Piłkarze wrócili do Wuhan

Piłkarze Wuhan Zall po ponad trzech miesiącach wrócili w końcu do domów. Nie mogli tego zrobić wcześniej, ponieważ cała prowincja Hubei została zamknięta z powodu pandemii koronawirusa.

W momencie wprowadzenia przez chińskie władze ograniczeń, co miało miejsce w styczniu, kadra zespołu Wuhan Zall przebywała na zgrupowaniu w Hiszpanii. Dla piłkarzy tego klubu, których trenerem jest Hiszpan Jose Gonzalez Lopez, był to początek trwającej w sumie 104 dni tułaczki. Najpierw przeszli kwarantannę w Maladze, po której nie wrócili jednak do kraju z powodu wprowadzonych w Hiszpanii zakazów lotów do Chin, a gdy w końcu 16 marca wrócili do kraju, najpierw skierowano ich na kolejną kwarantannę, tym razem do Shenzhen, gdzie spędzili w izolacji w sumie trzy tygodnie.
Po odbyciu kwarantanny przenieśli się do Foshan, skąd pociągiem via Kanton w końcu w miniony weekend przyjechali do Wuhan, gdzie życie odzyskuje dawną dynamikę. Ekipę Wuhan Zall na dworcu powitał tłum kibiców, skandujący hasła „Wuhan zwycięży” i „Witajcie w domu”.

Księga Wyjścia (49)

Ballada, o współczesnej twarzy humanizmu.

Od śmiechu, przez wątpliwości, dezorientację, zaprzeczenie, panikę, aż po depresje, tysiące spiskowych teorii (z paleniem masztów 5G jako potencjalnego źródła wirusa), aż po przystosowanie i akceptację. Z zawieszonym w próżni pytaniem – co dalej?
Najpierw spór o maseczki, już nie będę pisał o hienach sprzedających je po pięćdziesiąt złotych. Ale maseczki to świetny przykład empatii. Nawet jeśli jesteśmy przekonani, że to nic nie daje, to załóżmy je. Choćby po to by mijający nas ludzie, którzy być może żyją w znacznie większym strachu niż my, poczuli się trochę lepiej, dajmy im odrobinę komfortu. Spokoju, że jeśli przechodząc kichniemy, to maseczka powstrzyma chmurę wyziewu z naszych ust. Paszcz, jak kto woli.
Mam wielu znajomych zarażonych wirusem HIV, każda, najdrobniejsza infekcja może być dla nich wyrokiem śmierci. Ci ludzie żyją w niewyobrażalnym przerażeniu. Choćby z tego powodu powinniśmy je nosić. Kłóci się to wprawdzie z powszechnym u nas przekonaniem, że „nikt mi nie będzie mi mówił co mam robić, swoje wiem”, „jak jest przepis, to znajdę sposób i go ominę”. Zwykle wtedy wyobrażam sobie człowieka, z drzwiami od stodoły na twarzy. Moja perfidna wizualizacja ignoranta. Takie podejście spowoduje jedynie, że będzie coraz więcej dziwnych, nieprzemyślanych i często bezsensownych zakazów. Bezsensownych z racjonalnego punktu widzenia człowieka, który z epidemiologią nie miał nic do czynienia. Doskonale zdaję sobie sprawę, że większość jest robiona „na szybko” żeby tylko coś zrobić. Są one jednak odpowiedzią na naszą nieodpowiedzialność.
Świadczy też o sile państwa, umiejętności mobilizacji oraz współpracy świadomego społeczeństwa. U nas próżno tego szukać. Dlatego ani model szwedzki, ani koreański – gdzie nie ma zakazów wychodzenia, w Seulu są nawet otwarte kluby, w Polsce nie jest możliwy.
Jedni przeszli już całą tę ścieżkę, od śmiechu po akceptację, niektórzy odrzucili spiskowe teorie, innym wciąż daleko by przystosować się do panujących warunków i robią wszystko, żeby je ominąć.
Wszyscy jednak głośniej lub ciszej zadajemy sobie pytanie – jaki będzie świat, gdy już to się przewali? Czy w ogóle się przewali? Jeśli tak, to czy jest szansa na powrót do dawnego stylu życia? Z telewizją śniadaniową, ze specjalistami od posiłków, diet, „zdrowego egoizmu”, międzyludzkich relacji – po porady coachów i złote myśli celebrytów – brakuje Wam tego? Sam przerobiłem wiele ze wspomnianych wcześniej etapów, staram się jednak nie popaść w panikę i nie poddać depresji. Nie jest to łatwe, chociaż wykonanie najprostszych rzeczy wymaga ogromnego wysiłku. Nawet pisanie, coś co jest moim żywiołem, stało się trudne.
Każda czynność to walka z samym sobą. Przywołuję wtedy w pamieci Jana Lesmana, znanego później jako Jan Brzechwa, który podczas okupacji, będąc ściganym i poszukiwanym Żydem, napisał przepiękną baśń „Akademię pana Kleksa”. Po wojnie przybrał nazwisko „Brzechwa” tylko dlatego, że jego bardzo bliski kuzyn, również znany poeta już coś opublikował pod nazwiskiem Leśmian. Tak, Bolesław Leśmian, był bliskim krewnym Brzechwy.
Wracając do głównego wątku. Jak nazwać to zjawisko? Zjawisko społeczno, medyczno, ekonomiczno epidemiologiczne? Czy naprawdę świat postanowił dać nam po nosie, który za bardzo zadzieraliśmy? Według mnie najbardziej pasuje teraz określenie „mała apokalipsa” (nie jest to nawiązanie do książki Konwickiego). Coś, co pokazuje nieodwracalność, ale daje jeszcze nadzieję.
Przed miesiącem nikomu nie przyszłoby to do głowy. A jednak – stało się. Stało się coś nieprzewidywalnego, niemożliwego, coś o czym jeszcze niedawno nikt by nie pomyślał, coś co dotknęło – w mniejszym lub większym stopniu – niemalże każdego.
Tak w skrócie określiłbym ostatnie tygodnie w Europie. Ponieważ sytuację szeroko rozumianej zagranicy znam jedynie z przekazów – jakże różnych zresztą – skupię się na tym co sam obserwuję w kraju. Obserwuję nie przez ekran telewizora, czy wpisy szalonych paranaukowców, ale przez pryzmat codziennych zakupów czy choćby wyjścia do śmietnika.
Wbrew pozorom to co się teraz dzieje ma również swoje dobre strony. Zanim Drogi Czytelniku oburzysz się na mnie, proszę, przeczytaj do końca. W wyniku pandemii bardzo wielu ludzi, często zarabiających naprawdę duże pieniądze, z dnia na dzień straciło pracę. Byli na śmieciówkach, prowadzili firmy, część zarobków zżerały zobowiązania kredytowe, reszta szła na ciut bardziej wystawne życie, kawę za kilkanaście złotych, markowe ciuchy, samochody, drogich fryzjerów i wizażystki, kosmetyczki, prywatne szkoły dla dzieci, najlepsze zajęcia pozalekcyjne i wykupione wcześniej egzotyczne wakacje. Ludzie pracujący w teatrach, operach, balecie, renomowanych orkiestrach, zespołach tanecznych itp. wszyscy byli na zleceniach. W całym szołbiznesie naprawdę prawie nikt nie pracuje na etacie. Ludzie ci, na codzień zamożni, też żyli „od pierwszego do pierwszego”. Tylko na znacznie wyższym poziomie. Teraz z dnia na dzień zostali bez pracy. Gorzej, zostali również bez oszczędności – przecież zawsze miało być pięknie – byli o tym przekonani.
To co dzieje się teraz to uboczny produkt tej zarazy, czyli sprawdzian i test naszego człowieczeństwa. Kto naprawę jest przyjacielem i na kogo możnemy liczyć. Pod tym względem zaczynaliśmy zadzierać trochę nosa, więc biologia po tym nosie postanowiła nam dać. I dała. Jeśli wyciągniemy z tego lekcję, to obronimy nasze człowieczeństwo. Jeśli będzie jak było, to znaczy że nie jesteśmy warci pomocy. Traktując koronawirusa jako sprawdzian naszej empatii, ludzkich odruchów – to jest to zjawisko pozytywne. Z pewnością temu co się dzieje nie pomagają stacje telewizyjne. Niekiedy odnoszę wrażenie, że w poszukiwaniu taniej sensacji robią wszystko by maksymalnie podkręcić spiralę strachu – to nawet nie wrażenie, to wiedza zdobyta empirycznie.
Pracowałem jakiś czas w TVP-INFO – oczywiście jak większość wyleciałem, ale jeśli konkurencyjna, prywatna stacja podała jakąś sensacyjną informację, to szybko należało zrobić wszystko, by mieć tej sensacji więcej u siebie. Tak samo jest teraz trzeba wyszukać jakiś instytut naukowy jak najbardziej zbliżony do tematu sensacji, bo te, które się tym zajmują nie mają czasu na rozmowy z dziennikarzami. Kiedy uda się coś znaleźć, jakąś placówkę, ośrodek – bardziej lub mniej – naukowy, który niekoniecznie specjalizuje się w dziedzinie koronawirusa, ale ma podobny profil, łapiemy pierwszego z brzegu pomocnika pracownika naukowego – który to zazwyczaj jest zapracowany i nie ma czasu ani ochoty wyjść przed kamery i tłumaczyć.
W obliczu pandemii wszystkie ręce na pokład, te pokrewne również – więc z tego pomocnika robimy autorytet. Odpowiednio wyszkolony i sprytny reporter tak kieruje rozmową, by wyszło jak najbardziej sensacyjnie, lepiej niż u konkurencji. I tak oto zdradziłem Państwu fragment „kuchni” tej fabryki grozy jaką ostatnio stały się stacje telewizyjne i dodam, że sam od kilku tygodni nie włączyłem telewizora, bo jeśli w ciągu minuty osiem razy pada słowo koronawirus, SARS, pandemia, odmienione przez wszystkie przypadki, to tak po ludzku trafia mnie szlag. Zamiast deeskalować napięcie, edukować, to przestałem oglądać telewizję jeszcze gdy była w fazie budowania tej grozy.
Jest coś, co mnie zaniepokoiło. Sklepy z bronią, tą legalną w Polsce, wiatrówki, pistolety i karabiny HDR – czyli na kule gumowe, wszelkiego rodzaju straszaki itp. wszystko to dwukrotnie podrożało. Nawet najgorszej jakości wiatrówki, są już niedostępne w magazynach. Większość broni – tej legalnej – została już wykupiona. Według pracowników Amazona to obecnie najczęściej kupowane produkty. Po co? Przecież tym nie zabijemy wirusa. Odradzam też używania jej do obrony.
Bez odpowiedniego przygotowania i treningu w mgnieniu oka znajdzie się w rękach napastnika i sami oberwiemy z kupionych przez nas – za nasze pieniądze – pistolecików. Wierzycie mi, w życiu wygląda to trochę inaczej niż w filmach, czasami lepiej nie mieć tej wiatrówki, straszaka, czy prawdziwego i nawet nabitego pistoletu na ostrą amunicję, jeśli nie mieliśmy wcześniej odpowiedniego przeszkolenia, niż stracić życie.
Sugeruję zachować rozsądek, pozbyć się paniki, bo na naszym strachu żerują media. Nie dajmy się i pamiętajmy o sobie wzajemnie. Teraz jest trudny czas, ale myślę że prawdziwa próba człowieczeństwa przyjdzie wtedy, gdy pozbędziemy się ostatniej pałeczki wirusa. Jak wtedy się zachowamy? Teraz rozsądek, potem umiar i godność. Teraz – gdy świat nas unieruchomił, zajrzyjmy w głąb samych siebie i wyciągnijmy to co mamy najpiękniejsze. Zamiast przeklinać pandemię, wytyczne, zarządzenia i wszystko wokół. Przecież i tak nie mamy na to wpływu. Mamy jednak wpływ na to, co ze sobą zrobimy, jak spędzimy ten czas.
Czy pełni wściekłości, czy może lepiej popracować nad najwyższym szczeblem piramidy Maslova, czyli samorealizacją i spełnieniem. Nad tym co zawsze odkładaliśmy na później – zawsze mówiliśmy – „w wolnej chwili”, aż zapomnieliśmy co jest tak naprawdę istotne. Po sobie wiem jakie to teraz trudne i jednocześnie istotne.
Zapomnieliśmy o marzeniach, wspomnieniach, uniesieniach, pięknie załamujących się w oknie promieniach słońca i milionie innych, indywidualnych pięknościach. Tych tylko naszych, własnych, prywatnych wręcz intymnych.
A co będzie potem? Nic wielkiego. Po prostu, umrze kapitalizm. Chętnie popatrzę na orszak. Nawet się uśmiechnę.
Jeśli się uda, to będzie znaczyło, że obroniliśmy humanizm. Wyszliśmy z pańszczyzny i średniowieczna. Możemy śmiało mówić, że jesteśmy społeczeństwem XXI wieku i z humanizmem nam do twarzy.

Flaczki tygodnia

Jaśnie pan prezes Jarosław Kaczyński jest ponad prawem. Dlatego nie zmieni terminu wyborów prezydenckich. Nawet gdyby pan prezydent Duda miał wygrać je po trupach.

Oczywiście trupach tego gorszego sorta, bo dla siebie i elit PiS, jaśniepan prezes niebezpieczeństwa nie widzi. Ma prawo czuć się bezpieczny. Jeśli zajdzie potrzeba to 10 maja dobrze wysterylizowana urna wyborcza przyjedzie do jaśniepana prezesa. Słudzy jaśnie pana zadbają o bezpieczeństwo.

Dlatego jaśnie pana prezesa nie obchodzą prawne aspekty i procedury opisane w Kodeksie Wyborczym.
Nie interesuje go co będzie jeśli nie uda się na czas sformować składów Komisji Wyborczych? Jeśli nie będzie chętnych do zasiadania w nich, a są to setki tysięcy ludzi? Czy wtedy przymusowo wyśle do nich aktywistów PiS, czy Wojska Obrony Terytorialnej?
Nie interesuje go jak i czy zagłosują osoby przebywające wtedy w kwarantannie? Warto przypomnieć, że Kodeks Wyborczy daje prawo glosowania korespondencyjnego jedyne osobom niepełnosprawnym.
W jaki sposób będą mogli głosować obywatele polscy przebywający za granicą?
Ani ile osób nie będzie mogło oddać w maju swój głos. Ilu uzna to za powód do kwestionowania legalności wyborów?
No i ilu, nawet tych, którym udał się oddać swój głos, uzna, że wybrany w taki sposób pan prezydent Duda nie ma mandatu do prawowania swego urzędu?

Jaśnie pan prezes Kaczyński dodatkowo kpi sobie z „ciemnego ludu” głosząc w mediach, że to pan prezydent Duda najbardziej traci na ograniczeniach w prowadzeniu kampanii wyborczej.
Ale wedle ekspertów w lutym 2020 roku wszystkie stacje TVP SA poświęciły 73,5 minuty na prezentowanie kampanii wyborczej pana prezydenta Dudy.
Na kampanię kandydata lewicy Roberta Biedronia zużyto 44 sekundy. Pokazano ją jedynie w TVP3. Może któryś z redaktorów pomylił się i wyemitował informację o Biedroniu?

Nieco lepiej byli prezentowani inni opozycyjni kandydaci. W lutym w TVP info kampanii Małgorzaty Kidawy – Błońskiej poświęcono 18 minut 5 sekund, a Władysława Kosiniaka – Kamysza – 9 minut 23 sekundy.W obu przypadkach prezentowano ich bardzo krytycznie.
Dobrze za to w tym czasie w TVP info pokazywano kampanię wyborczą pana prezydenta Dudy. Przez 47 minut i40 sekund.
Tak wyliczyli eksperci Wirtualnemedia.pl.

Już nie musi Rosja zwracać wraku prezydenckiego Tupolewa. Nie musi też przyznawać do zaaranżowania wybuchu w rządowym samolocie lecącym do Smoleńska. Teraz przedstawiciele narodowo – katolickiej Polski, która pięć lat temu ponoć ”wstała z kolan”, pokornie proszą władze rosyjskie o pozwolenie na wjazd do Smoleńska. Bo jaśnie pan prezes zechciał pojechać tam 10 kwietnia.
Raz jeszcze okazuje się, ze polska racja stanu, polska polityka zagraniczna uwarunkowana jest fobiami, humorami i zachciankami jaśnie pana.

Jeszcze kilka miesięcy temu prominenci PiS byli przekonani, że jaśnie pan prezes nie chce pojechać do Smoleńska. Bo wraży Rosjanie nie oddali wraku samolotu. Nie przyznali się do zbrodni smoleńskiej. Byli przekonani, że dziesiątego kwietnia 2020 roku jaśniepan prezes pojedzie na Wawel aby w krypcie katedralnej modlić się przy grobie brata.
Jednak ktoś albo coś sprawiło, że jaśnie pan prezes zmienił zdanie. No i pan premier ma kłopot. Co ma zrobić, żeby Rosjanie otworzyli granicę zamkniętą na czas zarazy? Jak ograniczyć skład polskiej delegacji by sprostać przyjętymi na czas zarazy ograniczeniom? Bo chętnych jest wielu, coraz więcej. Lizusostwo w PiS jest ponad strachem przed zarazą.

Rząd jaśnie pana prezesa Kaczyńskiego walczy z zarazą w prowizorycznych warunkach. Bo latem 2017 roku wyeksmitował swoje Centrum Bezpieczeństwa z budynku kancelarii premiera. Bo jego miejsce upatrzyło sobie biuro koordynatora spec służb pana ministra Mariusza Kamińskiego. Chcieli mieć pana premiera na oku, to stracili Centrum Bespieczeństwa.

„Drogi polski rządzie! Estonia zawsze uważała Polskę za wielkiego przyjaciela. Maria, żona Johana Laidonera, szefa przedwojennej armii estońskiej, była Polką. W 1939 r. pozwoliliśmy uciec z Tallina polskiemu okrętowi podwodnemu „Orzeł”. Teraz prosimy o umożliwienie obywatelom estońskim powrotu do domu przez Polskę bez ograniczeń. Chcielibyśmy móc na was liczyć – teraz i w przyszłości”. Tak napisała największa estońska gazeta „Postimees”, bo zamykając granice Polski rząd polski uniemożliwił powrót do domu tysiącom Estończyków, Litwinów i Łotyszy. Uwięził ich na granicy polskiej.
Elity PiS nieraz obiecywały nam, ze stworzą wielki blok państw Trójmorza pod polskim przewodem. Teraz widzimy jak w praktyce wygląda polskie przewodnictwo. Estoński minister spraw zagranicznych poinformował władze NATO i USA, że polski bałagan uderza w sprawność i wiarygodność NATO.

Byli świadomi zagrożenia, ale nic nie zrobili, tak uważa grupa francuskich lekarzy. Oskarżają oni premiera Eduorda Philippe’a i byłą minister zdrowia Agnes. Chcą, aby za przeprowadzenie samorządowych wyborów podczas epidemii koronawirusa politycy ci stanęli przed Trybunałem Stanu.

PS. Kącik poezji.
Ryszard Grosset

„DETERMINACJA

Człowiek niejedno w życiu zapewne podźwignie,
lecz dzisiaj się poczułem jak pijak w malignie
kiedy prezes – synonim powszechnej destrukcji,
rzekł w radiu, że dziś musi bronić Konstytucji.
Zmartwiałem ….. lecz natychmiast wszystko się wydało
Jaki „stan nadzwyczajny” ??? toż nic się nie stało.
Prezes prze do wyborów, wcale go nie zraża
dziesiątkująca grono wyborców zaraza.
Polak, bez względu na to czy zdrowy czy chory
nawet z respiratorem ma iść na wybory
i choć mu do wieczora dożyć się nie uda
stygnącą dłonią wstawić krzyżyk w kratce „DUDA”.”

Zapraszamy do komentowania Flaczków i Kącika na:
https://www.facebook.com/trybuna.net/

Nie wiem

Czy osoba pisząca może dzisiaj napisać o czymkolwiek innym niż o koronawirusie? Może, tylko po co? Czy ktokolwiek przeczyta tekst, w którym nie będzie doniesienia złożonego przez eksperta X, komentarza dziennikarza Y albo chociaż przepisu na absolutnie doskonały żel antybakteryjny? Kto to będzie czytał gdy naród cały z zapartym tchem słucha i mówi tylko o wirusie. Polityka zamarła. Nawet urzędujący politycy z prezydentem na czele gromko i jak zwykle nieprawdziwie zapewniają, że „polityki to oni nie robią”. 

Swoją drogą z tym „robieniem polityki” jest taka sama tajemnicza sprawa jak z tym koronawirusem. Im bardziej kto do grona polityków zawodowych pragnie się dostać, tym głośniej zapewnia, że polityka to rzecz zbyt przyziemna, prymitywna i brudna, a jego dotychczasowe zajęcie góruje nad zajęciem polityków jak Burj Khalifa nad Dubajem albo Pałac Kultury nad Warszawą. I proszę mi nie opowiadać, że w Warszawie są budynki wyższe niż Pałac. Bo nie ma. Pałac ma 237 m. przy dubajskiej wieży jest maluchem, a i tak pomimo prób rozmaitych w Warszawie jest najwyższy.

I na dodatek wcale nie daje się mimo usiłowań licznych, zasłonić. Trochę tak jak z tą różnicą między słoniem i mrówką. Mrówkę zasłonić można, słonia zamrówczyć się nie da. Rozmaici pragnęli usunąć stary PKiN z pejzażu Warszawy. A on wyłazi. Urodę może ma on nieco kontrowersyjną, ale przynajmniej w odróżnieniu od masówki współczesnych rozmaitych „tower”, własną i niepodrabialną. I pracowicie przeżywa kolejne lata oraz różne plany i zamierzenia z marzeniem o jego wyburzeniu włącznie. Co prawda od lat jest trochę niepełnosprawny z powodu indolencji kolejnych ekip niepotrafiących wyremontować Sali Kongresowej, ale trwa.

Pewnie nie trzeba było remontu rozpoczynać, jak się go skończyć nie umie. Sali zresztą szkoda. Była może piękna nie za bardzo, ale za to swojska „na bogato”. Złoto-pluszowa i ekscentrycznie soc. I nostalgiczny razemek by się w niej czuł nieźle i zwolennik poetyki Bayer Full. W Sali i „Majteczki w kropeczki” i „Międzynarodówkę” i przeboje Rolling Stonesów śpiewano z równym zaangażowaniem i powodzeniem. Ale Sali na razie nie ma. Polityki też jakby nie. Sali nie ma od lat, prawdziwej polityki, która polega na sensownym sporze poglądów i programów też.

Mamy za to wojnę plemienną pomiędzy „nami” i „onymi”. Zawodowi politycy teraz chwilowo jakby zawarli rozejm – pewnie jeszcze nie zbadano czy lud woli, żeby „ich” jak przed tygodniem „walić na odlew”, czy jednak iść z hasłem „wszystkie ręce na pokład i pomożemy”. Sądzę, że już w tym tygodniu będzie wiadomo. I w następnej „Kawie na ławę” przez skypea nadawanej Czarzasty aż tak nie rozjedzie się z Nowacką. On łagodny jak baranek, rząd do serca swego wdzięcznością bijącego przytula, ona jednak sceptycznie o nieprzygotowaniu do epidemii i braku stosownych przedsięwzięć opowiada. Brzmi to trochę jak zabawa w złego i dobrego policjanta. Ale już niedługo wszystko się zapewne wyrówna. W tę albo i wewtę. A może i nie. Dzisiaj tego nie wiem.

Na razie jako się rzekło, polityki nie ma, za to dzieci w domach są. A to wielki kłopot. Bo nagle okazało się, że to nie szkoła i przedszkole oraz tzw. instytucje kultury, handel wielkopowierzchniowy oraz zajęcia pozalekcyjne i wyrównawcze mają dzieci, tylko rodzice. I to jest problem. Bo takie dziecko 24 godziny na dobę to kłopot jest. Trzeba się jakoś przestawić na tryb – wychowuję, dostarczam pomysłów na zabawę oraz pilnuję, żeby dziecko zaległości wielkich w uczeniu się nie narobiło. A to nużące jest okropnie. I nagle widzimy, że jakoś z dzieckiem własnym rozmawiać nie bardzo umiemy, a zabawy z ośmiolatkiem to już całkiem nas nie bawią. Do babci jakoś wywieźć potomka nie wypada, bo babcia powinna być chronioną.

Sądzę, że ochrona babć i dziadków przed spychaniem na nich większości zadań opiekuńczo-wychowawczych, co w „normalnym” czasie tak lubimy robić może stać się momentem zastanowienia się nad podziałem obowiązków w rodzinach. Babcia w Polsce jest bardziej zajęta niż straż pożarna, pogotowie i policja oraz wojska obrony powietrznej, podwodnej i sportowcy przygotowujący się do Olimpiady łącznie. Generalnie – babcia kupi, ugotuje, odbierze dziecko z przedszkola lub szkoły, zaprowadzi na zajęcia dżudo, wyprowadzi psa i zaopiekuje się prababcią. Przecież jest na emeryturze, więc ma czas oraz moce przerobowe, a nas, swoją rodzinę kocha nade wszystko. My, rodzice jesteśmy zajęci pracą. A teraz? No to przez moment popracujemy jak babcia. Może kiedy epidemia się skończy trochę pomyślimy zanim zwalimy na nią kolejne rodzicielskie obowiązki. A może i nie, któż to może dzisiaj wiedzieć?

Nie chcę udawać mądrzejszej niż jestem. Od tego specjalistów jest pełno dookoła. I myślę, że byłoby też dobrze gdybyśmy wszyscy sobie przypomnieli, że wśród wszystkich możliwych odpowiedzi, których sobie nawzajem nie szczędzimy ostatnio, istnieje też ta najprawdziwsza – nie wiem. Więc zamiast przekazywać dalej kolejne newsy, powiedzmy sobie i innym – dzisiaj tego nie wiem. Tak chyba będzie lepiej. Bądźmy czuli dla siebie, ostrożni i cierpliwi.

Co myślą sobie Polacy

Poszłam kiedyś z dziadkiem na grzyby. Miałam kilka lat. Zakonotowałam jednak, że szczególnie pożądanymi grzybami w koszyku są kanie. Zapytałam „Dziadziuś, a jak wygląda kania?”. Usłyszałam: „Tak jak muchomor. Tylko że kania”.

Co myślą sobie Polacy w czasach zarazy? Że są lepiej przygotowani od Włochów i nie popełniają tych samych błędów. Tylko że to samo mówili Włosi o Chińczykach. I to samo mówią teraz Francuzi o reszcie świata, w przerwie między jedną lampką wina na bulwarach, a następną.
Polacy się nie przejmują. TVP mówi im przecie ustami ministra zdrowia, który ledwo skończył jedną konferencję prasową a już zaczyna drugą, że wszystko jest w porządku. Mamy 60 przypadków zachorowań, to przecież mniej niż grypa albo ugryzienie pająka. Odmawiają oglądania TVN, który razi ich obrazkami z Włoch i innych części Europy. Polacy nie lubią, jak mówi się do nich kategorycznym tonem, że trzeba myć ręce. Na Facebooku naprawdę widziałam wpisy znajomych oburzonych tym, że w autobusach kierowca zakleja swoją przestrzeń taśmą i izoluje się od pasażerów. Ich wrażliwe serca czują się wtedy skrzywdzone i niesprawiedliwie zaklasyfikowane.

Jedna strona deklaruje, że nie przestanie chodzić do kościoła, druga deklaruje, że nie przestanie jeździć komunikacją miejską, zwłaszcza teraz, kiedy jest tak luźno. A w ogóle to jeździć komunikacją jest szlachetnie. Oczywiście, to wszystko była prawda. Była, do niedawna.
Żeby było jasne, nie winię ludzi za brak wypracowanej strategii przetrwania. Taka już nasza natura, że pojedziemy do tych Włoch, bo zapłacone. Że zbuntujemy się, kiedy ktoś czegoś kategorycznie zażąda. W wielu przypadkach ma to swoje psychologiczne uzasadnienie na poziomie indywidyualnym i zbiorowym. Ale winię rządową propagandę, osadzoną na „będzie dobrze” i na tym, że skoro nie robimy testów, to nie wyjdą nam wyniki, które mogą nas przerazić.

Czytam autentyczne pochwały działań Łukasza Szumowskiego. Że zachował się, że sprawnie, że ma oczy przekrwione z niewyspania ten nasz stachanowiec. Tylko że nie sposób dostać się do lekarza. Nie sposób, bo człowiek z gorączką, półżywy, odbija się od ściany. Bo albo nikt nie odbierze telefonu, albo do tej przychodni nie jest zapisany, albo nie ma miejsc. Jeśli uda mu się przyjechać i przeczekać pół dnia na korytarzu, jest szansa, że przyjmą go nadprogramowo prawdziwi cisi bohaterowie ostatnich dni: lekarze i lekarki, którzy sami mają pod opieką dzieci z pozamykanych szkół i przedszkoli. Którzy znów odwalają robotę za nieudolne państwo.
Brakuje systemu wsparcia dla wszystkich, którzy jednak w domach pozostać nie mogą. Niektóre uczelnie zamknęły dziekanaty. Inne organizują zebrania kadr, biurokracja kręci się w najlepsze. Ludzie stoją w kolejkach w urzędach, które normalnie pracują do 16.00.

Brakuje systemu wsparcia dla seniorów. Organizują je kandydaci na prezydenta w ramach swoich indywidualnych kampanii.

Brakuje systemu wsparcia dla tych, którzy już poplajtowali albo poplajtują za chwilę. Fajnie sobie pobajdurzyć o upadku kapitalizmu i pośmiać się, ze nie zarobi w tym miesiącu sklep sprzedający torebki i buty dla paniuś z middleklasy. Tylko powiedzcie to mojej znajomej, która prowadzi studio fotograficzne albo znajomemu kociemu behawioryście. Powiedzcie im, że sami są sobie winni, bo wymyślili sobie hipsterską karierę zamiast układać kafelki. Na które, nota bene, również nie będzie teraz popytu.
Nagłówki krzyczą: rząd apeluje do banków, by ulżył kredytobiorcom! I faktycznie, szykują się ulgi. Na Placu Czerwony rozdają samochody. Tylko że nie rozdają, i nie ulgi, a odraczają spłaty rat (o odsetkach strategicznie nie było mowy), i nie wszystkim, tylko tym, co zachorowali i to udowodnią.
To nie jest państwo z kartonu. To jest państwo, jak mawiał klasyk, teoretyczne.

Zupełnie nie rozumiem optymizmu tych, którzy mówią, że nie grozi nam włoski scenariusz. Na razie jedyny wniosek, jaki wyciągnęliśmy z ich historii to „informować jeszcze mniej, pozamykać ludzi w domach, najsilniejsi przetrwają”. A że oprócz koronawirusa ludziom zdarza się w marcu 2020 chorować na zupełnie inne rzeczy? Sami są sobie winni.

Dygresje wirusowe

W piątek miałem największy kryzys. Słuchałem doniesień, czytałem mądre i bardzo mądre analizy i im więcej ich czytałem i oglądałem, tym większego dostawałem doła. Dziś postanowiłem żyć efektywniej i wykorzystywać wolny czas dobrze, czyli nie marnować go na słuchanie i czytanie o zarazie. Jak na razie pomaga. Choć na wszelki wypadek nie wyjeżdżam z Warszawy.

Nie wyjeżdżam, bo jednak ciągle słyszę, że odetną miasto, że wojsko już jedzie, że mobilizują rezerwę. W końcu jak zamknęli kordonem Wuhan, które ma 11 milionów ludzi, to co za kłopot odciąć taką Warszawę.
W minionym tygodniu wybrałem się z małżonką do restauracji a potem do kina. Knajpa była włoska ,a film islandzki. Obie rzeczy bardzo dobre. Załapaliśmy się rzutem na taśmę. Moi koledzy, którzy prowadzą interesy gastronomiczne, właśnie zaczynają liczyć straty, albo szukają dobrego prawnika, żeby przeprowadzić procedurę upadłości konsumenckiej, bo po decyzji rządu o zamknięciu lokali z wyszynkiem, tracą tak, jak ja, po decyzji o zawieszeniu imprez masowych.

I choć dziś wiem, że pewnie nie dało się tych spraw uniknąć w świetle ogólnoświatowej histerii na temat wirusa, którego roznoszą najmocniej Twitter z Facebookiem, to jednak cały czas nie mogę odżałować, że jestem uboższy. A mogę zbiednieć jeszcze bardziej, bo jak recesja zajrzy w portfele ludziom po kwarantannie, to się nie pozbieramy.

Po pierwsze, ci wszyscy którzy potracili, zechcą odrobić choć w części straty, więc zrazu podniosą ceny. To poskutkuje wzrostem inflacji. Dzisiejsze 5 procent zamieni się w 7, a może i więcej. Padną interesy. Niektóre bezpowrotnie. Zaczną się redukcje, o ile już się nie zaczęły.

Wreszcie, rozpocznie się to, co martwi mnie najbardziej: Polska i Polacy zostaną na stałe zastraszeni widmem zarazy; mniej osób będzie konsumować na mieście, chodzić do kin i teatrów, na koncerty-wszystko w obawie przed zarazą, która przecież gdzieś tam, w przetrwalnikowej formie, może drzemać w boazerii i czekać, żeby zaatakować. To przełoży się na mniejsze zyski, a to z kolei na mniejsze PKB. Zbiedniejemy jako naród. Finansowo, bo nie będzie z czego płacić napiwków i dywidendy. Kulturalnie, bo zamiast chodzić, używać i poznawać, zostaniemy w domu. Społecznie, bo ograniczymy wyjazdy i podróże, żeby przypadkiem czegoś nie nawieźć pod strzechy.

Obawiam się, mili Państwo, że stan kwarantanny potrwa znacznie dłużej, niż zapowiadane dwa tygodnie. Ja po dwóch dniach weekendu mam już dość. Po pierwsze, to, co wyinkubuje przez dwa tygodnie, nie załatwi sprawy, bo cholerstwo będzie się mnożyło dalej. W tym więc rozumieniu kwarantanna da niewiele, bo i tak ludzie po tym czasie nadal będą chorować.

Można by przecież pójść tropem brytyjskim i niczego nie zamykać ani nie ograniczać, w myśl zasady, że kto ma się zarazić i tak się zarazi. Lepiej więc niech naród przechoruje rzecz na raz, a potem będziemy wygaszać ogniska choroby.

To myślenie nie jest pozbawione sensu. Jednakowoż u nas kwarantanna jest o tyle zasadna, bo kraj nasz cierpi na niedobór sprzętu i personelu do jego obsługi. Lepiej więc, jak chorzy chorować będą partiami. Ci najciężej rażeni, którzy będą musieli wylądować pod respiratorem, mają wówczas dużo większe szansę na to, że w ogóle pod niego trafią, gdyż będzie pod co. Gdyby zaraza wyroiła się na raz, byłby problem, bo nie byłoby czym i komu leczyć.
Czemu cholerstwo zaczyna wyłazić u nas dopiero teraz i będzie wyłazić jeszcze jakiś czas? Prosta rzecz. Dwa tygodnie temu, mniej więcej, skończyły się ferie. Nie znam przynajmniej jednej osoby lub rodziny w Warszawie, która nie wyjechałaby na ferie do Włoch czy do Austrii. Podobnie jest w innych dużych miastach. Każdy kogoś zna. Dlatego każdego może trafić szlag. Na szczęście śmiertelnie już niewielu, co jest jednak ciut pocieszające.
Po akcji z koronawirusem wiem już prawie na pewno, że Andrzej Duda wygra wybory w pierwszej turze. Wiem, że bardzo poważnie zasłużył się rządowi i prawicy minister zdrowia Szumowski, którego akcje, o ile zejść śmiertelnych nie będzie dramatycznie dużo, wystrzelą do góry, jak dawno niewidziana na warszawskim parkiecie hossa. Jeśli więc już coś zakłóca mój sen w czasach zarazy, to raczej niepokój o moje pieniądze i los pieniędzy Polaków, niźli o fizis. Boję się, że na ich straży stoją ludzie, którzy nie upilnowaliby malucha w żłobku, a ktoś powierzył im nadzór nad bogactwem narodowem. Inna sprawa, że jakiekolwiek oszczędności ma w tym kraju 5 procent obywateli, więc może i rzeczywiście, nie ma się tak znowu o co bać…

Mój rząd jest złodziejem

Dobrze że mam w domu dużo alkoholu i dużo książek. Czuję się zabezpieczony, przynajmniej tak, jak najlepiej potrafię. Widmo krąży po Europie. Pada, to tu, to tam. I straszy. Jak to widmo. Ja jednak tak łatwo się nie poddaję. Ale mój rząd już tak. Zabrał mi pieniądze, bo koronowirus. Zabrał mi czas, bo zamknął przedszkola i przymusowo uwięził w domu. I oczywiście nikt mi za to nie odda. Bo rząd nie od tego jest żeby oddawać, tylko żeby zabierać. Na wieki wieków.

Wódka, jak to wódka, smakuje jednakowo, znaczy się wspaniale. Jak się nie będzie mieścić do gardzieli, zawsze można jej użyć do nacierania skroni albo dezynfekcji rąk. Z książkami jest gorzej. Nie to że ich szkoda, tzn. to też.
Dziś na ten przykład, parę godzin po ogłoszeniu przez premiera decyzji o zamknięciu wszystkiego co się da i odwołaniu wszystkiego co się da odwołać, rzecz jasna, wszystkiego oprócz kościołów i nabożeństw w tychże, pojechałem na zakupy do dużego sklepu. Wariacja dotknęła ludzi z miejsca. Kupowali na oślep, co się dało. Papieru toaletowego nie dostałem. Podobnie w popularnej drogerii, dwie ulice obok. Dlatego dobrze mieć w domu, na czarną godzinę, nawet niewielką biblioteczkę, żeby sięgnąć po wolumin w ostateczności, kiedy wykupią wszystko do cna. Posiadacze kindli mogą jedynie wzdychać z zazdrości. M.in. dlatego pan Janek Himilsbach cenił bardziej swoje dzieła kamiennicze niż pisarskie. Dziś, w obliczu kryzysu sanitarnego, mógłby zmienić zdanie.

We wtorek premier pozbawił mnie źródła utrzymania. W majestacie prawa. Zadekretował, że imprezy masowe odwołuje do odwołania. Kosztowało mnie to kilkanaście tysięcy złotych. Tyle bowiem mógłbym i powinienem zarobić na wyprzedanej do ostatniego miejsca trasie. Ale nie zarobię. I rząd mi tego nie wyrówna. Trzeba było zostać szewcem, prawnikiem albo…dresiarzem.

Z rozbawieniem przeczytałem, jak jeden z dziennikarzy sportowych postuluje, aby klubom z ekstraklasy rząd wyrównał z państwowego garnuszka, za straty, których doznadzą przez rozgrywanie spotkań bez udziału publiczności. Nawet piłkarskie kluby mają jakichś sprzymierzeńców, a my, artyści, nawet pół głosu wołającego na puszczy. Możemy sobie biadolić, ale pies z kulawą nogą się o nas nie upomni. Pal licho nas, trawestując klasyka, Darmozjad się wyżywi, ale wiedzieć Wam trzeba, że taki koncert, spektakl czy wystawa, to oprócz samego artysty i jego dzieła, praca wielu osób, którym premier również zabrał we wtorek chleb. Inspicjentów, kierowców, oświetleniowców, technicznych. Żeby grupa Kult, w której na scenie gra 9 muzyków, mogła zagrać swój koncert, pracuje wokół niej i przy niej dodatkowych 9 osób. Ci ludzie mają rodziny, rachunki do zapłacenia i żołądki do zapełnienia. Żeby było jeszcze śmieszniej, w ten sam wtorek przeczytałem wytyczne Episkopatu Polski, który zalecił diecezjom i dekanatom, aby, w trosce o zdrowie parafian i w zgodnie z zaleceniami sanepidu, odprawiać więcej mszy, tak, aby zmniejszyć jednorazową liczbę wiernych na każdym nabożeństwie. Oczywiście taca zbierana będzie za każdym razem, bo hajs musi się zgadzać. I nikt nie zaprotestował.

Gdyby rząd nasz myślał z pozycji horyzontu myślowego a nie kolan na klęczniku, warto by np. podobny mechanizm zastosować do artystów i ich pracy. Jeśli mam zagrać jednego dnia jeden koncert dla tysiąca osób, mogę zagrać trzy koncerty dla 325 każdy. Lubię swoją pracę, więc nie stanowiłoby to wielkiego wyzwania. Byłbym w robocie dłużej, ale przynajmniej bym ją miał. Niestety, co wolno wikaremu, to nie byle grajkom.

Można by też, tak jak w firmach i firemkach, wystąpić do rządu o pokrycie strat w zysku. Dała raz już przykład Warszawa, która wykupiła koncert Madonny, bo słabo szła sprzedaż. Jeśli więc tak bardzo na sercu leży rządowi zdrowie i życie Polaków, promilem w wydatkach budżetu będzie wypłacenie nam, artystom, honorariów za odwołane koncerty czy wystawy. Na dzień wtorkowy sprzedało się tyle a tyle, po takiej cenie, więc kasa państwowa wypłaca, bo nie można człowieka zostawić bez środków do życia. Wszak to nic innego, jak zatrzymanie zapłaty pracownikom, czyli grzech wołający o pomstę do nieba. Ale wołać sobie można. Bo kto nas tam słucha. Chyba babka głucha…