Niezwykły fenomen zwykłości

Świat zwykłych bohaterów

„Niezwykły świat zwykłych ludzi” – tak zatytułowała swoje posłowie do tomu opowiadań Dezső Kosztolányi (1885-1936) Teresa Worowska, zasłużona znawczyni i tłumaczka literatury węgierskiej (m.in. wspaniałych dzienników Márai ’a). Tytułowe sformułowanie nie jest bynajmniej tylko efektowną frazą. Jednym z najtrudniejszych zadań sztuki (w tym literatury) jest pokazanie materii, jaką tworzy świat zwykły i banalny, świat naszej codzienności i znalezienie dla jego opisania właściwej, adekwatnej artystycznej, estetycznej formy. Interesujące pokazanie zwykłego człowieka – to znacznie trudniejsze niż ukazywanie niezwykłości, która jest często „samograjem”. Wielki był Homer, wielki Szekspir, wielki Goethe, wielcy wszyscy szumni poeci, którzy pokazywali wielkie sprawy, wielkie uczucia, wielkie myśli i wielkie postacie, ale czy z ich talentami nie było im łatwiej niż cichym pracownikom literatury, tym którzy pochylają się nad szarością egzystencji? Nadzwyczajni bohaterowie i nadzwyczajne sprawy same zalecają się swoją barwnością. Ale jak w sposób fascynujący pokazać szare życie szarych ludzi? Dezső Kosztolányi należy do mistrzów w tej literackiej domenie. Pokazał świat zwykłych Węgrów w sposób tak frapujący, jakby pisał o wielkich bohaterach i ich barwnych przygodach. Jego opowiadania to mikro-studia banalnych zdarzeń, zwykłych sytuacji, pospolitych ludzi, ale to wszystko pod wyrafinowanym piórem Kosztolányi nabrało niezwykłego kształtu i barw. Teresa Worowska w swoim posłowiu ujęła to tak: „ Z drobnych spostrzeżeń wysnuwa on głębokie refleksje, a prawdziwe tragedie zagęszcza w codzienne, opowiedziane lekkim, czystym, jasnym stylem historie. Zabiegani, zajęci swoimi powszednimi obowiązkami bohaterowie niczego nie podejrzewają, gdy nagle otwiera im się pod stopami głębia, mała prywatna otchłań, w której widzą samych siebie innymi, nieoczekiwanymi i która ukazuje złożoność i nierozwiązywalność najzwyklejszych spraw. Uświadamiamy sobie, że wszystkim nam dana jest możność doznawania całego bogactwa przeżyć, że nie potrzeba nadzwyczajnych wydarzeń czy przygód, byśmy mogli poznać pełną skalę uczuć, wrażeń, refleksji, którą przynosi pozorna nijakość dnia powszedniego…”. Pierwszy z dominujących w prozie Kosztolányi motywów, to „kłamstwo nasze codzienne”, żywioł kłamstwa, fałszerstwa, półprawdy, samooszustwa, gry, przeinaczeń, jako jeden z najsilniejszych fenomenów obecnych w ludzkiej naturze, w życiu społecznym i prywatnym. Drugi, to fenomen prowincji: „Prowincja to ziemia cudów. (…) Tam, gdzie nic się nie dzieje, gdzie jest tylko wino, karty i głęboki, najgłębszy smutek, życie duchowe intensyfikuje się, ale nie ujawnia, i staje się coraz bardziej głębokie, gęste, esencjonalne, dziwne” – pisał Kosztolányi. Trzecim wreszcie silnym motywem w prozie Kosztolányi jest śmierć. „Właściwe zawsze interesowała mnie tylko jedna rzecz: śmierć. I nic innego” – napisał. O wszystkim tym pisał Kosztolányi w właściwym sobie lekkim, zniuansowanym stylem naznaczonym przewrotnością, ironią, m.in. poprzez swoją porte-parole, postać Estiego. Sándor Márai jego opowiadanie „Chiński wazon” nazwał arcydziełem. Tom opowiadań Dezső Tom opowiadań Kosztolányi, tego „znawcy ukrytych zakątków ludzkiej duszy” to wspaniała esencjonalna lektura.

Dezső Kosztolányi – „Dom kłamczuchów”, przekład i posłowie Teresa Worowska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str. 404, ISBN 978-83-66272-68-2

Niedzielny kronikarz

Sándor Márai nie zawodzi w żadnej formie pisarskiej.

Znakomita jest jego proza, znakomitsze jeszcze moim zdaniem jego wielkie dzienniki, a okazuje się też, że był wyborny jako felietonista. „Kronika niedzielna” obejmuje jego felietony z lat 1936-1943, pisane dla budapeszteńskiego dziennika „Pesti Hirlap”. I jak to felietony, poświęcone są tematom najrozmaitszym, od „Sasa do Lasa”, oczywiście w najlepszym tego określenia sensie.
W wymiarze tematycznym są one w dużej części poświęcone historii wtedy się w Europie i świecie dokonującej. Głos Márai, to głos węgierskiego artysty i inteligenta zatroskanego o losy jego ojczyzny i świata. Miejsce i okoliczności (dyktatura faszystowska, prohitlerowska admirała Miklosa Horthy) sprawiły zapewne, że Marai nie mógł ujawnić w sposób radykalny, otwarty swoich poglądów, ubierał je w sformułowania do przyjęcia przez cenzurę, nie mniej nie sposób mieć wątpliwości co do tego, co i jak naprawdę myślał. To, co najbardziej w tych tekstach uderza, to wręcz genialnie prekursorskie traktowanie problematyki Europy jako kulturowej wspólnoty. W owym czasie marszu autorytarnych i totalitarnych dyktatur przez Europę była to tematyka daleka od oczywistości. Dlatego akcentowanie duchowego dorobku Europy, transgranicznej i ponadczasowej jedności jej ideałów itd. czyni Márai’a jednym z duchowych proroków integracji europejskiej, na którą wtedy dalece jeszcze się nie zanosiło, chyba że w krwawej nazistowskiej wersji paneuropy Hitlera. Jednak akurat nie te felietony w których snuł historiozoficzne i geopolityczne rozważania – nawiasem mówiąc, na ogół dość odległe od klasycznej formuły felietonu prasowego – wydają mi się najatrakcyjniejszą warstwą lektury „Kronik niedzielnych”. Najlepszy Márai jest w tych felietonach, które odbiegają tematycznie od wielkiej polityki i historii. To Márai z „Baru kawowego” bystry obserwator życia, wysnuwający fascynujące wnioski i uogólnienia z materii codzienności. To Márai z „Zegara” snujący ciekawe rozważania o naturze czasu i jego upływu. To Márai piszący o stylu „Biedermeier, o „Polu golfowym”, o „Sklepie obuwniczym”.

Sándor Márai – „Kronika niedzielna”, przekł. Irena Makarewicz, Czytelnik, Warszawa 2019, str. 335, ISBN 978-83-07-03452-2

Krúdy Gyula odkrywany

Gęsta proza

Jak na prawdziwego „stachanowca” literatury węgierskiej (ponad siedemdziesiąt powieści!) Guyla Krúdy (1878-1933) właściwie nie ma w Polsce „nazwiska”, a już w porównaniu z recepcją prozy takiego Sándora Márai jest niemal anonimowy. I choć przecież to jeden z najwybitniejszych pisarzy kraju Madziarów, to poza powieścią „Sindbad wraca do domu” bardzo niewiele z Krudy’ego polszczyźnie przyswojono. „Miasto uśpionych kobiet” jest zbiorem jego opowiadań głównie z lat dwudziestych XX wieku, zbiorem dającym bardzo dobre wyobrażenie o zróżnicowanych cechach stylistycznych jego prozy. W nocie odredakcyjnej porównany został do Prousta, Kafki, do naszego Bruno Schulza i nie są to skojarzenia nietrafne, choć ja bym dodał do tego także Josepha Rotha, Marcela Schwoba, a co do współczesnych prozaików, nie sposób uniknąć skojarzeń choćby z Bohumilem Hrabalem czy Alejo Carpentierem. Przymiotnik „gęsta” w stosunku do prozy jest określeniem od dawna już zbanalizowanym, ale trudno go uniknąć. Podobnych paranteli można by wskazać więcej. Uderza proza Krúdy’ego swoją mięsistością, zmysłowością, obrazowością, szczodrością obrazu świata przedstawionego, naocznością niemal teatralną, pełna jest zachwytu nad fenomenem życia, nasycona też nieco perwersyjnym erotyzmem, połączonym z fascynacją śmiercią. W opowiadaniu „Ostatnie cygaro w gospodzie pod Karym Arabem” oczekujący na pojedynek (a jak się okaże w puencie, także na śmierć) oficer oddaje się rozkoszom użycia, głównie kulinarnego. Motywów kulinarnych jest zresztą w opowiadaniach Krúdy’ego – nomen omen – obfitość. Można by powiedzieć, że je przepełniają, a drobiazgowe, miłosne niemal wyliczenia potraw przywołują ślinkę na język czytającego, „kulinarium” pojawia się nawet w tytule jednego z opowiadań („Prolog do porcyjki gulaszu”). Nieprzypadkowo Krú y był bon vivantem, królem życia, konsumentem potraw i trunków, kobieciarzem, notorycznym bywalcem kawiarni, restauracji i kabaretów. W jego prozie zmysłowy realizm miesza się z liryzmem i oniryzmem, z elementami poetyki absurdu i surrealizmu, a to wszystko w sumie tworzy niezwykle barwny obraz Budapesztu początku wieku XX i jego lat dwudziestych. Proza Krúdy’ego ma w sobie to, co jest znakiem firmowym prozy literackiej w tej części Europy, prozy węgierskiej i czeskiej, a co w prozie polskiej, tak często oddanej „imponderabiliom” i „wartościom”, skłonnej do „abstrakcyj”, występuje bardzo rzadko – miłość do zmysłowego świata, przywiązanie do jego piękna, pławienie się w nim, uleganie czerpanym z życia przyjemnościom, instynktowny hedonizm, biologizm akcentami naturalizmu. To wszystko jest podawane przez pisarza hojnie, obficie, bez ascezy. Każde z opowiadań zbioru „Miasto uśpionych kobiet” zawiera jakąś „fabułę” lub jakiś koncept, ale nie one stanowią o jej wartości, lecz ta szczodra, wybujała, zmysłowa, „barokowa” gęstość świata przedstawionego i to ona decyduje o przyjemności – zmysłowej – tej lektury.

Gyula Krúdy – „Miasto uśpionych kobiet”, przekł. Elżbieta Cygielska i Teresa Worowska, posłowie Elżbieta Cygielska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2019, str. 341, ISBN 978-83-06-03569-8.

Znów ten wspaniały Węgier

Czwarta odsłona geniusza

Cóż właściwie mógłbym dodać do tego, co już napisałem w omówieniach trzech poprzednich tomów dzienników Sándora Márai (1900-1989)? Ponownie wyrazić swój niezmienny dla nich podziw i potwierdzić przekonanie, że to najwybitniejsze dzienniki w obrębie tego gatunku? Potwierdzić niezmienne odczucie, że każde niemal zdanie tych dzienników, to perła stylu, artyzmu literackiego i intelektu? Że te dzienniki, to gejzery erudycji, oczytania, finezji? Że stanowią wyraz niebywale wszechstronnej i przenikliwej refleksji nad życiem, światem (poznawanym także w podróżach), polityką, sztuką, i że choć odkrywają także umysł i duszę samego autora, nie ma w nich pustego solipsyzmu i egotyzmu? Że to sama rozkosz czytania, choć to rozkosz odrobinę nieładna, bo rozkwitła na lekturze o życiu gorzkim i trudnym człowieka nieprzeciętnie wrażliwego, życiu zakończonym tragicznie samobójczą śmiercią?
Niebawem upłynie 30 lat (1989) od momentu, gdy sięgnąłem po wydany wtedy tom z wyborem fragmentów dzienników Węgra. I dziwnym zbiegiem okoliczności, kilka miesięcy, a może nawet kilka tygodni później, nadeszła wiadomość o jego śmierci. Zazwyczaj, aby podkreślić wielkość jego dzienników, nieco chłodniej oceniam jego skądinąd wybitną prozę powieściową. Właśnie dla efektu kontrastu.
Pani Teresie Worowskiej, która dokonała wielkiego dzieła przekładu tych dzienników, opatrzyła je we wstęp, posłowie i bardzo cenne przypisy kłaniam się z wielkim uznaniem, uszanowaniem i podziękowaniem, bo szansy na ich lekturę w języku węgierskim nigdy bym nie miał.

Sándor Márai – „Dziennik 1967-1976”, wybór, przekład, opracowanie i posłowie Teresy Worowskiej, „Czytelnik”, Warszawa 2019, str. 438, ISBN 978-83-07-03448-5.