Martwa czuję się świetnie

Głos członkini Razem.

O Partii Razem zrobiło się ostatnio głośniej niż zwykle. To znamienne – zwłaszcza, że dzieje się to w momencie, kiedy ogłasza się jej zgon.
Każdy ma teraz coś do powiedzenia. Mówią więc osoby, które były we władzach, ale już nie są – i teraz wiedzą lepiej. Mówią osoby, które były członkami i członkiniami, ale już nie są – i teraz tłumaczą sobie dlaczego. Mówią lewicowi publicyści, którzy na Razem głosowali a już nie zagłosują – i teraz ciężko im, Boże. Publicystki, które popierały a już nie popierają – i teraz mają okazję uzewnętrznić swoje Schadenfreunde. I w końcu ci, którzy niby Razem lubili, a już nie lubią – i teraz mogą przestać się z tym kryć – oni też mówią.
Chciałoby się powiedzieć, że zleciały się do padliny rozmaite sępy i chcą wydrzeć swój kęs, ale nie można. Bo wbrew nawoływaniom do samorozwiązania, Partia Razem jeszcze nie umarła. I ten cykl tekstów – na Krytyce Politycznej opatrzony ironicznym hasztagiem #CodziennieJedenTekstOPartiiRazem – bardziej niż sekcję zwłok przypomina wiwisekcję na pacjencie, któremu podano dużą dawkę Pavulonu. To, że Razem przechodzi ogromny egzystencjalny kryzys, nie podlega żadnej wątpliwości. Ale to, że bronić nie bardzo ma się jak – też.
A jednak się broni. Do lokalnych struktur wciąż napływają zgłoszenia.
W mediach, nie tylko lewicowych, Partii Razem – i o Partii Razem – jakby nieco więcej niż zwykle. I sondażowe słupki – o dziwo! – wzrosły: z 0,7 proc. do 1,7 proc. To nadal, rzecz jasna, wartość zdecydowanie zbyt niska, by móc się upajać sukcesem, ale przecież to skok o ponad 100 proc.
Ja członkinią Razem nadal jestem i na razie nigdzie się nie wybieram. Również dlatego, że w mojej ocenie zarówno wewnętrzne analizy sytuacji i jej przyczyn, jak i publicystyczne diagnozy – co dziwniejsze, również ta sformułowana przez Samolińską i Trzeciaka – niewłaściwie definiują oś sporu, do którego wewnątrz partii doszło.
Drażni mnie ustawienie tego sporu jako konfliktu między „radykałami” a „prawym skrzydłem partii”, bo jest to jego niesamowite spłaszczenie i osobiście nigdy go tak nie postrzegałam – pewnie również dlatego, że nie tacy radykalni ci razemowi radykałowie i nie tak znów bardzo prawicowe to prawe, fioletowe skrzydło. Ten spór zawsze zdawał mi się przebiegać wokół tego, jak różne grupy w Razem rozumieją swoje zaangażowanie; wokół tego, jak postrzegają rolę i funkcję organizacji, którą jest partia polityczna. I był to „grzech pierworodny”, którym obarczyły Razem zarówno moment jej powstania, doświadczenia – i ich brak – założycieli i rosnącej, członkowskiej bazy, okoliczności społeczne oraz – to chyba przede wszystkim – postawione przed Razem oczekiwania. Tymczasem spór o istotę działania partii politycznej nie musiał, a nawet nie powinien był w niej zaistnieć.
Partii politycznych jest w Polsce 86. O ilu z nich regularnie słyszymy? O pięciu? O sześciu? A ostatnio – o dwóch? No dobra, wraz z pojawieniem się Wiosny – trzech?
Wejście Razem
na polityczną scenę w 2015 roku było spektakularnym sukcesem. Grupa ludzi, która niesamowitym wysiłkiem, bez finansowego i organizacyjnego wsparcia rejestruje w całym kraju własne listy. Zandberg, który wchodzi do studia TVP cały na biało. Alizarynowy sztandar co prawda nie przekracza progu wyborczego, ale zdobywa subwencję i rozpoznawalność, o której 80 pozostałych partii w tym kraju może jedynie pomarzyć. Toż to niesłychane!
W ten sposób grupa świeżych, politycznych twarzy zdobywa w 2015 głos i możliwość dalszego działania. Zdobywa bazę członkowską, która się rozrasta i rekrutuje z osób, które najczęściej z polityką do tej pory nie miały nic wspólnego – nawet jeśli działały politycznie w ruchach miejskich, czy organizacjach pozarządowych (jak ja), to ich aktywizm pozostawał absolutnie bezpartyjny.
I tak oto Razem bierze na siebie ciężar oczekiwań: własnych, bo uwierzyło, że może, że powinno, że teraz właśnie nadszedł jego czas. Cudzych też: tych, które wyraża baza członkowska i tych, które wyrażają media, niebezpodstawnie postrzegane przez partię, w czasach postpolityki, jako swoje być albo nie być. Oczekiwania są nie tylko wysokie – są często sprzeczne. Reaguj na bieżąco, ale jednocześnie prowadź swoją politykę, ciągnij swoją opowieść tworząc stanowiska i programy. Buduj demokratycznie zarządzane struktury, ale nie trać na czasie przy podejmowaniu decyzji, bo sytuacja ciągłego podgryzania systemu na szczeblu krajowym wymaga szybkości reakcji. Pozostań wierny sobie, bądź tą trzecią drogą, nie ubrudź się, nie miziaj z liberałami i jednostkami skompromitowanymi (choć w obecnej rzeczywistości są oni absolutnie wszędzie) a jednocześnie zdobądź mandaty, w końcu po to jesteśmy tu wszyscy, by zdobyć wpływ na rzeczywistość, by zdobyć władzę.
Tak oto ta grupa postanowiła spróbować sprostać temu zadaniu i grać w politykę – jak równy z równym – z organizacjami nie tylko o nieporównywalnie większych zasobach i większym zapleczu.
Z organizacjami, które od trzydziestu lat, konsekwentnie, wychowują sobie kolejne pokolenia wyborców. I robią to bez pardonu: w kościołach, w szkołach, w tylko teoretycznie niezależnych mediach, w internecie i na ulicy. Z organizacjami, które tym wyborcom mają co dać: na przykład te 46 ton żywności, które ostatnio ukradli, jak twierdzi prokuratura, z PCK i rozdali potrzebującym, choć właśnie tam miały trafić i bez dokonanego przez nich czynu; na przykład poczucie wspólnoty, niechby i złudnej, oferowanej przez wspólne pielgrzymki, dożynki i koncerty z udziałem gwiazd śpiewających „Mury” Jacka Kaczmarskiego w zupełnie nieprzystającym do ich przesłania kontekście. I wreszcie z organizacjami, jak medialne imperium Tadeusza Rydzyka, czyli Rodzina Radia Maryja, która redemptoryście z Torunia przyniosła monopol na dostęp do dwóch milionów wyborców i rząd ich dusz – i to pomimo tego, że radio jako medium było technologicznym przeżytkiem już w momencie powstania jego niesławnej rozgłośni.
Można się oczywiście spierać,
czy Razem właściwie określiło swoją grupę docelowych wyborców, czy jest autentyczne w swoim przekazie, które ktoś złośliwy porównał kiedyś do szalejącej wśród elit początku XX wieku chłopomanii. Można. Ale po co, skoro sprawa jest tak naprawdę prosta: Razem nie znalazło środków, w tym przede wszystkim języka, z którym i do swojej lewicowej bańki, i do swojego wyimaginowanego elektoratu mogłoby trafić. Nie znaleźli go również Samolińska i Trzeciak. To, że wiedzą, jak czegoś nie robić nie przybliżyło ich do rozwiązania zagadki, jak coś zrobić należy. Zwłaszcza, że potencjał, nazwijmy go, rewolucyjny, pokłady społecznego gniewu i frustracji nie tkwią dziś przecież tylko i wyłącznie wśród pracowników Amazona, czy traktowanych jak popychadła pielęgniarek i listonoszy. One tkwią też – a może przede wszystkim – wśród wykształconego wielkomiejskiego prekariatu i często również wśród pracowników korporacji. Ich też frustruje bezosobowa orka wśród tabelek w Excelu. Coraz częściej szukają od niej wytchnienia i ucieczki w czymś większym od siebie. To nie w tradycyjnie rozumianych klasach społecznych tkwi więc klucz.
Klucz tkwi w stworzeniu nie tyle struktur, co kanałów komunikacji społecznej; na wypracowaniu sobie elektoratu, który jeszcze nie wie, że nim jest.
I być może w tym celu należy nauczyć się mówić różnymi językami; dać przyzwolenie na istnienie więcej niż jednej opowieści o świecie, nawet jeśli ostatecznie wszystkie one doprowadzą do jednakowych wniosków.
Przychodząc do Razem,
większość z nas – osób z pokoleń poniżej 40 czterdziestki – nie miało doświadczenia w funkcjonowaniu nie tylko w polityce, ale w ogóle w większej grupie i wspólnocie. Dorastaliśmy w czasach, kiedy domy kultury likwidowano; kluby sportowe traciły finansowanie; harcerstwo rozdzieliło się na organizację otwarcie religijną i taką, która tylko udaje, że religijna nie jest. Lata, kiedy żeśmy się kształtowali przypadły na czas, kiedy jedynym, powszechnie dostępnym, doświadczeniem wspólnotowym pozostawał katolicki kościół. Poza grupą najbardziej doświadczonych działaczy, tych, co przyszli z Młodych Socjalistów, czy z Zielonych, w Razem niejednokrotnie zdobywaliśmy nie tylko pierwsze doświadczenia polityczne, ale przede wszystkim – pierwsze szlify jako członkinie i członkowie większej grupy o dość spójnej, ale przecież nie jednakowej tożsamości. I pozostaliśmy często dziećmi swoich czasów – zwłaszcza, że przecież „wychowanie” nas na część czegoś większego od nas samych absolutnie nie jest zadaniem partii politycznej!
Czy subwencja, jaką w 2015 roku otrzymało Razem byłaby lepiej spożytkowana, gdyby posłużyła do założenia internetowej rozgłośni radiowej lub kanałów na YT? Do wydawania gazetek? Publikacji broszur sprzedawanych, czy rozdawanych przy kasach w Biedronce? Nie wiem. Czy nie lepiej byłoby ją wykorzystać do finansowania fundacji, która organizowałaby w szkolnych i gminnych bibliotekach darmowe warsztaty na istotny – doraźnie lub ogólnie – społeczny temat? Zajęcia z informatyki dla seniorów? Półkolonie dla dzieci? Nie wiem. Być może.
Wiem za to, że jeśli nie chce się robić postpolityki śladem Roberta Biedronia, to bez tego, o czym pisał Paweł Jaworski, się nie obejdzie: nie obejdzie się bez stworzenia ruchu społecznego, który posłuży do edukacji zarówno przyszłych członkiń i członków partii, jak i stworzenia dla niej silnej bazy społecznej. Bo partia jest emanacją interesów tej bazy i jako taka ma praktyczny i pragmatyczny cel: iść po władzę. Im szybciej, tym lepiej.
Zwłaszcza, że w przypadku partii lewicowej „iść po władzę” oznacza iść po sprawiedliwość społeczną, po wyższe podatki dla najlepiej zarabiających, po wyższe pensje dla nauczycielek i pielęgniarek, po równe prawa, dostęp do dobrej edukacji i opieki medycznej.
Po transport publiczny i przyjazne państwo służące interesom milionów obywateli, a nie kilku milionerom.
Żeby nie było: propozycję Biedronia dla Razem uważam za absolutnie haniebną. Jeśli jednak wziąć pod uwagę ryzyko utraty przez Razem subwencji, to czy nie warto było odbyć spokojną, szeroką dyskusję o tym wariancie, zamiast ubierać go w osobowy spór, konflikt wizji co do przyszłości partii i interesów? Czy nie warto było porozmawiać o tym, jak zabezpieczyć sobie skromne zasoby – niechby i przytulone do biura jednego europosła – których rękami byłoby można wykonać choć część tej ogromnej, oddolnej pracy, jaka jest do zrobienia? Pewnie było można, ale tak się nie stało. Trudno.
Jest jednak w interesie nas wszystkich, aby lewica w Polsce wyszła z zapaści i zaczęła działać jak najszybciej i jak najszerzej. Za co, skoro nie sfinansuje nas ani Watykan, ani Kreml, a internetowa zrzutka na druk wlepek o bohaterach lewicy udała się ostatnim rzutem na taśmę, tylko dzięki interwencji internetowego celebryty? Nie wiem. Wiem jednak, że jak to mawiają: najlepszy czas, aby posadzić drzewo był dwadzieścia lat temu. Drugi najlepszy moment to dziś. A ja nie widzę żadnej organizacji – żadnej poza Razem – która mógłby takie drzewo zasadzić i podlewać. Dlatego – pomóżcie, zamiast kontynuować wiwisekcję tego nieszczęsnego, wcale nie tak martwego pacjenta.

„O klątwie”

W odpowiedzi na pojawiające się w mediach interpretacje jednej ze scen spektaklu „Klątwa”, nazywanej „sceną zbiórki na zabójstwo Kaczyńskiego”, podkreślamy, że scena ta ma dokładnie przeciwny wydźwięk niż sugerowany w propagandowym i zmanipulowanym przekazie. Przedstawiane w niej pokusy do rozwiązywania konfliktów politycznych na drodze przemocy podlegają wyraźnemu ośmieszeniu i w rezultacie potępieniu. Scenę kończy dosłowne odczytanie paragrafów 2. i 3. z Artykułu 255.Kodeksu Karnego.
Spektakl „Klątwa” w reż. Olivera Frljicia, którego premiera odbyła się 18 lutego 2017 roku w Teatrze Powszechnym w Warszawie, będąc wnikliwą analizą problemów narastających w polskim społeczeństwie, w sposób artystyczny antycypował główne tematy debaty publicznej ostatnich dwóch lat, takie jak: walka o prawa kobiet, ustawa dot. aborcji, problem pedofilii wśród księży i odpowiedzialności Kościoła katolickiego, a wreszcie zjawisko narastającej mowy nienawiści prowadzącej do przemocy fizycznej.
Zaskakująco trafna i bolesna analiza artystyczna, która ukazała realne problemy polskiego społeczeństwa, dała pożywkę do wykrzywiania i w końcu przekłamywania przesłania spektaklu, również za pomocą nielegalnie nagranych i wyrwanych z kontekstu fragmentów spektaklu. Zdania nieprawdziwe padały zazwyczaj z ust polityków, przedstawicieli Kościoła i dziennikarzy, którzy spektaklu nie widzieli. Budziłoby to może tylko uśmiech zażenowania, gdyby nie przyczyniło się do fali gróźb pozbawienia życia, licznych manifestacji i blokad teatru, a w końcu ataków fizycznych na widzów i pracowników Teatru Powszechnego.
W obliczu tych faktów (niektóre z ataków skończyły się hospitalizacją) oraz w obliczu tragedii, która wydarzyła się w Gdańsku, próby ponownego rozpętywania nagonki na Teatr Powszechny i spektakl „Klątwa” budzą nasz najwyższy sprzeciw.Nie zgadzamy się na przekłamywanie przekazu artystycznego w celach bieżącej walki politycznej, czy odwracania narracji dotyczącej poważnego kryzysu społecznego.

Karpie cierpią!

2 stycznia na łamach Dziennika Trybuna został opublikowany list p. Sławomira Litwina, na który pozwalam sobie odpowiedzieć.
Na wstępie odniosę się do wątpliwości Pana Litwina, aktywnego hodowcy oraz dystrybutora ryb, dotyczących przedstawionego przez nas ostatniego etapu hodowli karpi, a dokładnie ich odłowu. Opublikowane przez nas materiały, jasno pokazują, jak w trakcie odłowu ryby są przerzucane, stłoczone, przenoszone i przetrzymywane w miskach i wiadrach bez dostępu do wody często przybierając przy tym nienaturalną pozycję ciała. Materiały pokazują również sytuacje, kiedy ryba, zahaczona o sieć, wisi bezradnie ponad taflą wody. Można zobaczyć również sytuacje, w których, jeszcze na etapie odłowu, ryby pakowane są do toreb foliowych przez osoby pracujące przy odłowie. Opis procesu odłowu jest w rzeczy samej opisem tego, co można zobaczyć na własne oczy na opublikowanych przez nas materiałach pochodzących z różnych miejsc w Polsce, a nie, jak sugeruje hodowca i autor tekstu, „bzdurą – wymyśloną przez ignoranta i laika”. Autora tekstu zachęcam do zapoznania się m.in. z nagraniem opublikowanym na YouTube Stowarzyszenia Otwarte Klatki. Zaznaczam, że dla osób, którym proces odłowu nie jest znany, obrazy mogą być szokujące. Materiały Opublikowane przez Otwarte Klatki jasno pokazują, że cierpienie zwierząt zaczyna się już dużo wcześniej, niż w halach sieci handlowych. Oba te etapy okazują się jednak równie okrutne dla zwierząt. Zarejestrowane obrazy pokazują, że na obu tych etapach ryby traktowane są w sposób, który może powodować ich ból i cierpienie tych zwierząt. Wspomniane wytyczne Głównego Lekarza Weterynarii, dopuszczające przenoszenie ryb w torbach foliowych ze specjalną wkładką, która ma w założeniu oddzielać powierzchnię ciała ryby od torby i umożliwiać wymianę gazową przez powierzchnię skóry, spotkały się z ostrą krytyką ze strony ekspertów oraz Polskiego Towarzystwa Etycznego. Jak poinformował w grudniu zeszłego roku lek. Wet. Krzysztof Jażdżewski, zastępca Głównego Lekarza Weterynarii, rekomendacje mogą zostać w najbliższym czasie wycofane. Sam fakt, że ryba jest w stanie przeżyć transport w takiej torbie nie zmienia bowiem faktu, że jest to dla niej źródłem ogromnego i zbędnego cierpienia.
Potwierdził to także wyrok Sądu Najwyższego z 2016 r.: “przyjmowanie przez sądy, że nie doszło do znęcania się nad karpiami dlatego, że u żywych karpi poza środowiskiem wodnym zachodzą procesy adaptacyjne umożliwiające regenerację po przebywaniu bez dostatecznej ilości tlenu w tkankach, jest błędem, ponieważ opiera się tylko na jednej przesłance – nie było skutku w postaci śmierci ryb (…) Naturalnym środowiskiem ryb jest środowisko wodne, a więc zasadą powinno być transportowanie, przetrzymywanie i przenoszenie ryb w środowisku wodnym”. To orzeczenie ma kluczowe znaczenie zarówno dla tej konkretnej, jak i każdej kolejnej sprawy sądowej. Podstawą kasacji było bowiem tutaj stwierdzenie przez Sąd Najwyższy rażącego naruszenia prawa materialnego,a więc zwrócenie uwagi na fakt, że sądy pierwszej i drugiej instancji niewłaściwie rozumieją oraz stosują prawo odnoszące się do karpi. Sąd Najwyższy wskazał, jak należy interpretować ustawę o ochronie zwierząt w stosunku do karpi, nie pozostawiając wątpliwości, że powodowanie bólu lub cierpienia u tych zwierząt lub dopuszczanie do tego jest przestępstwem znęcania nad zwierzętami. Nie ma zatem możliwości, aby sądy w kolejnych sprawach nie brały pod uwagę interpretacji przedstawionej przez SN- w przypadku karpi wyznaczona została tym samym linia orzecznicza. Sąd Najwyższy w tym wyroku rozprawił się z szeregiem dotychczas popełnianych błędów w stosowaniu ustawy i ma to kluczowe znaczenie dla wszystkich kolejnych spraw, również wszczętych w tym roku. W marcu 2018 roku CBOS przeprowadził badania wśród Polaków, z których jasno wynika, że „86 proc. Polaków popiera zakaz transportu żywych ryb bez dostatecznej ilości wody umożliwiającej oddychanie”. Liczba ludności w Polsce blisko 38 mln obywateli. Obawiam się, że 100-osobowa kolejka pod jednym ze sklepów w Polsce, na którą powołuje się autor tekstu, chcąc podważyć zasadność prawdziwość badań, nie jest argumentem, by zdanie zdecydowanej większości Polaków „kłaść między bajki”. Polacy nie są obojętni na cierpienie zwierząt. Reasumując: Stowarzyszenie skupia się w swojej działalności na walce z przejawami największego okrucieństwa wobec zwierząt, jakim jest hodowla przemysłowa. I właśnie to jest podstawą naszego zainteresowania kwestią tragicznego losu żywych ryb (…) .Nie dziwi mnie poruszenie Pana Liwtina związane z upublicznieniem materiałów, które pokazują polskim konsumentom, jak naprawdę wygląda hodowla karpia w Polsce. Rozumiem, że takie działania mogą być postrzegane przez interesantów, jak próba zmiany statusu quo i godzenie w interesy hodowców. Jednak mogę ręczyć, że jako Stowarzyszenie nie poprzestaniemy w walce nie w “obronie sprawy polskich karpi” a w obronie polskich karpi, które bez wątpienia zasługują na lepszy los, niż to co ukazują nasze materiały.

Serce dla zwierząt

Otrzymałam list od czytelnika „Trybuny”, który słusznie zauważył, że w swoich tekstach na temat praw zwierząt, najczęściej poruszam temat dobrostanu zwierząt futerkowych: lisów, norek, szynszyli, królików. Nie wspominam natomiast o losie zwierząt hodowanych na mięso, których krótkie życie zaczyna się w obozie zagłady, a sensem tego istnienia jest wyłącznie bycie produktem na naszym talerzu.

‚Chciałabym bardzo podziękować Panu za ten głos pełen empatii. Przemysłowy chów zwierząt to jeden z najdotkliwszych problemów etycznych współczesnego świata, a także coraz bardziej realne zagrożenie ekologiczne – swoista tykająca bomba z toksyn.
Hodowle mają również niezaprzeczalny (negatywny) wpływ na globalne ocieplenie klimatu.
Jak słusznie zauważają obrońcy praw zwierząt z Otwartych Klatek, nie sama śmierć zwierząt hodowlanych dostarcza najwięcej cierpienia – lecz życie na fermie, wypełnione bólem, z obozowym numerkiem wytatuowanym za uchem.
„Chów musi się opłacać. Ekonomia jest głównym wyznacznikiem stosowanych na fermach praktyk. Zwierzęta są karmione, pojone i leczone, aby zminimalizować straty i zapewnić im warunki do rozrodu oraz przetrwanie aż do czasu uboju. Zaspokajane są ich podstawowe potrzeby fizyczne, natomiast zupełnie pomijane są ich naturalne potrzeby emocjonalne i socjalne ukształtowane przez tysiące lat ewolucji” – pisze Joanna Studzińska na stronie organizacji.
Jeśli czytelnicy „Trybuny” są na to gotowi, chętnie podejmę temat w kolejnych publikacjach. Już dawno temu wykluczyłam mięso ze swojej diety. Nie mam złudzeń – ludzkość z dnia na dzień nie zmieni swojej diety. Ale ograniczenie hodowli przemysłowych powinno być wspólną sprawą, zwłaszcza teraz, kiedy świadomość naszego destrukcyjnego wpływu na klimat wzrasta.

Głos lewicy

Apel

Publicysta Damian Duszczenko opublikował apel do Biedronki w sprawie nieutrudniania przeprowadzenia referendum strajkowego:
Szanowni Państwo,
15 stycznia br. związki zawodowe w Państwa firmie rozpoczęły referendum strajkowe. Domagają się m.in ograniczenia wielozadaniowości i stworzenia nowego stanowiska pracy – magazyniera, wyrównania płac pracowników niezależnie od regionu, wprowadzenia regulaminu wynagradzania uwzględniającego transparentne kryteria premiowania czy jasnego rozliczenia delegacji. Głos w tej sprawie będzie mogło zabrać 65 tys. pracowników w blisko 3000 sklepów Państwa sieci. To wielkie święto demokracji.
Kilka dni temu rozesłali Państwo pismo do kierowników placówek, w którym raczą informować, że ‚’nie wolno przeprowadzać referendum na terenie placówki handlowej, umieszczać ogłoszeń i dystrybuować materiałów o referendum’’. W tym piśmie nakazują Państwo także, aby nie udzielać przerw pracownikom, którzy chcą zagłosować, nie przechowywać urn do głosowania czy informować ochronę w przypadku, gdy osoba przeprowadzająca referendum nie będzie chciała opuścić sklepu – jednym słowem chcą Państwo jak najbardziej utrudnić osiągnięcie wymaganej przez prawo frekwencji w głosowaniu (50 procent pracowników).
To bardzo źle wygląda, gdy największa sieć handlowa w Polsce próbuje sabotować demokratyczne prawo pracowników do głosowania w sprawie strajku. Apeluję do Państwa o zaniechanie tych praktyk, mogących wpłynąć negatywnie na wizerunek Państwa firmy.

List
Tymczasem Andrzej Rozenek pisze list de emerytów mundurowych:
Koleżanki i Koledzy!
Mija 25 miesięcy od uchwalenia przez Sejm RP ustawy represyjnej. Jak wiecie, w jej efekcie śmierć poniosły co najmniej 53 osoby, a pozostali zostali skazani na życie w nędzy i publicznie napiętnowani.
Od przeszło dwóch lat staram się wraz z moimi przyjaciółmi z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych i innymi organizacjami, robić wszystko co w ludzkiej mocy, żeby opinia publiczna dowiedziała się o krzywdzie emerytów mundurowych.
Wspólnym wysiłkiem zebraliśmy ponad 250 tysięcy podpisów pod obywatelskim projektem ustawy, który 22 marca 2017 roku miałem zaszczyt prezentować. Doprowadziliśmy do jednomyślnego głosowania opozycji demokratycznej za naszym projektem. Dzięki eurodeputowanym z SLD byliśmy szeroką delegacją poszkodowanych w Parlamencie Europejskim, gdzie wysłuchano nas z uwagą i przerażeniem. Mogliśmy też osobiście porozmawiać, gdyż od wiosny 2016 roku do dziś, byłem na Wasze zaproszenie na 73 spotkaniach w całej Polsce.
Wiem z licznych sygnałów jakie do mnie docierają, że jest potrzeba kolejnych spotkań w terenie. Jak już wielokrotnie deklarowałem sprawa ustawy represyjnej jest moim priorytetowym zadaniem i nie mam zamiaru jej odpuszczać, aż do definitywnego rozstrzygnięcia na korzyść środowisk mundurowych, tzn. wypłacenia odszkodowań w postaci zaległych świadczeń z odsetkami, przywrócenia świadczeń oraz przeprosin ze strony władzy wykonawczej i IPN. W związku z tym informuję, że w najbliższym czasie planuję ponowny objazd kraju, by spotkać się z Wami i podyskutować o najbliższych gorących politycznie miesiącach. W objazd ten włączy się europoseł Janusz Zemke, wielki przyjaciel i obrońca mundurowych.
O spotkaniach i terminach będziemy informować Was tą drogą. Proszę też o Wasze sugestie, gdzie trzeba przyjechać. Zrobimy wszystko, by nie zawieść Waszych oczekiwań. Proszę też, żebyście z treścią tego listu zapoznali szerokie grono wszystkich represjonowanych.
W dniu 25. miesięcznicy przegłosowania zbrodniczej ustawy represyjnej życzę Wam wytrwałości. Niestety sprawdzają się nasze przypuszczenia, że droga sądowa będzie długa a nawet praktycznie zamknięta. Cała nadzieja w zmianie politycznej, która ma szansę nastąpić już jesienią tego roku. By tak się stało potrzebna jest pełna mobilizacja wszystkich środowisk prodemokratycznych, w tym środowiska emerytów mundurowych. Liczę, że porozmawiamy o tym i innych ważnych sprawach na spotkaniach w Polsce. Do zobaczenia!

Przeprosiny to za mało!

Szok! Niedowierzanie! Sensacja! Polski kler przyznał, że w jego szeregach miały miejsce przypadki seksualnego wykorzystywania dzieci!

 

A przecież jeszcze niedawno mówiono, że nagłaśnianie patologii seksualnych w Kościele to wynik ofensywy lewactwa, gejów i genderystów. A jednak w liście Episkopatu czytamy: „Stwierdzamy ze smutkiem, że również w Polsce miały miejsce sytuacje seksualnego wykorzystywania dzieci i młodzieży przez niektórych duchownych i osoby zaangażowane w Kościele”. Po wielu latach kłamstw manipulacji, wymigiwania się, Kościół wreszcie zgodził się, że księża pedofile istnieją. Dotychczas mnóstwo prawicowych komentatorów, w tym przedstawicieli partii rządzących zaczarowywało rzeczywistość i udawało, że pedofilii w szeregach Kościoła nie ma i nigdy nie było. Co prawda również w obecnym liście episkopat głównie użala się nad sobą i niewiele mówi o ofiarach, ale pierwszy krok został uczyniony.

Pojawiły się nawet przeprosiny wobec ofiar, co dotychczas rzadko zdarzało się duchownym. „Przepraszamy Boga, ofiary wykorzystania, ich rodziny i wspólnotę Kościoła za wszystkie krzywdy wyrządzone dzieciom i ludziom młodym oraz ich bliskim przez duchownych, osoby konsekrowane i świeckich pracowników kościelnych” – czytamy w liście. Warto być jednak konsekwentnym. Jeżeli jest wina, to warto by powiedzieć coś o materialnej karze. Do tego etapu nasi duchowni wciąż jednak nie dojrzeli.

„Prosimy Pana, aby dał nam światło, siłę i odwagę, by stanowczo zwalczać zepsucie moralne i duchowe, które jest zasadniczym źródłem wykorzystania seksualnego małoletnich”– piszą przywódcy polskiego Kościoła. Trudno ufać tej metodzie walki z przestępstwami seksualnymi. Kler modli się od lat i modlitwa nie zahamowała księży pedofilów ani nie powstrzymała hierarchii kościelnej przed ukrywaniem przestępców i przenoszeniem ich do innych parafii. Ponadto episkopat zaleca, aby modlić się tak za ofiary, jak i katów. „Prosimy wiernych świeckich, kapłanów, osoby konsekrowane oraz członków zakonów kontemplacyjnych o wzmożoną modlitwę i pokutę w intencji ofiar wykorzystania seksualnego i ich rodzin; za osoby duchowne żyjące niemoralnie i wyrządzające krzywdę dzieciom i młodzieży, a także za ludzi, których gorszące czyny księży głęboko ranią” – czytamy w liście. Episkopat poświęca zresztą więcej miejsca księżom pedofilom niż ich ofiarom, a wręcz daje wsparcie duchowe przestępcom. „Uznajcie otwarcie waszą winę, spełnijcie wymogi sprawiedliwości, ale nie traćcie nadziei na Boże miłosierdzie” – piszą autorzy listu. „Szczery żal otwiera drzwi Bożemu przebaczeniu i łasce prawdziwej poprawy. (…) Zbawcza ofiara Chrystusa ma moc przebaczenia nawet najcięższych grzechów i wydobycia dobra nawet z najstraszniejszego zła. (…) Uznajcie otwarcie waszą winę, spełnijcie wymogi sprawiedliwości, ale nie traćcie nadziei na Boże miłosierdzie”.

Z drugiej strony po latach bojów episkopat łaskawie zgodził się, żeby księża pedofile byli traktowani jako przestępcy, o których ofiary informują organy ścigania. „Prosimy osoby pokrzywdzone przez duchownych, aby zgłaszały doznaną krzywdę do przełożonych kościelnych oraz do odpowiednich organów państwowych” – czytamy w stanowisku episkopatu, chociaż poza tym jednym zdaniem nie ma nic więcej o ewentualnych karach dla księży pedofilów. Z drugiej strony kler tajemniczo ogłosił, że zaczął tworzyć rejestr księży pedofilów. „Aby dobrze rozpoznać przyczyny tych czynów i ocenić ich skalę, rozpoczęliśmy zbieranie potrzebnych danych” – czytamy w liście. Jaki jest cel zbierania danych i co z nimi uczyni episkopat, już nie wiemy. Można mieć też wątpliwości co do szczerości autorów listu, skoro dowiadujemy się z niego, że „episkopat Polski od szeregu lat podejmuje działania, których celem jest wyeliminowanie tych przestępstw wśród duchownych. (…) Każdy sygnał o ewentualnych czynach przestępczych jest obejmowany dochodzeniem wstępnym, a w przypadku potwierdzenia ich prawdopodobieństwa informowana jest Stolica Apostolska i prokuratura”. Jeżeli Kościół zamierza walczyć z pedofilią tak jak dotychczas, to trudno wierzyć w jakąkolwiek sprawiedliwość.
Niezależnie od całościowej oceny listu, nie ulega wątpliwości, że wielość modlitw nie ukryje jednego zasadniczego braku stanowiska episkopatu. Mianowicie nic się w nim nie mówi o rekompensacie finansowej kleru dla ofiar księży pedofilów. Kościół się modli, odkupuje, rozmawia z Bogiem, a nawet przyparty do muru zaczyna przepraszać, ale płacić wciąż nie chce.