Krúdy Gyula odkrywany

Gęsta proza

Jak na prawdziwego „stachanowca” literatury węgierskiej (ponad siedemdziesiąt powieści!) Guyla Krúdy (1878-1933) właściwie nie ma w Polsce „nazwiska”, a już w porównaniu z recepcją prozy takiego Sándora Márai jest niemal anonimowy. I choć przecież to jeden z najwybitniejszych pisarzy kraju Madziarów, to poza powieścią „Sindbad wraca do domu” bardzo niewiele z Krudy’ego polszczyźnie przyswojono. „Miasto uśpionych kobiet” jest zbiorem jego opowiadań głównie z lat dwudziestych XX wieku, zbiorem dającym bardzo dobre wyobrażenie o zróżnicowanych cechach stylistycznych jego prozy. W nocie odredakcyjnej porównany został do Prousta, Kafki, do naszego Bruno Schulza i nie są to skojarzenia nietrafne, choć ja bym dodał do tego także Josepha Rotha, Marcela Schwoba, a co do współczesnych prozaików, nie sposób uniknąć skojarzeń choćby z Bohumilem Hrabalem czy Alejo Carpentierem. Przymiotnik „gęsta” w stosunku do prozy jest określeniem od dawna już zbanalizowanym, ale trudno go uniknąć. Podobnych paranteli można by wskazać więcej. Uderza proza Krúdy’ego swoją mięsistością, zmysłowością, obrazowością, szczodrością obrazu świata przedstawionego, naocznością niemal teatralną, pełna jest zachwytu nad fenomenem życia, nasycona też nieco perwersyjnym erotyzmem, połączonym z fascynacją śmiercią. W opowiadaniu „Ostatnie cygaro w gospodzie pod Karym Arabem” oczekujący na pojedynek (a jak się okaże w puencie, także na śmierć) oficer oddaje się rozkoszom użycia, głównie kulinarnego. Motywów kulinarnych jest zresztą w opowiadaniach Krúdy’ego – nomen omen – obfitość. Można by powiedzieć, że je przepełniają, a drobiazgowe, miłosne niemal wyliczenia potraw przywołują ślinkę na język czytającego, „kulinarium” pojawia się nawet w tytule jednego z opowiadań („Prolog do porcyjki gulaszu”). Nieprzypadkowo Krú y był bon vivantem, królem życia, konsumentem potraw i trunków, kobieciarzem, notorycznym bywalcem kawiarni, restauracji i kabaretów. W jego prozie zmysłowy realizm miesza się z liryzmem i oniryzmem, z elementami poetyki absurdu i surrealizmu, a to wszystko w sumie tworzy niezwykle barwny obraz Budapesztu początku wieku XX i jego lat dwudziestych. Proza Krúdy’ego ma w sobie to, co jest znakiem firmowym prozy literackiej w tej części Europy, prozy węgierskiej i czeskiej, a co w prozie polskiej, tak często oddanej „imponderabiliom” i „wartościom”, skłonnej do „abstrakcyj”, występuje bardzo rzadko – miłość do zmysłowego świata, przywiązanie do jego piękna, pławienie się w nim, uleganie czerpanym z życia przyjemnościom, instynktowny hedonizm, biologizm akcentami naturalizmu. To wszystko jest podawane przez pisarza hojnie, obficie, bez ascezy. Każde z opowiadań zbioru „Miasto uśpionych kobiet” zawiera jakąś „fabułę” lub jakiś koncept, ale nie one stanowią o jej wartości, lecz ta szczodra, wybujała, zmysłowa, „barokowa” gęstość świata przedstawionego i to ona decyduje o przyjemności – zmysłowej – tej lektury.

Gyula Krúdy – „Miasto uśpionych kobiet”, przekł. Elżbieta Cygielska i Teresa Worowska, posłowie Elżbieta Cygielska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str. 341, ISBN 978-83-06-03569-8.

Znów ten wspaniały Węgier

Czwarta odsłona geniusza

Cóż właściwie mógłbym dodać do tego, co już napisałem w omówieniach trzech poprzednich tomów dzienników Sándora Márai (1900-1989)? Ponownie wyrazić swój niezmienny dla nich podziw i potwierdzić przekonanie, że to najwybitniejsze dzienniki w obrębie tego gatunku? Potwierdzić niezmienne odczucie, że każde niemal zdanie tych dzienników, to perła stylu, artyzmu literackiego i intelektu? Że te dzienniki, to gejzery erudycji, oczytania, finezji? Że stanowią wyraz niebywale wszechstronnej i przenikliwej refleksji nad życiem, światem (poznawanym także w podróżach), polityką, sztuką, i że choć odkrywają także umysł i duszę samego autora, nie ma w nich pustego solipsyzmu i egotyzmu? Że to sama rozkosz czytania, choć to rozkosz odrobinę nieładna, bo rozkwitła na lekturze o życiu gorzkim i trudnym człowieka nieprzeciętnie wrażliwego, życiu zakończonym tragicznie samobójczą śmiercią?
Niebawem upłynie 30 lat (1989) od momentu, gdy sięgnąłem po wydany wtedy tom z wyborem fragmentów dzienników Węgra. I dziwnym zbiegiem okoliczności, kilka miesięcy, a może nawet kilka tygodni później, nadeszła wiadomość o jego śmierci. Zazwyczaj, aby podkreślić wielkość jego dzienników, nieco chłodniej oceniam jego skądinąd wybitną prozę powieściową. Właśnie dla efektu kontrastu.
Pani Teresie Worowskiej, która dokonała wielkiego dzieła przekładu tych dzienników, opatrzyła je we wstęp, posłowie i bardzo cenne przypisy kłaniam się z wielkim uznaniem, uszanowaniem i podziękowaniem, bo szansy na ich lekturę w języku węgierskim nigdy bym nie miał.

Sándor Márai – „Dziennik 1967-1976”, wybór, przekład, opracowanie i posłowie Teresy Worowskiej, „Czytelnik”, Warszawa 2019, str. 438, ISBN 978-83-07-03448-5.