Najważniejsza lekcja

Od tygodnia dzieci i młodzież w Polsce nie chodzą do szkoły. Przez ten czas nie dowiedziały się, jak obliczać iloczyn potęg o tej samej podstawie. Nie nauczyły się, czym się różnią organizmy samożywne od cudzożywnych. Nie zgłębiły charakterystyki pierwiastków o silnych właściwościach metalicznych. Nie zrobiły kilku dwutaktów i przewrotów w tył; nie próbowały przedrzeć się przez naszpikowany łaciną opis rzymskich łaźni na pierwszych stronach “Quo vadis”. Jak twierdzi rząd, stała im się krzywda, odebrano im prawo do nauki, wzięto je na zakładników, wykorzystano w grze politycznej.
Uczniowie oczywiście cieszą się z tego stanu rzeczy – niespodziewany tydzień przerwy nie wywołuje u małych czytelników Sienkiewicza żadnego żalu czy tęsknoty, szkoła jest dla ogromnej większości z nich przykrym obowiązkiem. Pewnie warto się zastanowić, czemu tak jest. Przede wszystkim jednak warto zauważyć, że strajkując nauczyciele przekazują swoim podopiecznym wiedzę i wartości, które nie zmieściły się w szkolnych programach.
Wielu z nich dzięki akcji strajkowej dowiedziało się, co to jest związek zawodowy. Uczniowie nauczyli się (a jest to, w 2019 roku, wiedza na tyle niszowa, że niemal tajemna), że pracownicy mogą się zrzeszyć, działać solidarnie i w porozumieniu i że mają wtedy wielką siłę. Na tyle dużą, że mogą zamknąć szkoły, które dla uczniów są przecież całym światem. Dowiedzieli się, co to jest strajk – że nie oznacza on oflagowania się, wyjścia na uliczny protest, zmiany obrazka na zdjęciu profilowym w mediach społecznościowych, ale odmowę pracy. Że wobec tego narzędzia walki, jeśli ludzie są ze sobą solidarni, system wciąż pozostaje bezbronny, nie da się nie traktować go poważnie. Przy okazji w mediach pojawiło się dawno nieużywane słowo “łamistrajk” – bycie łamistrajkiem jest tak samo złe, jak bycie skarżypytą. Uczniowie potwierdzili w ten sposób swoją intuicję, którą szkoła na co dzień wybija im z głowy: lojalność wobec zwierzchników zamiast wobec kolegów jest moralnie wstrętna. Strajkując, nauczyciele pokazują uczniom, że strategia posłuszeństwa, indywidualnego konformizmu i deklarowanej pokory wobec silniejszych nie jest wcale strategią najbardziej skuteczną. Że jeśli sam jesteś zbyt słaby, żeby walczyć o swoje, musisz dogadać się z innymi ludźmi w tej samej sytuacji i stworzyć wspólny front walki o godność – prawa bowiem zdobywa się w walce. To swoją drogą ważne słowo, będące tematem wielu szkolnych rozprawek – wreszcie dzieci dowiedzą się, że nie jest to wartość wyłącznie symboliczna, ale ściśle powiązana z tym, czy możesz w danym miesiącu zapłacić czynsz albo kupić nowe buty, kiedy w starych zrobi się dziura i że w walce o godną płacę nie ma niczego brudnego.
Jest to lekcja ważniejsza i bardziej potrzebna uczniom niż polski, angielski, przyroda i wuef. Nie tylko zresztą im – kiedy skończą szkołę, pójdą do pracy, będą naszymi kolegami i koleżankami. Być może dzięki temu, co się teraz dzieje w szkole, zamiast emocjonować się konkursem na pracownika miesiąca i podkładać nam świnie, żeby zyskać uznanie szefa, chętniej stworzą z nami komisję związkową, a słowo “strajk” będzie miało w ich głowie konkretne znaczenie, będą w stanie go sobie wyobrazić i zrozumieć jego potencjalną skuteczność.

Lekcje nieodrobione

Dawno, dawno temu, jeszcze w Polsce Ludowej, podczas opozycyjnych demonstracji organizowanych przez NSZZ „Solidarność”, noszono transparenty z napisem: „Państwo jest wtedy policyjne, kiedy policjant zarabia więcej niż nauczyciel. Włodzimierz Lenin”.
Młodszym czytelnikom muszę wytłumaczyć, że był to bardzo celny i złośliwy strzał w kierunku rządzących wtedy elit. Nie tylko przypominał o zaległej lekcji do odrobienia, czyli podwyżce płac dla nauczycieli i innych pracowników resortu oświaty. Wypominał też władzy wyższe od nauczycieli zarobki przyznane nielubianej przez obywateli Milicji Obywatelskiej, czyli ówczesnej policji. I na dodatek czynił to posługując się cytatem z Włodzimierza Lenina, wtedy postaci funkcjonującej na prawach obecnego papieża Jana Pawła II-go.
Lata minęły. Polska Ludowa przetransformowała się w III Rzeczpospolitą. Tej niedawno rządzące elity nałożyły nowe, autorytarne i narodowo-katolickie szaty IV RP. Ale, pomimo tych zmian, nauczyciele dalej zarabiają kiepsko jak zarabiali. Nawet katecheci uczący jedynej słusznej religii katolickiej.
I nawet informacje, że policjanci też kiepsko zarabiają, nie polepszają nauczycielskiej doli.
Zarabiają kiepsko, bo w III RP żadna z formacji politycznych, nawet SLD, nie traktowała solidnego uregulowania systemu płac nauczycielskich jako priorytetu programowego.
Przyjęło się w Polsce, że polski nauczyciel to taka Siłaczka z noweli Żeromskiego, wieloletniej lektury szkolnej zresztą, czyli osoba wielce ideowo przekonana do krzewienia oświaty. I dlatego nauczyciel nie musi, wręcz nie powinien, dużo zarabiać.
Dodatkowo, wpływowa NSZZ „Solidarność”, dzisiaj wspierająca rządzący PiS, porzuciła leninowskie krytyki „policyjnego państwa”. Dziś dla bieżących celów politycznych NSZZ „Solidarność” tłumi pro strajkowe nastoje środowisk nauczycielskich. Wyprzedaje swój etos za ochłapy rzucane jej z rządowego żłobu.
Rząd PiS znalazł w deficytowym budżecie państwa polskiego ponad 40 miliardów aby za pieniądze wyborców kupić ich głosy. Nie starcza mu już, aby wreszcie systemowo uregulować płace w resorcie oświaty.
Narzekającym na biedę nauczycielom proponuje się produkcje dzieci aby więcej mogli skorzystać z programu 500+.
Pewnie niebawem rodzicom narzekającym na spadek poziomu oświaty PiS władza zaproponuje aby wysyłali swe dzieci na korepetycje. Bo przecież rodzice dostają po pięćset złotych na każde już dziecko. Zatem mogą je indywidualnie douczać.
Jest jeszcze inne rozwiązanie pozwalające zniwelować skutki odchodzenia najlepszych nauczycieli z pracy. Skoro nie ma pieniędzy w deficytowym budżecie państwa na podwyżki dla nauczycieli, to może rząd zapełni grożący nam deficyt polskich nauczycieli ukraińskimi, hinduskimi i nepalskimi emigrantami?
Oni lekcje za rząd odrobią.
A dla deficytowego budżetu taniej to też wypadnie.