Znamy jedynki Lewicy

Już oficjalnie znamy jedynki na listach koalicji Lewicy. Zaskoczeń nie ma, sprawdziły się krążące od kilku dni w mediach przecieki z SLD, Lewicy Razem oraz Wiosny. Program koalicjantów znamy natomiast jedynie w wersji szkicowej – szczegóły mają zostać podane w sobotę na konwencji programowej.

Zgodnie z ustaleniami koalicjantów najwięcej jedynek obejmą działacze Sojuszu Lewicy Demokratycznej – to ta partia będzie również w największym stopniu organizowała zbiórkę podpisów. Lider SLD Włodzimierz Czarzasty będzie liderem listy w Sosnowcu; jak to określił współprowadzący konferencję Robert Biedroń – to „dar dla południa Polski”. Pozostałe okręgi, gdzie na pierwszym miejscu znajdzie się działacz Sojuszu, to Olsztyn, gdzie wystartuje Marcin Kulasek, Toruń – Robert Kwiatkowski, Częstochowa – Zdzisław Wolski, Łódź – Tomasz Trela, Wałbrzych – Marek Dyduch, Legnica – Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska, Bielsko-Biała – Przemysław Koperski, Chrzanów – Ryszard Śmiałek, Lublin – Jacek Czerniak, Kielce – Andrzej Szejna, Rzeszów – Wiesław Buż, Szczecin – Dariusz Wieczorek, Kalisz – Wiesław Szczepański oraz okręg podwarszawski – Andrzej Rozenek.
Mimo kontrowersji wywołanych przez wskazanie Krzysztofa Śmiszka na lidera wrocławskiej listy Wiosny, partner Roberta Biedronia i działacz antydyskryminacyjny faktycznie wystartuje z tego właśnie miejsca. Również skandal sprzed kilku miesięcy, dotyczący złego traktowania członków młodzieżówki Wiosny przez Monikę Pawłowską, koordynatorkę lubelskich struktur, nie przeszkodził wystawić jej na pierwsze miejsce listy w Chełmie. Wiosna obejmuje także Poznań – listę otworzy Katarzyna Ueberhan, Zieloną Górę – Anita Kucharska-Dziedzic, Nowy Sącz – Jakub Bocheński, Tarnów – Jacek Jabłoński, Bydgoszcz – Krzysztof Gawkowski, Piłę – Dariusz Standerski, Piotrków – Anita Sowińska, Kraków – Maciej Gdula, Krosno – Łukasz Rydzik, Białystok – Paweł Krutul, Gdańsk – Beata Maciejewska, Gliwice – Wanda Nowicka, Elbląg – Monika Falej, Koszalin – Małgorzata Prokop-Paczkowska, Rybnik – Maciej Kopiec.
Najmniej czasu zajęło wyliczenie jedynek Razem: partia, która w ostatnich miesiącach miała najniższe notowania z trójki koalicjantów, wstawiła swoich przedstawicieli na pierwsze miejsca w sześciu okręgach. W Warszawie z takiego miejsca do Sejmu wystartuje Adrian Zandberg, z Katowic – Maciej Konieczny, z Opola – Marcelina Zawisza, z Konina – Paulina Nowak, z Sieradza – Paulina Matysiak i z Siedlec – Dorota Olko.
– Idzie do sejmu silna drużyna – przekonywał Adrian Zandberg. – Inna polityka jest możliwa – sekundował mu Robert Biedroń, powtarzając stare hasło dawnych konkurentów, a dziś sojuszników. Każdy wyborca musi odpowiedzieć sobie na pytanie, na ile brzmi to wiarygodnie, gdy spojrzy się na listę działaczy wytypowanych na pierwsze miejsca na listach.
Podczas konferencji nie mówiono o programie koalicjantów, bo będzie on głównym tematem konwencji przewidzianej na 24 sierpnia. Wyeksponowano jedynie stand z wartościami, które mają być bliskie Lewicy – to m.in. solidarność, dyskusja, współpraca, miłość, uczciwość, braterstwo, wrażliwość, obywatelskość, kompromis, ekologia, sprawiedliwość, feminizm, świeckość, wspólnota. Adrian Zandberg zapowiedział również, że posłowie Lewicy w Sejmie zajmą się „prawami człowieka, polityką mieszkaniową, demokracją”. Na Facebooku pojawiła się natomiast swoista zapowiedź programu: – Już czas, by każda i każdy z nas nie musiał martwić się codziennie brakiem tanich mieszkań, tragicznym stanem opieki zdrowotnej i drogimi lekami, niszczeniem środowiska naturalnego i głodowymi emeryturami, ZUS-em, który dusi małych przedsiębiorców, i deptaniem praw kobiet – pisze Lewica.

Licytacja na miejsca

Marta Lempart nagłaśnia w mediach społecznościowych, by partie i politycy wzięli pod uwagę jej osobę w układaniu list wyborczych. W petycji popierającej jej kandydaturę napisano: wiadomo o jakie miejsce chodzi?! Petycja adresowana jest zarówno do PO jak i Lewicy. Znaczy się, że obojętnie czy to prawica czy lewica, byleby miejsce było wysokie. Osobiście wolałbym, by Marta Lempart była wyżej na liście od Krzysztofa Śmiszka. Jest to dla mnie oczywiste i nie będę tego rozwijał. Niestety nie mam na to żadnego wpływu, bo decyzje zapadają w Warszawie.
Przypomnę jednak kilka kwestii, o których pisałem wcześniej i które teraz wyłażą niczym trupy z szafy. Zawsze sugerowałem paniom z organizacji kobiecych, by nie stroniły od działalności w partiach politycznych także. Jeżeli tak nie będzie ich pozycja w układaniu list zawsze będzie słaba. Tak jest i teraz. Panie oburzały się na moje sugestie, ale teraz mamy przykład takiej słabości.
Bodaj we wspomnianej petycji napisano, że panie walczą z partyjniactwem, a zarazem domagają się od partii miejsca klasy premium. Tymczasem inżyniera układania list rządzi się swoimi prawami. Te partie, które biorą udział w układaniu list najpierw biorą pod uwagę swoich członków. Oczywiście niezależni politycy mogą być perłami na takich listach, ale w całym kraju mogę doliczyć się kilku takich osób. Tymczasem: Marta Lempart ubiegając się o fotel prezydenta Wrocławia dostała 6046 głosów. To raczej niewiele. Startując, z piątego miejsca w eurowyborach dostała 6051 głosów. Prawie tyle samo. Oznacza to, że zdeklarowany elektorat Marty jest niezbyt liczny i zgromadzony głównie we Wrocławiu. Takie wyniki też muszą być brane przy układaniu list. Stąd też płynie wniosek, że działalność bardzo ukierunkowana nie sprzyja pozyskiwaniu szerokiego elektoratu.
Zatem, czy się partie lubi czy nie, to one decydują o listach i trzeba w tych partiach być. Uznawanie się za polityka niezależnego nie rokuje sukcesów, co zawsze podkreślałem i podkreślać będę.
I kolejna sprawa. Michał Syska obraził się na Wiosnę i odszedł, bo ona (Wiosna) nie dotrzymała słowa i na dała mu obiecanej jedynki we Wrocławiu na zbliżające się wybory. Jest to nie pierwsze wyjście Michała z którejś z kolei partii. Problem w tym, że Wiośnie eurowybory nie wyszły. Michał będąc w środku listy do tych wyborów zebrał na Dolnym Śląsku i Opolszczyźnie tylko 3141 głosów. Jak na przyszłego lidera listy to sejmu to nie był obiecujący wynik. Michał będąc także w kierownictwie – formalnym czy nie – tej partii, ponosi w jakimś stopniu odpowiedzialność za wynik partii w eurowyborach. Polityka i wyborcy zweryfikowali oczekiwania i sytuacja jest inna.

Opozycja nie jest bez szans

„Przeniesienie ciężaru kampanii wyborczej na kwestie światopoglądowe i obyczajowe to marzenie Kaczyńskiego. On znowu chce ze swoimi wiernymi druhami podzielić Polskę na tych, którzy chcą deprawować polski naród, i tych, którzy bohatersko go bronią” – mówi w rozmowie z Kamilą Terpiał (wiadomo.co) były szef rządu, obecnie eurodeputowany Leszek Miller.

KAMILA TERPIAŁ: Żyje pan już bardziej sprawami europejskimi czy nadal polskimi?
LESZEK MILLER: Polskimi coraz mniej, ale trudno całkowicie odciąć się od polskiej polityki. Jednym okiem i jednym uchem patrzę i słucham, co się dzieje.

Przeraziło pana to, co działo się na ulicach Białegostoku podczas Marszu Równości?
Przeraziło i wzbudziło oczekiwanie mocnej reakcji ze strony rządzących.
Spodziewałem się, że po takich wydarzeniach zobaczę panią minister spraw wewnętrznych i administracji, która na konferencji prasowej poinformuje o tym, jak ocenia działania policji, oraz potępi chuliganów i bandytów. A zaraz potem zobaczę na konferencji prasowej ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, który poinformuje o wszczęciu postępowań i także potępi te wydarzenia. Ani jednego, ani drugiego nie zauważyłem.

Minister Elżbieta Witek wystąpiła na konferencji prasowej dzień po wydarzeniach. Za późno?
W takich sytuacjach trzeba działać natychmiast. Jeżeli występuje się z taką zwłoką, to występuje podejrzenie o jakiś koniunkturalizm albo wahanie, które nie powinno mieć miejsca.

Pan jako premier jak by zareagował?
Reakcja premiera nie jest konieczna. Wystarczy reakcja odpowiednich ministrów. Spodziewałbym się także ostrego oświadczenia przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski. To akurat miało miejsce, chociaż wystąpił nie ksiądz biskup, tylko rzecznik.
Jest jeszcze jedna osoba, która powinna zabrać głos – arcybiskup białostocki. Jego wcześniejsze wypowiedzi mogły ośmielać chuliganów i sprawiać wrażenie parasola ochronnego otworzonego przez kościół.

Były nawet podziękowania dla tych wszystkich, “którzy w ostatnim czasie w jakikolwiek sposób włączyli się w obronę wartości chrześcijańskich i ogólnoludzkich, chroniąc nasze miasto”. To fragment oświadczenia, które po wydarzeniach znalazło się na stronie internetowej parafii Świętej Jadwigi Królowej w Białymstoku.
Postawa Kościoła w tych sprawach nie powinna niestety nikogo zdumiewać. Oczywiste jest, że polski Kościół od lat ma tendencję wspierania wszystkich ruchów i sił politycznych, które walczą z tzw. lewactwem. Przypominam sobie dramatyczny wiersz Juliana Tuwima napisany po zabójstwie prezydenta Gabriela Narutowicza i zwrot “krzyż mieliście na piersi, a brauning w kieszeni”. Aktualne.
Polski kościół zresztą dosyć swoiście pojmuje ewangelizację. Jest to widoczne nawet w słownictwie – rycerze, hufce, miecze, przysięgi – i sugeruje czynną walkę, czyli ewangelizację za pomocą miecza. A prawdziwa nauka kościoła nie opiera się na przemocy. Ja przynajmniej tak ją rozumiem.

To, co się stało, jest winą Kościoła i rządzących?
Tak. Między państwem i Kościołem w tej sprawie jest swego rodzaju porozumienie.

Paweł Śpiewak, dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego mówi, że to “początek faszyzmu, a wiemy, jaki jest koniec faszyzmu”. Zgadza się pan z taką opinią?
Jestem zwolennikiem opinii Tomasza Nałęcza, że w tej sprawie należy uważać z ciężkimi słowami. Kiedy uderzamy w dzwon na trwogę i wołamy “faszyzm!”, to kiedy on naprawdę by nadszedł, to nikt go nie usłyszy.

To jak teraz mówić o niebezpieczeństwie?
Najwięcej do powiedzenia mają przedstawiciele rządu. Na zmianę w Kościele nie liczę. To powinny być jasne sygnały świadczące o tym, że w takich sprawach nie ma żadnej tolerancji i żadnego flirtu między oficjalnymi czynnikami rządowymi a środowiskami kibolskimi, chuligańskimi czy zwykłą bandyterką.
Każdy, kto wszczyna takie zamieszki, nie może liczyć na żadną osłonę czy sympatię. Może tylko liczyć na bardzo stanowczą reakcję sił porządkowych i wymiaru sprawiedliwości. A ona była niewystarczająca.
To jeszcze cytat z ministra edukacji narodowej Dariusza Piontkowskiego: „warto się zastanowić, czy w przyszłości tego typu imprezy powinny być organizowane, ponieważ budzą ogromny opór”.
W każdych innych okolicznościach w demokratycznym kraju premier zdymisjonowałby takiego ministra w mgnieniu oka. I taka powinna być reakcja premiera, bo wypowiada się członek rządu. Mateusz Morawiecki powinien powiedzieć wprost, że nie widzi możliwości współpracy z kimś o takich poglądach.

Wspomniał pan Tomasza Nałęcza, który w wywiadzie dla wiadomo.co przestrzegał przyjaciół z lewej strony, aby “nie próbowali ze stosunku do ludzi LGBT zrobić osi głównych polemik wyborczych, bo to jest dmuchanie w trąbę PiS-u i wielkie marzenie Kaczyńskiego”. W tym przypadku też ma rację?
Podzielam ten pogląd. Przeniesienie ciężaru kampanii wyborczej na kwestie światopoglądowe i obyczajowe to marzenie Kaczyńskiego. On znowu chce ze swoimi wiernymi druhami podzielić Polskę na tych, którzy chcą deprawować polski naród, i tych, którzy bohatersko go bronią. A to jest droga do sukcesu wyborczego.

Co powinno być główną osią kampanii po drugiej stronie?
Koncentrowanie się na tym, co doskwiera ludziom. Opozycja już o tym mówi i trafnie diagnozuje problemy – brak leków, chaos w edukacji, panoszenie się pisowskich urzędników. Trzeba mówić o tym, co ludzi denerwuje i boli.
Wybrać kilka płaszczyzn i mówić także o tym, co opozycja zrobi, jak dojdzie do władzy. To musi być powtarzane do znudzenia, aby wbiło się w pamięć i stało identyfikacją ruchów opozycyjnych.

Szkoda panu Koalicji Europejskiej? Wierzył pan, że się uda?
Wierzyłem. Wprawdzie z rozczarowaniem przyjąłem fakt, że Koalicja Europejska przegrała 7 punktami ze zjednoczoną prawicą, ale to w sumie tylko 7 punktów. Po stronie opozycyjnej nie ma dzisiaj innej formacji, która jest w stanie nawiązać równorzędną walkę z PiS-em.

Za rozpad koalicji należy winić Grzegorza Schetynę?
Nie zgadzam się z takimi zarzutami. Pierwszą cegłę z muru, który był fundamentem tej koalicji, wyjął Władysław Kosiniak-Kamysz. Winny jest ten, kto pierwszy podważył sens istnienia takiej koalicji. Grzegorz Schetyna mógł próbować zachować koalicję bez PSL-u, tylko że aparat PO bał się, że wtedy partia skręci za bardzo na lewo. Pewnie te czynniki przekonały Schetynę. Z jednej strony jest mi żal, a z drugiej dobrze, że istnieje jakiekolwiek porozumienie trzech ugrupowań lewicowych.

Nie boi się pan powtórki z 2015 roku?
Wtedy zabrakło pół punktu procentowego do przekroczenia progu wyborczego. Lewica przegrała o włos.

Ale przegrała.
Te same wyzwania stoją teraz przed tą trójką. Najważniejsza jest odpowiedź na pytanie, w jakiej formule wystartują. Czy będzie to koalicja, czy nie. Ale wydaje mi się, że oczekiwanie, aby na listy SLD wpisali się politycy Wiosny i Razem, jest mało realistyczne. To oznaczałoby, że zgadzają się na zatarcie swojej tożsamości.
4 lata temu Partia Razem nie weszła do koalicji, teraz Adrian Zandberg jest w środku, więc szanse na przekroczenie progu wyborczego są większe. Ale jak wiadomo, łaska wyborców na pstrym koniu jeździ.

Jest szansa, że w kampanii wyborczej opozycja nie będzie ze sobą walczyć?
Tak powinno być. Wystarczy już napaści na PO i Grzegorza Schetynę, ale także na SLD. Jest tyle spraw, na których można się koncentrować i podchodzić pozytywnie, a nie wzajemnie się atakować. Niestety, kampania wyborcza to tropik, czyli wyjątkowo gorąca atmosfera, i nie wszyscy potrafią opanować swoje języki.

Pan będzie uczestniczył w kampanii?
Będę wspierał ludzi SLD w moim okręgu wyborczym, bo oni też pomogli mi bardzo w kampanii. To jest dług wdzięczności, który mam do spłacenia.

Jest pan optymistą w sprawie wyniku wyborów?
Uważam, że szansa na pokonanie PiS-u jest. Partia rządząca ma szansę na wygranie wyborów, ale nie ma żadnej gwarancji, że tak się stanie. Jest jeszcze trochę czasu.
W polskiej polityce tydzień potrafi oznaczać miesiące gdzie indziej. Opozycja nie jest bez szans. Ma olbrzymie możliwości, które trzeba uruchomić.
Ale to wymaga pomysłu, sił i środków. Inteligentnie pomyślana kampania, przy użyciu nowoczesnych instrumentów, daje szansę. Są przykłady, w których kandydaci startowali z niskiego poziomu, a wygrywali wybory.

Jakie?
Chociażby prezydent Francji, nowy prezydent Ukrainy czy pani prezydent Słowacji…
Tylko w tych krajach ludzie mieli dosyć rządzących. A w Polsce sondaże na to nie wskazują.
To prawda. Podczas prowadzenia kampanii do PE spotykałem ludzi, którzy wprost przyznawali, że będą głosować na PiS. Ale zauważyłem, że nawet oni dostrzegają ciemne strony tych rządów, zwłaszcza w aspekcie nadużywania władzy, niekompetencji czy nieprofesjonalizmu. To nie jest im w smak, natomiast tłumaczą, że nawet jeżeli władza kradnie, to przynajmniej się dzieli. W związku z tym, dopóki się dzielą, to wyborcy będą im bardzo wiele wybaczać.

Zmieni się jeszcze przed wyborami polityka europejska PiS-u?
Myślę, że nie.
W wyborach do europarlamentu PiS wygrał w Polsce, ale przegrał w Europie.
Niewybranie Zdzisława Krasnodębskiego na wiceszefa PE czy dwukrotna porażka Beaty Szydło w walce o fotel szefa komisji, trudna sprawa z komisarzem – to nie bierze się z powietrza, ale przekonania, że do Polski są uzasadnione pretensje dotyczące nieprzestrzegania wartości europejskich i praworządności. A przedstawiciele partii, która jest podejrzewana o naruszanie podstawowych norm, nie powinni otrzymywać wysokich stanowisk. Te porażki to skutek takiego właśnie klimatu panującego w Brukseli.

W czwartek w Warszawie wizytę złożyła nowa przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. Z relacji Mateusza Morawieckiego wiemy, że podczas rozmowy nie zostały poruszone sprawy dotyczące praworządności. Wierzy pan w to?
To niemożliwe. Znamy relację pana Morawickiego, ale nie znamy relacji pani von der Leyen. Gdyby tak się stało, to byłaby pierwsza poważna wpadka nowej przewodniczącej. Ja w to nie wierzę. Przecież ma świadomość tego, czym grozi dla jej planów utworzenia nowej komisji obchodzenie tego tematu, zwłaszcza w Polsce. Podczas jej wystąpienia w PE padły bardzo poważne deklaracje.

Mowa była o unijnym komisarzu. Myśli pan, że Ursula von der Leyen przekonała Mateusza Morawieckiego do wystawienia kandydatki, a nie kandydata? PiS ma już jakiś plan?
Problem unijnego komisarza będzie bardzo trudny do rozwiązania. Jeżeli pani Ursula von der Leyen zaakceptuje najprawdopodobniej kandydatkę, a nie musi, to ta osoba i tak będzie jeszcze przesłuchiwana na komisjach parlamentarnych i to nie będzie spacer piękną uliczką. Myślę o klimacie, który tu panuje. Potem jest jeszcze głosowanie.
Zdarzyć się mogą różne rzeczy, mało przyjemne dla polskiego rządu. Dlatego premier powinien uciekać od kandydatury, która ma silne konotacje polityczne.

Była premier Beata Szydło odpada?
Zdecydowanie. Jeżeli chce zwiększyć szanse kandydatki lub kandydata, to powinien szukać nie wśród polityków, tylko na przykład zespołu ekspertów.

Polska będzie nadal izolowana w Unii?
Przede wszystkim Polsce grozi nałożenie sankcji związanych z uruchomieniem artykułu 7 i polityką orzecznictwa Trybunału Sprawiedliwości UE. Poza tym w Parlamencie Europejskim jest silna tendencja, aby doprowadzić do powiązania wysokości przekazanych środków z oceną praworządności. Teraz trwa tylko dyskusja, jak to zrobić, aby nie karać społeczeństw. Ale gdyby głosowanie odbyło się dzisiaj, to taki projekt by przeszedł.

Minął się pan już na unijnych korytarzach z Donaldem Tuskiem?
Nie widziałem się z nim, rozmawiałem telefonicznie z ludźmi z jego otoczenia.

Podejmie ryzyko powrotu do Polski?
Myślę, że uzależnia to od tego, co wydarzy się w październiku.
Gdyby opozycja odniosła sukces, to wpłynie na większą ochotę na ubieganie si o urząd prezydenta.
Ale gdyby wybory skończyły się porażką, to go zniechęci. Posłużyłbym się w tym wypadku pewną metaforą – ptak, nawet jeśli idzie, to czuje, że ma skrzydła. I Donald Tusk jest właśnie w takiej sytuacji. Nawet jak nie ma takiej determinacji, żeby wystartować, to wie, że może spróbować i ma skrzydła, które może rozwinąć.

Głos lewicy

PiS pracuje na klęskę

Łukasz Moll snuje refleksje przedwyborcze:
Z realnych, a nie życzeniowych scenariuszy na niedzielny wieczór wyborczy najlepszy będzie ten, w którym PiS wyraźnie pokona Koalicję Europejską. Będzie to oznaczało, że Konfederacja przekracza 5 proc. próg wyborczy nieznacznie lub wcale i że na lewo od PO istnieje jakieś życie.
Poza tym mimo że partia rządząca z każdym miesiącem ciężko pracuje na utratę władzy, to opozycja ciągle nie dała ani jednego pozytywnego argumentu, dla którego należałoby jej tę władzę oddać jesienią. Powrót do tej całej gadki o zaciskaniu pasa, o długu publicznym, przywilejach pracowniczych, tanim państwie i ulgach dla korporacji jest dla mnie perspektywą wprost przerażającą. Głównym grzechem PiS jak dla mnie jest to, że do tego powrotu może dojść.

Wybory w kapitalizmie

Na ten sam temat, choć nieco z innej perspektywy, wypowiada się na Facebooku Tymoteusz Kochan:
Całe miasta zaklejone reklamami i bilbordami, na których widnieją tylko same twarze i śmiesznie krótkie hasła, które pasują w zasadzie równie dobrze do każdej partii…
Reklamy wyborcze to coś na co mam szczególną alergię i to od wielu lat.
Niestety w ten postpolityczny cyrk bawią się nie tylko partie prawicowe, które ze zrozumiałych przyczyn programu pokazywać nie chcą i nie muszą, ale i lewica. Z budżetu partii idą więc tysiące złotych na reklamy praktycznie całkowicie pozbawione treści, zbliżone do reklam kosmetyków i mające mniej od nich treści.
Sama twarz i numer oraz logo.
Zamiast wykorzystać okazję i umieścić tam chociażby 1 punkt programu, wymienić jakieś zasługi, rozpisać swoje cele chociaż na dwa dłuższe zdania dla bardziej uważnych i nieobeznanych z lewicową ofertą…
Nie. Lepiej w kółko bawić się w konkurs na najlepszy makijaż. Wyjście poza bańkę najlepiej jeszcze sobie utrudnić.

Lewica czy nie lewica

Swoje trzy grosze dorzucił Piotr Nowak, dziennikarz strajk.eu:
Podobno PiS przejął elektorat socjalny i jest to problemem tzw. lewicy. Dlaczego w takim razie komitet Lewica-Razem na finiszu kampanii wyborczej atakuje liberalną Wiosnę?

Nigdy nie postrzegałem Wiosny jako ugrupowania prospołecznego, ale skoro lewica w nich uderza i mają takie notowania to pewnie są lewicą, a zatem mają mój głos.

Kto startuje

A wszystko trafnie podsumowuje dziennikarz Krytyki Politycznej Przemysław Witkowski:
Niezwykle mnie to bawi.
W Koalicji Europejskiej masa byłych członków PZPR, sekretarze, członkowie KC, ZSMPowcy, dyplomaci;
w PiS aparat bezpieczeństwa, sędziowie, prokuratorzy, za PRL ściśle związani z władzą, TW SB na eksponowanych stanowiskach, w PKP czy na placówce;
w Konfederacji PZPRowskie odpady: zrzuty po Stronnictwie Demokratycznym, trepy, dzieci sekretarzy spod Legnicy, paxowcy.
A w Razem legenda opozycji, banda młodzianków i dziewoj co to w PRL mieli jeno pacholęctwo, dodatkowo wychowanych w duchu zachodniego socdemu.
Ale nie, to tu są Ci słynni „komuniści”.
Za czytanie komentarzy Polaków wypowiadających się o polityce państwo powinno mi wypłacać dodatek za pracę w niebezpiecznych dla zdrowia warunkach.

Na smyczy

Czy są w polityce granice kłamstwa. Te granice są coraz bardzie rozwadniane. PiS pokazuje, że można wszystko. W dzienniku TVP, komentując przedwyborcze wydarzenia we Wrocławiu, agitator TVP powiedział, że kandydat na prezydenta miasta Jacek Sutryk, związany z SLD, a popierany przez Prezydenta Dutkiewicza, jak wygra (jest to bardzo prawdopodobne), będzie szedł na pasku Schetyny czyli PO.

 

Nie miałbym nic przeciw, gdyby Jacek Sutryk był związany z SLD, ale jest bezpartyjny. Popiera go prezydent Dutkiewicz, który raczej nie przepada za przewodniczącym Schetyną. Przewodniczący Schetyna wcześniej popierał prof. Chybicką, potem odstawił ją na bok i postawił na konserwatywnego europosła Ujazdowskiego. Kiedy i z tego posunięcia nic nie wyszło dołączył do środowiska prezydenta Dutkiewicza, Nowoczesnej i SLD, które już popierały Jacka Sutruka. Wybór Schetyny jest więc trzecim z kolei i nie rozumiem dlaczego Sutryk miałby teraz iść na pasku Schetyny.
Zresztą kto na czyim pasku będzie biegać jest zawodne. Prezydent Dutkiewicz został zaproponowany przez prezydenta Zdrojewskiego. Można było przewidywać, że będzie szedł na pasku Zdrojewskiego. Prezydent Dutkiewicz poszedł własną drogą. Obecny europoseł Zdrojewski nie szczędził krytyki prezydentowi Dutkiewiczowi, ale nie na pewno nie z tego powodu, że nie szedł na jego pasku.
Nie sądzę także, by Jacek Sutryk, a wygra zapewne walkę o fotel prezydenta, szedł na pasku prezydenta Dutkiewicza, a tym bardziej Schetyny. Dodam, że prezydenta Dutkiewicza i Grzegorza Schetynę nie łączą nawet chłodne stosunki. Schetyna poparł Sutryka, bo nie miał innego wyjścia. Na szczęście za trzecim razem zmądrzał (Schetyna) i postawił na dobrego konia.
Każdy prezydent, czy inny prezes firmy, podpisuje się pod swoimi decyzjami i chodzenie na pasku poprzednika zazwyczaj źle się kończy dla prowadzanego na smyczy. Sutryk to kandydat inteligentny i dobrze o tym wie, Nie oznacza to, że ma pójść zupełnie inną drogą ignorując dorobek poprzednika, bo jak napisałem wcześniej to kandydat (Sutryk) inteligentny.
Nie znam prezydenta dużego miasta, który chodziłby na pasku poprzednika lub słuchał rozkazów partyjnych liderów. Prezydenci dużych miast mają dużą władzę, jeszcze większą odpowiedzialność i muszą słuchać przede wszystkim wyborców. Być może, gdyby wygrała we Wrocławiu kandydatka PiS, szłaby na czyimś pasku, bo to w PiS jest normą i takiej właśnie filozofii trzyma się PiS-owska TVP. Trzeba zrobić wszystko, by przyszły prezydent Sutryk chodził na pasku wrocławian.

Nie spisiejemy

Ponieważ SLD wyrasta na trzecią polityczną w naszym kraju, siłę zdolną rozwalić szkodliwy dla Polski duopol PiS-PO, to usłużne wobec PiS i PO media rozpoczęły kolejna akcję opluwania SLD.
Tym razem media rozsiewają informacje o powyborczym sojuszu PiS i SLD. Informacje te, jak zwykle pochodzą od „anonimowych działaczy SLD”, albo są efektem cynicznych przekłamań wypowiedzi byłych liderów polskiej lewicy. Dlatego trudno je prostować.
Dodatkowo dodają im wiarygodności polityczne wolty byłych młodych działaczy SLD, jak choćby Piotra Guziała z warszawskiego Ursynowa, który wykonał lizusowski Akt Zawierzenia pisowskiemyu kandydatowi na prezydenta Warszawy Patrykowi Jakiemu. Mianować się „podJakim” to gorzej, niż stać w pozycji ministranta przy dostojnie siedzącym prezydencie Trumpie.
Informacje takie trudno zdementować, bo media nie podają prawdziwych autorów takich wypowiedzi. Liderzy PiS milczą, bo te „fejki” potwierdzają atrakcyjność polityczną PiS i rzekome zdolności koalicyjne tej partii. Liderzy PO też ich nie zdementują, bo zapewne to ich współpracownicy produkują takie fejkowe, czyli gówniane, informacje. Aby przekonywać antyPiSowskich wyborców, że tylko koalicja Schetyny jest jedyną antykaczyńską siła polityczna.
Dlatego chciałbym jednoznacznie poinformować, że Sojusz Lewicy Demokratycznej

 

do koalicji z PiS nie przystąpi.

Z wielu fundamentalnych i praktycznych powodów.
PiS uważa lewicowych Wyborców za „gorszego sorta Polaków”. Gardzi nimi, bo to „komuniści i złodzieje”. Program PiS dla lewicowych Wyborców to „raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”.
PiS uważa Polskę Ludową za „państwo, które nie istniało”, a ludzi zasłużonych dla Polski Ludowej, wyborców lewicy za „płatnych zdrajców, pachołków Rosji”.
PiS to partia kanibali politycznych. Doświadczyli tego poprzedni koalicjanci pana prezesa Kaczyńskiego. Przypomnijcie sobie losy Samoobrony i Ligii Polskich Rodzin.
W wyborach samorządowych na czwartych pozycjach list komitetów wyborczych „SLD – Lewica Razem” znajdziecie reprezentantów ruchu „Nie zasłużyliśmy”. Przedstawicieli służb mundurowych, którym mściwy PiS odebrał prawa emerytalne. Czy oni i ich wyborcy zgodzą się na koalicję z PiS?
Z koalicją jest jak z tangiem, aby zatańczyć trzeba dwojga.
Dlatego kiedy usłyszycie gównianą informację, że SLD gotowe jest do koalicji z PiS, to zapytajcie:

 

Czy PiS wejdzie w koalicję z SLD?

Czy wejdą w koalicję z „czerwoną hołotą”?
Czy wejdą w koalicję z ruchem „Nie zasłużyliśmy” ?
I wreszcie zapytam może nieskromnie, ale symbolicznie:
Zatem pamiętajcie lewicowi wyborcy. Wybory za miesiąc. Będziecie mieli do wyboru wielu kandydatów deklarujących się jako lewicowi. Znanych wam.
Na warszawskim Ursynowie i na Wilanowie będziecie mieli wybór chociażby między Piotrem Guziałem, który już złożył hołd kandydatowi PiS, a Piotrem Gadzinowskim, któremu PiS nigdy nie złoży propozycji wiceprezydenckiej posady w ratuszu miasta.
Jeśli chcecie mieć stuprocentową gwarancję, że SLD nie będzie koalicjantem PiS głosujcie na tych kandydatów, których PiS nigdy nie zaakceptuje.
Nie przełknie ich i nie strawi ich potem.

 

PS. Jak już informowały media kandyduję do Rady Miasta Warszawy z Ursynowa i Wilanowa.

35 procent

O polityczkach politycy przypominają sobie przez każdymi kolejnymi wyborami. Układając listy wyborcze.

 

Parytet płci na listach wyborczych wprowadzono przed wyborami parlamentarnymi w 2011 roku. Na każdej zarejestrowanej liście musi się znaleźć co najmniej 35 procent kandydatek i kandydatów – reprezentujących każdą z płci. Od czasu wprowadzenia parytetu płci już dwa razy głosowaliśmy w wyborach parlamentarnych, raz w europejskich i też raz w wyborach samorządowych.
Za parę tygodni drugie wybory samorządowe, w których będzie obowiązywał parytet płci. Czy okaże się sukcesem polityczek? Czy jedynie formalnym zapisem, zmuszającym partie i komitety do „upychania” na listach wyborczych żon, matek i ciotek polityków?

 

100 lat

W tym roku obchodzimy okrągłą rocznicę. Stulecie przyznania praw wyborczych kobietom. Polska znalazła się w pierwszej dwudziestce państw świata przyznających prawa wyborcze swoim obywatelkom. Ale nie fetowałbym tej rocznicy szczególnie hucznie. Bo uzmysławia równocześnie, jaka była pozycja kobiet w społeczeństwie przez pozostałe niemal 1000 lat polskiej państwowości. Zresztą nie tylko polskiej.
Często przywołujemy przykład dalekiej Brunei. W której kobiety do dzisiaj nie mają żadnych praw politycznych. A zapominamy o znacznie bliższej nam Szwajcarii. Gdzie kobiety w wieku naszych matek i babć też nie miały praw wyborczych. Szwajcarki uzyskały prawa wyborcze w 1971 roku, a w jednym z kantonów dopiero w 1990 roku!
Mimo setnej rocznicy przyznania Polkom praw wyborczych, nie można zapominać, że sporo wody w Wiśle upłynęło zanim w składzie obecnego Sejmu znalazła się ponad jedna czwarta kobiet. W pierwszych wyborach w 1919 roku na 348 mandatów kobiety wywalczyły ich zaledwie 5.

 

Polityczki

Jestem zdania, że wprowadzenie parytetu płci stało się w pewnym momencie koniecznością. Szkoda, że tak późno. I szkoda, że nie może ich na swoim koncie zapisać rząd lewicy. Zapobiegłoby to sytuacji, którą spotkałem na którejś z dolnośląskich list SLD sprzed dziesięciu lat. Kilkanaście nazwisk i… sami faceci. Co do sztuki.
Na pierwszy rzut oka dzisiaj na Dolnym Śląsku nie jest najgorzej. Wśród trojga prezydentów miast związanych z lewicą jest Beata Moskal-Słaniewska – prezydentka Świdnicy. Wśród czterech burmistrzów wywodzących się z lewicy jest Dorota Pawnuk – burmistrz Strzelina. Ale jak się przyjrzeć bliżej, widać, że w samorządach żeńska reprezentacja lewicy nadal jest bardzo skromna.
Równie skromna jest reprezentacja kobiet w gremiach zarządzających biznesem. Ale o tym za chwilę.

 

Rzeczpospolita facetów

Zupełnie nie radzili sobie z parytetami politycy II Rzeczpospolitej. Urzędujący w latach 1972-1976 gabinet premiera Piotra Jaroszewicza liczył aż 46 ministrów. Wśród tak licznego gremium nie znalazło się miejsce dla żadnej kobiety. Powiecie: to były inne czasy. To przyjrzyjmy się ostatniemu rządowi Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.
W gabinecie premiera Mieczysława Rakowskiego było przestronniej. Gabinet tworzyło, prócz premiera, już tylko 25 ministrów. A kobiet w nim było? Jedna. Izabela Płaneta-Małecka – pełniąca funkcję minister zdrowia i opieki społecznej.
Zresztą tradycję jednoosobowej reprezentacji kobiet przejęła również lewica lat dziewięćdziesiątych. Koalicyjnym rządem Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Polskiego Stronnictwa Ludowego kierował Waldemar Pawlak. Tradycyjnie złożonym niemal z samych facetów. Jedyną polityczką była Barbara Blida, minister gospodarki przestrzennej i budownictwa.
Coś drgnęło za czasów rządu Leszka Millera. Udział kobiet w drugim rządzie lewicy wzrósł trzykrotnie. Statystyka budująca, ale oznacza tylko tyle, że wśród 30 ministrów znalazło się miejsce dla trzech kobiet. Krystyna Łybacka – minister edukacji narodowej i sportu, Barbara Piwnik – minister sprawiedliwości oraz Danuta Hübner – minister bez teki. W 90 procentach nadal była to Rzeczpospolita facetów.

 

Prezeska

Prezesi spółek giełdowych mogą powoli zacząć sprzątać swoje biurka. Unijna dyrektywa w sprawie poprawy równowagi płci wśród dyrektorów niewykonawczych spółek giełdowych daje im czas tylko do roku 2020. Później we wszystkich spółkach publicznych zatrudniających ponad 250 pracowników i mających obroty przekraczające 50 mln euro ma obowiązywać 40 proc. parytet na stanowiskach dyrektorów niewykonawczych.
Zapowiada się na rewolucję. Autorzy dyrektywy napisali w uzasadnieniu, że aktualnie udział kobiet w gremiach kierowniczych największych europejskich spółek giełdowych kształtuje się na poziomie 15 procent. Ciekawe jak na tę personalną rewolucję zareagują akcjonariusze. Czy europejskie giełdy czeka w najbliższych latach hossa? Czy bessa?
Polskie firmy giełdowe w kwestii parytetów wyglądają podobnie jak przytoczone powyżej składy polskich rządów. Czyli gorzej niż źle. W latach 2005-2009 przebadano 389 spółek notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, łącznie przeprowadzając 1524 rocznych obserwacji. Okazało się, że w 74 proc. przypadków w zarządach spółek nie było żadnej kobiety. Jeśli chodzi o rady nadzorcze, żadnej kobiety nie było w połowie rad przebadanych firm. Czyli nadal jesteśmy daleko za… Norwegami.

 

Norwegia jest kobietą

W Norwegii już w 2004 wprowadzono prawo gwarantujące 40 procentowy udział w radach nadzorczych każdej z płci. Zapisy ustawy były niezwykle restrykcyjne. Spółce, która w ciągu dwóch lat nie dostosowała składu swoich rad nadzorczych do nowych wymogów groziła likwidacja.
Nie sprawdziły się pierwotne obawy części społeczeństwa, że ta wprowadzana nieco „siłowo” feminizacja rad nadzorczych zaburzy funkcjonowanie gospodarki. Po latach okazało się, że poziom wykształcenia składów norweskich rad nadzorczych poprawił się, a średnia wieku obniżyła się. Dzisiaj w radach nadzorczych norweskich spółek zasiada ponad 40 procent pań. I wszyscy uważają to za zupełnie oczywiste. Ale… nie ma róży bez kolców.
Norweskie starania o zwiększenie udziału kobiet w zarządzaniu firmami zakończyły się fiaskiem, jeśli chodzi o składy zarządów i funkcje menedżerskie. A więc stanowiska mające kluczowy wpływ na zarządzanie firmą nadal w zdecydowanej większości obsadzane są przez mężczyzn. Nawet w Norwegii.

 

Czas

Odpowiedź na pytanie, dlaczego norweskie starania o feminizację gremiów zarządzających firm zakończyły się jedynie połowicznym sukcesem, znajdujemy w przytoczonych badaniach polskich spółek giełdowych. Jak napisał prezentujący te badania Michał Romanowski z Biura Analiz Sejmowych: „dostrzeżono negatywny wpływ na powoływanie kobiet do zarządów i rad nad­zorczych spółek giełdowych udziału w ich akcjonariacie inwestorów finanso­wych”. Co to oznacza? Że inwestorzy finansowi, będący z reguły największymi i najważniejszymi graczami giełdowymi, mniej chętnie decydują o zakupie akcji firm, w których na czołowych miejscach w zarządach i radach nadzorczych znajdują kobiety.
Michał Romanowski tłumaczy niechęć do zakupu akcji firm kierowanych przez kobiety bardzo prosto. W funduszach polityką inwestycyjną zajmują się niemal wyłącznie mężczyźni. Jak to zmienić? Wprowadzić kolejną dyrektywę, która wymusi, by zarządzaniem funduszami inwestycyjnymi w iluś tam procentach zajmowały się kobiety? Moim zdaniem, to droga donikąd.

 

Potrzeba czasu

W wielu krajach europejskich uznano, że ważniejsza od rachunkowych uregulowań dotyczących parytetów jest społeczna świadomość. Zmiana społecznych ról kobiet i mężczyzn (tak znienawidzone przez prawicę słowo gender) następuje stopniowo. Zadaniem państwa (i lewicy w szczególności) jest ten proces wspomagać. Ale sensownie.

 

35 procent

Rzucanie haseł nie ma sensu. Przekonaliśmy się o tym już w czasach PRL-u. U jego zarania krajobraz polskich wsi pełen był plakatów: „kobiety na traktory”. I co? Po upływie ćwierćwiecza w gabinecie premiera nie znalazło się miejsce choćby dla jednej kobiety. A przecież nie tylko o traktory chodziło.
Środowiska feministyczne zachęcają do kolejnych kroków, jeśli chodzi o układ list wyborczych. Wprowadzenia 50-procentowego parytetu oraz tak zwanego „suwaka”. Suwak to układ list wyborczych, w którym kandydaci i kandydatki pojawiają się na listach wyborczych naprzemiennie.
Nie jestem fanem takich zmian. Moim zdaniem, obowiązujący wymóg zapewnienia 35 procentowej reprezentacji obu płci na dzisiaj jest rozwiązaniem optymalnym. Notabene, spotkałem też listę wyborczą, która zdominowana była przez kobiety. A 35 proc. parytet dotyczył mężczyzn.
Ważne, by z parytetu coś wynikało. W 2011 roku, podczas ostatnich wyborów, w których Sojusz Lewicy Demokratycznej wprowadził posłów do Sejmu, obowiązywał parytet płci na listach wyborczych. Na listach SLD startowało ponad 35 procent kandydatek na posłanki. Zaś w 27 osobowej reprezentacji parlamentarnej SLD znalazły się tylko trzy. Raptem z 35 procent zrobiło się 10. Lewica ma więc ważną lekcję do odrobienia. Zwłaszcza że po wyborach w 2015 roku w zdominowanym przez prawicę Sejmie zasiada 27 procent kobiet.

 

Parytet w urzędzie

Rada Dolnośląska SLD przyjęła uchwałę zobowiązującą tworzących listy wyborcze do sejmiku województwa do zapewnienia parytetu płci na dwóch pierwszych, z reguły najważniejszych miejscach na liście. To krok w dobrym kierunku. Zapobiegający sytuacji, iż zachowując 35-procentowy parytet, tak zwane „biorące” miejsca na liście obsadzą faceci.
Od lewicowych kandydatów (i kandydatek) na prezydentów miast, burmistrzów i wójtów, startujących w najbliższych wyborach, oczekiwałbym więcej. Jeśli wygrają, staną się pracodawcami. Decydującymi bezpośrednio lub pośrednio o obsadzie licznych urzędów i spółek samorządowych. Chciałbym, by już teraz przyrzekli wyborcom, że będą kierowali się zasadami parytetu płci. Że bez żadnej dyrektywy unijnej, bez żadnej specustawy, doprowadzą do tego, że ich urzędami będą kierowali w równym stopniu mężczyźni, jak i kobiety.
To byłby rzeczywisty wkład lewicowych polityków i polityczek w likwidację „Rzeczpospolitej facetów”.

Kobiety, partie Was potrzebują!

Kongres Kobiet w manifeście zachęcił kobiety by startowały w wyborach samorządowych.

 

Z jakich list miałyby startować? Nie napisano. Poniekąd można to zrozumieć, bo w tych wyborach sporo jest, obok list partyjnych, lokalnych komitetów wyborczych. Zarazem ruchy kobiece, jak wyczytałem w materiałach, są ponadpartyjne, ale nie apolityczne. I tu pojawia się problem. W wyborach parlamentarnych, tych najważniejszych dla uchwalania praw kobiet, startują tylko partie polityczne. Jak to pogodzić z głoszoną ponadpartyjnością? Jak kobiety powinny znaleźć się na tych listach recepty nie ma.
Z licznych wypowiedzi prominentnych działaczek wynika, że to partie powinny zabiegać o kobiety i najlepiej dać im pierwsze miejsca na listach. Tymczasem partie to organizacje, które nad strategiami wyborczymi pracują od wyborów do wyborów. Przymierzają ludzi do list i miejsc na nich. W partiach uciera się przywództwo partyjne. Liderzy oceniają, która kandydatka czy kandydat ma szanse zdobyć 100 tys. głosów, a kto nie. Ten lepszy zostaje liderem listy. Płeć nie ma żadnego znaczenia. Oczywiście partie poszukują kandydatek i kandydatów na listy spoza partii. Kandydatki, spoza partii chciałyby być od razu liderkami list. Takimi mogą być nieliczne z uznanym dorobkiem społecznym czy zawodowym. Taką osobą, ale tylko trochę pozapartyjną, była np. prof. Chybicka na listach PO we Wrocławiu. Panie, które decydowały się na start ad hoc, siłą rzeczy, nie były i nie będą lokowane na czołowych miejscach. To obrażało ich godność. Jednak zazwyczaj w wyborach wpisywały się w średnią ilość głosów zdobywanych na takich miejscach. Gdyby były wybitne przebiłyby głosami tych wyżej ulokowanych na listach. Skoro miejsca były marne, a wyniki też takie sobie następowało obrażenie się na rzeczywistość. Zawsze pierwsze wybory są sprawdzianem popularności głoszonego programu, mobilności wyborczej i popularności kandydatki czy kandydata. Są pierwsze wybory także lekcją sztuki wybierania się.
Jednak drogą najprostszą jest aktywność partyjna, która nie przeszkadza w udzielaniu się w ruchach kobiecych. Prawie wszystkie posłanki w obecnym parlamencie mają życiorysy partyjne i polityczne. A to oznacza, że ta droga do obecności pan w polityce jest najpewniejsza.
Kobiet nie ma na zdjęciach oficjeli partyjnych, bo nie ma ich w partiach. Jeżeli na 10 mężczyzn zapisujących się do partii przypada jedna kobieta i nic się pod tym względem nie zmieni to nadal mężczyźni będą dominować w polityce, a kobiety będą narzekać, że ich prawa są zamiatane pod dywan.
Dlatego oczekuję, że organizacje kobiece dadzą jasny sygnał, że obecność kobiet w partiach jest największą gwarancją dbania o prawa kobiet w naszym życiu. Narzekanie, że mężczyźni tępią kobiety w polityce jest nieprawdziwe. Swego czasu kandydatką SLD na prezydenta Wrocławia była kobieta. Była ona także dwukrotnie liderką naszych list do europarlamentu. Potem zdradziła SLD. To dowodzi, że w polityce do świństw nie są skłonni tylko mężczyźni. Jeżeli kobiety chcą rządzić w polityce muszą wstępować do partii politycznych i tam walczyć o swoje pozycje. Przecież są pracowite, zdolne i wykształcone. Jeżeli progresywne środowiska kobiece tego nie zrozumieją, nadal będą narzekać mieć i pretensje do patriarchalnych partii politycznych.
Takim klasycznym przykładem jest Barbara Nowacka, kobieta popularna w polityce i bardzo promowana przez liberalne media, ale ciągle narzekająca na partie. Czy to jakoś się przekłada się na jej pozycję w polityce. Powiedziałbym, tak sobie. Bez zaplecza partyjnego nic nie ugra. Nawet popularne, ale pojedyncze panie w polityce niewiele znaczą. Autorytet moralny w polityce to trochę za mało, by być skutecznym w stanowieniu prawa. Oczywiście każda partia ma swoje regulaminy, ograniczenia i to nie wszystkim odpowiada. Wtedy zawsze można stworzyć własną partię i np. wygrać wybory. Tak uczynił Ryszard Petru, wcześniej Janusz Palikot. Były i są to jednak twory dość nietrwałe, choć ciekawe. Polityka i działalność partyjna to gra wielosezonowa i nie dająca gwarancji sukcesu. O tym też trzeba pamiętać, ale panie są bardziej cierpliwe od panów więc o wynik końcowy jestem spokojny. Najpierw trzeba się jednak do partii, zapisać. To tak jak z totolotkiem, aby mieć szansę na wygraną najpierw trzeba wypełnić kupon.