Ostry cień wielkiej góry, czyli jak Polska kocha swoich artystów

Od ponad roku nie pracują. Nie dlatego, że im się nie chce, bo chcą wrócić do zawodu i to bardzo. Niestety, od ponad roku Państwo polskie nie wymyśliło dla nich innej propozycji niż ta, którą jeden z ministrów zaproponował podczas spotkania z przedstawicielami branży eventowej: niech się przebranżowią. I rzeczywiście, część już to robi lub zrobiła. Inni jednak wciąż żyją nadzieją, że za kolejne dwa tygodnie, rząd poluzuje obostrzenia i wrócą koncerty, a wraz z nimi, wróci do nich nadzieja i świadomość, że to co robili przez całe życie, ma sens.

Nie ma chyba w Polsce branży, która bardziej dostałaby po tyłku od pandemii, niż szeroko rozumiana rozrywka. Ale i tu należy poczynić rozróżnienie, bo w przepastnym worze z napisem kultura i sztuka, są równi i równiejsi. Z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i bazy BIK, wynika, że działalność związana z kulturą i rozrywką (PKD R90) w ciągu ostatniego roku zwiększyła swoje zaległości o 29 proc., a kina o 82 proc. Liczba firm zajmujących się kulturą i rozrywką z problemami w rozliczeniach z bankami i dostawcami wzrosła w minionym roku z 875 do 981, a ich zaległości z 27 do 35 mln zł. O ile kina znalazły się na liście przewidzianych do przyznania pomocy z Tarczy finansowej 2.0., to już artyści nie. Zaległości artystów, aktorów, muzyków, zespołów muzycznych, tancerzy, piosenkarzy, lektorów i prezenterów podniosły się w ciągu roku o jedną czwartą, do 17,5 mln zł, a reżyserów, producentów, scenografów, projektantów i wykonawców teatralnych dekoracji scenicznych, maszynistów sceny, oraz specjalistów od oświetlenia o jedną szóstą, do 6,2 mln zł. Nic więc dziwnego, że część ludzi porzuca swoją dawną profesję i stara się znaleźć pomysł na życie gdzie indziej. Bo ile można czekać i wypatrywać światełka w tunelu, którego wciąż nie widać? Widać za to piętrzące się rachunki, wezwania do zapłaty i puste garnki, do których trzeba coś włożyć każdego dnia.

Grzegorz Barszczewski, znany w świecie oświetleniowców jako „Jolo”, jeden z bardziej wziętych i cenionych fachowców od inżynierii światła, współpracujący m.in. z Bajmem i Kultem, mieszkający na stałe w Szwecji, podjął decyzję o zawieszeniu swojej działalności. Zatrudnił się poza branżą. Najpierw pracował jako pielęgniarz w domu starców. Zwolnili go po paru miesiącach, bo pensjonariusze umierali, a w dobie „korony” nie było nowych przyjęć. Tym samym, nie było sensu utrzymywać nadmiarowych pracowników. Teraz pracuje w Sztokholmie, w firmie kurierskiej. Nie wie, czy kiedykolwiek powróci do tego co wykonywał z powodzeniem przez całe, dorosłe życie. – Inna rzecz, że na razie nie ma do czego wracać – dodaje. Koncerty i imprezy masowe są przewidziane jako ostatnie do odmrożenia. Pojawiają się próby grania imprez transmitowanych przez internet, ale zarówno u nas, jak i na świecie, są to jedynie namiastki tego, z czym ludzie mieli do czynienia przed pandemią. Sami muzycy jak i publiczność, podchodzi do tego typu występów jak do uświadomionej konieczności. Żadnej ze stron nie przynosi to satysfakcji, tak artystycznej jak i finansowej. Tym bardziej, że pandemia dotknęła polską branżę w momencie największej dlań prosperity. Dość powiedzieć, że w 2019 roku, polscy artyści notowali zyski na niespotykaną dotąd skalę. To właśnie wtedy Taco Hemingway wyprzedał Stadion Narodowy, a Dawid Podsiadło sprzedał trzy „Torwary” w niecały kwadrans. Takie rzeczy zdarzały się, kiedy przyjeżdżali do Polski Stonesi albo Madonna, ale żeby na rodzime gwiazdy? Tego u nas jeszcze nie grali. Bilety na cykl „Męskiego Grania” rozchodziły się jak świeże bułeczki, a kluby i sale koncertowe nie notowały nigdy takich frekwencji, jak wtedy. Na raz wszystko się skończyło. Nikt nie potrafi powiedzieć, czy jeszcze kiedykolwiek powróci do tamtego poziomu.
Tomasz Organek, dla którego rok 2019 był równie udany jak dla wspomnianych Taco i Dawida Podsiadło, w listopadzie ubiegłego roku ciężko przeszedł covid. Prócz dolegliwości somatycznych, choroba nie pozostała bez wpływu dla jego zdrowia psychicznego. M.in. dlatego Tomasz zaangażował się w akcję mapawsparcia.pl, która pomaga ludziom ciężko doświadczanym przez covid i jego następstwa, poradzić sobie w najgorszym dla siebie czasie. – Psychika strasznie mi siadła przez pandemię, więc staram się pomagać jak mogę innym w potrzebie-dodaje muzyk. Tomasz Organek, podobnie jak cały zespół i sztab ludzi, który z nim pracował, od półtora roku pozostaje bez pracy. Nie załapał się na tarczę pomocową, bo jest muzykiem, a nie przedsiębiorcą. Jego team techniczny musiał poszukać sobie innego zajęcia. – Road menager zatrudnił się InPoście, jeden z technicznych najął się w budowlance i wykańcza mieszkania. Reszta czeka. Na razie, nie wiadomo na co-kończy rozmowę.

Dr Joanna Ostasz, psychiatra i psychoterapeuta z warszawskiej klinki „Psychokrates” przyznaje, że sytuacja z którą zmagają się dziś ludzie z branży artystycznej, może rodzić dla nich bardzo poważne skutki zdrowotne na przyszłość. – Wyczekiwanie lepszych czasów nie jest sposobem radzenia sobie ze stresem, i prędzej lub później, przyjdzie się im zmierzyć z problemem, w którym to nie świat dopasuje się do nich, ale oni muszą spróbować znaleźć sobie nowe miejsce w całkiem nowym świecie-konkluduje pani doktor. Pytanie tylko, jak to zrobić, kiedy przepracowało się na scenach kilkadziesiąt lat i nie umie się robić nic innego. Czy artysta jest jeszcze w Polsce komukolwiek do czegoś potrzeby? Dr Ostasz przyznaje, że próba znalezienia odpowiedzi na to pytanie, może dziś niejednego człowieka sztuki przerosnąć. Wizyta u specjalisty jest w takich momentach pomocna, a nawet wskazana. Jednakowoż, terminy w stołecznych poradniach, tak prywatnych jak i publicznych, są na tę chwilę bardzo odległe. Nie tylko artyści nie potrafią sobie poradzić z kryzysem. Poza tym, za coś trzeba uregulować należność. I koło się zamyka.

Może więc Państwo wzięłoby na siebie ciężar pomocy? Okazuje się, że Państwo pomaga, najlepiej jak potrafi i na ile je stać. Tak przynajmniej twierdzi minister Gliński i cały rząd. Głośnym echem odbiła się kilka miesięcy temu sprawa 400 mln zł dotacji z Funduszu Wsparcia Kultury. Beneficjentami zostało 2064 podmiotów. Blisko 95 mln zł otrzymać miały 144 samorządowe instytucje artystyczne, ponad 38 mln zł – 306 organizacji pozarządowych, 91 mln zł – 448 przedsiębiorców, zaś ponad 175 mln zł – 1166 firmy świadczące usługi zaplecza scenotechnicznego. Podmioty mogły otrzymać maksymalnie do 50 procent utraconych dochodów z okresu 12 marca 2020-do końca roku. Kiedy okazało się, że wśród obdarowanych są m.in. Bracia Golec i Bayer Full, w sieci zawrzało. Finał był taki, że minister unieważnił cały konkurs, i nakazał rozpisać go od nowa. Mocno w całej akcji wypowiedzieli się muzycy grupy Kult, którzy odcięli się od państwowego rozdawnictwa, apelując jednocześnie do fanów, aby, jeśli chcą pomóc artystom, kupili ich najnowszą płytę. I poskutkowało. Płyta Kultu z koncertu z Pol’and’Rock świetnie się sprzedała. Pozwoliło to muzykom zapomnieć na chwilę o sytuacji w jakiej się znaleźli, ale nie na długo. Ireneusz „Jeżyk” Wereński, basista grupy Kult, najbardziej nie może pogodzić się z tym, że na ponad rok przestał być muzykiem. – Doceniam bardzo to, jak ludzie przyjęli nasz apel i że sięgnęli do portfeli, żeby nas wspomóc, to bardzo budujące – ocenia Jeżyk. Dodaje jednak, że na taką niezależność, oni, czyli Kult, mogli sobie pozwolić. – Niezależność kosztuje. Nie każdego jest na nią stać i nie każdy może sobie na nią pozwolić-dodaje.
Jakie były losy Funduszu Wsparcia, dawno już w Polsce zapomniano. Okazuje się, że zorganizowano go od nowa. Pieniądze zgarnęły firmy oraz samorządowe instytucje, tak jak było i przedtem. Może na mniejszą skalę, ale oprócz medialnego zamieszania, tyle musiało się zmienić, żeby nic się nie zmieniło. A co z pozostałymi? Mowa o tych, których w kulturze jest najwięcej-wykluczonych, czyli artystach, pracujących na śmieciówkach w obrębie branży kultury, którzy są niewidoczni dla systemu. Ci, jeśli w porę zgłosili do MKiDN wniosek, w którym argumentowali swoją trudną sytuację życiową oraz wykazali się dorobkiem artystycznym, mogli liczyć na jednorazowe wsparcie. Każdorazowo większość z „nołnejmów”; muzyków sesyjnych, choreografów, techników scenicznych, dostawała od ministra Glińskiego po 1800 zł na rękę. Raz w 2020 r. Drugi raz w 2021. Rzadko kiedy ktoś dostawał więcej lub częściej. I raczej nie dostanie. Na forach internetowych i fejsbukowych grupach, zrzeszających muzyków i ludzi pracujących „w kulturze” na śmieciówkach, co i rusz padają zapytania, czy Ministerstwo nie uruchomiło nowej puli środków na pomoc dla „biedoty”. Odpowiedź jest wciąż taka sama. Pieniędzy nie ma i nie będzie. Donoszą o tym przedstawiciele branż artystycznych i eventowych, zrzeszeni w Izbie Gospodarczej Menedżerów Artystów Polskich. 14 kwietnia, na spotkaniu z minister Olgą Semeniuk usłyszeli, że rząd – mimo przedłużonych obostrzeń – nie planuje dla branż zamkniętych żadnych nowych form wsparcia ponad to, co już dla nich „wygospodarował”. „Nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim”, a „pomoc ma być kierowana do strategicznych i najbardziej dotkniętych obszarów gospodarki”, miała mówić pani minister. 90% spadków i zamknięcie działalności od marca 2020 r. w przypadku m.in. koncertów czy targów, nie kwalifikuje więc do uzyskania wsparcia. Być może, gdy spadki sięgną 99 %, rząd uzna że wystarczająco mocno kryzys dotknął branżę i głębiej sięgnie do państwowej kieszeni. Ponadto, po raz kolejny rząd nie zająknął się ani na jotę na temat wielu firm rodzinnych i jednoosobowych działalności gospodarczych, pozbawionych od 13 miesięcy jakiejkolwiek pomocy. Lepiej na tym polu wypadają prywatne mecenaty. Dla członków zwyczajnych, zrzeszonych w ZAiKS-ie, organizacja wypłacała na początku trwania pandemii, bezzwrotne zapomogi, nie mniejsze niż kilka tysięcy złotych. Z kolei STOART, instytucja zrzeszająca artystów wykonawców, wypłacił każdemu ze swoich członków, których liczebność szacuje się na niespełna 10 tys. ludzi., po ok. 3,5 tys. zł netto jednorazowej zapomogi na ciężkie czasy.

Dziś, pewnym jest, że do 15 maja żaden koncert ani widowisko z udziałem publiczności w Polsce się nie odbędzie. Wielce prawdopodobne jest, że do końca maja nic w tej kwestii się nie zmieni. Dalej też czeka muzyków i całą branżę jedna, wielka niewiadoma. Może rządzący łaskawie pozwolą na plenery do kilkuset osób albo eventy z połową zajętości miejsc na widowni. Na pewno jednak nie pozwolą, żeby ulżyć artyście publicznym groszem, o czym nie mówią głośno, ale na zmianę trendu nikt w branży nie liczy. W zasadzie mało kto w artystycznym, polskim światku liczy dziś na cokolwiek. Panuje degrengolada, depresja i marazm. Znikąd nadziei.

Niedawno w Barcelonie zorganizowano koncert na 3,5 tys. ludzi. Każdy z uczestników w cenie biletu otrzymywał podstawowy test na obecności wirusa oraz maseczkę. Mimo że wiązało się to z niedogodnością, w postaci konieczności przybycia na miejsce na kilka godzin przed planowym rozpoczęciem celem pobrania wymazów, koncert został w całości sprzedany. Ludzie byli spragnieni innych. Czekali na żywą muzykę, jak na gwiazdkę, a dźwięki ze sceny wdychali jak życiodajny tlen. U nas też jest już ogromne ciśnienie na to, żeby pozwolić ludziom wyjść i cieszyć się wspólnie, na koncercie, wernisażu czy spektaklu. Ale, dla naszego dobra, trzeba będzie jeszcze poczekać Jak długo? Nikt tego nie wie-poczynając od samych artystów, a kończąc na ministrze. W końcu, jak śpiewał kiedyś Kazik, cały czas w Polsce „urzędnik jednak wie lepiej”.

Azerbejdżan i Polska razem od 550 lat

W przyszłym roku minie 550. rocznica nawiązania stosunków między Azerbejdżanem a Polską. W 1472 r. władca Akkojunlu Azerbejdżanu, Uzun Hasan, skierował list do króla Polski Kazimierza Jagiellończyka IV, a korespondencja między dwoma władcami państw trwała do 1477 roku. Z tego powodu rok 1472 jest uważany za początek historycznych stosunków polsko-azerbejdżańskich – mówi Nargiz Gurbanova Ambasador Azerbejdżanu w Polsce w rozmowie z Małgorzatą Kolbaczewską-Figat.

Jakie są najpoważniejsze wyzwania, przed którymi stoi dziś Republika Azerbejdżanu? Jak pandemia wpłynęła na życie kraju?
Jak wiadomo, negatywne konsekwencje pandemii COVID-19 są odczuwalne na całym świecie. Rząd Azerbejdżanu opracował i nadal opracowuje aktualne i skuteczne środki zapobiegające rozprzestrzenianiu się zakażenia koronawirusem i rekompensujące szkody dla gospodarki oraz sytuacji społecznej ludzi. W centrum tych projektów stoi człowiek, jego dobrobyt i ochrona socjalna. Z rozporządzenia Prezydenta Republiki Azerbejdżanu w naszym kraju został utworzony Fundusz Wsparcia Walki Koronawirus. Do tej pory w ramach funduszu zgromadzono już 66,4 miliona dolarów. Ponadto przeznaczono ponad 1,5 miliarda dolarów na utrzymanie stabilności makroekonomicznej i finansowej, złagodzenie problemów bezrobocia związanych z COVID-19 i wspieranie przedsiębiorczości. Wynagrodzenia pracowników służby zdrowia w państwowych placówkach medycznych i szpitalach leczących COVID-19 wzrosły 3-5-krotnie. Rząd przeznaczył 23,5 mln USD na opłacenie czesnego 17 000 studentów z rodzin znajdujących się w trudnej sytuacji. Azerbejdżan, jako kluczowe centrum tranzytowe i logistyczne między Turcją a Azją Środkową, podjął dodatkowe środki w celu ułatwienia tranzytu towarów. Pomimo negatywnego wpływu pandemii w 2020 r. przez Azerbejdżan przetransportowano ze Wschodu ponad 2450000 ton towarów, co wskazuje na wzrost o 62,4 proc. w porównaniu z rokiem 2019.
W czasie, gdy świat walczy tylko z pandemią, Azerbejdżan prowadził także 44-dniową wojnę i odniósł wielkie zwycięstwo. Nawet w tak ciężkiej sytuacji rząd Azerbejdżanu skupiał uwagę na sytuacji epidemiologicznej i zadbał o nasz naród. W celu ochrony zdrowia mieszkańców rząd Azerbejdżanu 18 stycznia 2021 r. jako pierwszy rozpoczął pierwszą akcję szczepień na Kaukazie Południowym.
Azerbejdżan, który ugruntował swoją pozycję odpowiedzialnego i wiarygodnego partnera na arenie międzynarodowej, również przyczynił się do międzynarodowych wysiłków na rzecz zwalczania pandemii COVID-19. W tym celu Azerbejdżan przekazał 10 milionów USD dobrowolnej pomocy finansowej Światowej Organizacji Zdrowia, a także zapewnił pomoc humanitarną i materialną ISESCO, Agencji Narodów Zjednoczonych Pomocy Uchodźcom Palestyńskim na Bliskim Wschodzie (UNRWA) oraz ponad 30 krajom. To nie przypadek, że Światowa Organizacja Zdrowia nazwała Azerbejdżan wzorowym krajem w walce z pandemią.. Na szczycie Grupy Kontaktowej Ruchu Państw Niezaangażowanych poświęconym tematyce zwalczania koronawirusa, który odbył się 4 maja 2020 r. z inicjatywy Prezydenta Republiki Azerbejdżanu Ilhama Alijewa, Prezydent Azerbejdżanu wystąpił z propozycją zorganizowanie specjalnej sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ na poziomie szefów państw i rządów, poświęconej walce z koronawirusem. Inicjatywę poparło ponad 150 państw członkowskich ONZ, a w dniach 3-4 grudnia 2020 r. odbyła się sesja specjalna na wysokim szczeblu, poświęcona wspomnianej tematyce. Dnia 23 marca 2021 r. w ramach 46. sesji Rady Praw Człowieka ONZ, z inicjatywy Azerbejdżanu, jako przewodniczącego Ruchu Państw Niezaangażowanych, przyjęto rezolucję pt. „Zapewnienie równego, przystępnego, terminowego i powszechnego dostępu do szczepionek na COVID-19 ”.
Podczas pandemii Azerbejdżan i Polska udzielały sobie wzajemnej pomocy humanitarnej w walce z COVID-19.
Jakie będą konsekwencje wojny w Górskim Karabachu zarówno dla Azerbejdżanu jak i ogólnie pod kątem stosunków międzynarodowych w regionie? Co dzieje się dzisiaj na terenach, które wróciły pod kontrolę Azerbejdżanu? Czy jest szansa na osiągnięcie ostatecznych decyzji poprzez rozwiązanie pokojowe w sprawie Karabachu i poprawę stosunków między Azerbejdżanem a Armenią?
Jak państwo wiedzą, trójstronne oświadczenie podpisane 10 listopada 2020 r. przez przywódców Azerbejdżanu, Armenii i Rosji zakończyło trwający od trzech dekad konflikt zbrojny między Armenią a Azerbejdżanem oraz okupację terytoriów Azerbejdżanu. Deklaracja raz jeszcze potwierdziła międzynarodowy, międzypaństwowy charakter ormiańsko-azerbejdżańskiego konfliktu Górskiego Karabachu. Azerbejdżan samodzielnie wdrożył 4 rezolucje Rady Bezpieczeństwa ONZ przyjęte w 1993 r. i w tym zakresie, kierując się artykułem 51 Karty Narodów Zjednoczonych, indywidualnie wypełnił wymogi owych rezolucji. 132-kilometrowy odcinek naszej granicy państwowej z Iranem został wyzwolony spod okupacji i utworzono tam posterunki graniczne. Tymsamym położono kres wieloletniej transgranicznej przestępczości zorganizowanej w tym kierunku przez Armenię. Wyzwolone terytoria zostały uwolnione oswobodzone z nielegalnej działalności gospodarczej, z przestępczych grup (obozy szkoleniowe dla terrorystów, uprawa i przemyt narkotyków) i osadnictwa (ormianizacja tych terenów poprzez umieszczenie na tych terenach rodzin ormiańskich z Syrii, Libanu oraz innych krajów Bliskiego Wschodu).
Oświadczenie trójstronne zawiera ważne postanowienie dotyczące powrotu przesiedleńców wewnętrznych (IDP) i uchodźców do ich domów pod nadzorem Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw uchodźców. Przewiduje również usunięcie przeszkód dla wszystkich powiązań gospodarczych i transportowych w regionie oraz gwarantuje bezpieczny przepływ osób, pojazdów i ładunków między Armenią a Azerbejdżanem w obu kierunkach, w tym połączenie między Azerbejdżanem a jego Autonomiczną Republiką Nachiczewanu. Obecnie utworzona została podstawa idei wymiany korytarzy i pojawiły się możliwości dla krajów regionu skorzystania z trwających projektów łączności regionalnej zainicjowanych przez Azerbejdżan, w tym kluczowych strategicznych komponentów magistrali, transregionalnych projektów infrastrukturalnych o modułowych możliwościach wzdłuż osi Wschód-Zachód i Północ-Południe. Krótko mówiąc, w regionie stworzyła się nowa rzeczywistość i pojawiły się sprzyjające warunki dla zapewnienia długooczekiwanego pokoju i stabilności.
Muszę z żalem odnotować, że na terenach wyzwolonych prawie wszystko, łącznie z budynkami mieszkalnymi, administracyjnymi, szkołami i szpitalami, zostało zniszczone przez ormiańskie siły zbrojne. Skala zniszczeń i wandalizmu na niedawno wyzwolonych terytoriach jest szokująca i bezprecedensowa. Z wyjątkiem obszarów zamieszkanych przez nielegalnych osadników ormiańskich, większość wyzwolonych terytoriów została dosłownie zamieniona w krainę duchów, ponieważ cała infrastruktura cywilna i prywatne domy, a także miejsca kulturowe i religijne, które istniały tam przed okupacją, zostały zrównane z ziemią. Celowe zniszczenie i umyślne zaniedbanie 1891 zasobów kulturowych, obejmujących 738 pomników, 28 muzeów z ponad 83 500 eksponatami, 4 galerie obrazów, 14 kompleksów memorialnych i 1107 placówek kulturalnych, doprowadziło do wielkich strat kulturowych Azerbejdżanu. Oprócz wymienionych w czasie okupacji zniszczono 67 meczetów i ponad 192 muzułmańskich i chrześcijańskich świątyń.
Podpisując porozumienie trójstronne wkroczyliśmy w nowy etap pokonfliktowy – etap odbudowy i rehabilitacji, etap przywracania pokojowego współistnienia. Pojawiają się nowe możliwości rozwoju i współpracy. Azerbejdżan jest zdecydowany ponownie zintegrować swoich obywateli pochodzenia ormiańskiego, zamieszkałych na terytorium regionu Górskiego Karabachu Republiki Azerbejdżanu, w swojej przestrzeni politycznej, społecznej i gospodarczej, gwarantując te same prawa i wolności wszystkim obywatelom Azerbejdżanu niezależnie od ich przynależności etnicznej i religijnej na równych i niedyskryminujących zasadach. Konstytucja Republiki Azerbejdżanu zapewnia solidne ramy prawne w tym zakresie. Pokojowe współistnienie mieszkańców Azerbejdżanu i Armenii na terytoriach dotkniętych konfliktem, oparte na wzajemnym poszanowaniu bezpieczeństwa, tożsamości etnicznej i religijnej w ramach suwerenności i integralności terytorialnej Azerbejdżanu, musi być i zostanie ostatecznie zapewnione.
Obecnie najważniejszą kwestią stojącą przed naszą republiką jest zapewnienie trwałego osiedlenia się naszych obywateli na terenach wyzwolonych w oparciu o strategię „Wielkiego Powrotu” oraz integracja tych terenów z systemem gospodarczym kraju. W tym zakresie zaplanowana budowa międzynarodowego korytarza transportowo-logistycznego w regionie da istotny impuls do zwiększenia dostępu do światowych rynków i ożywienia życia na zdewastowanych ziemiach.
Obecnie już rozpoczęła się realizacja procesu odbudowy, zarządzanego z jednego centrum. Budżet państwa na 2021 r. zapewnia również wsparcie finansowe na odbudowę i restaurację wyzwolonych z okupacji ziem. Według wstępnych danych na odbudowę i restaurację wyzwolonych terytoriów, stworzenie infrastruktury społeczno-gospodarczej, energetycznej, użyteczności publicznej, transportowej, zapewnienie warunków życia i pracy dla naszych obywateli powracających do swoich rodzimych ziem, zostanie przeznaczony 1 miliard euro. Obecnie w Karabachu budowane jest międzynarodowe lotnisko, autostrady i linie kolejowe. W celu stworzenia strefy „zielonej energii” na wyzwolonych obszarach w niektórych miejscach jako projekty pilotażowe będą stosowane koncepcje „inteligentnego miasta” i „inteligentnej wioski”. Zaopatrzenie w wodę 100 000 hektarów dotychczas nienawadnianych terenów zapewni na wyzwolonych ziemiach szybki rozwój produkcji i hodowli roślinnej, owocowej i zwierzęcej.
Azerbejdżan jako kraj wielokulturowy zapewni na wyzwolonych terenach odbudowę nie tylko muzułmańskich zabytków, ale także zabytków chrześcijańskich oraz należących do innych religii (chrześcijaństwo w Azerbejdżanie zaczęło rozpowszechniać się w czasach uczniów Jezusa Chrystusa, a jego apostołowie zaczęli przybywać do starożytnego azerbejdżańskiego państwa Albanii Kaukaskiej. Rozprzestrzenianie się chrześcijaństwa na tych terenach wiąże się z imionami apostołów Bartłomieja i Tadeusza, a także uczniów Tadeusza – Elizeusza i Mara. W wyniku działalności Elizeusza we wsi Kisz w regionie Szeki w Azerbejdżanie powstał pierwszy chrześcijański kościół na Kaukazie, zwany „Matką Kościołów Wschodnich”. Później wspólnoty chrześcijańskie pojawiły się w innych częściach Albanii Kaukaskiej i tak powstał albański kościół apostolski. Kościół ten niegdyś zajmował pozycyję decyzyjną na ziemiach Azerbejdżanu, a w 313 roku albański kościół apostolski został podniesiony do rangi kościoła oficjalnego poprzez proklamowanie chrześcijaństwa jako religii państwowej przez albańskiego cara Urnajra).
Kształtowanie się nowych realiów powoduje konieczność ustanowienia nowego formatu współpracy międzynarodowej w regionie. Obok inwestycji państwowych, inwestycje krajowe i zagraniczne także angażują się w odbudowę infrastruktury społecznej i zapewnienia zatrudnienia na wyzwolonych terenach. Prowadzona jest polityka zachęcania przyjaznych krajów, w tym strategicznych krajów partnerskich, takich jak Polska, do wielkiej twórczej pracy. W ostatnich czasach rozpoczął się proces budowy autostrad i linii kolejowych, wspólna realizacja projektów infrastrukturalnych przez firmy wielu zaprzyjaźnionych krajów oraz prywatne instytucje naszego kraju.
Jeśli chodzi o poprawę relacji między Azerbejdżanem a Armenią, to muszę powiedzieć, że normalizacja stosunków będzie bardziej zależała od polityki rządu Armenii. Prezydent Azerbejdżanu wzywał do powstrzymania się od marzeń, wielokrotnie ostrzegając siły w Armenii, które nie chcą pogodzić się z klęską, wzywając Ormian do zemsty, wojny i rewanszu. Jednak strona ormiańska nadal podejmuje kroki, które służą niestabilności w regionie. Wiadomo, że personel armeńskich sił zbrojnych jest potajemnie wysyłany na terytorium Azerbejdżanu w cywilnych ubraniach i pojazdach cywilnych przez „korytarz Lachin” w celu uniknięcia tu kontroli rosyjskich sił pokojowych. Nie mogą być zapomniane takie fakty jak masowe zaminowanie przez Armenię wyzwolonych azerbejdżańskich terenów, odmowa władz Armenii udostępniania informacji o polach minowych w celu zapewnienia bezpieczeństwa regionu, jak również zaginięcie bez wieści 3890 obywateli Azerbejdżanu podczas pierwszej wojny karabaskiej.
Chciałbym również zacytować Prezydenta Republiki Azerbejdżanu, Ilhama Alijewa: „Nasze stosunki z krajami sąsiednimi są dla nas priorytetem. Relacje te opierają się na bardzo zdrowych podstawach. Zbudowaliśmy tę politykę na zasadach przyjaźni i dobrego sąsiedztwa. Stosunki Azerbejdżanu z sąsiednimi krajami noszą charakter strategiczny. Mieszkamy w tym samym regionie, jesteśmy sąsiadami, i to sąsiedztwo będzie trwać wiecznie”. Moim zdaniem powyższe poglądy Prezydenta Azerbejdżanu jasno opisują pokojowo nastawioną politykę i stanowisko Azerbejdżanu. W tym względzie bardziej perspektywiczną decyzją dla Armenii byłby wybór rzetelnej i wzajemnie korzystnej współpracy z krajami sąsiednimi w celu zabezpieczenia swoich interesów jako normalnego i niezależnego państwa, zamiast roszczeń terytorialnych wobec sąsiadów. Ideologie nacjonalistyczno-faszystowskie, takie jak „MIATSUM”, „WIELKA ARMENIA”, „TSECHAKRON”, „ARMENIZM” zwiastują Armenii tylko krzywdę. Zbawienie Armenii będzie zależało od przejścia od izolacji do współistnienia i integracji, od samostanowienia do tolerancji.
W Azerbejdżanie, zwłaszcza w Baku, jest wiele miejsc związanych z Polakami, którzy przyczynili się do rozwoju lokalnego przemysłu w XIX wieku. Czy tę historię pamiętają w Azerbejdżanie? Jak postrzegani są Polacy i Polska w Państwa kraju?

Proponuję, abyśmy spojrzeli na tę kwestię ogólnie w kontekście historycznym relacji azerbejdżańsko-polskich. W przyszłym roku minie 550. rocznica nawiązania stosunków między Azerbejdżanem a Polską. W 1472 r. władca Akkojunlu Azerbejdżanu, Uzun Hasan, skierował list do króla Polski Kazimierza Jagiellończyka IV, a korespondencja między dwoma władcami państw trwała do 1477 roku. Z tego powodu rok 1472 jest uważany za początek historycznych stosunków polsko-azerbejdżańskich. Z historii wiadomo, że w 1680 r. polscy jezuici przybyli do azerbejdżańskiego miasta Gandża, gdzie utworzyli misję i prowadzili swoją działalność.
Kolejne przybycie Polaków do Azerbejdżanu sięga XIX i początku XX wieku, okresu carskiej Rosji. W tym czasie, gdy Polska i Azerbejdżan wchodziły w skład carskiej Rosji, do Azerbejdżanu przybyło wielu Polaków, a wśród nich byli wybitni architekci, inżynierowie, wojskowi i mężowie stanu, którzy odegrali wyjątkową rolę w życiu społecznym, politycznym i kulturalnym Azerbejdżanu.
Kościoły katolickie zbudowane były najpierw w azerbejdżańskich miastach Gusar i Zagatala, a następnie w 1908 r. pod kierunkiem polskiego architekta Józefa Płoszko, Kościól Najświętszej Marii Panny w Baku przez katolickich Polaków, których liczba w drugiej połowie XIX wieku w Azerbejdżanie wynosiła ponad 12 000 osób.
Zbudowane w Baku zabytki architektury, takie jak obecny gmach Ratusza Miasta Baku (Bakijska Rada), budynek Prezydium Narodowej Akademii Nauk Republiki Azerbejdżanu (Ismayilliye), budynek Saadet Sarayi, budynki Teatru Lalek, Muzeum Historii (dom H. Z. Tagijewa), Muzułmańskiego Gimnazjum Dziewcząt, Prokuratury Generalnej Republiki Azerbejdżanu, kościół Najświętszej Marii Panny związane są z nazwiskami wybitnych architektów tamtego okresu – Józefa Goslawskiego, Józefa Płoszko, Kazimierza Skórewicza, Eugeniusza Skibinskiego, Konstantego Borysoglebskiego. Podczas oficjalnej wizyty Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej Andrzeja Dudy w Azerbejdżanie, która miała miejsce w dniu 30 maja 2019 r., jednej z centralnych ulic Baku nadano nazwę „Ulica Polskich Architektów”. Także przy udziale Prezydenta Republiki Azerbejdżanu Ilhama Alijew i Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej Andrzeja Dudy odbyło się uroczyste otwarcie tablic upamiętniających polskich architektów.
Przełom XIX i XX wieku to okres rewolucji przemysłowej w Azerbejdżanie. W tym okresie w naszym kraju położono podwaliny przemysłu naftowego, a miasto Baku rozwijało się w szybkim tempie. Oczywiście wymagania kraju rozwijającego się rosną z dnia na dzień. Pojawiła się potrzeba budowy nowego systemu wodnego dla Baku, liczącego setki tysięcy mieszkańców. Tymczasem polski inżynier Stefan Skrzywan podejmuje się tego trudnego i odpowiedzialnego zadania i wraz z brytyjskim inżynierem Williamem Lindleyem budują wodociąg Szollar. Obecnie wodociąg ten zaopatruje w wodę dziesiątki tysięcy rodzin i gospodarstw w Baku.
Na szczególną uwagę zasługują nazwiska polskich inżynierów Witolda Zglenickiego oraz Pawła Potockiego, którzy odegrali bardzo istotną rolę w rozwoju przemysłu naftowego w Azerbejdżanie na przełomie XIX i XX wieku. Proces wydobywania ropy z dna Morza Kaspijskiego został opracowany na podstawie projektów inżyniera, geologa i wybitnego filantropa Witolda Zglenickiego. Projekt zasypania ziemią obszaru Bibiheybat, prowadzony przez geologa i inżyniera naftowego P. Potockiego, został pomyślnie zrealizowany, a następnie zaczęto wydobycie ropy natowej z tych terenów. Obecnie grób P. Potockiego znajduje się na terenie Morza Kaspijskiego Bibiheybat, wypełnionego pod jego kierunkiem i został odrestaurowany przez rząd Republiki Azerbejdżanu.
Bliska jest także naszemu narodowi pamięć Macieja Sulkiewicza, szefa Sztabu Generalnego Armii Narodowej Azerbejdżańskiej Republiki Demokratycznej, istniejącej w latach 1918-1920. W Parku Polinskiego, jednym z centralnych parków Warszawy, wzniesiono pomnik ku czci generała M.Sulkiewicza, który wniósł duży wkład w budowę armii azerbejdżańskiej, oraz pułkownika Veli bej Jedigara, dyplomowanego Wojska Polskiego i Armii Krajowej.
Tej historii naród azerbejdżański nie zapomina, wręcz jest ona wspominana w naszym kraju z wdzięcznością, tak samo jak Polacy wspominają z wielkim szacunkiem syna Azerbejdżanu Veli bey Jedigara, który walczył o niepodległość Polski.
Jakie są według Pani Ambasador najważniejsze możliwości rozwoju kontaktów i współpracy polsko-azerbejdżańskiej?
Jak wspomniałam powyżej, stosunki między Azerbejdżanem a Polską mają 550.letnią historię. Jednocześnie w przyszłym roku przypada 30. rocznica odnowienia polsko-azerbejdżańskich stosunków dyplomatycznych. Relacje między naszymi krajami zarówno w sferze politycznej, jak i gospodarczej czy kulturalnej są zbuowane na wysokim poziomie zaufania. Podpisana w 2017 r. przez Prezydenta Republiki Azerbejdżanu Ilhama Alijewa i Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej Andrzeja Dudę „Wspólna deklaracja w sprawie mapy drogowej dotyczącej strategii partnerstwa i współpracy gospodarczej między Rzeczpospolitą Polską a Republiką Azerbejdżanu” podnosi stosunki między naszymi krajami do poziomu partnerstwa strategicznego.
Niestety światowa pandemia COVID-19, która rozpoczęła się w zeszłym roku, nie ominęła również naszych krajów. Wiele projektów i inicjatyw zaplanowanych w tym okresie zostało przesuniętych w czasie. Jednocześnie wierzę, że w warunkach realizacji masowych szczepień nasze kraje wkrótce powrócą do normalnych warunków życia, a wcześniej zaplanowane oraz nowe projekty zostaną ostatecznie zrealizowane w tym roku.
Jak Państwo wiedzą, podczas 44-dniowej wojny ojczyźnianej, która miała miejsce w zeszłym roku, Azerbejdżan położył kres okupacji swoich terytoriów przez Armenię na 30 lat i przywrócił swoją integralność terytorialną. Obecnie Azerbejdżan prowadzi działania związane z odbudową, restauracją i reintegracją na wyzwolonych terytoriach. Jednym z głównych zadań stojących dziś przed rządem Azerbejdżanu jest oczyszczenie tych terenów z min i odbudowanie ich przy użyciu nowych technologii, aby zapewnić możliwość powrotu i bezpieczne życie przesiedleńcom, którzy przez 30 lat nie mogli wrócić do swoich domów. W tym zakresie Azerbejdżan jest otwarty na ewentualne propozycje krajów partnerskich, w tym przyjaznej Polski i polskiego środowiska biznesowego.
Przywrócenie integralności terytorialnej Azerbejdżanu stworzyło również nową sytuację społeczną, gospodarczą i geopolityczną w regionie. Wspólna deklaracja podpisana przez prezydentów Azerbejdżanu, Rosji i Armenii w dniach 10 listopada 2020 r. i 11 stycznia 2021 r. obejmuje również otwarcie komunikacji między Azerbejdżanem a Armenią, co z kolei otworzy korytarz między Azerbejdżanem a należącym do niego regionem Nachiczewanu, stwarzając możliwości transportu z naszego kraju i innych krajów do Europy i odwrotnie.
Jednocześnie, jak wiadomo, Azerbejdżan jest największym państwem Kaukazu Południowego i stanowi 70 proc. gospodarki regionu. W wyniku pomyślnej polityki Azerbejdżanu projekty realizowane w regionie wymagają konieczności udziału Azerbejdżanu. Obecnie działający z sukcesem Południowy Korytarz Gazowy uczynił Azerbejdżan wiarygodnym partnerem w zapewnianiu bezpieczeństwa energetycznego Europy i dywersyfikacji zasobów energetycznych. Jednocześnie oddanie do użytku Bakijskiego Międzynarodowego Morskiego Portu Handlowego i utworzenie Wolnej Strefy Ekonomicznej Alat sprawia, że Azerbejdżan jest węzłem tranzytowym i logistycznym w korytarzu transportowym Wschód-Zachód, co stwarza korzystne możliwości dla potencjalnych inwestorów. Wysoko doceniamy potencjał współpracy gospodarczej z Polską w powyższych i innych obszarach.
Azerbejdżan pozostaje dla Polaków krajem relatywnie tajemniczym, o wiele mniej znanym niż np. Gruzja… A jeśli mówi się, że Pani kraj jest państwem świeckim, choć większość wyznaje ​​islam, wielu odniesie się do tego faktu z niedowierzaniem. Jakie są cechy społeczeństwa azerbejdżańskiego na tle innych krajów islamskich i jak wyglądał historyczny rozwój tych cech? Czy można uznać współczesny Azerbejdżan za kraj wielokulturowy?
Islam, który jest podstawą wartości narodowo-moralnych narodu azerbejdżańskiego i ma bogatą historię, rozpowszechnił się w naszym kraju w połowie VII wieku i zajął dominujące miejsce w świadomości społecznej. Jednak, jak wspomniano powyżej, do tego czasu Azerbejdżan posiadał bogate dziedzictwo dominującego chrześcijaństwa i zaratusztrianizmu. Dzięki temu Azerbejdżan znany jest jako miejsce, w którym spotykają się różne cywilizacje i kultury, gdzie przez wieki kształtowało się środowisko różnorodności narodowej i kulturowej, a ludzie różnych narodowości i religii żyją w pokoju, wzajemnym zrozumieniu i dialogu. Jednym z najlepszych tego przykładów był fakt, że Demokratyczna Republika Azerbejdżanu, utworzona w 1918 r., w Deklaracji Niepodległości zagwarantowała prawa polityczne i obywatelstwo wszystkim obywatelom zamieszkującym w jej granicach, niezależnie od narodowości, wyznania, klasy i płci (Wraz z utworzeniem tego państwa po raz pierwszy na Wschodzie powstała demokratyczna republika parlamentarna w Azerbejdżanie). Ta różnorodność etniczna i kulturowa w Azerbejdżanie jest doskonale regulowana przez politykę wielokulturowości. W zasadzie wielokulturowość i tolerancja historycznie były stylem życia narodu azerbejdżańskiego i na co dzień stały się stylem życia każdego obywatela Azerbejdżanu, niezależnie od jego tożsamości narodowej, języka czy wyznania.
W Baku, wyróżniającym się swoją unikatowością, znajdują się zarówno muzułmańskie meczety i świątynia czczicieli ognia, jak i kościół katolicki, synagoga, świątynia prawosławna i kircha. Już ich bliskość geograficzna świadczy o możliwości wspólnego działania w warunkach wysokiej tolerancji i potwierdza, że ​​podstawowe wartości każdej religii pokrywają się z wartościami uniwersalnymi. Słynna katedra prawosławna w Baku została zbudowana z datków azerbejdżańskiego milionera naftowego Hadżiego Zeynalabdina Tagijewa (1838-1924).
Dziś, w czasach, gdy nasila się dyskryminacja religijna i narastają konflikty religijne na świecie, wielokulturowość i tolerancja stanowią integralną część polityki rządowej Azerbejdżanu. Żywym przykładem tego jest swobodne działanie i otrzymanie niezbędnego wsparcia ze strony państwa wielu chrześcijańskich i żydowskich religijnych placówek oświatowych wraz z 14 kościołami i 7 synagogami. Przedstawiciele różnych religii w Azerbejdżanie zademonstrowali jedność podczas wojny w naszym kraju. Znalazło to odzwierciedlenie w oświadczeniu Zarządu Muzułmanów Kaukazu (CMO) w sprawie wojny ojczyźnianej i wyznań religijnych w Azerbejdżanie, bowiem w oświadczeniach złożoncyh w języku rosyjskim i angielskim przez Zarząd Muzułmaów Kaukazu, społeczności żydowskie w Azerbejdżanie, diecezje Baku i Azerbejdżanu Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego, Wspólnotę katolicką w Azerbejdżanie i wspólnoty ewangelicko-chrześcijańskie potępiły ormiański wandalizm i okazały solidarność z narodem azerbejdżańskim.
Dziś Azerbejdżan wzmacnia swoją misję na Wschodzie i Zachodzie, pełniąc rolę pomostu między dwiema różnymi cywilizacjami. Idea ta znajduje dobre odzwierciedlenie w polityce zagranicznej państwa. Dziś Azerbejdżan jest pełnoprawnym członkiem tak prestiżowych organizacji jak ONZ, OBWE, Rada Europy, Organizacja Konferencji Islamskiej. Azerbejdżan z sukcesem kontynuuje proces integracji europejskiej w ramach współinicjowanego przez Polskę projektu „Partnerstwo Wschodnie” realizowanego przez Unię Europejską. Z racji tego, że atmosfera tolerancji w Azerbejdżanie jest zawsze na najwyższym poziomie, w kraju organizowane jest wiele międzynarodowych wydarzeń i konferencji naukowych poświęconych wielokulturowości, relacjom między narodami i religiami, dialogowi (VII Światowe Forum Sojuszu Cywilizacji ONZ, Światowe Forum Dialogu Międzykulturowego itp.).
Wielokulturowość, oprócz tego, że jest polityką państwa, przejawia się jako niezmienny sposób życia współczesnym społeczeństwa azerbejdżańskiego. Pozytywną tradycją staje się przedstawianie światu tolerancyjnej i wielokulturowej rzeczywistości Azerbejdżanu nie tylko oczami narodu azerbejdżańskiego, ale także oczami zagranicznych naukowców, wybitnych badaczy, polityków i studentów. W ramach projektu „Nauczanie przedmiotu wielokulturowości Azerbejdżanu za granicą i na uczelniach w kraju” wielokulturowość azerbejdżańską wykłada się obecnie na 13 prestiżowych uniwersytetach na całym świecie i w 28 uczelniach Azerbejdżan.
Zgodnie z powszechnym stereotypem w Polsce (i nie tylko) kobiety w krajach islamskich mają ograniczone prawa i są podporządkowane mężczyznom. Czy w Azerbejdżanie to już nie jest aktualne? A może tutaj też mamy do czynienia ze specyfiką kultury Pani narodu?
Mówiąc o pozycji kobiet we współczesnym społeczeństwie, należy zauważyć, że każdy kraj ma własną ścieżkę rozwoju, swoje specyficzne cechy w tym obszarze. Dziś słusznie jesteśmy dumni z pozycji kobiet w społeczeństwie Azerbejdżanu. Wysoki szacunek i troska o kobiety, będąc szlachetną i wysoką cechą narodu azerbejdżańskiego, od dawna stanowi podstawę naszych narodowych wartości mentalnych i religijnych. Naród azerbejdżański zawsze darzył kobiety wielkim szacunkiem, ich rolą w życiu publicznym, zajmowaną pozycją, utożsamiał kobietę pojęciami ojczyzny, matki, ziemi, języka, które uważa za święte. Wybitni przedstawiciele naszej literatury i kultury w swoich pracach chwalili odwagę, piękno i czystość moralną Azerbejdżanek.
Demokratyczna Republika Azerbejdżanu jako pierwsza demokratyczna republika na Wschodzie, przyznała kobietom prawo do głosowania i bycia wybranymi na mocy Deklaracji Niepodległości z 1918 r. Należy zauważyć, że Azerbejdżanki nabyły te prawa szybciej niż mieszkanki wielu krajów europejskich. Na początku XX wieku azerbejdżańskie kobiety, które miały dostęp do edukacji, osiągnęły równość gender nie tylko w szkolnictwie średnim, ale także wyższym. W historii Azerbejdżanu być może w porównaniu z innymi narodami było więcej kobiet-bohaterek, kobiet-władczyń, kobiet-dyplomatek. Ogólnie, patrząc zarówno na historię, jak i czasy współczesne Azerbejdżanu, możemy podać wiele przykładów: bohaterskie władczynie Tomris, Nuszaba, nasze pierwsze dyplomatki Sara Chatun, Despina Chatun, Tuti Bika, Mahsati Gandżavi, wyróżniająca się nie tylko dziełami, ale również swoją działalnością społeczno-polityczną, Churshudbanu Natavan, Aszig Pari, pierwsza kobieta pilot na Kaukazie, w Europie Południowej i na Bliskim Wschodzie podczas II wojny światowej Leyla Mammadbayova, jedna z dwóch kapitanów statków na świecie Szovkat Salimova, pierwsza męczeńska bohaterka narodowa Salatyn Askerova, Zarifa Aliyeva, pierwsza kobieta okulistka, wiceprezydent Azerbejdżanu Mehribana Aliyeva oraz inne.
Pragnę zauważyć, że pierwsza Konstytucja niepodległego Azerbejdżanu przyjęta w 1995 r, współpraca z organizacjami międzynarodowymi w tej sferze i przyjęte ustawy potwierdziły równouprawnienie kobiet i mężczyzn oraz stworzyły podstawy prawne do ich aktywnego udziału w procesie budowania demokratycznego stanu. Obecnie azerbejdżańskie kobiety są reprezentowane w różnych sferach, m.in. w rządzie, prawie i sądownictwie oraz biorą aktywny udział w życiu publicznym i politycznym kraju. Oprócz tego kobiety azerbejdżańskie wnoszą istotny wkład w tak ważną dziedzinę, jak ochrona wartości rodzinnych. Azerbejdżan, łączący wartości wschodnie i zachodnie, może więc być przykładem w dziedzinie gender.
Obecnie w Azerbejdżanie na 100 studentów przypada 47 kobiet i 53 mężczyzn. W Azerbejdżanie kobiety są również licznie reprezentowane w nauce. 56 proc. studentów przyjętych na studia doktoranckie to kobiety, a 58,1 proc. osób podejmujących karierę naukową to także kobiety. Kobiety stanowią 25 proc. wszystkich przedsiębiorców w Azerbejdżanie i jest to znacząca liczba, biorąc pod uwagę fakt, że sektor prywatny stanowi około 80 proc. PKB Azerbejdżanu. Azerbejdżanki również służą w wojsku, a około tysiąca kobiet pełni czynną służbę.
W 2000 r. liczba posłów płci żeńskiej wyniosła 4,3 proc. , a w 2020 r. aż 18,2 proc. . Po raz pierwszy w historii niepodległości naszego kraju przewodniczącą Milli Madżlis została wybrana kobieta. W 2004 r. kobiety stanowiły 4 proc. urzędów gmin, podczas gdy w 2019 r. (ostatnie wybory samorządowe) udział kobiet wybranych do gmin wyniósł 39 proc. .
Dziś kobiety azerbejdżańskie łączą w sobie tradycje, innowacje, intelekt i aktywność społeczną. Kobiety są nie tylko obrońcami duchowych i kulturowych tradycji naszego narodu, ale także biorą czynny udział w rozwoju niepodległego państwa azerbejdżańskiego, odgrywając ważną rolę we wszystkich zawodach i dziedzinach. Jako pierwsza ambasadorka (czy kobieta ambasador) Azerbejdżanu w Polsce mam również zaszczyt przyczynić się do tego partnerstwa, które ma głębokie korzenie historyczne między naszymi krajami.

Gra w zamykanego

Ta gra dotyczy nie tylko placówek kultury: kin, teatrów, muzeów, filharmonii. Ale właściwie prawie wszystkiego, co żywe i próbuje działać mimo pandemii.

Trudno tu wskazywać winnego, choć powtarzające się zarzuty o panujący chaos w decyzjach władz, podejmowanych pod naciskiem chwili i nerwowo, powinny rządzącym dać do myślenia. Tak czy owak, zostawiwszy na boku „wieczne pretensje”, jakie zawsze w takich sytuacjach się wzmagają, pora postawić pytanie:
jak przetrwać w czasie trudnym
żeby nie zwariować? Czy naprawdę jedyną metodą uniknięcia najgorszego, czyli szalejącej fazy pandemii, jest zamknięcie. Zwłaszcza że mądrzy ludzie przestrzegają, że stan pandemii może jeszcze potrwać rok albo i dwa.
Dotychczasowe doświadczenia naszych wielkich i małych (regionalnych) lockdownów niekoniecznie potwierdzają zbawienny wpływ izolacji na przebieg pandemii. Owszem, dystans społeczny, zachowanie zasad zachowania (maseczki noszone jak należy), to na pewno pomaga. Ale czy nie można znaleźć takiego sposobu funkcjonowania – myślę tu o całej sferze kultury i wspólnotowego przeżywania sztuki – który dawałby poczucie bezpieczeństwa nie mniejsze niż w sklepie czy środkach transportu, a jednocześnie przeciwdziałałby bolesnemu poczuciu społecznej izolacji.
Niedawno Prezes Polskiej Akademii Nauk profesor Jerzy Duszyński zasugerował, że pora najwyższa opracować takie zasady działania hoteli, restauracji, kawiarni, transportu miejskiego i placówek kultury, które mogłyby działać w warunkach pandemii dając przynajmniej częściowe poczucie życia społecznego, a jednocześnie zapewniając optymalne warunki bezpieczeństwa.
Tymczasem Instytut Teatralny im, Zbigniewa Raszewskiego publikuje kolejne części
raportu z pola walki
opracowanego na podstawie badań ankietowych i indywidualnych rozmów z twórcami kultury o sposobach działania, przetrwania w trakcie pandemii. To bardzo ciekawy materiał, dający do myślenia i potwierdzający, że artyści, organizatorzy życia kulturalnego nie ustają w poszukiwaniu sposobów zachowania ciągłości istnienia instytucji artystycznych, choć nie zawsze to okazuje się możliwe.
Publikacja raportu jeszcze trwa, towarzyszą jej debaty poświęcone (dostępne online) poszczególnym częściom tego wielkiego badania, za wcześnie więc na ich podsumowanie. Zanim przyjdzie na to pora, warto jednak zacytować fragment podsumowujący pierwszą część raportu „W poszukiwaniu strategii. działania instytucji teatralnych w czasie pandemii” autorstwa Marka Krajewskiego i Macieja Frąckowiaka (przy współpracy Kamila Pietrowiaka, Waldemara Rapiora i Janiny Zakrzewskiej):
„Tym, co uderzało nas w trakcie wywiadów prowadzonych z dyrektorami i dyrektorkami teatrów, było niezwykle głębokie urefleksyjnienie kryzysu spowodowanego przez pandemię w tego typu instytucjach. Ta refleksyjność nie musi być oczywiście traktowana jako coś zaskakującego – jak się wydaje, sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy, była rodzajem awarii systemu, zawieszenia oczywistości świata, wytrącenia z rutyn i przyzwyczajeń, a to właśnie w takich momentach zaczynamy się zastanawiać nad rzeczywistością, sposobem jej funkcjonowania, na relacjami, które łączą nas z innymi. Wiele wypowiedzi naszych respondentów wskazuje jednak na to, że są oni ogromnie zaangażowani w ratowanie swoich instytucji i zespołów, że ostatnie miesiące to dla nich okres niezwykle trudny, bo nie tylko związany z niepewnością co do przyszłości, ale też z nieustannym trudem podejmowania kluczowych decyzji, za które odpowiada się jednoosobowo”.
Trudno o bardziej
krzepiące wnioski,
trudno o lepsze sposoby naprawy sytuacji od tych, które rodzą się z doświadczeń i możliwości twórczych tych, którzy przewodzą placówkom kultury – w tym przypadku teatrom. Podobne wrażenie odnosiłem wiosną ubiegłego roku, kiedy w okresie pierwszego lockdownu zwróciłem się do dyrektorów teatrów warszawskich z pytaniami o kondycję ich zespołów, a m.in. o sytuację, jaką wywołała pandemia. Pierwsze odpowiedzi sprzed roku okazały się tak naprawdę najlepszymi receptami na dolegliwości czasu zamknięcia.
Adam Sajnuk,
dyrektor artystyczny offowego Teatru WARSawy opowiadał się przeciw teatrowi on line: „teatry to grupa, która nigdy nie jest uprzywilejowana, bo to była pierwsza grupa dotknięta zakazem działania i ostatnia, którą uwolniono – i tak się dzieje zawsze, przy wszelkich innych zakazach. Jesteśmy zwyczajnie traktowani nierówno, a teatr jest przecież miejscem refleksyjnym, to też rodzaj świątyni. Teatry zamknięto w pierwszym rozdaniu i otwarto w ostatnim rozdaniu. Tak jakby tam właśnie najwięcej było zagrożenia… Zapomina się o tym, że jest widz i że ludzie potrzebują teatru. Głęboko w to wierzę i ciekawy jestem jaki to będzie mieć skutek: czy widzowie wrócą, czy zapomną – tutaj mówię głównie o teatromanach, nie o nowej publiczności. To na pewno duża grupa, która chodziła do teatru – sam zadaję sobie pytanie: czy ludzie wrócą do teatru, czy przerzucą się do sieci. Mam nadzieję, że online nie zabierze nam żywego widza. Jestem przeciwnikiem teatru online, bo teatr z natury rzeczy powinien być blisko widza: by czuł – to jest fenomen teatru i to różni żywy teatr od kina i teatru tv”.
Drogę środka proponowała wybrać dyrektorka Teatru Żydowskiego Gołda Tencer: „Od razu, kiedy zamknięto instytucje kultury postanowiłam, że będziemy grali w sieci – i to nie sporadycznie, ale że zaproponujemy widzom stały repertuar. Daliśmy w tym czasie ponad 50 wydarzeń, w stałe dni tygodnia. Spektakle archiwalne, czytania poezji, spotkania z piosenką żydowską, czytania performatywne sztuk, repertuar dla dzieci, filmy związane z Teatrem Żydowskim, koncert poezji Wisławy Szymborskiej, z jej udziałem nagrany tuż po otrzymaniu przez nią nagrody Nobla. Pracujemy na pełnych obrotach, angażując aktorów, technikę, administrację. W rocznicę wybuchu Powstania w Getcie Warszawskim nadawaliśmy program przez wiele godzin, od południa do późnego wieczora, jak telewizja, nie tylko transmisję spod Pomnika Bohaterów Getta, ale też wypowiedzi ważnych osobistości, a przede wszystkim relacje Ocalonych. Przez cały dzień obserwowałam zainteresowanie, żywe, wzruszające komentarze. To było wszystkim potrzebne – widzom, nam, i pamięci tych, którzy 19 kwietnia rozpoczęli Powstanie. W każdych warunkach walczymy o naszą obecność, o przetrwanie, spotykamy się z widzami. Teatr musi grać. Ale to pokazało też, że być może teatr w jakimś stopniu pozostanie w sieci. Dlatego zaczęliśmy próby do spektaklu online „Nie ma” Mariusza Szczygła w adaptacji i reżyserii Agnieszki Lipiec-Wróblewskie”.
Dodam tylko, że do realizacji „Nie ma” doszło i powstał jeden z najlepszych spektakli on line, konstruowany z myślą o życiu w sieci.
Paweł Sztarbowski,
dyrektor artystyczny Teatru Powszechnego projektował działania wyprzedzające: „Obecna sytuacja jest bardzo trudna dla wszystkich ludzi teatru, bo straciliśmy to, co w teatrze najważniejsze – możliwość zgromadzeń, a tym samym żywego i bezpośredniego kontaktu z widownią. Tej energii nie da się niczym zastąpić. Jednocześnie staramy się podtrzymywać kontakt z naszymi widzami poprzez działania realizowane w ramach projektu „Teatr minimum. Powszechny online”, które cieszą się dużym zainteresowaniem i dzięki nim możemy dotrzeć do widzów spoza Warszawy. Jeśli zaś chodzi o plany, to pandemia zastała nas w trakcie pisania projektu pod nazwą „Ekologiczny teatr przyszłości”. Już wcześniej zajmowaliśmy się tematem katastrofy ekologicznej, najsilniej chyba w spektaklu Jak ocalić świat na małej scenie? Obecnie wydaje nam się to kluczowy temat dla zrozumienia tego, co czeka nasz świat. W teatrze jesteśmy przyzwyczajeni do tego, by zajmować się światem społecznym, ludzkim. A obecna sytuacja kryzysu klimatycznego czy epidemiologicznego pokazuje, że należy rozszerzyć tę ramę społeczną, bo ona jest zbyt wąska, by odnaleźć sensowne rozwiązania. Wymaga to zmiany naszych przyzwyczajeń, być może przesterowania naszego dotychczasowego wyobrażenia teatru. Amerykańska badaczka, Una Chaudhuri, stworzyła pojęcie „piątej ściany teatru”, myśląc o patrzeniu w górę, w niebo i szukaniu widoku poza światem społecznym. Mówiliśmy już, że w Teatrze Powszechnym często w ostatnim czasie przekraczaliśmy czwartą ścianę teatru. Czas zatem na przekroczenie jego piątej ściany”.
Słuchajmy artystów. Lepiej niż urzędnicy odnajdują ścieżki wyjścia.

Dwaj mistrzowie

Finiszujący w ostatnich dniach ubiegłego roku festiwal filmów rosyjskich „Sputnik nad Polską” (już czternasty!) zakończył się spektakularnym triumfem dwóch uznanych mistrzów tej kinematografii – Andrieja Konczałowskiego i Andrieja Smirnowa. Pośród szeregu pokazanych podczas festiwalu wyróżniających się najnowszych rosyjskich produkcji Grand Prix przypadł filmowi „Drodzy towarzysze!” Konczałowskiego, po drugą zaś nagrodę sięgnął „Francuz” Smirnowa. A sam ostatni „Sputnik” – co koniecznie trzeba tu dodać – okazał się, jak zresztą wszystkie poprzednie, bardzo interesujący, a także niezwykle sprawnie w niecodziennych warunkach on line zorganizowany; ekipie Małgorzaty Szlagowskiej-Skulskiej znów należą się brawa.

Andriej Konczałowski (dawniej piszący się Michałkow-Konczałowski, jak wiadomo – syn poety i dramatopisarza Siergieja Michałkowa i pisarki i tłumaczki Natalii Konczałowskiej oraz starszy brat aktora i reżysera Nikity Michałkowa), filmowiec o bardzo obfitym, przy tym i tematycznie, i stylistycznie nader zróżnicowanym dorobku, laury za swe filmy zbiera już od ponad półwiecza, od dłuższego też już czasu cieszy się statusem żywego klasyka. Mnie po raz pierwszy urzekł jeszcze w połowie lat siedemdziesiątych – swą wtedy właśnie ukończoną „Romancą o zakochanych”, pięknie poetyzującą i patetyzującą sprawy najprostsze i najpowszedniejsze, a przecież dla ludzkiej egzystencji fundamentalne, do tego fascynującą swą odwagą i odkrywczością formalną, z nieledwie operową konwencją włącznie (Innokientij Smoktunowski w roli Trębacza!). Już po obejrzeniu „Romancy” poznawałem wcześniejsze filmy reżysera: powstały w 1965 roku jego błyskotliwy, stylizowany na radzieckie kino lat dwudziestych debiutancki obraz o porewolucyjnej walce nowego ze starym w kirgiskim aule – „ Pierwszego nauczyciela” według Czyngisa Ajtmatowa (cóż to był za świetny pisarz!) czy też nakręcone w 1969 roku „Szlacheckie gniazdo” według Turgieniewa, zniewalającą swą wizualną urodą nostalgiczną pieśń o dziewiętnastowiecznej Rosji, rzecz, w której wprawdzie zostało niewiele z dylematów rosyjskiego „zbędnego człowieka”, ale dostatecznie dużo o odrodzeniu przez cierpienie; ulubionej wtedy aktorce Konczałowskiego – Irinie Kupczenko, która grała Lizę, jako zjawiskowa Warwara Pawłowna partnerowała Beata Tyszkiewicz. Zaraz po „Szlacheckim gnieździe” pojawiła się, też szeroko komentowana i dyskutowana, kolejna ekranizacja rosyjskiej klasyki – Czechowowskiego „Wujaszka Wani” (1970); z kolei po „Romancy” Konczałowski wystąpił z epopeją „Syberiada” (1979), filmem-rzeką o dwudziestowiecznych dziejach dwóch syberyjskich rodów, w burzliwych czasach wielkich przemian to dzielonych wzajemną nienawiścią, to łączonych miłością. Nie zawsze jednak los mościł Konczałowskiemu drogę samymi różami: rozdygotany, niewesoły portret rosyjskiej wsi – „Historię Asi Klaczinej, która kochała, ale za mąż nie wyszła” (1967) skierowano na ponad dwie dekady na półki i przez ten czas skrupulatnie pomijano w biogramach reżysera. W końcu lat siedemdziesiątych Konczałowski wyjechał na dłuższy czas do Stanów Zjednoczonych, gdzie nakręcił sześć kolejnych filmów; choć zauważone tak w Stanach, jak i w Europie, olśniewających sukcesów artystycznych ani komercyjnych swemu twórcy nie przyniosły.
A w ciągu ostatniej dekady urodzony w 1937 roku Konczałowski przeżywa jakby drugą triumfalną młodość – każdy z wychodzących regularnie co dwa laty na ekrany jego nowych filmów staje się wydarzeniem. Niemal każdy też zdobywa nagrody na festiwalu w Wenecji, czym jakby domyka krąg jego filmowej drogi – bo przecież przed debiutanckim w pełnym metrażu „Pierwszym nauczycielem” była jeszcze krótkometrażówka „Chłopiec i gołąb” (1962), która przyniosła mu weneckiego Brązowego Lwa. Nakręcone w 2014 roku „Białe noce listonosza Aleksieja Triapicyna” – to liryczna opowieść o mieszkańcach rozrzuconej wśród jezior osady na rosyjskiej Północy. Bohaterką moralitetowego „Raju” (2016) jest paryżanka, rosyjska arystokratka, w czasie wojny zesłana przez hitlerowców do obozu za ukrywanie dwóch żydowskich chłopców; choć za sprawą od lat zakochanego w niej niemieckiego oficera może ocalić życie, dobrowolnie idzie do gazu w miejsce Żydówki, która podejmie się wychowania tych dzieci; tytułowy raj – to kraina nadludzi, o której marzy ów Niemiec, ale też wrota, w które wstępuje idąca na śmierć Rosjanka; metaforą piekła staje się obóz, w którym Żydówka recytuje w języku Dantego jego słynne strofy „Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją”. Dante pojawi się też w finałowej wizji bohatera „Grzechu” (2018), wielkiego Michała Anioła ze szczytowych lat jego aktywności, wciąż owładniętego szaleńczą pasją tworzenia, a przy tym szamoczącego się między sprzecznymi żądaniami potężnych mecenasów i miotającego się w poszukiwaniach, nie zawsze najszlachetniejszymi sposobami, środków na opiekę nad rodziną i pomocnikami – „boskiego” (bo wszyscy już go tak mianują) artystę uspokojeniem obdaruje dopiero spotkanie z duchem autora „Boskiej komedii”.

Dla młodszego od Konczałowskiego o cztery lata, skądinąd też wychowanka Michaiła Romma, aktora i reżysera Andrieja Smirnowa prawdziwym entrée w wielkie kino stał się „Dworzec Białoruski” (1970) – opowieść o czwórce frontowych druhów, teraz spotykających się na pogrzebie jednego z oficerów ich batalionu, które to spotkanie nieoczekiwanie przeradza się w swoisty sprawdzian ich dzisiejszych postaw i ideałów. Konstantin Simonow pisał, że film „odsłonił moralną siłę frontowego braterstwa i, co szczególnie ważne, pokazał tę siłę nie jako coś, co pozostało w dalekiej przeszłości, lecz jako wartość posiadającą wpływ na sprawy i czyny współczesne”; po latach wspominano, że obraz młodego reżysera „od razu stał się częścią narodowej świadomości tak, jakby istniał tam od zawsze, jak drzewo na polu”. Ale jednocześnie raz po raz i Smirnowowi piętrzyły się kłopoty: nakręconej cztery lata później „Jesieni”, kameralnej historii miłości dwojga trzydziestolatków, zarzucono zredukowanie osobowości bohaterów wyłącznie do sfery erotyki i przyznano bardzo niską kategorię dystrybucyjną; filmu najpewniej wówczas w ogóle nie udałoby mi się zobaczyć, gdyby nie zamknięty pokaz dla doktorantów z bratnich krajów socjalistycznych, zorganizowany aż w Taszkencie. Od lat osiemdziesiątych Smirnow kręcenia filmów zaprzestał, choć wciąż był czynny (i niejeden raz nagradzany) jako aktor, na przykład odtwórca głównej roli męskiej w „Elenie” Andrieja Zwiagincewa; odrodził się jako reżyser dopiero po trzydziestu latach – głośnym obrazem „Żyła sobie baba” (2011), inspirowanej prozą Bunina panoramie ponurych dziejów rosyjskiej wsi w początkowych dziesięcioleciach dwudziestego wieku, ukazanych przez pryzmat wstrząsającego losu młodej chłopki – cierpiącej biedę, poniewieranej, bitej, przecież heroicznie próbującej w tym infernalnym otoczeniu uchronić życie, wychować potomstwo, zbudować choćby na chwilę namiastkę szczęścia…

Na „Sputniku” Konczałowski i Smirnow spotkali się w epoce Chruszczowa. Francuzem z filmu Smirnowa jest młody francuski komunista, syn uciekinierki z ZSRR, podczas chruszczowowskiej odwilży (jest rok 1957) przyjeżdżający jako stypendysta do Moskwy, by kontynuować badania dziejów rosyjskiego baletu, przede wszystkim jednak podjąć próbę odnalezienia swego ojca, hrabiego Tatiszczewa, carskiego oficera, w 1937 roku osadzonego w łagrze, z którego udało mu się zbiec. Wraz z owym młodym Francuzem doświadczamy zarówno życia rosyjskiej bohemy w odwilżowej, choć nadal mocno kontrolowanej stolicy, jak
i wstrząsającej rzeczywistości prowincjonalnego Peresławia, gdzie dożywa swych dni obdarzony wybitnym talentem matematycznym, a teraz pracujący jako nocny stróż i wegetujący w krzyczącej biedzie Tatiszczew. Akcja „Drogich towarzyszy”, też jak „Francuz” czarno-białych, toczy się pięć lat później i koncentruje się na wydarzeniach w Nowoczerkasku – robotniczym strajku, który wybuchł tam latem 1962 roku w odpowiedzi na podwyżkę cen i równoczesne podniesienie norm produkcyjnych w miejscowej fabryce; podczas tłumienia robotniczych wystąpień zginęło dwadzieścia kilka osób, a potem w czasie procesów jeszcze siedem otrzymało wyroki śmierci (choć np. wydana u nas przez Ossolineum „Historia ZSRR” Davida Marplesa podaje wziętą z powietrza apokaliptyczną liczbę 7 tysięcy straconych, co polski edytor musi w przypisie stanowczo prostować). Film Konczałowskiego umiejętnie splata suchy paradokumentalizm z przejmującym wątkiem fabularnym, którego główną postacią jest Ludmiła Siomina, kierowniczka wydziału w miejskim komitecie partii, zarazem kochanka pierwszego sekretarza tego komitetu, zagorzała stalinistka i zwolenniczka radykalnych kroków wobec strajkujących; gdy w czasie zajść znika jej niepokorna córka, Siomina po bezskutecznych dramatycznych poszukiwaniach, już przekonana o śmierci dziewczyny, w końcu znajduje ją całą i zdrową, choć ukrywającą się przed milicją; przytula ją ze słowami jak z Czechowa; „będzie lepiej”, „będziemy lepsi”… Tę główną rolę w „Towarzyszach” gra obecna małżonka i muza reżysera, zresztą pochodząca z Nowoczerkaska aktorka Julia Wysocka, przedtem też główna bohaterka „Raju”, a w „Grzechu” ukazująca się na moment w pałacu Medyceuszy Leonardowa dama z gronostajem.

Jak Michałkow-Konczałowski, także Smirnow może się szczycić przynależnością do znanej artystycznej dynastii; jego ojciec, Siergiej Smirnow, był pisarzem, córka zaś, Awdotia Smirnowa, od lat już z powodzeniem stąpa śladami ojca jako reżyserka (na „Sputnikach” gościły jej filmy „Dwa dni” i „Kokoko”). A dynastia Michałkowów-Konczałowskich ma już dziś w Moskwie cały kwartał: na rogu Powarskiej i Pierścienia Sadowego na fasadzie położonej naprzeciw słynnego Domu Pisarzy kamienicy, gdzie mieszkali Natalia i Siergiej, wisi poświęcona Natalii tablica pamiątkowa (zmarła w 1988 roku, jako ówczesny pracownik polskiej ambasady uczestniczyłem w jej pożegnaniu w moskiewskim monasterze Daniłowskim), uwieczniony w brązie Siergiej zasiada na ławeczce na sąsiadującym z tą kamienicą skwerze, a parędziesiąt metrów dalej na innej kamienicy kolejna tablica upamiętnia ojca Natalii, a dziada Andrieja – wielkiego malarza Piotra Konczałowskiego. Tymczasem „Drodzy towarzysze”, podobnie jak niedawno „Raj”, w walce o Oskara są już na „krótkiej liście”…

Kultura, głupcy – bo ona obumiera

Czy zauważyliście, że przygnieceni epidemią w realu i zalewani codziennie lawiną informacji oraz pseudoinformacji (także statystycznych) o jej przebiegu (już od samego nadmiaru ich codziennej dawki można się rozchorować), że epatowani gąszczem doniesień o problemach rozmaitych grup społecznych i zawodowych, emerytów, medyków, restauratorów, właścicieli klubów fitness, stoków narciarskich, nauczycieli itd., pouczani o potrzebie „noszenia maseczek, dystansie i dezynfekcji rąk”, zamęczani niemal codziennymi „konferencjami prasowymi” oficjeli rządowych etc. o perturbacjach (może trafniejsze byłoby słowo „blamaż”) z przebiegiem szczepień, prawie – podkreślam słowo „prawie” – niemal w ogóle nie słyszymy o kulturze, rozumianej zarówno jako kompleks instytucji zajmujących się jej upowszechnianiem i sprzedażą, jak i jako twórczość artystyczna czy kondycja duchowa zbiorowości?

Czy zauważyliście, że przygnieceni epidemią w realu i zalewani codziennie lawiną informacji oraz pseudoinformacji (także statystycznych) o jej przebiegu (już od samego nadmiaru ich codziennej dawki można się rozchorować), że epatowani gąszczem doniesień o problemach rozmaitych grup społecznych i zawodowych, emerytów, medyków, restauratorów, właścicieli klubów fitness, stoków narciarskich, nauczycieli itd., pouczani o potrzebie „noszenia maseczek, dystansie i dezynfekcji rąk”, zamęczani niemal codziennymi „konferencjami prasowymi” oficjeli rządowych etc. o perturbacjach (może trafniejsze byłoby słowo „blamaż”) z przebiegiem szczepień, prawie – podkreślam słowo „prawie” – niemal w ogóle nie słyszymy o kulturze, rozumianej zarówno jako kompleks instytucji zajmujących się jej upowszechnianiem i sprzedażą, jak i jako twórczość artystyczna czy kondycja duchowa zbiorowości? Czy zauważyliście, że jest ona – kultura – traktowana tak, jakby była sferą drugorzędną, nawet trzeciorzędną, marginalną? I że powiedzieć, że jest ona traktowana przez władzę po macoszemu, jak „hetka-pętelka” to nic nie powiedzieć? Czy słyszeliście o jakiejś „tarczy” finansowej dla kultury? A jeśli nawet, czy słyszeliście ze strony oficjeli władzy choć jedno publiczne odniesienie się do problemów „kultury”? Jeśli już, to po stronie władzy sytuuje się ono w kontekście jej wrogim, nieprzyjaznym, budzącym skojarzenie z groźną frazą o „odbezpieczaniu rewolweru” na dźwięk słowa „kultura”. I że trafniejsze byłyby tu słowa – dyskryminacja i pogarda? Swoją drogą – czy nie jest tak, że władzy PiS kultura nie tylko nie jest potrzebna (poza kulturą n a r o d o w ą w stylu IPN), ale jest przeszkodą i może bardzo było by jej na rękę takie jej przetrzebienie, by w końcu przestała przeszkadzać w tworzeniu „nowego, pisowskiego człowieka”? Niedługo upłynie rok od momentu zamknięcia, z powodów epidemicznych, teatrów, kin, sal koncertowych czy galerii sztuki. Po stronie władzy postulaty czy sugestie odnoszące się do ich otwarcia nie pojawiają się w ogóle, ze strony świata kultury presja jest bardzo słaba, co może wskazywać na poczucie braku siły przebicia po tej stronie, braku szans na skuteczne konkurowanie z silniejszymi branżami oraz poczucie bezsilności i rezygnacji. A przecież teatr czy kino funkcjonujące przy zastosowaniu niezbędnych rygorów sanitarnych nie stworzyłyby większego zagrożenia epidemicznego niż kościoły, które od początku epidemii są otwarte przy minimalnych ograniczeniach. Pytań jest wiele, a w tym takie oto, zasadnicze: Czy publiczność, odbiorcy kultury, nawet jeśli wrócą do starych okoliczności „sprzed pandemii”, wrócą dokładnie do tego, co było kiedyś? I czy wrócą te dawne uwarunkowania w skali większej niż tylko w wymiarze czysto ekonomicznym, czyli jako zysk z opłat za bilety? A może ta publiczność się zmniejszy, co pogłębi obecnie już zauważalny proces obumierania kultury? Czy problemy podejmowane przez wielkich autorów klasycznych czy współczesnych będą ważne dla widowni teatralnej sprzed epidemii i dla twórców? Czy cień pandemii odciśnie się na percepcji problemów uosabianych przez klasyków tragedii antycznej, Szekspira czy Dürrenmatta a także na problematyce dramaturgii współczesnej? Czy oglądając realizacje sceniczne (klasyczne czy współczesne), nie będą mieli poczucia, że stykają się z problemami zaprzeszłymi, że doświadczenie pandemii już na trwałe zmieni kształt i charakter problemów egzystencjalnych, że na trwałe zdezaktualizuje wiele fundamentalnych kwestii, a więc także kształt jej artystycznej ekspresji? Czy twórcy, doświadczeni pandemią, będą jeszcze stawiali pytania starym klasykom? A może „nowy świat” będzie trzeba mierzyć innymi miarami? Dodam, że te same pytania, choć w innych proporcjach, dotyczą widowni kinowej. Można, owszem, oglądać kino w internecie, choć czy to będzie jeszcze dawne kino? Jednak już teatr bez żywej publiczności zwyczajnie teatrem nie będzie. Rzecz jasna, literatura jako sztuka tworzona kameralnie, bez bezpośrednio spozycjonowanej publiczności czy muzyka, malarstwo i rzeźba jako sztuki asemantyczne, rządzą się innymi prawami, mniej niż teatr i kino podlegają regułom zbiorowej percepcji. Jednak i te dyscypliny nie będą wolne od poważnych dylematów, co do dalszej egzystencji, „po pandemii”.
Nie chcę mnożyć wariantów rozmaitych przebiegów zdarzeń, rozbierać ich na czynniki pierwsze, formułować sztywnych formuł. Nie mam danych naukowych, więc posługuję się tylko własną obserwacją i intuicją, a swoje uwagi zaserwowałem wybiórczo i nieco chaotycznie, bo przecież żyjemy w chaosie. Jedno jest pewne – twórcy kultury (a co za tym idzie i kultura jako taka) już doznali kolosalnych strat materialnych (strata dochodów ze sprzedaży biletów), a także duchowych, rozprzężenia, rozregulowania, „zamartwicy” pracy twórczej. Natomiast po stronie odbiorców kultury, publiczności, tych którzy materialnie „zaoszczędzili na wydatkach na kulturę”, już są ogromne straty duchowe, a w kolejnych rocznikach odbiorców będą jeszcze bardziej dotkliwe. Od przeszło roku nie mogą wybrać się do teatru czy kina, choć akurat kościoły są otwarte. To rozbiło stary paradygmat relacji i osmozy między twórcami a odbiorcami kultury. Nie będę udawał, że znam odpowiedzi na pytania, jakie zadane zostały w tym tekście, nie zamierzam się mądrzyć „po próżnicy” – po prostu je stawiam. Może będzie tak, że stara, rytualna widownia wróci do starych obyczajów i będzie zapełniać teatralne wieczory i „kawowe” antrakty, a może – przeciwnie – na dłuższą metę stara publiczność teatralna się wykruszy, a nowa nie zapełni teatralnych foteli w dawnym stopniu? A nawet jeśli zapełni, to będzie to już może zupełnie inna widownia? Można to już było zresztą zobaczyć podczas niedawnej uroczystości wręczenia dorocznych „Paszportów „Polityki”. Odbyła się ona on-line, bez udziału publiczności, co we mnie wywołało uczucie smutku, a oferta ze strony młodego pokolenia twórców nagrodzonych w różnych dziedzinach działalności artystycznej pokazuje, jak bardzo już zmienił się paradygmat kultury i jak bardzo różni się ona od tego, do którego byliśmy przez dziesięciolecia przyzwyczajeni. Pytań i wątpliwości jest bardzo wiele, odpowiedzi jeszcze brak.
Wiem tylko, że np. twórcy najstarszych generacji aktorstwa polskiego stracili już szansę na spokojne doczekanie twórczego dopełnienia swojego kresu i ich „wyautowanie” dokona się(już się dokonało)w trybie przyśpieszonym, w trybie stanu wyjątkowego.
Jakkolwiek jest i jakkolwiek będzie, stara kultura artystyczna, w tym teatralna, jest u swego kresu i warto zacząć kultywować ją jako składnik tradycji. Dwie wielkie wojny światowej XX wieku radykalnie ją zmieniły i chyba tak będzie i tym razem, bo ta pandemia ma wiele ze stanu wojny. Zatem to ostatni moment na taki zapis, bo – jak powiedział filozof Pedro Velasquez z „Rękopis znalezionego w Saragossie” Jana Potockiego/Wojciecha Jerzego Hasa – „niedługo wszyscy zaśniemy pośród niekończonej nocy”.
Dlatego jako kontynuację „Kapsułek pamięci” (poprzednie dotyczyły polityków) proponuję Państwu moje wspomnienia ze spotkań, z wywiadów z artystami, aktorami, reżyserami, pisarzami, poetami, rzadziej plastykami czy muzykami. Zacznę od aktorów „starej gildii”, środowiska niezwykle barwnego, zasłużonego dla kultury, środowiska, które właśnie – przez pandemię, ale także z przyczyn metrykalnych – w przyspieszonym tempie przechodzi do historii. W takich „kapsułkowych” portrecikach najważniejszy jest aspekt subiektywnego, osobistego spojrzenia na rozmówcę, bo przecież powielanie suchych danych z Wikipedii i tym podobnych źródeł nie ma sensu. Zastanawiałem się w jakim porządku prezentować poszczególne sylwetki. Od razu odrzuciłem porządek alfabetyczny, bo jego czysto formalny charakter ma sens jedynie w edycjach o charakterze encyklopedycznym czy słownikowym. Rozważałem też zastosowanie chronologicznego porządku przeprowadzania kolejnych rozmów. Jednak po ponad dwudziestu latach jakie upłynęły od pierwszej rozmowy było to trudne, ale i też niecelowe. Postanowiłem więc zdać się na spontaniczny nieporządek, na żywioł pamięci, jak na subiektywne wspomnienia przystało.
Na początek, jako przedsmak, w trybie zajawki, próbki na poczet przyszłego cyklu, fragment jednej z „kapsułek pamięci” o jednym z moich licznych spotkań, licznych rozmów z postaciami z tego środowiska.
Nina Andrycz (1912-2014)
Nieżyjąca już, wielka, wytworna, królewska, także w obejściu, dama polskiego aktorstwa, no i kobieta piękna jakby „staromodną urodą”. Na spotkanie, o które ją poprosiłem, a było to późną jesienią 2002 roku, zaprosiła mnie do swojego mieszkania przy Alejach Jerozolimskich, pełnego starych mebli, obrazów, pamiątek. Na stylowej komodzie zauważyłem oprawną w ramkę fotografię niegdysiejszego męża pani Andrycz, Józefa Cyrankiewicza, wieloletniego PRL-owskiego premiera. Pani Nina była znana jako osoba bardzo energiczna, a nawet władcza. Od samego początku nadała ton naszej rozmowie i rozwinęła swoją własną narrację, moje pytania traktując jedynie jako luźny pretekst. Bardzo wiele opowiedziała mi o swoim życiu aktorskim, rozpoczynając od przedwojennego jeszcze debiutu teatralnego i kontaktach z wielkimi sceny tamtych czasów. Dla dziennikarza taka formuła ma czasem tę dobrą stronę, że działa jak „samograj”, wystarczy nagrany materiał tylko uporządkować, nie trzeba się wysilać, aby wyciągnąć od rozmówcy to, co nas interesuje (a takie sytuacje się zdarzają). Kiedy kilka dni później ponownie pojawiłem się u mojej rozmówczyni, pokierowała autoryzacją w sposób dynamiczny, niemal wojskowy, w pełni dyrygując nanoszonymi przeze mnie korektami i uzupełnieniami, co sprawiło, że była to jedna z najszybszych i najsprawniej przeprowadzonych autoryzacji. Poza tym zwracała się do mnie per „dziecko”, co na mnie, już wtedy czterdziestolatka plus oddziałało mocno odmładzająco. Nasze dwa spotkania pozostały pani Andrycz chyba w pamięci, bo poświęciła mu wzmiankę w jednej (a może nawet obu ) swoich książkach wspomnieniowych.

O pamięć o Norwidzie

Dwadzieścia lat temu, jesienią 2000 roku, wobec zbliżającej się 180. rocznicy urodzin Cypriana Norwida i 100. rocznicy wskrzeszenia obecności poety w polskiej kulturze (pierwszy numer „Chimery” Zenona Przesmyckiego) wystąpiłem na łamach „Trybuny” z inicjatywą ogłoszenia roku 2001 Rokiem Norwidowskim.

Wnet też wraz z wybitnym scenografem, a podówczas także znakomitym szefem wydziału kultury w samorządzie Mazowsza – Mariuszem Chwedczukiem oraz prężną animatorką kultury Ewą Czeszejko-Sochacką utworzyliśmy we trójkę Komitet Inicjatywny Obchodów Roku Norwidowskiego, nad którymi to obchodami szybko zgodził się objąć patronat zawsze podobnym sprawom życzliwy Prezydent Aleksander Kwaśniewski. Nie odmówił też nam swego cennego wsparcia „Naczelny Powiernik Spraw Norwidowskich” (określenie Stanisława Pigonia), czyli bardzo już wówczas sędziwy Juliusz Wiktor Gomulicki.
Rocznicowe inicjatywy, zwłaszcza w rodzinnych stronach poety – na Mazowszu, którego sejmik, kierowany przez Włodzimierza Nieporęta, przyjął stosowną uchwałę, posypały się jak z rogu obfitości. Biblioteka Narodowa pod wodzą swego dyrektora Michała Jagiełły błyskawicznie zorganizowała specjalną trzydniową wystawę autografów, rysunków i grafik Norwida, na której „nastrój panował taki, jak na pierwszej ekspozycji powojennej w Muzeum Narodowym w 1946 r., o której Jan Cybis mówił, że oglądano ją w ogromnym skupieniu i mówiono tylko szeptem”; zaraz potem oryginalne i okazałe Norwidowskie ekspozycje przygotowali Janusz Pulnar w kierowanym przez siebie Muzeum im. Malczewskiego w Radomiu oraz ekipa warszawskiego Muzeum Literatury im. Mickiewicza, gdzie osobistą pieczę nad licznymi rocznicowymi przedsięwzięciami wzięli na swe barki dyrektorzy Janusz Odrowąż-Pieniążek i Elżbieta Banko-Sitek.
Wielce radował gremialny i bardzo twórczy (warsztaty, konkursy recytatorskie i plastyczne, publikacje) udział młodzieży, mądrze inspirowany i koordynowany przez pedagogów stołecznego XXIV Liceum Ogólnokształcącego im. Norwida, Marię Rybińską i Ewę Sołtan, które to liceum stało się też gospodarzem I Ogólnopolskiego Zlotu Szkół Imienia Norwida. Edward Pałłasz i Krzysztof Knittel skomponowali cykle pieśni do wierszy Norwida, których prawykonanie odbyło się w Zamku Królewskim; warszawski Teatr Polski dał premierę „Nocy tysiącznej drugiej” i „Miłości-czystej u kąpieli morskich” w reżyserii Tadeusza Bradeckiego; specjalne Norwidowskie numery przygotowały „Twórczość”, „Poezja Dzisiaj”, „Przegląd Humanistyczny” i „Ciechanowskie Zeszyty Literackie”; wyszły książki: Wojciecha Siemiona „Lekcja czytania. Norwid” i Aleksandry Melbechowskiej-Luty „Sztukmistrz”. Mazowszu pozostały też z roku Norwidowskiego 2001 ustanowione wówczas i przyznawane po dziś dzień doroczne Nagrody im. Norwida w dziedzinie literatury, muzyki, sztuk plastycznych i teatru, zaś jego stolicy – ufundowana przez Towarzystwo Przyjaciół Warszawy tablica na fasadzie Pałacu Zamoyskich przy Nowym Świecie 69, upamiętniająca wydarzenia z 1863 roku, które dały asumpt do powstania Norwidowego „Fortepianu Szopena”.
Zawstydziwszy się swej początkowej bezczynności, do obchodów włączyło się też ówczesne AWS-owskie Ministerstwo Kultury, między innymi organizując przewiezienie do Polski urny z ziemią pobraną ze zbiorowego grobu w Montmorency, w którym spoczywały szczątki poety i złożenie jej w Krypcie Wieszczów w katedrze na Wawelu. Za granicą najbardziej bodaj ważkie przedsięwzięcie miało miejsce w Rosji – a było nim opublikowanie najobszerniejszego (ponad czterysta stron) w całych dziejach zagranicznej recepcji poety tomu przekładów z Norwida, zatytułowanego „Pielgrzym czyli Ostatnia z bajek”, a przygotowanego przez Andrieja Bazilewskiego i wydanego przez jego moskiewską oficynę „Wahazar” przy walnym wsparciu Wyższej Szkoły Humanistycznej w Pułtusku (w czym wydatnie zasłużył się Janusz Rohoziński, a co do dziś pozostaje wzorcowym przykładem udziału prywatnego polskiego podmiotu w zagranicznej promocji naszej kultury).
Rok 2021, w który teraz wkraczamy, będzie Norwidową rocznicą jeszcze bardziej zobowiązującą, bo dwusetną. Mówi się wszakże o niej i pisze jak dotąd niepokojąco niewiele; stosunkowo cicho było też wokół ustanawiającej Rok Norwidowski 2021, a podjętej w końcu listopada uchwały Sejmu RP, jak i wokół późniejszej o tydzień podobnej uchwały Senatu.
Przydał zresztą Norwidowi Sejm na ów rok dość liczne, choć zacne towarzystwo, zapowiadając równoczesne uczczenie stulecia urodzin Stanisława Lema, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i Tadeusza Różewicza; ponieważ zaś w dzisiejszej Polsce każde ludzkie zbiorowisko musi mieć swego kapelana, dorzucono do tego grona kardynała Stefana Wyszyńskiego, odwołując się do 120-lecia jego urodzin i 40-lecia śmierci; zapomniano za to o 100-leciu śmierci „bodaj najtęższej w literaturze światowej autorki teatralnej” (określenie Stanisława Marczaka-Oborskiego) czyli Gabrieli Zapolskiej.
Sejmowa uchwała o Norwidzie, wśród inicjatorów której było sporo posłów z Konfederacji (być może dlatego, że jeden z nich jest synem znanego inscenizatora, komentatora i popularyzatora twórczości poety, Kazimierza Brauna) skropiona została oczywiście wodą święconą: skwapliwie głosiła, że Norwid był „świadomym oraz głęboko wierzącym katolikiem” (jakby na tym właśnie zasadzała się jego wielkość) i nie zaniedbywała przywołania opinii „Świętego Jana Pawła II” (którego polska katoprawica zwykła cytować częściej niż w ZSRR cytowano Lenina, choć akurat w tym wypadku ze względu na szczególny stosunek Wojtyły do Norwida można jej to wybaczyć).
Do tego sejmowa uchwała zawierała oczywistą dezinformację, komunikując, jakoby Norwid „w 1855 r. uznany przez zaborcze władze rosyjskie za politycznego wygnańca do Polski nie mógł już powrócić”; rzecz miała się całkiem inaczej – to sam Norwid, dobrowolnie opuściwszy kraj, nie chciał do Królestwa Polskiego wracać, ani – choć otrzymywał urzędowe wezwania – przed rokiem 1855, ani później, gdy jak jego brat Ksawery mógł skorzystać z ogłoszonej przez Aleksandra II w roku 1856 amnestii (w jednym z listów uznał ją za „przebaczenie… tak jakby zbiegłym niewolnikom jako rzecz należącym do panów”).
Dość kuriozalny był też komunikat o Norwidowskiej sejmowej uchwale opublikowany przez pisowską PAP: zamiast po przytoczeniu fragmentów dokumentu podać choćby parę konkretów o planowanych przedsięwzięciach, koncentrował się na obronie zakonnic prowadzących paryski przytułek, gdzie Norwid zmarł, przed „niezasłużonym cieniem”, jaki przez lata rzucał na nie zarzut spalenia pozostałych po poecie, a uznanych za bluźniercze papierów; można było odnieść wrażenie, że dla PAP w przeddzień Roku Norwida ważniejsza aniżeli sam twórca i jego dzieło jest reputacja przytułkowych sióstr szarytek…
Skądinąd jednak być może na szczeblu centralnym takiego planu jubileuszowych działań wciąż nie ma – do podobnego podejrzenia upoważnia choćby indolencja okazana podczas niedawnych ważnych rocznic Sienkiewicza i Moniuszki; mało też prawdopodobne, by twórczość autora „Promethidiona” mogła budzić szczere uznanie i entuzjazm u decydentów pokroju Glińskiego czy Czarnka. Na szczęście są też samorządy – jeszcze przed uchwałami obu izb parlamentu list intencyjny w sprawie obchodów 200-lecia Norwida podpisały trzy mazowieckie powiaty (Wyszków, Wołomin i Węgrów) oraz cztery gminy (Zabrodzie, Wyszków, Dąbrówka i Strachówka) z okolic, gdzie Norwid przyszedł na świat i spędził dzieciństwo. Ufać też trzeba, że nie osłabnie oddanie i energia zespołu badaczy, od lat przygotowujących siedemnastotomowe krytyczne wydanie dzieł poety.
Bo takiego krytycznego wydania Norwid wciąż nie ma – podobnie jak nie ma na przykład własnego muzeum. Ma parę pomników i popiersi – aż dwa w Wyszkowie, najokazalszy w Lublinie. Ale na godny pomnik dla Norwida (bo ma tu tylko niewielką statuę w Łazienkach) powinno się przecież wreszcie zdobyć miasto, z którym w Polsce był związany najsilniej – Warszawa; opinia publiczna domaga się tego od lat. Na kolejny monit w tej sprawie, jaki niedawno wystosował Związek Literatów Polskich, biuro kultury stołecznego magistratu zareagowało informacją, że jakoby kilkanaście lat temu ustalono już (zresztą, jak można sądzić, bardzo niefortunną i wymagającą korekty) lokalizację takiego monumentu, nie wyjaśniło wszakże, dlaczego od tamtej chwili niczego więcej nie uczyniono.
Pomnik wielkiego polskiego twórcy, którego wysokie przesłanie pozostaje wciąż wyjątkowo aktualne, którego poetyckie słowo wciąż poraża siłą swej nowatorskiej inwencji, od którego cała polska kultura tak wiele zaczerpnęła, powinien stanąć w punkcie naprawdę reprezentacyjnym („bo nie jest światło, by pod korcem stało”), a zarazem mocno związanym z jego biografią – dla mnie takim wydaje się zbieg ulic Andersa i Solidarności koło placu Bankowego, ściślej skwer przy kinie Muranów w bezpośrednim pobliżu miejsca, w którym w 1836 roku zamieszkał, skąd mógłby spoglądać w kierunku swego równie wielkiego kolegi Juliusza Słowackiego.
Oby w nadchodzącym Roku Norwidowskim coś naprawdę w tej sprawie zrobiono!

Gliński legł plackiem i w operze

Parę tygodni temu minęło 420 lat od narodzin opery; nowe dziecię objawiło się światu 6 października 1600 roku, kiedy to w Sali Białej (można to miejsce oglądać po dziś dzień) Pałacu Pittich we Florencji z okazji zaślubin Marii Medycejskiej z królem Francji Henrykiem IV wykonano „Eurydykę” z muzyką Jacopa Periego i Giulia Cacciniego oraz tekstem Ottavia Rinucciniego – najstarszy zachowany przykład nowego gatunku dramatyczno-muzycznego, powstałego u schyłku XVI wieku w kręgu grupy poetów, uczonych i muzyków, zwanej Cameratą florencką.

Do Polski ten nowy gatunek trafił całkiem szybko – za sprawą upodobań króla Władysława IV, który w przeciwieństwie do swego ojca szczęściem bardziej aniżeli w gorliwą propagandę katolicyzmu angażował się w mecenat muzyczny i który w latach 1635-1648 wystawił na swym warszawskim dworze co najmniej dziesięć dzieł operowych; poza zamkowe opłotki sprawa jednak u nas wówczas nie wyszła, gdy we Włoszech w 1637 roku powstał już pierwszy publiczny teatr operowy – San Cassiano w Wenecji.
Wspomnianej okrągłej operowej rocznicy w ogóle w Polsce teraz nie dostrzegliśmy – choć przed dwudziestoma laty 400-lecie opery Stefan Sutkowski i jego Warszawska Opera Kameralna uczcili wspaniałym, trwającym kilkanaście miesięcy festiwalem (do czego skądinąd i mnie, podówczas pracującemu w Ministerstwie Kultury, było dane się przyczynić).
Podjęte przez nasze teatry przygotowania do drugiego październikowego operowego święta – obchodzonego od niedawna 25 października Światowego Dnia Opery – znacznie zredukowała druga fala pandemii.
*
Z pandemią teatry operowe radzą sobie na różne sposoby i z różnym efektem. W USA, gdzie tego typu placówki utrzymują się głównie z innych aniżeli publiczne dotacji, legendarna nowojorska Metropolitan Opera musiała ogłosić zupełne zaprzestanie działalności w całym sezonie 2020/2021.
Z drugiej jednak strony teatr postanowił otworzyć na ten okres na oścież swoje archiwa i codziennie przez dwadzieścia godzin udostępniać za darmo w sieci coraz to nowy spośród mnóstwa swych spektakli zarejestrowanych na taśmie filmowej w ciągu kilku ostatnich dekad.
W rezultacie być może uda się przekuć klęskę na triumf i obecny sezon Metropolitan, umożliwiając milionom odbiorców na całym świecie bezpłatny kontakt z najwyższej rangi twórczością i wykonawstwem operowym, uczyni dla popularyzacji opery znacznie więcej niż zdołałby zrobić zwykły sezon „na żywo”; w każdym razie wszystkich tych, którzy jeszcze z tej nadzwyczajnej okazji nie zdążyli skorzystać, gorąco do tego zachęcam.
W Europie, gdzie system mecenatu publicznego pozwala w pandemii teatrom swą codzienną pracę – oczywiście w stosownym reżimie – kontynuować, także w wielu wypadkach mieliśmy i mamy do czynienia z bardzo wartościową dodatkową aktywnością w sieci, w szczególności w okresach, gdy teatry pozostawały zamknięte: na przykład słynny petersburski Teatr Maryjski Walerija Giergijewa wiosną i latem codziennie bezpłatnie odtwarzał w sieci swe przedstawienia i koncerty z ubiegłych lat, bardzo przy tym dbając, by popularyzować tą drogą zwłaszcza mniej znane opery rosyjskie z ostatniego stulecia – od „Siemiona Kotki” Prokofiewa po najnowsze dzieła Rodiona Szczedrina.
Już wiosną darmowe pokazy on-line uruchomiła też na przykład berlińska Staatsoper Unter den Linden, teraz organizuje je Staatsoper w Wiedniu – i tak dalej, i tak dalej.
W Polsce najlepiej bodaj zadbał w tych miesiącach o swą ofertę w sieci Teatr Wielki w Poznaniu, umożliwiając na swej stronie internetowej stały darmowy dostęp do kilku interesujących nowych realizacji operowych, zarówno dzieł klasycznych, jak i utworów młodej generacji naszych twórców współczesnych (np. „Anhellego” Dariusza Przybylskiego).
Znacznie mniej swymi rozmiarami i zawartością zachwyca operowa propozycja internetowa warszawskiej Opery Narodowej – a przy tym placówka ta serwuje nam przy okazji w sieci taki dziwoląg, jak koncert pamięci Jana Pawła II, stanowiący zbesztaną już w paru miejscach banalną mieszankę kilku kompozycji Chopina i kilku wierszy Norwida, którą byłby w stanie sprojektować przeciętny wikary z przeciętnej parafii na Podkarpaciu, a za którą tu zabrał się osobiście jako „autor idei koncertu” sam dyrektor naczelny placówki.
Zresztą zabrakło w tym wypadku nie tylko artystycznego smaku, ale nade wszystko społecznego słuchu.
*
Spektakle Metropolitan, Teatru Maryjskiego i kilkunastu bądź kilkudziesięciu innych teatrów operowych goszczą oczywiście dziś w naszych domach nie tylko dzięki specjalnym działaniom uruchomionym w wyniku pandemii, lecz także w ramach stabilnie funkcjonujących już od wielu lat i cieszących się ustaloną popularnością telewizyjnych kanałów muzycznych czy operowych portali internetowych.
Jak dziś przedstawia się w nich muzyka polska, jak wygląda w nich obecność polskich dzieł czy polskich zespołów – nie tylko operowych, ale i ze sfery muzyki symfonicznej czy kameralistyki?
Otóż – pod wieloma względami bardzo źle, by nie powiedzieć tragicznie. W dwóch najważniejszych telewizjach prezentujących muzykę poważną – Mezzo oraz Mezzo live – muzyka polska od paru lat praktycznie nie istnieje!
Nie ma tam nawet (poza rzadko i przypadkowo przemykającymi miniaturkami) Chopina, nie ma Moniuszki, nie ma Szymanowskiego czy Karłowicza, nie ma polskiej muzyki drugiej połowy XX wieku.
Nie ma (wyjąwszy Misteria Paschalia) transmisji z polskich festiwali, z polskich teatrów operowych, z polskich sal koncertowych. Pojawia się za to w tych kanałach – obok oczywiście obfitej palety muzyki zachodnio i środkowoeuropejskiej czy rosyjskiej – nawet muzyka i wykonawcy z Tatarstanu (Żyganow), Armenii (Chaczaturian, Terterian) czy Azerbejdżanu (Karajew, Amirow).
Co zaś do opery, niewykluczone, że podobna sytuacja zaczyna nam grozić na portalu OperaVision, prezentującym przedstawienia z parudziesięciu scen operowych, w większości z niezłej europejskiej „drugiej ligi” – do niedawna były na nim obecne Opera Narodowa i Teatr Wielki z Poznania, od pewnego jednak czasu ich przedstawienia z oferty programowej portalu zniknęły.
Nie lepiej jest zresztą i z obecnością polskiej twórczości operowej na „żywych” scenach Europy i świata – wystarczy przypomnieć kompromitująco przez nas przygotowany Rok Moniuszkowski, podczas którego miała miejsce aż jedna(!) zagraniczna realizacja sceniczna Moniuszki – „Halka” w raczej drugorzędnym (choć ambitnym) Theater an der Wien.
Co robi nasze Ministerstwo Kultury, co robią obficie dotowane i obsadzane coraz to nowymi pisowskimi nominatami powołane do tych spraw instytucje – Instytut Adama Mickiewicza, Instytut Muzyki i Tańca?
Obejmując przed pięcioma laty ministerialny urząd Piotr Gliński wraz z podobnymi sobie kompanami buńczucznie obiecywał, że pozycję klęczącą, którą na polu międzynarodowym rzekomo po poprzednikach odziedziczył, zmieni na dumny marsz krzyżowego rycerza – tymczasem nasz ignorant i safanduła nie tylko z kolan nie powstał, lecz rozciągnął bezpośredni kontakt z ziemskim podłożem na całą swą ziemską powłokę.
A jego próby refleksji nad sytuacją, w której się znalazł, przybierają już formę karykaturalną – jak ostatnio publicznie wyznał, wedle jego przemyśleń w poszukiwaniu winnych tego, że i on, i cały PiS legli plackiem, nie można zapominać o czynniku zewnętrznym, czyli zazdrosnych o polski sukces innych narodach i państwach; zaprawdę głębią i celnością swych politycznych analiz i diagnoz Gliński wnet przewyższy samego Macierewicza…

Księga Wyjścia (62)

Ballada o wielkim powrocie czyli Radio Erewań znowu nadaje.

Za oknem słota, deszcz, pogoda zjesienniała, wróciłem z gór i od tamtej pory siedzę głównie na poczcie, wysyłając książki po całym, świecie.
Dzięki temu odkryłem, że ta dawna, znana i lubiana rozgłośnia, zwana – „Radiem Erewań”, zainstalowała się w samym sercu Zjednoczonego Królestwa. Kiedyś już rozważałem tę szyderczą nazwę wspomnianego Zjadnoczonego Królestwa, bo kto z kim się tam jednoczył? I jakimi długopisami podpisywali porozumienie?
Poza Australią, podpisywano je stalówkami, którymi były bagnety i piórami – karabiny, miecze i innego rodzaju oręże. Nie to jest jednak teraz istotne. Wrócę w innym felietonie.
Książka znalazła wielu chętnych – i to na całym świecie, tak wiec spędzam po kilka godzin dziennie w najbliższej placówce pocztowej, rozsyłając ją każdemu kto zamówił.
Zrobiłem też kilka przesyłek do Londynu. Zazwyczaj trudno rozmawiać o pieniądzach, jeśli nikt nie zapyta ile płaci, to wysyłam licząc, że się zreflektuje – zwykle to robią. Jest to o tyle ważne, że rozliczam się z wydawnictwem, a za resztę chciałem wynająć jakieś dobre miejsce do dalszej sprzedaży.
Żeby książka w obecnych czasach odniosła sukces i dotarła do czytelników, musi być wyeksponowana w dobrym miejscu, a za to trzeba zapłacić i to niemało.
W Empiku kosztuje to około 20 tysięcy. I to nie za wszystkie ich sklepiki, nawet nie te w granicach jednego miasta, lecz za jeden punkt. Jedna półka w jednym salonie kosztuje dwadzieścia koła – szok.
Kiedyś już pisałem o tym jak odwróciły się role, dawniej to Cepelia była synonimem kiczu, a EMPIKI modnymi salonami prasowymi. Teraz dominuje tam literacki kicz wypromowany za ogromne pieniądze, bo zawartość placówek zależy od stanu portfela autora lub jego mecenasa. Czyli Zjednoczone Królestwo Szmiry.
Natomiast przedmioty ze zlikwidowanej trzydzieści lat temu Cepelii nabrały wartości, stały się kolekcjonerską gratką, a ich pochodzenie gwarantuje oryginał przedmiotu. Jeśli oczywiście posiada odpowiednią pieczątkę, certyfikat i takie tam.
Teraz naprawdę, trafiają się stamtąd perełki. No i jak zawsze odbiegłem od tematu, niebawem nadacie mi przydomek:”Dygresja”.
Wracamy wiec na właściwe tory i nim dojadę nimi do „Radia Erewań”, jeszcze będę skalował napięcie, opisując arkana handlu literaturą.
Mimo, że przez media społecznościowe sprzedaje całkiem dobrze, to trafia ona do ludzi, którym ten temat, i problem bezdomności, bezrobocia, nałogów i wykluczenia – jest doskonale znany.
Mam jednak ambitny plan, by wyjść poza tę wirtualną granicę i dotrzeć do osób, które tego świata nie widza, nie chcą widzieć, lub szukają prostych odpowiedzi na trudne i złożone życiowe historie. A dyżurna odpowiedź jest zawsze taka sama – alkoholik, żul, sam sobie winien, na własne życzenie itp.
Publikacja poprzedniej książki pt. „Z dna”, pokazała jak jej treść zmieniła podejście wielu osób. Widać to w komentarzach i ocenach na największym polskim portalu literackim: „Lubimy Czytać.pl”.
Zamiast wiec sprzedawać jedynie swoim, chcę potrząsnąć i przytrzymać – nawet siłą – głowę tym, którzy udają że nie widzą, przytrzymać mocno, żeby się przyjrzeli tak, by nie mogli już odwrócić wzroku i widok zapadł im w pamięć.
Żeby jednak to zrobić muszę podsunąć im te książkę pod nos, czyli umieścić w punkcie, w którym robią zakupy. Empik odpada ze względu na cenę, więc szukamy innego, tańszego miejsca najlepiej w centrum stolicy. Stolicy, ponieważ jest tam najwięcej ludzi, do których powinienem dotrzeć.
Pseudomagnatów, udających klasę średnią kosztem ciągłych kredytów, klasę średnią aspirującą do sfer wysokich, też na kredytach. Tacy ludzie nie kupują książek przez fejsbuka, trzeba im ją odpowiednio zaoferować w markowym saloniku prasowym, modnej galerii handlowej czy czymś podobnym.
Kiedyś wybór byłby oczywisty – „Promenada”, ale już te czasy minęły i teraz waham się czy „Arkadia”a czy też „Złote Tarasy” a może Centralny lub „Patelnia” przy metrze.
Są tam przeróżne punkty i saloniku – Ruch, Kolporter, Relay i wiele innych, takich, których nazw już nie pamiętam, a każdy mieszkaniec stolicy tamtędy przechodzi.
Punkty te są znacznie tańsze i również odwiedzane, może mniej, ale zawsze. I właśnie na to zbieram kasę sprzedając przez FB.
Pieniędzy ze sprzedaży nie ruszam, gdy osiągnę wymaganą kwotę, zacznę rozmowy z działem sprzedaży sieci, na którą padnie wybór. Modnym ostatnio zwrotem jest „ty taki owaki, przestań mi (brzydkie słowo) kogoś tam prześladować” – w domyśle narratora.
No to i ja też bym tak chciał, wprawdzie należy zrobić to scrabblami, pokazać środkowy palec, patrzeć w bok, wywalić język i bluzgnąć. Sporo tych czynności, żeby wyszło jak w oryginale. Lecz człowiek prześladowany chwyta się wszelkich sposobów. A w Polsce każdy tak się czuje. Prześladowany przez MOSAD, służby tajne przez poufne, urzędników, Mędrców Syjonu, światowe spiski, maseczki, szczepionki, zwolenników teorii okrągłej ziemi, ideologii LGBT, masztów 5G, masonów, ozonów, wspólnotę mieszkaniową, spółdzielnie, władze gminne, powiatowe, wojewódzkie i centralne, ABW, CBŚ, policję, sądy, że o sąsiadach i rodzinie nie wspomnę.
Nie mam osobiście takich doświadczeń, jeśli kiedykolwiek złamałem prawo lub przepisy, to naturalną konsekwencją była wizyta w sądzie i wyrok. Nie noszę w sobie z tego powodu poczucia prześladowania czy nękania. Przecież robiąc coś, godziłem się na konsekwencje.
Mam jednak ochotę krzyknąć – świecie, ty świnio, przestań mi Białoruś prześladować. Ale o tym w innym felietonie. Kiedy indziej pogadamy o białoruskiej demokracji i wolności słowa. Bo z tego co wiem jedynym dziennikarzem, który wyleciał za nieprawomyślność, był redaktor Szyła, ale nie pracował w mediach należących do Republiki Białoruś, ale w Telewizji Biełsat, został wyrzucony przez Agnieszkę Romaszewską i nie za krytykę Aleksandra Łukaszenki, ale za wrzucenie nieodpowiedniego zdjęcia dotyczącego polskiego prezydenta. Mało tego, zrobił to jedynie na swoim prywatnym FB.
Taką więc wolność słowa chcemy zanieść naszym sąsiadom.
Ale to nie wszystko. Jest jeszcze jedno państwo do którego już ja osobiście układam scrabble. Zjednoczone Królestwo. Tak monarchia parlamentarna wpisała mnie na swoją tajną czarną listę. Więc mogę śmiało układać: „Anglio, ty taka owaka, przestań mi Jastrzębskiego prześladować”, palec, język, spojrzenie w bok i gitara.
Wspomniałem wcześniej, że miałem zamówienia z tego kraju. Książka zamówiona, dostałem scan przelewu i wysłałem. Na drugi dzień dostaję informację od osoby zamawiającej, że miała telefon z banku i przelew został zablokowany, ponieważ zajmuje się działalnością polityczną. Zamurowało mnie, osobę która robiła przelew również. Wykłócała się, że jestem autorem książek, zresztą jedną z nich mają w swoich zbiorach narodowych i poza pisaniem niczym innym się nie zajmuję. Śledczy placówki bankowo transferowej uznał, że widocznie zbieżność nazwisk i odblokowali przelew.
Okazuje się, że wbrew międzynarodowemu prawu mają jakiś swój tajny spis osób niebezpiecznych.
Rozmawiałem z kolegą, który pracował w Policji, miał staż w kilku krajach Europy Zachodniej, powiedział mi, że system anglosaski jest bandycki, za nic mają przepisy.
W domyśle podciągnęli mnie pod wprowadzone przez nich obostrzenia, które dały im narzędzia do zwalczania członków IRA, nazywanych przez nich terrorystami. A jak już wprowadzili, to jak zawsze, zostały.
I wreszcie wkracza nasze „Radio Erewań”, wysoka izbo, szanowny Scotland Yardzie i wasza nienasycona królewskość. Po pierwsze nie terrorysta, lecz turysta, wróciłem niedawno z wakacji, nie IRA, ale szmira, a po trzecie wypraszam sobie takie określenie mojej książki. Chociaż faktycznie mogliście mieć takie wrażenie, jeśli ten sam tłumacz przełożył i jej treść i zarzuty.
A moja działalność jest nie tyle polityczna co społeczna. To się ścisłe wiąże, prawie jak kajdanki zaciskowe lub pętla na szyjach irlandzkich działaczy. Pieniądze w końcu doszły, ale zdziwienie pozostało. Państwo agentów 007 z Bondami na ulicach i w bankach. Przypomnę więc Wam, że jest to postać fikcyjna, wymyślona przez Flemminga. Odczepcie się wiec ode mnie, tym bardziej, że mieliście pół roku, by mnie sprawdzić, aresztować i rozstrzelać, wtedy gdy mieszkałem pod Londynem.
Być może chodzi tu o mój nieskrywanym antythatcheryzm. Coś jest z Wami nie tak. Jedźcie na terapię do Norwegii, albo Szwecji.
Jedno jest pewne. Prędzej czy później przyjdą też po mnie. UK to przedłużenie USA, a Polska to ich sługa. Przyjdą na pewno, ale pewnie pod koniec czystek.

Armenia – Sarjan, Chaczaturian, Terterian

Choć obchodząca w tych dniach swe narodowe święto Armenia co do wielkości populacji czy też potencjału ekonomicznego nie liczy się do światowych potęg, choć przez wiele stuleci pozbawiona była samodzielnego bytu państwowego, a wiek dwudziesty nie szczędził jej wyjątkowo tragicznych doświadczeń, jak tureckie ludobójstwo w 1915 roku, katastrofalne trzęsienie ziemi w 1988 roku, po dziś dzień niewygasły konflikt z Azerbejdżanem – przecież w tymże ubiegłym stuleciu wkład w światową kulturę wniósł ten naród bardzo znaczny.

Miał zresztą do czego nawiązywać – nie od rzeczy będzie przypomnieć, że już pierwsze tysiąclecie naszej ery przyniosło Ormianom narodziny własnego alfabetu (Mesrop Masztoc, koniec IV stulecia), „złoty wiek” literatury armeńskiej w V stuleciu, potem słynny ludowy epos „Dawid z Sasunu”, wreszcie, już u schyłku X wieku, takie arcydzieło jak „Księga pieśni żałobliwych” Grzegorza z Nareku.
Wiek zaś dwudziesty w kulturze artystycznej Armenii – to dla mnie, obok wspaniałego reżysera Siergieja Paradżanowa, przede wszystkim trzy wielkie postacie ze świata malarstwa i muzyki: Martiros Sarjan, Aram Chaczaturian, Awet Terterian. Skądinąd żaden z tej trójki w Armenii się nie urodził, wszyscy jednak byli z dziada pradziada Ormianami, kraj i jego kulturę dobrze znali i obficie z tej kultury czerpali, zaś ich twórczość stała się prawdziwą emanacją armeńskości.
Wielkiego malarza Martirosa Sarjana (1880-1972) dane mi było spotkać jeszcze za jego życia, gdy na początku lat siedemdziesiątych znalazłem się w Erywaniu jako pilot grupy wycieczkowej studenckiego „Almaturu” (wspaniałego wtedy dla naszej studenterii okna na świat). W programie naszego erywańskiego pobytu znalazła się wizyta we wzniesionym dla Sarjana obok jego domu przez rząd Armenii okazałym trzykondygnacyjnym muzeum oraz krótkie spotkanie z artystą; nikt z nas wcześniej nie miał pojęcia o jego dorobku i pozycji, szczęściem dwóch studentów poznańskiej szkoły sztuk plastycznych, którzy zresztą też nigdy przedtem o Sarjanie nie słyszeli, pomogło nam zrozumieć, z jakiej klasy twórczością mamy do czynienia. Z ponad dziewięćdziesięciu lat życia, które wtedy Sarjan miał za sobą, w Armenii spędził nieco więcej niż połowę; urodził się w małej miejscowości koło rosyjskiego Rostowa nad Donem, założonej jeszcze w końcu XVIII wieku przez Ormian przesiedlonych przez Katarzynę II z Krymu, dokąd wcześniej trafili z dawnej armeńskiej stolicy Ani; malarstwa uczył się w Moskwie, między innymi u Sierowa i Korowina, gdzie też mógł poznać dzieła współczesnych twórców zachodnioeuropejskich, z których najsilniej wpłynęli nań fowiści. W bardzo wówczas bujnym życiu artystycznym Moskwy szybko zaczął brać aktywny udział, prezentując swe płótna na wystawach organizowanych przez stowarzyszenia „Błękitna Róża” i „Związek Artystów Rosyjskich” oraz czasopismo „Złote Runo”. Wtedy też rosyjskie muzea i rosyjscy kolekcjonerzy zakupili szereg jego dzieł, dzięki czemu możemy je dziś oglądać w moskiewskiej Galerii Trietiakowskiej (tu bodaj najsłynniejsze – „Palma daktylowa” z 1911 roku) czy też petersburskim Muzeum Rosyjskim, eksponowane, jako prace artysty tworzącego w Rosji, w zbiorach malarstwa rodzimego, podobnie jak obrazy Aleksandra Orłowskiego czy Henryka Siemiradzkiego. W 1921 roku Sarjan osiadł w Erywaniu, z którego na dłużej wyjeżdżał tylko w połowie lat dwudziestych do Paryża. Najpełniej i najsugestywniej wypowiedział się w malarstwie pejzażowym – nasyconych słońcem, o żywej kolorystyce, symboliczno-metaforycznych wyobrażeniach ojczystego armeńskiego krajobrazu, z jego górami, przyrodą, osiedlami ludzkimi; ważne miejsce w jego twórczości zajęły też studia martwej natury oraz portrety (z dramatycznym epizodem z ponurego roku 1937, kiedy to zniszczono jedenaście namalowanych przezeń podobizn wybitnych Ormian, uznanych wtedy za „wrogów ludu”).
Wśród tych, których portretował Sarjan, znalazł się też największy armeński kompozytor Aram Chaczaturian (1903-1978); jego wizerunek – to zresztą jedno z najbardziej znanych dzieł malarza. Chaczaturian z kolei przyszedł na świat w ormiańskiej rodzinie mieszkającej na przedmieściach Tbilisi, ale już jako osiemnastolatek podążył za starszym bratem, później znanym reżyserem teatralnym, do Moskwy; tam też uzyskał wykształcenie muzyczne, tam też do końca życia mieszkał. Jednak, podobnie jak Sarjana, inspirowała go przede wszystkim Armenia, z której muzycznego folkloru czerpał całymi garściami. Jak w pejzażach Sarjana, słoneczna Armenia dyszała pełną piersią zwłaszcza w balecie „Gajane”, z jego słynnym hitem „Tańcem z szablami”. Skomponowany w ciągu zaledwie dwóch miesięcy, jakby w nagłym błysku inwencji twórczej, znakomity Koncert skrzypcowy (1940) noszę w pamięci po dziś dzień jako jeden z tych utworów, który, przed laty usłyszany w Poznaniu, otwierał mi jako słuchaczowi drogę do świata muzyki XX stulecia; równie dobrze pamiętam wrażenie, jakie uczynił na mnie drugi znany balet Chaczaturiana – „Spartakus”, oglądany w Teatrze Wielkim w Moskwie kilka dni po śmierci kompozytora, kiedy to w hołdzie zmarłemu wystąpiła najlepsza, jaką można było wówczas sobie wyobrazić, obsada z Władimirem Wasiljewem na czele i kiedy po zakończeniu oszałamiającego spektaklu w poruszających słowach pożegnał kompozytora choreograf Jurij Grigorowicz, po czym na scenę spłynął olbrzymi portret Chaczaturiana, a dwa tysiące ludzi opuściło widownię w skupionym milczeniu. Do Polski zaglądał Chaczaturian niejeden raz, polska prapremiera „Spartakusa” miała miejsce w 1968 roku w Warszawie, „Gajane” – siedem lat później w Łodzi; w stulecie urodzin kompozytora Ludwik Erhardt pisał o nim jako o „chyba wśród wszystkich kompozytorów radzieckich najczęstszym i najserdeczniej przyjmowanym gościu muzyków polskich”. Zmarły w Moskwie, pochowany został jednak Chaczaturian w Erywaniu, podobnie jak Sarjan w pełniącym rolę narodowego armeńskiego panteonu Parku im. Komitasa; w rosyjskiej stolicy za to w 2006 roku wystawiono mu okazały monument, i to o lokalizacji nader symbolicznej, bo przed siedzibą Związku Kompozytorów Rosji, gdy i Szostakowicz, i Prokofiew otrzymali w Moskwie pomniki w innych miejscach i cokolwiek później. W 2018 roku Rosjanie nakręcili fabularny obraz „Taniec z szablami” – o Chaczaturianie pospiesznie pracującym nad partyturą „Gajane” w latach II wojny światowej w Permie, gdzie do wystawienia baletu już się sposobił ewakuowany tam z Leningradu Teatr im. Kirowa; ciekawy ten film można było za sprawą nieocenionego festiwalu „Sputnik” oglądać i u nas.
*
Tak pokrewne sobie charakterem, fascynujące witalnością i mieniące się soczystymi barwami malarstwo Sarjana i muzykę Chaczaturiana niejednokrotnie ze sobą zestawiano i do siebie przyrównywano; znakomity armeński kompozytor, którego gwiazda poczęła świecić pełnym blaskiem w ostatnich latach życia Chaczaturiana – Awet Terterian (1929-1994) swą najgłębszą więź z rodzimą tradycją manifestował w sposób od swego wielkiego poprzednika mocno odmienny. W stanowiących trzon jego dorobku ośmiu symfoniach panuje atmosfera właściwej kulturom Orientu skupionej kontemplacji, nieledwie mistycyzmu; określa się też je niekiedy jako symfonie „medytacyjne”. Wykorzystując różnorodne techniki – od staroarmeńskich form monodycznych po swobodną dodekafonię i poszukiwania sonorystyczne, posiłkując się dawnymi instrumentami ludowymi (np. kamanczą) kreuje Terterian w swej muzyce bardzo specyficzny świat, wymagający od słuchacza niezwykłej koncentracji, ale też oddziaływujący nań z siłą zaiste hipnotyczną; z pewnością znajdą się jeszcze tacy, którzy jak ja pamiętają wrażenie uczynione na „Warszawskiej Jesieni” w 1985 roku przez jego VI Symfonię. Niespodziewana, przedwczesna śmierć Terteriana (a odszedł w uralskim Jekatierinburgu, gdzie w latach dziewięćdziesiątych prowadził klasę kompozycji) była dla muzyki, nie tylko armeńskiej, wielką stratą.
*
Jeśli Ormianin Chaczaturian urodził się i wychowywał w Gruzji, to Ormianin Terterian przyszedł na świat i spędził dzieciństwo w Azerbejdżanie; w czasach ZSRR było to rzeczą najnaturalniejszą, tak liczne i różne narody Kaukazu i Zakaukazia obcowały ze sobą jak przyjaźni sąsiedzi, Azerbejdżanie nie prowadzili walk z Ormianami, Gruzini szanowali Abchazów i Osetyńczyków. Wrogość i konflikty, niestety trwające, a nawet umacniające się po dziś dzień, przyszły dopiero z rodzącą się transformacją ustrojową; jak i na tym przykładzie widać, z uporem w swoim czasie utrzymujący, że nacjonalizm to ostatnie stadium komunizmu, nasz polityczny guru Adam Michnik i w tym wypadku nie miał racji – w kapitalizmie nacjonalizmy czują się nieporównanie lepiej…

Setny sezon Teatru im. Wachtangowa

Dla cenionego i popularnego moskiewskiego Teatru im. Wachtangowa tegoroczny wrzesień oznacza początek setnego już sezonu; apogeum obchodów 100-lecia placówki ma przypaść na listopad przyszłego roku, a intensywne do nich przygotowania (Władimir Putin podpisał stosowne rozporządzenie już w sierpniu 2019 roku) każą się spodziewać, że rzecz przybierze bardzo duży wymiar. Tym bardziej to prawdopodobne, że zespół teatru, od trzynastu lat kierowany przez tyleż znakomitego reżysera, co świetnego organizatora – Rimasa Tuminasa, przeżywa teraz swój kolejny artystyczny wzlot.

Teatr im. Wachtangowa jest dziecięciem Wielkiej Reformy Teatru z przełomu XIX i XX stulecia, a jego założyciel i patron, Jewgienij Wachtangow (1883-1922) – jedną z najważniejszych postaci tej Reformy w Rosji, obok Konstantina Stanisławskiego, Wsiewołoda Meyerholda, Aleksandra Tairowa; jak pisze Jerzy Koenig, teatr rosyjski stał się w tym okresie najciekawszym i najważniejszym zjawiskiem w kulturze teatralnej świata. Urodzony w osetyjskim Władykaukazie i pochodzący z ormiańsko-rosyjskiej rodziny Wachtangow (notabene jedna z jego sióstr wyszła za mąż za polskiego socjaldemokratę, potem działacza państwowego w radzieckiej Rosji Mieczysława Kozłowskiego) od 1903 roku mieszkał w Moskwie, gdzie też początkowo został aktorem Moskiewskiego Teatru Artystycznego (MChT). W teatrze zaś, o którym piszemy, a który po różnych doświadczeniach studyjnych utworzył jesienią roku 1921 (najpierw jako III Studio MChT), zdążył zrealizować zaledwie trzy premiery – trawiony nowotworem żołądka, niebawem w bardzo młodym wieku zmarł.
Ostatnia z tych jego inscenizacji – „Księżniczka Turandot” Carla Gozziego (premiera odbyła się 27 lutego 1922 roku, Wachtangow był już zbyt chory, by dotrzeć na spektakl) zogniskowała w sobie wszystkie najgłówniejsze cechy jego reżyserskiej estetyki, stając się swego rodzaju artystycznym manifestem, jednym z najgłośniejszych w dziejach dwudziestowiecznej sztuki teatralnej w skali światowej.
Estetyka ta, którą sam Wachtangow nazywał realizmem fantastycznym, zakładała nieskrywaną umowność przedstawienia, a w jej ramach wyrazistość formy, wykorzystanie elementów satyry i groteski, ironiczny dystans gry aktorskiej, a przy tym wszystkim atmosferę optymizmu i radości.
W „Księżniczce Turandot” wykonawcy pojawiali się na scenie odziani we współczesne stroje wieczorowe, po czym na oczach widzów przebierali się i charakteryzowali, przedzierzgając się w aktorów trupy komedii dell’arte, która miała zagrać bajkę Gozziego; spektakl był, jak pisze Kazimierz Braun, „triumfem teatralności, wesołej zabawy, gagów, żartów… tchnęła zeń uroda ludzi i życia, witalność, młodość”.
Dodajmy, że wielu spośród biorących udział w tej premierze artystów, po części debiutantów, osiągnęło potem w swym zawodzie nie byle jakie wyżyny – jak np. grający Kalafa Jurij Zawadski, później wybitny reżyser i przez dziesięciolecia znakomity szef moskiewskiego Teatru im. Mossowietu. „Księżniczka Turandot” utrzymywała się w repertuarze Teatru im. Wachtangowa (taką nazwę nadano mu w 1926 roku) aż po rok 2006 (sic!), i to bynajmniej nie jako szacowny, półmartwy zabytek, lecz jako spektakl wciąż przez publiczność w napięciu oglądany i entuzjastycznie fetowany; w 1997 roku obok gmachu teatru stanęła rzeźba wyobrażająca Turandot.
Po śmierci Wachtangowa obok spektakli bardziej lub mniej nawiązujących do jego stylistyki (np. klasyczny rosyjski wodewil „Lew Gurycz Siniczkin” Dmitrija Lenskiego w reżyserii Rubena Simonowa czy głośny, mocno krytykowany i po roku zdjęty z afisza „Hamlet” Szekspira w reżyserii Nikołaja Akimowa z muzyką Dmitrija Szostakowicza) pojawiły się oczywiście w placówce i przedstawienia wyrosłe z innych teatralnych tradycji i poetyk.
Od 1939 roku ster teatru na blisko pół wieku przejęła dynastia Simonowów: znakomity aktor i reżyser, wspomniany Ruben Simonow (także zresztą uczestnik pamiętnej premiery „Księżniczki…”), a po jego śmierci syn Jewgienij.
W repertuarze teatru sporą rolę odgrywała wtedy rosyjska dramaturgia współczesna – wśród najgłośniejszych przedstawień Rubena Simonowa znalazła się prapremiera „Irkuckiej historii” Aleksieja Arbuzowa (1959) ze wspaniałym duetem aktorskim Julią Borisową i Michaiłem Uljanowem oraz – z tymże duetem – prapremiera równie potem w radzieckich teatrach popularnej „Warszawskiej melodii” Leonida Zorina (1967), lirycznej opowieści o miłości młodej Polki i młodego Rosjanina, na której drodze stanęła bezlitosna polityka. Moja dość żywa znajomość z Teatrem im. Wachtangowa zaczęła się w połowie lat siedemdziesiątych i obu tych spektakli zobaczyć już nie zdążyłem; za to – z tych najznakomitszych i najbardziej dyskutowanych – zdołałem obejrzeć grany jeszcze od czasów wojny „Front” Ołeksandra Kornijczuka czy też nowego „Ryszarda III” Szekspira, ten pierwszy w reżyserii Rubena Simonowa, ten drugi – Raczii Kapłaniana, oba z Uljanowem w głównej roli.
Dane mi też było, i to dwukrotnie, widzieć jeden z największych hitów w dziejach tego teatru – „Damy i huzary” Fredry, przygotowane przez Aleksandrę Riemizową (jeszcze jedną uczestniczkę „Księżniczki…” z 1922 roku, występującą w roli Selimy) i w Wachtangowowskiej estetyce bardzo mocno osadzone.
Spektakl, którego premiera odbyła się u schyłku 1960 roku, został zagrany aż 756 razy (to chyba dla Fredry absolutny zagraniczny rekord) i zszedł z afisza dopiero po dwudziestu siedmiu latach; do tego wszystkiego w 1976 roku został zarejestrowany przez radziecką telewizję i potem był wielokrotnie przez nią emitowany, a dziś rejestrację tę można też bez trudu obejrzeć w internecie. Majora arcybrawurowo zagrał w tych „Damach i huzarach” inny gwiazdor tego teatru – Jurij Jakowlew; kiedy przystępował do prób, był od swego pięćdziesięciosześcioletniego bohatera ćwierć wieku młodszy, która to okoliczność ułatwiła mu dotrwanie w swej roli, zresztą jako jedynemu z obsady, do końca eksploatacji przedstawienia.
Potrafił też Jakowlew-Major do tego stopnia zauroczyć partnerującą mu w roli Zofii młodziutką Jekatierinę Rajkinę, córkę legendarnego Arkadija Rajkina, że ta została, choć nie na długo, jego małżonką.
Skądinąd Teatr im. Wachtangowa wobec polskiej dramaturgii okazywał w tych latach zainteresowanie na pewno ponadprzeciętne: w 1956 roku wystawił „Ostry dyżur” Lutowskiego, w roku 1962 – „Niemców” Kruczkowskiego, a w roku 1976 – „Lato w Nohant” Iwaszkiewicza, reżyserowane przez ówczesnego szefa Teatru Polskiego w Warszawie Augusta Kowalczyka, z Ludmiłą Maksakową jako George Sand. W owych latach siedemdziesiątych z tymże warszawskim Teatrem Polskim Teatr im. Wachtangowa połączyła specjalna umowa, której owocem była także wymiana aktorów – w wystawionych w obu placówkach przez Jewgienija Simonowa „Antoniuszu i Kleopatrze” Szekspira w jednym z przedstawień w Teatrze Polskim w tytułowych rolach można było ujrzeć Uljanowa i Borisową, zaś w Teatrze im. Wachtangowa – Kowalczyka i Krystynę Królównę.
*
W 1987 roku na czele teatru stanął Uljanow, który wnet zaprosił do współpracy ze swym zespołem całą grupę najgłośniejszych wtedy w Rosji reżyserów, w szczególności Roberta Sturua (wystawił tu pierestrojkowy „Pokój brzeski” Michaiła Szatrowa), Romana Wiktiuka (ten pokazał m. in. „Kurs mistrzowski” Davida Pownalla z Uljanowem, Jakowlewem i Siergiejem Makowieckim), Piotra Fomienkę (m. in. znakomici „Niewinni winowajcy” Aleksandra Ostrowskiego). Klasę reżyserską namaszczonego przez zmarłego w 2007 roku Uljanowa na swego następcę Rimasa Tuminasa, dziś na pewno jednego z czołowych inscenizatorów Europy, mogliśmy w Polsce poznać już całkiem dobrze – na przykład w przywiezionym przez Teatr Mały z Wilna w 2001 roku apokaliptycznym „Rewizorze” Gogola czy w pokazywanym przez Teatr im. Wachtangowa w 2010 roku ”Wujaszku Wani” Czechowa, równie tragicznej wizji zagłady świata Wojnickiego i Soni, jakby drugim „Wiśniowym sadzie”. Wśród najgłośniejszych spektakli Tuminasa w Teatrze im. Wachtangowa znalazł się też „Eugeniusz Oniegin” według Puszkina (2013), za którego otrzymał „Złotą Maskę” i który objechał już pół świata od Berlina, Paryża i Londynu poprzez Tbilisi i Tel Awiw po Pekin, Boston i Toronto.
Niezwykle oryginalną i nader gorąco przyjmowaną propozycją okazała się przygotowana przez Tuminasa „Przystań” (2011) – benefis dziewięciorga najbardziej znanych i zasłużonych aktorów tej sceny, występujących we fragmentach ról, których nigdy tu nie zagrali, a teraz sami na ów wieczór dla siebie wybrali; rzecz, przygotowana dla uczczenia 90-lecia placówki, pokazana została w ciągu siedmiu lat 158 razy, póki śmierć czworga spośród wykonawców nie zmusiła do zdjęcia jej z afisza.
A sam teatr pod kierownictwem Tuminasa rozrósł się już do rozmiarów niemal kombinatu: obok swej położonej przy Arbacie Sceny Głównej z widownią liczącą 1055 miejsc dysponuje teraz również zlokalizowanymi w najbliższym sąsiedztwie aż pięcioma innymi – Sceną Nową (250 miejsc), dwoma Scenami Simonowowskimi (po 119 miejsc), Kawiarnią Sztuki oraz sceną ściśle od lat związanej z teatrem wyższej uczelni – Instytutu Teatralnego im. Szczukina; może więc (i to robi) grać po kilka spektakli dziennie.
A obchody jubileuszu? Przed siedzibą teatru właśnie stanął pomnik Wachtangowa; wydany niedawno w Rosji dwutomowy wybór dokumentów i świadectw o działalności reżysera ukaże się po angielsku i po chińsku; przygotowany zostanie spektakl-promenada „Moskwa Wachtangowa – droga do Turandot”; odbędą się najróżniejsze warsztaty i sympozja. Na Arbat zjadą i w siedzibie teatru wystąpią zespoły z Omska (dokąd w czasie wojny ewakuowano część trupy, gdy inna część dawała przedstawienia na froncie, od Stalingradu do Berlina i Pragi), z Władykaukazu (gdzie ponadto w rodzinnym domu Wachtangowa powstanie centrum kultury), z Tary k/Omska (z tych okolic pochodził Uljanow) oraz z Wilna (gdzie przez lata pracował i po dziś dzień pracuje Tuminas); z kolei zespół wachtangowców po odbytych już jubileuszowych występach we Francji, Niemczech, Kazachstanie i na Litwie ma puścić się w podróż do kilku kolejnych krajów Europy, Azji i Ameryki Północnej.
Rosyjska telewizja „Kultura” ma pokazać rejestracje najsłynniejszych spektakli teatru, co już zresztą on sam zaczął robić na swej stronie internetowej w czasie minionych wakacji, prezentując tych spektakli blisko dwadzieścia, każdy przez cztery doby…