O pamięć o Norwidzie

Dwadzieścia lat temu, jesienią 2000 roku, wobec zbliżającej się 180. rocznicy urodzin Cypriana Norwida i 100. rocznicy wskrzeszenia obecności poety w polskiej kulturze (pierwszy numer „Chimery” Zenona Przesmyckiego) wystąpiłem na łamach „Trybuny” z inicjatywą ogłoszenia roku 2001 Rokiem Norwidowskim.

Wnet też wraz z wybitnym scenografem, a podówczas także znakomitym szefem wydziału kultury w samorządzie Mazowsza – Mariuszem Chwedczukiem oraz prężną animatorką kultury Ewą Czeszejko-Sochacką utworzyliśmy we trójkę Komitet Inicjatywny Obchodów Roku Norwidowskiego, nad którymi to obchodami szybko zgodził się objąć patronat zawsze podobnym sprawom życzliwy Prezydent Aleksander Kwaśniewski. Nie odmówił też nam swego cennego wsparcia „Naczelny Powiernik Spraw Norwidowskich” (określenie Stanisława Pigonia), czyli bardzo już wówczas sędziwy Juliusz Wiktor Gomulicki.
Rocznicowe inicjatywy, zwłaszcza w rodzinnych stronach poety – na Mazowszu, którego sejmik, kierowany przez Włodzimierza Nieporęta, przyjął stosowną uchwałę, posypały się jak z rogu obfitości. Biblioteka Narodowa pod wodzą swego dyrektora Michała Jagiełły błyskawicznie zorganizowała specjalną trzydniową wystawę autografów, rysunków i grafik Norwida, na której „nastrój panował taki, jak na pierwszej ekspozycji powojennej w Muzeum Narodowym w 1946 r., o której Jan Cybis mówił, że oglądano ją w ogromnym skupieniu i mówiono tylko szeptem”; zaraz potem oryginalne i okazałe Norwidowskie ekspozycje przygotowali Janusz Pulnar w kierowanym przez siebie Muzeum im. Malczewskiego w Radomiu oraz ekipa warszawskiego Muzeum Literatury im. Mickiewicza, gdzie osobistą pieczę nad licznymi rocznicowymi przedsięwzięciami wzięli na swe barki dyrektorzy Janusz Odrowąż-Pieniążek i Elżbieta Banko-Sitek.
Wielce radował gremialny i bardzo twórczy (warsztaty, konkursy recytatorskie i plastyczne, publikacje) udział młodzieży, mądrze inspirowany i koordynowany przez pedagogów stołecznego XXIV Liceum Ogólnokształcącego im. Norwida, Marię Rybińską i Ewę Sołtan, które to liceum stało się też gospodarzem I Ogólnopolskiego Zlotu Szkół Imienia Norwida. Edward Pałłasz i Krzysztof Knittel skomponowali cykle pieśni do wierszy Norwida, których prawykonanie odbyło się w Zamku Królewskim; warszawski Teatr Polski dał premierę „Nocy tysiącznej drugiej” i „Miłości-czystej u kąpieli morskich” w reżyserii Tadeusza Bradeckiego; specjalne Norwidowskie numery przygotowały „Twórczość”, „Poezja Dzisiaj”, „Przegląd Humanistyczny” i „Ciechanowskie Zeszyty Literackie”; wyszły książki: Wojciecha Siemiona „Lekcja czytania. Norwid” i Aleksandry Melbechowskiej-Luty „Sztukmistrz”. Mazowszu pozostały też z roku Norwidowskiego 2001 ustanowione wówczas i przyznawane po dziś dzień doroczne Nagrody im. Norwida w dziedzinie literatury, muzyki, sztuk plastycznych i teatru, zaś jego stolicy – ufundowana przez Towarzystwo Przyjaciół Warszawy tablica na fasadzie Pałacu Zamoyskich przy Nowym Świecie 69, upamiętniająca wydarzenia z 1863 roku, które dały asumpt do powstania Norwidowego „Fortepianu Szopena”.
Zawstydziwszy się swej początkowej bezczynności, do obchodów włączyło się też ówczesne AWS-owskie Ministerstwo Kultury, między innymi organizując przewiezienie do Polski urny z ziemią pobraną ze zbiorowego grobu w Montmorency, w którym spoczywały szczątki poety i złożenie jej w Krypcie Wieszczów w katedrze na Wawelu. Za granicą najbardziej bodaj ważkie przedsięwzięcie miało miejsce w Rosji – a było nim opublikowanie najobszerniejszego (ponad czterysta stron) w całych dziejach zagranicznej recepcji poety tomu przekładów z Norwida, zatytułowanego „Pielgrzym czyli Ostatnia z bajek”, a przygotowanego przez Andrieja Bazilewskiego i wydanego przez jego moskiewską oficynę „Wahazar” przy walnym wsparciu Wyższej Szkoły Humanistycznej w Pułtusku (w czym wydatnie zasłużył się Janusz Rohoziński, a co do dziś pozostaje wzorcowym przykładem udziału prywatnego polskiego podmiotu w zagranicznej promocji naszej kultury).
Rok 2021, w który teraz wkraczamy, będzie Norwidową rocznicą jeszcze bardziej zobowiązującą, bo dwusetną. Mówi się wszakże o niej i pisze jak dotąd niepokojąco niewiele; stosunkowo cicho było też wokół ustanawiającej Rok Norwidowski 2021, a podjętej w końcu listopada uchwały Sejmu RP, jak i wokół późniejszej o tydzień podobnej uchwały Senatu.
Przydał zresztą Norwidowi Sejm na ów rok dość liczne, choć zacne towarzystwo, zapowiadając równoczesne uczczenie stulecia urodzin Stanisława Lema, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i Tadeusza Różewicza; ponieważ zaś w dzisiejszej Polsce każde ludzkie zbiorowisko musi mieć swego kapelana, dorzucono do tego grona kardynała Stefana Wyszyńskiego, odwołując się do 120-lecia jego urodzin i 40-lecia śmierci; zapomniano za to o 100-leciu śmierci „bodaj najtęższej w literaturze światowej autorki teatralnej” (określenie Stanisława Marczaka-Oborskiego) czyli Gabrieli Zapolskiej.
Sejmowa uchwała o Norwidzie, wśród inicjatorów której było sporo posłów z Konfederacji (być może dlatego, że jeden z nich jest synem znanego inscenizatora, komentatora i popularyzatora twórczości poety, Kazimierza Brauna) skropiona została oczywiście wodą święconą: skwapliwie głosiła, że Norwid był „świadomym oraz głęboko wierzącym katolikiem” (jakby na tym właśnie zasadzała się jego wielkość) i nie zaniedbywała przywołania opinii „Świętego Jana Pawła II” (którego polska katoprawica zwykła cytować częściej niż w ZSRR cytowano Lenina, choć akurat w tym wypadku ze względu na szczególny stosunek Wojtyły do Norwida można jej to wybaczyć).
Do tego sejmowa uchwała zawierała oczywistą dezinformację, komunikując, jakoby Norwid „w 1855 r. uznany przez zaborcze władze rosyjskie za politycznego wygnańca do Polski nie mógł już powrócić”; rzecz miała się całkiem inaczej – to sam Norwid, dobrowolnie opuściwszy kraj, nie chciał do Królestwa Polskiego wracać, ani – choć otrzymywał urzędowe wezwania – przed rokiem 1855, ani później, gdy jak jego brat Ksawery mógł skorzystać z ogłoszonej przez Aleksandra II w roku 1856 amnestii (w jednym z listów uznał ją za „przebaczenie… tak jakby zbiegłym niewolnikom jako rzecz należącym do panów”).
Dość kuriozalny był też komunikat o Norwidowskiej sejmowej uchwale opublikowany przez pisowską PAP: zamiast po przytoczeniu fragmentów dokumentu podać choćby parę konkretów o planowanych przedsięwzięciach, koncentrował się na obronie zakonnic prowadzących paryski przytułek, gdzie Norwid zmarł, przed „niezasłużonym cieniem”, jaki przez lata rzucał na nie zarzut spalenia pozostałych po poecie, a uznanych za bluźniercze papierów; można było odnieść wrażenie, że dla PAP w przeddzień Roku Norwida ważniejsza aniżeli sam twórca i jego dzieło jest reputacja przytułkowych sióstr szarytek…
Skądinąd jednak być może na szczeblu centralnym takiego planu jubileuszowych działań wciąż nie ma – do podobnego podejrzenia upoważnia choćby indolencja okazana podczas niedawnych ważnych rocznic Sienkiewicza i Moniuszki; mało też prawdopodobne, by twórczość autora „Promethidiona” mogła budzić szczere uznanie i entuzjazm u decydentów pokroju Glińskiego czy Czarnka. Na szczęście są też samorządy – jeszcze przed uchwałami obu izb parlamentu list intencyjny w sprawie obchodów 200-lecia Norwida podpisały trzy mazowieckie powiaty (Wyszków, Wołomin i Węgrów) oraz cztery gminy (Zabrodzie, Wyszków, Dąbrówka i Strachówka) z okolic, gdzie Norwid przyszedł na świat i spędził dzieciństwo. Ufać też trzeba, że nie osłabnie oddanie i energia zespołu badaczy, od lat przygotowujących siedemnastotomowe krytyczne wydanie dzieł poety.
Bo takiego krytycznego wydania Norwid wciąż nie ma – podobnie jak nie ma na przykład własnego muzeum. Ma parę pomników i popiersi – aż dwa w Wyszkowie, najokazalszy w Lublinie. Ale na godny pomnik dla Norwida (bo ma tu tylko niewielką statuę w Łazienkach) powinno się przecież wreszcie zdobyć miasto, z którym w Polsce był związany najsilniej – Warszawa; opinia publiczna domaga się tego od lat. Na kolejny monit w tej sprawie, jaki niedawno wystosował Związek Literatów Polskich, biuro kultury stołecznego magistratu zareagowało informacją, że jakoby kilkanaście lat temu ustalono już (zresztą, jak można sądzić, bardzo niefortunną i wymagającą korekty) lokalizację takiego monumentu, nie wyjaśniło wszakże, dlaczego od tamtej chwili niczego więcej nie uczyniono.
Pomnik wielkiego polskiego twórcy, którego wysokie przesłanie pozostaje wciąż wyjątkowo aktualne, którego poetyckie słowo wciąż poraża siłą swej nowatorskiej inwencji, od którego cała polska kultura tak wiele zaczerpnęła, powinien stanąć w punkcie naprawdę reprezentacyjnym („bo nie jest światło, by pod korcem stało”), a zarazem mocno związanym z jego biografią – dla mnie takim wydaje się zbieg ulic Andersa i Solidarności koło placu Bankowego, ściślej skwer przy kinie Muranów w bezpośrednim pobliżu miejsca, w którym w 1836 roku zamieszkał, skąd mógłby spoglądać w kierunku swego równie wielkiego kolegi Juliusza Słowackiego.
Oby w nadchodzącym Roku Norwidowskim coś naprawdę w tej sprawie zrobiono!

Gliński legł plackiem i w operze

Parę tygodni temu minęło 420 lat od narodzin opery; nowe dziecię objawiło się światu 6 października 1600 roku, kiedy to w Sali Białej (można to miejsce oglądać po dziś dzień) Pałacu Pittich we Florencji z okazji zaślubin Marii Medycejskiej z królem Francji Henrykiem IV wykonano „Eurydykę” z muzyką Jacopa Periego i Giulia Cacciniego oraz tekstem Ottavia Rinucciniego – najstarszy zachowany przykład nowego gatunku dramatyczno-muzycznego, powstałego u schyłku XVI wieku w kręgu grupy poetów, uczonych i muzyków, zwanej Cameratą florencką.

Do Polski ten nowy gatunek trafił całkiem szybko – za sprawą upodobań króla Władysława IV, który w przeciwieństwie do swego ojca szczęściem bardziej aniżeli w gorliwą propagandę katolicyzmu angażował się w mecenat muzyczny i który w latach 1635-1648 wystawił na swym warszawskim dworze co najmniej dziesięć dzieł operowych; poza zamkowe opłotki sprawa jednak u nas wówczas nie wyszła, gdy we Włoszech w 1637 roku powstał już pierwszy publiczny teatr operowy – San Cassiano w Wenecji.
Wspomnianej okrągłej operowej rocznicy w ogóle w Polsce teraz nie dostrzegliśmy – choć przed dwudziestoma laty 400-lecie opery Stefan Sutkowski i jego Warszawska Opera Kameralna uczcili wspaniałym, trwającym kilkanaście miesięcy festiwalem (do czego skądinąd i mnie, podówczas pracującemu w Ministerstwie Kultury, było dane się przyczynić).
Podjęte przez nasze teatry przygotowania do drugiego październikowego operowego święta – obchodzonego od niedawna 25 października Światowego Dnia Opery – znacznie zredukowała druga fala pandemii.
*
Z pandemią teatry operowe radzą sobie na różne sposoby i z różnym efektem. W USA, gdzie tego typu placówki utrzymują się głównie z innych aniżeli publiczne dotacji, legendarna nowojorska Metropolitan Opera musiała ogłosić zupełne zaprzestanie działalności w całym sezonie 2020/2021.
Z drugiej jednak strony teatr postanowił otworzyć na ten okres na oścież swoje archiwa i codziennie przez dwadzieścia godzin udostępniać za darmo w sieci coraz to nowy spośród mnóstwa swych spektakli zarejestrowanych na taśmie filmowej w ciągu kilku ostatnich dekad.
W rezultacie być może uda się przekuć klęskę na triumf i obecny sezon Metropolitan, umożliwiając milionom odbiorców na całym świecie bezpłatny kontakt z najwyższej rangi twórczością i wykonawstwem operowym, uczyni dla popularyzacji opery znacznie więcej niż zdołałby zrobić zwykły sezon „na żywo”; w każdym razie wszystkich tych, którzy jeszcze z tej nadzwyczajnej okazji nie zdążyli skorzystać, gorąco do tego zachęcam.
W Europie, gdzie system mecenatu publicznego pozwala w pandemii teatrom swą codzienną pracę – oczywiście w stosownym reżimie – kontynuować, także w wielu wypadkach mieliśmy i mamy do czynienia z bardzo wartościową dodatkową aktywnością w sieci, w szczególności w okresach, gdy teatry pozostawały zamknięte: na przykład słynny petersburski Teatr Maryjski Walerija Giergijewa wiosną i latem codziennie bezpłatnie odtwarzał w sieci swe przedstawienia i koncerty z ubiegłych lat, bardzo przy tym dbając, by popularyzować tą drogą zwłaszcza mniej znane opery rosyjskie z ostatniego stulecia – od „Siemiona Kotki” Prokofiewa po najnowsze dzieła Rodiona Szczedrina.
Już wiosną darmowe pokazy on-line uruchomiła też na przykład berlińska Staatsoper Unter den Linden, teraz organizuje je Staatsoper w Wiedniu – i tak dalej, i tak dalej.
W Polsce najlepiej bodaj zadbał w tych miesiącach o swą ofertę w sieci Teatr Wielki w Poznaniu, umożliwiając na swej stronie internetowej stały darmowy dostęp do kilku interesujących nowych realizacji operowych, zarówno dzieł klasycznych, jak i utworów młodej generacji naszych twórców współczesnych (np. „Anhellego” Dariusza Przybylskiego).
Znacznie mniej swymi rozmiarami i zawartością zachwyca operowa propozycja internetowa warszawskiej Opery Narodowej – a przy tym placówka ta serwuje nam przy okazji w sieci taki dziwoląg, jak koncert pamięci Jana Pawła II, stanowiący zbesztaną już w paru miejscach banalną mieszankę kilku kompozycji Chopina i kilku wierszy Norwida, którą byłby w stanie sprojektować przeciętny wikary z przeciętnej parafii na Podkarpaciu, a za którą tu zabrał się osobiście jako „autor idei koncertu” sam dyrektor naczelny placówki.
Zresztą zabrakło w tym wypadku nie tylko artystycznego smaku, ale nade wszystko społecznego słuchu.
*
Spektakle Metropolitan, Teatru Maryjskiego i kilkunastu bądź kilkudziesięciu innych teatrów operowych goszczą oczywiście dziś w naszych domach nie tylko dzięki specjalnym działaniom uruchomionym w wyniku pandemii, lecz także w ramach stabilnie funkcjonujących już od wielu lat i cieszących się ustaloną popularnością telewizyjnych kanałów muzycznych czy operowych portali internetowych.
Jak dziś przedstawia się w nich muzyka polska, jak wygląda w nich obecność polskich dzieł czy polskich zespołów – nie tylko operowych, ale i ze sfery muzyki symfonicznej czy kameralistyki?
Otóż – pod wieloma względami bardzo źle, by nie powiedzieć tragicznie. W dwóch najważniejszych telewizjach prezentujących muzykę poważną – Mezzo oraz Mezzo live – muzyka polska od paru lat praktycznie nie istnieje!
Nie ma tam nawet (poza rzadko i przypadkowo przemykającymi miniaturkami) Chopina, nie ma Moniuszki, nie ma Szymanowskiego czy Karłowicza, nie ma polskiej muzyki drugiej połowy XX wieku.
Nie ma (wyjąwszy Misteria Paschalia) transmisji z polskich festiwali, z polskich teatrów operowych, z polskich sal koncertowych. Pojawia się za to w tych kanałach – obok oczywiście obfitej palety muzyki zachodnio i środkowoeuropejskiej czy rosyjskiej – nawet muzyka i wykonawcy z Tatarstanu (Żyganow), Armenii (Chaczaturian, Terterian) czy Azerbejdżanu (Karajew, Amirow).
Co zaś do opery, niewykluczone, że podobna sytuacja zaczyna nam grozić na portalu OperaVision, prezentującym przedstawienia z parudziesięciu scen operowych, w większości z niezłej europejskiej „drugiej ligi” – do niedawna były na nim obecne Opera Narodowa i Teatr Wielki z Poznania, od pewnego jednak czasu ich przedstawienia z oferty programowej portalu zniknęły.
Nie lepiej jest zresztą i z obecnością polskiej twórczości operowej na „żywych” scenach Europy i świata – wystarczy przypomnieć kompromitująco przez nas przygotowany Rok Moniuszkowski, podczas którego miała miejsce aż jedna(!) zagraniczna realizacja sceniczna Moniuszki – „Halka” w raczej drugorzędnym (choć ambitnym) Theater an der Wien.
Co robi nasze Ministerstwo Kultury, co robią obficie dotowane i obsadzane coraz to nowymi pisowskimi nominatami powołane do tych spraw instytucje – Instytut Adama Mickiewicza, Instytut Muzyki i Tańca?
Obejmując przed pięcioma laty ministerialny urząd Piotr Gliński wraz z podobnymi sobie kompanami buńczucznie obiecywał, że pozycję klęczącą, którą na polu międzynarodowym rzekomo po poprzednikach odziedziczył, zmieni na dumny marsz krzyżowego rycerza – tymczasem nasz ignorant i safanduła nie tylko z kolan nie powstał, lecz rozciągnął bezpośredni kontakt z ziemskim podłożem na całą swą ziemską powłokę.
A jego próby refleksji nad sytuacją, w której się znalazł, przybierają już formę karykaturalną – jak ostatnio publicznie wyznał, wedle jego przemyśleń w poszukiwaniu winnych tego, że i on, i cały PiS legli plackiem, nie można zapominać o czynniku zewnętrznym, czyli zazdrosnych o polski sukces innych narodach i państwach; zaprawdę głębią i celnością swych politycznych analiz i diagnoz Gliński wnet przewyższy samego Macierewicza…

Księga Wyjścia (62)

Ballada o wielkim powrocie czyli Radio Erewań znowu nadaje.

Za oknem słota, deszcz, pogoda zjesienniała, wróciłem z gór i od tamtej pory siedzę głównie na poczcie, wysyłając książki po całym, świecie.
Dzięki temu odkryłem, że ta dawna, znana i lubiana rozgłośnia, zwana – „Radiem Erewań”, zainstalowała się w samym sercu Zjednoczonego Królestwa. Kiedyś już rozważałem tę szyderczą nazwę wspomnianego Zjadnoczonego Królestwa, bo kto z kim się tam jednoczył? I jakimi długopisami podpisywali porozumienie?
Poza Australią, podpisywano je stalówkami, którymi były bagnety i piórami – karabiny, miecze i innego rodzaju oręże. Nie to jest jednak teraz istotne. Wrócę w innym felietonie.
Książka znalazła wielu chętnych – i to na całym świecie, tak wiec spędzam po kilka godzin dziennie w najbliższej placówce pocztowej, rozsyłając ją każdemu kto zamówił.
Zrobiłem też kilka przesyłek do Londynu. Zazwyczaj trudno rozmawiać o pieniądzach, jeśli nikt nie zapyta ile płaci, to wysyłam licząc, że się zreflektuje – zwykle to robią. Jest to o tyle ważne, że rozliczam się z wydawnictwem, a za resztę chciałem wynająć jakieś dobre miejsce do dalszej sprzedaży.
Żeby książka w obecnych czasach odniosła sukces i dotarła do czytelników, musi być wyeksponowana w dobrym miejscu, a za to trzeba zapłacić i to niemało.
W Empiku kosztuje to około 20 tysięcy. I to nie za wszystkie ich sklepiki, nawet nie te w granicach jednego miasta, lecz za jeden punkt. Jedna półka w jednym salonie kosztuje dwadzieścia koła – szok.
Kiedyś już pisałem o tym jak odwróciły się role, dawniej to Cepelia była synonimem kiczu, a EMPIKI modnymi salonami prasowymi. Teraz dominuje tam literacki kicz wypromowany za ogromne pieniądze, bo zawartość placówek zależy od stanu portfela autora lub jego mecenasa. Czyli Zjednoczone Królestwo Szmiry.
Natomiast przedmioty ze zlikwidowanej trzydzieści lat temu Cepelii nabrały wartości, stały się kolekcjonerską gratką, a ich pochodzenie gwarantuje oryginał przedmiotu. Jeśli oczywiście posiada odpowiednią pieczątkę, certyfikat i takie tam.
Teraz naprawdę, trafiają się stamtąd perełki. No i jak zawsze odbiegłem od tematu, niebawem nadacie mi przydomek:”Dygresja”.
Wracamy wiec na właściwe tory i nim dojadę nimi do „Radia Erewań”, jeszcze będę skalował napięcie, opisując arkana handlu literaturą.
Mimo, że przez media społecznościowe sprzedaje całkiem dobrze, to trafia ona do ludzi, którym ten temat, i problem bezdomności, bezrobocia, nałogów i wykluczenia – jest doskonale znany.
Mam jednak ambitny plan, by wyjść poza tę wirtualną granicę i dotrzeć do osób, które tego świata nie widza, nie chcą widzieć, lub szukają prostych odpowiedzi na trudne i złożone życiowe historie. A dyżurna odpowiedź jest zawsze taka sama – alkoholik, żul, sam sobie winien, na własne życzenie itp.
Publikacja poprzedniej książki pt. „Z dna”, pokazała jak jej treść zmieniła podejście wielu osób. Widać to w komentarzach i ocenach na największym polskim portalu literackim: „Lubimy Czytać.pl”.
Zamiast wiec sprzedawać jedynie swoim, chcę potrząsnąć i przytrzymać – nawet siłą – głowę tym, którzy udają że nie widzą, przytrzymać mocno, żeby się przyjrzeli tak, by nie mogli już odwrócić wzroku i widok zapadł im w pamięć.
Żeby jednak to zrobić muszę podsunąć im te książkę pod nos, czyli umieścić w punkcie, w którym robią zakupy. Empik odpada ze względu na cenę, więc szukamy innego, tańszego miejsca najlepiej w centrum stolicy. Stolicy, ponieważ jest tam najwięcej ludzi, do których powinienem dotrzeć.
Pseudomagnatów, udających klasę średnią kosztem ciągłych kredytów, klasę średnią aspirującą do sfer wysokich, też na kredytach. Tacy ludzie nie kupują książek przez fejsbuka, trzeba im ją odpowiednio zaoferować w markowym saloniku prasowym, modnej galerii handlowej czy czymś podobnym.
Kiedyś wybór byłby oczywisty – „Promenada”, ale już te czasy minęły i teraz waham się czy „Arkadia”a czy też „Złote Tarasy” a może Centralny lub „Patelnia” przy metrze.
Są tam przeróżne punkty i saloniku – Ruch, Kolporter, Relay i wiele innych, takich, których nazw już nie pamiętam, a każdy mieszkaniec stolicy tamtędy przechodzi.
Punkty te są znacznie tańsze i również odwiedzane, może mniej, ale zawsze. I właśnie na to zbieram kasę sprzedając przez FB.
Pieniędzy ze sprzedaży nie ruszam, gdy osiągnę wymaganą kwotę, zacznę rozmowy z działem sprzedaży sieci, na którą padnie wybór. Modnym ostatnio zwrotem jest „ty taki owaki, przestań mi (brzydkie słowo) kogoś tam prześladować” – w domyśle narratora.
No to i ja też bym tak chciał, wprawdzie należy zrobić to scrabblami, pokazać środkowy palec, patrzeć w bok, wywalić język i bluzgnąć. Sporo tych czynności, żeby wyszło jak w oryginale. Lecz człowiek prześladowany chwyta się wszelkich sposobów. A w Polsce każdy tak się czuje. Prześladowany przez MOSAD, służby tajne przez poufne, urzędników, Mędrców Syjonu, światowe spiski, maseczki, szczepionki, zwolenników teorii okrągłej ziemi, ideologii LGBT, masztów 5G, masonów, ozonów, wspólnotę mieszkaniową, spółdzielnie, władze gminne, powiatowe, wojewódzkie i centralne, ABW, CBŚ, policję, sądy, że o sąsiadach i rodzinie nie wspomnę.
Nie mam osobiście takich doświadczeń, jeśli kiedykolwiek złamałem prawo lub przepisy, to naturalną konsekwencją była wizyta w sądzie i wyrok. Nie noszę w sobie z tego powodu poczucia prześladowania czy nękania. Przecież robiąc coś, godziłem się na konsekwencje.
Mam jednak ochotę krzyknąć – świecie, ty świnio, przestań mi Białoruś prześladować. Ale o tym w innym felietonie. Kiedy indziej pogadamy o białoruskiej demokracji i wolności słowa. Bo z tego co wiem jedynym dziennikarzem, który wyleciał za nieprawomyślność, był redaktor Szyła, ale nie pracował w mediach należących do Republiki Białoruś, ale w Telewizji Biełsat, został wyrzucony przez Agnieszkę Romaszewską i nie za krytykę Aleksandra Łukaszenki, ale za wrzucenie nieodpowiedniego zdjęcia dotyczącego polskiego prezydenta. Mało tego, zrobił to jedynie na swoim prywatnym FB.
Taką więc wolność słowa chcemy zanieść naszym sąsiadom.
Ale to nie wszystko. Jest jeszcze jedno państwo do którego już ja osobiście układam scrabble. Zjednoczone Królestwo. Tak monarchia parlamentarna wpisała mnie na swoją tajną czarną listę. Więc mogę śmiało układać: „Anglio, ty taka owaka, przestań mi Jastrzębskiego prześladować”, palec, język, spojrzenie w bok i gitara.
Wspomniałem wcześniej, że miałem zamówienia z tego kraju. Książka zamówiona, dostałem scan przelewu i wysłałem. Na drugi dzień dostaję informację od osoby zamawiającej, że miała telefon z banku i przelew został zablokowany, ponieważ zajmuje się działalnością polityczną. Zamurowało mnie, osobę która robiła przelew również. Wykłócała się, że jestem autorem książek, zresztą jedną z nich mają w swoich zbiorach narodowych i poza pisaniem niczym innym się nie zajmuję. Śledczy placówki bankowo transferowej uznał, że widocznie zbieżność nazwisk i odblokowali przelew.
Okazuje się, że wbrew międzynarodowemu prawu mają jakiś swój tajny spis osób niebezpiecznych.
Rozmawiałem z kolegą, który pracował w Policji, miał staż w kilku krajach Europy Zachodniej, powiedział mi, że system anglosaski jest bandycki, za nic mają przepisy.
W domyśle podciągnęli mnie pod wprowadzone przez nich obostrzenia, które dały im narzędzia do zwalczania członków IRA, nazywanych przez nich terrorystami. A jak już wprowadzili, to jak zawsze, zostały.
I wreszcie wkracza nasze „Radio Erewań”, wysoka izbo, szanowny Scotland Yardzie i wasza nienasycona królewskość. Po pierwsze nie terrorysta, lecz turysta, wróciłem niedawno z wakacji, nie IRA, ale szmira, a po trzecie wypraszam sobie takie określenie mojej książki. Chociaż faktycznie mogliście mieć takie wrażenie, jeśli ten sam tłumacz przełożył i jej treść i zarzuty.
A moja działalność jest nie tyle polityczna co społeczna. To się ścisłe wiąże, prawie jak kajdanki zaciskowe lub pętla na szyjach irlandzkich działaczy. Pieniądze w końcu doszły, ale zdziwienie pozostało. Państwo agentów 007 z Bondami na ulicach i w bankach. Przypomnę więc Wam, że jest to postać fikcyjna, wymyślona przez Flemminga. Odczepcie się wiec ode mnie, tym bardziej, że mieliście pół roku, by mnie sprawdzić, aresztować i rozstrzelać, wtedy gdy mieszkałem pod Londynem.
Być może chodzi tu o mój nieskrywanym antythatcheryzm. Coś jest z Wami nie tak. Jedźcie na terapię do Norwegii, albo Szwecji.
Jedno jest pewne. Prędzej czy później przyjdą też po mnie. UK to przedłużenie USA, a Polska to ich sługa. Przyjdą na pewno, ale pewnie pod koniec czystek.

Armenia – Sarjan, Chaczaturian, Terterian

Choć obchodząca w tych dniach swe narodowe święto Armenia co do wielkości populacji czy też potencjału ekonomicznego nie liczy się do światowych potęg, choć przez wiele stuleci pozbawiona była samodzielnego bytu państwowego, a wiek dwudziesty nie szczędził jej wyjątkowo tragicznych doświadczeń, jak tureckie ludobójstwo w 1915 roku, katastrofalne trzęsienie ziemi w 1988 roku, po dziś dzień niewygasły konflikt z Azerbejdżanem – przecież w tymże ubiegłym stuleciu wkład w światową kulturę wniósł ten naród bardzo znaczny.

Miał zresztą do czego nawiązywać – nie od rzeczy będzie przypomnieć, że już pierwsze tysiąclecie naszej ery przyniosło Ormianom narodziny własnego alfabetu (Mesrop Masztoc, koniec IV stulecia), „złoty wiek” literatury armeńskiej w V stuleciu, potem słynny ludowy epos „Dawid z Sasunu”, wreszcie, już u schyłku X wieku, takie arcydzieło jak „Księga pieśni żałobliwych” Grzegorza z Nareku.
Wiek zaś dwudziesty w kulturze artystycznej Armenii – to dla mnie, obok wspaniałego reżysera Siergieja Paradżanowa, przede wszystkim trzy wielkie postacie ze świata malarstwa i muzyki: Martiros Sarjan, Aram Chaczaturian, Awet Terterian. Skądinąd żaden z tej trójki w Armenii się nie urodził, wszyscy jednak byli z dziada pradziada Ormianami, kraj i jego kulturę dobrze znali i obficie z tej kultury czerpali, zaś ich twórczość stała się prawdziwą emanacją armeńskości.
Wielkiego malarza Martirosa Sarjana (1880-1972) dane mi było spotkać jeszcze za jego życia, gdy na początku lat siedemdziesiątych znalazłem się w Erywaniu jako pilot grupy wycieczkowej studenckiego „Almaturu” (wspaniałego wtedy dla naszej studenterii okna na świat). W programie naszego erywańskiego pobytu znalazła się wizyta we wzniesionym dla Sarjana obok jego domu przez rząd Armenii okazałym trzykondygnacyjnym muzeum oraz krótkie spotkanie z artystą; nikt z nas wcześniej nie miał pojęcia o jego dorobku i pozycji, szczęściem dwóch studentów poznańskiej szkoły sztuk plastycznych, którzy zresztą też nigdy przedtem o Sarjanie nie słyszeli, pomogło nam zrozumieć, z jakiej klasy twórczością mamy do czynienia. Z ponad dziewięćdziesięciu lat życia, które wtedy Sarjan miał za sobą, w Armenii spędził nieco więcej niż połowę; urodził się w małej miejscowości koło rosyjskiego Rostowa nad Donem, założonej jeszcze w końcu XVIII wieku przez Ormian przesiedlonych przez Katarzynę II z Krymu, dokąd wcześniej trafili z dawnej armeńskiej stolicy Ani; malarstwa uczył się w Moskwie, między innymi u Sierowa i Korowina, gdzie też mógł poznać dzieła współczesnych twórców zachodnioeuropejskich, z których najsilniej wpłynęli nań fowiści. W bardzo wówczas bujnym życiu artystycznym Moskwy szybko zaczął brać aktywny udział, prezentując swe płótna na wystawach organizowanych przez stowarzyszenia „Błękitna Róża” i „Związek Artystów Rosyjskich” oraz czasopismo „Złote Runo”. Wtedy też rosyjskie muzea i rosyjscy kolekcjonerzy zakupili szereg jego dzieł, dzięki czemu możemy je dziś oglądać w moskiewskiej Galerii Trietiakowskiej (tu bodaj najsłynniejsze – „Palma daktylowa” z 1911 roku) czy też petersburskim Muzeum Rosyjskim, eksponowane, jako prace artysty tworzącego w Rosji, w zbiorach malarstwa rodzimego, podobnie jak obrazy Aleksandra Orłowskiego czy Henryka Siemiradzkiego. W 1921 roku Sarjan osiadł w Erywaniu, z którego na dłużej wyjeżdżał tylko w połowie lat dwudziestych do Paryża. Najpełniej i najsugestywniej wypowiedział się w malarstwie pejzażowym – nasyconych słońcem, o żywej kolorystyce, symboliczno-metaforycznych wyobrażeniach ojczystego armeńskiego krajobrazu, z jego górami, przyrodą, osiedlami ludzkimi; ważne miejsce w jego twórczości zajęły też studia martwej natury oraz portrety (z dramatycznym epizodem z ponurego roku 1937, kiedy to zniszczono jedenaście namalowanych przezeń podobizn wybitnych Ormian, uznanych wtedy za „wrogów ludu”).
Wśród tych, których portretował Sarjan, znalazł się też największy armeński kompozytor Aram Chaczaturian (1903-1978); jego wizerunek – to zresztą jedno z najbardziej znanych dzieł malarza. Chaczaturian z kolei przyszedł na świat w ormiańskiej rodzinie mieszkającej na przedmieściach Tbilisi, ale już jako osiemnastolatek podążył za starszym bratem, później znanym reżyserem teatralnym, do Moskwy; tam też uzyskał wykształcenie muzyczne, tam też do końca życia mieszkał. Jednak, podobnie jak Sarjana, inspirowała go przede wszystkim Armenia, z której muzycznego folkloru czerpał całymi garściami. Jak w pejzażach Sarjana, słoneczna Armenia dyszała pełną piersią zwłaszcza w balecie „Gajane”, z jego słynnym hitem „Tańcem z szablami”. Skomponowany w ciągu zaledwie dwóch miesięcy, jakby w nagłym błysku inwencji twórczej, znakomity Koncert skrzypcowy (1940) noszę w pamięci po dziś dzień jako jeden z tych utworów, który, przed laty usłyszany w Poznaniu, otwierał mi jako słuchaczowi drogę do świata muzyki XX stulecia; równie dobrze pamiętam wrażenie, jakie uczynił na mnie drugi znany balet Chaczaturiana – „Spartakus”, oglądany w Teatrze Wielkim w Moskwie kilka dni po śmierci kompozytora, kiedy to w hołdzie zmarłemu wystąpiła najlepsza, jaką można było wówczas sobie wyobrazić, obsada z Władimirem Wasiljewem na czele i kiedy po zakończeniu oszałamiającego spektaklu w poruszających słowach pożegnał kompozytora choreograf Jurij Grigorowicz, po czym na scenę spłynął olbrzymi portret Chaczaturiana, a dwa tysiące ludzi opuściło widownię w skupionym milczeniu. Do Polski zaglądał Chaczaturian niejeden raz, polska prapremiera „Spartakusa” miała miejsce w 1968 roku w Warszawie, „Gajane” – siedem lat później w Łodzi; w stulecie urodzin kompozytora Ludwik Erhardt pisał o nim jako o „chyba wśród wszystkich kompozytorów radzieckich najczęstszym i najserdeczniej przyjmowanym gościu muzyków polskich”. Zmarły w Moskwie, pochowany został jednak Chaczaturian w Erywaniu, podobnie jak Sarjan w pełniącym rolę narodowego armeńskiego panteonu Parku im. Komitasa; w rosyjskiej stolicy za to w 2006 roku wystawiono mu okazały monument, i to o lokalizacji nader symbolicznej, bo przed siedzibą Związku Kompozytorów Rosji, gdy i Szostakowicz, i Prokofiew otrzymali w Moskwie pomniki w innych miejscach i cokolwiek później. W 2018 roku Rosjanie nakręcili fabularny obraz „Taniec z szablami” – o Chaczaturianie pospiesznie pracującym nad partyturą „Gajane” w latach II wojny światowej w Permie, gdzie do wystawienia baletu już się sposobił ewakuowany tam z Leningradu Teatr im. Kirowa; ciekawy ten film można było za sprawą nieocenionego festiwalu „Sputnik” oglądać i u nas.
*
Tak pokrewne sobie charakterem, fascynujące witalnością i mieniące się soczystymi barwami malarstwo Sarjana i muzykę Chaczaturiana niejednokrotnie ze sobą zestawiano i do siebie przyrównywano; znakomity armeński kompozytor, którego gwiazda poczęła świecić pełnym blaskiem w ostatnich latach życia Chaczaturiana – Awet Terterian (1929-1994) swą najgłębszą więź z rodzimą tradycją manifestował w sposób od swego wielkiego poprzednika mocno odmienny. W stanowiących trzon jego dorobku ośmiu symfoniach panuje atmosfera właściwej kulturom Orientu skupionej kontemplacji, nieledwie mistycyzmu; określa się też je niekiedy jako symfonie „medytacyjne”. Wykorzystując różnorodne techniki – od staroarmeńskich form monodycznych po swobodną dodekafonię i poszukiwania sonorystyczne, posiłkując się dawnymi instrumentami ludowymi (np. kamanczą) kreuje Terterian w swej muzyce bardzo specyficzny świat, wymagający od słuchacza niezwykłej koncentracji, ale też oddziaływujący nań z siłą zaiste hipnotyczną; z pewnością znajdą się jeszcze tacy, którzy jak ja pamiętają wrażenie uczynione na „Warszawskiej Jesieni” w 1985 roku przez jego VI Symfonię. Niespodziewana, przedwczesna śmierć Terteriana (a odszedł w uralskim Jekatierinburgu, gdzie w latach dziewięćdziesiątych prowadził klasę kompozycji) była dla muzyki, nie tylko armeńskiej, wielką stratą.
*
Jeśli Ormianin Chaczaturian urodził się i wychowywał w Gruzji, to Ormianin Terterian przyszedł na świat i spędził dzieciństwo w Azerbejdżanie; w czasach ZSRR było to rzeczą najnaturalniejszą, tak liczne i różne narody Kaukazu i Zakaukazia obcowały ze sobą jak przyjaźni sąsiedzi, Azerbejdżanie nie prowadzili walk z Ormianami, Gruzini szanowali Abchazów i Osetyńczyków. Wrogość i konflikty, niestety trwające, a nawet umacniające się po dziś dzień, przyszły dopiero z rodzącą się transformacją ustrojową; jak i na tym przykładzie widać, z uporem w swoim czasie utrzymujący, że nacjonalizm to ostatnie stadium komunizmu, nasz polityczny guru Adam Michnik i w tym wypadku nie miał racji – w kapitalizmie nacjonalizmy czują się nieporównanie lepiej…

Setny sezon Teatru im. Wachtangowa

Dla cenionego i popularnego moskiewskiego Teatru im. Wachtangowa tegoroczny wrzesień oznacza początek setnego już sezonu; apogeum obchodów 100-lecia placówki ma przypaść na listopad przyszłego roku, a intensywne do nich przygotowania (Władimir Putin podpisał stosowne rozporządzenie już w sierpniu 2019 roku) każą się spodziewać, że rzecz przybierze bardzo duży wymiar. Tym bardziej to prawdopodobne, że zespół teatru, od trzynastu lat kierowany przez tyleż znakomitego reżysera, co świetnego organizatora – Rimasa Tuminasa, przeżywa teraz swój kolejny artystyczny wzlot.

Teatr im. Wachtangowa jest dziecięciem Wielkiej Reformy Teatru z przełomu XIX i XX stulecia, a jego założyciel i patron, Jewgienij Wachtangow (1883-1922) – jedną z najważniejszych postaci tej Reformy w Rosji, obok Konstantina Stanisławskiego, Wsiewołoda Meyerholda, Aleksandra Tairowa; jak pisze Jerzy Koenig, teatr rosyjski stał się w tym okresie najciekawszym i najważniejszym zjawiskiem w kulturze teatralnej świata. Urodzony w osetyjskim Władykaukazie i pochodzący z ormiańsko-rosyjskiej rodziny Wachtangow (notabene jedna z jego sióstr wyszła za mąż za polskiego socjaldemokratę, potem działacza państwowego w radzieckiej Rosji Mieczysława Kozłowskiego) od 1903 roku mieszkał w Moskwie, gdzie też początkowo został aktorem Moskiewskiego Teatru Artystycznego (MChT). W teatrze zaś, o którym piszemy, a który po różnych doświadczeniach studyjnych utworzył jesienią roku 1921 (najpierw jako III Studio MChT), zdążył zrealizować zaledwie trzy premiery – trawiony nowotworem żołądka, niebawem w bardzo młodym wieku zmarł.
Ostatnia z tych jego inscenizacji – „Księżniczka Turandot” Carla Gozziego (premiera odbyła się 27 lutego 1922 roku, Wachtangow był już zbyt chory, by dotrzeć na spektakl) zogniskowała w sobie wszystkie najgłówniejsze cechy jego reżyserskiej estetyki, stając się swego rodzaju artystycznym manifestem, jednym z najgłośniejszych w dziejach dwudziestowiecznej sztuki teatralnej w skali światowej.
Estetyka ta, którą sam Wachtangow nazywał realizmem fantastycznym, zakładała nieskrywaną umowność przedstawienia, a w jej ramach wyrazistość formy, wykorzystanie elementów satyry i groteski, ironiczny dystans gry aktorskiej, a przy tym wszystkim atmosferę optymizmu i radości.
W „Księżniczce Turandot” wykonawcy pojawiali się na scenie odziani we współczesne stroje wieczorowe, po czym na oczach widzów przebierali się i charakteryzowali, przedzierzgając się w aktorów trupy komedii dell’arte, która miała zagrać bajkę Gozziego; spektakl był, jak pisze Kazimierz Braun, „triumfem teatralności, wesołej zabawy, gagów, żartów… tchnęła zeń uroda ludzi i życia, witalność, młodość”.
Dodajmy, że wielu spośród biorących udział w tej premierze artystów, po części debiutantów, osiągnęło potem w swym zawodzie nie byle jakie wyżyny – jak np. grający Kalafa Jurij Zawadski, później wybitny reżyser i przez dziesięciolecia znakomity szef moskiewskiego Teatru im. Mossowietu. „Księżniczka Turandot” utrzymywała się w repertuarze Teatru im. Wachtangowa (taką nazwę nadano mu w 1926 roku) aż po rok 2006 (sic!), i to bynajmniej nie jako szacowny, półmartwy zabytek, lecz jako spektakl wciąż przez publiczność w napięciu oglądany i entuzjastycznie fetowany; w 1997 roku obok gmachu teatru stanęła rzeźba wyobrażająca Turandot.
Po śmierci Wachtangowa obok spektakli bardziej lub mniej nawiązujących do jego stylistyki (np. klasyczny rosyjski wodewil „Lew Gurycz Siniczkin” Dmitrija Lenskiego w reżyserii Rubena Simonowa czy głośny, mocno krytykowany i po roku zdjęty z afisza „Hamlet” Szekspira w reżyserii Nikołaja Akimowa z muzyką Dmitrija Szostakowicza) pojawiły się oczywiście w placówce i przedstawienia wyrosłe z innych teatralnych tradycji i poetyk.
Od 1939 roku ster teatru na blisko pół wieku przejęła dynastia Simonowów: znakomity aktor i reżyser, wspomniany Ruben Simonow (także zresztą uczestnik pamiętnej premiery „Księżniczki…”), a po jego śmierci syn Jewgienij.
W repertuarze teatru sporą rolę odgrywała wtedy rosyjska dramaturgia współczesna – wśród najgłośniejszych przedstawień Rubena Simonowa znalazła się prapremiera „Irkuckiej historii” Aleksieja Arbuzowa (1959) ze wspaniałym duetem aktorskim Julią Borisową i Michaiłem Uljanowem oraz – z tymże duetem – prapremiera równie potem w radzieckich teatrach popularnej „Warszawskiej melodii” Leonida Zorina (1967), lirycznej opowieści o miłości młodej Polki i młodego Rosjanina, na której drodze stanęła bezlitosna polityka. Moja dość żywa znajomość z Teatrem im. Wachtangowa zaczęła się w połowie lat siedemdziesiątych i obu tych spektakli zobaczyć już nie zdążyłem; za to – z tych najznakomitszych i najbardziej dyskutowanych – zdołałem obejrzeć grany jeszcze od czasów wojny „Front” Ołeksandra Kornijczuka czy też nowego „Ryszarda III” Szekspira, ten pierwszy w reżyserii Rubena Simonowa, ten drugi – Raczii Kapłaniana, oba z Uljanowem w głównej roli.
Dane mi też było, i to dwukrotnie, widzieć jeden z największych hitów w dziejach tego teatru – „Damy i huzary” Fredry, przygotowane przez Aleksandrę Riemizową (jeszcze jedną uczestniczkę „Księżniczki…” z 1922 roku, występującą w roli Selimy) i w Wachtangowowskiej estetyce bardzo mocno osadzone.
Spektakl, którego premiera odbyła się u schyłku 1960 roku, został zagrany aż 756 razy (to chyba dla Fredry absolutny zagraniczny rekord) i zszedł z afisza dopiero po dwudziestu siedmiu latach; do tego wszystkiego w 1976 roku został zarejestrowany przez radziecką telewizję i potem był wielokrotnie przez nią emitowany, a dziś rejestrację tę można też bez trudu obejrzeć w internecie. Majora arcybrawurowo zagrał w tych „Damach i huzarach” inny gwiazdor tego teatru – Jurij Jakowlew; kiedy przystępował do prób, był od swego pięćdziesięciosześcioletniego bohatera ćwierć wieku młodszy, która to okoliczność ułatwiła mu dotrwanie w swej roli, zresztą jako jedynemu z obsady, do końca eksploatacji przedstawienia.
Potrafił też Jakowlew-Major do tego stopnia zauroczyć partnerującą mu w roli Zofii młodziutką Jekatierinę Rajkinę, córkę legendarnego Arkadija Rajkina, że ta została, choć nie na długo, jego małżonką.
Skądinąd Teatr im. Wachtangowa wobec polskiej dramaturgii okazywał w tych latach zainteresowanie na pewno ponadprzeciętne: w 1956 roku wystawił „Ostry dyżur” Lutowskiego, w roku 1962 – „Niemców” Kruczkowskiego, a w roku 1976 – „Lato w Nohant” Iwaszkiewicza, reżyserowane przez ówczesnego szefa Teatru Polskiego w Warszawie Augusta Kowalczyka, z Ludmiłą Maksakową jako George Sand. W owych latach siedemdziesiątych z tymże warszawskim Teatrem Polskim Teatr im. Wachtangowa połączyła specjalna umowa, której owocem była także wymiana aktorów – w wystawionych w obu placówkach przez Jewgienija Simonowa „Antoniuszu i Kleopatrze” Szekspira w jednym z przedstawień w Teatrze Polskim w tytułowych rolach można było ujrzeć Uljanowa i Borisową, zaś w Teatrze im. Wachtangowa – Kowalczyka i Krystynę Królównę.
*
W 1987 roku na czele teatru stanął Uljanow, który wnet zaprosił do współpracy ze swym zespołem całą grupę najgłośniejszych wtedy w Rosji reżyserów, w szczególności Roberta Sturua (wystawił tu pierestrojkowy „Pokój brzeski” Michaiła Szatrowa), Romana Wiktiuka (ten pokazał m. in. „Kurs mistrzowski” Davida Pownalla z Uljanowem, Jakowlewem i Siergiejem Makowieckim), Piotra Fomienkę (m. in. znakomici „Niewinni winowajcy” Aleksandra Ostrowskiego). Klasę reżyserską namaszczonego przez zmarłego w 2007 roku Uljanowa na swego następcę Rimasa Tuminasa, dziś na pewno jednego z czołowych inscenizatorów Europy, mogliśmy w Polsce poznać już całkiem dobrze – na przykład w przywiezionym przez Teatr Mały z Wilna w 2001 roku apokaliptycznym „Rewizorze” Gogola czy w pokazywanym przez Teatr im. Wachtangowa w 2010 roku ”Wujaszku Wani” Czechowa, równie tragicznej wizji zagłady świata Wojnickiego i Soni, jakby drugim „Wiśniowym sadzie”. Wśród najgłośniejszych spektakli Tuminasa w Teatrze im. Wachtangowa znalazł się też „Eugeniusz Oniegin” według Puszkina (2013), za którego otrzymał „Złotą Maskę” i który objechał już pół świata od Berlina, Paryża i Londynu poprzez Tbilisi i Tel Awiw po Pekin, Boston i Toronto.
Niezwykle oryginalną i nader gorąco przyjmowaną propozycją okazała się przygotowana przez Tuminasa „Przystań” (2011) – benefis dziewięciorga najbardziej znanych i zasłużonych aktorów tej sceny, występujących we fragmentach ról, których nigdy tu nie zagrali, a teraz sami na ów wieczór dla siebie wybrali; rzecz, przygotowana dla uczczenia 90-lecia placówki, pokazana została w ciągu siedmiu lat 158 razy, póki śmierć czworga spośród wykonawców nie zmusiła do zdjęcia jej z afisza.
A sam teatr pod kierownictwem Tuminasa rozrósł się już do rozmiarów niemal kombinatu: obok swej położonej przy Arbacie Sceny Głównej z widownią liczącą 1055 miejsc dysponuje teraz również zlokalizowanymi w najbliższym sąsiedztwie aż pięcioma innymi – Sceną Nową (250 miejsc), dwoma Scenami Simonowowskimi (po 119 miejsc), Kawiarnią Sztuki oraz sceną ściśle od lat związanej z teatrem wyższej uczelni – Instytutu Teatralnego im. Szczukina; może więc (i to robi) grać po kilka spektakli dziennie.
A obchody jubileuszu? Przed siedzibą teatru właśnie stanął pomnik Wachtangowa; wydany niedawno w Rosji dwutomowy wybór dokumentów i świadectw o działalności reżysera ukaże się po angielsku i po chińsku; przygotowany zostanie spektakl-promenada „Moskwa Wachtangowa – droga do Turandot”; odbędą się najróżniejsze warsztaty i sympozja. Na Arbat zjadą i w siedzibie teatru wystąpią zespoły z Omska (dokąd w czasie wojny ewakuowano część trupy, gdy inna część dawała przedstawienia na froncie, od Stalingradu do Berlina i Pragi), z Władykaukazu (gdzie ponadto w rodzinnym domu Wachtangowa powstanie centrum kultury), z Tary k/Omska (z tych okolic pochodził Uljanow) oraz z Wilna (gdzie przez lata pracował i po dziś dzień pracuje Tuminas); z kolei zespół wachtangowców po odbytych już jubileuszowych występach we Francji, Niemczech, Kazachstanie i na Litwie ma puścić się w podróż do kilku kolejnych krajów Europy, Azji i Ameryki Północnej.
Rosyjska telewizja „Kultura” ma pokazać rejestracje najsłynniejszych spektakli teatru, co już zresztą on sam zaczął robić na swej stronie internetowej w czasie minionych wakacji, prezentując tych spektakli blisko dwadzieścia, każdy przez cztery doby…

Obiad Jasia z Premierem

Nie tak dawno, bo jakieś niespełna parę lat temu, cała władza miasta i powiatu sokołowskiego została ,,postawiona na baczność”. Sam wicepremier i Minister Kultury i Sztuki w jednym, czyli Józef Tejchma, przyjeżdża! Tak Dostojnego Gościa Sokołów na oczy nie widział. Niezapowiadane „gospodarskie wizyty” także nie były jeszcze w modzie. Poruszenie ogromne. Sztaby pracują – co robić? Jak robić? Narada goniła naradę. Pisano i zmieniano scenariusze pobytu. Rozdzielano zadania i zaproszenia do wspólnego stołu z gościem…

Skąd ten honor dla miasta? Trudno dziś uwierzyć, ale chodziło tylko i wyłącznie o … kulturę! Konkretnie o „sokołowski eksperyment”. Gazety i tygodniki rozpisywały się o nowym modelu funkcjonowania placówek kultury, zjeżdżali goście z całego kraju, bo Ministerstwo Kultury i Sztuki – nie bez oporów – zezwoliło na przełamanie stereotypu zarządzania i finansowania kultury w mieście i powiecie.
Pomysł był prosty – zintegrować pod wspólnym kierownictwem Powiatowy Dom Kultury, bibliotekę, kino, ogniska artystyczne oraz zapewnić im wszystkim jedno źródło finansowania, jeden budżet w miejsce wielorakości środków państwowych, lokalnych, społecznych. Słowem – ułatwić współdziałanie, zespolić inicjatywy, zaoszczędzić pieniądze, których zawsze brakowało, lepiej i sensowniej wykorzystać kadrę pracowników, lokale. A więc – nie każdy sobie i na swoim, a wszyscy razem na rzecz rozwoju życia kulturalnego w mieście i powiecie.
Ten nowy model działania placówek kultury opracowano i wprowadzono w życie nie gdzie indziej a właśnie w Sokołowie. Jako eksperymentalny i jedyny w kraju! Po roku eksperymentowania ,,sokołowski model” miał być upowszechniany w innych regionach Polski. Premier Tejchma chciał więc na własne oczy zobaczyć, jak „to to” funkcjonuje, jak się sprawdza w działaniu i przekonać się, czy warto takie rozwiązania popierać.
Mnie – promotorowi ,,eksperymentu” – moim koleżankom i kolegom w Powiatowego Ośrodka Kultury ogromnie zależało na dobrej ocenie naszej pracy. Stawaliśmy na głowie, by wszystko wypadło jak najlepiej. A z nami – oczywiście – działał nasz równie niezawodny, co nieprzewidywalny ,,najlepszy kierowca świata” Janek Godlewski. Był podniecony stosownie do rangi wydarzenia, a nawet bardziej. Pogadałem więc z nim w cztery oczy, by utemperować emocje i wykluczyć ewentualne ,,genialne” pomysły, z których był znany.
Wszystko szło jak z płatka. Nasz Gość zwiedził Powiatowy Ośrodek Kultury i wszystkie znajdujące się w nim placówki: kino, bibliotekę, studio nagrań, pracownię filmową i fotograficzną, ogniska artystyczne, radio-klub, pracownię usług plastycznych, kawiarnię…. Wszędzie oczywiście tętniło życie, więc wszędzie z wszystkimi wdawał się w rozmowy, ,,drążąc” temat i nabierając przekonania, że ,,eksperyment sokołowski” ma się dobrze, sprawdza się w działaniu.
Wizytowanie trochę się przeciągnęło, ale obiad też przygotowaliśmy u siebie, więc niespodzianek być nie powinno. O dobry stół i miłą obsługę zadbała restauracja PSS „Podlasianka”, a Jaś Godlewski pomagał w dowożeniu wszystkiego z jej kuchni i kredensu do naszej specjalnie urządzonej „sali biesiadnej”. Idziemy więc na obiad zadowoleni zadowoleniem Gościa, otwieramy drzwi, zapraszamy na poczęstunek, a tu… na honorowym miejscu za stołem siedzi sobie nasz nieoceniony Janek i pałaszuje kanapki. Konsternacja, zamieszanie.

  • Co on tu robi? Skąd się wziął? Kelnerki pobladły, co niektórzy zesztywnieli, a premier jakby nigdy nic wita się z niespodziewanym gościem i pyta, które kanapki lepsze, ze śledziem czy z szynką? Zaprasza do stołu… Zasiadł więc Jasiu przy premierze i nawet nie czekając na zakończenie przemówienia I sekretarza KP PZPR wypalił: ,,Panie Premierze, czy Panu nie wstyd, że ja, kurna, nasze zespoły muszę wozić po kraju i za granicę takim ,,rzęchem?” Miejscowymi władzami zatrzęsło z oburzenia, a towarzysz Premier na to: „Ja się nie wstydzę, ale pan przewodniczący Powiatowej Rady Narodowej mógłby się zawstydzić, jeżeli jest tak, jak mówicie”. A Jasiu dalej: – Pan przewodniczący już dawno, kura, kupiłby mi „Autosana”, ale nie może, kura, bo nie ma limitu, kura, na zakupy inwestycyjne i asygnaty na autokar, kura.
  • No to jesteśmy w domu – mówi wyraźnie rozbawiony Premier. – Ja załatwię asygnatę i dam połowę środków. Jeśli pan przewodniczący dołoży resztę — bierzcie autokar i… w drogę!
    Nie minął miesiąc, a Jaś z fasonem podjechał pod Ośrodek Kultury nowiusieńkim ,,Autosanem”, a jego szelmowski uśmiech mógł oznaczać tylko jedno – Widzicie? Tak się załatwia sprawy! Miał farta, ale… trafił na wicepremiera i Ministra Kultury Józefa Tejchmę. Ot, co!

Kacperek

Jak każdy dziadek lubię rozmowy z wnukiem. Kacper jest uczniem 6 klasy mojej byłej szkoły w „ruskich dołach „Gadamy najczęściej o piłkarzach, o zmarnowanych okazjach naszych napastników o błędach sędziowskich.

Kacper rośnie na dobrego piłkarza i już imponuję mi opanowaniem piłki oraz dryblingiem ,za moich piłkarskich czasów rzadko spotykanych na sokołowskim stadionie. Ostatnio jego uwagę zawładnął okolicznościowy artykuł o wyzwoleniu Sokołowa przez Armię Czerwoną 8 sierpnia 1944 roku, jaki pisałem dla gazety . Ze sportu nasza dyskusja przeszła na sprawy wojny, hitlerowskiej okupacji i moich dziecięcych przygód. naznaczonych strachem, śmiercią ojca, obserwowanych przez dzieci morderstw Żydów i egzekucji polskich patriotów pod tzw. zgórkiem u zbiegu ulic Długiej ,Siedleckiej i Repkowskiej.
Kiedy na pytanie „ Lepiej powiedz dziadku ilu zabiłeś Niemców? Odpowiedziałem że ani jednego bo miałem mniej lat jak Ty dzisiaj , zauważyłem wielkie rozczarowanie w oczach mojego wnuka. A kiedy opowiedziałem ,że jeden z żołnierzy niemieckich pilnujących bramy getta dał mi prawdziwą czekoladę za to że przyniosłem z domu kubek wody- nazwał mnie kolaborantem. Poprawiłem troszkę swoją reputację opowieścią jak ze Zdziśkiem Bałkowcem rzucaliśmy przez płot do naszych kolegów Żydów jabłka i marchewki z podwórka gdzie mieszkał . na ulicy Siedleckiej 4 lub 6 . Ale fakt że przez 5 lat okupacji nie zabiłem żadnego Niemca i nie uratowałem żadnego żydowskiego kolegi wystarczył małemu patriocie na rozczarowanie Zastanawiam się skąd u dzieci ,dziesiątki lat po wojnie ,biorą się takie bojowe postawy. Czy szkoła uczy jak zabijać Niemców ,Ruskich i Ukraińców czy ,co w moim przekonaniu powinna uczyć , jak z nimi budować, mimo trudnej przeszłości dobrą sąsiedzką wspólpracę.
Pamiętam ze swoich szczenięcych lat jak prof. Paweł Kamiński uczył nas strzelania i musztry na lekcjach Przysposobienia Wojskowego, jak zdobywaliśmy odznaki ” Bądź sprawny w pracy i obronie” Jak biliśmy rekordy Szkoły w rzucie granatem. albo w biegu na 3 km. Wielu kolegów zaraz po 9 klasie poszło do szkól oficerskich uznając że nie matura lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera. I trzeba przyznać ,że zostali oficerami po ukończeniu wojskowych matur i studiów wyższych. Jak Stasiek Stolarczuk, Rysiek Saczuk czy Mietek Harasim.
Taki kurs na wojsko był w latach pięćdziesiątych wymuszony na programach szkolnych przez okres tzw. ” zimnej wojny „ dwóch wrogich wobec siebie systemów politycznych kapitalistycznego i socjalistycznego. Straszono nas imperialistami i zdrajcą Tito. Wpajano wrogość do Mikołajczyka i Andersa. Kazano zbierać podpisy o ułaskawienie skazanych w USA za szpiegostwo na rzecz Związku Radzieckiego małżonków Rosenbergów. Takie kanony edukacyjno- wychowawcze obowiązywały w mojej szkole w latach 1951-1955 A poza szkołą w mieszkaniu Bolka Bałkowca, który nigdy nie chciał wstąpić do szkolnego koła ZMP i wsławił się dorysowaniem na Gazetce Sciennej sarmackich wąsów Stalinowi, słuchaliśmy z wypiekami na twarzach rewalacji pułkownika J. Swiatły o Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego którego był wysokiej rangi funkcjonariuszem. zanim spylił na Zachód. Bolek miał radio marki Pionier z dobrym odbiorem fal krótkich na których nadawało Radio Wolna Europa.
Z tych audycji dowiedzieliśmy się o zbrodni w Katyniu. To były nasze bezpłatne ale znaczące korepetycje do lekcji historii. I chociaż pobieraliśmy je kosztem rozwiązywania reguł matematycznych z czego nie był zadowolony nasz wspaniały wychowawca i matematyk prof. Henryk „Listek” Wiśniewolski to jednak doprowadził nas do matury.
Teraz ja staram się mojemu wnukowi zrozumieć naszą historię a że moja narracja często różni się od szkolnej nie tylko tworzy zamęt w jego głowie ale też zmusza do myślenia i dalszych poszukiwań. Na szczęście ma gdzie szukać mając jeszcze nieograniczony dostęp do Internetu.
Ostatnio zadziwił mnie informacją, że Borman- sekretarz NSDAP nie zginał w oblężonym Berlinie uciekając z bunkra Hitlera lecz dożył swoich dni w Związku Radzieckim. Teraz ja buszuje w Internecie by sprawdzić jakie naprawdę były losy z najbliższego współpracownikiem Hitlera. Historia jest fascynującą dyscypliną naukową i chociaż każda zmiana polityczna stara się ją interpretować dla siebie pozostają matki i ojcowie, babcie i dziadkowie , którzy powiedzą swoim następcom jak naprawdę było.
Warto ich słuchać o czym przekonałem się na spotkaniu koleżanek i kolegów Kacpra z 6 klasy mojej dawnej szkoły w której gdyby nie przewodnik bym zabłądził . Tak się rozbudowała. Tylko kancelaria jest tam gdzie była i gdzie nasza pani -Maria Wolańska pozostawiała swojego jamnika Bumsa pod opieką koleżanek, zanim Tadek Lipski odprowadzi go do jej domu. Taki przywilej miał w naszej klasie tylko Tadek i dlatego zazdrośni koledzy dali mu ksywkę Bums.

Robiąc w „siedleckiej kulturze”

Niedawno Tygodnik Siedlecki poprosił mnie bym opowiedział o mojej pracy w siedleckiej kulturze w latach 1976 – 1990. Opowiedziałem – bo było o czym. Czytam teraz ten wywiad i nie mogę się nadziwić, dlaczego odarto go z nazwisk, które przytoczyłem w prawdziwym korzystnym kontekście.

Te nazwiska to Mieczysław Rakowski- Premier reformator Zofia Grzebisz – Nowicka Wojewoda Siedlecka , Wacław Janas –WICEMINISTER Kultury i Sztuki , Stanisław Lewocik –Przwodniczący Wojewódzkiej Rady Narodowej Leopold Grzegorek – przewodniczący Komisji Kultury WRN , Zbigniew Wiedeński –dyrektor Wydziału Finansowego Urzędu Wojewódzkiego w Siedlcach.
To dzięki ich zrozumieniu , inspiracji i konkretnej pomocy mogłem przez 17 lat aktywnie działać w Siedlcach w likwidacji wieloletnich zaniedbań i opóźnień w cywilizacyjnym i kulturowym rozwoju miast i wsi Podlasia i Wschodniego Mazowsza .Reformy gospodarcze premiera Rakowskiego ujęte w haśle„ Co nie jest zabronione – Jest dozwolone „ pozwoliły na utworzenie Zakładu Remontowo – Budowlanego Obiektów Kultury przy Wydziale Kultury i Sztuki UW. Rozwiązany został problem wykonawstwa i budowy czynami społecznymi Gminnych Ośrodków Kultury i remontów zabytkowych dworów i pałaców na siedziby placówek kultury.
Przywołuję te nazwiska by im podziękować i ocalić od zapomnienia ludzi i ich pracę w czasach PRL –u. Ostatnio opisuję zdjęcia z archiwum Sokołowskiego Ośrodka Kultury zawierającego 7 000 zdjęć ze wszystkiego co się ruszało w mieście i powiecie sokołowskim od 1964 do 1976 roku Od gospodarczych wizyt Edwarda Gierka w Sterdyni i Józefa Tejchmy w Powiatowym Ośrodku Kultury po dewizowy odłów zajęcy, otwarcie szpitala powiatowego , różne akademie i imprezy.
To archiwum jest dowodem, że tylko w chorych zaślepionych nienawiścią głowach może się rodzić przekonanie , że PRL był czarną dziurą w naszej najnowszej historii. Ale przede wszystkim chciałem dziś podziękować moim koleżankom i kolegom z Wydziału Kultury i Sztuki którzy ochraniali mnie i wspierali we wszystkich ryzykownych działaniach.
Dziękuję Wiesi Wadasowej, kierującej moim biurem i przepraszam za to, że tyle razy musiała tłumaczyć Szefom moją nieobecność w biurze oraz szukać mnie w rozległym województwie bym zdążył na pilną naradę u wojewody lub w komitecie. Dziękuję pracowitym i skrupulatnym księgowym Teresie Drzewieckiej i Jasi Grabowskiej pilnujących bym nie popełnił więcej błędów niż popełniałem Dziękuję Eli Kieliszkowej, łączącej urodę z przebojowością i talentem. Wszystkim moim współpracownikom dziękuję i dzielę się z nimi swoim sukcesem, wreszcie dostrzeżonym, bo wspólnie osiągniętym.
Byliśmy, jesteśmy i będziemy jedną drużyną co potwierdzają spotkania animatorów kultury w Domu Pracy Twórczej „Reymontółwka „w Chlewiskach. Nie znam środowiska zawodowego, które jak my ludzie kultury byliby tak zintegrowani. Wzajemnie życzliwi i wspierający się.
Gdyby tak było w innych grupach zawodowych, wśród nowych i starych pracowników różnych instytucji nasze życie byłoby o wiele przyjemniejsze. Nie umiem wymazać z pamięci żalu jaki miał śp. Zygmunt Błachnio do swojego następcy Prezesa Spółdzielni Mleczarskiej w Sokołowie, który nie zaprosił go na jubileusz tej zasłużonej dla miasta i rolników instytucji. Szkoda, bo może skorzystałby z wiedzy i doświadczenia swojego kolegi i nie doprowadził firmy do upadku.
Nie byłbym sobą gdybym nie wspomniał o powodach mojego odwołania. Czytam artykuły z gazet, protokoły różnych nasyłanych komisji analizuję je i dochodzę do wniosku , że w mechanizmach niszczenia ludzi aktywnych nic się nie zmieniło..Wystarczy narazić się jakiemuś bonzie. O n uruchomi pismaków.
Wyślę komisje z zadaniem znalezienia jakiś .uchybień i jesteś ugotowany. Nikt nie zada sobie trudu obiektywnej oceny twojej pracy, nikt Ci nie pomoże i nikt Cię nie wysłucha W moim przypadku, bolszewicy z „Solidarności pracowników kultury z bolszewikami z ” białego domu” porozumieli się bo pierwsi chcieli mieć dostęp do dużych pieniędzy które pozyskiwałem dla kultury siedleckiej i dysponować tymi pieniędzmi, bez stosownej wiedzy, pozostawiając mnie odpowiedzialność za nie swoje decyzje.
Tym drugim wydawało się, że jak poświęcą popularnego i nagradzanego dyrektora oddalą od siebie wyroki rewolucji ustrojowej i zachowają swoje wpływy i przywileje. Myślę, że pora o tym rozrachunku z przeszłością pisać co też planuję skoro spotykają mnie tak miłe gesty jak’ Złoty Jacek”wręczony z a byłe zasługi dla Siedlec i województwa siedleckiego.
Piszę teraz do lokalnych gazet felietony pod tytułem „TAK BYŁO” w których w lekkiej satyrycznej formie ukazuje absurdy pracy i życia w Polsce Ludowej. Czasami mi zamieszczają ale obwąchują z każdej strony by nie narazić się ukrytym wydawcom. Zapomnieli o przykazaniu Wielkiego Polaka że ”prawda Was wyzwoli”. Tak więc mam już pokaźny zbiorek takich felietoników i teraz odkładam z emerytury na ich wydanie.
Marzy mi się też poważniejsza książka opisująca dziesięciolecie kultury siedleckiej z lat 1976-1986.Tu potrzebne jest jednak większe zaangażowanie byłych pracowników instytucji i placówek kultury byłego województwa siedleckiego.
Będę o to prosił moje koleżanki i moich kolegów i wierzę , że mi nie odmówią. Tymi książkami podziękuję kapitule Złotego Jacka kierowanej przez profesora Piotra Matusaka za tę sympatyczną nagrodę .

Kultura po zarazie

Wszyscy głowią się, jak będzie wyglądał świat po zarazie, jak zmieni się życie kulturalne po jego odmrożeniu. Czy wróci w utarte koleiny, czy obierze inny, nieznany kierunek?

To oznacza, że nastała pogoda dla wizjonerów i proroków. Kto jednak nie ma zadatków na proroka, może sięgnąć po wyniki coraz częściej publikowanych sondaży, ankiet i badań opinii, z których wyłania się przybliżony obraz tego, co nastąpi.
Sporo ciekawych wniosków podpowiadają
wyniki sondażu
przeprowadzonego w dnia 8-14 maja, a więc w okresie rozwiniętej już pandemii w połowie marca przez grupę badaczy z Centrum Kultury w Lublinie, przy wykorzystaniu narzędzi i komentarzy dr. Mariusza Gwozdy z Fundacji na rzecz Badań i Inicjatyw Społecznych. Przy wszystkich możliwych i zasadnych zastrzeżeniach, że to tylko sonda, że badania niereprezentatywne, że całkowicie dobrowolnie pozyskane odpowiedzi od przede wszystkim – jak można się domyślać – dotychczasowych odbiorców oferty kulturalnej tego Centrum, warto je dokładnie przestudiować.
Wzięło w nich udział ponad 700 osób, w większości o wyższym wykształceniu i bez wątpienia wyższym od przeciętnego standardzie potrzeb kulturalnych i rzeczywistego uczestnictwa w kulturze. Na pytanie bowiem jak często ankietowani – przez pandemią – korzystali ze spektakli, koncertów, seansów filmowych zadeklarowało, że raz w tygodniu (22 procent) albo częściej niż raz w tygodniu (14 procent) lub co najmniej raz w miesiącu (19 procent) albo częściej niż raz w miesiącu (27 procent). Sumując te wyniki otrzymujemy imponujący wskaźnik 82 procent ankietowanych, którzy uczestniczą co najmniej raz w miesiącu w wydarzeniu artystycznym. To wynik znacznie przekraczający przeciętną krajową. Pamiętajmy, że badania są prowadzone w Polsce, gdzie przeciętny rodak sięga po książkę rzadziej niż raz na dwa lata, a tzw. tzw.
indeks praktyk kulturalnych
przyjęty w Unii Europejskiej do badania poziomu uczestnictwa w kulturze sytuuje nas na końcu unijnej tabeli. Tak więc, wracając do ankietowanych, reprezentują oni, jeśli nie elitę, to z pewnością grupę znacznie bardziej zaawansowanych uczestników kultury od przeciętnej krajowej. Co zresztą potwierdza ich odpowiedź na pytanie: „Czy uczestnictwo w życiu kulturalnym i korzystanie z oferty instytucji kultury jest dla Pana/i ważne?”. Okazało się, że aż 91 procent ankietowanych odpowiedziało na tak postawione pytanie twierdząco.
Warte uwagi są wyniki sondażu dotyczące preferencji wyboru propozycji kulturalnych online, od których zrobiło się aż tłoczno w Internecie. Wbrew oczekiwaniom ankietowani traktują niemal równorzędnie spektakle (49 procent), koncerty (48 procent) i filmy (51 procent). Rzecz inaczej wyglądała, kiedy zapytano badanych o ich gotowość bezpośredniego uczestnictwa w imprezach kulturalnych już po ustąpieniu pandemii. Wtedy rozkład preferencji przedstawiał się następująco: najwięcej zwolenników zebrały koncerty (34), projekcje filmowe w kinach (18 procent) i spektakle (17 procent), ale i tak wyraźna pozostała przewaga kontaktu z żywym wykonawcą, co – jaki komentuje dr Gwozda dowodzi, że odbiorcy kultury stęsknili za bezpośrednim kontaktem z artystami i wyżej cenią sobie spektakle i koncerty (łącznie) od „bezdotykowego” kina. To dość krzepiąca wiadomość dla twórców teatralnych, bo – jak wiadomo – bezpośrednie oddziaływanie, tworzenie żywej wspólnoty jednego wieczoru jest fundamentem sztuki teatralnej, bez której sztuka teatru nie może się obejść.
Wspomniane deklaracje nie oznaczają, że odbiorcy kultury nie wyrażają poważnych obaw czy wahań związanych z uczestnictwem w imprezach masowych. Chętniej przewidują swój udział w spotkaniach czy zdarzeniach kameralnych niż w wielkich imprezach. Wiele osób wyraża wątpliwości, czy podczas imprez masowych rzeczywiście będzie dotrzymywany reżim sanitarny, czy bliskość fizyczna wielu osób nie stworzy na nowo zagrożenia epidemicznego. Jak widać, obawy, jakie wniosła – być może na trwałe – do naszego życia pandemia. Można się spodziewać, że podobnego typu obawy będą nam towarzyszyć jeszcze bardzo długo, nawet po wygaśnięciu je ognisk, oddziałując na zachowania i obyczaje kulturalne. Tak czy owak, będzie musiało upłynąć trochę czasu, nim publiczność na nowo uwierzy w bezpieczeństwo korzystania z sal teatralnych, koncertowych czy kin.
Może jeszcze bardziej znaczące, choć w samym badaniu we wspomnianej ankiecie specjalnie nieeksponowane są odpowiedzi na pytanie o
deklarowany poziom wydatków
ponoszonych na zaspokojenie potrzeb kulturalnych. Większość, bo 38 procent ankietowanych deklaruje utrzymanie dotychczasowego poziomu wydatków na kulturę, 10 procent jest gotowych zwiększyć te wydatki, ale aż 24 procent zapowiada ich zmniejszenie.
To bardzo ważna przestroga dla polityków i organizatorów życia kulturalnego. Oznacza bowiem, że aż co czwarty odbiorca kultury zamierza redukować swoje wydatki na kulturę. Wprawdzie nie wiemy w jakim stopniu, a także nie towarzyszą tej deklaracji żadne bliższe motywacje, ale nietrudno je sobie wyobrazić. Jeśli pamiętać o ekonomicznych skutkach zamrożenia gospodarki, spodziewanym i już następującym zubożeniu społeczeństwa, a więc i spadku siły nabywczej konsumentów kultury, wyjaśniają się powody zapowiadane zmniejszenie wydatków na kulturę . To ważna informacja także dla polskiej lewicy, w której programach zawsze akcentowano walkę o zapewnienie dostępności kultury, o niwelowanie występujących wciąż nierówności, które tę dostępność limitują. Prawdę mówiąc, wszystkie pozytywy omawianej ankiety, przyćmiewa ta ostatnia informacja. Jeśli bowiem rzeczywiście aż czarta część odbiorców kultury obniżyłaby poziom wydatków na kulturę, musiałoby to nieuchronnie doprowadzić do bardzo niepokojących skutków, zwłaszcza biorąc pod uwagę osłabioną wydolność finansową wielu instytucji artystycznych. Jeśli do tego dodać spodziewane obniżenie wpływów z biletów związane z koniecznością przestrzegania reżimu sanitarnego, sytuacja finansowa teatrów, filharmonii, kin, a nawet części muzeów może prowadzić do ich bankructwa. To z kolei tworzyłoby nowe „dziury” w sieci instytucji kulturalnych, a więc sprzyjało pogarszaniu się dostępności do kultury, Groziłby to w rezultacie efektem błędnego koła dekulturacji. Żeby temu niebezpieczeństwu zapobiec, trzeba już teraz myśleć o programie osłonowym, który chroniłby najsłabszych przed wykluczeniem z kultury.
Osobną częścią lubelskiej ankiety były opinie i propozycje uczestników – trudne do jakiegoś statystycznego uśrednienia – na temat powstałej w wyniku pandemii sytuacji i przyszłości. Niektóre z nich na pewno warte są uwagi i przemyślenia. Odsłaniają bowiem kierunek myślenia, jaki obrali odbiorcy kultury, a tym samym poniekąd zaproponowali organizatorom życia kulturalnego. Trudno je tutaj wszystkie omawiać, dla przykładu zacytuję tylko dwie z przytaczanych odpowiedzi na ankietę:
„Myślę, że to dla instytucji kultury może być nowy start. Nie wrócicie do tego, co było, tak samo, jak reszta z nas. Trzeba wykorzystać Internet nie jako dodatek do działalności kulturalnej, ale jako jedną z form, by utrzymać kontakt z ludźmi, którzy nigdy nie byli u Was, a Internet sprawia, że są i będą Waszymi odbiorcami”.
I drugi wpis:„Otwarcie świata po epidemii powinno być nowym otwarciem dla wszelakich idei, inicjatyw i działań. Należy wykorzystać zaistniałą sytuację do przeprowadzenia szeregu zmian, nie tylko tych związanych z wirusem. Zachęcam Państwa do wypełniania swojej misji w taki sposób, aby kultura zbliżała ludzi”.
Jak więc widać, to poważne oczekiwania. Apetyt na kulturę wcale nie maleje, ale zmieniają się warunki korzystania z jej dobrodziejstwa.

Lewica winna bronić inteligenckiego ethosu

– Pogarda jest naprawdę jednym z kluczowych zagadnień polskiej mentalności i jeśli rozejrzymy się wokoło, a zwłaszcza przyjrzymy się życiu politycznemu, to zobaczymy, że ta konstatacja jest nadal, niestety, jaskrawo aktualna. Pogarda dla innego, gorszego, napiętnowanego przeszłością jest podstawowym dziś motywem polityki w Polsce z prof. Krzysztofem Kłosińskim, historykiem i teoretykiem literatury, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

W zeszłym roku upłynęła 50 rocznica śmierci Witolda Gombrowicza, ukazała się też jego pierwsza, obszerna, dwutomowa biografia autorstwa Klementyny Suchanow. Przeszła jednak bez większego echa. Gombrowicz przestał być istotną postacią w publicznej debacie?
Bez przemyślenia Gombrowicza i bez tej całej sfery krytyki wizji sienkiewiczowskiej, którą zapoczątkował Prus i kilku jego współczesnych, w tym Stanisław Brzozowski w „Legendzie Młodej Polski”, trudno mówić o świadomym udziale w polskiej sferze życia umysłowego, w nowoczesnej świadomości polskiej. Bunt Gombrowicza przeciw Sienkiewiczowi to główny węzeł nowoczesnej świadomości polskiej inteligencji. Z kolei Gombrowicz jest nielubiany przez pewne kręgi polskiej – powiedzmy to tak ogólnie – konserwatywnej prawicy. Jest coś groźniejszego, co się za tymi głosami kryje. Radykalne nastawienie antyinteligenckie. Stosunek do Sienkiewicza był od samego początku kryterium stosunku do polskości: czy ma być ona tradycjonalistyczna, katolicka, „przedmurzowa” (Matka Boska kiwa z nieba Longinusowi obcinającemu głowy poganom), czy nowoczesna, laicka. Właśnie w dyskusji z Sienkiewiczem kształtował się ten drugi model – od Prusa, przez Brzozowskiego, po Gombrowicza. I on budował ethos inteligenta. Polski inteligent mówił Gombrowiczem, bo to mu dawało immunologiczną odporność na nowomowę.
Sienkiewicza nie lubi Pan czytać?
Tak się złożyło, że na uroki Sienkiewicza jestem dość uodporniony. Mój ojciec był partyzantem i, jak wielu partyzantów, lubował się w Sienkiewiczu. Z wczesnego dzieciństwa pamiętam więc liczne wieczorne czytania Sienkiewicza i tę jakże niezdrową egzaltację, która polegała na totalnym odlocie, czyli całkowitej ucieczce od rzeczywistości (ojciec miał za sobą stalinowskie więzienie). Ale rzecz nie w moim upodobaniu do Sienkiewicza, czy jego braku, lecz w tym, że to nie jest pisarz, który powinien koronować szkolny kanon polskiej literatury. Wizja sienkiewiczowska jest już bardzo anachroniczna i pokazuje – jak mówił Brzozowski – Polskę „zdziecinniałą”.
W dużym stopniu zgadzam się, aczkolwiek n.p. badaczka z Białegostoku, profesor Jolanta Sztachelska przekonuje w swoich pracach, że Sienkiewicz nie był aż tak zakamieniałym konserwatystą za jakiego się go uważa, lecz umiarkowanym sceptykiem, który pod kostiumem tradycjonalisty skrywał całkiem nowoczesne spojrzenie na świat. A ponieważ Sienkiewicz należy do kanonu, mam pytanie o sens koncepcji kanonu lektur jako takiego. Kanon z założenia jest zbiorem wyselekcjonowanych, zadekretowanych, odświętnie wypucowanych najlepszych okazów literatury, a przecież kultura, literatura to gęsty, „nieplewiony” ogród „okazów” bardzo zróżnicowanych, także jakościowo, to całość, w jej splątaniu, w sprzecznościach. Czy można zrozumieć literaturę pomijając to splątanie?
No właśnie, nie można, bo wtedy ta perspektywa się zawęża, redukuje, chociaż ze względu na realia trzeba się pogodzić z tym, że na poziomie edukacji szkolnej nie da się przekazać uczniom całego dziedzictwa w jego złożoności. To jednak nie oznacza, że można proponować takie rzeczy, jak usunięcie z kanonu Gombrowicza, giganta literatury nowoczesnej, by na jego miejsce wprowadzać pisarza drugorzędnego, jak Jan Dobraczyński, pod pretekstem, że tamten był „niepatriotyczny”, a ten jest „patriotyczny”. Podobne kryteria mają tę wadę, że ich sens zależy od tego, kto mówi. Dla mnie jest, np. odwrotnie: Gombrowicz jest heroiczny w swoim przemyśleniu polskości i narzucaniu się z nią światu, a Dobraczyński to konformista. Kryteria moralne nie powinny być jednak mieszane z estetycznymi, podstawowymi w literaturze.
Jeśli by poważnie przyjąć postulat przekazywania wiedzy o literaturze jako odzwierciedlenie ewolucji kultury, polityki, społecznej świadomości etc., to może należało by wprowadzić do kanonu także np. literaturę okresu socrealizmu, by pokazać, jaki obraz świata pokazywała czytelnikowi?
To jest kwestia lektury: mamy sporo świetnych interpretacji socrealizmu w humanistyce, w szkole natomiast ten nurt jest niczym upiór, widmo. Potępia się go jak diabła i tyle. Swego czasu przeczytałem „Władzę” Tadeusza Konwickiego jako powieść o człowieku, któremu owa tytułowa „Władza” stawia alternatywę: albo jesteś z nami jako istota rozumna, albo przeciw nam jako „pełne zadziorów ciało”. Przecież Miłosz stawiał tę samą diagnozę w „Zniewolonym umyśle”.
Tylko, że wprowadzając socrealizm do kanonu otwieramy pytanie – a dlaczego nie inne nurty w literaturze? Może zwyczajnie zadowalający kanon dla szkoły jest niemożliwy?
Zadowalający na pewno nie. Można się jedynie zbliżać do jakiegoś wyobrażonego, idealnego modelu. Na marginesie dzisiejszych sporów przypomnę wielką przegraną w pojedynku Kochanowski – Rej. Narodowa w swoim profilu szkolna historia literatury zrobiła z tego drugiego zdziecinniałego idiotę. Tak, na przykład, spreparowano „Krótką rozprawę ”, żeby dzieci czytały o „liczeniu jajec”, a nie o systemie wartości obowiązujących obywateli Republiki. Bo Rej był inny, protestancki. I tak to trwa do dziś.
Czy jest możliwe wskazanie jakichś charakterystycznych, wiodących tematów klasycznej polskiej literatury, wiodących obsesji, jakiegoś rdzenia?
Jednego na pewno nie, na to jest zbyt zróżnicowana, ale akurat przychodzi mi na myśl pewien bardzo znamienny motyw, bardzo w polskiej literaturze zauważalny, motyw pogardy. Sięgam ciągle do jednej z najwspanialszych powieści polskich, być może najwspanialszej, czyli do „Lalki” Prusa. Mogę powiedzieć, że żyję z tą książką za pana brat. Jest ona oczywiście niebywale wielowarstwowa, mówi o miłości, o przemijaniu, u fundamentalnych zjawiskach życia, ale wydaje mi się, że tym, o czym ona tak naprawdę opowiada, jest pogarda. Bogatego do biednego, dobrze urodzonego do źle urodzonego i na odwrót. Przecież kluczowa relacja w tej powieści – między Izabelą a Wokulskim – to w istocie rzeczy stosunek pogardy. Bohaterowie są dla siebie stworzeni, tak jak stworzeni są dla siebie energiczny Wokulski i tęskniąca za rozwojem Warszawa. I co z tego? I nic. Najpierw jego dosięga pogarda, a potem on uczy się gardzić. Widzi przyszłą Polskę jako „pokolenie urodzone i wychowane na tym śmietniku, z matki okrytej wysypką i beznosego ojca!”. Mówi na końcu o Izabeli: „Tak pogardzam i jeszcze ją kocham!”. A jakim mistrzem pogardy jest Sienkiewicz! Wydaje mi się, że pogarda jest bardzo charakterystycznym motywem emocjonalnym, by nie powiedzieć duchowym, polskiej kultury, polskiej obyczajowości – pogarda do tego, który jest „niżej”, komu można przypisać gorszość. Bardzo wiele pisał o niej Żeromski, choćby w „Ludziach bezdomnych” czy „Popiołach”. Wspaniale pokazała ten temat profesor Maria Janion w swojej książce „Niesamowita Słowiańszczyzna”, eksponując właśnie naszą pogardę dla siebie jako Słowian. Pogarda jest naprawdę jednym z kluczowych zagadnień polskiej mentalności i jeśli rozejrzymy się wokoło, a zwłaszcza przyjrzymy się życiu politycznemu, to zobaczymy, że ta konstatacja jest nadal, niestety, jaskrawo aktualna. Pogarda dla innego, gorszego, napiętnowanego przeszłością jest podstawowym dziś motywem polityki w Polsce. To są nasze skrzywienia, które właśnie pisarze inteligenccy, z tego nurtu anty – sienkiewiczowskiego, pomagają nam diagnozować i leczyć.
Czy nie jest tak, że owa pogarda, o której Pan mówi, stanowi jedną z kluczowych barier modernizacji polskiego społeczeństwa, barier na drodze do stawania się społeczeństwem demokratycznym z ducha, a nie tylko z procedur?
Myślę, że tak, bo pogarda jest cechą społeczeństwa anachronicznego, zaskorupiałego, ale ja bym tej cechy nie przypisywał społeczeństwu en bloc, bo w nim jest wiele rozumności, lecz części elit rządzących, ludzi, którzy z rozniecania pogardy uczynili instrument walki politycznej.
Jest Pan badaczem i znawcą literatury XX, ale i XIX wieku? W jakim stopniu ta literatura wypełnia cechę aktualności, a w jakim jest już tylko zabytkiem literackim przeszłości?
Wszystko zależy od klasy dzieła. Wspomniana przeze mnie wcześniej „Lalka”, choć opowiada o XIX-wiecznej Warszawie, ma nam sporo do powiedzenia o nas dziś. Zależy, czy pod warstwą bezpośredniej narracji autorzy dawnej literatury zapisali doświadczenia ponadczasowe, albo takie, których sens dopiero my, po wielu dziesięcioleciach, możemy odkryć.
Nieprzypadkowo uczyniłem uwagę, że jako profesor literatury specjalizuje się Pan w dużym stopniu w literaturze wieku XIX, ponieważ, na zasadzie pewnego kontrapunktu, komentował Pan kiedyś, w duecie z Kazimierą Szczuką, w telewizyjnym programie „Wydanie drugie poprawione”, zjawiska literatury współczesnej. 45 lat temu ukazała się głośna książka Adama Zagajewskiego i Juliana Kornhausera „Świat nieprzedstawiony”, w której autorzy postawili literaturze okresu PRL zarzut, że nie daje pełnego obrazu rzeczywistości, co zresztą nie było bynajmniej wyłącznie zakamuflowanym zarzutem natury politycznej, lecz postulatem formułowanym przede wszystkim z punktu widzenia krytyki literackiej. Czy z tego punktu widzenia literatura powstająca po 1989 roku zadowala Pana?
Generalnie rzecz biorąc zadowala. Myślę, że jeśli rozejrzymy się po krajobrazie naszej literatury, to ona w sposób cząstkowy odnosi się do najważniejszych zagadnień życia w Polsce, od kwestii tożsamościowych, poprzez społeczne, obyczajowe, kulturowe, polityczne. Choć, oczywiście, nie wszystko, co istotne, zostało przez nią objęte, sądzę, że literatura współczesna wypełnia to podstawowe zobowiązanie, żeby pokazać może nie tyle obraz naszej rzeczywistości, ile to, jak go dziś budujemy. Dlatego też chyba nie doczekamy się realizacji tej tęsknoty, która od czasu do czasu gdzieś się odzywa, by powstała powieść-summa, jakaś epicka synteza naszych czasów, „Lalka” naszej epoki. A nie powstanie, bo nie ma już jednej narracji, której pretensje do prawdy moglibyśmy wszyscy uznać. Zresztą wtedy też nie było, tylko nam się tak wydawało.
Nie wiem, czy zgodzi się Pan z uwagą, że w Polsce doszło do uderzającej zamiany ról. Dyskurs o literaturze, w którym przez wiele dziesięcioleci, także w dwudziestoleciu międzywojennym istotną rolę odgrywali krytycy związani tak czy inaczej z lewicą, został dziś całkowicie opanowany przez publicystów politycznie identyfikujących się z prawicą, konserwatyzmem czy liberalizmem. Dlaczego lewica prawie całkowicie wycofała się z tej sfery?
Tego nie wiem, ale zgadzam się, że tak jest i uporczywi się nie zmienia. Ubolewam nad tym, bo sam mam sympatie lewicowe. Myślę, że powszechne dziś nie-przyznawanie się kultury do lewicowości jest efektem PRL-u, kiedy system polityczny był generalnym zawiadowcą kultury, kiedy istniała instytucjonalna cenzura, a twórcy przechodzili do demokratycznej opozycji. Świat kultury uległ stereotypom, że lewica równa się komuna, bolszewicy, zamordyści. A przecież lewica to tradycja Żeromskiego, Brzozowskiego, Struga, Nałkowskiej, Dąbrowskiej, Lipskiego. W XX wieku panował pogląd, że miejsce intelektualisty jest raczej na lewicy. Jak zresztą można poza tym kontekstem zrozumieć rolę intelektualistów w Stoczni w sierpniu 1980 roku. Myślę, że cały ten wybryk ze spisem lektur spowoduje otrząśnięcie się z podobnych stereotypów.
Kiedy przed laty wybuchła afera po wyrugowaniu Gombrowicza z listy lektur szkolnych dzwoniłem do różnych znawców literatury, ludzi kultury, ale do jednego ze znawców tego pisarza, Włodzimierza Boleckiego nie zadzwoniłem, choć bardzo cenię jego dokonania intelektualne, w tym na niwie eseistyki literackiej, bo byłem przekonany, że z powodów politycznych odmówi komentarza „Trybunie”…
Myślę sobie, że to nie jest dobre zjawisko, to zamykanie się intelektualistów w swoich ideowych okopach. To jest sprzeczne z naturą życia intelektualnego, którego celem jest nieskrępowany dialog bez uprzedzeń. Spowodowało to zanik debaty, o którym już wspominaliśmy. Dialog ze swoimi jest na ogół monologiem. Dotyczy to, niestety, obu stron. Wszyscy, jakby to ujął Gombrowicz, rozchodząsię „z gębami w rękach”. Lewica ciągle boi się odezwać, bo nie chce (jak to przy innej okazji powiedział kiedyś prezydent Francji Chirac) stracić szansy, żeby siedzieć cicho. A powinna wystąpić przeciw usuwaniu z tradycji ethosu inteligenckiego.
Dziękuję za rozmowę.

Krzysztof Kłosiński – ur. 21 marca 1951 w Krakowie; od 1991 w Instytucie Nauk Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach (w latach 2008-2016 – dyrektor). W 2007 objął funkcję przewodniczącego Komitetu Nauk o Literaturze PAN. W latach 2005–13 wykładał w Instytucie Kultury i Komunikowania Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Uczony o wszechstronnych, międzydyscyplinarnych badawczych zainteresowaniach humanistycznych. Publikacje, to m.in. „Wokół historii maniaków (Romana Jaworskiego” (1992), zbiory szkiców krytycznych: „Eros, dekonstrukcja, polityka” (2000), „Poezja żalu” (2001), „W stronę inności” (2006), a także dziesiątki tekstów w czasopismach i książkach zbiorowych. Jako tłumacz, z języka angielskiego przełożył „Ciężki dzień na szafocie”, opowiadania Alfreda Hitchcocka, a z języka francuskiego „Lektury” Rolanda Barthesa oraz „Pismo i różnica”, eseje Jacquesa Derridy. W telewizji TVN, w latach 2004-2009 prowadził, wraz z Kazimierą Szczuką, cieszącą się dużą popularnością cotygodniową audycję pt. „Wydanie drugie poprawione”, poświęconą krytyce współczesnej literatury polskiej; za udział w tym programie otrzymał w 2007 nagrodę Pikowy Laur, przyznawaną podczas Targów Książki w Krakowie za najlepszą prezentację książek w mediach elektronicznych.