82 procent ankietowanych, którzy uczestniczą co najmniej raz w miesiącu w wydarzeniu artystycznym. To wynik znacznie przekraczający przeciętną krajową. Pamiętajmy, że badania są prowadzone w Polsce, gdzie przeciętny rodak sięga po książkę rzadziej niż raz na dwa lata, a tzw. tzw.
indeks praktyk kulturalnych
przyjęty w Unii Europejskiej do badania poziomu uczestnictwa w kulturze sytuuje nas na końcu unijnej tabeli. Tak więc, wracając do ankietowanych, reprezentują oni, jeśli nie elitę, to z pewnością grupę znacznie bardziej zaawansowanych uczestników kultury od przeciętnej krajowej. Co zresztą potwierdza ich odpowiedź na pytanie: „Czy uczestnictwo w życiu kulturalnym i korzystanie z oferty instytucji kultury jest dla Pana/i ważne?”. Okazało się, że aż 91 procent ankietowanych odpowiedziało na tak postawione pytanie twierdząco.
Warte uwagi są wyniki sondażu dotyczące preferencji wyboru propozycji kulturalnych online, od których zrobiło się aż tłoczno w Internecie. Wbrew oczekiwaniom ankietowani traktują niemal równorzędnie spektakle (49 procent), koncerty (48 procent) i filmy (51 procent). Rzecz inaczej wyglądała, kiedy zapytano badanych o ich gotowość bezpośredniego uczestnictwa w imprezach kulturalnych już po ustąpieniu pandemii. Wtedy rozkład preferencji przedstawiał się następująco: najwięcej zwolenników zebrały koncerty (34), projekcje filmowe w kinach (18 procent) i spektakle (17 procent), ale i tak wyraźna pozostała przewaga kontaktu z żywym wykonawcą, co – jaki komentuje dr Gwozda dowodzi, że odbiorcy kultury stęsknili za bezpośrednim kontaktem z artystami i wyżej cenią sobie spektakle i koncerty (łącznie) od „bezdotykowego” kina. To dość krzepiąca wiadomość dla twórców teatralnych, bo – jak wiadomo – bezpośrednie oddziaływanie, tworzenie żywej wspólnoty jednego wieczoru jest fundamentem sztuki teatralnej, bez której sztuka teatru nie może się obejść.
Wspomniane deklaracje nie oznaczają, że odbiorcy kultury nie wyrażają poważnych obaw czy wahań związanych z uczestnictwem w imprezach masowych. Chętniej przewidują swój udział w spotkaniach czy zdarzeniach kameralnych niż w wielkich imprezach. Wiele osób wyraża wątpliwości, czy podczas imprez masowych rzeczywiście będzie dotrzymywany reżim sanitarny, czy bliskość fizyczna wielu osób nie stworzy na nowo zagrożenia epidemicznego. Jak widać, obawy, jakie wniosła – być może na trwałe – do naszego życia pandemia. Można się spodziewać, że podobnego typu obawy będą nam towarzyszyć jeszcze bardzo długo, nawet po wygaśnięciu je ognisk, oddziałując na zachowania i obyczaje kulturalne. Tak czy owak, będzie musiało upłynąć trochę czasu, nim publiczność na nowo uwierzy w bezpieczeństwo korzystania z sal teatralnych, koncertowych czy kin.
Może jeszcze bardziej znaczące, choć w samym badaniu we wspomnianej ankiecie specjalnie nieeksponowane są odpowiedzi na pytanie o
deklarowany poziom wydatków
ponoszonych na zaspokojenie potrzeb kulturalnych. Większość, bo 38 procent ankietowanych deklaruje utrzymanie dotychczasowego poziomu wydatków na kulturę, 10 procent jest gotowych zwiększyć te wydatki, ale aż 24 procent zapowiada ich zmniejszenie.
To bardzo ważna przestroga dla polityków i organizatorów życia kulturalnego. Oznacza bowiem, że aż co czwarty odbiorca kultury zamierza redukować swoje wydatki na kulturę. Wprawdzie nie wiemy w jakim stopniu, a także nie towarzyszą tej deklaracji żadne bliższe motywacje, ale nietrudno je sobie wyobrazić. Jeśli pamiętać o ekonomicznych skutkach zamrożenia gospodarki, spodziewanym i już następującym zubożeniu społeczeństwa, a więc i spadku siły nabywczej konsumentów kultury, wyjaśniają się powody zapowiadane zmniejszenie wydatków na kulturę . To ważna informacja także dla polskiej lewicy, w której programach zawsze akcentowano walkę o zapewnienie dostępności kultury, o niwelowanie występujących wciąż nierówności, które tę dostępność limitują. Prawdę mówiąc, wszystkie pozytywy omawianej ankiety, przyćmiewa ta ostatnia informacja. Jeśli bowiem rzeczywiście aż czarta część odbiorców kultury obniżyłaby poziom wydatków na kulturę, musiałoby to nieuchronnie doprowadzić do bardzo niepokojących skutków, zwłaszcza biorąc pod uwagę osłabioną wydolność finansową wielu instytucji artystycznych. Jeśli do tego dodać spodziewane obniżenie wpływów z biletów związane z koniecznością przestrzegania reżimu sanitarnego, sytuacja finansowa teatrów, filharmonii, kin, a nawet części muzeów może prowadzić do ich bankructwa. To z kolei tworzyłoby nowe „dziury” w sieci instytucji kulturalnych, a więc sprzyjało pogarszaniu się dostępności do kultury, Groziłby to w rezultacie efektem błędnego koła dekulturacji. Żeby temu niebezpieczeństwu zapobiec, trzeba już teraz myśleć o programie osłonowym, który chroniłby najsłabszych przed wykluczeniem z kultury.
Osobną częścią lubelskiej ankiety były opinie i propozycje uczestników – trudne do jakiegoś statystycznego uśrednienia – na temat powstałej w wyniku pandemii sytuacji i przyszłości. Niektóre z nich na pewno warte są uwagi i przemyślenia. Odsłaniają bowiem kierunek myślenia, jaki obrali odbiorcy kultury, a tym samym poniekąd zaproponowali organizatorom życia kulturalnego. Trudno je tutaj wszystkie omawiać, dla przykładu zacytuję tylko dwie z przytaczanych odpowiedzi na ankietę:
„Myślę, że to dla instytucji kultury może być nowy start. Nie wrócicie do tego, co było, tak samo, jak reszta z nas. Trzeba wykorzystać Internet nie jako dodatek do działalności kulturalnej, ale jako jedną z form, by utrzymać kontakt z ludźmi, którzy nigdy nie byli u Was, a Internet sprawia, że są i będą Waszymi odbiorcami”.
I drugi wpis:„Otwarcie świata po epidemii powinno być nowym otwarciem dla wszelakich idei, inicjatyw i działań. Należy wykorzystać zaistniałą sytuację do przeprowadzenia szeregu zmian, nie tylko tych związanych z wirusem. Zachęcam Państwa do wypełniania swojej misji w taki sposób, aby kultura zbliżała ludzi”.
Jak więc widać, to poważne oczekiwania. Apetyt na kulturę wcale nie maleje, ale zmieniają się warunki korzystania z jej dobrodziejstwa.

Lewica winna bronić inteligenckiego ethosu

– Pogarda jest naprawdę jednym z kluczowych zagadnień polskiej mentalności i jeśli rozejrzymy się wokoło, a zwłaszcza przyjrzymy się życiu politycznemu, to zobaczymy, że ta konstatacja jest nadal, niestety, jaskrawo aktualna. Pogarda dla innego, gorszego, napiętnowanego przeszłością jest podstawowym dziś motywem polityki w Polsce z prof. Krzysztofem Kłosińskim, historykiem i teoretykiem literatury, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

W zeszłym roku upłynęła 50 rocznica śmierci Witolda Gombrowicza, ukazała się też jego pierwsza, obszerna, dwutomowa biografia autorstwa Klementyny Suchanow. Przeszła jednak bez większego echa. Gombrowicz przestał być istotną postacią w publicznej debacie?
Bez przemyślenia Gombrowicza i bez tej całej sfery krytyki wizji sienkiewiczowskiej, którą zapoczątkował Prus i kilku jego współczesnych, w tym Stanisław Brzozowski w „Legendzie Młodej Polski”, trudno mówić o świadomym udziale w polskiej sferze życia umysłowego, w nowoczesnej świadomości polskiej. Bunt Gombrowicza przeciw Sienkiewiczowi to główny węzeł nowoczesnej świadomości polskiej inteligencji. Z kolei Gombrowicz jest nielubiany przez pewne kręgi polskiej – powiedzmy to tak ogólnie – konserwatywnej prawicy. Jest coś groźniejszego, co się za tymi głosami kryje. Radykalne nastawienie antyinteligenckie. Stosunek do Sienkiewicza był od samego początku kryterium stosunku do polskości: czy ma być ona tradycjonalistyczna, katolicka, „przedmurzowa” (Matka Boska kiwa z nieba Longinusowi obcinającemu głowy poganom), czy nowoczesna, laicka. Właśnie w dyskusji z Sienkiewiczem kształtował się ten drugi model – od Prusa, przez Brzozowskiego, po Gombrowicza. I on budował ethos inteligenta. Polski inteligent mówił Gombrowiczem, bo to mu dawało immunologiczną odporność na nowomowę.
Sienkiewicza nie lubi Pan czytać?
Tak się złożyło, że na uroki Sienkiewicza jestem dość uodporniony. Mój ojciec był partyzantem i, jak wielu partyzantów, lubował się w Sienkiewiczu. Z wczesnego dzieciństwa pamiętam więc liczne wieczorne czytania Sienkiewicza i tę jakże niezdrową egzaltację, która polegała na totalnym odlocie, czyli całkowitej ucieczce od rzeczywistości (ojciec miał za sobą stalinowskie więzienie). Ale rzecz nie w moim upodobaniu do Sienkiewicza, czy jego braku, lecz w tym, że to nie jest pisarz, który powinien koronować szkolny kanon polskiej literatury. Wizja sienkiewiczowska jest już bardzo anachroniczna i pokazuje – jak mówił Brzozowski – Polskę „zdziecinniałą”.
W dużym stopniu zgadzam się, aczkolwiek n.p. badaczka z Białegostoku, profesor Jolanta Sztachelska przekonuje w swoich pracach, że Sienkiewicz nie był aż tak zakamieniałym konserwatystą za jakiego się go uważa, lecz umiarkowanym sceptykiem, który pod kostiumem tradycjonalisty skrywał całkiem nowoczesne spojrzenie na świat. A ponieważ Sienkiewicz należy do kanonu, mam pytanie o sens koncepcji kanonu lektur jako takiego. Kanon z założenia jest zbiorem wyselekcjonowanych, zadekretowanych, odświętnie wypucowanych najlepszych okazów literatury, a przecież kultura, literatura to gęsty, „nieplewiony” ogród „okazów” bardzo zróżnicowanych, także jakościowo, to całość, w jej splątaniu, w sprzecznościach. Czy można zrozumieć literaturę pomijając to splątanie?
No właśnie, nie można, bo wtedy ta perspektywa się zawęża, redukuje, chociaż ze względu na realia trzeba się pogodzić z tym, że na poziomie edukacji szkolnej nie da się przekazać uczniom całego dziedzictwa w jego złożoności. To jednak nie oznacza, że można proponować takie rzeczy, jak usunięcie z kanonu Gombrowicza, giganta literatury nowoczesnej, by na jego miejsce wprowadzać pisarza drugorzędnego, jak Jan Dobraczyński, pod pretekstem, że tamten był „niepatriotyczny”, a ten jest „patriotyczny”. Podobne kryteria mają tę wadę, że ich sens zależy od tego, kto mówi. Dla mnie jest, np. odwrotnie: Gombrowicz jest heroiczny w swoim przemyśleniu polskości i narzucaniu się z nią światu, a Dobraczyński to konformista. Kryteria moralne nie powinny być jednak mieszane z estetycznymi, podstawowymi w literaturze.
Jeśli by poważnie przyjąć postulat przekazywania wiedzy o literaturze jako odzwierciedlenie ewolucji kultury, polityki, społecznej świadomości etc., to może należało by wprowadzić do kanonu także np. literaturę okresu socrealizmu, by pokazać, jaki obraz świata pokazywała czytelnikowi?
To jest kwestia lektury: mamy sporo świetnych interpretacji socrealizmu w humanistyce, w szkole natomiast ten nurt jest niczym upiór, widmo. Potępia się go jak diabła i tyle. Swego czasu przeczytałem „Władzę” Tadeusza Konwickiego jako powieść o człowieku, któremu owa tytułowa „Władza” stawia alternatywę: albo jesteś z nami jako istota rozumna, albo przeciw nam jako „pełne zadziorów ciało”. Przecież Miłosz stawiał tę samą diagnozę w „Zniewolonym umyśle”.
Tylko, że wprowadzając socrealizm do kanonu otwieramy pytanie – a dlaczego nie inne nurty w literaturze? Może zwyczajnie zadowalający kanon dla szkoły jest niemożliwy?
Zadowalający na pewno nie. Można się jedynie zbliżać do jakiegoś wyobrażonego, idealnego modelu. Na marginesie dzisiejszych sporów przypomnę wielką przegraną w pojedynku Kochanowski – Rej. Narodowa w swoim profilu szkolna historia literatury zrobiła z tego drugiego zdziecinniałego idiotę. Tak, na przykład, spreparowano „Krótką rozprawę ”, żeby dzieci czytały o „liczeniu jajec”, a nie o systemie wartości obowiązujących obywateli Republiki. Bo Rej był inny, protestancki. I tak to trwa do dziś.
Czy jest możliwe wskazanie jakichś charakterystycznych, wiodących tematów klasycznej polskiej literatury, wiodących obsesji, jakiegoś rdzenia?
Jednego na pewno nie, na to jest zbyt zróżnicowana, ale akurat przychodzi mi na myśl pewien bardzo znamienny motyw, bardzo w polskiej literaturze zauważalny, motyw pogardy. Sięgam ciągle do jednej z najwspanialszych powieści polskich, być może najwspanialszej, czyli do „Lalki” Prusa. Mogę powiedzieć, że żyję z tą książką za pana brat. Jest ona oczywiście niebywale wielowarstwowa, mówi o miłości, o przemijaniu, u fundamentalnych zjawiskach życia, ale wydaje mi się, że tym, o czym ona tak naprawdę opowiada, jest pogarda. Bogatego do biednego, dobrze urodzonego do źle urodzonego i na odwrót. Przecież kluczowa relacja w tej powieści – między Izabelą a Wokulskim – to w istocie rzeczy stosunek pogardy. Bohaterowie są dla siebie stworzeni, tak jak stworzeni są dla siebie energiczny Wokulski i tęskniąca za rozwojem Warszawa. I co z tego? I nic. Najpierw jego dosięga pogarda, a potem on uczy się gardzić. Widzi przyszłą Polskę jako „pokolenie urodzone i wychowane na tym śmietniku, z matki okrytej wysypką i beznosego ojca!”. Mówi na końcu o Izabeli: „Tak pogardzam i jeszcze ją kocham!”. A jakim mistrzem pogardy jest Sienkiewicz! Wydaje mi się, że pogarda jest bardzo charakterystycznym motywem emocjonalnym, by nie powiedzieć duchowym, polskiej kultury, polskiej obyczajowości – pogarda do tego, który jest „niżej”, komu można przypisać gorszość. Bardzo wiele pisał o niej Żeromski, choćby w „Ludziach bezdomnych” czy „Popiołach”. Wspaniale pokazała ten temat profesor Maria Janion w swojej książce „Niesamowita Słowiańszczyzna”, eksponując właśnie naszą pogardę dla siebie jako Słowian. Pogarda jest naprawdę jednym z kluczowych zagadnień polskiej mentalności i jeśli rozejrzymy się wokoło, a zwłaszcza przyjrzymy się życiu politycznemu, to zobaczymy, że ta konstatacja jest nadal, niestety, jaskrawo aktualna. Pogarda dla innego, gorszego, napiętnowanego przeszłością jest podstawowym dziś motywem polityki w Polsce. To są nasze skrzywienia, które właśnie pisarze inteligenccy, z tego nurtu anty – sienkiewiczowskiego, pomagają nam diagnozować i leczyć.
Czy nie jest tak, że owa pogarda, o której Pan mówi, stanowi jedną z kluczowych barier modernizacji polskiego społeczeństwa, barier na drodze do stawania się społeczeństwem demokratycznym z ducha, a nie tylko z procedur?
Myślę, że tak, bo pogarda jest cechą społeczeństwa anachronicznego, zaskorupiałego, ale ja bym tej cechy nie przypisywał społeczeństwu en bloc, bo w nim jest wiele rozumności, lecz części elit rządzących, ludzi, którzy z rozniecania pogardy uczynili instrument walki politycznej.
Jest Pan badaczem i znawcą literatury XX, ale i XIX wieku? W jakim stopniu ta literatura wypełnia cechę aktualności, a w jakim jest już tylko zabytkiem literackim przeszłości?
Wszystko zależy od klasy dzieła. Wspomniana przeze mnie wcześniej „Lalka”, choć opowiada o XIX-wiecznej Warszawie, ma nam sporo do powiedzenia o nas dziś. Zależy, czy pod warstwą bezpośredniej narracji autorzy dawnej literatury zapisali doświadczenia ponadczasowe, albo takie, których sens dopiero my, po wielu dziesięcioleciach, możemy odkryć.
Nieprzypadkowo uczyniłem uwagę, że jako profesor literatury specjalizuje się Pan w dużym stopniu w literaturze wieku XIX, ponieważ, na zasadzie pewnego kontrapunktu, komentował Pan kiedyś, w duecie z Kazimierą Szczuką, w telewizyjnym programie „Wydanie drugie poprawione”, zjawiska literatury współczesnej. 45 lat temu ukazała się głośna książka Adama Zagajewskiego i Juliana Kornhausera „Świat nieprzedstawiony”, w której autorzy postawili literaturze okresu PRL zarzut, że nie daje pełnego obrazu rzeczywistości, co zresztą nie było bynajmniej wyłącznie zakamuflowanym zarzutem natury politycznej, lecz postulatem formułowanym przede wszystkim z punktu widzenia krytyki literackiej. Czy z tego punktu widzenia literatura powstająca po 1989 roku zadowala Pana?
Generalnie rzecz biorąc zadowala. Myślę, że jeśli rozejrzymy się po krajobrazie naszej literatury, to ona w sposób cząstkowy odnosi się do najważniejszych zagadnień życia w Polsce, od kwestii tożsamościowych, poprzez społeczne, obyczajowe, kulturowe, polityczne. Choć, oczywiście, nie wszystko, co istotne, zostało przez nią objęte, sądzę, że literatura współczesna wypełnia to podstawowe zobowiązanie, żeby pokazać może nie tyle obraz naszej rzeczywistości, ile to, jak go dziś budujemy. Dlatego też chyba nie doczekamy się realizacji tej tęsknoty, która od czasu do czasu gdzieś się odzywa, by powstała powieść-summa, jakaś epicka synteza naszych czasów, „Lalka” naszej epoki. A nie powstanie, bo nie ma już jednej narracji, której pretensje do prawdy moglibyśmy wszyscy uznać. Zresztą wtedy też nie było, tylko nam się tak wydawało.
Nie wiem, czy zgodzi się Pan z uwagą, że w Polsce doszło do uderzającej zamiany ról. Dyskurs o literaturze, w którym przez wiele dziesięcioleci, także w dwudziestoleciu międzywojennym istotną rolę odgrywali krytycy związani tak czy inaczej z lewicą, został dziś całkowicie opanowany przez publicystów politycznie identyfikujących się z prawicą, konserwatyzmem czy liberalizmem. Dlaczego lewica prawie całkowicie wycofała się z tej sfery?
Tego nie wiem, ale zgadzam się, że tak jest i uporczywi się nie zmienia. Ubolewam nad tym, bo sam mam sympatie lewicowe. Myślę, że powszechne dziś nie-przyznawanie się kultury do lewicowości jest efektem PRL-u, kiedy system polityczny był generalnym zawiadowcą kultury, kiedy istniała instytucjonalna cenzura, a twórcy przechodzili do demokratycznej opozycji. Świat kultury uległ stereotypom, że lewica równa się komuna, bolszewicy, zamordyści. A przecież lewica to tradycja Żeromskiego, Brzozowskiego, Struga, Nałkowskiej, Dąbrowskiej, Lipskiego. W XX wieku panował pogląd, że miejsce intelektualisty jest raczej na lewicy. Jak zresztą można poza tym kontekstem zrozumieć rolę intelektualistów w Stoczni w sierpniu 1980 roku. Myślę, że cały ten wybryk ze spisem lektur spowoduje otrząśnięcie się z podobnych stereotypów.
Kiedy przed laty wybuchła afera po wyrugowaniu Gombrowicza z listy lektur szkolnych dzwoniłem do różnych znawców literatury, ludzi kultury, ale do jednego ze znawców tego pisarza, Włodzimierza Boleckiego nie zadzwoniłem, choć bardzo cenię jego dokonania intelektualne, w tym na niwie eseistyki literackiej, bo byłem przekonany, że z powodów politycznych odmówi komentarza „Trybunie”…
Myślę sobie, że to nie jest dobre zjawisko, to zamykanie się intelektualistów w swoich ideowych okopach. To jest sprzeczne z naturą życia intelektualnego, którego celem jest nieskrępowany dialog bez uprzedzeń. Spowodowało to zanik debaty, o którym już wspominaliśmy. Dialog ze swoimi jest na ogół monologiem. Dotyczy to, niestety, obu stron. Wszyscy, jakby to ujął Gombrowicz, rozchodząsię „z gębami w rękach”. Lewica ciągle boi się odezwać, bo nie chce (jak to przy innej okazji powiedział kiedyś prezydent Francji Chirac) stracić szansy, żeby siedzieć cicho. A powinna wystąpić przeciw usuwaniu z tradycji ethosu inteligenckiego.
Dziękuję za rozmowę.

Krzysztof Kłosiński – ur. 21 marca 1951 w Krakowie; od 1991 w Instytucie Nauk Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach (w latach 2008-2016 – dyrektor). W 2007 objął funkcję przewodniczącego Komitetu Nauk o Literaturze PAN. W latach 2005–13 wykładał w Instytucie Kultury i Komunikowania Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Uczony o wszechstronnych, międzydyscyplinarnych badawczych zainteresowaniach humanistycznych. Publikacje, to m.in. „Wokół historii maniaków (Romana Jaworskiego” (1992), zbiory szkiców krytycznych: „Eros, dekonstrukcja, polityka” (2000), „Poezja żalu” (2001), „W stronę inności” (2006), a także dziesiątki tekstów w czasopismach i książkach zbiorowych. Jako tłumacz, z języka angielskiego przełożył „Ciężki dzień na szafocie”, opowiadania Alfreda Hitchcocka, a z języka francuskiego „Lektury” Rolanda Barthesa oraz „Pismo i różnica”, eseje Jacquesa Derridy. W telewizji TVN, w latach 2004-2009 prowadził, wraz z Kazimierą Szczuką, cieszącą się dużą popularnością cotygodniową audycję pt. „Wydanie drugie poprawione”, poświęconą krytyce współczesnej literatury polskiej; za udział w tym programie otrzymał w 2007 nagrodę Pikowy Laur, przyznawaną podczas Targów Książki w Krakowie za najlepszą prezentację książek w mediach elektronicznych.

Epidemie w lustrze sztuki

Nie sądzę, by mogło być jakieś pocieszenie z sięgnięcia w czas epidemii po utwory artystyczne, których treść była osnuta wokół tematu epidemii, zarazy, „morowego powietrza”, różnie to nazywano, ale na pewno nie zaszkodzi jako ćwiczenie umysłowe w czas izolacji.

Być może pierwszy rozbudowany opis epidemii można znaleźć w „Wojnie peloponeskiej” greckiego dziejopisa z V w. p.n.e. Tukidydesa.
W 1722 ukazał się „A Journal of the Plague Year („Dziennik roku zarazy”) Daniela Defoe, autora jednej z najsławniejszych powieści w dziejach literatury powszechnej, „Przypadków Robinsona Crusoe”, znany też jako „Dziennik roku dżumy”. Jest to opowieść o wielkiej zarazie dżumy jaka nawiedziła Londyn w 1665 roku.
Rzeczowa, sucha, beznamiętna, kronikarska narracja skontrastowana jest tu z bezmiarem apokalipsy, która dotknęła miasto na oczach pisarza. Ta beznamiętność zapisu nie przeszkodziła jednak Defoe pokazać straszną rzeczywistość. „Maska Czerwonego Moru”, znana też w innym przekładzie jako „Maska Śmierci Szkarłatnej” Edgara Allana Poe, to krótka nowela napisana w konwencji posępnej baśni, dziejącej się jakby „dawno, dawno, za górami, za lasami”, w krainie rządzonej przez księcia Prospero, który w czas dżumy schronił się, z gronem przyjaciół (jak na arce Noego) przed „czerwonym morem” za murami klasztoru, gdzie oddali się hedonistycznym uciechom, w tym balom i maskaradom.
Do czasu. Zaraza znalazła szczelinę i wkradła się w postaci tajemniczej figury. „I Śmierć Szkarłatna rozpostarła wszędy swą władzę nieograniczoną”.
„Pieśń Alpuhary” z „Konrada Wallenroda” Adama Mickiewicza rozpoczyna się słowami: „Już w gruzach leżą Maurów posady, naród ich dźwiga żelaza, bronią się jeszcze twierdze Grenady, ale w Grenadzie zaraza”, a w finale arabski wódz Almanzor „pocałowaniem wszczepia w duszę” wodza Hiszpanów „jad” czyli podstępnie zaraża wrogów. Juliusz Słowacki napisał poemat „Ojciec zadżumionych”, a Mickiewicz i największy romantyk angielski George Byron zmarli na cholerę.
W paryskim Luwrze można oglądać obraz Antoine-Jean Grosa „Zadżumieni w Jaffie” (1804), znany też pod nazwą „Napoleon odwiedza zadżumionych w Jaffie”. Wielkie dzieło egzystencjalizmu, „Dżuma” Alberta Camus (1947) tylko w znikomym stopniu odwołuje się do realnej epidemii tytułowej dżumy. Brak w niej realistycznych, technicznych opisów walki z epidemią, jest moralitet, są nieco metaforyczne uogólnienia, sygnały o działającym złu, nie ma dokumentalnego zapisu walki toczonej ze śmiercią przez doktora Bernarda Rieux i jego współpracowników.
Stąd odczytano „Dżumę” nie jako realistyczną powieść o epidemii, lecz moralitet odnoszący się do uogólnionego Zła (po II wojnie światowej mógł być nim faszyzm).
Jest za to galeria postaw ludzkich wobec epidemii, od egoizmu, zagubienia i strachu (Cottard), doszukiwania się „kary bożej” (ojciec Paneloux) poprzez obojętność, w tym także obojętność przełamaną (dziennikarz Rambert) przez impuls ludzkiej solidarności, aż po stoicką, heroiczną ofiarność (Rieux, Tarrrou). A to wszystko wbudowane w filozofię egzystencjalizmu, której fundamentalna zasada („Egzystencja poprzedza esencję”) wyrażała się w traktowaniu życia jako absurdu danego człowiekowi przez Ślepy Los, który tylko on sam może wypełnić treścią i sensem, n.p. przynależnością do ludzkiej wspólnoty.
„Msza za miasto Arras” Andrzeja Szczypiorskiego może być poczytane za rodzaj „bluźnierstwa”, stwierdzenie bezpośrednio po passusie o „Dżumie” Camus, że inną wielką powieścią osnutą wokół tematu zarazy, epidemii, jest „Msza za miasto Arras” Andrzeja Szczypiorskiego (1971). A jednak, ta najwybitniejsza powieść tego pisarza (1924-1992) jest jednocześnie jedną z najwybitniejszych powieści w polskiej literaturze nie tylko XX wieku.
Stylizowana językowo, przy użyciu archaicznych hieratyzmów, na literaturę z epoki, mocno nasycona rozważaniami teologicznymi i filozoficznymi, na poziomie stricte gatunkowym miała być powieścią historyczną, osnuta wokół autentycznych wydarzeń, które rozegrały się w XIV-wiecznej (1458-1461) Brabancji (czyli dzisiejszej Belgii), epidemii zarazy oraz następujących po nich tzw. „vauderie d’Arras”, ale pokazanych bez realistycznej dosłowności. Narrator, nieokreślonego charakteru dostojnik Jan ukazuje dokonującą się w Arras apokalipsę: napierw epidemię, epidemia, głód, a w ich następstwie pogromy Żydów, prześladowanie czarownic i heretyków.
Jednocześnie jego oczyma postrzegamy dwóch głównych antagonistów: fanatycznego wójta Arras, Alberta, kogoś na podobieństwo Savonaroli, który wznieca terror jako zadośćuczynienie za grzechy, za które karą są nieszczęścia spadające na miasto oraz – na przeciwnym biegunie – biskupa Utrechtu Dawida, realistę, hedonistę, humanistę, który swoją „ludzkość” przeciwstawia doktrynerstwu i fanatyzmowi rywala. Przeciwstawienie to mocno przypominało antagonizm z czasów Wielkiej Rewolucji Francuskiej między Robespierre’em a Dantonem.
Jako że powieść ukazała się w 1971 roku, zdarzyło się doszukiwanie się w obu postaciach metaforycznych kryptonimów Gomułki (Albert) i Gierka (Dawid). Częściej widziano w niej odpowiedź na Marzec 1968 roku, a także polityczna powieść o odwiecznych mechanizmach władzy.
Także kino dyskontowało motyw epidemii. W 1971 roku Roman Załuski nakręcił film „Zaraza”, fabularny, osnuty na autentycznej historii krótkotrwałego pojawienia się „czarnej ospy” na Dolnym Śląsku, skupiony był przede wszystkim na aspekcie sporów personalnych i postawie moralnej władzy: lekarz, główny bohater walki z epidemią, zostaje na końcu pominięty przy odznaczeniach.
Wątek epidemii pojawia się też m.in. filmie grozy „Nosferatu wampir” Wernera Herzoga (1979), ekranizacji powieści Brama Stokera o hrabim Drakuli, jak i w głośnym „Amadeuszu” Miloša Formana (1984), czy francuskim „Huzarze” reż. Jean Paul Rappaneau (1995), wg powieści Jeana Giono „Huzar na dachu”.
Wątek zarazy, która ogarnęła Paryż w 1832 roku znalazł się filmie Jerzego Antczaka „Chopin. Pragnienie miłości” Jerzego Antczaka (2002) (byłem naocznym świadkiem planu filmowego podczas kręcenia tej sceny na Starym Mieście w Lublinie i widziałem pomalowane na siwo nagie ciała statystów, wiezionych na konnym wozie), a amerykańska „Epidemia strachu”, w reż. Stevena Sonderbergha (2011) należy do późnej fazy gatunku amerykańskiego kina katastroficznego, różniącej się od fazy z lat siedemdziesiątych („Płonący wieżowiec”, „Rój” i inne) mniej komercyjno-melodramatycznym podejściem do tematu.
To czy ktoś w czas epidemii wybierze ten właśnie temat w sztukach wszelakich, czy przeciwnie, zechce się od niego trzymać z dala, jest kwestią usposobienia.
Czy można wskazać jakiś wspólny mianownik w sposobie ujęcia tematu zarazy czy epidemii przez twórców na przestrzeni wieków?
Nie jest to oczywiste, ale za taki wspólny mianownik można uznać moralno-społeczny wymiar tej strasznej plagi, jako etycznej próby dla wartości człowieka i człowieczeństwa w wymiarze indywidualnym oraz społecznym.

Nie będę do Pana telefonował!

Minister kultury zapowiedział, że każdy artysta, który czuje się poszkodowany z powodu krążenia po świecie koronawirusa, może zgłosić się do ministerstwa i wnosić o zapomogę, a on, minister, zastanowi się, czy i w jakiej wysokości ją wydać. Każdemu proszącemu, czy po uważaniu, tego akurat minister nie dodał. Dla mnie i tak już chyba nie starczy.

Można wysłać pismo. Zatelefonować. Zafaksować. Generalnie, trzeba poprosić. Państwo nad prośbą się pochyli i poduma a potem odpowie. Tak to po krótce, według słów ministra, ma wyglądać. Ci wszyscy artyści, którzy zostali pozbawieni źródła dochodów lub którym znacząco je uszczuplono, mogą w ten sposób uczynić. Tak myśli minister i tak myśli cała klasa panująco-rządząca. To obywatel-artysta ma iść do urzędu i błagać, żeby urzędnik łaskawie wrzucił mu coś do miski, aby darmozjad nie zdechł z głodu. Działała tak sanacja, komuna, działa i odrodzona Rzeczpospolita. Kmieć prosty ma się łasić do nogi pana z nadzieją że pan da, a nie, że to Państwo, rękoma swoich przedstawicieli, ma samo zapukać do drzwi, żeby zapytać czy aby czegoś Wam nie potrzeba, prostaczkowie. Tego by jeszcze brakowało, żeby urzędnik się zastanawiał, jak pomóc tłuszczy.

Kiedyś, dawno dawno temu, będzie nazad 15 lat jak nic, mój znajomy z małego miasteczka powiatowego na wschodzie Polski, poszedł do urzędnika w magistracie, odpowiadającego za kulturę, żeby poprosić o parę groszy na imprezę w parku miejskim, którą chciał zorganizować. – Nie mam czasu dziś, przyjdź Pan w środę-rzekł urzędnik. Kolega, legalista i człek niedzisiejszy w obyciu, ukłonił się potulnie, ścisnął beret w garści i odmaszerował. Przyszedł do magistratu w środę. – Dziś to nie możliwe, przyjdź Pan w piątek-powiedział w środę urzędnik, więc kolega przyszedł w piątek. – Dziś nic nie załatwimy, koniec tygodnia, burmistrz w delegacji, przyjdź Pan w poniedziałek-usłyszał kolega od urzędnika w piątek. Cierpliwości już mu nie starczyło. Wygarnął panu od kultury, co myśli o podobnym traktowaniu człowieka, w tym wypadku kultury, przez referat kultury reprezentowany przez urzędnika. Na odchodne pierdolnął, mało kulturalnie, drzwiami, takimi ciężkimi, jak to kiedyś bywały w urzędach, obitymi supremą. Pieniędzy oczywiście nie dostał.

Mental urzędnika od kultury, czy to niskiego czy wysokiego szczebla, jest od lat dokładnie taki sam; przyjdź Pan jutro. Może się coś znajdzie. Minister Gliński oczywiście wprost tego nie powiedział, ale dał do zrozumienia, że po tym, kiedy się człek uniży i poprosi, urząd kultury i dziewictwa wyda zapomogi, o ile oczywiście znajdą się nań środki w budżecie. A że się nie znajdą, wie to dziś w Polsce nawet dziecko, co pobiera pięć stów miesięcznie za sam fakt istnienia. Gdyby tak każdemu artyście, takiemu, który miał mieć reczitale i performensy, ale mu wymówili organizatorzy, dać pięćset plus raz na miesiąc w ramach pomocy w ciężkich czasach, toż to byłby zastrzyk dla ludzi kultury, którego ta ziemia nigdy nie widziała. Może nawet co poniektórzy przestali by po czymś takim psioczyć na rząd i pluć na godło. Za długo jednak kiszę się w tym kociołku, żeby mieć jakiekolwiek złudzenia.

Zastanawiam się, czy napisać po prośbie do ministerstwa. Tak z ciekawości, dla hecy. Trochę mi wstyd, bo nigdy w życiu nikogo o pieniądze nie musiałem prosić, tylko je po prostu zarabiałem. Dziś, kiedy na raz odbiera mi się możliwość zarobkowania, mogę pójść za chlebem do rządzących albo nająć się na stójkowego na zakładzie, o ile wcześniej biedniejący na potęgę lud wszystkiego nie rozkradnie.

Rząd, kiedy zabiera mi co roku podatek, nie idzie do mnie po prośbie. Nie mówi mi: niechże się Pan łaskawie dołoży do wspólnego portfela, bo nie będziemy mieli za co wykarmić maluczkich, wyleczyć chromych i zapłacić policjantom. Takie pieszczoty to nie z nami. Ja, prosty obywatel, mam wyskakiwać z kasy, i to bez szemrania, jak przed złodziejem, bo jak nie, to wpierdol. Ciekawe, jakby Państwo zareagowało, gdybym w ramach dualizmu fiskalnego powiedział, że nie płacę w tym roku podatku, bo nie mam z czego, gdyż to co miałem zarobić, umknęło i nie powróci. Czy wtedy rząd, ustami tego czy innego ministra, również by się ukorzył i przyszedł do mnie po prośbie, żebym się jednak nie wygłupiał i dał, bo akurat teraz potrzeba im mojej kasy jak mało kiedy.

W sumie to żadna różnica: idę do ministerstwa po moje pieniądze, które straciłem, a które i tak oddam do budżetu pod koniec kwietnia przy składaniu PIT-a. Klasyka starej, konsomolskiej szkoły: straciliście 200, ale zyskujecie 20, więc się cieszcie, bo moglibyście nic nie dostać, a tu proszę, jaki dobry Pan. Nie dość że dziewek za dużo w czworakach nie zbrzuchacił, za to i batożył chłopa łagodnie!

Kobiety wyzwala kobiecość

– Co do ciała kobiecego, to kaznodzieje średniowieczni traktowali pępek kobiety jako granicę połowy „bożej” (w górę) i „diabłowej” czy „diablej” części jej ciała. Słowo „pępek” było więc słowem tabu – prof. dr hab. Joanną Partyką, znawczynią literatury, antropolożką kultury z Instytutu Badań Literackich PAN rozmawia Krzysztof Lubczyński.

8 marca i wiosna jak zawsze dodatkowo pobudzają aktywność ruchy feministycznych. Czy Pani się z nimi utożsamia?
Z radykalnym feminizmem nie. Staram się być w środku. Tworzyć podstawy syntezy między rozsądnymi formami tradycyjnymi a radykalnym feminizmem.
Teatr Polski w Warszawie od lat ma w repertuarze „Szkołę żon” Moliera. To bardzo często wystawiany w teatrze utwór. Tym razem twórcy inscenizacji opatrzyli ją uzasadnieniem opierającym się o kwestie równouprawnienia kobiet i idee feministyczne. Co o „Szkole żon” Moliera może powiedzieć badaczka obyczajów XVII wieku czyli czasów, gdy Molier napisał swoją komedię?
Że wcześniej napisał „Szkołę mężów”, której się nie wystawiało i nie wystawia. Tam dwóch braci spiera się o to, jaki powinien być mąż – patriarchalny czy pozostawiający żonie dużo swobody.
Bada Pani tzw. paraliteraturę kobiecą czyli listy, dzienniki, zapiski z podróży, a także literaturę pisaną przez mężczyzn, rozmaite traktaty moralne zawierające wizerunek wzorowej żony chrześcijanki Jak odzwierciedlają one rolę, obowiązki żony według ówczesnych norm?
Są też teksty literackie do których zalicza się wspomniana „Szkoła żon”. Przy tej okazji warto porównać, jak wyglądała w tym samym okresie sytuacja w ojczyźnie Moliera, Francji i w Rzeczypospolitej. We Francji pierwszy ferment wokół roli kobiety pojawił się na początku XVII wieku. W pierwszych salonach towarzyskich dokonała się rewolucja zrobiona przez kobiety.
Na czym polegała ta rewolucja?
Po pierwsze na tym, że mogły być kobiece, bo wcześniej jedynie naśladowały mężczyzn.
A jak było wtedy w Polsce?
W Polsce nawet te kobiety, które miały wykształcenie i pisały, były przyzwyczajone, w głębi psychiki, do typowych ról kobiecych, związanych z byciem żoną i matką. Nawiasem mówiąc w ogromnym stopniu ten stan rzeczy utrzymał się w Polsce do dziś. Kultura obyczajowa XVII wieku ma w tym względzie prostą i wyrazistą kontynuację w naszych czasach. Jej antytezą jest ostry feminizm z manifami. Ciągle jednak nie ma syntezy.
Co pisały autorki badanej przez Panią paraliteratury?
Uderza to, że nie ma w nich najmniejszych oznak buntu przeciw przypisanej im roli. Potwierdzają to zapiski paraliterackie cudzoziemców podróżujących lub przebywających w Polsce, dyplomatów, nuncjuszy papieskich itd. Oni zauważali, że kobiety w Rzeczypospolitej były stłamszone totalnie, że nie brały udziału w publicznych dyskusjach, a w sytuacjach publicznych siedzą w kącie, pokornie milczą, a ręce mają zajęte robótkami. Że za nic w świecie nie siadały do karety z obcym mężczyzną. Tak było jeszcze w połowie XVIII wieku. Inna sprawa, że nie było też oznak chęci walki kobiet o zmianę tej sytuacji.
Jak odebrano wtedy w Polsce „Szkołę żon”?
Jak odebrano – nie wiem, bo nie badałam tego tematu. Nawet nie wiem czy ją wystawiono. Mogę tylko rozważać, jak by ją odebrano We Francji w połowie XVII wieku sytuacja kobiety była już inna. Tam już od pół wieku funkcjonowały salony, w których kobiety odgrywały równorzędną z mężczyznami rolę. Była ona tak duża, a szeregi intelektualistek tak duże, że ten sam Molier wykpiwał je w komedii „Pocieszne wykwintnisie”. Dlatego Molier pokazywał kwestię „szkoły żon” już po obyczajowej rewolucji, prześmiewczo, z dystansu, z perspektywy czasu. Jako coś niemal już nierealnego. Pomysł Arnolfa, by sobie wychować żonę był rodzajem utopii, która jak wiadomo skończyła się fiaskiem. To był pomysł niemal filozoficzny. On sobie wykoncypował, że aby nie wyjść na głupca weźmie sobie głupią żonę. W Polsce kobiety były „udomowione”, więc tutejsi Arnolfowie nie musieli by czynić żadnych starań. Wszystko opierało się na tym, co było sformułowane w czasach starożytnych (niechętnie traktowali kobiety Juwenalis w swoich satyrach i Platon), w Biblii, przez Ojców Kościoła, w etymologiach św. Izydora z Sewilli z VII w. Dwa listy św. Pawła, do Tymoteusza i do Koryntian do dziś są czytane na ślubach. Z tych źródeł wynikało, że kobieta jest słaba na ciele i umyśle.
W „Szkole żon” Arnolf wręcza Anusi książkę zawierającą kodeks obowiązków żony. Były takie odrębne publikacje?
Były, z tym że w Polsce przekładach. Pierwszy traktat z 1523 roku dotyczący wychowania kobiety chrześcijanki napisał po łacinie Hiszpan Juan Luis Vivez, humanista znany Andrzejowi Fryczowi Modrzewskiemu. Sebastian Petrycy z Pilzna pisał n.p. że „czwartą powinnością niewieścią tak jest, żeby przy mężczyźnie, zwłaszcza nieznajomej milczącymi były”. Model kobiety-katoliczki ukształtował się ostatecznie na Soborze Trydenckim. Jeden z takich traktatów nosił tytuł „Żona wyćwiczona” z końca wieku XVII. Autor wyśmiewa się w nim żonę, która umie czytać i pisać i robi z tego użytek. Było to postrzegane jako pewne niebezpieczeństwo, że taka kobieta poczyta sobie romanse i zacznie się buntować, plotkować z innymi kobietami, a w końcu nawet zdradzać. W XVI wieku Hiszpanii Juan Rodrigez napisał traktat „Triumf kobiet”, w którym napisał, że mężczyźni boją się uczoności kobiet. Ten pogląd funkcjonował i wpływał na postawy mężczyzn w Europie. We Francji w XVII wieku występował rodzaj prefeminizmu, który głosił, że małżeństwo nie służy kobiecie, bo ją tłamsi, bo musi co roku rodzić dzieci, bo małżeństwo prowadzi do braku miłości.
A o czym pisały Polki w XVII wieku w swoich zapiskach?
To nie była wyszukana literatura. Były to proste relacje z obserwacji i tego, w czym brały udział, n.p. z podróży z mężami na sejmy. Były zapiski z życia domowego, gospodarskiego, rodzinnego, macierzyńskiego. Nie było polityki ani historii. Tylko w jednym tekście, z początku XVVIII napisanym przez kobietę znalazła się wzmianka o Wiktorii Wiedeńskiej 1683 roku. W tym samym czasie we Francji były już wielkie i uczone pisarki jak pani de Sevigné, autorka wspaniałych dzienników intelektualnych. Na język polski nawet nie udało by się ich wtedy przetłumaczyć, bo był zbyt ubogi, choćby w przymiotniki. Z tego ubóstwa polskiego języka brało się prawdopodobnie także wplatanie łaciny w polskie zdania.
Czy były spisywane wskazówki dla kobiet dotyczące chrześcijańskiego, pobożnego trybu życia seksualnego?
Dla kobiet nie. Dla mężczyzn i dla spowiedników tak. Oni mieli zadbać o ciało i dusze niewiast czyli nie wiedzących, bo taka jest etymologia tego słowa. Były tam wskazówki dotyczące czystości płciowej, stosunku do męża, kwestii prokreacyjnych, związanych ze współżyciem. W encyklopedii ziemiańskiej Jakuba Kazimierza Haura z roku 1689 były wskazówki jak współżyć by doprowadzić do poczęcia, adresowane do mężów, choć czytane tez przez żony. N.p. w którym momencie wstrzymywać się od współżycia, by doprowadzić do poczęcia chłopczyka względnie dziewczynki. Zresztą, to nie tylko historia. Tego typu wskazówki dla spowiedników Kościoła katolickiego są co jakiś czas odnawiane jako instrukcje. Natrafiłam też na hiszpański poradnik dla kobiet z czasów dyktatury Franco, którego ostatnie wydanie ukazało się w 1974 roku. Są tam pytania i odpowiedzi na pytania jak kobiety mają się zachowywać. Są też omówione przewinienia przeciwko poszczególnym przykazaniom. N.p. przeciw przykazaniu nie zabijaj można zgrzeszyć tańcem, nieprzystojnymi ruchami i obnażaniem nieprzystojnych części ciała. Chodzi o zabijanie duszy. Dziś w Hiszpanii na takie ekstrema jest radykalna antyteza zwana zapateryzmem. Co do ciała kobiecego, to kaznodzieje średniowieczni traktowali pępek kobiety jako granicę połowy „bożej” (w górę) i „diabłowej” czy „diablej” części jej ciała. Słowo „pępek” było więc słowem tabu.
Jak to wyglądało w protestantyzmie?
Protestanci, głównie ludzie północy Europy, Skandynawii, Holandii etc. Byli bardziej związani z cywilizacja miejska i przemysłem. W cenie były więc kobiety, które umiały rachować, czytać i pisać, co n.p. w krajach katolickich, w tym w Polsce, nie zawsze szło w parze. Wcześniej było tu przyzwolenie na czytanie dla moralnego kształtowania, ale nie na pisanie. Tymczasem Marcin Luter zachęcał kobiety, by uczestniczyły w polemikach wyznaniowych, w tym na piśmie. Z drugiej strony protestantyzm zamknął klasztory, które – paradoksalnie – były w Europie jedynym miejscem rozkwitu kobiecej twórczości. Klasztory bywały, jak to określiła jedna z badaczek, „parkingi dla kobiet”. Pojawiały się one tam nie tylko z przymusu, wsadzanie tam przez ojców, ani nie tylko powodu powołań. Niektóre właśnie uciekały do klasztorów przed opresją, dla wolności o patriarchalnych zapędów i dla samorealizacji. W klasztorach kwitła twórczość kobieca, często z namowy spowiedników. Najsławniejszym przykładem są pisma św. Teresy z Avila. Pisały też n.p. poezję religijną. To był tzw. paradoks wolności w klasztorach. Tak więc rola protestantyzmu była ambiwalentna. Poza tym, że w nim też była bardzo surowa etyka seksualna. W prawosławiu piszących kobiet prawie nie było, a stosunek do nich konserwatywny, na wschodnią modłę.
Kwestia kobieca ma znaczące odbicie w dziejach literatury pięknej, choćby od „Zakonnicy” Diderota, „Żony modnej” Krasickiego poprzez „Panią Bovary” Flauberta czy powieści „kobiece” Balzaka. W ostatnim dwudziestoleciu pojawiła się też „proza kobieca w Polsce”, że wymienię Olgę Tokarczuk, Izabellę Filipiak, Kingę Dunin, Ewę Madeyską, Sylwię Chutnik. …
Nie jestem szczególną fanką tej literatury. Jej źródła to głównie poszukiwanie języka kobiecego, służącego pokazaniu kobiecego „ja”. To się wiąże z tzw. płcią literatury, ale ja do tego zagadnienia podchodzę trochę jak pies do jeża.
Co warto uwypuklić na koniec rozmowy?
Kwestię wizerunku kobiety. Historia kobiet jest pełna paradoksów. Jest taki superparadoks „hic mulier” (TEN KOBIETA). Chodzi o to, że aby kobieta dostąpiła pochwał, musiała wykazać męskie cechy, jak Joanna D’Arc. Ten paradoks funkcjonował w pismach pierwszych prefeministów, n.p. Boccaccia od „Dekamerona”, który w traktacie „De mulieribus claris” pokazał kobiety, niewiasty „mężne”, silne. Docenienie kobiety jako kobiety, w jej kobiecości zaczęło się dopiero we Francji na początku XVII wieku, czyli jeszcze przed molierowską „Szkołą żon”. Wtedy po raz pierwszy kobiety powiedziały: koniec z naśladowaniem mężczyzn, musimy stworzyć coś kobiecego. Zaczęły być modne romanse, kobiety zaczęły uczyć mężczyzn konwersacji, uczyć ich poczucia piękna. Zaczęły też być mądre jako kobiety, a nie naśladowniczki uczonych mężczyzn.
Nad czym Pani teraz pracuje?
Mam ochotę napisać książkę o przewodnikach dla spowiedników, ale trochę się boję tego tematu, bo siłą rzeczy będzie się on ocierać o teologię. Musiałabym się do tego dobrze przygotować, by nie zranić czyichś uczuć. (śmiech).
Dziękuję za rozmowę.

Joanna Partyka – absolwentka filologii polskiej i etnologii na Uniwersytecie Warszawskim. Głównym obszarem jej zainteresowań badawczych jest szeroko rozumiana kultura XVI i XVII w., która stała się dlań źródłem rozważań natury antropologicznej, socjologicznej i psychologicznej. W swych poszukiwaniach sięga do mało znanych tekstów z zakresu paraliteratury: (encyklopedie, traktaty moralne i pedagogiczne, przewodniki dla spowiedników, dzienniki, silvae rerum, kalendarze, zapiski gospodarcze, gazetki ulotne, dzienniki podróży, listy). Literaturę i kulturę staropolską analizuje w kontekście europejskim, ze szczególnym uwzględnieniem krajów śródziemnomorskich. Jednym z głównych nurtów jej zainteresowań jest dawne piśmiennictwo kobiece. Autorka m.in. książki „Żona wyćwiczona. Kobieta pisząca w kulturze XVI i XVII wieku” (2004). Równolegle zajmuje się przekładami z języka hiszpańskiego. Od lat prowadzi wykłady gościnne z historii literatury i kultury staropolskiej, m. in. w Brukseli, Sztokholmie i Uppsali, Madrycie (Uniwersytet Complutense) oraz na Uniwersytecie Barcelońskim. Związana jest także z Uniwersytetem w Grenadzie, gdzie co roku prowadzi seminaria doktorskie. Jest członkinią International Association for Neo-Latin Studies oraz International Society for Iberian-Slavonic Studies (CompaRes). Przez wiele lat pełniła funkcję sekretarza naukowego w Komitecie Nauk o Literaturze PAN.

Post Scriptum – nowe pismo literacko-artystyczne

Po 1989 roku pisma literackie i artystyczne raczej znikały niż się pojawiały. Wiele pism literackich, takich jak n.p. „Literatura”, „Kultura”, „Miesięcznik Literacki” , „Przegląd Kulturalny” i szereg innych należy już tylko do historii prasy kulturalnej. Także te, które powstały po 1989 roku, jak „Wiadomości Kulturalne” zostały „zaduszone” przez ówczesne kierownictwo Ministerstwa Kultury i Sztuki spod znaku obozu „solidarnościowego”.

Powstało sporo nowych pism, ale w porównaniu z okresem PRL ich oddziaływanie ma charakter niszowy i marginalny. Od lat egzystencja takich pism jest szczególnie trudna, stąd wypada życzliwie powitać każdą nową inicjatywę w tym zakresie.
Właśnie wystartowało nowe pismo literacko-artystyczne o nazwie „Post Scriptum” i tak się ono przedstawia: „I z tego, co widać, start był udany, bo po zaledwie dwóch numerach grupie artystów i dziennikarzy udało się zdobyć sporą przychylność ze strony szerokiego grona czytelników. W środku znajdziecie: poezję, zabawne felietony, niepublikowane nigdzie opowiadania bardziej i mniej znanych pisarzy, performance, fotografię, malarstwo, rzeźbę, teatr i wiele innych dziedzin sztuki oraz dział Rozmaitości, w którym zmieścił się w ostatnim numerze reportaż z trekkingu po Himalajach. O swojej twórczości i życiu prywatnym opowiadali na łamach kwartalnika między innymi: nagradzana na całym świecie malarka Maja Borowicz, polsko-holenderska fotografka Ewa Ćwikła, pisarka Małgorzata Warda, pisarze Alek Rogoziński i Maciej Siembieda. W jednym z najbliższych numerów dowiecie się np., co szalonego ma ochotę zrobić Katarzyna Groniec. (…)
Poczujcie ten klimat artystycznego, lekko dusznego pubu z niepowtarzalną, wyjątkową atmosferą, spotkajcie się z artystami i ich sztuką bez patosu i zadęcia, czasem pół-serio, prywatnie, niemalże intymnie.
Tam możecie chłonąć, bo słowo „obejrzeć” to zdecydowanie za mało, niecenzurowane fotografie – w tym piękne akty, poznać dziedziny sztuki, o których być może nie mieliście dotąd pojęcia (na przykład tektografia). Pismo nie publikuje żadnych materiałów reklamowych. Jest całkowicie niezależne, utrzymywane wyłącznie z symbolicznej opłaty rocznej za subskrybcje.
Pismo ukazuje się w wersjach polskiej i angielskiej.

https://www.facebook.com/Post-Scriptum-391179604807806/

Kultura głupcze! Ważny tunajt

Zwrócił mi już na to jakiś czas temu uwagę Marcin Świetlicki, poeta wyklęty. W zasadzie w expose premiera jak i w przemowach poexpozycyjnych jego politycznych oponentów, niewiele dało się wyłowić zapowiedzi na temat kultury. Tyczących się poprawy jej losu, lub pogorszenia. A szkoda, bo spodziewałem się, że może chociaż na tle banksetrskiej polityki rządu, ktoś się o biedaczkę upomni.

Byłem w zeszły łykend na Śląsku z koncertami, i na własnej skórze oraz portfelu przekonałem się, ile dla rządzących znaczy kultura i co to tak naprawdę dla nich jest. Z rzadka na co dzień odpalam telewizję, ale jeśli już się zdarzy, szukam głównie kanałów informacyjnych. W hotelowym odbiorniku grała jedynie telewizja państwowa z państwowotwórczym przekazem. Dowiedziałem się zeń, że w Polsce odbywał się będzie akurat w łykend, w Gliwicach, finał młodzieżowej Eurowizji, czymkolwiek ta poczwarka medialna jest. Czemu akurat w Gliwicach? Poprzednia zwyciężczyni, młoda piosenkareczka, nazywa się Roksana Węgiel, więc stawiam, że przeważyło nazwisko. W tej kwestii nie mieli akurat wyboru. Podobnie jak ja, kiedy chciałem zamówić stolik w knajpie albo taksówkę na mieście. Nazjeżdżało się tego towarzystwa z całej Europy, że nie było jak przejść katowickim trotuarem. A tak zupełnie serio; widok Jacka Kurskiego dającego buzię obok dziewczęcia lat 15, który wdzięczy się do kamery dużo bardziej niż ona, to dopiero prawdziwa twarz polskiej kultury, która w rządowym telewizorze pokazywana jest od rana do nocy. Trąbienie o niewiarygodnym sukcesie śpiewającego podlotka, w czasie gdy na świecie ludzie traktują podobne zawody jako coś wybitnie marginalnego na tle oferty rozrywkowej ich państwowych stacji, pokazuje tylko, w którym miejscu tkwimy, ze swoim jarmarcznym podejściem do kultury i rozrywki jako takiej. Nie wiem jak Państwo, ale mnie zmagania Eurowizji niewiele obchodzą. Czy to dla dorosłych, czy dla dzieci. Większość piosenek brzmi, jakby napisał je ten sam kompozytor współczesnej papki z pogranicza popu i rapsów. Do tego po angielsku, a nie w rodzimym języku. Kiedy startowała rok temu duża Eurowizja i reprezentowały nas babcie w strojach ludowych, żywe zainteresowanie tym, co pokaże telewizja Kurskiego, wykazywała pośród moich znajomych jedynie pani Olesia, ukraińska niania mojej córeczki, ponieważ na Ukrainie, Eurowizja wciąż cieszy się takim poważaniem i lubością, jak u nas za sukcesów pierwszej Edyty Górniak i pierwszej Solidarności. Czasy się zmieniły, a wodewilowa formuła dużej i małej Eurowizji to maksimum, na co może i chce się w swojej polityce zdobywać misyjna TVP. Ani to fajne, ani atrakcyjne, ani specjalnie rozwijające, za to doskonałe to bicia w bęben z napisem: ogromny sukces polskiej kultury. Może i sukces, może i kultury, ale chyba fizycznej, bo trzeba mieć rzeczywiście krzepę, żeby tak rozciągać usta w nieszczerym grymasie przed kamerami, panie Jacku.
Kiedy doradcy wojskowi przyszli w czasie wojny do Churchilla i oznajmili mu, że w związku z oszczędnościami i równoważeniem budżetu, należałoby zmniejszyć pieniądze na kulturę z powodu działań wojennych, ten miał ponoć odpowiedzieć: Na kulturę? Na Boga, jeśli obcinamy pieniądze na kulturę, to po co właściwe poszliśmy na tę wojnę? Prędzej czy później telewizja rządowa, podobnie jak i radio, trafią w ręce inne niż pisowskie i trzeba będzie się zastanowić, jak ratować to, co po Kurskiem odziedziczy się w spadku. Pauperyzacja postaw i schlebianie najniższym gustom, urosło bowiem za jego rządów do niespotykanych rozmiarów, a muzyka chodnikowa hula sobie po stacji, jak halny po sylwestrowej scenie pod Wielką Krokwią, za którą płacimy z naszych podatków, bo przecież to wszystko misja publiczna. Świstaki i kozice mają tylko inne zdanie, ale one jak wiadomo, podobnie jak dzieci, głosu nie mają. A może to ryby nie mają? Dzieci przecież mają. Nawet niedawno w telewizji pokazali…

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

 

Urocze miasto Chengdu a Polska

Jako stolica prowincji Syczuan i jedyne miasto sub-prowincjonalne w południowo-zachodnich Chinach, miasto Chengdu jest ważną zaawansowaną bazą przemysłową, centrum handlowym i logistycznym Chin, a także jest narodowym miastem historycznym i kulturalnym oraz jedną z dziesięciu starożytnych stolic Chin. Urocze miasto Chengdu przyciąga również kraj, który ma długoterminowe przyjazne stosunki i współpracę z Chinami – Polskę.

Po przyjaznych konsultacjach między Chinami a Polską postanowiono utworzyć Konsulat Generalny RP w Chengdu. Konsulat Generalny w Chengdu jest trzecim konsulatem Rzeczypospolitej Polskiej w Chinach obejmującym prowincję Syczuan, prowincję Guizhou, prowincję Yunnan i miasto Chongqing. Ceremonia otwarcia polskiego konsulatu generalnego w Chengdu odbyła się 18 czerwca 2015 r.
W wieloaspektowej współpracy między Polską a prowincją Syczuan, miasto Chengdu odgrywa wiodącą i promieniującą rolę. Dzięki temu, za przykładem przyjaźni między miastem Łódź i Chengdu, województwo łódzkie i prowincja Syczuan też nawiązały przyjazne stosunki.
Jeśli chodzi o wymianę gospodarczą i handlową, 22 listopada 2018 r. ceremonia odsłonięcia tablicy Polskiego Przedstawicielstwa Gospodarczego i Handlowego w Chengdu odbyła się w Centrum Chińsko-Europejskim w Chengdu. To drugie przedstawicielstwo gospodarcze i handlowe po Szanghaju założone przez Polskę w Chinach. Tadeusz Kościński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii RP wygłosił przemówienie podczas ceremonii otwarcia. Mówił, że utworzenie Przedstawicielstwa w Chengdu stworzy ogromne możliwości dla przedsiębiorstw z obu stron. „Mam nadzieję, że wykorzysta to jako okazję do dalszego pogłębiania współpracy Polski i Syczuan w branżach zaawansowanych technologii i innych dziedzinach” – stwierdził. Dyrektor Polskiego Biura Inwestycji i Handlu Wojciech Fedko powiedział, że przedstawicielstwo będzie w znacznym stopniu promować inwestycje między obiema stronami i stanowić platformę współpracy między tymi dwoma miejscami w dziedzinie lotnictwa, supermarketów, kolei i kontenerów.
W zakresie transportu 26 kwietnia 2013 r. pierwszy China Railway Express (Chengdu) odjechał z Chengdu, kierując się na zachód do Łodzi w Polsce, i ustanowił szybko poruszający się Euroazjatycki Most Kontynentalny z Chengdu do Europy.
5 września 2015 r. pierwszy China Railway Express (Chengdu) przyjechał z Łodzi do Chengdu, aby osiągnąć dwukierunkową eksploatację Chengdu – Europa Środkowa. China Railway Express (Chengdu), który łączy dwa miejsca, transportuje produkty elektroniczne z Syczuanu do Polski, a także produkty rolne, takie jak jabłka, z Polski do południowo-zachodnich regionów Chin.
W dniu 28 lutego 2019 r. w Chengdu odbyło się 32. posiedzenie grupy roboczej chińsko-unijnego programu pilotażowego „Bezpieczny i inteligentny szlak handlowy”, na którym zatwierdzono wniosek Chengdu o przystąpienie do miasta pilotażowego i potwierdzono iż China Railway Express (Chengdu – Łodź Polska) i powiązane przedsiębiorstwa zostaną włączone do tego programu. W związku z tym miasto Chengdu zostało nowym członkiem programu pilotażowego „Bezpieczny i inteligentny szlak handlowy”, a przedsiębiorstwa pilotażowe mogą teraz korzystać ze środków odprawy celnej przewidzianych przez urzędy celne kraju lub regionu, wkrótce poziom ułatwień w handlu zostanie jeszcze poprawiony.
W dniu 6 września 2019 r. wyjechał pierwszy China Railway Express z Chengdu do Wrocławia, a dotychczasowa liczba zagranicznych stacji China Railway Express (Chengdu) wzrosła do 26. Wrocław jest położony nad Odrą w południowo-zachodniej Polski i jest czwartym co do wielkości miastem w Polsce oraz drugim po Warszawie największym centrum finansowym. Odgrywa ważną rolę w Polsce pod względem gospodarki, kultury i transportu. Pociąg był pełen produktów elektronicznych, głównie monitorów. Otwarcie dostosowanej do tego typu pociągów trasy, jeszcze bardziej usprawniło system sieci międzynarodowej logistyki China Railway Express (Chengdu), oferując większy wybór środków transportu między Chinami a Europą i Europą Środkową oraz skutecznie promując wymianę między miastami Chengdu i Wrocławiem w dziedzinie inwestycji, handlu, kultury i technologii.
Wymiana kulturalna w Chengdu między Chinami a Polską staje się coraz bardziej intensywna i pogłębiona. Festiwal Kultury Polskiej odbywa się w Syczuanie każdego roku. Uniwersytet w Syczuanie i Institute Chengdu Sichuan International Studies University oferują również kursy języka polskiego. Generalnie, w ostatnich latach w wymianie kulturowej między Chengdu a Polską dzieje się wiele interesujących rzeczy.
W dniu 28 października 2016 r. w Pałacu Nauki i Kultury w centrum Warszawy w Polsce odbyło się wydarzenie kulturalne na dużą skalę – „Panda Express Railway · Crossing Chengdu”, zorganizowane przez Stowarzyszenie Wymiany Zagranicznej Kultury w Chengdu. Na tętniących życiem ulicach centrum Warszawy mieszkańcy entuzjastycznie przyjęli i zrobili zdjęcia z kilkoma „pandarenami”. Przed sprzętem VR (Virtual Reality) ludzie ustawiali się w kolejce, aby obejrzeć wideo miasta VR w Chengdu. Piękny taniec, umiejętności sztuk walki i pachnąca kuchnia Chengdu wywołały oklaski warszawiaków.
W listopadzie 2017 r. „Koncert symfoniczny orkiestry Chengdu w Polsce” zorganizowany przez Urząd ds. Kultury, Radia, Filmu i Telewizji w Chengdu w prowincji Syczuan z powodzeniem wystąpił w Warszawie i Krakowie. Oprócz grania chińskiej muzyki, orkiestra grała także utwór Chopina, znanego jako „Polski taniec armii A-dur”, który zdobył silny rezonans publiczności w Polsce. 20-letni polski fotograf, Arthur Adsk, powiedział People’s Daily Online, że był wzruszony występami muzyków: „Chińska muzyka ludowa, prawdopodobnie nie mam dość życia”.
Kolejny przykład: 27-letni przystojny piosenkarz Filip Kobuszewski z Warszawy mieszka w Chengdu od 4 lat i mówi autentycznie po syczuańsku! Oprócz nycia nauczycielem angielskiego jest także piosenkarzem, gospodarzem i aktorem, brał udział w znanym chińskim programie „Dwanaście potraw” i „High Energy Boys”, czym mocno wszedł w krąg chińskiej rozrywki. Chciałby teraz być gospodarzem muzycznych stacji radiowych i dając słuchaczom jeszcze więcej energii. W przyszłym roku planuje wyjść na większą scenę i pozwolić większej liczbie osób zobaczyć iskrę Chengdu i polskiej kultury w połączeniu z tym miastem.
Krótko mówiąc, Polska jest największym partnerem handlowym Syczuanu w Europie Środkowo-Wschodniej. W ostatnich latach Chengdu jako centrum prowincji Syczuan i Polska, często wymieniają wizyty na wysokim szczeblu. Z pomocą China Railway Express (Chengdu) nawiązaliśmy bliskie więzi gospodarcze i handlowe oraz owocną współpracę w dziedzinie nauki i technologii, kultury i edukacji. W niedalekiej przyszłości dzięki między Chengdu i Warszawą powstanie bezpośrednie połączenie lotnicze. Będziemy zatem jeszcze więcej osiągnięć w wymianie gospodarczej i kulturalnej między Chinami a Polską w Chengdu.

 

„Kultura polska w myśli Chińczyków” Sympozjum akademickie w Pekinie

Seminarium „Kultura polska w myśli Chińczyków” odbyło się pod koniec października na Pekińskim Uniwersytecie Języków Obcych.

Wydarzenie zostało zorganizowane przez Centrum Studiów Polskich PUJO i Biuro Kultury Ambasady RP w Chinach. Związane było ono z 70. rocznicą nawiązania stosunków dyplomatycznych między Chinami a Polską oraz 65. rocznicą ustanowienia katedry języka polskiego na PUJO. Uczestnikami konferencji byli chińscy eksperci z dziedziny kultury, sztuki, języka, którzy poprzez badania polskiej literatury, filmów, muzyki, języka, edukacji i kultury ludowej pokazywali w szerokim spektrum oblicze polskiego życia kulturalnego.
Ceremonię otwarcia sympozjum poprowadził profesor Zhao Gang, dziekan Europejskiego Instytutu Języków i Kultury PUJO i dyrektor Centrum Studiów Polskich PUJO. Yan Guohua, wicerektor PUJO i Wojciech Zajączkowski, ambasador Polski w Chinach wygłosili przemówienia.
Wicerektor PUJO Yan Guohua powiedział, że chociaż Chiny i Polska są oddzielone górami i rzekami, ich przyjaźń jest głęboka, a stosunki dwustronne przeszły długie lata i stale się rozwijały. Polska jest potęgą pod względem kultury, a co warte podkreślenia pięciu pisarzy z Polski zdobyło Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury – stwierdził. Niedawno Królewska Szwedzka Akademia Nauki przyznała Oldze Tokarczuk Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury za rok 2018, co wywołało falę zainteresowania chińskich naukowców, zwłaszcza związanych z polską literaturą i kulturą – przyznał Yan Guohua. Podczas wystąpienia przypomniał, że w 2019 roku przypada 65. rocznica ustanowienia katedry języka polskiego na PUJO. Przez ponad pół wieku, pokolenia polskich nauczycieli dołożyło wszelkich starań, aby wychować wielu studentów polonistyki, a także promować literaturę i kulturę polską w Chinach – zaznaczył. Jak podkreślił wicerektor pekińskiej uczelni, Centrum Studiów Polskich PUJO, które postało w 2011 roku, staje się coraz ważniejszym oknem dla wymiany chińsko-polskiej.
Ambasador Wojciech Zajączkowski podkreślił, że jednym z najważniejszych elementów kontaktów chińsko-polskich była i jest kultura. Polska jest z pewnego punktu widzenia krajem wyjątkowym, jest potęgą kulturową – ocenił polski dyplomata. Najwyższy światowy poziom osiągają również polski film, teatr i muzyka – dodał. Ambasador Polski w Chinach wyraził zadowolenie, że Pekiński Uniwersytet Języków Obcych wystąpił z inicjatywą zorganizowania konferencji „Kultura polska w myśli Chińczyków”. To dobra okazji do refleksji nad polską kulturą, co jest o tyle ważne, że biorą w nim udział osoby mające olbrzymie zasługi na tym polu – zaznaczył.
W swoim przemówieniu profesor Yi Lijun przypomniała historię rozwoju oraz ważne osiągnięcia katedry polonistyki na PUJO, które miały miejsce w ciągu ostatnich 65 lat. Jednocześnie zachęciła nowe pokolenie studentów polonistyki i młodych wykładowców, aby z szacunkiem podeszli do dziedzictwa starszego pokolenia uczonych, a także wzmacniali przyjacielską wymianę między Chinami a Polską.
Profesor Zhao Gang przedstawił charakterystykę nauczania, kierunek szkolenia i osiągnięcia w badaniach naukowych katedry polonistyki na PUJO. Według niego, w ciągu ostatnich 10 lat nauczyciele polonistyki uczestniczyli lub byli organizatorami 16 projektów na szczeblu kraju, prowincji i ministerstwa. Przypomniał, że w 2018 roku profesor Yi Lijun otrzymała nagrodę za całokształt przekładów kultury przyznaną przez Stowarzyszenie Tłumaczy w Chinach, która jest najwyższa nagroda w dziedzinie translacji w Chinach. Jak podkreślił, po raz pierwszy w historii wyróżnienie to przyznano tłumaczowi, który zajmuje się językiem nieuniwersalnym.
Na początku dyskusji, wykładowczyni Li Yinan przypomniała spotkanie katedry polonistyki z Olgą Tokarczuk na PUJO. Wyraziła refleksji na temat powieści „Prawiek i inne czasy” oraz innych prac noblistki. Zdaniem Li Yinan, tajemnica jest jednym z najważniejszych tematów w książkach Tokarczuk. Wykładowczyni przypomniała słowa profesor Yi Lijun, która twierdzi, że trudno zaliczyć prace Olgi Tokarczuk do któregoś ze znanych nurtów, gdyż jej teksty są pełne tajemnic i fragmentów, ona ma własny styl.
W konferencji wzięli udział eksperci z Chińskiej Akademii Nauk Społecznych, Pekińskiego Uniwersytetu Języków Obcych, Kantońskiego Uniwersytetu Języków Obcych, Centralnej Akademii Muzycznej, Federacji Literackiej i Sztuki w Pekinie, Pekińskiego Uniwersytetu Pedagogicznego, Szanghajskiego Uniwersytetu Języków Obcych, Uniwersytetu Języków Obcych z Tianjin oraz innych instytucji zajmujących się polską literaturą, teatrem, kinem, muzyką. W dziedzinie języka, edukacji i kultury ludowej wyrazili oni pogląd, że z perspektywy Chińczyków zaobserwowano wyjątkową pozycję kultury polskiej w świecie i jej dalekosiężny wpływ na kulturę chińską.
Uczestnicy odwiedzili także wystawę osiągnięć akademickich Centrum Studiów Polskich PUJO. Ekspozycja pokazuje prace i tłumaczenia polskiej sekcji dydaktycznej i badawczej z ostatnich lat, obejmujące literaturę, historię, sztukę, język, nauki przyrodnicze itp. Zaprezentowano także książki Olgi Tokarczuk „Prawiek i inne czasy” oraz „Dom dzienny, dom nocny” przetłumaczone na język chiński.
Kierunek Polonistyki Pekińskiego Uniwersytetu Języków Obcych został założony w 1954 roku. W ciągu ostatnich 65 lat eksperci z języka polskiego i literatury, reprezentowani przez profesor Yi Lijuna, złożyli wiele wkładu w wymianę kulturalną między Chinami a Polską i pogłębili przyjaźń między narodami. Uzyskali też wiele wyróżnień przyznawanych przez Ministerstwa Edukacji obu państw. Ponad 200 chińskich absolwentów, będących wysokiej jakości specjalistami, pracuje w dyplomacji, gospodarce, handlu, kulturze, nauce i technologii, wojsku, dziennikarstwie czy edukacji, wspierając rozwój stosunków chińsko-polskich.

To był złoty czas polskiego teatru

Z WIESŁAWĄ NIEMYSKĄ, aktorką Teatru Narodowego w Warszawie, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Kiedy poczuła Pani w sobie „bakcyl” teatru?

W dzieciństwie mama zabierała mnie do teatru i widziałam na scenie samą Irenę Eichlerównę w „Marii Stuart” Schillera czy Ninę Andrycz, chyba w „Don Karlosie” Schillera. Pamiętam, że bardzo mi się nie podobała manieryczna intonacja u obu aktorek, a zwłaszcza to przedniojęzykowe „ł” u pani Andrycz, choć była bardzo urodziwa, postawę miała wspaniałą i pięknie nosiła kostium, którego sama używałam w przedstawieniu dyplomowym „Ślubów panieńskich”. Jednak magia teatru zadziałała.

W 1965 roku ukończyła Pani warszawską PWST. Kto z profesorów utrwalił się Pani najsilniej w pamięci, względnie wywarł na Panią istotny wpływ?

Jedną z moich najważniejszych profesorek była Ryszarda Hanin, opiekunka roku która stawiała na wydobywanie z podtekstów prawdę nie zawsze w tekście wprost zawartą, natomiast Janusz Warnecki, wspaniały aktor, kładł nacisk na technikę, uczył nas wielu użytecznych umiejętności aktorskich, jak n.p. scenicznego śmiania się, co dla studenta pierwszego roku było czymś bardzo trudnym. Bardzo też dbał o dykcję, o dobrą emisję głosu. Ja dziś cierpię, gdy słyszę wielu młodych aktorów, którzy nakłaniani, zwłaszcza w serialach, do mówienia „naturalnego”, mówią tak, że często ich nie rozumiem i nie wiem jaki mają głos. A przecież można mówić i wyraźnie i naturalnie.

Zadebiutowała Pani w 1965 roku rolą Salomei w „Horsztyńskim” Słowackiego w Olsztynie-Elblągu, w teatrze im. Stefana Jaracza, kierowanego wtedy przez Aleksandra Sewruka, do którego trafiła Pani na jeden sezon 1965/66…

Wspaniałego dyrektora i świetnego aktora charakterystycznego, który zagrał w tym spektaklu rolę tytułową. Pamiętam jak zabawnie się przejęzyczył w jednej ze scen „Horsztyńskiego” mówiąc zamiast „Salusiu, tego nie trzeba ci zalecać” – „Salusiu, tego nie trzeba ci załatwiać”, co wynikało z nawyku dyrektorskiego, bo ciągle komu coś załatwiał. Jeśli już jesteśmy przy anegdotach, to przywołam inną scenę z tego przedstawiania, gdy Szczęsny Kossakowski i Horsztyński stają do mówionego pojedynku (zdrada żony). Pada strzał Salomea wdziera się do pokoju z okrzykiem „Puszczajcie, Jezus Maria, puszczajcie”, ze sceny, która wypełniona była młodzieżą szkolną, padły słowa: „A kto cię kurwa trzyma”. To były czasy, gdy młodzież stanowiła, zwłaszcza w teatrach prowincjonalnych, znaczącą część widowni i to był jeden z nieuchronnych kosztów tej sytuacji. O mało nie umarłam, ale trzeba się było z takimi sytuacjami liczyć, bo młodzież tak nieraz reagowała. Później zagrałam Belisę w „Miłości don Pamperlina” Garcii Lorki, spektaklu reżyserowanym przez Bohdana Głuszczaka, ważnego twórcę i reżysera sławnej pantomimy głuchych, Dorlę w „Szewskiej pasji Filipa Hotza” Maxa Frischa w reżyserii filmowego reżysera Juliana Dziedziny. Do Olsztyna przyjechał też wtedy bardzo młody Jerzy Grzegorzewski, znany mi z PWST – studiowałam równolegle, który wyreżyserował „Sen nocy letniej” Szekspira. Zagrałam Tytanię – moim zdaniem okropnie, bo skoncentrowana byłam głównie na stroju i uwodzeniu Grzegorzewskiego, mojego późniejszego wieloletniego partnera – ale przedstawienie zostało dobrze przyjęte, a pochlebną opinie napisał nawet bardzo surowy krytyk Jerzy Koenig. Wspomnę tylko bardzo dobrą Ewę Kozłowską w roli Puka, która zagrała go bardzo pomysłowo, dowcipnie, nawet pastiszowo, nawiązując m.in. do stylu gry będącego wówczas u szczytu sławy Gustawa Holoubka. To było na finał mojej olsztyńskiej przygody, przed przeniesieniem się do Warszawy, a był to rok 1967, do Teatru Klasycznego, pod dyrekcję Ireneusza Kanickiego. Na dzień dobry dostałam zastępstwo za Wiesławę Kwaśniewską w „Do Juanie” Rittnera z mroczny Kaziem Meresem w roli tytułowej. Zagrałam też w „Horsztyńskim” w reżyserii Kanickiego. Ja – Amelię, a on Szczęsnego. Potem trafiłam do bardzo głośnego wtedy i popularnego widowiska słowno-muzycznego Kanickiego i Lecha Budreckiego „Dziś do ciebie przyjąć nie mogę”, zrealizowanego pod skrzydłami Mieczysława Moczara, który zresztą, poza wszystkim, bardzo się teatrem interesował. Przyjechał kiedyś na jakąś uroczystość teatralną do Olsztyna, była towarzyska impreza i nawet sfotografowano mnie z nim w tańcu. Zdjęcie zaginęło – żałuję. A co do „Dziś do ciebie przyjść nie mogę” to było to widowisko tak popularne, że biletów używaliśmy w charakterze łapówek, n.p. w sklepie mięsnym. Jeździliśmy z tym spektaklem za granicę, m.in. do ZSRR, do Lwowa, gdzie tamtejsza publiczność polskiego pochodzenia przyjęła nas z ogromnym wzruszeniem, były łzy po obu stronach, widowni i wykonawców. Zwłaszcza po drugiej zwrotce „Czerwonych maków pod Monte Cassino” („Ta ziemia do Polski należy, choć Polska daleko jest stąd”). Byliśmy też z tym spektaklem na tournee w USA, zorganizowanym przez słynnego impresaria polonijnego Jana Wojewódkę. Zagrałam we wszystkich przedstawieniach, około siedmiuset razy. Zagrałam też m.in. „Quintillę w „Kaliguli” Rostworowskiego w reżyserii Kanickiego i z nim w tytułowej roli, ale nie był to niczyj sukces. Z nim też jako Szczęsnym grałam też Amelię w „Horsztyńskim”. Miał liczne sukcesy reżyserskie w teatrze telewizji.

Pamiętam, że w środowisku teatralnym uchodził za postać kontrowersyjnym, doszukiwano się bliskich filiacji Kanickiego z Mieczysławem Moczarem, ówczesnym ministrem spraw wewnętrznych…

Kanicki był bardzo inteligentnym człowiekiem, nawiasem mówiąc chyba gejem. Wspominam go bardzo mile, mawiał o mnie jako o „swojej najśliczniejszej aktorce”. Kochał luksus i wybudował sobie w Aninie dom z basenem, jeździł fantastycznym Alfa Romeo, w czasach, gdy luksusem była syrenka, wplątując się jednocześnie w jakąś gospodarczą aferę. Skończył tragicznie w więzieniu. Może to było samobójstwo, może wykonano na nim wyrok? Raczej nigdy się tego nie dowiemy.
Przypomnijmy, że Teatr Klasyczny mieścił się w Pałacu Kultury i jego obecnym następcą jest Teatr Studio…
Tak, a filią Klasycznego był Teatr Rozmaitości przy Marszałkowskiej 8, ale tylko do czasu przyjścia Józefa Szajny po odejściu Kanickiego. Szajna z tej drugiej sceny nie zrezygnował i stała się odrębną sceną, tak jest do dziś.

Gdy się przegląda noty o dawnych przedstawieniach, to natrafia się na wiele nazwisk, które dziś prawie nikomu nic nie mówią. Zagrała Pani n.p. w „Sławie i śmierci Joachima Muriety” w reżyserii Borysa Stojczewa-Vasqueza…

To była zabawna historia. Boris, Bułgar zamieszkały w Chile, był partnerem pani, spokrewnionej, bagatela, z rodem Domeyków, która z czworgiem dzieci uciekła do niego od męża dyplomaty. Na to przedstawienie, o takim chilijskim Janosiku, przyjechał autor, sławny poeta, noblista, Pablo Neruda z którąś z kolejnych żon. Po objęciu dyrekcji przez Szajnę zagrałam w głośnej „Gulgutierze”, a także w drugim składzie obsady „Dantego”, również w „Cervantesie”, z którymi to przedstawieniami jeździliśmy za granicę, m.in. do Londynu, Florencji, do Meksyku, w którym spotkaliśmy piękną Polkę, żonę miejscowego burmistrza, która była uciekinierką z zespołu „Mazowsze” czy może ze „Śląska”.

Po odejściu Szajny Studio objął Jerzy Grzegorzewski. Jak się Pani z nim pracowało?

Bardzo dobrze i bardzo często, jak chyba z żadnym innym reżyserem. To był wielki artysta, potrafiący w ostatnim momencie zmienić scenę, cudownie operujący przestrzenią, trochę ekscentryk, lubił gdy aktorzy posiadali unikalne umiejętności, n.p. jak Marek Walczewski, który potrafił dotknąć nosa językiem, czy Ankę Romantowską, podciągającą się jedną ręką na drążku gimnastycznym.

U wspomnianego wcześniej Kanickiego zadebiutowała też Pani w Teatrze Telewizji w 1967 roku w „Karykaturach” Jana Augusta Kisielewskiego…

Rolą Stefanii. Rok 1967 to jeszcze moja ulubiona Mada w „Zapałce na zakręcie”, według popularnej powieści Hanny Siesickiej w Teatrze Młodego Widza, w reżyserii Joanny Koenig. Z Włodkiem Pressem zebraliśmy wiele ciepłych słów za nasze role. Kilka lat później w 1974 roku, w tej samej sztuce zagrałam Laurę. Z Teatru Telewizji dobrze pamiętam też czteroodcinkową realizację „Dziewcząt z Nowolipek” Gojawiczyńskiej w reżyserii Stanisława Wohla, gdzie zagrałam Cechnę, obok Zośki Kucównej, Eli Kępińskiej i Emilii Krakowskiej, świetnej w roli Kwiryny, a także „Don Juana” w reżyserii Grzegorzewskiego, czyli miłość do geometrii” Maxa Frischa w reżyserii Grzegorzewskiego, gdzie zagrałam Mirandę, obok Jurka Kamasa, Jana Matyjaszkiewicza, Wiesławy Mazurkiewicz i Wandy Lothe-Stanisławskiej.

Zagrała też Pani w „Sławie i chwale”, kilkuczęściowym przedstawieniu wg . powieści Iwaszkiewicza, w reżyserii Lidii Zamkow…

Zofię, która umiera przy porodzie. U Zamkow grałam też w Teatrze Telewizji w „Śnie wujaszka” Aleksego Tołstoja. Była bardzo interesującą osobą, i choć nie była lubiana, to ja ją lubiłam z wzajemnością. Zagrałam także w „Kobrach” – „W biały dzień” wg Durbridge’a i „Fatalnej kobiecie” Patricka Quentina, ale wiele o tym Panu nie opowiem, bo wielu przedstawień prawie nie pamiętam, albo nie pamiętam z nich nic istotnego. Ostatnia moja, jak dotąd, rola w Teatrze Telewizji, to Gosposia w „Lekkomyślnej siostrze” Perzyńskiego w reżyserii Agnieszki Glińskiej, przeniesionej z małej sceny Teatru Narodowego, gdzie z przyjemnością grałam.

W filmie zadebiutowała Pani w 1967 roku „Julii, Annie, Genowefie” Anny Sokołowskiej…

Ale bardziej utkwiła mi w pamięci praca w roli sanitariuszki Wandy przy „Jarzębinie czerwonej” Petelskich w 1969 roku, bo kręciliśmy w ciężkich warunkach, w zimnie, na poligonie w Drawsku, z Andrzejami – Łapickim i Kopiczyńskim, a także Andrzejem Antkowiakiem. Piękny scenariusz dawał mi poczucie, że będzie to wartościowy, mądry film, choć zostałam do niego zaangażowana w nagłym trybie, w pośpiechu, a głos pode mnie podkładała dobrze mówiąca wschodnim akcentem pani Tiberger. Rolę w „Czerwonym i złotym”, na podstawie ciekawego scenariusza Stanisława Grochowiaka, w reżyserii Stanisława Lenartowicza. Pamiętam go głównie jako ogromnie kulturalnego i ciepłego człowieka. Zagrałam też epizod w głośnym wtedy „Ocaleniu” Edwarda Żebrowskiego. Wystąpiłam też w serialu „07 zgłoś się” w epizodzie z Bronisławem Cieślakiem. Był bardzo interesującym człowiekiem miał ciekawą osobowość, stworzył bardzo wyrazistą postać, ale nigdy nie wiedziałam kiedy kończy kwestię, bo lubił upraszczać drętwy tekst. Bardzo to przeżywałam.

Gdy przegląda się listę Pani ról i innych prac teatralnych, to nietrudno zauważyć, że reżyserem z którym pracowała Pani najczęściej, jako aktorka i jako asystentka reżysera, był Jerzy Grzegorzewski. Czy to właśnie on był najważniejszym dla Pani człowiekiem teatru?

Nie umiem tak stanowczo na to pytanie odpowiedzieć. Na zakończenie naszej rozmowy przypomnę, że moja aktywność zawodowa przypadła na złote czasy teatru polskiego, jak niektórzy nazywają te lata. To były czasy aktywności Swinarskiego, Jarockiego, Wajdy, Grzegorzewskiego, Dejmka, Hanuszkiewicza, Kantora, Szajny, Hűbnera, Grotowskiego, Tomaszewskiego z jego pantomimą z udziałem plejady wspaniałych aktorów. To były światowe nazwiska, teatr zajmował wtedy ważne miejsce w kulturze, inne niż dziś. To były inne czasy, inna cywilizacja. Ale miejmy poczucie, pamiętajmy, że było pięknie.
Dziękuję za rozmowę.

Wiesława Niemyska – absolwentka warszawskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza (1965). Aktorka Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie-Elblągu (1965–1966) i teatrów warszawskich.