Nasz przyjaciel listonosz

Oczywiście nie pamiętam jak nazywał się listonosz, którego spotkałem jako pierwszego w swoim życiu. Zaś ten, którego dobrze zapamiętałem z dzieciństwa na pewno nie był pierwszym.

Panowie w uniformach budzili respekt jak u każdego dziecka. Prym wiedli niewątpliwie strażak, kominiarz, ale także elektryk, który co prawda nie miał specjalnego stroju, miał za to raki – nakładane na buty metalowe półobręcze wyposażone w ostre kolce. Dzięki nim, z pomocą specjalnego jeszcze pasa, mógł wdrapywać się na sam wierzchołek drewnianego słupa elektrycznego, aż tam gdzie były umieszczone porcelanowe izolatory, do których mocowano druty wysokiego napięcia. Tak mi imponowała jego praca, że pytany kim chciałbym zostać gdy dorosnę, najczęściej odpowiadałem, iż właśnie takim panem, który wspina się po słupach elektrycznych.

Później nieco zaimponował mi listonosz. Niekoniecznie chciałem nim być w przyszłości, ale w jakimś sensie podziwiałem jego pracę, widząc że jest szanowany przez tych, którym przynosi emeryturę, wszelkiego rodzaju przesyłki pocztowe, dobre i smutne wiadomości, którymi odbiorcy często dzielili się z listonoszem. Ten, który niemal codziennie odwiedzał nasz dom przynosił emeryturę dziadka Witolda i prenumerowaną przez niego prasę; pamiętam nieistniejące już w większości tytuły – Poznaj Świat, Poznaj Swój Kraj, Widnokręgi, Problemy, Świat, Przekrój… Przynosił także sporo listów z kolorowymi znaczkami, w tym od rozrzuconej (w konsekwencji II wojny) po świecie rodziny: Eugenii Korfantowej z USA, Neli Tomaszewskiej z Australii oraz Ireny i Tadeusza Sągajłłów z Londynu. Ci ostatni przysyłali także na każde święta paczuszkę z trudno wówczas w Polsce osiągalnymi delicjami: figi, daktyle, oliwa, czekolada, kawa… Zaś w okolicy Barbórki dziadek otrzymywał życzenia, w których tytułowany był „Szanownym Panem Prezesem” i „Nestorem polskiego górnictwa”.

Ten sam listonosz przyniósł mi przesyłkę z Polskiego Radia, nagrodę w konkursie historycznym dla dzieci. Po 60 latach pamiętam, iż zagadki w tej audycji zadawał Kazimierz Wichniarz, a otrzymana książka to „Szwedzi w Warszawie” Walerego Przyborowskiego.

Nasz pan listonosz bywał zapraszany na herbatę, a w dniu w którym przynosił emeryturę dziadka otrzymywał kilkuzłotową końcówkę z kwoty przekazu. Między listonoszem a moją rodziną wytworzył się rodzaj intymnej relacji, zbudowane zostało zaufanie; on wiedział w równym stopniu co adresaci, od kogo i jak często przychodzą listy, przekazy i innego rodzaju przesyłki. Odbiorcy zaś byli ufni, że listonosz wiedzę tę zatrzymuje dla siebie, bo przecież jeśli kogoś to interesowało, to wiedzę tę mógł posiąść i zapewne posiadał wcześniej. Listonosz był więc i jest nadal dla mnie osobą godną zaufania, godną wejścia w krąg osób bliskich, choć przecież obcych. Z listonoszem, bardziej niż na przykład ze sprzedawczynią w sklepie, czy pracownikami urzędów, wymieniamy się mniej lub bardziej okazjonalnymi wypowiedziami, czy uwagami nie tylko o pogodzie. Wtedy, przed sześćdziesięciu laty, było to więcej – rozmowy o zdrowiu, o rodzinie, choć bardziej listonosza niż naszej. O naszej wiedział on zapewne więcej z kopert, które przynosił, widząc kto do kogo pisał listy. Więcej wiedzy dostarczać mogły kartki pocztowe, z rosyjska zwane otkrytkami. Na kartkach tych, dziś już znacznie rzadziej używanych, treść korespondencji była dostępna dla każdego. Nie twierdzę, że nasz listonosz czytał treść tych kartek, ale nawet mimochodem jakaś część korespondencji, z założenie nie tajonej przecież przez nadawcę, w końcu świadomie wybrał tę formę, mogła być listonoszowi znana.

Tak czy siak, był listonosz kimś w rodzaju niemal domownika, osoby bliskiej, zaufanej, dopuszczanej do pewnych rodzinnych tajemnic, jak choćby wysokość emerytury dziadka, czy częstotliwość otrzymywanych listów zza żelaznej, jeszcze wtedy, kurtyny. A wówczas, sześćdziesiąt lat temu miało to pewne znaczenie. Taki stosunek do listonosza, utrwalony w dzieciństwie, pozostał mi do dziś. Nie chciałbym go zmieniać.

Gdy piszę ten felieton, nie wiem jeszcze w jakiej rzeczywistości znajdę się 10 maja. To niebywałe, że na mniej niż tydzień przed datą wyborów społeczeństwo nie wie nic o tym czy w ogóle i w jakiej konwencji odbędą się wybory. To znaczące, że informację o ewentualnej dymisji rezydenta Pałacu Prezydenckiego, niezależnie od tego czy prawdziwej czy nie, dementuje wicepremier. Pisałem poprzednio, że w praktyce politycznej PiS łamane są nie tylko zasady trójpodziału władzy, ale też zacierane kompetencje pomiędzy poszczególnymi ośrodkami władzy. Wicepremier wystąpił bowiem jako rzecznik prezydenta, lub nawet rzecznik prezesa. No ale skoro zastępuje już Państwową Komisję Wyborczą… I teraz ten właśnie wicepremier ma zadanie zmusić zaprzyjaźnionego pana listonosza by kontrolował on mój stosunek do obowiązków obywatelskich. By wymusił na mnie oczekiwane przez władzę zachowanie wobec naruszanego i manipulowanego prawa wyborczego.

Bądźmy jednak życzliwi dla listonoszy, bo jak wieść niesie, oni akurat nie palą się do pomysłu wykorzystania ich jako pośrednika pomiędzy głosującym a… No właśnie, a kim? Bo do tej pory, głosując zawsze od kiedy nabyłem do tego prawo, wiedziałem do kogo trafi mój głos, kto weźmie do ręki wypełnioną przeze mnie kartę do głosowania. Teraz nie wiem, a podejrzenia są jak najgorsze. Dopóki się ich nie pozbędę, branie udziału w tak przygotowanych wyborach budzi moją głęboką odrazę.

Psychodyktatura

Ilu Polaków musi jeszcze umrzeć, żeby jaśniepan prezes zachował się po ludzku?

Trzeba być wyjątkowym sadystą politycznym żeby straszyć obywateli naszego kraju przymusowo zorganizowanymi wyborami prezydenckimi.
Trzeba mieć wyjątkową pogardę dla Polek i Polaków aby proponować im pójście do wyborów dziesiątego maja.
Profesor Włodzimierz Gut, specjalista wirusolog, doradca obecnego ministra zdrowia przewiduje, że szczyt zachorowań wywołanych koronowirusem przypadnie w Polsce na przełom kwietnia i maja.
Taka prognoza brzmi przekonywująco, bo przecież oprócz międzynarodowych doświadczeń skłaniających do tych wyliczeń, trzeba jeszcze dodać polską specyfikę.
Zaczynamy Wielki Tydzień zwieńczony świętami wielkanocnymi. Polscy katolicy skupiają się wtedy na kultywowaniu tradycyjnych, masowych praktyk religijnych i świątecznych spotkań rodzinnych.
Trudno zatem będzie im zachować wtedy domową kwarantannę. Niestety kultywowanie tych zwyczajów będzie dodatkowo sprzyjać rozprzestrzenieniu się zarazy.
Pomimo tego zagrożenia jaśniepan prezes Jarosław Kaczyński z maniackim uporem prze do zorganizowania wyborów prezydenckich już dziesiątego maju. Wie, że tylko w tym terminie pan prezydent Duda ma jeszcze szanse na reelekcję. Zwłaszcza przy zaplanowanej przez organizatorów niskiej frekwencji wyborczej.
Po odłożeniu wyborów na jesień, lub przyszły rok, szanse pana prezydenta maleją. Każdy kolejny tydzień będzie przynosił kolejne rozczarowania rządową pomocą dla poszkodowanych przez zarazę. Każdy kolejny miesiąc kolejne oznaki recesji gospodarczej. Bankructwa dotychczasowej polityki PiS.
Polityki kupowania głosów wyborczych za pieniądze podatników. Trwonienia efektów niedawnej dobrej koniunktury „lat tłustych”.
Niespodziewana zaraza obnażyła słabość państwa polskiego budowanego przez elity PiS. Państwa XIX wiecznej szkoły, biednej służby zdrowia, skłóconego społeczeństwa. Państwa bez rezerw strategicznych i ośrodków analitycznych. Silnego jedynie w propagandowej gębie kurskiej telewizji i hurapatriotycznej retoryce IPN.
Jaśniepan prezes Kaczyński wie, że jego IV Rzeczpospolita, jego „Dobra Zmiana” właśnie przegrała. Ale z uporem zgryźliwego starca chce widoczną na horyzoncie klęskę odsunąć w czasie.
Chce jak najdłużej zachować narzędzia i atrybuty swej władzy. Aby raz jeszcze, choć przez chwilę, odegrać się na tych ”zdradzieckich mordach”.
Chce jeszcze raz ujrzeć swoje wyborcze zwycięstwo. Wyprężonego na baczność pana prezydenta Dudę meldującego „wykonanie zadania”. Chce wygranej, może już ostatni raz, chce nawet po trupach.
Paraliż PiS
Skoro jaśniepan prezes wyborów chce, to może je mieć. Bo nadal kieruje państwem polskim. Z tylnego siedzenia przewodniczącego klubu parlamentarnego PiS. Rządzi bez politycznej odpowiedzialności w stworzonym przez elity PiS systemie autorytarnej demokracji parlamentarnej. Sprawnie działającym w „latach tłustych”. Kiedy było czym korumpować pozyskiwanych zwolenników.
Teraz sytuacja w Polsce radykalnie zmieniła się. Nie mamy już „lat tłustych”, nie mamy nawet plagi „lat chudych”. Mamy czas zarazy.
I teraz sfera władzy i administracji państwowej działa jak sparaliżowana. Nie podejmuje ważnych, pilnych decyzji bez uprzednich poleceń swego Naczelnika. Bo nie była w tym systemie na czas klęski przygotowywana.
Dlatego teraz nikt, poza jaśniepanem prezesem, nie chce się jednoznacznie wypowiedzieć w pilnych, żywotnych sprawach. Nie tylko w kwestii terminu wyborców prezydenckich. Pan premier i jego ministrowi milczą w wielu innych sprawach niecierpiących zwłoki. Egzaminów ośmioklasistów, egzaminów maturalnych, umierających branż gospodarczych. Jedyne co prominenci PiS potrafią, to wzywać obywateli do poświęceń, kolejnych rygorów, tygodni dobrowolnej, domowej kwarantanny.
Nie chcą też publicznie przyznać, że niespodziewana zaraza już zabiła ich jaśnie pana prezesa. Politycznie rzecz jasna. I nie zmartwychwstanie on, nawet jeśli przeforsuje reelekcję pana prezydenta Dudy.
W wielce prorządowym, lizusowskim wręcz, tygodniku „Sieci” opublikowano w tym tygodniu artykuł Marcina Fijołka, narodowo- katolickiej gwiazdy dziennikarskiej, pod wielce wymownym tytułem „10 powodów by przełożyć wybory”. Artykuł przygotowujący „ciemny lud” na taką ewentualność.
Polityczna Warszawka od tygodnia huczy od plotek. Wedle nich wicepremier z Krakowa, pan Jarosław Gowin ma być liderem frondy dążącej do przełożenia wyborów prezydenckich. I potem, po ustąpieniu zarazy, stworzenia nowej formacji prawicowej. Bazującej na aktywach PiS.
Prezes umarł, niech żyje
Politycy PiS, zwłaszcza ci młodszej generacji, wiedzą już, że obecni prominenci PiS zapłacą politycznie za skutki zarazy. Zwłaszcza za recesję gospodarczą, bezrobocie, gwałtowne zubożenie milionów Polaków.
Wiedzą, że zaraza niebawem minie. Ludzie wyjdą ze swych kwarantann. Wyjdą sfrustrowania wielotygodniowym pobytem w aresztach domowych, pracą w domu, szkołą zdalnie kierowaną, właśnie otrzymanymi zwolnieniami z pracy, bankructwami własnych firm, rachunkami do zapłacenia.
I na nową drogę życia dostaną dotychczasowego, odpowiedzialnego za zaniedbania prezydenta wybranego przez rządową pocztę. Prezydenta zachowującego się jak pajac na portalach przeznaczonych dla małolatów i pedofilii. Przekonywującego obywateli, że pójcie do wyborów w czasie zarazy nie różni się od wypadu do sklepu. Ciekawe kiedy pan prezydent robił normalne zakupy w sklepie?
Jaśniepan prezes Kaczyński umarł już politycznie. Zabiła go zaraza demaskująca nędzę stworzonego przez niego państwa PiS.
Ale zanim zostanie on do politycznego grobu włożony, to swym parciem na zorganizowanie wyborów prezydenckich raz jeszcze skutecznie skłóci sfrustrowanych zarazą Polaków.
Wywoła ich gniew.
A może i szaleństwa jakie już zaowocowały morderstwami Marka Rosiaka i Pawła Adamowicza. Jakie mogą teraz doprowadzić do kolejnej wojny domowej.
Ilu Polaków musi jeszcze umrzeć, żeby jaśniepan prezes zaczął zachować się po ludzku?

PS. Zapraszamy do komentowania naszych artykułów na https://www.facebook.com/trybuna.net/

Działanie na szkodę poczty

O pracy na poczcie i niełatwej działalności związków zawodowych w Poczcie Polskiej z Piotrem Moniuszką, przewodniczącym Wolnego Związku Zawodowego Pracowników Poczty, który niedawno stanął w obliczu zwolnienia dyscyplinarnego rozmawiał Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Jak długo już pracujesz w Poczcie Polskiej?
Zacząłem, jeśli dobrze pamiętam, w marcu 1991 r. Przez pierwsze pięć lat pracowałem jako listonosz i ten okres nie raz wspominam z łezką w oku. Nabawiłem się jednak stanu zapalnego kolan i musiałem zmienić zajęcie.
Ale z pocztą się nie rozstałeś.
Przeniesiono mnie wówczas na stanowisko asystenta (obecnie stanowisko ds. obsługi klienta) na którym jestem zatrudniony, póki co, do dziś. Przez pierwszy rok pracowałem na tak zwanym stanowisku telekomunikacyjnym. Praca polegała na przyjmowaniu od klientów telegramów, następnie „wysłania” ich dalekopisem do właściwego urzędu, skąd były doręczane. Przyjmowałem zamówienia na rozmowy międzymiastowe, międzynarodowe, gdzie klienci po nawiązaniu połączenia byli proszeni do odpowiedniej kabiny, celem przeprowadzenia rozmowy. Później przeniesiono mnie do przyjmowania od klientów listów, paczek, wpłat, wypłat. Od kilku lat natomiast zajmuję się tylko pracą na rzecz pracowników i związku.
Działałeś w organizacji pracowniczej przed założeniem własnego związku?
Gwoli wyjaśnienia – to nie jest mój własny związek. To dobro wszystkich pracowników w nim zrzeszonych. Ja mam tylko przyjemność od samego początku kierować tą organizacją. A wracając do pytania: działalność związkowa zainteresowała mnie raczej przez przypadek. W jednym z urzędów, gdzie pracowałem, jedna z koleżanek ukradła znaczną ilość gotówki. Rozpoczęło się dochodzenie i szukanie współwinnych. Wówczas kilkoro niemających moim zdaniem nic wspólnego z tą kradzieżą pracowników zaczęto straszyć, że są współwinni i będą zobligowani do oddania z własnej kieszeni skradzionej gotówki. Zgłosili się wtedy do jednego ze związków zawodowych z prośbą o pomoc, ale odeszli z kwitkiem.
Dlaczego tak się stało?
Ponoć któryś związkowiec powiedział im, że niech się cieszą, że firma od razu ich nie zwolniła. To był ten przełom. Zadałem sobie pytanie: co będzie, jak ja będę miał jakieś problemy w pracy? Przecież na pomoc ze strony takich związków zawodowych nie będę mógł liczyć.
Postanowiłeś więc stworzyć odważniejsze, bardziej rzetelne i bojowe związki?
Nie od razu. Najpierw wstąpiłem do jednego z już aktywnych związków i zacząłem tam aktywnie się udzielać. Nie byłem jednak zadowolony ze sposobu funkcjonowania organizacji, a kiedy próbowałem go zmieniać, usunięto mnie. Postawiono mi zarzuty, nie pamiętam już, jakie dokładnie i zarząd tej organizacji pozbawił mnie praw członka. Nie odwoływałem się tej decyzji, gdyż to nie miało sensu. W międzyczasie poznałem środowisko związkowe w firmie i kolega, przewodniczący jednej z innych organizacji, zaproponował mi przystąpienie do niej. Od początku współpraca układał się nam ciężko, więc po jakimś czasie zacząłem rozważać stworzenie nowego związku zawodowego. I tak w gronie bliskich mi kolegów zapadła decyzja: tworzymy Wolny Związek Zawodowy Pracowników Poczty.
Komitet założycielski zawiązał się 15 marca 2006 r., a miesiąc później zostaliśmy zarejestrowani w KRS. Minęło zaledwie kilka miesięcy, a na poczcie wybuchł strajk listonoszy.
To wy go organizowaliście?
Raczej włączyliśmy się do tego protestu oraz na bieżąco informowaliśmy, co w tej sprawie się dzieje. Dodam, że byliśmy wtedy jedyną organizacją związkową, która miała swoją stronę internetową i forum. Od samego początku zawsze staraliśmy się wsłuchiwać się w głos pracowników i na bieżąco informować o sytuacji w firmie.
A wokół jakich spraw koncentruje się wasza bieżąca działalność?
Na przestrzeni tych kilkunastu lat wciąż postulujemy o zmianę w systemie wynagrodzeń, tak by wynagrodzenie zasadnicze pracownika nie zależało od… nie wiadomo w zasadzie czego. W chwili obecnej różnice w wynagrodzeniach zasadniczych pracowników zatrudnionych na tym samym stanowisku pracy, wykonujących te same zadania, tej samej wartości wynoszą nawet kilka tysięcy złotych. Naszym zdaniem do stanowiska pracy winno być przypisane wynagrodzenie zasadnicze. Ale to ciągle pozostaje w sferze postulatów.
Natomiast naszym niewątpliwym sukcesem jest to, że w czasie trzynastu lat działalności udało się nam sądownie przywrócić wielu zwolnionych pracowników do pracy. Mamy za sobą przeprawę sądową aż do sądu najwyższego w sprawie wyboru zakładowego społecznego inspektora pracy. Batalię tę wygraliśmy na każdym etapie postępowania sądowego. Pomimo to pracodawca nigdy nie dostosował się do tego wyroku. Co ważne, we wszystkich sprawach sądowych, w których pomagaliśmy pracownikom, nie korzystaliśmy z usług kancelarii prawnych. Praktycznie w każdej sprawie sądowej sam występowałem jako pełnomocnik procesowy pracownika.
Masz wykształcenie prawnicze?
Nie. Z wykształcenia jestem ekonomistą. Ustawa o związkach zawodowych daje mi możliwość występowania jako pełnomocnik procesowy przed sądami pracy. Po prostu szybko się uczę.
Napięcia z szefostwem lub innymi związkami często wam się zdarzały?
Oficjalnie pracownicy mogą dostrzegać spór pomiędzy kierownictwem firmy a związkami zawodowymi. Tak naprawdę to są to tylko pozory. Spory nie dotyczą wszystkich związków w równym stopniu. Podam najświeższy przykład. W jednej z kontroli przeprowadzonej przez Państwową Inspekcję Pracy okazało się, że dwie organizacje związkowe, OM NSZZ Solidarność Pracowników Poczty Polskiej oraz Związek Zawodowy Pracowników Poczty zrzeszony w OPZZ, korzystają ze specjalnych przywilejów, które wykraczają poza unormowania prawne, z dodatkowych 12 tzw. etatów związkowych. Związek zawodowy zrzeszając określoną w ustawie o związkach zawodowych liczbę członków, może zwrócić się do pracodawcy o zwolnienie z obowiązku świadczenia pracy określoną liczbę działaczy związkowych, którzy mają świadczyć pracę na rzecz danego związku. Ustawa to precyzyjnie określa. Wskutek kontroli PIP okazało się, że takich zwolnionych z obowiązku świadczenia pracy pracowników jest o 12 więcej, niż mówią o tym przepisy wspomnianej ustawy.
Ale jak to się mogło stać?!
Z tym pytaniem należałoby się zwrócić do pracodawcy. Nie ukrywam, że sam chętnie dowiedziałbym się, dlaczego. Biorąc jednak pod uwagę, że skoro pracodawca zdecydował się na przyznanie tych dodatkowych etatów, to z pewnością ma prawo oczekiwać czegoś w zamian od tych związków. Czego?
Na przykład spolegliwości?
Ty to powiedziałeś.
Na początku sierpnia dołączyliście do Związkowej Alternatywy, a kilka dni temu pisałeś na Facebooku, że krążą pogłoski na temat możliwej dyscyplinarki. Naprawdę ją dostałeś? Czy między jednym a drugim jest związek?
Ogólnie interesuję się ruchem związkowym w Polsce. Pamiętam, jak prawie rok temu odbywał się strajk w PLL LOT, a Piotr Szumlewicz aktywnie go wspierał. Gdy dowiedziałem się, że utworzył nową centralę, Związkową Alternatywę, postanowiłem się z nim skontaktować. Okazało się, że nasz punkt widzenia jest bardzo zbieżny. Zarząd WZZPP nie miał wątpliwości: przyłączamy się.
Rozumiem, że Twoja sprawa wybuchła chwilę później…
Słuchaj dalej. W zeszłym tygodniu w piątek, by było ciekawiej, był to wrześniowy piątek trzynastego, odebrałem pismo skierowane do WZZPP, w którym to pracodawca zwraca się do związku z zapytaniem, czy korzystam z obrony związku. Potrafię odczytać jego intencje, mam w końcu kilkanaście lat doświadczenia w związkach.
Póki co jeszcze nie zostałem zwolniony. Trwają tak zwane konsultacje. W dniu dzisiejszym (20 września) otrzymaliśmy pismo, w którym pracodawca podał zamiar rozwiązania ze mną umowy o pracę w trybie art. 52.1 KP wraz z przyczynami. Teraz Zarząd związku ma siedem dni na wyrażenie zgody lub stanowczy sprzeciw. Biorę jednak pod uwagę, że nawet w przypadku niezgody Zarządu WZZPP na rozwiązanie umowy o pracę ze mną, pracodawca może to zrobić. W ciągu najbliższych dni, sprawa ta powinna się rozstrzygnąć. Jeśli dojdzie do rozwiązania umowy, będę dochodził swoich spraw przed sądem.
A to może trwać wieki.
Tak, taki proces może ciągnąć się nawet trzy lata. Niemniej jestem na tyle zdeterminowany, że dam radę. Dużo tu pomaga wsparcie moralne ze strony bardzo wielu pracowników. W ciągu trzech dni od zamieszczenia informacji o możliwym zwolnieniu na Facebooku otrzymałem chyba z ponad tysiąc maili, wiadomości prywatnych. Nie wspomnę, że nie nadążam odbierać telefonu.
Jak kierownictwo poczty uzasadnia swoją decyzję?
Najkrócej mówiąc, ich zdaniem działam na szkodę spółki. W zasadzie odniesiono się do jednego z moich wpisów na Facebooku, w którym napisałem, że jest rozważane przez kierownictwo firmy złożenie wniosku do sądu o upadłość PP S.A.
Skąd to wiesz?
Niestety, ale nie mogę na to pytanie odpowiedzieć. W każdym razie w mojej ocenie jest to bardzo wiarygodne źródło. Tyle, że nie uważam, by sam tylko wpis na Facebooku, czy nawet ogólniej moja aktywność w mediach mogła uzasadniać decyzję o rozwiązaniu ze mną umowy o pracę.
To o co chodzi naprawdę?
Mogę jedynie opierać się na przypuszczeniach, ale nie chciałbym teraz o tym mówić. Może to mi się przydać w ewentualnym procesie sądowym z Pocztą Polską.
Słyszałeś wcześniej o takich przypadkach nagłych dyscyplinarek na poczcie?
Bodajże dwa lata temu zwolniono jednego z przewodniczących związku. Tyle, że jak pamiętam, przyczyny wypowiedzenia o pracę miał zupełnie inne. Chodziło o jakieś wyłudzenia pieniędzy firmy. Nie znam dokładnie tej sprawy i nie wiem nawet, jakie stanowisko wtedy zajął Zarząd tamtego związku. Chociaż z tego, co pamiętam, to nie było żadnej reakcji.
Twój związek będzie cię bronił?
Jeśli pracodawca rozwiąże ze mną umowę o pracę, złożę stosowny pozew do sądu pracy. Nie dostrzegam w tym, co pisałem, bądź powiedziałem w wywiadach czegoś, co mogło szkodzić firmie. Uważam, że jako przedstawiciel związku zawodowego mam prawo do informowania pracowników, opinii publicznej o sytuacji w firmie. Nie odbieram tego jako działanie szkodliwe. Wczoraj mieliśmy spotkanie Zarządu i rozmawialiśmy o możliwych scenariuszach dotyczących mojej osoby. Na ten moment jedynie co mogę powiedzieć to to, że Zarząd WZZPP nie przychyli się do stanowiska pracodawcy. W najbliższym czasie Zarząd zajmie własne.