Post Scriptum – nowe pismo literacko-artystyczne

Po 1989 roku pisma literackie i artystyczne raczej znikały niż się pojawiały. Wiele pism literackich, takich jak n.p. „Literatura”, „Kultura”, „Miesięcznik Literacki” , „Przegląd Kulturalny” i szereg innych należy już tylko do historii prasy kulturalnej. Także te, które powstały po 1989 roku, jak „Wiadomości Kulturalne” zostały „zaduszone” przez ówczesne kierownictwo Ministerstwa Kultury i Sztuki spod znaku obozu „solidarnościowego”.

Powstało sporo nowych pism, ale w porównaniu z okresem PRL ich oddziaływanie ma charakter niszowy i marginalny. Od lat egzystencja takich pism jest szczególnie trudna, stąd wypada życzliwie powitać każdą nową inicjatywę w tym zakresie.
Właśnie wystartowało nowe pismo literacko-artystyczne o nazwie „Post Scriptum” i tak się ono przedstawia: „I z tego, co widać, start był udany, bo po zaledwie dwóch numerach grupie artystów i dziennikarzy udało się zdobyć sporą przychylność ze strony szerokiego grona czytelników. W środku znajdziecie: poezję, zabawne felietony, niepublikowane nigdzie opowiadania bardziej i mniej znanych pisarzy, performance, fotografię, malarstwo, rzeźbę, teatr i wiele innych dziedzin sztuki oraz dział Rozmaitości, w którym zmieścił się w ostatnim numerze reportaż z trekkingu po Himalajach. O swojej twórczości i życiu prywatnym opowiadali na łamach kwartalnika między innymi: nagradzana na całym świecie malarka Maja Borowicz, polsko-holenderska fotografka Ewa Ćwikła, pisarka Małgorzata Warda, pisarze Alek Rogoziński i Maciej Siembieda. W jednym z najbliższych numerów dowiecie się np., co szalonego ma ochotę zrobić Katarzyna Groniec. (…)
Poczujcie ten klimat artystycznego, lekko dusznego pubu z niepowtarzalną, wyjątkową atmosferą, spotkajcie się z artystami i ich sztuką bez patosu i zadęcia, czasem pół-serio, prywatnie, niemalże intymnie.
Tam możecie chłonąć, bo słowo „obejrzeć” to zdecydowanie za mało, niecenzurowane fotografie – w tym piękne akty, poznać dziedziny sztuki, o których być może nie mieliście dotąd pojęcia (na przykład tektografia). Pismo nie publikuje żadnych materiałów reklamowych. Jest całkowicie niezależne, utrzymywane wyłącznie z symbolicznej opłaty rocznej za subskrybcje.
Pismo ukazuje się w wersjach polskiej i angielskiej.

https://www.facebook.com/Post-Scriptum-391179604807806/

Kultura głupcze! Ważny tunajt

Zwrócił mi już na to jakiś czas temu uwagę Marcin Świetlicki, poeta wyklęty. W zasadzie w expose premiera jak i w przemowach poexpozycyjnych jego politycznych oponentów, niewiele dało się wyłowić zapowiedzi na temat kultury. Tyczących się poprawy jej losu, lub pogorszenia. A szkoda, bo spodziewałem się, że może chociaż na tle banksetrskiej polityki rządu, ktoś się o biedaczkę upomni.

Byłem w zeszły łykend na Śląsku z koncertami, i na własnej skórze oraz portfelu przekonałem się, ile dla rządzących znaczy kultura i co to tak naprawdę dla nich jest. Z rzadka na co dzień odpalam telewizję, ale jeśli już się zdarzy, szukam głównie kanałów informacyjnych. W hotelowym odbiorniku grała jedynie telewizja państwowa z państwowotwórczym przekazem. Dowiedziałem się zeń, że w Polsce odbywał się będzie akurat w łykend, w Gliwicach, finał młodzieżowej Eurowizji, czymkolwiek ta poczwarka medialna jest. Czemu akurat w Gliwicach? Poprzednia zwyciężczyni, młoda piosenkareczka, nazywa się Roksana Węgiel, więc stawiam, że przeważyło nazwisko. W tej kwestii nie mieli akurat wyboru. Podobnie jak ja, kiedy chciałem zamówić stolik w knajpie albo taksówkę na mieście. Nazjeżdżało się tego towarzystwa z całej Europy, że nie było jak przejść katowickim trotuarem. A tak zupełnie serio; widok Jacka Kurskiego dającego buzię obok dziewczęcia lat 15, który wdzięczy się do kamery dużo bardziej niż ona, to dopiero prawdziwa twarz polskiej kultury, która w rządowym telewizorze pokazywana jest od rana do nocy. Trąbienie o niewiarygodnym sukcesie śpiewającego podlotka, w czasie gdy na świecie ludzie traktują podobne zawody jako coś wybitnie marginalnego na tle oferty rozrywkowej ich państwowych stacji, pokazuje tylko, w którym miejscu tkwimy, ze swoim jarmarcznym podejściem do kultury i rozrywki jako takiej. Nie wiem jak Państwo, ale mnie zmagania Eurowizji niewiele obchodzą. Czy to dla dorosłych, czy dla dzieci. Większość piosenek brzmi, jakby napisał je ten sam kompozytor współczesnej papki z pogranicza popu i rapsów. Do tego po angielsku, a nie w rodzimym języku. Kiedy startowała rok temu duża Eurowizja i reprezentowały nas babcie w strojach ludowych, żywe zainteresowanie tym, co pokaże telewizja Kurskiego, wykazywała pośród moich znajomych jedynie pani Olesia, ukraińska niania mojej córeczki, ponieważ na Ukrainie, Eurowizja wciąż cieszy się takim poważaniem i lubością, jak u nas za sukcesów pierwszej Edyty Górniak i pierwszej Solidarności. Czasy się zmieniły, a wodewilowa formuła dużej i małej Eurowizji to maksimum, na co może i chce się w swojej polityce zdobywać misyjna TVP. Ani to fajne, ani atrakcyjne, ani specjalnie rozwijające, za to doskonałe to bicia w bęben z napisem: ogromny sukces polskiej kultury. Może i sukces, może i kultury, ale chyba fizycznej, bo trzeba mieć rzeczywiście krzepę, żeby tak rozciągać usta w nieszczerym grymasie przed kamerami, panie Jacku.
Kiedy doradcy wojskowi przyszli w czasie wojny do Churchilla i oznajmili mu, że w związku z oszczędnościami i równoważeniem budżetu, należałoby zmniejszyć pieniądze na kulturę z powodu działań wojennych, ten miał ponoć odpowiedzieć: Na kulturę? Na Boga, jeśli obcinamy pieniądze na kulturę, to po co właściwe poszliśmy na tę wojnę? Prędzej czy później telewizja rządowa, podobnie jak i radio, trafią w ręce inne niż pisowskie i trzeba będzie się zastanowić, jak ratować to, co po Kurskiem odziedziczy się w spadku. Pauperyzacja postaw i schlebianie najniższym gustom, urosło bowiem za jego rządów do niespotykanych rozmiarów, a muzyka chodnikowa hula sobie po stacji, jak halny po sylwestrowej scenie pod Wielką Krokwią, za którą płacimy z naszych podatków, bo przecież to wszystko misja publiczna. Świstaki i kozice mają tylko inne zdanie, ale one jak wiadomo, podobnie jak dzieci, głosu nie mają. A może to ryby nie mają? Dzieci przecież mają. Nawet niedawno w telewizji pokazali…

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

 

Urocze miasto Chengdu a Polska

Jako stolica prowincji Syczuan i jedyne miasto sub-prowincjonalne w południowo-zachodnich Chinach, miasto Chengdu jest ważną zaawansowaną bazą przemysłową, centrum handlowym i logistycznym Chin, a także jest narodowym miastem historycznym i kulturalnym oraz jedną z dziesięciu starożytnych stolic Chin. Urocze miasto Chengdu przyciąga również kraj, który ma długoterminowe przyjazne stosunki i współpracę z Chinami – Polskę.

Po przyjaznych konsultacjach między Chinami a Polską postanowiono utworzyć Konsulat Generalny RP w Chengdu. Konsulat Generalny w Chengdu jest trzecim konsulatem Rzeczypospolitej Polskiej w Chinach obejmującym prowincję Syczuan, prowincję Guizhou, prowincję Yunnan i miasto Chongqing. Ceremonia otwarcia polskiego konsulatu generalnego w Chengdu odbyła się 18 czerwca 2015 r.
W wieloaspektowej współpracy między Polską a prowincją Syczuan, miasto Chengdu odgrywa wiodącą i promieniującą rolę. Dzięki temu, za przykładem przyjaźni między miastem Łódź i Chengdu, województwo łódzkie i prowincja Syczuan też nawiązały przyjazne stosunki.
Jeśli chodzi o wymianę gospodarczą i handlową, 22 listopada 2018 r. ceremonia odsłonięcia tablicy Polskiego Przedstawicielstwa Gospodarczego i Handlowego w Chengdu odbyła się w Centrum Chińsko-Europejskim w Chengdu. To drugie przedstawicielstwo gospodarcze i handlowe po Szanghaju założone przez Polskę w Chinach. Tadeusz Kościński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii RP wygłosił przemówienie podczas ceremonii otwarcia. Mówił, że utworzenie Przedstawicielstwa w Chengdu stworzy ogromne możliwości dla przedsiębiorstw z obu stron. „Mam nadzieję, że wykorzysta to jako okazję do dalszego pogłębiania współpracy Polski i Syczuan w branżach zaawansowanych technologii i innych dziedzinach” – stwierdził. Dyrektor Polskiego Biura Inwestycji i Handlu Wojciech Fedko powiedział, że przedstawicielstwo będzie w znacznym stopniu promować inwestycje między obiema stronami i stanowić platformę współpracy między tymi dwoma miejscami w dziedzinie lotnictwa, supermarketów, kolei i kontenerów.
W zakresie transportu 26 kwietnia 2013 r. pierwszy China Railway Express (Chengdu) odjechał z Chengdu, kierując się na zachód do Łodzi w Polsce, i ustanowił szybko poruszający się Euroazjatycki Most Kontynentalny z Chengdu do Europy.
5 września 2015 r. pierwszy China Railway Express (Chengdu) przyjechał z Łodzi do Chengdu, aby osiągnąć dwukierunkową eksploatację Chengdu – Europa Środkowa. China Railway Express (Chengdu), który łączy dwa miejsca, transportuje produkty elektroniczne z Syczuanu do Polski, a także produkty rolne, takie jak jabłka, z Polski do południowo-zachodnich regionów Chin.
W dniu 28 lutego 2019 r. w Chengdu odbyło się 32. posiedzenie grupy roboczej chińsko-unijnego programu pilotażowego „Bezpieczny i inteligentny szlak handlowy”, na którym zatwierdzono wniosek Chengdu o przystąpienie do miasta pilotażowego i potwierdzono iż China Railway Express (Chengdu – Łodź Polska) i powiązane przedsiębiorstwa zostaną włączone do tego programu. W związku z tym miasto Chengdu zostało nowym członkiem programu pilotażowego „Bezpieczny i inteligentny szlak handlowy”, a przedsiębiorstwa pilotażowe mogą teraz korzystać ze środków odprawy celnej przewidzianych przez urzędy celne kraju lub regionu, wkrótce poziom ułatwień w handlu zostanie jeszcze poprawiony.
W dniu 6 września 2019 r. wyjechał pierwszy China Railway Express z Chengdu do Wrocławia, a dotychczasowa liczba zagranicznych stacji China Railway Express (Chengdu) wzrosła do 26. Wrocław jest położony nad Odrą w południowo-zachodniej Polski i jest czwartym co do wielkości miastem w Polsce oraz drugim po Warszawie największym centrum finansowym. Odgrywa ważną rolę w Polsce pod względem gospodarki, kultury i transportu. Pociąg był pełen produktów elektronicznych, głównie monitorów. Otwarcie dostosowanej do tego typu pociągów trasy, jeszcze bardziej usprawniło system sieci międzynarodowej logistyki China Railway Express (Chengdu), oferując większy wybór środków transportu między Chinami a Europą i Europą Środkową oraz skutecznie promując wymianę między miastami Chengdu i Wrocławiem w dziedzinie inwestycji, handlu, kultury i technologii.
Wymiana kulturalna w Chengdu między Chinami a Polską staje się coraz bardziej intensywna i pogłębiona. Festiwal Kultury Polskiej odbywa się w Syczuanie każdego roku. Uniwersytet w Syczuanie i Institute Chengdu Sichuan International Studies University oferują również kursy języka polskiego. Generalnie, w ostatnich latach w wymianie kulturowej między Chengdu a Polską dzieje się wiele interesujących rzeczy.
W dniu 28 października 2016 r. w Pałacu Nauki i Kultury w centrum Warszawy w Polsce odbyło się wydarzenie kulturalne na dużą skalę – „Panda Express Railway · Crossing Chengdu”, zorganizowane przez Stowarzyszenie Wymiany Zagranicznej Kultury w Chengdu. Na tętniących życiem ulicach centrum Warszawy mieszkańcy entuzjastycznie przyjęli i zrobili zdjęcia z kilkoma „pandarenami”. Przed sprzętem VR (Virtual Reality) ludzie ustawiali się w kolejce, aby obejrzeć wideo miasta VR w Chengdu. Piękny taniec, umiejętności sztuk walki i pachnąca kuchnia Chengdu wywołały oklaski warszawiaków.
W listopadzie 2017 r. „Koncert symfoniczny orkiestry Chengdu w Polsce” zorganizowany przez Urząd ds. Kultury, Radia, Filmu i Telewizji w Chengdu w prowincji Syczuan z powodzeniem wystąpił w Warszawie i Krakowie. Oprócz grania chińskiej muzyki, orkiestra grała także utwór Chopina, znanego jako „Polski taniec armii A-dur”, który zdobył silny rezonans publiczności w Polsce. 20-letni polski fotograf, Arthur Adsk, powiedział People’s Daily Online, że był wzruszony występami muzyków: „Chińska muzyka ludowa, prawdopodobnie nie mam dość życia”.
Kolejny przykład: 27-letni przystojny piosenkarz Filip Kobuszewski z Warszawy mieszka w Chengdu od 4 lat i mówi autentycznie po syczuańsku! Oprócz nycia nauczycielem angielskiego jest także piosenkarzem, gospodarzem i aktorem, brał udział w znanym chińskim programie „Dwanaście potraw” i „High Energy Boys”, czym mocno wszedł w krąg chińskiej rozrywki. Chciałby teraz być gospodarzem muzycznych stacji radiowych i dając słuchaczom jeszcze więcej energii. W przyszłym roku planuje wyjść na większą scenę i pozwolić większej liczbie osób zobaczyć iskrę Chengdu i polskiej kultury w połączeniu z tym miastem.
Krótko mówiąc, Polska jest największym partnerem handlowym Syczuanu w Europie Środkowo-Wschodniej. W ostatnich latach Chengdu jako centrum prowincji Syczuan i Polska, często wymieniają wizyty na wysokim szczeblu. Z pomocą China Railway Express (Chengdu) nawiązaliśmy bliskie więzi gospodarcze i handlowe oraz owocną współpracę w dziedzinie nauki i technologii, kultury i edukacji. W niedalekiej przyszłości dzięki między Chengdu i Warszawą powstanie bezpośrednie połączenie lotnicze. Będziemy zatem jeszcze więcej osiągnięć w wymianie gospodarczej i kulturalnej między Chinami a Polską w Chengdu.

 

„Kultura polska w myśli Chińczyków” Sympozjum akademickie w Pekinie

Seminarium „Kultura polska w myśli Chińczyków” odbyło się pod koniec października na Pekińskim Uniwersytecie Języków Obcych.

Wydarzenie zostało zorganizowane przez Centrum Studiów Polskich PUJO i Biuro Kultury Ambasady RP w Chinach. Związane było ono z 70. rocznicą nawiązania stosunków dyplomatycznych między Chinami a Polską oraz 65. rocznicą ustanowienia katedry języka polskiego na PUJO. Uczestnikami konferencji byli chińscy eksperci z dziedziny kultury, sztuki, języka, którzy poprzez badania polskiej literatury, filmów, muzyki, języka, edukacji i kultury ludowej pokazywali w szerokim spektrum oblicze polskiego życia kulturalnego.
Ceremonię otwarcia sympozjum poprowadził profesor Zhao Gang, dziekan Europejskiego Instytutu Języków i Kultury PUJO i dyrektor Centrum Studiów Polskich PUJO. Yan Guohua, wicerektor PUJO i Wojciech Zajączkowski, ambasador Polski w Chinach wygłosili przemówienia.
Wicerektor PUJO Yan Guohua powiedział, że chociaż Chiny i Polska są oddzielone górami i rzekami, ich przyjaźń jest głęboka, a stosunki dwustronne przeszły długie lata i stale się rozwijały. Polska jest potęgą pod względem kultury, a co warte podkreślenia pięciu pisarzy z Polski zdobyło Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury – stwierdził. Niedawno Królewska Szwedzka Akademia Nauki przyznała Oldze Tokarczuk Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury za rok 2018, co wywołało falę zainteresowania chińskich naukowców, zwłaszcza związanych z polską literaturą i kulturą – przyznał Yan Guohua. Podczas wystąpienia przypomniał, że w 2019 roku przypada 65. rocznica ustanowienia katedry języka polskiego na PUJO. Przez ponad pół wieku, pokolenia polskich nauczycieli dołożyło wszelkich starań, aby wychować wielu studentów polonistyki, a także promować literaturę i kulturę polską w Chinach – zaznaczył. Jak podkreślił wicerektor pekińskiej uczelni, Centrum Studiów Polskich PUJO, które postało w 2011 roku, staje się coraz ważniejszym oknem dla wymiany chińsko-polskiej.
Ambasador Wojciech Zajączkowski podkreślił, że jednym z najważniejszych elementów kontaktów chińsko-polskich była i jest kultura. Polska jest z pewnego punktu widzenia krajem wyjątkowym, jest potęgą kulturową – ocenił polski dyplomata. Najwyższy światowy poziom osiągają również polski film, teatr i muzyka – dodał. Ambasador Polski w Chinach wyraził zadowolenie, że Pekiński Uniwersytet Języków Obcych wystąpił z inicjatywą zorganizowania konferencji „Kultura polska w myśli Chińczyków”. To dobra okazji do refleksji nad polską kulturą, co jest o tyle ważne, że biorą w nim udział osoby mające olbrzymie zasługi na tym polu – zaznaczył.
W swoim przemówieniu profesor Yi Lijun przypomniała historię rozwoju oraz ważne osiągnięcia katedry polonistyki na PUJO, które miały miejsce w ciągu ostatnich 65 lat. Jednocześnie zachęciła nowe pokolenie studentów polonistyki i młodych wykładowców, aby z szacunkiem podeszli do dziedzictwa starszego pokolenia uczonych, a także wzmacniali przyjacielską wymianę między Chinami a Polską.
Profesor Zhao Gang przedstawił charakterystykę nauczania, kierunek szkolenia i osiągnięcia w badaniach naukowych katedry polonistyki na PUJO. Według niego, w ciągu ostatnich 10 lat nauczyciele polonistyki uczestniczyli lub byli organizatorami 16 projektów na szczeblu kraju, prowincji i ministerstwa. Przypomniał, że w 2018 roku profesor Yi Lijun otrzymała nagrodę za całokształt przekładów kultury przyznaną przez Stowarzyszenie Tłumaczy w Chinach, która jest najwyższa nagroda w dziedzinie translacji w Chinach. Jak podkreślił, po raz pierwszy w historii wyróżnienie to przyznano tłumaczowi, który zajmuje się językiem nieuniwersalnym.
Na początku dyskusji, wykładowczyni Li Yinan przypomniała spotkanie katedry polonistyki z Olgą Tokarczuk na PUJO. Wyraziła refleksji na temat powieści „Prawiek i inne czasy” oraz innych prac noblistki. Zdaniem Li Yinan, tajemnica jest jednym z najważniejszych tematów w książkach Tokarczuk. Wykładowczyni przypomniała słowa profesor Yi Lijun, która twierdzi, że trudno zaliczyć prace Olgi Tokarczuk do któregoś ze znanych nurtów, gdyż jej teksty są pełne tajemnic i fragmentów, ona ma własny styl.
W konferencji wzięli udział eksperci z Chińskiej Akademii Nauk Społecznych, Pekińskiego Uniwersytetu Języków Obcych, Kantońskiego Uniwersytetu Języków Obcych, Centralnej Akademii Muzycznej, Federacji Literackiej i Sztuki w Pekinie, Pekińskiego Uniwersytetu Pedagogicznego, Szanghajskiego Uniwersytetu Języków Obcych, Uniwersytetu Języków Obcych z Tianjin oraz innych instytucji zajmujących się polską literaturą, teatrem, kinem, muzyką. W dziedzinie języka, edukacji i kultury ludowej wyrazili oni pogląd, że z perspektywy Chińczyków zaobserwowano wyjątkową pozycję kultury polskiej w świecie i jej dalekosiężny wpływ na kulturę chińską.
Uczestnicy odwiedzili także wystawę osiągnięć akademickich Centrum Studiów Polskich PUJO. Ekspozycja pokazuje prace i tłumaczenia polskiej sekcji dydaktycznej i badawczej z ostatnich lat, obejmujące literaturę, historię, sztukę, język, nauki przyrodnicze itp. Zaprezentowano także książki Olgi Tokarczuk „Prawiek i inne czasy” oraz „Dom dzienny, dom nocny” przetłumaczone na język chiński.
Kierunek Polonistyki Pekińskiego Uniwersytetu Języków Obcych został założony w 1954 roku. W ciągu ostatnich 65 lat eksperci z języka polskiego i literatury, reprezentowani przez profesor Yi Lijuna, złożyli wiele wkładu w wymianę kulturalną między Chinami a Polską i pogłębili przyjaźń między narodami. Uzyskali też wiele wyróżnień przyznawanych przez Ministerstwa Edukacji obu państw. Ponad 200 chińskich absolwentów, będących wysokiej jakości specjalistami, pracuje w dyplomacji, gospodarce, handlu, kulturze, nauce i technologii, wojsku, dziennikarstwie czy edukacji, wspierając rozwój stosunków chińsko-polskich.

To był złoty czas polskiego teatru

Z WIESŁAWĄ NIEMYSKĄ, aktorką Teatru Narodowego w Warszawie, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Kiedy poczuła Pani w sobie „bakcyl” teatru?

W dzieciństwie mama zabierała mnie do teatru i widziałam na scenie samą Irenę Eichlerównę w „Marii Stuart” Schillera czy Ninę Andrycz, chyba w „Don Karlosie” Schillera. Pamiętam, że bardzo mi się nie podobała manieryczna intonacja u obu aktorek, a zwłaszcza to przedniojęzykowe „ł” u pani Andrycz, choć była bardzo urodziwa, postawę miała wspaniałą i pięknie nosiła kostium, którego sama używałam w przedstawieniu dyplomowym „Ślubów panieńskich”. Jednak magia teatru zadziałała.

W 1965 roku ukończyła Pani warszawską PWST. Kto z profesorów utrwalił się Pani najsilniej w pamięci, względnie wywarł na Panią istotny wpływ?

Jedną z moich najważniejszych profesorek była Ryszarda Hanin, opiekunka roku która stawiała na wydobywanie z podtekstów prawdę nie zawsze w tekście wprost zawartą, natomiast Janusz Warnecki, wspaniały aktor, kładł nacisk na technikę, uczył nas wielu użytecznych umiejętności aktorskich, jak n.p. scenicznego śmiania się, co dla studenta pierwszego roku było czymś bardzo trudnym. Bardzo też dbał o dykcję, o dobrą emisję głosu. Ja dziś cierpię, gdy słyszę wielu młodych aktorów, którzy nakłaniani, zwłaszcza w serialach, do mówienia „naturalnego”, mówią tak, że często ich nie rozumiem i nie wiem jaki mają głos. A przecież można mówić i wyraźnie i naturalnie.

Zadebiutowała Pani w 1965 roku rolą Salomei w „Horsztyńskim” Słowackiego w Olsztynie-Elblągu, w teatrze im. Stefana Jaracza, kierowanego wtedy przez Aleksandra Sewruka, do którego trafiła Pani na jeden sezon 1965/66…

Wspaniałego dyrektora i świetnego aktora charakterystycznego, który zagrał w tym spektaklu rolę tytułową. Pamiętam jak zabawnie się przejęzyczył w jednej ze scen „Horsztyńskiego” mówiąc zamiast „Salusiu, tego nie trzeba ci zalecać” – „Salusiu, tego nie trzeba ci załatwiać”, co wynikało z nawyku dyrektorskiego, bo ciągle komu coś załatwiał. Jeśli już jesteśmy przy anegdotach, to przywołam inną scenę z tego przedstawiania, gdy Szczęsny Kossakowski i Horsztyński stają do mówionego pojedynku (zdrada żony). Pada strzał Salomea wdziera się do pokoju z okrzykiem „Puszczajcie, Jezus Maria, puszczajcie”, ze sceny, która wypełniona była młodzieżą szkolną, padły słowa: „A kto cię kurwa trzyma”. To były czasy, gdy młodzież stanowiła, zwłaszcza w teatrach prowincjonalnych, znaczącą część widowni i to był jeden z nieuchronnych kosztów tej sytuacji. O mało nie umarłam, ale trzeba się było z takimi sytuacjami liczyć, bo młodzież tak nieraz reagowała. Później zagrałam Belisę w „Miłości don Pamperlina” Garcii Lorki, spektaklu reżyserowanym przez Bohdana Głuszczaka, ważnego twórcę i reżysera sławnej pantomimy głuchych, Dorlę w „Szewskiej pasji Filipa Hotza” Maxa Frischa w reżyserii filmowego reżysera Juliana Dziedziny. Do Olsztyna przyjechał też wtedy bardzo młody Jerzy Grzegorzewski, znany mi z PWST – studiowałam równolegle, który wyreżyserował „Sen nocy letniej” Szekspira. Zagrałam Tytanię – moim zdaniem okropnie, bo skoncentrowana byłam głównie na stroju i uwodzeniu Grzegorzewskiego, mojego późniejszego wieloletniego partnera – ale przedstawienie zostało dobrze przyjęte, a pochlebną opinie napisał nawet bardzo surowy krytyk Jerzy Koenig. Wspomnę tylko bardzo dobrą Ewę Kozłowską w roli Puka, która zagrała go bardzo pomysłowo, dowcipnie, nawet pastiszowo, nawiązując m.in. do stylu gry będącego wówczas u szczytu sławy Gustawa Holoubka. To było na finał mojej olsztyńskiej przygody, przed przeniesieniem się do Warszawy, a był to rok 1967, do Teatru Klasycznego, pod dyrekcję Ireneusza Kanickiego. Na dzień dobry dostałam zastępstwo za Wiesławę Kwaśniewską w „Do Juanie” Rittnera z mroczny Kaziem Meresem w roli tytułowej. Zagrałam też w „Horsztyńskim” w reżyserii Kanickiego. Ja – Amelię, a on Szczęsnego. Potem trafiłam do bardzo głośnego wtedy i popularnego widowiska słowno-muzycznego Kanickiego i Lecha Budreckiego „Dziś do ciebie przyjąć nie mogę”, zrealizowanego pod skrzydłami Mieczysława Moczara, który zresztą, poza wszystkim, bardzo się teatrem interesował. Przyjechał kiedyś na jakąś uroczystość teatralną do Olsztyna, była towarzyska impreza i nawet sfotografowano mnie z nim w tańcu. Zdjęcie zaginęło – żałuję. A co do „Dziś do ciebie przyjść nie mogę” to było to widowisko tak popularne, że biletów używaliśmy w charakterze łapówek, n.p. w sklepie mięsnym. Jeździliśmy z tym spektaklem za granicę, m.in. do ZSRR, do Lwowa, gdzie tamtejsza publiczność polskiego pochodzenia przyjęła nas z ogromnym wzruszeniem, były łzy po obu stronach, widowni i wykonawców. Zwłaszcza po drugiej zwrotce „Czerwonych maków pod Monte Cassino” („Ta ziemia do Polski należy, choć Polska daleko jest stąd”). Byliśmy też z tym spektaklem na tournee w USA, zorganizowanym przez słynnego impresaria polonijnego Jana Wojewódkę. Zagrałam we wszystkich przedstawieniach, około siedmiuset razy. Zagrałam też m.in. „Quintillę w „Kaliguli” Rostworowskiego w reżyserii Kanickiego i z nim w tytułowej roli, ale nie był to niczyj sukces. Z nim też jako Szczęsnym grałam też Amelię w „Horsztyńskim”. Miał liczne sukcesy reżyserskie w teatrze telewizji.

Pamiętam, że w środowisku teatralnym uchodził za postać kontrowersyjnym, doszukiwano się bliskich filiacji Kanickiego z Mieczysławem Moczarem, ówczesnym ministrem spraw wewnętrznych…

Kanicki był bardzo inteligentnym człowiekiem, nawiasem mówiąc chyba gejem. Wspominam go bardzo mile, mawiał o mnie jako o „swojej najśliczniejszej aktorce”. Kochał luksus i wybudował sobie w Aninie dom z basenem, jeździł fantastycznym Alfa Romeo, w czasach, gdy luksusem była syrenka, wplątując się jednocześnie w jakąś gospodarczą aferę. Skończył tragicznie w więzieniu. Może to było samobójstwo, może wykonano na nim wyrok? Raczej nigdy się tego nie dowiemy.
Przypomnijmy, że Teatr Klasyczny mieścił się w Pałacu Kultury i jego obecnym następcą jest Teatr Studio…
Tak, a filią Klasycznego był Teatr Rozmaitości przy Marszałkowskiej 8, ale tylko do czasu przyjścia Józefa Szajny po odejściu Kanickiego. Szajna z tej drugiej sceny nie zrezygnował i stała się odrębną sceną, tak jest do dziś.

Gdy się przegląda noty o dawnych przedstawieniach, to natrafia się na wiele nazwisk, które dziś prawie nikomu nic nie mówią. Zagrała Pani n.p. w „Sławie i śmierci Joachima Muriety” w reżyserii Borysa Stojczewa-Vasqueza…

To była zabawna historia. Boris, Bułgar zamieszkały w Chile, był partnerem pani, spokrewnionej, bagatela, z rodem Domeyków, która z czworgiem dzieci uciekła do niego od męża dyplomaty. Na to przedstawienie, o takim chilijskim Janosiku, przyjechał autor, sławny poeta, noblista, Pablo Neruda z którąś z kolejnych żon. Po objęciu dyrekcji przez Szajnę zagrałam w głośnej „Gulgutierze”, a także w drugim składzie obsady „Dantego”, również w „Cervantesie”, z którymi to przedstawieniami jeździliśmy za granicę, m.in. do Londynu, Florencji, do Meksyku, w którym spotkaliśmy piękną Polkę, żonę miejscowego burmistrza, która była uciekinierką z zespołu „Mazowsze” czy może ze „Śląska”.

Po odejściu Szajny Studio objął Jerzy Grzegorzewski. Jak się Pani z nim pracowało?

Bardzo dobrze i bardzo często, jak chyba z żadnym innym reżyserem. To był wielki artysta, potrafiący w ostatnim momencie zmienić scenę, cudownie operujący przestrzenią, trochę ekscentryk, lubił gdy aktorzy posiadali unikalne umiejętności, n.p. jak Marek Walczewski, który potrafił dotknąć nosa językiem, czy Ankę Romantowską, podciągającą się jedną ręką na drążku gimnastycznym.

U wspomnianego wcześniej Kanickiego zadebiutowała też Pani w Teatrze Telewizji w 1967 roku w „Karykaturach” Jana Augusta Kisielewskiego…

Rolą Stefanii. Rok 1967 to jeszcze moja ulubiona Mada w „Zapałce na zakręcie”, według popularnej powieści Hanny Siesickiej w Teatrze Młodego Widza, w reżyserii Joanny Koenig. Z Włodkiem Pressem zebraliśmy wiele ciepłych słów za nasze role. Kilka lat później w 1974 roku, w tej samej sztuce zagrałam Laurę. Z Teatru Telewizji dobrze pamiętam też czteroodcinkową realizację „Dziewcząt z Nowolipek” Gojawiczyńskiej w reżyserii Stanisława Wohla, gdzie zagrałam Cechnę, obok Zośki Kucównej, Eli Kępińskiej i Emilii Krakowskiej, świetnej w roli Kwiryny, a także „Don Juana” w reżyserii Grzegorzewskiego, czyli miłość do geometrii” Maxa Frischa w reżyserii Grzegorzewskiego, gdzie zagrałam Mirandę, obok Jurka Kamasa, Jana Matyjaszkiewicza, Wiesławy Mazurkiewicz i Wandy Lothe-Stanisławskiej.

Zagrała też Pani w „Sławie i chwale”, kilkuczęściowym przedstawieniu wg . powieści Iwaszkiewicza, w reżyserii Lidii Zamkow…

Zofię, która umiera przy porodzie. U Zamkow grałam też w Teatrze Telewizji w „Śnie wujaszka” Aleksego Tołstoja. Była bardzo interesującą osobą, i choć nie była lubiana, to ja ją lubiłam z wzajemnością. Zagrałam także w „Kobrach” – „W biały dzień” wg Durbridge’a i „Fatalnej kobiecie” Patricka Quentina, ale wiele o tym Panu nie opowiem, bo wielu przedstawień prawie nie pamiętam, albo nie pamiętam z nich nic istotnego. Ostatnia moja, jak dotąd, rola w Teatrze Telewizji, to Gosposia w „Lekkomyślnej siostrze” Perzyńskiego w reżyserii Agnieszki Glińskiej, przeniesionej z małej sceny Teatru Narodowego, gdzie z przyjemnością grałam.

W filmie zadebiutowała Pani w 1967 roku „Julii, Annie, Genowefie” Anny Sokołowskiej…

Ale bardziej utkwiła mi w pamięci praca w roli sanitariuszki Wandy przy „Jarzębinie czerwonej” Petelskich w 1969 roku, bo kręciliśmy w ciężkich warunkach, w zimnie, na poligonie w Drawsku, z Andrzejami – Łapickim i Kopiczyńskim, a także Andrzejem Antkowiakiem. Piękny scenariusz dawał mi poczucie, że będzie to wartościowy, mądry film, choć zostałam do niego zaangażowana w nagłym trybie, w pośpiechu, a głos pode mnie podkładała dobrze mówiąca wschodnim akcentem pani Tiberger. Rolę w „Czerwonym i złotym”, na podstawie ciekawego scenariusza Stanisława Grochowiaka, w reżyserii Stanisława Lenartowicza. Pamiętam go głównie jako ogromnie kulturalnego i ciepłego człowieka. Zagrałam też epizod w głośnym wtedy „Ocaleniu” Edwarda Żebrowskiego. Wystąpiłam też w serialu „07 zgłoś się” w epizodzie z Bronisławem Cieślakiem. Był bardzo interesującym człowiekiem miał ciekawą osobowość, stworzył bardzo wyrazistą postać, ale nigdy nie wiedziałam kiedy kończy kwestię, bo lubił upraszczać drętwy tekst. Bardzo to przeżywałam.

Gdy przegląda się listę Pani ról i innych prac teatralnych, to nietrudno zauważyć, że reżyserem z którym pracowała Pani najczęściej, jako aktorka i jako asystentka reżysera, był Jerzy Grzegorzewski. Czy to właśnie on był najważniejszym dla Pani człowiekiem teatru?

Nie umiem tak stanowczo na to pytanie odpowiedzieć. Na zakończenie naszej rozmowy przypomnę, że moja aktywność zawodowa przypadła na złote czasy teatru polskiego, jak niektórzy nazywają te lata. To były czasy aktywności Swinarskiego, Jarockiego, Wajdy, Grzegorzewskiego, Dejmka, Hanuszkiewicza, Kantora, Szajny, Hűbnera, Grotowskiego, Tomaszewskiego z jego pantomimą z udziałem plejady wspaniałych aktorów. To były światowe nazwiska, teatr zajmował wtedy ważne miejsce w kulturze, inne niż dziś. To były inne czasy, inna cywilizacja. Ale miejmy poczucie, pamiętajmy, że było pięknie.
Dziękuję za rozmowę.

Wiesława Niemyska – absolwentka warszawskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza (1965). Aktorka Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie-Elblągu (1965–1966) i teatrów warszawskich.

Kultura dla każdego, czyli demokracja kulturalna w działaniu

W każdym demokratycznym społeczeństwie dostęp do dóbr kultury powinien być powszechny i dla każdego.

Najczęściej oznacza to, że każdy może przyjść do teatru, opery lub muzeum, co jednak bardzo zawęża uczestnictwo w kulturze ponieważ niewiele osób chodzi współcześnie do tych instytucji. Dlatego też, z punktu widzenia człowieka myślącego postępowo, czy bardziej konkretnie: lewicowo – należy zadać sobie prowokacyjne, ale jednak niezwykle istotne pytanie. Która kultura jest bardziej progresywna: zaangażowanych artystów obierających ziemniaki podczas wernisażu w galerii sztuki współczesnej, kompletnie niezrozumiałych przez społeczeństwo, czy festyn, jarmark, kabaret, a nawet muzyka disco polo uwielbiane przez zwykłych ludzi, ale z przekąsem traktowane przez artystyczne elity? To oczywiście pytanie upraszczające, ale dylemat w nim zawarty ukierunkowuje nas w stronę przemyślenia znaczenia kultury w demokracji.
Badacze brytyjskich studiów kulturowych, o lewicowych przekonaniach jak Richard Hoggart albo Stuart Hall już dawno stwierdzili, że kultura jest zwyczajna i zawiera się w codziennych praktykach. Dlatego badali chodzenie do pubów, ale i subkultury młodzieżowe; muzykę rockową albo punk, ale i taniec młodzieżowy w dyskotekach. W kontekście zakończonych niedawno wyborów, założenia te są niezwykle ważne dla wzrastającej w siłę lewicy. Konfrontacja polityczna i ideologiczna nie odbywa się wszak jedynie w sferze władzy oficjalnej, ale może bardziej w ramach codziennych praktyk kulturowych, w które wszyscy jesteśmy uwikłani. Jeżeli chcemy zrozumieć ludzi, to musimy zrozumieć działania kulturowe, w których oni uczestniczą. Kultura to sfera walki o narzucenie dominujących w społeczeństwie znaczeń, które mogą dotyczyć zresztą nie tylko samej kultury i sztuki, ale także ekonomii albo np. kwestii bioetycznych. Spory o wolny rynek – z jednej strony albo o aborcję lub in vitro – z drugiej – to przecież w dużej mierze spory kulturowe. Z tego powodu tak istotny jest charakter demokratycznej oferty kulturalnej, co z kolei prowadzi nas w kierunku idei demokracji kulturalnej.
Termin ten oznacza maksymalne upowszechnienie się kultury wśród szerokich kręgów społeczeństwa, różnych grup, klas i niezależnie od posiadanych pieniędzy. Zarazem, szeroki dostęp do dóbr kultury sprawia, że wykracza ona poza formalny zakres instytucji kultury. Demokracja kulturowa to kultura dostępna poza budynkami muzeów, galerii, kin, czy nawet domów kultury. To kultura dostępna na ulicy, na placach miast, w klubach. To kultura, którą można „dowieść” w dowolne miejsce, żeby ludzie w mieście i na wsi mogli mieć styk z praktykami artystycznymi. To jednocześnie działania, które wykraczają poza kanon kultury elitarnej, wysmakowanej, dostępnej może potencjalnie dla wszystkich, ale realnie tylko dla wyrobionych odbiorców. To wreszcie kultura, której nie tylko się przyglądamy, ale w której realnie uczestniczymy.
Centrum im. Ignacego Daszyńskiego oraz Fundacja im. Friedricha Eberta mając na uwadze powyższe wyzwania postanowili zorganizować debatę dotyczącą znaczenia kultury w demokracji oraz warunków upowszechnienia dóbr kultury. Interesować nas będzie odwieczne napięcie pomiędzy kulturą elitarną i popularną. Z tą sprzecznością związany jest bowiem bardzo istotny, z progresywnego punktu widzenia, dylemat. Czy osoby o przekonaniach postępowych powinny dążyć do upowszechniania elitarnych dzieł? Czy edukacja nie staje się wówczas formą przemocy symbolicznej? Jak sprawić, żeby kultura była bliżej ludzi, a jednocześnie stała na wartościowym poziomie artystycznym? Co decyduje o demokratycznym i progresywnym charakterze dzieł artystycznych: treść, forma, a może warunki materialne ich tworzenia? Na te i inne podobne pytania pragniemy podyskutować podczas spotkania Kultura dla każdego, czyli demokracja kulturalna w działaniu, które odbędzie się w Opolu, w środę, 23 października 2019. Miejscem spotkania będzie budynek Collegium Civitas (sala 20), przy ul. Katowickiej 89. Naszymi gośćmi będą: Łukasz Kropiowski (kurator z Galerii Sztuki Współczesnej w Opolu); Grażyna Misiorowska (aktorka, przewodnicząca Związku Zawodowego Aktorów Polskich przy Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu); Agnieszka Lachcik (pianistka, wiceprzewodnicząca Federacji Związków Zawodowych Pracowników Kultury i Sztuki); Rafał Mościcki (lokalny animator kulturalny z Opola; twórca festiwalu filmowego Opolskie Lamy). Spotkanie poprowadzą reżyserka Barbara Białowąs, a jednocześnie szefowa Stowarzyszenia Kobiet Filmowców oraz prof. UO dr hab. Kamil Minkner z Instytutu Nauk o Polityce i Administracji Uniwersytetu Opolskiego oraz Centrum im. Ignacego Daszyńskiego. Wstęp jest wolny. Wszystkich chętnych, szczególnie o lewicowych przekonaniach, serdecznie zapraszamy.

Co z kulturą w czasie trudnym?

Dzięki „Trybunie” przeczytałem Program wyborczy Lewicy. Dwa razy. Nie mogłem bowiem uwierzyć, że nie znajduję w nim słowa „kultura”.

Podobnie z niedowierzaniem czytałem kiedyś dwa czy trzy programowe wystąpienia Donalda Tuska; słowa kultura też w nich nie znalazłem. Choć raz uległem złudzeniu, przeczytawszy wyraz „instrumenty” ucieszyłem się, że będzie mowa o edukacji muzycznej, o poziomie płac w filharmoniach… Nic z tego, Tuskowi chodziło o instrumenty finansowe mające pobudzać koniunkturę gospodarczą. Też dobrze, choć ja od lat dopominam się o pobudzenie kulturalne Polaków, o edukacyjną inicjację młodzieży. Inna sprawa, że kultura nigdy w poczerwcowej Polsce nie była ważnym elementem w żadnym exposé kolejnych premierów. Analizowałem je kiedyś dokładnie, odnajdując w poszczególnych przemówieniach zaledwie zdanie, co najwyżej dwa, a najczęściej wcale, na interesujący mnie temat. Podobnie było i wcześniej, ale wtedy mniej mówiąc, więcej jednak czyniono. Na początku lat 80. rząd premiera Wojciecha Jaruzelskiego ofiarował kulturze niespotykaną wcześniej (ani nigdy później) stabilną sytuację finansową, wnosząc pod obrady Sejmu ustawę o Funduszu Rozwoju Kultury, gwarantującą najwyższy jak dotąd poziom tej części budżetu, który przeznaczany jest na cele kulturalne. Jednocześnie władza ofiarowała środowisku społeczną instytucję kontroli wydatkowania tych środków – Narodową Radę Kultury (mającą jeszcze poza tym szereg innych ważnych uprawnień). Obie instytucje (Radę i Fundusz) zlikwidował rząd Tadeusza Mazowieckiego, nota bene bez słowa obrony ze strony ówczesnej minister kultury (od 1887 członkini owej Rady). Powtarzano mi wypowiadane ponoć przez nią słowa – nie będę rzucać kłód pod nogi Balcerowicza.
Exposé to jedno, a drugie to programy, od czego zacząłem. Śledzę (często w przeszłości także je współtworząc) programy lewicy od 30 lat. Zawsze był w nich rozdział poświęcony kulturze, wolnościom twórczym, publicznym mediom, edukacji kulturalnej… Był to swoisty wyróżnik lewicowego programu pośród wielu innych. Z jakiegoś powodu tego kulturalnego wyróżnika w tej kampanii zabrakło, ale jak zawsze i z tej sytuacji jest wyjście. Pozwolą Czytelnicy że zgłoszę je pod koniec artykułu.
Mijające cztery lata to dla kultury, dla swobód twórczych, czas zły, trudny, niesprzyjający dobrej kondycji emocjonalnej środowiska. Niemal co chwilę wybuchają różnego rodzaju skandale, ostatnim przykładem manipulacje przy regulaminie Festiwalu w Gdyni, lub te związane z obsadą instytucji artystycznych. Nominacje wręczane są z pominięciem procedury konkursowej lub, jak w przypadku Muzeum Polin, lekceważy się wyniki ogłoszonego przez siebie konkursu. Konia z rzędem temu kto wymieni wszystkie powołane za rządów PiS instytucje narodowe finansowane z budżetu. A w ilu z nich program powiela się lub nachodzi na zakres działania innej, wcześniej powołanej instytucji? (ilustracją Instytut Książki i Instytut Literatury) O sytuacji mediów publicznych nie warto pisać, wystarczy nieopatrznie przez moment włączyć jakikolwiek program telewizyjny. Ponoć w resorcie kultury wciąż za sukces uważa się zakup kolekcji Czartoryskich za 100 milionów euro, zakup zbiorów, które przecież i tak były w dyspozycji Państwa bez prawa ich wywozu z kraju. W tym kontekście trudno mi nie przypomnieć zdarzenia z 2002 roku gdy, będąc wiceministrem kultury, otrzymałem od pani Barbary Piaseckiej-Johnson ofertę zakupu za pół miliona złotych najstarszego iluminowanego inkunabułu śląskiego – Księgi Praw Głubczyc z 1421 roku. Postąpiłem z goła inaczej niż minister Gliński. Odzyskałem tę cenną księgę bez wydania złotówki, jedynie swoją stanowczością, siłą argumentów i perswazji. Można!
Degradacja kultury postępuje. Niczego niestety na swej aktualności nie straciły, cytowane kiedyś przeze mnie, poniższe wypowiedzi, dotyczące okresu działalności ministra Zdrojewskiego i jego następczyni (nie było więc o wiele lepiej). W 2015 Katarzyna Tubylewicz w wywiadzie dla tygodnika Przegląd, zwracała uwagę na akcyjność wielu wydarzeń kulturalnych, pochłaniających spore wydatki, organizowanych ad hoc bez całościowego planu i bez kontynuacji. Jako ilustrację podpowiadam głośną, jednodniową akcję z 2010 roku – Republika Książki, czy tegoroczne obdarowanie dworca PKP w Warszawie imieniem wielkiego Moniuszki. Aktualna jest też wypowiedź Józefa Hena z roku 2013, gdy mówił o marginalizacji spraw kultury w świadomości rządzących, czy Krzysztofa Vargi, też z roku 2013, stwierdzającego z sarkazmem, iż sprawy rozwoju kultury to dla rządzących „szlachetna zbędność”. Zażenowanie i wstyd towarzyszy gdy, zapewne nie bez wiedzy przełożonego, szefowa biura poselskiego szefa kancelarii premiera strofuje władze samorządowe za przyznanie Oldze Tokarczuk tytułu Zasłużonej dla powiatu, w którym ta najbardziej znana i ceniona w świecie pisarka mieszka i organizuje literackie festiwale. (Pani Olgo – gratulacje!)
Konstytucja Rzeczpospolitej precyzuje zadania państwa w obszarze kultury, które z natury Aktu zasadniczego, są one zapisane skrótowo i ogólnie. Warto przywołać najważniejsze stwierdzenia zawarte w artykułach 6 i 73: „Rzeczpospolita Polska stwarza warunki upowszechniania i równego dostępu do dóbr kultury, będącej źródłem tożsamości narodu polskiego, jego trwania i rozwoju […] Każdemu zapewnia się wolność twórczości artystycznej badań naukowych oraz głoszenia ich wyników, wonność nauczania, a także wolność korzystania z dóbr kultury”. Tak określone zadania państwa i prawa obywateli skłaniają do zastanowienia się nad możliwością stworzenia katalogu bezwzględnych obowiązków państwa i opisania obszarów, w których ingerencja państwa jest niepożądana. Najbardziej istotnymi (spis ten jest oczywiście niepełny) są następujące zagadnienia:
Obszar obowiązków państwa:
edukacja powszechna, edukacja artystyczna, zapewnienie uczestnictwa w kulturze, zapewnienie informacji o wydarzeniach kulturalnych, ochrona dziedzictwa, utrzymanie instytucji narodowych i samorządowych, warunki funkcjonowania mediów publicznych, ochrona własności kulturalnej.
Obszar wspomagania państwa:
społeczny ruch kulturalny, artystyczny, regionalny, prywatny management artystyczny, eksperyment artystyczny, debiuty, ułatwienia dla prywatnych
mecenasów.
Obszar nieingerencji państwa:
swobody twórcze, komercyjna działalność kulturalna.

Są to sprawy podstawowe. Konstytucyjne. Nie można ich naruszać, można i należy dopominać się o ich realizację podpowiadając szczegółowe rozwiązania. Minister kultury jest jednak tylko jednym, choć głównym adresatem, gdyż sprawy kultury to odpowiedzialność wielu resortów, odpowiedzialność całego rządu.
Wobec niewytłumaczalnej luki w programie Lewicy, wobec pominięcia tak ważnych spraw kultury w szerokiej wizji naprawy Państwa Polskiego przedstawionej w tym programie chcę zwrócić uwagę na kilka spraw istotnych nie tylko dla zachowania, ale dla poprawy kondycji kultury. Jest jeszcze czas by poszerzyć dyskusję kampanijną i zwrócić uwagę wyborców na rozumienie spraw kultury we współczesnym państwie, zgodny z lewicowym sposobem postrzegania roli kultury.
1. Istnieje potrzeba, a nawet konieczność jasno sformułowanej i wyraźnie adresowanej polityki kulturalnej. Winna to być polityka państwa, a nie poszczególnych, zmieniających się w wyborczych cyklach partii politycznych. Zbyt wiele razy programy i plany poprzedników lądowały w koszach, gdy fotel ministra obejmował reprezentant nowej zwycięskiej formacji.
2. Jest konieczność funkcjonowania silnych, publicznych mediów, wspieranych stabilnym finansowaniem. Tylko w takiej sytuacji można od tych mediów wymagać realizowania jasno określonej misji. Misji bez reklam. Misji bez jednostronnej indoktrynacji, bez jednostronnej interpretacji tak historii jak i zjawisk społecznych.
3. Inicjacja kulturalna społeczeństwa odbywać się musi od lat najwcześniejszych, już w wieku przedszkolnym. Musi być procesem ciągłym. Stad potrzeba ścisłego współdziałania resortów edukacji, nauki i kultury. Co najmniej tych resortów.
Wyborcy lubią konkrety. Dlatego proponuję zapewnić, w czasie nauki w szkole średniej, każdemu uczniowi trzy bezpłatne wizyty w teatrze, dwa w dramatycznym, jeden w muzycznym (opera). Wnoszę też o zniesienie biletów do państwowych i samorządowych placówek muzealnych. Dochód z biletów to znikomy element budżetu tych placówek, zapewne ledwo pokrywa koszty bezpośrednie ich uzyskania.
4. Lewica najczęściej i najkonsekwentniej dopomina się o przestrzeganie praw i wolności przynależnych twórcy. Jednak równie ważna jest wolność odbiorcy, wolność konsumenta kultury. On także powinien mieć rzeczywiste prawo wolnego wyboru, prawo „wstępnego kontaktu” ze wszystkimi prądami, nurtami twórczości tak by swobodnie mógł wybrać te, które mu odpowiadają.
5. I wreszcie kwestia dla lewicy niebagatelna, wręcz powinność nam przynależna. Należy dbać o dzieło, o wszelkie przejawy twórczej myśli i działań, trzeba dbać o instytucje, które dzieła te upowszechniają, przybliżają do odbiorcy, włączają w społeczny obieg i odbiór.
Ale w centrum naszej uwagi powinien przede wszystkim pozostawać człowiek, zarówno ten, który sztukę tworzy, jak i ten, który dba o jej zachowanie i recepcję, wreszcie ten, który z tą sztuką ma obcować. A każdy z nich winien otrzymać od swego państwa stosowną edukację, tak by stał się wrażliwym, by potrafił przeżywać, tworzyć i dbać o kulturę.
Takie są, zdaniem moim, zadania w kulturze z lewicowej perspektywy. Tekst mój adresuję do wszystkich Czytelników „Trybuny”, to oczywiste. Ale marząc by przedstawiony tu program, mógł być choćby w części zrealizowany, w parlamencie znaleźć się muszą osoby podobnie postrzegające sprawy kultury, zdolne o nią walczyć. Na liście warszawskiej Lewicy jest tylko jeden kandydat, który jawi mi się zdolnym do solidnej pracy na rzecz poprawienia kondycji kultury polskiej – to Piotr Gadzinowski, znany mi z wielu sejmowych wystąpień i wielu skutecznych. Głęboko wierzę w jego skuteczność, którą pokazał choćby przy kreowaniu bytu Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej.
Na pewno nie zachowa się nigdy jak pewien poseł proszony przeze mnie w 2015 roku o merytoryczną obronę Państwowego Instytutu Wydawniczego. Obiecał ów parlamentarzysta zabrać głos, argumentować, przekonywać, notował wskazówki i podpowiedzi. Kiedy sięgnąłem po stenogram z posiedzenia komisji przeczytałem, że rzeczywiście jego nazwisko pojawia się wśród dyskutantów. Nie tylko, że zabrał głos, ale nawet przerwał mowę wiceministrowi, wtrącił się w tok jego wypowiedzi. Niestety treść jego słów zszokowała „panie ministrze, proszę głośniej bo nie słyszę”. Takim posłem Piotr Gadzinowski na pewno nie będzie. Warszawiacy – na liście Lewicy jest dobry kandydat, sprawdzony, pracowity i rzetelny. Na pewno wprowadzi pod obrady Sejmu to, czego tak brakuje mi w programie Lewicy – sprawy kultury.

Dwa musicale

Rock of Ages, czyli Syrena na rockowo
Historia jest tu pretekstowa. Walka o utrzymanie klubu „Bourbon Room” w Los Angeles, któremu zagrażają agresywni deweloperzy, i równolegle toczący się wątek miłosny. Miłość, oczywiście z perypetiami, która połączy świeżo zatrudnią w klubie Sherrie, która przybyła z prowincji i szuka swojego miejsca, i marzącego o karierze rockmana Drew. Ale to tylko zworniki serii scenek, prezentujących stare przeboje rockowe. Tak więc opowieść o niegdysiejszej kuźni muzycznych talentów, pod koniec lat 80. będącej już tylko cieniem dawnej świetności, to zaledwie tło. Wprawdzie barwne, bo nie obywa się bez narkotyków, obyczajowej swobody i zbyt mocnego języka dla nieopierzonej Sherrie (a pewnie i nadwrażliwych widzów), ale to tylko przyprawa. Danie główne to energetyczna muzyka wywołująca żywe wspomnienia wśród jej dawnych fanów albo sentyment nowych odbiorców, dla których nowe aranżacje, wykonania i układy choreograficzne okażą się atrakcyjne. A że Jacek Mikołajczyk potrafi zadbać o atrakcje, już wiadomo, i w tym spektaklu potwierdza to po raz kolejny.
Po poprzednich spektaklach musicalowych w Syrenie, ten jest pewną nowością, należy bowiem do musicali składankowych, tzw. jukeboxe’ów, złożonych z piosenek wielu autorów (niczym szafa grająca – stąd ta nazwa). Tradycja spektakli składankowych to stara tradycja Syreny i można by tu wyliczać dziesiątki tytułów opartych na tej zasadzie, choć nie nazywano ich wtedy musicalami. Tak czy owak, taki rodzaj widowiska muzycznego dobrze siedzi w tradycji teatru przy Litewskiej.
Wszystko zależy więc od wykonania, czyli odpowiednio dobranej obsady, która sprawdza się prawie w całości, co potwierdzają sceny zbiorowe z brawurowo przeprowadzonymi finałami pierwszego aktu i całego widowiska. Błyszczy zarówno prowadząca para młodych, Barbara Garstka (Sherrie) i Karol Drozd (Drew), marzący o karierze i miłości, jak i wykonawcy ról drugoplanowych: Natalia Kujawa jako zrewoltowana liderka protestu przeciw deweloperom, Damian Aleksander jako przegrany właściciel klubu czy Magdalena Placek-Boryń w roli szefowej klubu ze striptizem. Kilka tylko ról wydaje się przerysowanych – Grzegorz Wilk jako frontman kapeli rockowej czy Maciej Dybowski jako syn dewelopera za bardzo polują na aplauz widowni.
Prawdziwą gwiazdą wieczoru jest jednak Przemysław Glapiński, tym razem w roli charakterystycznej, jako Lonny, pracownik klubu i jednocześnie narrator spektaklu. Połowę sukcesu zawdzięcza tekstowi, który Mikołajczyk naszpikował przezabawnymi komentarzami, podwójną grą w teatr i odpowiednio dozowaną pikanterią. Glapiński łączy to wszystko bez trudu, ze swobodą „zaczepia” widzów, wszędzie go pełno i nigdy nie za dużo.
Widowisko toczy się w dobrym tempie, płynnie, bez zacięć. Pomaga w tym efektowna choreografia i zaskakująca scenografia (ważną rolę gra w niej toaleta męska), w której wykorzystany zostanie chwyt „deus ex machina”, a nawet przejażdżka starym fordem na zieloną trawkę. Spektakl spaja wystylizowany zespół muzyczny pod kierunkiem Tomasza Filipczaka. Słowem, ogląda się i słucha „Rock of Ages” z prawdziwą przyjemnością. Nawet polujący na tzw. smaczki dostaną coś dla siebie: kilka dowcipnych komentarzy środowiskowych o finansowaniu kultury w Warszawie, zarobkach aktorów, muzyków i podziałach na tych lepiej i gorzej widzianych.
„Nędznicy” w brawurowym wykonaniu amatorów
Obejrzałem legendarny musical „Les Miserables” (w wersji School Edition) w wykonaniu amatorów. Okazało się, że to bardzo solidna, a w wielu wypadkach wokalnie na poziomie wysoko profesjonalnym.
Bardzo sprawnie reżyser (i scenograf w jednej osobie) rozwiązał zmiany planów – rytmu akcji nie zakłócają częste zmiany miejsca, gdzie toczą się wydarzenia, następuje to nadzwyczaj płynnie, a zasada ilustrowania upływu czasu i zmiany lokalizacji za pomocą starych litografii wyświetlanych na ekranie sprawdza się, zwłaszcza że reżyser i scenograf w jednej osobie potrafił paroma detalami określić charakter przestrzeni, gdzie toczyła się taka czy inna scena. Nie stronił też od dekoracji architektonicznej (imponująca barykada), efektów pirotechnicznych, obrotówki, zapadki, słowem wykorzystywał prawie wszystkie możliwości techniczne sceny.
Na szczególne wyróżnienie zasłużyły świetnie zorkiestrowane sceny zbiorowe, tworzące atmosferę spektaklu, a w szczególności jej rewolucyjny furor. Grupy rozemocjonowanych młodych ludzi zjednoczonych pod czerwonym sztandarem w obronie pokrzywdzonych i wykluczonych robiły silne wrażenie. Z tego tła wybijali się soliści z dopracowanymi partiami, wśród których na największe słowa uznania zasługuje Jan Marczuk w wymagającej roli Valjeana i Maciej Tomaszewski wiarygodny w roli zakochanego Mariusa – młody aktor niemal 10 lat temu debiutował w Nędznikach na deskach Romy w roli Gavroche’a. I tym razem objawił się utalentowany chłopak w roli Gavroche’a, pełen scenicznej swobody Krzysztof Tymiński. Zasłużone brawa zbierała też para wykonawców postaci komicznych (o dość wrednych charakterach), Marta Rodziejczak i Artur Gancarz jako Madame i Monsieur Thenarrdier.
Patrząc na rozwijające się kariery niektórych z wykonawców nietrudno zauważyć, że Śródmiejski Teatr stał się nieoficjalną szkołą musicalowych talentów, w której młodzi artyści zdobywają doświadczenia i pierwsze aktorskie szlify. Świetna robota.
To już dziesiąta premiera Śródmiejskiego Teatru Muzycznego pod kierunkiem Antoniusza Dietziousa, piękne świadectwo rzetelnej pracy artystycznego przewodnika i entuzjazmu młodych wykonawców. Śródmiejski Teatr Muzyczny działa od 2009 roku przy Młodzieżowym Domu Kultury im. Wł. Broniewskiego w Warszawie. Członkowie zespołu pracują na zasadach non profit, jak można przeczytać na ich stronie w sieci, a w rezultacie ich pracy powstają „spektakle musicalowe wystawiane premierowo w okresie czerwca na śródmiejskich scenach warszawskich. Na koncie zespołu są takie światowe tytuły jak Jesus Christ Superstar, Grease, Miss Saigon School Edition, Skrzypek na dachu, Footloose czy Spamalot czyli Monty Python i Święty Graal. Spektakle realizowane są we współpracy ze światowymi agencjami reprezentującymi autorów w kwestii praw do tytułów m.in. Really Useful Group Ltd. London, MTI New York, Theater Right Worldwide, Rodgers & Hammerstein czy MTI Europe London”.
Nieźle, co? A najważniejsze, że – jak widać – entuzjazmem (i katorżniczą pracą) można wykreować świat, który naprawdę wciąga nie tylko pełnych zapału wykonawców, ale równie chłonnych widzów. Podobno wejściówki na premierowe spektakle rozeszły się w ciągu 11 sekund (!). Trzeba było zobaczyć, jak gorąco przyjęła publiczność końcowe pokazy Les Miserables w Teatrze Studio. Aż żal, że pokazują rezultaty swojej pracy tylko kilka
razy w roku.

Historyk faszyzmów i nie tylko Wspomnienie

Jerzy W. Borejsza (1935-2019)

28 lipca zmarł Jerzy W. Borejsza, profesor historii, autor cennych publikacji z dziejów XIX, w tym Powstania Styczniowego (by m.in. sekretarzem komisji obchodów zarówno 100, jak 150. rocznicy) i emigracji polskiej we Francji (zbiór szkiców „Piękny wiek XIX”, „Patriota bez paszportu”, biograficzna opowieść o rewolucjoniście polskim i paryskim komunardzie Walerym Wróblewskim) i XX wieku („Rzym a wspólnota faszystowska”, „Mussolini był pierwszy”). Był jednym z najwybitniejszych historyków fenomenu faszyzmów europejskich w XX wieku. W ostatnim okresie życia jego naukowe zainteresowania koncentrowały się wokół epoki wojny krymskiej (1854-1855).
Trudno wyliczyć wszystkie jego akademickie afiliacje i członkostwo w towarzystwach naukowych. Między innymi wykładał na Ruprecht-Karl-Universität w Heidelbergu (1990-1991), następnie, w latach 1991–1996 był dyrektorem Centre Scientifique Polonais w Paryżu, inaczej zwanego – od adresu w XVI dzielnicy Paryża – Lauristonem – jednej z najważniejszych polskich instytucji naukowych i kulturalnych we Francji. Od 1996 do 1998 roku był z kolei profesorem École des hautes études en sciences sociales (EHESS) i Uniwersytetu w Dijon. Za swoje zasługi dla naukowej i kulturalnej współpracy polsko-francuskiej został odznaczony Krzyżem Oficerskim
Legii Honorowej.
W tym roku ukazały się jego wspomnienia, nawiązujące m.in. do postaci jego ojca, Jerzego Borejszy (1905-1952), znanego działacza komunistycznego i założyciela „Czytelnika”. Związek z tym wydawnictwem Jerzy W. Borejsza kontynuował, gdyż w latach 1980-1992 przewodniczył jego Radzie Wydawniczej.

Pierwsza za Moniuszką

Na stronie internetowej Konkursu jest wymieniona, jest Jej biogram, są opisane dokonania artystyczne i organizatorskie, ale pobieżnie i ogólnikowo. Zasługuje na więcej, tak jak Jej zdaniem Moniuszko zawsze zasługiwał na więcej. Zarówno wtedy, gdy żył, gdy tworzył i walczył o inscenizacje swych dzieł, jak i później, gdy zbyt rzadko był wystawiany; w kraju i na świecie. Z tego właśnie uczyniła swe zadanie – promować działa Moniuszki na scenach operowych świata, nawet tak dalekich i egzotycznych jak Hawana, Tokio, Osaka, Mexico City, Samara, Nowosybirsk czy Kurytyba… To Ona odważyła się na Kubie w 1971 r. obsadzić w roli polskiej góralki czarnoskórą śpiewaczkę. Nota bene musiała, w towarzystwie ówczesnego ambasadora Mariana Renke, uzyskać na to zgodę Fidela Castro w bezpośredniej z nim rozmowie. To był Jej debiut reżyserski, jeszcze nie miała dyplomu. I tu ciekawostka, decydując się na rozpoczęcie pracy jako reżyser, ta prawie 50-letnia śpiewaczka postanowiła uzyskać po temu stosowne wykształcenie. A była studentką pilną i ambitną, bo inną być nie potrafiła, opowiadał mi o tym, po latach, jeden z Jej pedagogów – prof. Jerzy Adamski.
Kochała Moniuszkę i jego twórczość, bolała nad jego życiem i nad tym, jak bardzo jest wciąż niedoceniany. Wielokrotnie przypominała nazwę herbu Moniuszków – Krzywda. Twierdziła, że herb ten to swego rodzaju przekleństwo, naznaczenie, pragnęła tę „krzywdę” mu wynagrodzić. Nazywano Ją „wdową po Moniuszce”, wiedziała o tym, ale żart ten nie był dla Niej przykrym. Dla Moniuszki, dla popularyzacji jego dzieła była w stanie zrobić i znieść niemal wszystko. Rozmawiała z każdym ministrem, z każdym politykiem, jeśli tylko widziała szansę na zdobycie przychylności. Barwy polityczne rozmówcy nie miały znaczenia, liczyło się tylko to, co Moniuszko na tym może zyskać. Warto w tym miejscu przypomnieć, że potrafiła ryzykować. W styczniu 1976 podpisała słynny „Memoriał 101” – protest przeciwko zmianom w Konstytucji. Okazało się to być ważniejsze od muzyki Pana Stanisława.
Nie tylko śpiewała rolę Halki (ponad 20 inscenizacji na świecie i we wszystkich polskich teatrach operowych), nie tylko reżyserowała opery Moniuszki, nie tylko przez 20 lat prowadziła Festiwal jego imienia w Dusznikach, nie tylko zorganizowała Konkurs, od którego zacząłem. Wywalczyła zorganizowanie muzeum Moniuszki w miejscu jego urodzenia w Ubielu (obecnie na Białorusi). Pozyskała przychylność władz białoruskiego ministerstwa kultury i lokalnych działaczy, co na pewno kosztowało więcej wysiłku niż wszystkie krajowe boje z naszymi dygnitarzami. Z własnych pieniędzy sfinansowała trzon ekspozycji, a większość kolekcji stanowią Jej prywatne zbiory. Kostiumy z inscenizacji dzieł Moniuszki, programy koncertów i przedstawień operowych, pocztówki, fotografie, ryciny – czynią to miejsce swoistym dowodem także Jej twórczego życia.
Zastanawiam się, jak przebiegałby Rok Moniuszki, gdyby żyła Maria Fołtyn, gdyby miała wpływ na kształt programu. Ile byłoby wystawień oper, realizacji koncertowych w Polsce i na świecie. Ile publikacji. Kto byłby bardziej widoczny Kompozytor, czy przemawiający notable. Czy Maria Fołtyn wpadła by na pomysł ulicznych zabaw w spożywanie potraw „moniuszkowskich” lub reedycję jego biografii z 1938 roku, płytkiej, w złym stylu, wręcz grafomańskiej, przeznaczonej w pierwotnym zamyśle dla mało wymagającego czytelnika, ukazującej artystę jako prowincjonalnego „bogoojczyźnianego” twórcę. Bo tak pasuje obecnej władzy i jej akolitom. A przecież tylu mamy wspaniałych biografów, czy zamiast tworzyć kolejny Instytut (Literatury, równoległy wobec Instytutu Książki) nie można było zamówić na przykład u Mariusza Urbanka, Klementyny Suchanow, Moniki Śliwińskiej czy Magdaleny Kicińskiej współczesnej biografii Moniuszki? Czy rok Moniuszki nie powinien być okazją do szerokiej prezentacji muzyki polskiej w świecie, prezentacji polskiej twórczości operowej? Opowiadał mi dr Grzegorz Wiśniewski jak w Petersburgu świętuje się 125. rocznicę urodzin Nikołaja Rimskiego Korsakowa, autora 15 oper. W ciągu półtora miesiąca w Teatrze Maryjskim (dyrektor Valery Gergiev!) wystawionych zostanie 10 oper (mają je stale w repertuarze), dwie będą pokazane w nowych inscenizacjach, a trzy pozostałe jako wykonania koncertowe. Pani Maria na pewno pochwaliłaby brata swej wielokrotnej jurorki, wybitnej pedagog Larisy Gergievej i postawiła go nam za wzór.
Życie Marii Fołtyn było aktywne, intensywne, bogate w emocje, sukcesy, ale i rozczarowania… Trzeba było być Marią Fołtyn, by móc to w jednym życiu pomieścić i udźwignąć… Ileż życiorysów można byłoby wypełnić, by wszystko to zrealizować. A Ona potrafiła. Sama…
Wszystkie określenia: wybitna artystka, wielka reżyserka, niestrudzona propagatorka, są za skromne, brzmią jak frazesy, nie niosą w sobie tej mocy, by wymiar prawdziwy Marii Fołtyn opisać. Każdy przymiotnik, którym byśmy dziś Ją obdarzyli i tak będzie nieodpowiedni, zbyt ubogi, by oddać prawdę o Jej życiu. Ale czy wiemy, czy zdajemy sobie sprawę, jak wielkim wysiłkiem to wszystko osiągała, jak wielkim poświęceniem i jakim kosztem życia prywatnego, zdrowia, a często i osamotnienia. Z ilu wyrzeczeń składał się Jej każdy dzień. Realizowała swoją misję kosztem spraw osobistych, kosztem łatwego, bezkonfliktowego życia. Wszystko dla niego, dla Moniuszki.
Nie była łatwa we współpracy, często trzeba było zagryzać wargi, powstrzymywać się od reakcji, poczekać na zmianę nastroju. Słowo przyjaźń, określanie tak kogoś nie było u Niej czymś częstym. Nadawała ten status z rozmysłem. Będąc wymagającą wobec siebie, wymagała co najmniej tyle samo od otoczenia. Nie zostawało się Jej przyjacielem łatwo i nigdy nie była to pozycja dana raz na zawsze. Prawo do bycia Jej przyjacielem, do bycia blisko Jej spraw, podlegało weryfikacji. Lojalność musiała być najwyższej próby. Ale była przecież wyrozumiała wobec ludzkich słabości. Potrafiła wybaczyć, zapomnieć i przygarnąć znów do serca, zaprosić ponownie do stołu.
Gdyby Stanisław Moniuszko przeniósł się w rok 2019 byłby zdziwiony, że Jej tu nie spotkał, że nie usłyszał o Niej podczas inauguracji swego Roku, że zniknęła z mediów; poczułby się nieswojo, obco i osamotniony, szukałby Jej…