Rękawiczki teoretycznie jednorazowe

Jesienią rusza protest lekarzy rezydentów. „Będziemy pracować zgodnie z Kodeksem pracy. Dla pacjentów będzie to oznaczać dłuższe oczekiwanie na wizytę” – mówi Jan Czarnecki, przewodniczący Porozumienia Rezydentów OZZL w rozmowie z Justyn Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Szykuje się nowy protest lekarzy rezydentów. Dlaczego?
JAN CZARNECKI: Aby odpowiedzieć na pani pytanie, trzeba się cofnąć do porozumienia z lutego 2018. Porozumienie to zawarte zostało między rezydentami a ministrem zdrowia Łukaszem Szumowskim po 29-dniowym proteście głodowym lekarzy rezydentów. Dziś okazuje się, że zapisy tego porozumienia nie są realizowane tak jak powinny.
Zostało nam dane słowo, ale wiele tych podpunktów jest realizowanych do połowy, czasem – tam gdzie rządowi wygodnie, aby zaoszczędzić.
Najdobitniejszym tego przykładem może być wykorzystywanie współczynnika PKB do obliczania wielkości nakładów na ochronę zdrowia sprzed 2 lat.
Ministerstwo Obrony Narodowej, Ministerstwo Finansów korzystają z szacunków na ten rok, a rząd w przypadku ochrony zdrowia wybrał najmniej korzystny współczynnik dla Polaków. Według wyliczeń Naczelnej Rady Lekarskiej powinno być w ochronie zdrowia więcej o 10 mld. Zestawmy to np. z osiągnięciami WOŚP. Przez 27 lat zebrała 1 mld. A teraz proszę się zastanowić, co by było, gdybyśmy mieli 10 mld rocznie. To byłby skok cywilizacyjny dla kraju, ale rząd postanowił skoncentrować się na innych aspektach.

W ugodzie zawartej w lutym rząd obiecał wzrost nakładów na ochronę zdrowia do 6 proc. PKB.
Tak i wszyscy się cieszyli, że taki sztywny odsetek ustalono. Pamiętam, jak minister Radziwiłł chwalił tę ugodę i przekonywał, jakie to wielkie wydarzenie. Tak by było, gdyby nie pytanie, o PKB z którego roku mówimy. Rząd wybrał zasadę n-2, czyli dwa lata wstecz, kiedy wartość PKB była znacznie mniejsza.
To oszustwo księgowe, a szkoda, bo mona by naprawić wiele aspektów ochrony zdrowia.
Czas oczekiwania na zabieg wstawienia protezy biodrowej, czyli endoprotezoplastyki stawu biodrowego – pamiętam ze swoich studiów ortopedów, którzy mówili, że okres oczekiwania to 5 lat. Przez ten czas pacjent musi przyjmować duże ilości leków przeciwbólowych, które niszczą mu żołądek, albo narkotycznych opioidów, które uzależniają. Rząd premiera Morawieckiego zniósł limit na wykonywanie tych zabiegów i okazało się, że czas oczekiwania skrócił się do pół roku! Mój znajomy ortopeda musi sam dzwonić do pacjentów i namawiać ich, aby stawili się na operację. Okazuje się, że nie tylko brakuje lekarzy, ale jeszcze rząd stawia dodatkowe ograniczenia. Brakuje lekarzy, brakuje pielęgniarek, fizjoterapeutów, bo wielu wyjeżdża.
Kolejnym punktem wartym wspomnienia jest rewaloryzacja świadczeń, czyli tego, jak dużo NFZ płaci szpitalowi za poradę, operację, zabieg. Ponieważ wszystkie koszty zwiększyły się – media, koszta budowlane – to wycena świadczenia także powinna zostać zwiększona. Tymczasem szpitalom cały czas płaci się takie same pieniądze.
Nawet gdy dyrektorzy mają ambicję podnieść jakość i warunki pracy, by móc pracować na dobrym, nowoczesnym sprzęcie, to nie mogą, bo nie ma funduszy.
Doszły do nas informacje o szpitalach, gdzie oszczędza się na rękawiczkach, wenflonach; bywa, że rękawiczki jednorazowe są używane kilkukrotnie. W takiej rzeczywistości szpitalnej dziś żyjemy, ponieważ NFZ nie płaci wystarczających pieniędzy. Ja sam przez 10 dni głodowałem, żeby coś w końcu w ochronie zdrowia się zmieniło, żeby ochrona zdrowia wreszcie przestała straszyć.

Kiedy protest rusza?
Ogłosiliśmy na specjalnej konferencji, że zaczyna się w październiku. Był na niej także przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego lekarzy dr Krzysztof Bukiel, byłem ja, czyli przewodniczący Porozumienia Rezydentów OZZL, oraz przedstawiciel Naczelnej Rady Lekarskiej. Ogłosiliśmy redukcję czasu pracy do jednego etatu.
Czyli wypowiadacie klauzulę opt-out, ogłaszacie akcję 1 lekarz – 1 etat. Skutki będą dopiero jesienią?
Tak, bo od jesieni będziemy pracować zgodnie z Kodeksem pracy. Dla pacjentów będzie to oznaczać dłuższe oczekiwanie na wizytę. To straszne i zarazem bardzo smutne, że jest nas tak mało, że gdy lekarze zaczną pracować tak jak powinni, to nagle zacznie się sypać cały system.
Smutne jest to, że musimy organizować nowy protest, żeby wyegzekwować postanowienia porozumienia poprzedniego protestu.

Nie boicie się tego, że jeżeli zaczniecie pracować zgodnie z Kodeksem pracy i system przestanie być wydajny, to za kryzys zostaniecie obarczeni wy, a nie rząd, który od lat bagatelizował problem?
Te oskarżenia miałyby zasadność, gdybyśmy dążyli tylko do podniesienia własnych pensji, aby napełnić sobie kieszenie. My nie chcemy więcej dla siebie, chcemy potwierdzenia obecnych wynagrodzeń na przyszłość. Chcemy uzdrowić ochronę zdrowia, bo obecne rozwiązania, które rząd proponuje, jak np. ramę czasową dla lekarza na SOR, są próbą zwiększenia wydajności zmęczonego osła przez poganianie go kijem. To do niczego nie prowadzi. Zresztą żadna z dzisiejszych partii nie proponuje dobrych rozwiązań.

Jak finansowanie ochrony zdrowia wygląda w krajach UE? Jaki procent PKB jest przekazywany?
Powiem tak, jeżeli chodzi o nakłady, to Polska jest trzecia od końca w Europie. Za nami jest tylko Rumunia i Bułgaria.
Oczywiście rząd mówi, że finansowanie się zwiększa i to prawda, ponieważ cała gospodarka rośnie. Więcej ludzi pracuje plus ściągalność składek jest lepsza. Jednakże cały czas operujemy w wartościach względnych. To gospodarka ciągnie ochronę zdrowia i dlatego nakłady rosną.

Jak z waszej perspektywy wygląda kryzys lekowy?
To kolejny aspekt dotknięty niedofinansowaniem. Zastany taką sytuacją lekarz musi pacjentowi powiedzieć: oto recepta, proszę poszukać sobie apteki, w której ten lek będzie. Proszę mi wierzyć, że nikomu nie przychodzi łatwo coś takiego powiedzieć chorej osobie.

Produkujmy zamiast importować

Problem braku leków w polskich aptekach będzie się zawsze powtarzał, jeśli nie wrócimy do ich produkowania w naszym kraju.

Rząd PiS nie jest sobie w stanie poradzić z brakiem leków w aptekach i szpitalach.
W maju 2019 r. Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii opracowało projekt działania Refundacyjnego Trybu Rozwojowego, czyli narzędzia wsparcia rozwoju przemysłu farmaceutycznego w Polsce i przekazało go Ministrowi Zdrowia. Niestety, został on przez ministra Łukasza Szumowskiego odrzucony i wszystko wskazuje na to, że w tej kadencji Sejmu nie zostanie przyjęty. Jakieś zakulisowe rozgrywki w łonie PiS-owskich decydentów odbijają się więc na polskich pacjentach
Tymczasem bez instrumentów wsparcia, przemysł farmaceutyczny w naszym kraju nie będzie się rozwijać, ponieważ przegra konkurencję z tańszymi produktami z Azji. Producenci chińscy zawsze będę wygrywać z nami ceną, bo koszty wytwarzania leków są u nich niższe.
Niewykorzystanie potencjału przemysłu farmaceutycznego, który posiadamy będzie olbrzymią stratą nie tylko dla naszej gospodarki, ale również dla polskich pacjentów. Tylko rodzima produkcja może zagwarantować ciągłość dostaw wysokiej jakości produktów, a także wzrost polskiego PKB, nowe miejsca pracy i poprawę bilansu handlu zagranicznego. Warto więc wspierać produkcję leków w kraju, bo to się zwyczajnie opłaca. A czas działa na niekorzyść Polski, ponieważ wiele innych krajów wdraża zachęty do produkcji leków na ich terenie.
Niestety, resort zdrowia traktuje krajowych wytwórców na równi z chińskimi i hinduskimi, tłumacząc całkowity brak wsparcia rodzimej produkcji, niewystarczającym budżetem oraz brakiem wytycznych ze strony resortów odpowiedzialnych za gospodarkę.
Ta krótkowzroczna polityka pozornych oszczędności daje nie tylko efekt zaprzepaszczenia szansy zbudowania w naszym kraju nowoczesnego centrum produkcji leków, ale grozi także zachwianiem bezpieczeństwa lekowego Polski.
Warto stworzyć zachęty zarówno do produkcji leków jak i substancji czynnych, bo Polska ma po temu kompetencje i możliwości. Mogłoby się to stać naszą polską specjalizacją. Rząd PiS powinien wreszcie wyciągnąć wnioski z błędu, jakim było uzależnianie się od chińskich i hinduskich producentów leków.

Pacjenci skazywani na śmierć przez rząd PiS

Polska staje się coraz gorszym miejscem do życia, a zwłaszcza do chorowania. Jedyna pociecha jest taka, że pod rządami obecnej ekipy chorzy nie muszą się zbyt długo długo męczyć.

Coraz dotkliwsze skutki przynosi polityka Prawa i Sprawiedliwości, zagrażająca życiu i zdrowiu Polaków.
Poczynania liderów PiS doprowadziły już do spadku liczby narodzin, skrócenia długości życia, wzrostu śmiertelności, rozszerzenia obszaru skrajnej biedy. To niemałe osiągnięcia jak na zaledwie 3,5 roku rządzenia.
Ekipa rządząca robi oszczędności na zdrowiu Polaków oraz wykazuje całkowitą obojętność na zły stan opieki medycznej w naszym kraju (zgodnie z zasadą: rząd się wyleczy). Dzieje się coraz gorzej, co pokazują choćby niedawne ustalenia Najwyższej Izby Kontroli.

Ratujemy dzieci – ale tylko poczęte

Wymierzone w społeczeństwo działania PiS-owskiego rządu, doprowadziły właśnie do kolejnej, złowrogiej sytuacji, godzącej w życie i zdrowie ludności Polski. Lawinowo nasiliły się bowiem braki leków w aptekach.
Rząd PiS już niejednokrotnie nie godził się na refundowanie rozmaitych leków, niezbędnych zwłaszcza w leczeniu onkologicznym, skazując w ten sposób na śmierć mniej zamożnych pacjentów.
Szczególnie drastycznym przykładem była tegoroczna odmowa refundowania leku pomagającego utrzymać przy życiu wcześniaki. Ministerstwo Zdrowia nie godziło się na refundację tego leku, wyjaśniając, że czyni to z powodów ekonomicznych. Gdyby bowiem zaczęto go częściej stosować dla ratowania wcześniaków, oznaczałoby to problemy dla budżetu państwa.
„Rozszerzenie populacji może stanowić znaczne obciążenie budżetu” – tłumaczył resort w oficjalnym stanowisku. Populacja się więc nie rozszerzyła, a Ministerstwo Zdrowia było zadowolone – tym bardziej, że taka linia postępowania jest zgodna z generalnym podejściem, wedle którego ważne jest życie dzieci poczętych, a nie tych już urodzonych.
Obecnie rząd poszedł o krok dalej – i spowodował to, że leków po prostu nie ma.
„Brak dostępu do podstawowych produktów leczniczych przybiera dramatyczne rozmiary” – alarmuje Naczelna Izba Aptekarska.
Nie jest to jednak nowa sytuacja. Już od miesięcy Izba otrzymywała wiele sygnałów, wskazujących na brak dostępności do produktów leczniczych, przede wszystkim wydawanych na podstawie recepty w aptekach ogólnodostępnych.

Widzą problem i nic nie robią

Sam problem jest znany od paru lat. Od początku rządów PiS zaczął się w Polsce nasilać proceder nielegalnego wywozu leków za granicę.
PiS-owska ekipa rządząca doskonale o tym wiedziała, ale z niewiadomych przyczyn (przyjmijmy łagodniejszą wersję: że tylko z powodu swej nieudolności i lenistwa) – nie robiła nic, aby temu zapobiec.
Jak informują farmaceuci, w aptekach brakuje leków stosowanych w takich chorobach jak: cukrzyca, nadciśnienie, choroby tarczycy, astma, przewlekła obturacyjna choroba płuc, alergia. Początkowo problem dotyczył niemal wyłącznie drogich leków oryginalnych, jednakże od pewnego czasu zaczyna również brakować popularnych leków generycznych, zamienników.
Naczelna Izba Aptekarska wystosowała do Ministra Zdrowia apel o podjęcie pilnych działań, mających na celu „wyeliminowanie zaistniałego problemu braku dostępności do produktów leczniczych dla pacjentów”. NIA wskazuje, że każdy z brakujących leków jest stosowany nawet i przez setki tysięcy chorych.
Co gorsza, farmaceuci szpitalni informują, że i w szpitalach brakuje lekarstw, w tym, co szczególnie dotkliwe, niezbędnych leków onkologicznych. Lekarze rozkładają ręce, bo są przecież bezradni.
W poszukiwaniu niezbędnych lekarstw Polacy zaczynają wyjeżdzać do Niemiec. Tam leków nie brakuje, ale kosztują nawet i dziesięć razy drożej niż w naszym kraju.
Z punktu widzenia rządzących takie wyjazdy są jednak korzystne, bo w ten sposób wydawane są prywatne zasoby chorych – a nie pieniądze budżetowe, które są potrzebne na inne cele (np. na muzea Żołnierzy Wyklętych) niż zakupy koniecznych medykamentów.

Rząd mówi: Chin wina

Rząd odpowiedzialnością a brak leków w Polsce obarcza… Chiny – i tłumaczy, że w Państwie Środka w kilku wytwórniach ograniczono produkcję różnych substancji czynnych, które są podstawą każdego leku. Dlatego tych leków u nas nie ma.
To tłumaczenie jest oczywistą lipą. Wszystkie koncerny farmaceutyczne zaopatrują się w substancje czynne z Chin – ale w innych krajach lekarstw jakoś nie zabrakło. W rzeczywistości brak leków w Polsce jest spowodowany świadomą polityką rządu PiS, który robi oszczędności na naszym zdrowiu.
Naczelna Izba Aptekarska policzyła, że dziś prawie pół tysiąca produktów leczniczych w Polsce jest „niedostępnych dla pacjentów”. W tej grupie jest około 300 leków, które podczas rządów PiS są stale zagrożone brakiem dostępności.
Aptekarze próbują ratować sytuację – i zdrowie chorych – poprzez sprzedawanie zamienników, ale i ich zaczyna brakować. Zwłaszcza, że pacjenci, powodowani uzasadnionym niepokojem, zaczynają robić zapasy
medykamentów.
„W ocenie Naczelnej Rady Aptekarskiej sytuacja pogarsza się z dnia na dzień” – stwierdza Naczelna Izba Aptekarska.

Propaganda sukcesu was wyleczy

Jaka jest reakcja obecnej władzy na tę sytuację?. Taka jak zawsze. PiS-owskie media (tzw. „publiczne”) w ramach swej propagandy sukcesu poinformowały, że problem jest już rozwiązany.
To doskonała recepta na wszelkie kłopoty – skoro propaganda rządowa oświadcza, że problem jest rozwiązany, znaczy to,
że go nie ma.
Pacjenci w aptekach wprawdzie tego nie zauważają – ale nie od dziś rozumieją, że teraz w Polsce liczy się rzeczywistość magiczna przedstawiana przez rządowe media, a nie ta codzienna, jaką widzą oni na własne oczy.

Wszystko dla pacjenta

Pracodawcy z branży aptecznej chcą – oczywiście dla dobra polskich rodzin – wywalczyć złagodzenie zakazu reklamy aptek.

Z projektu nowelizacji Prawa Farmaceutycznego skierowanego pod obrady rządu zniknął zapis ułatwiający aptekom udział w programie rządowym Karta Dużej Rodziny.
W ramach tego programu rodziny wielodzietne miałyby otrzymać zniżki na zakup szeregu medykamentów.

Róbcie swoje ale się nie chwalcie

Dotychczas uczestnictwo aptek w Karcie Dużej Rodziny jest niemożliwe, ponieważ jest uznawane za niedopuszczalną reklamę. W praktyce sądowo – administracyjnej utarło się bowiem traktowanie każdego wyróżnienia się apteki jako naruszenia zakazu reklamy.
Bardzo to nie podoba się sieciom aptecznym, które chciałyby móc uczestniczyć w programie i sprzedawać dzięki temu więcej leków po obniżonej cenie, otrzymując dopłaty od państwa. Dlatego organizacje pracodawcze apelują o: „powrót do prac umożliwiających udział aptek w programie”.
Jesienią 2018 r., projekt zmian w prawie farmaceutycznym przewidywał złagodzenie zakazu reklamy aptek i punktów aptecznych. Potem jednak z tego zrezygnowano.   Zdaniem pracodawców, złagodzenie byłoby konieczne, aby apteki mogły honorować Karty Dużej Rodziny.
W praktyce, polegałoby to na tym, że apteki ogłaszałyby na różnych nośnikach reklamowych mniej więcej takie teksty: „Nasza apteka honoruje Kartę Dużej Rodziny. W związku z tym, można u nas kupić tanio to, to i to…”.
Wydaje się oczywiste, że takie anonse łamałyby, znany w Unii Europejskiej, zakaz reklamy aptek – a przede wszystkim, łamałyby polskie prawo.
Nie ma jednak żadnego problemu. Aptekom, które chcą wejść do programu Karta Dużej Rodziny, nikt nie będzie tego zakazywał. Wystarczy, by nie ogłaszały żadnych informacji mówiących o tym, że uczestniczą w Karcie Dużej Rodziny. Zainteresowani klienci sami się o tym dowiedzą od innych, prędzej czy później. Mogą również po prostu zapytać w aptece, czy dana placówka honoruje Kartę Dużej Rodziny?. Takie informacje szybko będą się rozchodzić wśród mieszkańców, mimo braku stosownych reklam.
Związek Pracodawców Aptecznych od wielu lat zgłaszał resortowi zdrowia i resortowi rodziny gotowość uczestniczenia aptek w programie Karta Dużej Rodziny, wskazując na przepis blokujący taką możliwość.
W istocie jednak, przepis o zakazie reklamy absolutnie tego nie blokuje. Po prostu, niech apteki uczestniczą w KDR – ale się tym nie chwalą. Pracodawcom się to jednak nie podoba

Nasz cel to pomaganie

Stanowisko Związku Pracodawców Aptecznych jest mocno popierane przez Business Centre Club, Konfederację Lewiatan, Pracodawców RP oraz Związek Przedsiębiorców i Pracodawców.
Zdaniem tych organizacji, obecna rygorystyczna interpretacja zakazu reklamy aptek jest „antypacjencka i antyspołeczna”, gdyż doprowadziła do ograniczenia działań prospołecznych i prozdrowotnych, do których apteka jako placówka zdrowia publicznego jest wręcz zobowiązana.
Pracodawcy wskazują, że apteki w Europie poszerzają ofertę usług dla pacjentów i mogą o tym swobodnie informować, natomiast w Polsce są karane m.in. za informowanie pacjentów o akcjach profilaktycznych związanych z pomiarem ciśnienia czy poziomu cukru, albo za udostępnianie informatorów na temat zamiennictwa droższych refundowanych leków na tańsze.
Wydaje się jednak, że te zarzuty są niesłuszne. Ktoś, kto jest zainteresowany profilaktyką związaną z ciśnieniem krwi lub poziomem cukru, doskonale dowie się o tym w przychodni, bez konieczności aptecznych reklam.
Zawsze też, gdy zabraknie leku zapisanego przez lekarza, aptekarz zapytany o klienta, poinformuje go o możliwości zakupu zamiennika. Złagodzenie zakazu reklam doprowadzi zaś do walki o klientów pomiędzy aptekami i i do zachęcania ich, by coraz chętniej sięgali po różne, niepotrzebne im specyfiki.

Chcemy się z Wami podzielić

Można jednak zrozumieć pracodawców aptecznych. Widząc coraz bardziej nachalne reklamy branży farmaceutycznej, bezczelnie wylewające się ze wszystkich mediów, też chcieliby mieć choć część takich możliwości.
Bardzo pozytywnie przyjęli więc projekt nowelizacji Prawa Farmaceutycznego, który wprowadzał wyjątek od zakazu reklamy umożliwiający udział aptek w programie KDR. Ale w najnowszej wersji projektu takiego zapisu już nie ma.
Pracodawcy apteczni, w szlachetnej trosce o dobro rodzin wielodzietnych, wskazują na korzyści z obniżenia cen płaconych przez rodziny wielodzietne za niektóre produkty. Mówią, że to istotne i co więcej, „społecznie oczekiwane”. Byłoby też działaniem świetnie uzupełniającym rządowe programy takie jak m.in. „500+”.
Skarżą się również, że w Polsce, w wyniku obecnego brzmienia art. 94a Prawa farmaceutycznego, praktycznie zabroniona jest jakakolwiek forma komunikacji apteki z pacjentem – i to się musi zmienić. Apelują do decydentów o „nieuleganie presji korporacji aptekarskiej”, czyli Naczelnej Izbie Aptekarskiej.
Wzywają, ze polskie aptekarstwo nie może działać w realiach XIX wieku, bo najbardziej stracą na tym pacjenci – na dobru których tak bardzo zależy pracodawcom aptecznym.
Jedyne bowiem, czego ci pracodawcy pragną, to pragnienie podzielenia się marżą w rodzinami wielodzietnymi i chęć zmiany polskiego rynku na nowocześniejszy, bardziej przyjazny pacjentom.
Tak wielkiemu altruizmowi trudno się oprzeć. Pod adresem pracodawców aptecznych można więc tylko powiedzieć: Kochani! Jesteście wspaniali! Róbcie wszystko co chcecie dla dobra pacjenta – tylko tego nie reklamujcie! Jak pacjent będzie potrzebował, to sam się o tym dowie.

Można i bez reklamy

Naczelna Izba Aptekarska nie do końca jednak wierzy w altruistyczne deklaracje Związku Pracodawców Aptecznych i wspierających go innych organizacji pracodawców.
Izba wskazuje, nie bez racji, że istnieją rozwiązania prawne, które umożliwiają aptekom, także i placówkom sieciowym, uczestnictwo w programie Karty Dużej Rodziny, bez konieczności zmian obecnego zakazu reklamy aptek.
Taką możliwość daje po prostu dopisanie aptek do listy podmiotów już uczestniczących w programie KDR. Wcale nie potrzeba do tego złagodzenia zakazu reklamy.
Obecnie blisko 17 tys. różnych placówek w Polsce honoruje Kartę Dużej Rodziny. Wśród nich są przychodnie oraz kancelarie prawne, w stosunku do których obowiązuje zakaz reklamy. W kancelariach adwokackich i radcowskich zakaz reklamy obowiązuje od 85 lat, w gabinetach lekarskich – od 28 lat. Zmiana przepisów nie jest tu konieczna, bo zakaz reklamy nie stanowi przecież przeszkody w wykonywaniu zawodu zaufania publicznego takiego jak prawnik czy lekarz.
Naczelna Izba Aptekarska wskazuje, że każda inicjatywa prowadząca do złagodzenia obowiązującego zakazu reklamy aptek może stanowić zachętę do tworzenia komercyjnych programów lojalnościowych, prowadzących do nadmiernej konsumpcji różnych preparatów, co byłoby szkodliwe dla pacjenta.
Przypomina, że swego czasu program – dostępny w jednej z największych sieci aptek i nazywany „Programem Opieki Farmaceutycznej” – okazał się zwykłym programem lojalnościowym, łamiącym obowiązujące przepisy. Dostrzegł to sąd administracyjny, który w 2014 r. ostatecznie zakazał jego prowadzenia.

Żeby nie objadać się lekami

Tymczasem zaś, zasadność wprowadzenia zakazu reklamy aptek zauważono już wiele lat temu. Wskazywano, że pacjent łatwo może ulec manipulacji opartej na przeświadczeniu o atrakcyjności oferty handlowej – i zacznie łykać nadmierne ilości medykamentów. Branża będzie zaś wyłudzać z Narodowego Funduszu Zdrowia znaczne kwoty, jakie na leki refundowane wykłada państwo.
Ponadto, zakaz reklamy aptek nie narusza swobody prowadzenia działalności gospodarczej i jest zgodny z Konstytucją RP. Tak uznało Biuro Analiz Sejmowych Sejmu, w stanowisku skierowanym jeszcze 9 listopada 2017 r. do Trybunału Konstytucyjnego.
Jak podkreślono, zakaz ten wpisuje się w cały mechanizm obrotu lekami, umożliwiający ochronę konsumentów przed działaniami zagrażającymi ich zdrowiu – i stanowi gwarancję prawidłowego funkcjonowania aptek jako placówek ochrony zdrowia publicznego.
Podobnego zdania była Prokuratura Generalna, która wskazała, że przedsiębiorca decydujący się na prowadzenie apteki ma świadomość, że wchodzi na rynek regulowany, a zatem powinien się zgodzić na respektowanie istniejących ograniczeń dla swobody działalności gospodarczej.
Wszystko to nie znaczy jednak, że walka o usunięcie zakazu reklamy aptek została już zakończona. Do przyjęcia znowelizowanego Prawa Farmaceutycznego jeszcze daleko i po drodze niejedno może się wydarzyć.

Dobra zmiana zabija Polaków

Jak policzył Główny Urząd Statystyczny, w 2017 r. ogółem 88 330 osób padło ofiarą wypadków przy pracy, z czego wypadkom śmiertelnym uległo 269 osób. To więcej niż w roku ubiegłym. W 2016 r. tylko 87 886 osób doznało wypadków przy pracy, a zginęło w nich 239 osób. Tradycyjnie, najwięcej wypadków śmiertelnych wydarzyło się w budownictwie. PIP twierdzi, że za większość wypadków przy pracy winę ponoszą pracodawcy.

Obecna ekipa ani nie umie zadbać o dobro pracowników, ani jej na tym nie zależy. Tragiczna statystyka wypadków jest tylko częścią ogólnopolskiego trendu, polegającego na tym, że coraz większej ludzi traci życie pod rządami PiS. W 2017 zmarło nas 403 tys., podczas gdy w 2016 r. odnotowano tylko 388 tys. zgonów. W rezultacie, Polska ma ujemny przyrost naturalny, bo w ubiegłym roku zarejestrowano 402 tys. urodzeń żywych.
Powody wymierania Polaków są oczywiste: coraz gorsze zarządzanie ochroną zdrowia i coraz gorszy dostęp do świadczeń medycznych. Najwyższa Izba Kontroli tak ocenia działalność Narodowego Funduszu Zdrowia: „Pomimo zwiększenia w 2016 r. wartości umów zawartych ze świadczeniodawcami o 3,2 mld zł, dostęp pacjentów do świadczeń nie poprawił się”. Wyników działania NFZ w 2017 jeszcze nie ma, ale obraz jest ponury: „Polski pacjent nie może korzystać z porównywalnego do mieszkańców innych krajów zachodniej Europy zakresu dostępnych opcji terapeutycznych w leczeniu nowotworów: ma ograniczony dostęp do nowoczesnych urządzeń i technologii, w tym nowoczesnych leków”
Ograniczony jest dostęp do nowoczesnych urządzeń, technologii, w tym nowoczesnych leków, wykorzystywanych w onkologii. Eksperci zwracają uwagę, że spośród 19 nowotworów, które są najczęstszą przyczyną śmierci, tylko w jednym przypadku (rak jajnika) pacjenci w Polsce mogą mieć pewność, że ich leczenie będzie zgodne z najbardziej aktualną, światową wiedzą medyczną. Ponad połowa (53 proc. z 94 substancji) nowoczesnych leków onkologicznych zarejestrowanych w Europie (od 2004 r.) nie jest dostępna w Polsce. Z kolei do 70 proc. leków występujących w standardach europejskich polscy pacjenci nie mają dostępu lub dostęp ten jest znacznie ograniczony. Skuteczność leczenia onkologicznego w Polsce jest gorsza niż w większości pozostałych krajów Unii Europejskiej. A według najnowszych prognoz istnieje ryzyko, że stan ten będzie się pogarszał” – stwierdza NIK w tegorocznym raporcie „Dostępność i efekty leczenia nowotworów”.
Trudno skomentować te tragiczne dane – i to, jak niszczący wpływ na życie Polaków wywierają rządy PiS. Jedyne co można powiedzieć, to zacytować „Obławę” Jacka Kaczmarskiego: Brońcie się, nim wszyscy wyginiecie!