Armenia – Sarjan, Chaczaturian, Terterian

Choć obchodząca w tych dniach swe narodowe święto Armenia co do wielkości populacji czy też potencjału ekonomicznego nie liczy się do światowych potęg, choć przez wiele stuleci pozbawiona była samodzielnego bytu państwowego, a wiek dwudziesty nie szczędził jej wyjątkowo tragicznych doświadczeń, jak tureckie ludobójstwo w 1915 roku, katastrofalne trzęsienie ziemi w 1988 roku, po dziś dzień niewygasły konflikt z Azerbejdżanem – przecież w tymże ubiegłym stuleciu wkład w światową kulturę wniósł ten naród bardzo znaczny.

Miał zresztą do czego nawiązywać – nie od rzeczy będzie przypomnieć, że już pierwsze tysiąclecie naszej ery przyniosło Ormianom narodziny własnego alfabetu (Mesrop Masztoc, koniec IV stulecia), „złoty wiek” literatury armeńskiej w V stuleciu, potem słynny ludowy epos „Dawid z Sasunu”, wreszcie, już u schyłku X wieku, takie arcydzieło jak „Księga pieśni żałobliwych” Grzegorza z Nareku.
Wiek zaś dwudziesty w kulturze artystycznej Armenii – to dla mnie, obok wspaniałego reżysera Siergieja Paradżanowa, przede wszystkim trzy wielkie postacie ze świata malarstwa i muzyki: Martiros Sarjan, Aram Chaczaturian, Awet Terterian. Skądinąd żaden z tej trójki w Armenii się nie urodził, wszyscy jednak byli z dziada pradziada Ormianami, kraj i jego kulturę dobrze znali i obficie z tej kultury czerpali, zaś ich twórczość stała się prawdziwą emanacją armeńskości.
Wielkiego malarza Martirosa Sarjana (1880-1972) dane mi było spotkać jeszcze za jego życia, gdy na początku lat siedemdziesiątych znalazłem się w Erywaniu jako pilot grupy wycieczkowej studenckiego „Almaturu” (wspaniałego wtedy dla naszej studenterii okna na świat). W programie naszego erywańskiego pobytu znalazła się wizyta we wzniesionym dla Sarjana obok jego domu przez rząd Armenii okazałym trzykondygnacyjnym muzeum oraz krótkie spotkanie z artystą; nikt z nas wcześniej nie miał pojęcia o jego dorobku i pozycji, szczęściem dwóch studentów poznańskiej szkoły sztuk plastycznych, którzy zresztą też nigdy przedtem o Sarjanie nie słyszeli, pomogło nam zrozumieć, z jakiej klasy twórczością mamy do czynienia. Z ponad dziewięćdziesięciu lat życia, które wtedy Sarjan miał za sobą, w Armenii spędził nieco więcej niż połowę; urodził się w małej miejscowości koło rosyjskiego Rostowa nad Donem, założonej jeszcze w końcu XVIII wieku przez Ormian przesiedlonych przez Katarzynę II z Krymu, dokąd wcześniej trafili z dawnej armeńskiej stolicy Ani; malarstwa uczył się w Moskwie, między innymi u Sierowa i Korowina, gdzie też mógł poznać dzieła współczesnych twórców zachodnioeuropejskich, z których najsilniej wpłynęli nań fowiści. W bardzo wówczas bujnym życiu artystycznym Moskwy szybko zaczął brać aktywny udział, prezentując swe płótna na wystawach organizowanych przez stowarzyszenia „Błękitna Róża” i „Związek Artystów Rosyjskich” oraz czasopismo „Złote Runo”. Wtedy też rosyjskie muzea i rosyjscy kolekcjonerzy zakupili szereg jego dzieł, dzięki czemu możemy je dziś oglądać w moskiewskiej Galerii Trietiakowskiej (tu bodaj najsłynniejsze – „Palma daktylowa” z 1911 roku) czy też petersburskim Muzeum Rosyjskim, eksponowane, jako prace artysty tworzącego w Rosji, w zbiorach malarstwa rodzimego, podobnie jak obrazy Aleksandra Orłowskiego czy Henryka Siemiradzkiego. W 1921 roku Sarjan osiadł w Erywaniu, z którego na dłużej wyjeżdżał tylko w połowie lat dwudziestych do Paryża. Najpełniej i najsugestywniej wypowiedział się w malarstwie pejzażowym – nasyconych słońcem, o żywej kolorystyce, symboliczno-metaforycznych wyobrażeniach ojczystego armeńskiego krajobrazu, z jego górami, przyrodą, osiedlami ludzkimi; ważne miejsce w jego twórczości zajęły też studia martwej natury oraz portrety (z dramatycznym epizodem z ponurego roku 1937, kiedy to zniszczono jedenaście namalowanych przezeń podobizn wybitnych Ormian, uznanych wtedy za „wrogów ludu”).
Wśród tych, których portretował Sarjan, znalazł się też największy armeński kompozytor Aram Chaczaturian (1903-1978); jego wizerunek – to zresztą jedno z najbardziej znanych dzieł malarza. Chaczaturian z kolei przyszedł na świat w ormiańskiej rodzinie mieszkającej na przedmieściach Tbilisi, ale już jako osiemnastolatek podążył za starszym bratem, później znanym reżyserem teatralnym, do Moskwy; tam też uzyskał wykształcenie muzyczne, tam też do końca życia mieszkał. Jednak, podobnie jak Sarjana, inspirowała go przede wszystkim Armenia, z której muzycznego folkloru czerpał całymi garściami. Jak w pejzażach Sarjana, słoneczna Armenia dyszała pełną piersią zwłaszcza w balecie „Gajane”, z jego słynnym hitem „Tańcem z szablami”. Skomponowany w ciągu zaledwie dwóch miesięcy, jakby w nagłym błysku inwencji twórczej, znakomity Koncert skrzypcowy (1940) noszę w pamięci po dziś dzień jako jeden z tych utworów, który, przed laty usłyszany w Poznaniu, otwierał mi jako słuchaczowi drogę do świata muzyki XX stulecia; równie dobrze pamiętam wrażenie, jakie uczynił na mnie drugi znany balet Chaczaturiana – „Spartakus”, oglądany w Teatrze Wielkim w Moskwie kilka dni po śmierci kompozytora, kiedy to w hołdzie zmarłemu wystąpiła najlepsza, jaką można było wówczas sobie wyobrazić, obsada z Władimirem Wasiljewem na czele i kiedy po zakończeniu oszałamiającego spektaklu w poruszających słowach pożegnał kompozytora choreograf Jurij Grigorowicz, po czym na scenę spłynął olbrzymi portret Chaczaturiana, a dwa tysiące ludzi opuściło widownię w skupionym milczeniu. Do Polski zaglądał Chaczaturian niejeden raz, polska prapremiera „Spartakusa” miała miejsce w 1968 roku w Warszawie, „Gajane” – siedem lat później w Łodzi; w stulecie urodzin kompozytora Ludwik Erhardt pisał o nim jako o „chyba wśród wszystkich kompozytorów radzieckich najczęstszym i najserdeczniej przyjmowanym gościu muzyków polskich”. Zmarły w Moskwie, pochowany został jednak Chaczaturian w Erywaniu, podobnie jak Sarjan w pełniącym rolę narodowego armeńskiego panteonu Parku im. Komitasa; w rosyjskiej stolicy za to w 2006 roku wystawiono mu okazały monument, i to o lokalizacji nader symbolicznej, bo przed siedzibą Związku Kompozytorów Rosji, gdy i Szostakowicz, i Prokofiew otrzymali w Moskwie pomniki w innych miejscach i cokolwiek później. W 2018 roku Rosjanie nakręcili fabularny obraz „Taniec z szablami” – o Chaczaturianie pospiesznie pracującym nad partyturą „Gajane” w latach II wojny światowej w Permie, gdzie do wystawienia baletu już się sposobił ewakuowany tam z Leningradu Teatr im. Kirowa; ciekawy ten film można było za sprawą nieocenionego festiwalu „Sputnik” oglądać i u nas.
*
Tak pokrewne sobie charakterem, fascynujące witalnością i mieniące się soczystymi barwami malarstwo Sarjana i muzykę Chaczaturiana niejednokrotnie ze sobą zestawiano i do siebie przyrównywano; znakomity armeński kompozytor, którego gwiazda poczęła świecić pełnym blaskiem w ostatnich latach życia Chaczaturiana – Awet Terterian (1929-1994) swą najgłębszą więź z rodzimą tradycją manifestował w sposób od swego wielkiego poprzednika mocno odmienny. W stanowiących trzon jego dorobku ośmiu symfoniach panuje atmosfera właściwej kulturom Orientu skupionej kontemplacji, nieledwie mistycyzmu; określa się też je niekiedy jako symfonie „medytacyjne”. Wykorzystując różnorodne techniki – od staroarmeńskich form monodycznych po swobodną dodekafonię i poszukiwania sonorystyczne, posiłkując się dawnymi instrumentami ludowymi (np. kamanczą) kreuje Terterian w swej muzyce bardzo specyficzny świat, wymagający od słuchacza niezwykłej koncentracji, ale też oddziaływujący nań z siłą zaiste hipnotyczną; z pewnością znajdą się jeszcze tacy, którzy jak ja pamiętają wrażenie uczynione na „Warszawskiej Jesieni” w 1985 roku przez jego VI Symfonię. Niespodziewana, przedwczesna śmierć Terteriana (a odszedł w uralskim Jekatierinburgu, gdzie w latach dziewięćdziesiątych prowadził klasę kompozycji) była dla muzyki, nie tylko armeńskiej, wielką stratą.
*
Jeśli Ormianin Chaczaturian urodził się i wychowywał w Gruzji, to Ormianin Terterian przyszedł na świat i spędził dzieciństwo w Azerbejdżanie; w czasach ZSRR było to rzeczą najnaturalniejszą, tak liczne i różne narody Kaukazu i Zakaukazia obcowały ze sobą jak przyjaźni sąsiedzi, Azerbejdżanie nie prowadzili walk z Ormianami, Gruzini szanowali Abchazów i Osetyńczyków. Wrogość i konflikty, niestety trwające, a nawet umacniające się po dziś dzień, przyszły dopiero z rodzącą się transformacją ustrojową; jak i na tym przykładzie widać, z uporem w swoim czasie utrzymujący, że nacjonalizm to ostatnie stadium komunizmu, nasz polityczny guru Adam Michnik i w tym wypadku nie miał racji – w kapitalizmie nacjonalizmy czują się nieporównanie lepiej…

Setny sezon Teatru im. Wachtangowa

Dla cenionego i popularnego moskiewskiego Teatru im. Wachtangowa tegoroczny wrzesień oznacza początek setnego już sezonu; apogeum obchodów 100-lecia placówki ma przypaść na listopad przyszłego roku, a intensywne do nich przygotowania (Władimir Putin podpisał stosowne rozporządzenie już w sierpniu 2019 roku) każą się spodziewać, że rzecz przybierze bardzo duży wymiar. Tym bardziej to prawdopodobne, że zespół teatru, od trzynastu lat kierowany przez tyleż znakomitego reżysera, co świetnego organizatora – Rimasa Tuminasa, przeżywa teraz swój kolejny artystyczny wzlot.

Teatr im. Wachtangowa jest dziecięciem Wielkiej Reformy Teatru z przełomu XIX i XX stulecia, a jego założyciel i patron, Jewgienij Wachtangow (1883-1922) – jedną z najważniejszych postaci tej Reformy w Rosji, obok Konstantina Stanisławskiego, Wsiewołoda Meyerholda, Aleksandra Tairowa; jak pisze Jerzy Koenig, teatr rosyjski stał się w tym okresie najciekawszym i najważniejszym zjawiskiem w kulturze teatralnej świata. Urodzony w osetyjskim Władykaukazie i pochodzący z ormiańsko-rosyjskiej rodziny Wachtangow (notabene jedna z jego sióstr wyszła za mąż za polskiego socjaldemokratę, potem działacza państwowego w radzieckiej Rosji Mieczysława Kozłowskiego) od 1903 roku mieszkał w Moskwie, gdzie też początkowo został aktorem Moskiewskiego Teatru Artystycznego (MChT). W teatrze zaś, o którym piszemy, a który po różnych doświadczeniach studyjnych utworzył jesienią roku 1921 (najpierw jako III Studio MChT), zdążył zrealizować zaledwie trzy premiery – trawiony nowotworem żołądka, niebawem w bardzo młodym wieku zmarł.
Ostatnia z tych jego inscenizacji – „Księżniczka Turandot” Carla Gozziego (premiera odbyła się 27 lutego 1922 roku, Wachtangow był już zbyt chory, by dotrzeć na spektakl) zogniskowała w sobie wszystkie najgłówniejsze cechy jego reżyserskiej estetyki, stając się swego rodzaju artystycznym manifestem, jednym z najgłośniejszych w dziejach dwudziestowiecznej sztuki teatralnej w skali światowej.
Estetyka ta, którą sam Wachtangow nazywał realizmem fantastycznym, zakładała nieskrywaną umowność przedstawienia, a w jej ramach wyrazistość formy, wykorzystanie elementów satyry i groteski, ironiczny dystans gry aktorskiej, a przy tym wszystkim atmosferę optymizmu i radości.
W „Księżniczce Turandot” wykonawcy pojawiali się na scenie odziani we współczesne stroje wieczorowe, po czym na oczach widzów przebierali się i charakteryzowali, przedzierzgając się w aktorów trupy komedii dell’arte, która miała zagrać bajkę Gozziego; spektakl był, jak pisze Kazimierz Braun, „triumfem teatralności, wesołej zabawy, gagów, żartów… tchnęła zeń uroda ludzi i życia, witalność, młodość”.
Dodajmy, że wielu spośród biorących udział w tej premierze artystów, po części debiutantów, osiągnęło potem w swym zawodzie nie byle jakie wyżyny – jak np. grający Kalafa Jurij Zawadski, później wybitny reżyser i przez dziesięciolecia znakomity szef moskiewskiego Teatru im. Mossowietu. „Księżniczka Turandot” utrzymywała się w repertuarze Teatru im. Wachtangowa (taką nazwę nadano mu w 1926 roku) aż po rok 2006 (sic!), i to bynajmniej nie jako szacowny, półmartwy zabytek, lecz jako spektakl wciąż przez publiczność w napięciu oglądany i entuzjastycznie fetowany; w 1997 roku obok gmachu teatru stanęła rzeźba wyobrażająca Turandot.
Po śmierci Wachtangowa obok spektakli bardziej lub mniej nawiązujących do jego stylistyki (np. klasyczny rosyjski wodewil „Lew Gurycz Siniczkin” Dmitrija Lenskiego w reżyserii Rubena Simonowa czy głośny, mocno krytykowany i po roku zdjęty z afisza „Hamlet” Szekspira w reżyserii Nikołaja Akimowa z muzyką Dmitrija Szostakowicza) pojawiły się oczywiście w placówce i przedstawienia wyrosłe z innych teatralnych tradycji i poetyk.
Od 1939 roku ster teatru na blisko pół wieku przejęła dynastia Simonowów: znakomity aktor i reżyser, wspomniany Ruben Simonow (także zresztą uczestnik pamiętnej premiery „Księżniczki…”), a po jego śmierci syn Jewgienij.
W repertuarze teatru sporą rolę odgrywała wtedy rosyjska dramaturgia współczesna – wśród najgłośniejszych przedstawień Rubena Simonowa znalazła się prapremiera „Irkuckiej historii” Aleksieja Arbuzowa (1959) ze wspaniałym duetem aktorskim Julią Borisową i Michaiłem Uljanowem oraz – z tymże duetem – prapremiera równie potem w radzieckich teatrach popularnej „Warszawskiej melodii” Leonida Zorina (1967), lirycznej opowieści o miłości młodej Polki i młodego Rosjanina, na której drodze stanęła bezlitosna polityka. Moja dość żywa znajomość z Teatrem im. Wachtangowa zaczęła się w połowie lat siedemdziesiątych i obu tych spektakli zobaczyć już nie zdążyłem; za to – z tych najznakomitszych i najbardziej dyskutowanych – zdołałem obejrzeć grany jeszcze od czasów wojny „Front” Ołeksandra Kornijczuka czy też nowego „Ryszarda III” Szekspira, ten pierwszy w reżyserii Rubena Simonowa, ten drugi – Raczii Kapłaniana, oba z Uljanowem w głównej roli.
Dane mi też było, i to dwukrotnie, widzieć jeden z największych hitów w dziejach tego teatru – „Damy i huzary” Fredry, przygotowane przez Aleksandrę Riemizową (jeszcze jedną uczestniczkę „Księżniczki…” z 1922 roku, występującą w roli Selimy) i w Wachtangowowskiej estetyce bardzo mocno osadzone.
Spektakl, którego premiera odbyła się u schyłku 1960 roku, został zagrany aż 756 razy (to chyba dla Fredry absolutny zagraniczny rekord) i zszedł z afisza dopiero po dwudziestu siedmiu latach; do tego wszystkiego w 1976 roku został zarejestrowany przez radziecką telewizję i potem był wielokrotnie przez nią emitowany, a dziś rejestrację tę można też bez trudu obejrzeć w internecie. Majora arcybrawurowo zagrał w tych „Damach i huzarach” inny gwiazdor tego teatru – Jurij Jakowlew; kiedy przystępował do prób, był od swego pięćdziesięciosześcioletniego bohatera ćwierć wieku młodszy, która to okoliczność ułatwiła mu dotrwanie w swej roli, zresztą jako jedynemu z obsady, do końca eksploatacji przedstawienia.
Potrafił też Jakowlew-Major do tego stopnia zauroczyć partnerującą mu w roli Zofii młodziutką Jekatierinę Rajkinę, córkę legendarnego Arkadija Rajkina, że ta została, choć nie na długo, jego małżonką.
Skądinąd Teatr im. Wachtangowa wobec polskiej dramaturgii okazywał w tych latach zainteresowanie na pewno ponadprzeciętne: w 1956 roku wystawił „Ostry dyżur” Lutowskiego, w roku 1962 – „Niemców” Kruczkowskiego, a w roku 1976 – „Lato w Nohant” Iwaszkiewicza, reżyserowane przez ówczesnego szefa Teatru Polskiego w Warszawie Augusta Kowalczyka, z Ludmiłą Maksakową jako George Sand. W owych latach siedemdziesiątych z tymże warszawskim Teatrem Polskim Teatr im. Wachtangowa połączyła specjalna umowa, której owocem była także wymiana aktorów – w wystawionych w obu placówkach przez Jewgienija Simonowa „Antoniuszu i Kleopatrze” Szekspira w jednym z przedstawień w Teatrze Polskim w tytułowych rolach można było ujrzeć Uljanowa i Borisową, zaś w Teatrze im. Wachtangowa – Kowalczyka i Krystynę Królównę.
*
W 1987 roku na czele teatru stanął Uljanow, który wnet zaprosił do współpracy ze swym zespołem całą grupę najgłośniejszych wtedy w Rosji reżyserów, w szczególności Roberta Sturua (wystawił tu pierestrojkowy „Pokój brzeski” Michaiła Szatrowa), Romana Wiktiuka (ten pokazał m. in. „Kurs mistrzowski” Davida Pownalla z Uljanowem, Jakowlewem i Siergiejem Makowieckim), Piotra Fomienkę (m. in. znakomici „Niewinni winowajcy” Aleksandra Ostrowskiego). Klasę reżyserską namaszczonego przez zmarłego w 2007 roku Uljanowa na swego następcę Rimasa Tuminasa, dziś na pewno jednego z czołowych inscenizatorów Europy, mogliśmy w Polsce poznać już całkiem dobrze – na przykład w przywiezionym przez Teatr Mały z Wilna w 2001 roku apokaliptycznym „Rewizorze” Gogola czy w pokazywanym przez Teatr im. Wachtangowa w 2010 roku ”Wujaszku Wani” Czechowa, równie tragicznej wizji zagłady świata Wojnickiego i Soni, jakby drugim „Wiśniowym sadzie”. Wśród najgłośniejszych spektakli Tuminasa w Teatrze im. Wachtangowa znalazł się też „Eugeniusz Oniegin” według Puszkina (2013), za którego otrzymał „Złotą Maskę” i który objechał już pół świata od Berlina, Paryża i Londynu poprzez Tbilisi i Tel Awiw po Pekin, Boston i Toronto.
Niezwykle oryginalną i nader gorąco przyjmowaną propozycją okazała się przygotowana przez Tuminasa „Przystań” (2011) – benefis dziewięciorga najbardziej znanych i zasłużonych aktorów tej sceny, występujących we fragmentach ról, których nigdy tu nie zagrali, a teraz sami na ów wieczór dla siebie wybrali; rzecz, przygotowana dla uczczenia 90-lecia placówki, pokazana została w ciągu siedmiu lat 158 razy, póki śmierć czworga spośród wykonawców nie zmusiła do zdjęcia jej z afisza.
A sam teatr pod kierownictwem Tuminasa rozrósł się już do rozmiarów niemal kombinatu: obok swej położonej przy Arbacie Sceny Głównej z widownią liczącą 1055 miejsc dysponuje teraz również zlokalizowanymi w najbliższym sąsiedztwie aż pięcioma innymi – Sceną Nową (250 miejsc), dwoma Scenami Simonowowskimi (po 119 miejsc), Kawiarnią Sztuki oraz sceną ściśle od lat związanej z teatrem wyższej uczelni – Instytutu Teatralnego im. Szczukina; może więc (i to robi) grać po kilka spektakli dziennie.
A obchody jubileuszu? Przed siedzibą teatru właśnie stanął pomnik Wachtangowa; wydany niedawno w Rosji dwutomowy wybór dokumentów i świadectw o działalności reżysera ukaże się po angielsku i po chińsku; przygotowany zostanie spektakl-promenada „Moskwa Wachtangowa – droga do Turandot”; odbędą się najróżniejsze warsztaty i sympozja. Na Arbat zjadą i w siedzibie teatru wystąpią zespoły z Omska (dokąd w czasie wojny ewakuowano część trupy, gdy inna część dawała przedstawienia na froncie, od Stalingradu do Berlina i Pragi), z Władykaukazu (gdzie ponadto w rodzinnym domu Wachtangowa powstanie centrum kultury), z Tary k/Omska (z tych okolic pochodził Uljanow) oraz z Wilna (gdzie przez lata pracował i po dziś dzień pracuje Tuminas); z kolei zespół wachtangowców po odbytych już jubileuszowych występach we Francji, Niemczech, Kazachstanie i na Litwie ma puścić się w podróż do kilku kolejnych krajów Europy, Azji i Ameryki Północnej.
Rosyjska telewizja „Kultura” ma pokazać rejestracje najsłynniejszych spektakli teatru, co już zresztą on sam zaczął robić na swej stronie internetowej w czasie minionych wakacji, prezentując tych spektakli blisko dwadzieścia, każdy przez cztery doby…

Obiad Jasia z Premierem

Nie tak dawno, bo jakieś niespełna parę lat temu, cała władza miasta i powiatu sokołowskiego została ,,postawiona na baczność”. Sam wicepremier i Minister Kultury i Sztuki w jednym, czyli Józef Tejchma, przyjeżdża! Tak Dostojnego Gościa Sokołów na oczy nie widział. Niezapowiadane „gospodarskie wizyty” także nie były jeszcze w modzie. Poruszenie ogromne. Sztaby pracują – co robić? Jak robić? Narada goniła naradę. Pisano i zmieniano scenariusze pobytu. Rozdzielano zadania i zaproszenia do wspólnego stołu z gościem…

Skąd ten honor dla miasta? Trudno dziś uwierzyć, ale chodziło tylko i wyłącznie o … kulturę! Konkretnie o „sokołowski eksperyment”. Gazety i tygodniki rozpisywały się o nowym modelu funkcjonowania placówek kultury, zjeżdżali goście z całego kraju, bo Ministerstwo Kultury i Sztuki – nie bez oporów – zezwoliło na przełamanie stereotypu zarządzania i finansowania kultury w mieście i powiecie.
Pomysł był prosty – zintegrować pod wspólnym kierownictwem Powiatowy Dom Kultury, bibliotekę, kino, ogniska artystyczne oraz zapewnić im wszystkim jedno źródło finansowania, jeden budżet w miejsce wielorakości środków państwowych, lokalnych, społecznych. Słowem – ułatwić współdziałanie, zespolić inicjatywy, zaoszczędzić pieniądze, których zawsze brakowało, lepiej i sensowniej wykorzystać kadrę pracowników, lokale. A więc – nie każdy sobie i na swoim, a wszyscy razem na rzecz rozwoju życia kulturalnego w mieście i powiecie.
Ten nowy model działania placówek kultury opracowano i wprowadzono w życie nie gdzie indziej a właśnie w Sokołowie. Jako eksperymentalny i jedyny w kraju! Po roku eksperymentowania ,,sokołowski model” miał być upowszechniany w innych regionach Polski. Premier Tejchma chciał więc na własne oczy zobaczyć, jak „to to” funkcjonuje, jak się sprawdza w działaniu i przekonać się, czy warto takie rozwiązania popierać.
Mnie – promotorowi ,,eksperymentu” – moim koleżankom i kolegom w Powiatowego Ośrodka Kultury ogromnie zależało na dobrej ocenie naszej pracy. Stawaliśmy na głowie, by wszystko wypadło jak najlepiej. A z nami – oczywiście – działał nasz równie niezawodny, co nieprzewidywalny ,,najlepszy kierowca świata” Janek Godlewski. Był podniecony stosownie do rangi wydarzenia, a nawet bardziej. Pogadałem więc z nim w cztery oczy, by utemperować emocje i wykluczyć ewentualne ,,genialne” pomysły, z których był znany.
Wszystko szło jak z płatka. Nasz Gość zwiedził Powiatowy Ośrodek Kultury i wszystkie znajdujące się w nim placówki: kino, bibliotekę, studio nagrań, pracownię filmową i fotograficzną, ogniska artystyczne, radio-klub, pracownię usług plastycznych, kawiarnię…. Wszędzie oczywiście tętniło życie, więc wszędzie z wszystkimi wdawał się w rozmowy, ,,drążąc” temat i nabierając przekonania, że ,,eksperyment sokołowski” ma się dobrze, sprawdza się w działaniu.
Wizytowanie trochę się przeciągnęło, ale obiad też przygotowaliśmy u siebie, więc niespodzianek być nie powinno. O dobry stół i miłą obsługę zadbała restauracja PSS „Podlasianka”, a Jaś Godlewski pomagał w dowożeniu wszystkiego z jej kuchni i kredensu do naszej specjalnie urządzonej „sali biesiadnej”. Idziemy więc na obiad zadowoleni zadowoleniem Gościa, otwieramy drzwi, zapraszamy na poczęstunek, a tu… na honorowym miejscu za stołem siedzi sobie nasz nieoceniony Janek i pałaszuje kanapki. Konsternacja, zamieszanie.

  • Co on tu robi? Skąd się wziął? Kelnerki pobladły, co niektórzy zesztywnieli, a premier jakby nigdy nic wita się z niespodziewanym gościem i pyta, które kanapki lepsze, ze śledziem czy z szynką? Zaprasza do stołu… Zasiadł więc Jasiu przy premierze i nawet nie czekając na zakończenie przemówienia I sekretarza KP PZPR wypalił: ,,Panie Premierze, czy Panu nie wstyd, że ja, kurna, nasze zespoły muszę wozić po kraju i za granicę takim ,,rzęchem?” Miejscowymi władzami zatrzęsło z oburzenia, a towarzysz Premier na to: „Ja się nie wstydzę, ale pan przewodniczący Powiatowej Rady Narodowej mógłby się zawstydzić, jeżeli jest tak, jak mówicie”. A Jasiu dalej: – Pan przewodniczący już dawno, kura, kupiłby mi „Autosana”, ale nie może, kura, bo nie ma limitu, kura, na zakupy inwestycyjne i asygnaty na autokar, kura.
  • No to jesteśmy w domu – mówi wyraźnie rozbawiony Premier. – Ja załatwię asygnatę i dam połowę środków. Jeśli pan przewodniczący dołoży resztę — bierzcie autokar i… w drogę!
    Nie minął miesiąc, a Jaś z fasonem podjechał pod Ośrodek Kultury nowiusieńkim ,,Autosanem”, a jego szelmowski uśmiech mógł oznaczać tylko jedno – Widzicie? Tak się załatwia sprawy! Miał farta, ale… trafił na wicepremiera i Ministra Kultury Józefa Tejchmę. Ot, co!

Kacperek

Jak każdy dziadek lubię rozmowy z wnukiem. Kacper jest uczniem 6 klasy mojej byłej szkoły w „ruskich dołach „Gadamy najczęściej o piłkarzach, o zmarnowanych okazjach naszych napastników o błędach sędziowskich.

Kacper rośnie na dobrego piłkarza i już imponuję mi opanowaniem piłki oraz dryblingiem ,za moich piłkarskich czasów rzadko spotykanych na sokołowskim stadionie. Ostatnio jego uwagę zawładnął okolicznościowy artykuł o wyzwoleniu Sokołowa przez Armię Czerwoną 8 sierpnia 1944 roku, jaki pisałem dla gazety . Ze sportu nasza dyskusja przeszła na sprawy wojny, hitlerowskiej okupacji i moich dziecięcych przygód. naznaczonych strachem, śmiercią ojca, obserwowanych przez dzieci morderstw Żydów i egzekucji polskich patriotów pod tzw. zgórkiem u zbiegu ulic Długiej ,Siedleckiej i Repkowskiej.
Kiedy na pytanie „ Lepiej powiedz dziadku ilu zabiłeś Niemców? Odpowiedziałem że ani jednego bo miałem mniej lat jak Ty dzisiaj , zauważyłem wielkie rozczarowanie w oczach mojego wnuka. A kiedy opowiedziałem ,że jeden z żołnierzy niemieckich pilnujących bramy getta dał mi prawdziwą czekoladę za to że przyniosłem z domu kubek wody- nazwał mnie kolaborantem. Poprawiłem troszkę swoją reputację opowieścią jak ze Zdziśkiem Bałkowcem rzucaliśmy przez płot do naszych kolegów Żydów jabłka i marchewki z podwórka gdzie mieszkał . na ulicy Siedleckiej 4 lub 6 . Ale fakt że przez 5 lat okupacji nie zabiłem żadnego Niemca i nie uratowałem żadnego żydowskiego kolegi wystarczył małemu patriocie na rozczarowanie Zastanawiam się skąd u dzieci ,dziesiątki lat po wojnie ,biorą się takie bojowe postawy. Czy szkoła uczy jak zabijać Niemców ,Ruskich i Ukraińców czy ,co w moim przekonaniu powinna uczyć , jak z nimi budować, mimo trudnej przeszłości dobrą sąsiedzką wspólpracę.
Pamiętam ze swoich szczenięcych lat jak prof. Paweł Kamiński uczył nas strzelania i musztry na lekcjach Przysposobienia Wojskowego, jak zdobywaliśmy odznaki ” Bądź sprawny w pracy i obronie” Jak biliśmy rekordy Szkoły w rzucie granatem. albo w biegu na 3 km. Wielu kolegów zaraz po 9 klasie poszło do szkól oficerskich uznając że nie matura lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera. I trzeba przyznać ,że zostali oficerami po ukończeniu wojskowych matur i studiów wyższych. Jak Stasiek Stolarczuk, Rysiek Saczuk czy Mietek Harasim.
Taki kurs na wojsko był w latach pięćdziesiątych wymuszony na programach szkolnych przez okres tzw. ” zimnej wojny „ dwóch wrogich wobec siebie systemów politycznych kapitalistycznego i socjalistycznego. Straszono nas imperialistami i zdrajcą Tito. Wpajano wrogość do Mikołajczyka i Andersa. Kazano zbierać podpisy o ułaskawienie skazanych w USA za szpiegostwo na rzecz Związku Radzieckiego małżonków Rosenbergów. Takie kanony edukacyjno- wychowawcze obowiązywały w mojej szkole w latach 1951-1955 A poza szkołą w mieszkaniu Bolka Bałkowca, który nigdy nie chciał wstąpić do szkolnego koła ZMP i wsławił się dorysowaniem na Gazetce Sciennej sarmackich wąsów Stalinowi, słuchaliśmy z wypiekami na twarzach rewalacji pułkownika J. Swiatły o Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego którego był wysokiej rangi funkcjonariuszem. zanim spylił na Zachód. Bolek miał radio marki Pionier z dobrym odbiorem fal krótkich na których nadawało Radio Wolna Europa.
Z tych audycji dowiedzieliśmy się o zbrodni w Katyniu. To były nasze bezpłatne ale znaczące korepetycje do lekcji historii. I chociaż pobieraliśmy je kosztem rozwiązywania reguł matematycznych z czego nie był zadowolony nasz wspaniały wychowawca i matematyk prof. Henryk „Listek” Wiśniewolski to jednak doprowadził nas do matury.
Teraz ja staram się mojemu wnukowi zrozumieć naszą historię a że moja narracja często różni się od szkolnej nie tylko tworzy zamęt w jego głowie ale też zmusza do myślenia i dalszych poszukiwań. Na szczęście ma gdzie szukać mając jeszcze nieograniczony dostęp do Internetu.
Ostatnio zadziwił mnie informacją, że Borman- sekretarz NSDAP nie zginał w oblężonym Berlinie uciekając z bunkra Hitlera lecz dożył swoich dni w Związku Radzieckim. Teraz ja buszuje w Internecie by sprawdzić jakie naprawdę były losy z najbliższego współpracownikiem Hitlera. Historia jest fascynującą dyscypliną naukową i chociaż każda zmiana polityczna stara się ją interpretować dla siebie pozostają matki i ojcowie, babcie i dziadkowie , którzy powiedzą swoim następcom jak naprawdę było.
Warto ich słuchać o czym przekonałem się na spotkaniu koleżanek i kolegów Kacpra z 6 klasy mojej dawnej szkoły w której gdyby nie przewodnik bym zabłądził . Tak się rozbudowała. Tylko kancelaria jest tam gdzie była i gdzie nasza pani -Maria Wolańska pozostawiała swojego jamnika Bumsa pod opieką koleżanek, zanim Tadek Lipski odprowadzi go do jej domu. Taki przywilej miał w naszej klasie tylko Tadek i dlatego zazdrośni koledzy dali mu ksywkę Bums.

Robiąc w „siedleckiej kulturze”

Niedawno Tygodnik Siedlecki poprosił mnie bym opowiedział o mojej pracy w siedleckiej kulturze w latach 1976 – 1990. Opowiedziałem – bo było o czym. Czytam teraz ten wywiad i nie mogę się nadziwić, dlaczego odarto go z nazwisk, które przytoczyłem w prawdziwym korzystnym kontekście.

Te nazwiska to Mieczysław Rakowski- Premier reformator Zofia Grzebisz – Nowicka Wojewoda Siedlecka , Wacław Janas –WICEMINISTER Kultury i Sztuki , Stanisław Lewocik –Przwodniczący Wojewódzkiej Rady Narodowej Leopold Grzegorek – przewodniczący Komisji Kultury WRN , Zbigniew Wiedeński –dyrektor Wydziału Finansowego Urzędu Wojewódzkiego w Siedlcach.
To dzięki ich zrozumieniu , inspiracji i konkretnej pomocy mogłem przez 17 lat aktywnie działać w Siedlcach w likwidacji wieloletnich zaniedbań i opóźnień w cywilizacyjnym i kulturowym rozwoju miast i wsi Podlasia i Wschodniego Mazowsza .Reformy gospodarcze premiera Rakowskiego ujęte w haśle„ Co nie jest zabronione – Jest dozwolone „ pozwoliły na utworzenie Zakładu Remontowo – Budowlanego Obiektów Kultury przy Wydziale Kultury i Sztuki UW. Rozwiązany został problem wykonawstwa i budowy czynami społecznymi Gminnych Ośrodków Kultury i remontów zabytkowych dworów i pałaców na siedziby placówek kultury.
Przywołuję te nazwiska by im podziękować i ocalić od zapomnienia ludzi i ich pracę w czasach PRL –u. Ostatnio opisuję zdjęcia z archiwum Sokołowskiego Ośrodka Kultury zawierającego 7 000 zdjęć ze wszystkiego co się ruszało w mieście i powiecie sokołowskim od 1964 do 1976 roku Od gospodarczych wizyt Edwarda Gierka w Sterdyni i Józefa Tejchmy w Powiatowym Ośrodku Kultury po dewizowy odłów zajęcy, otwarcie szpitala powiatowego , różne akademie i imprezy.
To archiwum jest dowodem, że tylko w chorych zaślepionych nienawiścią głowach może się rodzić przekonanie , że PRL był czarną dziurą w naszej najnowszej historii. Ale przede wszystkim chciałem dziś podziękować moim koleżankom i kolegom z Wydziału Kultury i Sztuki którzy ochraniali mnie i wspierali we wszystkich ryzykownych działaniach.
Dziękuję Wiesi Wadasowej, kierującej moim biurem i przepraszam za to, że tyle razy musiała tłumaczyć Szefom moją nieobecność w biurze oraz szukać mnie w rozległym województwie bym zdążył na pilną naradę u wojewody lub w komitecie. Dziękuję pracowitym i skrupulatnym księgowym Teresie Drzewieckiej i Jasi Grabowskiej pilnujących bym nie popełnił więcej błędów niż popełniałem Dziękuję Eli Kieliszkowej, łączącej urodę z przebojowością i talentem. Wszystkim moim współpracownikom dziękuję i dzielę się z nimi swoim sukcesem, wreszcie dostrzeżonym, bo wspólnie osiągniętym.
Byliśmy, jesteśmy i będziemy jedną drużyną co potwierdzają spotkania animatorów kultury w Domu Pracy Twórczej „Reymontółwka „w Chlewiskach. Nie znam środowiska zawodowego, które jak my ludzie kultury byliby tak zintegrowani. Wzajemnie życzliwi i wspierający się.
Gdyby tak było w innych grupach zawodowych, wśród nowych i starych pracowników różnych instytucji nasze życie byłoby o wiele przyjemniejsze. Nie umiem wymazać z pamięci żalu jaki miał śp. Zygmunt Błachnio do swojego następcy Prezesa Spółdzielni Mleczarskiej w Sokołowie, który nie zaprosił go na jubileusz tej zasłużonej dla miasta i rolników instytucji. Szkoda, bo może skorzystałby z wiedzy i doświadczenia swojego kolegi i nie doprowadził firmy do upadku.
Nie byłbym sobą gdybym nie wspomniał o powodach mojego odwołania. Czytam artykuły z gazet, protokoły różnych nasyłanych komisji analizuję je i dochodzę do wniosku , że w mechanizmach niszczenia ludzi aktywnych nic się nie zmieniło..Wystarczy narazić się jakiemuś bonzie. O n uruchomi pismaków.
Wyślę komisje z zadaniem znalezienia jakiś .uchybień i jesteś ugotowany. Nikt nie zada sobie trudu obiektywnej oceny twojej pracy, nikt Ci nie pomoże i nikt Cię nie wysłucha W moim przypadku, bolszewicy z „Solidarności pracowników kultury z bolszewikami z ” białego domu” porozumieli się bo pierwsi chcieli mieć dostęp do dużych pieniędzy które pozyskiwałem dla kultury siedleckiej i dysponować tymi pieniędzmi, bez stosownej wiedzy, pozostawiając mnie odpowiedzialność za nie swoje decyzje.
Tym drugim wydawało się, że jak poświęcą popularnego i nagradzanego dyrektora oddalą od siebie wyroki rewolucji ustrojowej i zachowają swoje wpływy i przywileje. Myślę, że pora o tym rozrachunku z przeszłością pisać co też planuję skoro spotykają mnie tak miłe gesty jak’ Złoty Jacek”wręczony z a byłe zasługi dla Siedlec i województwa siedleckiego.
Piszę teraz do lokalnych gazet felietony pod tytułem „TAK BYŁO” w których w lekkiej satyrycznej formie ukazuje absurdy pracy i życia w Polsce Ludowej. Czasami mi zamieszczają ale obwąchują z każdej strony by nie narazić się ukrytym wydawcom. Zapomnieli o przykazaniu Wielkiego Polaka że ”prawda Was wyzwoli”. Tak więc mam już pokaźny zbiorek takich felietoników i teraz odkładam z emerytury na ich wydanie.
Marzy mi się też poważniejsza książka opisująca dziesięciolecie kultury siedleckiej z lat 1976-1986.Tu potrzebne jest jednak większe zaangażowanie byłych pracowników instytucji i placówek kultury byłego województwa siedleckiego.
Będę o to prosił moje koleżanki i moich kolegów i wierzę , że mi nie odmówią. Tymi książkami podziękuję kapitule Złotego Jacka kierowanej przez profesora Piotra Matusaka za tę sympatyczną nagrodę .

Kultura po zarazie

Wszyscy głowią się, jak będzie wyglądał świat po zarazie, jak zmieni się życie kulturalne po jego odmrożeniu. Czy wróci w utarte koleiny, czy obierze inny, nieznany kierunek?

To oznacza, że nastała pogoda dla wizjonerów i proroków. Kto jednak nie ma zadatków na proroka, może sięgnąć po wyniki coraz częściej publikowanych sondaży, ankiet i badań opinii, z których wyłania się przybliżony obraz tego, co nastąpi.
Sporo ciekawych wniosków podpowiadają
wyniki sondażu
przeprowadzonego w dnia 8-14 maja, a więc w okresie rozwiniętej już pandemii w połowie marca przez grupę badaczy z Centrum Kultury w Lublinie, przy wykorzystaniu narzędzi i komentarzy dr. Mariusza Gwozdy z Fundacji na rzecz Badań i Inicjatyw Społecznych. Przy wszystkich możliwych i zasadnych zastrzeżeniach, że to tylko sonda, że badania niereprezentatywne, że całkowicie dobrowolnie pozyskane odpowiedzi od przede wszystkim – jak można się domyślać – dotychczasowych odbiorców oferty kulturalnej tego Centrum, warto je dokładnie przestudiować.
Wzięło w nich udział ponad 700 osób, w większości o wyższym wykształceniu i bez wątpienia wyższym od przeciętnego standardzie potrzeb kulturalnych i rzeczywistego uczestnictwa w kulturze. Na pytanie bowiem jak często ankietowani – przez pandemią – korzystali ze spektakli, koncertów, seansów filmowych zadeklarowało, że raz w tygodniu (22 procent) albo częściej niż raz w tygodniu (14 procent) lub co najmniej raz w miesiącu (19 procent) albo częściej niż raz w miesiącu (27 procent). Sumując te wyniki otrzymujemy imponujący wskaźnik 82 procent ankietowanych, którzy uczestniczą co najmniej raz w miesiącu w wydarzeniu artystycznym. To wynik znacznie przekraczający przeciętną krajową. Pamiętajmy, że badania są prowadzone w Polsce, gdzie przeciętny rodak sięga po książkę rzadziej niż raz na dwa lata, a tzw. tzw.
indeks praktyk kulturalnych
przyjęty w Unii Europejskiej do badania poziomu uczestnictwa w kulturze sytuuje nas na końcu unijnej tabeli. Tak więc, wracając do ankietowanych, reprezentują oni, jeśli nie elitę, to z pewnością grupę znacznie bardziej zaawansowanych uczestników kultury od przeciętnej krajowej. Co zresztą potwierdza ich odpowiedź na pytanie: „Czy uczestnictwo w życiu kulturalnym i korzystanie z oferty instytucji kultury jest dla Pana/i ważne?”. Okazało się, że aż 91 procent ankietowanych odpowiedziało na tak postawione pytanie twierdząco.
Warte uwagi są wyniki sondażu dotyczące preferencji wyboru propozycji kulturalnych online, od których zrobiło się aż tłoczno w Internecie. Wbrew oczekiwaniom ankietowani traktują niemal równorzędnie spektakle (49 procent), koncerty (48 procent) i filmy (51 procent). Rzecz inaczej wyglądała, kiedy zapytano badanych o ich gotowość bezpośredniego uczestnictwa w imprezach kulturalnych już po ustąpieniu pandemii. Wtedy rozkład preferencji przedstawiał się następująco: najwięcej zwolenników zebrały koncerty (34), projekcje filmowe w kinach (18 procent) i spektakle (17 procent), ale i tak wyraźna pozostała przewaga kontaktu z żywym wykonawcą, co – jaki komentuje dr Gwozda dowodzi, że odbiorcy kultury stęsknili za bezpośrednim kontaktem z artystami i wyżej cenią sobie spektakle i koncerty (łącznie) od „bezdotykowego” kina. To dość krzepiąca wiadomość dla twórców teatralnych, bo – jak wiadomo – bezpośrednie oddziaływanie, tworzenie żywej wspólnoty jednego wieczoru jest fundamentem sztuki teatralnej, bez której sztuka teatru nie może się obejść.
Wspomniane deklaracje nie oznaczają, że odbiorcy kultury nie wyrażają poważnych obaw czy wahań związanych z uczestnictwem w imprezach masowych. Chętniej przewidują swój udział w spotkaniach czy zdarzeniach kameralnych niż w wielkich imprezach. Wiele osób wyraża wątpliwości, czy podczas imprez masowych rzeczywiście będzie dotrzymywany reżim sanitarny, czy bliskość fizyczna wielu osób nie stworzy na nowo zagrożenia epidemicznego. Jak widać, obawy, jakie wniosła – być może na trwałe – do naszego życia pandemia. Można się spodziewać, że podobnego typu obawy będą nam towarzyszyć jeszcze bardzo długo, nawet po wygaśnięciu je ognisk, oddziałując na zachowania i obyczaje kulturalne. Tak czy owak, będzie musiało upłynąć trochę czasu, nim publiczność na nowo uwierzy w bezpieczeństwo korzystania z sal teatralnych, koncertowych czy kin.
Może jeszcze bardziej znaczące, choć w samym badaniu we wspomnianej ankiecie specjalnie nieeksponowane są odpowiedzi na pytanie o
deklarowany poziom wydatków
ponoszonych na zaspokojenie potrzeb kulturalnych. Większość, bo 38 procent ankietowanych deklaruje utrzymanie dotychczasowego poziomu wydatków na kulturę, 10 procent jest gotowych zwiększyć te wydatki, ale aż 24 procent zapowiada ich zmniejszenie.
To bardzo ważna przestroga dla polityków i organizatorów życia kulturalnego. Oznacza bowiem, że aż co czwarty odbiorca kultury zamierza redukować swoje wydatki na kulturę. Wprawdzie nie wiemy w jakim stopniu, a także nie towarzyszą tej deklaracji żadne bliższe motywacje, ale nietrudno je sobie wyobrazić. Jeśli pamiętać o ekonomicznych skutkach zamrożenia gospodarki, spodziewanym i już następującym zubożeniu społeczeństwa, a więc i spadku siły nabywczej konsumentów kultury, wyjaśniają się powody zapowiadane zmniejszenie wydatków na kulturę . To ważna informacja także dla polskiej lewicy, w której programach zawsze akcentowano walkę o zapewnienie dostępności kultury, o niwelowanie występujących wciąż nierówności, które tę dostępność limitują. Prawdę mówiąc, wszystkie pozytywy omawianej ankiety, przyćmiewa ta ostatnia informacja. Jeśli bowiem rzeczywiście aż czarta część odbiorców kultury obniżyłaby poziom wydatków na kulturę, musiałoby to nieuchronnie doprowadzić do bardzo niepokojących skutków, zwłaszcza biorąc pod uwagę osłabioną wydolność finansową wielu instytucji artystycznych. Jeśli do tego dodać spodziewane obniżenie wpływów z biletów związane z koniecznością przestrzegania reżimu sanitarnego, sytuacja finansowa teatrów, filharmonii, kin, a nawet części muzeów może prowadzić do ich bankructwa. To z kolei tworzyłoby nowe „dziury” w sieci instytucji kulturalnych, a więc sprzyjało pogarszaniu się dostępności do kultury, Groziłby to w rezultacie efektem błędnego koła dekulturacji. Żeby temu niebezpieczeństwu zapobiec, trzeba już teraz myśleć o programie osłonowym, który chroniłby najsłabszych przed wykluczeniem z kultury.
Osobną częścią lubelskiej ankiety były opinie i propozycje uczestników – trudne do jakiegoś statystycznego uśrednienia – na temat powstałej w wyniku pandemii sytuacji i przyszłości. Niektóre z nich na pewno warte są uwagi i przemyślenia. Odsłaniają bowiem kierunek myślenia, jaki obrali odbiorcy kultury, a tym samym poniekąd zaproponowali organizatorom życia kulturalnego. Trudno je tutaj wszystkie omawiać, dla przykładu zacytuję tylko dwie z przytaczanych odpowiedzi na ankietę:
„Myślę, że to dla instytucji kultury może być nowy start. Nie wrócicie do tego, co było, tak samo, jak reszta z nas. Trzeba wykorzystać Internet nie jako dodatek do działalności kulturalnej, ale jako jedną z form, by utrzymać kontakt z ludźmi, którzy nigdy nie byli u Was, a Internet sprawia, że są i będą Waszymi odbiorcami”.
I drugi wpis:„Otwarcie świata po epidemii powinno być nowym otwarciem dla wszelakich idei, inicjatyw i działań. Należy wykorzystać zaistniałą sytuację do przeprowadzenia szeregu zmian, nie tylko tych związanych z wirusem. Zachęcam Państwa do wypełniania swojej misji w taki sposób, aby kultura zbliżała ludzi”.
Jak więc widać, to poważne oczekiwania. Apetyt na kulturę wcale nie maleje, ale zmieniają się warunki korzystania z jej dobrodziejstwa.

Lewica winna bronić inteligenckiego ethosu

– Pogarda jest naprawdę jednym z kluczowych zagadnień polskiej mentalności i jeśli rozejrzymy się wokoło, a zwłaszcza przyjrzymy się życiu politycznemu, to zobaczymy, że ta konstatacja jest nadal, niestety, jaskrawo aktualna. Pogarda dla innego, gorszego, napiętnowanego przeszłością jest podstawowym dziś motywem polityki w Polsce z prof. Krzysztofem Kłosińskim, historykiem i teoretykiem literatury, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

W zeszłym roku upłynęła 50 rocznica śmierci Witolda Gombrowicza, ukazała się też jego pierwsza, obszerna, dwutomowa biografia autorstwa Klementyny Suchanow. Przeszła jednak bez większego echa. Gombrowicz przestał być istotną postacią w publicznej debacie?
Bez przemyślenia Gombrowicza i bez tej całej sfery krytyki wizji sienkiewiczowskiej, którą zapoczątkował Prus i kilku jego współczesnych, w tym Stanisław Brzozowski w „Legendzie Młodej Polski”, trudno mówić o świadomym udziale w polskiej sferze życia umysłowego, w nowoczesnej świadomości polskiej. Bunt Gombrowicza przeciw Sienkiewiczowi to główny węzeł nowoczesnej świadomości polskiej inteligencji. Z kolei Gombrowicz jest nielubiany przez pewne kręgi polskiej – powiedzmy to tak ogólnie – konserwatywnej prawicy. Jest coś groźniejszego, co się za tymi głosami kryje. Radykalne nastawienie antyinteligenckie. Stosunek do Sienkiewicza był od samego początku kryterium stosunku do polskości: czy ma być ona tradycjonalistyczna, katolicka, „przedmurzowa” (Matka Boska kiwa z nieba Longinusowi obcinającemu głowy poganom), czy nowoczesna, laicka. Właśnie w dyskusji z Sienkiewiczem kształtował się ten drugi model – od Prusa, przez Brzozowskiego, po Gombrowicza. I on budował ethos inteligenta. Polski inteligent mówił Gombrowiczem, bo to mu dawało immunologiczną odporność na nowomowę.
Sienkiewicza nie lubi Pan czytać?
Tak się złożyło, że na uroki Sienkiewicza jestem dość uodporniony. Mój ojciec był partyzantem i, jak wielu partyzantów, lubował się w Sienkiewiczu. Z wczesnego dzieciństwa pamiętam więc liczne wieczorne czytania Sienkiewicza i tę jakże niezdrową egzaltację, która polegała na totalnym odlocie, czyli całkowitej ucieczce od rzeczywistości (ojciec miał za sobą stalinowskie więzienie). Ale rzecz nie w moim upodobaniu do Sienkiewicza, czy jego braku, lecz w tym, że to nie jest pisarz, który powinien koronować szkolny kanon polskiej literatury. Wizja sienkiewiczowska jest już bardzo anachroniczna i pokazuje – jak mówił Brzozowski – Polskę „zdziecinniałą”.
W dużym stopniu zgadzam się, aczkolwiek n.p. badaczka z Białegostoku, profesor Jolanta Sztachelska przekonuje w swoich pracach, że Sienkiewicz nie był aż tak zakamieniałym konserwatystą za jakiego się go uważa, lecz umiarkowanym sceptykiem, który pod kostiumem tradycjonalisty skrywał całkiem nowoczesne spojrzenie na świat. A ponieważ Sienkiewicz należy do kanonu, mam pytanie o sens koncepcji kanonu lektur jako takiego. Kanon z założenia jest zbiorem wyselekcjonowanych, zadekretowanych, odświętnie wypucowanych najlepszych okazów literatury, a przecież kultura, literatura to gęsty, „nieplewiony” ogród „okazów” bardzo zróżnicowanych, także jakościowo, to całość, w jej splątaniu, w sprzecznościach. Czy można zrozumieć literaturę pomijając to splątanie?
No właśnie, nie można, bo wtedy ta perspektywa się zawęża, redukuje, chociaż ze względu na realia trzeba się pogodzić z tym, że na poziomie edukacji szkolnej nie da się przekazać uczniom całego dziedzictwa w jego złożoności. To jednak nie oznacza, że można proponować takie rzeczy, jak usunięcie z kanonu Gombrowicza, giganta literatury nowoczesnej, by na jego miejsce wprowadzać pisarza drugorzędnego, jak Jan Dobraczyński, pod pretekstem, że tamten był „niepatriotyczny”, a ten jest „patriotyczny”. Podobne kryteria mają tę wadę, że ich sens zależy od tego, kto mówi. Dla mnie jest, np. odwrotnie: Gombrowicz jest heroiczny w swoim przemyśleniu polskości i narzucaniu się z nią światu, a Dobraczyński to konformista. Kryteria moralne nie powinny być jednak mieszane z estetycznymi, podstawowymi w literaturze.
Jeśli by poważnie przyjąć postulat przekazywania wiedzy o literaturze jako odzwierciedlenie ewolucji kultury, polityki, społecznej świadomości etc., to może należało by wprowadzić do kanonu także np. literaturę okresu socrealizmu, by pokazać, jaki obraz świata pokazywała czytelnikowi?
To jest kwestia lektury: mamy sporo świetnych interpretacji socrealizmu w humanistyce, w szkole natomiast ten nurt jest niczym upiór, widmo. Potępia się go jak diabła i tyle. Swego czasu przeczytałem „Władzę” Tadeusza Konwickiego jako powieść o człowieku, któremu owa tytułowa „Władza” stawia alternatywę: albo jesteś z nami jako istota rozumna, albo przeciw nam jako „pełne zadziorów ciało”. Przecież Miłosz stawiał tę samą diagnozę w „Zniewolonym umyśle”.
Tylko, że wprowadzając socrealizm do kanonu otwieramy pytanie – a dlaczego nie inne nurty w literaturze? Może zwyczajnie zadowalający kanon dla szkoły jest niemożliwy?
Zadowalający na pewno nie. Można się jedynie zbliżać do jakiegoś wyobrażonego, idealnego modelu. Na marginesie dzisiejszych sporów przypomnę wielką przegraną w pojedynku Kochanowski – Rej. Narodowa w swoim profilu szkolna historia literatury zrobiła z tego drugiego zdziecinniałego idiotę. Tak, na przykład, spreparowano „Krótką rozprawę ”, żeby dzieci czytały o „liczeniu jajec”, a nie o systemie wartości obowiązujących obywateli Republiki. Bo Rej był inny, protestancki. I tak to trwa do dziś.
Czy jest możliwe wskazanie jakichś charakterystycznych, wiodących tematów klasycznej polskiej literatury, wiodących obsesji, jakiegoś rdzenia?
Jednego na pewno nie, na to jest zbyt zróżnicowana, ale akurat przychodzi mi na myśl pewien bardzo znamienny motyw, bardzo w polskiej literaturze zauważalny, motyw pogardy. Sięgam ciągle do jednej z najwspanialszych powieści polskich, być może najwspanialszej, czyli do „Lalki” Prusa. Mogę powiedzieć, że żyję z tą książką za pana brat. Jest ona oczywiście niebywale wielowarstwowa, mówi o miłości, o przemijaniu, u fundamentalnych zjawiskach życia, ale wydaje mi się, że tym, o czym ona tak naprawdę opowiada, jest pogarda. Bogatego do biednego, dobrze urodzonego do źle urodzonego i na odwrót. Przecież kluczowa relacja w tej powieści – między Izabelą a Wokulskim – to w istocie rzeczy stosunek pogardy. Bohaterowie są dla siebie stworzeni, tak jak stworzeni są dla siebie energiczny Wokulski i tęskniąca za rozwojem Warszawa. I co z tego? I nic. Najpierw jego dosięga pogarda, a potem on uczy się gardzić. Widzi przyszłą Polskę jako „pokolenie urodzone i wychowane na tym śmietniku, z matki okrytej wysypką i beznosego ojca!”. Mówi na końcu o Izabeli: „Tak pogardzam i jeszcze ją kocham!”. A jakim mistrzem pogardy jest Sienkiewicz! Wydaje mi się, że pogarda jest bardzo charakterystycznym motywem emocjonalnym, by nie powiedzieć duchowym, polskiej kultury, polskiej obyczajowości – pogarda do tego, który jest „niżej”, komu można przypisać gorszość. Bardzo wiele pisał o niej Żeromski, choćby w „Ludziach bezdomnych” czy „Popiołach”. Wspaniale pokazała ten temat profesor Maria Janion w swojej książce „Niesamowita Słowiańszczyzna”, eksponując właśnie naszą pogardę dla siebie jako Słowian. Pogarda jest naprawdę jednym z kluczowych zagadnień polskiej mentalności i jeśli rozejrzymy się wokoło, a zwłaszcza przyjrzymy się życiu politycznemu, to zobaczymy, że ta konstatacja jest nadal, niestety, jaskrawo aktualna. Pogarda dla innego, gorszego, napiętnowanego przeszłością jest podstawowym dziś motywem polityki w Polsce. To są nasze skrzywienia, które właśnie pisarze inteligenccy, z tego nurtu anty – sienkiewiczowskiego, pomagają nam diagnozować i leczyć.
Czy nie jest tak, że owa pogarda, o której Pan mówi, stanowi jedną z kluczowych barier modernizacji polskiego społeczeństwa, barier na drodze do stawania się społeczeństwem demokratycznym z ducha, a nie tylko z procedur?
Myślę, że tak, bo pogarda jest cechą społeczeństwa anachronicznego, zaskorupiałego, ale ja bym tej cechy nie przypisywał społeczeństwu en bloc, bo w nim jest wiele rozumności, lecz części elit rządzących, ludzi, którzy z rozniecania pogardy uczynili instrument walki politycznej.
Jest Pan badaczem i znawcą literatury XX, ale i XIX wieku? W jakim stopniu ta literatura wypełnia cechę aktualności, a w jakim jest już tylko zabytkiem literackim przeszłości?
Wszystko zależy od klasy dzieła. Wspomniana przeze mnie wcześniej „Lalka”, choć opowiada o XIX-wiecznej Warszawie, ma nam sporo do powiedzenia o nas dziś. Zależy, czy pod warstwą bezpośredniej narracji autorzy dawnej literatury zapisali doświadczenia ponadczasowe, albo takie, których sens dopiero my, po wielu dziesięcioleciach, możemy odkryć.
Nieprzypadkowo uczyniłem uwagę, że jako profesor literatury specjalizuje się Pan w dużym stopniu w literaturze wieku XIX, ponieważ, na zasadzie pewnego kontrapunktu, komentował Pan kiedyś, w duecie z Kazimierą Szczuką, w telewizyjnym programie „Wydanie drugie poprawione”, zjawiska literatury współczesnej. 45 lat temu ukazała się głośna książka Adama Zagajewskiego i Juliana Kornhausera „Świat nieprzedstawiony”, w której autorzy postawili literaturze okresu PRL zarzut, że nie daje pełnego obrazu rzeczywistości, co zresztą nie było bynajmniej wyłącznie zakamuflowanym zarzutem natury politycznej, lecz postulatem formułowanym przede wszystkim z punktu widzenia krytyki literackiej. Czy z tego punktu widzenia literatura powstająca po 1989 roku zadowala Pana?
Generalnie rzecz biorąc zadowala. Myślę, że jeśli rozejrzymy się po krajobrazie naszej literatury, to ona w sposób cząstkowy odnosi się do najważniejszych zagadnień życia w Polsce, od kwestii tożsamościowych, poprzez społeczne, obyczajowe, kulturowe, polityczne. Choć, oczywiście, nie wszystko, co istotne, zostało przez nią objęte, sądzę, że literatura współczesna wypełnia to podstawowe zobowiązanie, żeby pokazać może nie tyle obraz naszej rzeczywistości, ile to, jak go dziś budujemy. Dlatego też chyba nie doczekamy się realizacji tej tęsknoty, która od czasu do czasu gdzieś się odzywa, by powstała powieść-summa, jakaś epicka synteza naszych czasów, „Lalka” naszej epoki. A nie powstanie, bo nie ma już jednej narracji, której pretensje do prawdy moglibyśmy wszyscy uznać. Zresztą wtedy też nie było, tylko nam się tak wydawało.
Nie wiem, czy zgodzi się Pan z uwagą, że w Polsce doszło do uderzającej zamiany ról. Dyskurs o literaturze, w którym przez wiele dziesięcioleci, także w dwudziestoleciu międzywojennym istotną rolę odgrywali krytycy związani tak czy inaczej z lewicą, został dziś całkowicie opanowany przez publicystów politycznie identyfikujących się z prawicą, konserwatyzmem czy liberalizmem. Dlaczego lewica prawie całkowicie wycofała się z tej sfery?
Tego nie wiem, ale zgadzam się, że tak jest i uporczywi się nie zmienia. Ubolewam nad tym, bo sam mam sympatie lewicowe. Myślę, że powszechne dziś nie-przyznawanie się kultury do lewicowości jest efektem PRL-u, kiedy system polityczny był generalnym zawiadowcą kultury, kiedy istniała instytucjonalna cenzura, a twórcy przechodzili do demokratycznej opozycji. Świat kultury uległ stereotypom, że lewica równa się komuna, bolszewicy, zamordyści. A przecież lewica to tradycja Żeromskiego, Brzozowskiego, Struga, Nałkowskiej, Dąbrowskiej, Lipskiego. W XX wieku panował pogląd, że miejsce intelektualisty jest raczej na lewicy. Jak zresztą można poza tym kontekstem zrozumieć rolę intelektualistów w Stoczni w sierpniu 1980 roku. Myślę, że cały ten wybryk ze spisem lektur spowoduje otrząśnięcie się z podobnych stereotypów.
Kiedy przed laty wybuchła afera po wyrugowaniu Gombrowicza z listy lektur szkolnych dzwoniłem do różnych znawców literatury, ludzi kultury, ale do jednego ze znawców tego pisarza, Włodzimierza Boleckiego nie zadzwoniłem, choć bardzo cenię jego dokonania intelektualne, w tym na niwie eseistyki literackiej, bo byłem przekonany, że z powodów politycznych odmówi komentarza „Trybunie”…
Myślę sobie, że to nie jest dobre zjawisko, to zamykanie się intelektualistów w swoich ideowych okopach. To jest sprzeczne z naturą życia intelektualnego, którego celem jest nieskrępowany dialog bez uprzedzeń. Spowodowało to zanik debaty, o którym już wspominaliśmy. Dialog ze swoimi jest na ogół monologiem. Dotyczy to, niestety, obu stron. Wszyscy, jakby to ujął Gombrowicz, rozchodząsię „z gębami w rękach”. Lewica ciągle boi się odezwać, bo nie chce (jak to przy innej okazji powiedział kiedyś prezydent Francji Chirac) stracić szansy, żeby siedzieć cicho. A powinna wystąpić przeciw usuwaniu z tradycji ethosu inteligenckiego.
Dziękuję za rozmowę.

Krzysztof Kłosiński – ur. 21 marca 1951 w Krakowie; od 1991 w Instytucie Nauk Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach (w latach 2008-2016 – dyrektor). W 2007 objął funkcję przewodniczącego Komitetu Nauk o Literaturze PAN. W latach 2005–13 wykładał w Instytucie Kultury i Komunikowania Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Uczony o wszechstronnych, międzydyscyplinarnych badawczych zainteresowaniach humanistycznych. Publikacje, to m.in. „Wokół historii maniaków (Romana Jaworskiego” (1992), zbiory szkiców krytycznych: „Eros, dekonstrukcja, polityka” (2000), „Poezja żalu” (2001), „W stronę inności” (2006), a także dziesiątki tekstów w czasopismach i książkach zbiorowych. Jako tłumacz, z języka angielskiego przełożył „Ciężki dzień na szafocie”, opowiadania Alfreda Hitchcocka, a z języka francuskiego „Lektury” Rolanda Barthesa oraz „Pismo i różnica”, eseje Jacquesa Derridy. W telewizji TVN, w latach 2004-2009 prowadził, wraz z Kazimierą Szczuką, cieszącą się dużą popularnością cotygodniową audycję pt. „Wydanie drugie poprawione”, poświęconą krytyce współczesnej literatury polskiej; za udział w tym programie otrzymał w 2007 nagrodę Pikowy Laur, przyznawaną podczas Targów Książki w Krakowie za najlepszą prezentację książek w mediach elektronicznych.

Epidemie w lustrze sztuki

Nie sądzę, by mogło być jakieś pocieszenie z sięgnięcia w czas epidemii po utwory artystyczne, których treść była osnuta wokół tematu epidemii, zarazy, „morowego powietrza”, różnie to nazywano, ale na pewno nie zaszkodzi jako ćwiczenie umysłowe w czas izolacji.

Być może pierwszy rozbudowany opis epidemii można znaleźć w „Wojnie peloponeskiej” greckiego dziejopisa z V w. p.n.e. Tukidydesa.
W 1722 ukazał się „A Journal of the Plague Year („Dziennik roku zarazy”) Daniela Defoe, autora jednej z najsławniejszych powieści w dziejach literatury powszechnej, „Przypadków Robinsona Crusoe”, znany też jako „Dziennik roku dżumy”. Jest to opowieść o wielkiej zarazie dżumy jaka nawiedziła Londyn w 1665 roku.
Rzeczowa, sucha, beznamiętna, kronikarska narracja skontrastowana jest tu z bezmiarem apokalipsy, która dotknęła miasto na oczach pisarza. Ta beznamiętność zapisu nie przeszkodziła jednak Defoe pokazać straszną rzeczywistość. „Maska Czerwonego Moru”, znana też w innym przekładzie jako „Maska Śmierci Szkarłatnej” Edgara Allana Poe, to krótka nowela napisana w konwencji posępnej baśni, dziejącej się jakby „dawno, dawno, za górami, za lasami”, w krainie rządzonej przez księcia Prospero, który w czas dżumy schronił się, z gronem przyjaciół (jak na arce Noego) przed „czerwonym morem” za murami klasztoru, gdzie oddali się hedonistycznym uciechom, w tym balom i maskaradom.
Do czasu. Zaraza znalazła szczelinę i wkradła się w postaci tajemniczej figury. „I Śmierć Szkarłatna rozpostarła wszędy swą władzę nieograniczoną”.
„Pieśń Alpuhary” z „Konrada Wallenroda” Adama Mickiewicza rozpoczyna się słowami: „Już w gruzach leżą Maurów posady, naród ich dźwiga żelaza, bronią się jeszcze twierdze Grenady, ale w Grenadzie zaraza”, a w finale arabski wódz Almanzor „pocałowaniem wszczepia w duszę” wodza Hiszpanów „jad” czyli podstępnie zaraża wrogów. Juliusz Słowacki napisał poemat „Ojciec zadżumionych”, a Mickiewicz i największy romantyk angielski George Byron zmarli na cholerę.
W paryskim Luwrze można oglądać obraz Antoine-Jean Grosa „Zadżumieni w Jaffie” (1804), znany też pod nazwą „Napoleon odwiedza zadżumionych w Jaffie”. Wielkie dzieło egzystencjalizmu, „Dżuma” Alberta Camus (1947) tylko w znikomym stopniu odwołuje się do realnej epidemii tytułowej dżumy. Brak w niej realistycznych, technicznych opisów walki z epidemią, jest moralitet, są nieco metaforyczne uogólnienia, sygnały o działającym złu, nie ma dokumentalnego zapisu walki toczonej ze śmiercią przez doktora Bernarda Rieux i jego współpracowników.
Stąd odczytano „Dżumę” nie jako realistyczną powieść o epidemii, lecz moralitet odnoszący się do uogólnionego Zła (po II wojnie światowej mógł być nim faszyzm).
Jest za to galeria postaw ludzkich wobec epidemii, od egoizmu, zagubienia i strachu (Cottard), doszukiwania się „kary bożej” (ojciec Paneloux) poprzez obojętność, w tym także obojętność przełamaną (dziennikarz Rambert) przez impuls ludzkiej solidarności, aż po stoicką, heroiczną ofiarność (Rieux, Tarrrou). A to wszystko wbudowane w filozofię egzystencjalizmu, której fundamentalna zasada („Egzystencja poprzedza esencję”) wyrażała się w traktowaniu życia jako absurdu danego człowiekowi przez Ślepy Los, który tylko on sam może wypełnić treścią i sensem, n.p. przynależnością do ludzkiej wspólnoty.
„Msza za miasto Arras” Andrzeja Szczypiorskiego może być poczytane za rodzaj „bluźnierstwa”, stwierdzenie bezpośrednio po passusie o „Dżumie” Camus, że inną wielką powieścią osnutą wokół tematu zarazy, epidemii, jest „Msza za miasto Arras” Andrzeja Szczypiorskiego (1971). A jednak, ta najwybitniejsza powieść tego pisarza (1924-1992) jest jednocześnie jedną z najwybitniejszych powieści w polskiej literaturze nie tylko XX wieku.
Stylizowana językowo, przy użyciu archaicznych hieratyzmów, na literaturę z epoki, mocno nasycona rozważaniami teologicznymi i filozoficznymi, na poziomie stricte gatunkowym miała być powieścią historyczną, osnuta wokół autentycznych wydarzeń, które rozegrały się w XIV-wiecznej (1458-1461) Brabancji (czyli dzisiejszej Belgii), epidemii zarazy oraz następujących po nich tzw. „vauderie d’Arras”, ale pokazanych bez realistycznej dosłowności. Narrator, nieokreślonego charakteru dostojnik Jan ukazuje dokonującą się w Arras apokalipsę: napierw epidemię, epidemia, głód, a w ich następstwie pogromy Żydów, prześladowanie czarownic i heretyków.
Jednocześnie jego oczyma postrzegamy dwóch głównych antagonistów: fanatycznego wójta Arras, Alberta, kogoś na podobieństwo Savonaroli, który wznieca terror jako zadośćuczynienie za grzechy, za które karą są nieszczęścia spadające na miasto oraz – na przeciwnym biegunie – biskupa Utrechtu Dawida, realistę, hedonistę, humanistę, który swoją „ludzkość” przeciwstawia doktrynerstwu i fanatyzmowi rywala. Przeciwstawienie to mocno przypominało antagonizm z czasów Wielkiej Rewolucji Francuskiej między Robespierre’em a Dantonem.
Jako że powieść ukazała się w 1971 roku, zdarzyło się doszukiwanie się w obu postaciach metaforycznych kryptonimów Gomułki (Albert) i Gierka (Dawid). Częściej widziano w niej odpowiedź na Marzec 1968 roku, a także polityczna powieść o odwiecznych mechanizmach władzy.
Także kino dyskontowało motyw epidemii. W 1971 roku Roman Załuski nakręcił film „Zaraza”, fabularny, osnuty na autentycznej historii krótkotrwałego pojawienia się „czarnej ospy” na Dolnym Śląsku, skupiony był przede wszystkim na aspekcie sporów personalnych i postawie moralnej władzy: lekarz, główny bohater walki z epidemią, zostaje na końcu pominięty przy odznaczeniach.
Wątek epidemii pojawia się też m.in. filmie grozy „Nosferatu wampir” Wernera Herzoga (1979), ekranizacji powieści Brama Stokera o hrabim Drakuli, jak i w głośnym „Amadeuszu” Miloša Formana (1984), czy francuskim „Huzarze” reż. Jean Paul Rappaneau (1995), wg powieści Jeana Giono „Huzar na dachu”.
Wątek zarazy, która ogarnęła Paryż w 1832 roku znalazł się filmie Jerzego Antczaka „Chopin. Pragnienie miłości” Jerzego Antczaka (2002) (byłem naocznym świadkiem planu filmowego podczas kręcenia tej sceny na Starym Mieście w Lublinie i widziałem pomalowane na siwo nagie ciała statystów, wiezionych na konnym wozie), a amerykańska „Epidemia strachu”, w reż. Stevena Sonderbergha (2011) należy do późnej fazy gatunku amerykańskiego kina katastroficznego, różniącej się od fazy z lat siedemdziesiątych („Płonący wieżowiec”, „Rój” i inne) mniej komercyjno-melodramatycznym podejściem do tematu.
To czy ktoś w czas epidemii wybierze ten właśnie temat w sztukach wszelakich, czy przeciwnie, zechce się od niego trzymać z dala, jest kwestią usposobienia.
Czy można wskazać jakiś wspólny mianownik w sposobie ujęcia tematu zarazy czy epidemii przez twórców na przestrzeni wieków?
Nie jest to oczywiste, ale za taki wspólny mianownik można uznać moralno-społeczny wymiar tej strasznej plagi, jako etycznej próby dla wartości człowieka i człowieczeństwa w wymiarze indywidualnym oraz społecznym.

Nie będę do Pana telefonował!

Minister kultury zapowiedział, że każdy artysta, który czuje się poszkodowany z powodu krążenia po świecie koronawirusa, może zgłosić się do ministerstwa i wnosić o zapomogę, a on, minister, zastanowi się, czy i w jakiej wysokości ją wydać. Każdemu proszącemu, czy po uważaniu, tego akurat minister nie dodał. Dla mnie i tak już chyba nie starczy.

Można wysłać pismo. Zatelefonować. Zafaksować. Generalnie, trzeba poprosić. Państwo nad prośbą się pochyli i poduma a potem odpowie. Tak to po krótce, według słów ministra, ma wyglądać. Ci wszyscy artyści, którzy zostali pozbawieni źródła dochodów lub którym znacząco je uszczuplono, mogą w ten sposób uczynić. Tak myśli minister i tak myśli cała klasa panująco-rządząca. To obywatel-artysta ma iść do urzędu i błagać, żeby urzędnik łaskawie wrzucił mu coś do miski, aby darmozjad nie zdechł z głodu. Działała tak sanacja, komuna, działa i odrodzona Rzeczpospolita. Kmieć prosty ma się łasić do nogi pana z nadzieją że pan da, a nie, że to Państwo, rękoma swoich przedstawicieli, ma samo zapukać do drzwi, żeby zapytać czy aby czegoś Wam nie potrzeba, prostaczkowie. Tego by jeszcze brakowało, żeby urzędnik się zastanawiał, jak pomóc tłuszczy.

Kiedyś, dawno dawno temu, będzie nazad 15 lat jak nic, mój znajomy z małego miasteczka powiatowego na wschodzie Polski, poszedł do urzędnika w magistracie, odpowiadającego za kulturę, żeby poprosić o parę groszy na imprezę w parku miejskim, którą chciał zorganizować. – Nie mam czasu dziś, przyjdź Pan w środę-rzekł urzędnik. Kolega, legalista i człek niedzisiejszy w obyciu, ukłonił się potulnie, ścisnął beret w garści i odmaszerował. Przyszedł do magistratu w środę. – Dziś to nie możliwe, przyjdź Pan w piątek-powiedział w środę urzędnik, więc kolega przyszedł w piątek. – Dziś nic nie załatwimy, koniec tygodnia, burmistrz w delegacji, przyjdź Pan w poniedziałek-usłyszał kolega od urzędnika w piątek. Cierpliwości już mu nie starczyło. Wygarnął panu od kultury, co myśli o podobnym traktowaniu człowieka, w tym wypadku kultury, przez referat kultury reprezentowany przez urzędnika. Na odchodne pierdolnął, mało kulturalnie, drzwiami, takimi ciężkimi, jak to kiedyś bywały w urzędach, obitymi supremą. Pieniędzy oczywiście nie dostał.

Mental urzędnika od kultury, czy to niskiego czy wysokiego szczebla, jest od lat dokładnie taki sam; przyjdź Pan jutro. Może się coś znajdzie. Minister Gliński oczywiście wprost tego nie powiedział, ale dał do zrozumienia, że po tym, kiedy się człek uniży i poprosi, urząd kultury i dziewictwa wyda zapomogi, o ile oczywiście znajdą się nań środki w budżecie. A że się nie znajdą, wie to dziś w Polsce nawet dziecko, co pobiera pięć stów miesięcznie za sam fakt istnienia. Gdyby tak każdemu artyście, takiemu, który miał mieć reczitale i performensy, ale mu wymówili organizatorzy, dać pięćset plus raz na miesiąc w ramach pomocy w ciężkich czasach, toż to byłby zastrzyk dla ludzi kultury, którego ta ziemia nigdy nie widziała. Może nawet co poniektórzy przestali by po czymś takim psioczyć na rząd i pluć na godło. Za długo jednak kiszę się w tym kociołku, żeby mieć jakiekolwiek złudzenia.

Zastanawiam się, czy napisać po prośbie do ministerstwa. Tak z ciekawości, dla hecy. Trochę mi wstyd, bo nigdy w życiu nikogo o pieniądze nie musiałem prosić, tylko je po prostu zarabiałem. Dziś, kiedy na raz odbiera mi się możliwość zarobkowania, mogę pójść za chlebem do rządzących albo nająć się na stójkowego na zakładzie, o ile wcześniej biedniejący na potęgę lud wszystkiego nie rozkradnie.

Rząd, kiedy zabiera mi co roku podatek, nie idzie do mnie po prośbie. Nie mówi mi: niechże się Pan łaskawie dołoży do wspólnego portfela, bo nie będziemy mieli za co wykarmić maluczkich, wyleczyć chromych i zapłacić policjantom. Takie pieszczoty to nie z nami. Ja, prosty obywatel, mam wyskakiwać z kasy, i to bez szemrania, jak przed złodziejem, bo jak nie, to wpierdol. Ciekawe, jakby Państwo zareagowało, gdybym w ramach dualizmu fiskalnego powiedział, że nie płacę w tym roku podatku, bo nie mam z czego, gdyż to co miałem zarobić, umknęło i nie powróci. Czy wtedy rząd, ustami tego czy innego ministra, również by się ukorzył i przyszedł do mnie po prośbie, żebym się jednak nie wygłupiał i dał, bo akurat teraz potrzeba im mojej kasy jak mało kiedy.

W sumie to żadna różnica: idę do ministerstwa po moje pieniądze, które straciłem, a które i tak oddam do budżetu pod koniec kwietnia przy składaniu PIT-a. Klasyka starej, konsomolskiej szkoły: straciliście 200, ale zyskujecie 20, więc się cieszcie, bo moglibyście nic nie dostać, a tu proszę, jaki dobry Pan. Nie dość że dziewek za dużo w czworakach nie zbrzuchacił, za to i batożył chłopa łagodnie!

Kobiety wyzwala kobiecość

– Co do ciała kobiecego, to kaznodzieje średniowieczni traktowali pępek kobiety jako granicę połowy „bożej” (w górę) i „diabłowej” czy „diablej” części jej ciała. Słowo „pępek” było więc słowem tabu – prof. dr hab. Joanną Partyką, znawczynią literatury, antropolożką kultury z Instytutu Badań Literackich PAN rozmawia Krzysztof Lubczyński.

8 marca i wiosna jak zawsze dodatkowo pobudzają aktywność ruchy feministycznych. Czy Pani się z nimi utożsamia?
Z radykalnym feminizmem nie. Staram się być w środku. Tworzyć podstawy syntezy między rozsądnymi formami tradycyjnymi a radykalnym feminizmem.
Teatr Polski w Warszawie od lat ma w repertuarze „Szkołę żon” Moliera. To bardzo często wystawiany w teatrze utwór. Tym razem twórcy inscenizacji opatrzyli ją uzasadnieniem opierającym się o kwestie równouprawnienia kobiet i idee feministyczne. Co o „Szkole żon” Moliera może powiedzieć badaczka obyczajów XVII wieku czyli czasów, gdy Molier napisał swoją komedię?
Że wcześniej napisał „Szkołę mężów”, której się nie wystawiało i nie wystawia. Tam dwóch braci spiera się o to, jaki powinien być mąż – patriarchalny czy pozostawiający żonie dużo swobody.
Bada Pani tzw. paraliteraturę kobiecą czyli listy, dzienniki, zapiski z podróży, a także literaturę pisaną przez mężczyzn, rozmaite traktaty moralne zawierające wizerunek wzorowej żony chrześcijanki Jak odzwierciedlają one rolę, obowiązki żony według ówczesnych norm?
Są też teksty literackie do których zalicza się wspomniana „Szkoła żon”. Przy tej okazji warto porównać, jak wyglądała w tym samym okresie sytuacja w ojczyźnie Moliera, Francji i w Rzeczypospolitej. We Francji pierwszy ferment wokół roli kobiety pojawił się na początku XVII wieku. W pierwszych salonach towarzyskich dokonała się rewolucja zrobiona przez kobiety.
Na czym polegała ta rewolucja?
Po pierwsze na tym, że mogły być kobiece, bo wcześniej jedynie naśladowały mężczyzn.
A jak było wtedy w Polsce?
W Polsce nawet te kobiety, które miały wykształcenie i pisały, były przyzwyczajone, w głębi psychiki, do typowych ról kobiecych, związanych z byciem żoną i matką. Nawiasem mówiąc w ogromnym stopniu ten stan rzeczy utrzymał się w Polsce do dziś. Kultura obyczajowa XVII wieku ma w tym względzie prostą i wyrazistą kontynuację w naszych czasach. Jej antytezą jest ostry feminizm z manifami. Ciągle jednak nie ma syntezy.
Co pisały autorki badanej przez Panią paraliteratury?
Uderza to, że nie ma w nich najmniejszych oznak buntu przeciw przypisanej im roli. Potwierdzają to zapiski paraliterackie cudzoziemców podróżujących lub przebywających w Polsce, dyplomatów, nuncjuszy papieskich itd. Oni zauważali, że kobiety w Rzeczypospolitej były stłamszone totalnie, że nie brały udziału w publicznych dyskusjach, a w sytuacjach publicznych siedzą w kącie, pokornie milczą, a ręce mają zajęte robótkami. Że za nic w świecie nie siadały do karety z obcym mężczyzną. Tak było jeszcze w połowie XVIII wieku. Inna sprawa, że nie było też oznak chęci walki kobiet o zmianę tej sytuacji.
Jak odebrano wtedy w Polsce „Szkołę żon”?
Jak odebrano – nie wiem, bo nie badałam tego tematu. Nawet nie wiem czy ją wystawiono. Mogę tylko rozważać, jak by ją odebrano We Francji w połowie XVII wieku sytuacja kobiety była już inna. Tam już od pół wieku funkcjonowały salony, w których kobiety odgrywały równorzędną z mężczyznami rolę. Była ona tak duża, a szeregi intelektualistek tak duże, że ten sam Molier wykpiwał je w komedii „Pocieszne wykwintnisie”. Dlatego Molier pokazywał kwestię „szkoły żon” już po obyczajowej rewolucji, prześmiewczo, z dystansu, z perspektywy czasu. Jako coś niemal już nierealnego. Pomysł Arnolfa, by sobie wychować żonę był rodzajem utopii, która jak wiadomo skończyła się fiaskiem. To był pomysł niemal filozoficzny. On sobie wykoncypował, że aby nie wyjść na głupca weźmie sobie głupią żonę. W Polsce kobiety były „udomowione”, więc tutejsi Arnolfowie nie musieli by czynić żadnych starań. Wszystko opierało się na tym, co było sformułowane w czasach starożytnych (niechętnie traktowali kobiety Juwenalis w swoich satyrach i Platon), w Biblii, przez Ojców Kościoła, w etymologiach św. Izydora z Sewilli z VII w. Dwa listy św. Pawła, do Tymoteusza i do Koryntian do dziś są czytane na ślubach. Z tych źródeł wynikało, że kobieta jest słaba na ciele i umyśle.
W „Szkole żon” Arnolf wręcza Anusi książkę zawierającą kodeks obowiązków żony. Były takie odrębne publikacje?
Były, z tym że w Polsce przekładach. Pierwszy traktat z 1523 roku dotyczący wychowania kobiety chrześcijanki napisał po łacinie Hiszpan Juan Luis Vivez, humanista znany Andrzejowi Fryczowi Modrzewskiemu. Sebastian Petrycy z Pilzna pisał n.p. że „czwartą powinnością niewieścią tak jest, żeby przy mężczyźnie, zwłaszcza nieznajomej milczącymi były”. Model kobiety-katoliczki ukształtował się ostatecznie na Soborze Trydenckim. Jeden z takich traktatów nosił tytuł „Żona wyćwiczona” z końca wieku XVII. Autor wyśmiewa się w nim żonę, która umie czytać i pisać i robi z tego użytek. Było to postrzegane jako pewne niebezpieczeństwo, że taka kobieta poczyta sobie romanse i zacznie się buntować, plotkować z innymi kobietami, a w końcu nawet zdradzać. W XVI wieku Hiszpanii Juan Rodrigez napisał traktat „Triumf kobiet”, w którym napisał, że mężczyźni boją się uczoności kobiet. Ten pogląd funkcjonował i wpływał na postawy mężczyzn w Europie. We Francji w XVII wieku występował rodzaj prefeminizmu, który głosił, że małżeństwo nie służy kobiecie, bo ją tłamsi, bo musi co roku rodzić dzieci, bo małżeństwo prowadzi do braku miłości.
A o czym pisały Polki w XVII wieku w swoich zapiskach?
To nie była wyszukana literatura. Były to proste relacje z obserwacji i tego, w czym brały udział, n.p. z podróży z mężami na sejmy. Były zapiski z życia domowego, gospodarskiego, rodzinnego, macierzyńskiego. Nie było polityki ani historii. Tylko w jednym tekście, z początku XVVIII napisanym przez kobietę znalazła się wzmianka o Wiktorii Wiedeńskiej 1683 roku. W tym samym czasie we Francji były już wielkie i uczone pisarki jak pani de Sevigné, autorka wspaniałych dzienników intelektualnych. Na język polski nawet nie udało by się ich wtedy przetłumaczyć, bo był zbyt ubogi, choćby w przymiotniki. Z tego ubóstwa polskiego języka brało się prawdopodobnie także wplatanie łaciny w polskie zdania.
Czy były spisywane wskazówki dla kobiet dotyczące chrześcijańskiego, pobożnego trybu życia seksualnego?
Dla kobiet nie. Dla mężczyzn i dla spowiedników tak. Oni mieli zadbać o ciało i dusze niewiast czyli nie wiedzących, bo taka jest etymologia tego słowa. Były tam wskazówki dotyczące czystości płciowej, stosunku do męża, kwestii prokreacyjnych, związanych ze współżyciem. W encyklopedii ziemiańskiej Jakuba Kazimierza Haura z roku 1689 były wskazówki jak współżyć by doprowadzić do poczęcia, adresowane do mężów, choć czytane tez przez żony. N.p. w którym momencie wstrzymywać się od współżycia, by doprowadzić do poczęcia chłopczyka względnie dziewczynki. Zresztą, to nie tylko historia. Tego typu wskazówki dla spowiedników Kościoła katolickiego są co jakiś czas odnawiane jako instrukcje. Natrafiłam też na hiszpański poradnik dla kobiet z czasów dyktatury Franco, którego ostatnie wydanie ukazało się w 1974 roku. Są tam pytania i odpowiedzi na pytania jak kobiety mają się zachowywać. Są też omówione przewinienia przeciwko poszczególnym przykazaniom. N.p. przeciw przykazaniu nie zabijaj można zgrzeszyć tańcem, nieprzystojnymi ruchami i obnażaniem nieprzystojnych części ciała. Chodzi o zabijanie duszy. Dziś w Hiszpanii na takie ekstrema jest radykalna antyteza zwana zapateryzmem. Co do ciała kobiecego, to kaznodzieje średniowieczni traktowali pępek kobiety jako granicę połowy „bożej” (w górę) i „diabłowej” czy „diablej” części jej ciała. Słowo „pępek” było więc słowem tabu.
Jak to wyglądało w protestantyzmie?
Protestanci, głównie ludzie północy Europy, Skandynawii, Holandii etc. Byli bardziej związani z cywilizacja miejska i przemysłem. W cenie były więc kobiety, które umiały rachować, czytać i pisać, co n.p. w krajach katolickich, w tym w Polsce, nie zawsze szło w parze. Wcześniej było tu przyzwolenie na czytanie dla moralnego kształtowania, ale nie na pisanie. Tymczasem Marcin Luter zachęcał kobiety, by uczestniczyły w polemikach wyznaniowych, w tym na piśmie. Z drugiej strony protestantyzm zamknął klasztory, które – paradoksalnie – były w Europie jedynym miejscem rozkwitu kobiecej twórczości. Klasztory bywały, jak to określiła jedna z badaczek, „parkingi dla kobiet”. Pojawiały się one tam nie tylko z przymusu, wsadzanie tam przez ojców, ani nie tylko powodu powołań. Niektóre właśnie uciekały do klasztorów przed opresją, dla wolności o patriarchalnych zapędów i dla samorealizacji. W klasztorach kwitła twórczość kobieca, często z namowy spowiedników. Najsławniejszym przykładem są pisma św. Teresy z Avila. Pisały też n.p. poezję religijną. To był tzw. paradoks wolności w klasztorach. Tak więc rola protestantyzmu była ambiwalentna. Poza tym, że w nim też była bardzo surowa etyka seksualna. W prawosławiu piszących kobiet prawie nie było, a stosunek do nich konserwatywny, na wschodnią modłę.
Kwestia kobieca ma znaczące odbicie w dziejach literatury pięknej, choćby od „Zakonnicy” Diderota, „Żony modnej” Krasickiego poprzez „Panią Bovary” Flauberta czy powieści „kobiece” Balzaka. W ostatnim dwudziestoleciu pojawiła się też „proza kobieca w Polsce”, że wymienię Olgę Tokarczuk, Izabellę Filipiak, Kingę Dunin, Ewę Madeyską, Sylwię Chutnik. …
Nie jestem szczególną fanką tej literatury. Jej źródła to głównie poszukiwanie języka kobiecego, służącego pokazaniu kobiecego „ja”. To się wiąże z tzw. płcią literatury, ale ja do tego zagadnienia podchodzę trochę jak pies do jeża.
Co warto uwypuklić na koniec rozmowy?
Kwestię wizerunku kobiety. Historia kobiet jest pełna paradoksów. Jest taki superparadoks „hic mulier” (TEN KOBIETA). Chodzi o to, że aby kobieta dostąpiła pochwał, musiała wykazać męskie cechy, jak Joanna D’Arc. Ten paradoks funkcjonował w pismach pierwszych prefeministów, n.p. Boccaccia od „Dekamerona”, który w traktacie „De mulieribus claris” pokazał kobiety, niewiasty „mężne”, silne. Docenienie kobiety jako kobiety, w jej kobiecości zaczęło się dopiero we Francji na początku XVII wieku, czyli jeszcze przed molierowską „Szkołą żon”. Wtedy po raz pierwszy kobiety powiedziały: koniec z naśladowaniem mężczyzn, musimy stworzyć coś kobiecego. Zaczęły być modne romanse, kobiety zaczęły uczyć mężczyzn konwersacji, uczyć ich poczucia piękna. Zaczęły też być mądre jako kobiety, a nie naśladowniczki uczonych mężczyzn.
Nad czym Pani teraz pracuje?
Mam ochotę napisać książkę o przewodnikach dla spowiedników, ale trochę się boję tego tematu, bo siłą rzeczy będzie się on ocierać o teologię. Musiałabym się do tego dobrze przygotować, by nie zranić czyichś uczuć. (śmiech).
Dziękuję za rozmowę.

Joanna Partyka – absolwentka filologii polskiej i etnologii na Uniwersytecie Warszawskim. Głównym obszarem jej zainteresowań badawczych jest szeroko rozumiana kultura XVI i XVII w., która stała się dlań źródłem rozważań natury antropologicznej, socjologicznej i psychologicznej. W swych poszukiwaniach sięga do mało znanych tekstów z zakresu paraliteratury: (encyklopedie, traktaty moralne i pedagogiczne, przewodniki dla spowiedników, dzienniki, silvae rerum, kalendarze, zapiski gospodarcze, gazetki ulotne, dzienniki podróży, listy). Literaturę i kulturę staropolską analizuje w kontekście europejskim, ze szczególnym uwzględnieniem krajów śródziemnomorskich. Jednym z głównych nurtów jej zainteresowań jest dawne piśmiennictwo kobiece. Autorka m.in. książki „Żona wyćwiczona. Kobieta pisząca w kulturze XVI i XVII wieku” (2004). Równolegle zajmuje się przekładami z języka hiszpańskiego. Od lat prowadzi wykłady gościnne z historii literatury i kultury staropolskiej, m. in. w Brukseli, Sztokholmie i Uppsali, Madrycie (Uniwersytet Complutense) oraz na Uniwersytecie Barcelońskim. Związana jest także z Uniwersytetem w Grenadzie, gdzie co roku prowadzi seminaria doktorskie. Jest członkinią International Association for Neo-Latin Studies oraz International Society for Iberian-Slavonic Studies (CompaRes). Przez wiele lat pełniła funkcję sekretarza naukowego w Komitecie Nauk o Literaturze PAN.