Co jeszcze bym dodał

…do wystąpień liderów Lewicy na konwencji w warszawskiej Arenie Ursynów.

Przebieg tego ważnego politycznie wydarzenia zrobić musiał wrażenie na wszystkich w miarę obiektywnych – jeśli takowi jeszcze są – obserwatorach i komentatorach. Nie wspominam już sympatyków haseł padających podczas tego zgromadzenia i tych, którzy poszukując swojego politycznego stanowiska w nadchodzących wyborach parlamentarnych, odnaleźli je w niedzielne popołudnie. Wywołać musiał także co najmniej refleksję w szeregach pozostałych partii i koalicji, a w twardogłowych kręgach kościelnych kolejne, głębokie oburzenie.
Przede wszystkim
była widoczna szczególna atmosfera tego spotkania wywołana nie tyle aktywnością jej uczestników, co odwagą i gamą wypowiadanych, od dawna oczekiwanych, myśli potwierdzających trwały fundament zjednoczonej wreszcie polskiej lewicy. Ale równie liczącym się był nastrój spokoju, radości i powszechnego uśmiechu, jakże różny od ponurych pisowskich zgromadzeń obrońców oblężonej, w ich mniemaniu, twierdzy. I od konwentykli Platformy Obywatelskiej podczas, których niepewność i niejasność wypowiedzi oraz krętactwo Grzegorza Schetyny udziela się całej sali.
Nie ma także wątpliwości,
że liderzy Lewicy zdali ten egzamin na szóstkę. Różni przecież, tak jak i ich partie, które reprezentują, dobrze się dopełniali w prezentowanych treściach, sposobie argumentacji i rodzaju wystąpień, których kolejność też była właściwa. W nawiązaniu kontaktu ze słuchaczami, w jasności i pewności wypowiadanych myśli, w autentyczności samych mówców, z których bił optymizm i zapał młodości. Na tym tle wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego przypominają tyrady Władysława Gomułki (którego zresztą cenię, ale z innych powodów) z jego najgorszego okresu.
Zabrakło w gronie Adriana Zandberga, Włodzimierza Czarzastego i Roberta Biedronia Barbary Nowackiej, która niestety poprowadziła Inicjatywę Polską w nieznanym i jej zapewne dzisiaj kierunku. Niewątpliwy talent i doświadczenie polityczne, wykształcenie, charyzma lidera i świetna prezencja, również to, że jest kobietą, ale także i jej zwolennicy, dopełnili by obraz zjednoczenia lewicy.
Takie wydarzenia
jak wspomniana konwencja rządzą się oczywiście swoimi szczególnymi zasadami wśród, których dominują emocje, nastrój, wspólne doświadczanie oczekiwanych i akceptowanych treści. Sprzyja im i wywołuje także odpowiednia oprawa scenograficzna, światło i dźwięk.
Nie ma w nich, bo nie może być, pogłębionej analizy problemów, obszernych uzasadnień czy też szczegółowej ekonomicznej wyliczanki przychodów i wydatków. I abstrahując także od oczywistych i celowych niedomówień, bo nikt nie chce strzelić sobie w stopę bądź ułatwić atak politycznemu przeciwnikowi, są jednak kwestie, których niedopowiedzenie wywołać może niepożądane skutki.
Problemy wiary i Kościoła
są w naszym społeczeństwie niejednokrotnie zarzewiem poważnych podziałów, a w wykonaniu Kaczyńskiego, kreującego się na ich obrońcę, wręcz wyborem politycznym. Składają się na ten gordyjski węzeł pamięć państwowej ateizacji społeczeństwa w początkowych latach PRL, polityka PZPR pełna rozlicznych i sprzecznych czasem meandrów wobec Kościoła, rola jaka odegrał w okresie ustrojowych przemian i pozycję, jaką dzięki nim zyskał, ale także wykreowany obraz jego cnót oraz wielowiekowych zasług dla Polski i równie długa tradycja katolicka w społeczeństwie. Na to wszystko nakłada się jeszcze naturalny, szczególnie w kręgach mniej wykształconych, strach przed nowością, przed zmianą dotychczasowych zwyczajów i pojęć, wzmocniony bzdurami na temat in vitro, homoseksualizmu, i pseudo-obroną polskiej rodziny.
W zapomnienie odszedł ludowy antyklerykalizm, którego najlepszym przykładem są pisma Wincentego Witosa, oświatowa tradycja polskiej inteligencji i stosunek polskich socjalistów, którzy nigdy nie walczyli z wiarą, a z wszechpanoszoncą się hierarchią kościelną. I jeżeli do tych właśnie myśli i czynów słusznie nawiązuje Lewica, odwołując się także od europejskich standardów, to musi mieć świadomość, że rozbrajania tej bomby leżącej w systemie wartości i uczuciach wielu wyborców dokonywać należy nie saperskim sposobem, a chirurgicznymi poczynaniami z trwającym cały czas procesem wyjaśniania i tłumaczenia.
Zabrakło w słowach Biedronia, a może w dopełnieniach Zanberga czy Czarzastego jasnego stanowiska określającego stosunek Lewicy do wiary, ludzi wierzących i związków wyznaniowych. Hajt, który się rozpocznie w katolickich mediach, wspierany niewątpliwie przez państwowe publikatory i kolejne homilie arcybiskupów nie tylko Jędraszewskich, będzie wielka wodą na młyn dla PiS-u i strumyczkiem potwierdzającym decyzje PSL-u.
Jest więc konieczność aby tę wielką wodę skierować mądrymi wypowiedziami, a może i czynami, we właściwą stronę, czyli do rozróżnienia postaw religijnych od politycznych.
Diametralne różnice,
które dzielą Lewicę od pozostałej części opozycji, a także od ludzi politycznie niezdecydowanych bądź obojętnych, muszą jednocześnie determinować działania jednościowe, w których akcenty położone są na elementy wspólnotowe, ważne dla wszystkich i przez wszystkich możliwe do przyjęcia. Było oczywiście podczas minionej konwencji wiele słów możliwych do takiego odczytania, ale zabrakło jednoznacznego odniesienia się do kilku kwestii elementarnych – najważniejszych, które budować mogą nie tylko wspólny senatorski, antypisowski front, ale są możliwe do przyjęcia nawet dla szeregu zwolenników PiS. I jeżeli wielokrotnie zwrócono uwagę na liczne takie kwestie, to jednoznacznego wezwania niestety nie usłyszeliśmy.
Podobnie rzecz ma się z propozycją, przedstawioną niestety poza konwencją, a mogącą być właśnie na ujazdowskiej Arenie wyjątkowo aktywnym czynnikiem kreującym polską scenę polityczną: zobowiązanie wszystkich partii do nieprzystępowania po wyborach do koalicji ze Zjednoczona prawicą. Taka, ponad podziałami solidarność stanowiła by nadzwyczaj mocny sygnał dla wyborców.
Wiadomo, że Polacy
w licznych badaniach w zdecydowanej większości wypowiadają się za Unią Europejską i przynależnością do niej naszego kraju. PiS wcielając się w rolę fałszywego lisa musiał ukochać Unię przed eurowyborami. I ta narracja zadziałała i w swych różnych odmianach dalej się powtarza Wśród mocnych i stanowczych programowych wystąpień zbrakło oskarżenia PiS o powszechnie traktowanie Polaków jako „głupi lud”, który prowadzony do ubojni wierzy cały czas, że podąża na wspaniałe pastwisko, z ciągle rosnącymi, nowymi trzycyfrowymi plusami.
Ale nie tylko na europejskim tle brak było na konwencji przynajmniej kilku odniesień do pryncypiów polskiej polityki zagranicznej, o której wszyscy dobrze wiedzą, że ma niewiele wspólnego z polską racja stanu, ale niestety sporo z zasobnością naszych portfeli.
Czasem symbol, muzyka
mówi lepiej, donioślej, celniej i bardziej przekonywująco niż najlepszy orator. Tak też się stało i na konwencji Lewicy, gdy kończyło ją odśpiewanie hymnu na tle biało-czerwonych flag. Zjednoczona polska Lewica powróciła do swych tradycyjnych symboli i haseł: jedności spraw narodowych i kwestii socjalnych, wzbogaconych dziś o wolnościowe ogólnoludzkie wartości.