Lewico, razem!

Lewicowy blok to najlepsze, co może nam się przydarzyć.
Nie żeby ktokolwiek miał szansę wygrać na jesieni z PiS, ale jest szansa, że właśnie odkryty został magiczny sposób na uruchomienie tej części elektoratu, która od lat nie rusza się do urn, a po raz ostatni zagłosowała w wyborach prezydenckich w 2015, z zaciśniętymi zębami, na Magdalenę Ogórek.
Moim zdaniem SLD niesłusznie obawia się 8-procentowego progu koalicji. Jeśli zaprzęgnie do pracy pozostałe lewicowe ugrupowania i satelity, ma szansę zrobić nawet wynik oscylujący wokół 10 procent i jestem w stanie się o to założyć o zimne piwo.
Ale i scenariusz z lewicowymi partiami na wspólnej liście SLD jest rozwiązaniem, które zmobilizuje tych, dla których PSL i Nowoczesna na liście Koalicji Obywatelskiej zadziałałyby normalnie jak odstraszacz.
Pytanie, czy koalicjanci w ostatniej chwili nie trzasną drzwiami i czy dogadają się w kwestii imponderabiliów wyborczych.
Od lewicowego bloku oczekiwałabym wreszcie konstruktywnej krytyki PiS i przyjęcia narracji, że pieniądz do kieszeni niekoniecznie jest kwintesencją lewicowego państwa, choć oczywiście, nigdy nie śmierdzi.
Oczekiwałabym konkretnych deklaracji dla pracowników budżetówek, dla sfeminizowanego, świeckiego elektoratu. Furda wiosna, niech rozkwitnie lato!

Pragnienie SLD

Włodzimierz Czarzasty przez dobry rok poprzedzający ostatnie wybory samorządowe puszczał zalotne sygnały do Partii Razem. A ta go nie chciała, wyzywała od zdrajców, wypominała premiera Millera, eksmisje na bruk, tortury w Szymanach i podobne obrzydliwości. Zandberg, Zawisza, Konieczny i spółka przy każdej okazji podkreślali, jak bardzo nie chcą być z SLD. Im bardziej to akcentowali, tym silniejsze i bardziej natarczywe były umizgi ze strony Sojuszu. Ale to już było. Mamy rok 2019 i sytuację tragikomicznie odmienną. To razemici poszukują bliskości koalicyjnej, która zapewni im polityczne (prze)trwanie, starają się o względy starych postkomuchów, wygłaszając publiczne oświadczyny. Szczególnie, że wolę wejścia w taki układ zadeklarował inny przegrany ostatnich wyborów – Robert Biedroń, a więc na horyzoncie pojawiła się szansa na poważny zjednoczeniowy projekt o profilu centrolewicowym. Czarzasty jednak odpędza ich konkury, występując w roli niedostępnej panny na wydaniu, nadobnisi, która ma już innego na oku. Tak jakby wcześniejsze gesty w kierunku Razem były obliczone na odmowę ze strony młodej lewicy, co utwardzało jej wizerunek jako ugrupowania sekciarskiego i niezdolnego do współpracy, w przeciwieństwie do koncyliacyjnego i dążącego do porozumienia Sojuszu. SLD pragnęło być z Razem tak długo, jak Razem nie chciało być z SLD. Czarzasty ma świadomość, że w wyborach do europarlamentu, startując w ramach KE udało się zdobyć całkiem pokaźny łup. Pięć mandatów pozwoliło utrzymać dotychczasowy stan posiadania i umocniło w szeregach partii poczucie słuszności obranego kierunku. Czarzasty obiecał swoim ludziom, że jesienią 2019 partia wróci do Sejmu. To jest główny cel Sojuszu i warunek dalszego istnienia, a więc przy wyborze koalicjanta szefostwo kieruje się wyłącznie pragmatyzmem. Zjednoczenie lewicy jest dla SLD mniej ważne, szczególnie, że w pamięci działaczy wciąż rysuje się trauma roku 2015, kiedy lewicowa koalicja nie przeskoczyła progu. A start w ramach KE daje 100 proc. pewność na zdobycie reprezentacji na Wiejskiej. Co będzie potem? Czy SLD nie rozpuści się w liberalnym tyglu, tracąc tożsamość? Członkowie SLD przekonują, że z pozycji partii parlamentarnej łatwiej będzie odbudować dawny blask. Plan jest więc tylko krótkoterminowy, ale innego nie ma. SLD nie ma szczególnej ochoty na wspólny start nie tylko z Razem, ale też z Wiosną. Dlaczego? W końcu nie dalej jak ostatniej zimy Czarzasty przekonywał, że o lewicowej liście nie ma co myśleć, dopóki nie będzie woli akcesu ze strony Roberta Biedronia. To właśnie ambicje i narcyzm byłego prezydenta Słupska miały być, w narracji szefa SLD, główną przyczyną fiaska takiego paktu. Czasy się jednak zmieniły. Kierownictwo Sojuszu obawia się teraz, że znajdująca się w kryzysie Wiosna będzie organizacyjnym ciężarem. „Tylko SLD jest w stanie zebrać 100 tys podpisów pod listami” – zauważa osoba bliska szefostwu partii. Dlatego Czarzasty stawia sprawę jasno – możemy iść razem, ale pod naszym sztandarem. Nie chcecie? W porządku, pójdziemy z liberałami.
Formacja Biedronia z kolei boryka się z poważnymi problemami. Po kiepskim wyniku w eurowyborach sponsorzy skąpią grosza, kasa świeci pustkami, a długi przyprawiają o ból głowy. Pojawił się nawet pomysł fuzji z Twoim Ruchem i użycia podmiotowości prawnej tej formacji przy jesiennym starcie. Biedroń jest skłonny zrobić to, czego żądaniem jeszcze kilka miesięcy temu upokorzył Razem – schować logo swojej partii i wystartować w ramach koalicji. Zdaje sobie sprawę, że 90 proc. kapitału partii stanowi on sam. Wygląda więc na to, że okres Wiosny okazał się precyzyjnie kalendarzowy. Ale projekt Biedroń nadal będzie realizowany. Jakie opcję wchodzą w grę? Pierwsza, mało prawdopodobna, to przyjęcie na listy kilku działaczy ruchów miejskich (mówi się m.in. o Janie Śpiewaku), kreatywne pozbycie się garba długu i samodzielny start jako Wiosna; druga – przystąpienie do Koalicji Europejskiej. Ta jednak znajduje się w stadium, które można nazwać równie dobrze przepoczwarzaniem, jak i agonią. Poza tym – Biedroń obawia się wchłonięcia przez silniejszego koalicjanta. Trzecia, sensacyjna, ale podawana jako możliwa przez niektórych działaczy Wiosny to start z list Lewicy Razem, czyli postawienie na duet Biedroń – Zandberg, bez SLD, z nadzieją, że telewizyjne zdolności obu polityków pozwolą na doczłapanie do progu; wreszcie czwarta opcja, czyli start w ramach lewicowej koalicji, albo KWW. W tym wypadku jedyną przeszkodą jest brak woli ze strony SLD. Rafał Kalukin, komentator „Polityki”, zwykle z celnością i precyzją interpretujący rzeczywistość, popełnił wczoraj dziwny tekst, w którym przekonuje, że Koalicja Europejska właśnie się rozsypuje, co ciekawe, z inicjatywy Grzegorza Schetyny, który nie mając już nic do ugrania w ramach szerokiego projektu, zamierza przywrócić do życia Platformę Obywatelską. W takiej sytuacji jedyną opcją dla SLD byłaby lewicowa platforma. Sęk w tym, że Kalukina najprawdopodobniej ktoś wprowadził w błąd. Włodzimierz Czarzasty zdążył już zadzwonić do dziennikarza z żądaniem skorygowania tekstu. Źródło tych rewelacji to podobno osoby z Razem. No cóż, szkoda, bo taki rozwój wypadków byłby najlepszym z możliwych dla sił postępu.
Polaryzacja, która stłamsiła mniejsze partie w eurowyborach, tym razem nie będzie już tak silna. Nie będzie systemu dwupartyjnego. Mamy hegemona, a w opozycji kilka mniejszych projektów. Niech jednym z nich będzie lewica. Dla przewodniczącego SLD jest to okazja na zerwanie z opinią dobrego taktyka i żadnego stratega. Wprowadzając do Sejmu kilku, może kilkunastu deputowanych w sojuszu z liberałami lewicy z kolan nie podniesie, bo lewica nadal będzie na kolanach, tym razem przed Grzegorzem Schetyną. Tak dobra okazja do stworzenia trzeciej siły na polskiej scenie politycznej może się szybko nie powtórzyć. Czarzasty powinien się zastanowić, kogo wolałby jako partnera na Wiejskiej – Zandberga czy Giertycha? Jako wyborca SLD z konieczności głosujący na Razem, chciałbym żeby szef SLD dał mi w końcu szansę oddania głosu na silną lewicę.