Bigos tygodniowy

Rząd PiS zerwał de facto współpracę z UE w ramach programu „Czyste powietrze”. „Kopciuchy”, nawet jeśli będą znikać, to w tak powolnym tempie, że zdążą nas wytruć jak muchy. Polska natomiast straci fundusze. PiS dla utrzymania władzy gotów jest nas jak muchy poświęcić na ołtarzu. Podobnie jak przy „kopciuchach”, także przy węglu mać trwamy, pardon, trwać mamy. Ucieszyła się z tego górnicza „Solidarność”, jedna z najgorszych zakał tego kraju.

*****

Pod kryptonimem „repolonizacji mediów” kryje się to, co można sobie wyobrazić, że się zdarzy w przypadku, gdyby PiS ponownie zdobył niepodzielną władzę, co zresztą jest niestety wielce prawdopodobne. To czego doświadczaliśmy przez minione cztery bez mała lata, okaże się „mały piwem” w porównaniu z łaźnią, jaką PiS urządzi wtedy nam, jego oponentom. I rzecz nie w jakimś wściekłym radykalizmie PiS, ale w tym, że po tym co nabroili i wobec perspektyw konsekwencji prawnych, w tym karnych, jakie im zagrażają, mogą już tylko palić za sobą mosty.

*****

Wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej PiS przyjęło z dobrą miną znamionującą lekceważenie (Ryszard Terlecki: „Wszystko w porządku”), ale to jednak będzie dla nich, w dłuższej perspektywie, poważny kłopot.

*****
Wyrok tzw. Trybunału Konstytucyjnego idący w sukurs n.p. tym, którzy w imię niechęci do LGBT odmawiają (jak w znanej sprawie drukarza, nie mylić z kornikiem) i będą odmawiać usług organizacjom elgebetowskim, może otworzyć „puszkę z Pandorą” czyli falę wzajemnych odmów ideologicznych w sferze handlu i usług. Przypomnę lekarza z Rumii, którzy zadeklarował, że nie będzie leczył pisiorów i handlowców, którzy – podobno – wypraszali ze sklepu panią Ogórek. Co do mnie, to jestem głęboko przekonany, że kwestie ideologiczne nie powinny mieć wstępu do zasad handlowych. Drukarz homofob powinien mieć psi obowiązek drukowania (oczywiście za pieniądze) ulotek LGBT, a krawiec szyjący sutanny czy ornaty, powinien je szyć bez szemrania, nawet jeśli jest antyklerykałem i czytelnikiem „Nie”.

*****
Niektórzy mawiają, że w wymiarze polityki społecznej PiS to czysta lewica. Nic podobnego. W sprawie 500 plus PiS poszło dokładnie w przeciwnym kierunku niż sugerowała to lewica socjalna właśnie. Ta bowiem proponowała wprowadzenie progu dochodowego, skierowanie strumienia pieniędzy do warstw najuboższych, do ludzi naprawdę potrzebujących. PiS właśnie skierował pieniądze bez progu dochodowego nawet na pierwsze dziecko. Czyli jeśli w bajecznie bogatej rodzinie polskich miliarderów narodzi się pierwszy dziedzic fortuny, to na niego także, na konto któregoś z rodziców, wpłynie owe 500 złotych.

*****
Nie byłbym człowiekiem lewicy, gdybym nie opowiadał się po stronie ludzi najbardziej upośledzonych społecznie. Jednak moje oświeceniowe wektory wewnętrzne mówią, że tym ludziom trzeba pomagać podnieść się z nędzy i beznadziei, z zaniedbania, z lenistwa społecznego, obyczajowego, intelektualnego, a nie schlebiać ich słabościom głosząc kult przeciętności i nijakości, chwałę „zwykłych ludzi”. „Zwykłość” jest jednym ze stanów natury, nie ma w nim nic zawstydzającego, ale też nie należy czynić z niego cnoty godnej najwyższego uznania i wsparcia ze strony państwa. A PiS to właśnie robi, jednocześnie szczując z nienawiścią przeciw ludziom, którzy swoją pracą i talentami wybili się ponad mierność i którzy dzięki temu ciągną tę karawanę.

*****
PSL chlubi się 124-letnią historią istnienia. Jak na polskie zwłaszcza warunki – bardzo długą. Szkoda, że te 124 lata nie wystarczyły PSL-owi, pod żadnym kierownictwem i w żadnych okolicznościach historycznych, na wyrwanie się z postawy wiernopoddańczej wobec kleru oraz z uporczywego zerkania ku prawicy i reakcji społecznej. Ba, PSL, bywał okresami mniej reakcyjny i klerykalny niż dziś. PSL nie chce iść w koalicji z Biedroniem, który z kolei poszedł po rozum do głowy i chce się jednoczyć z blokiem anty-PiS.

*****
„Czołem panie ministrze” – tymi słowami mieli powitać współwięźniowie przybywającego do celi „Misia” Misiewicza. Nie od dziś wiadomo, że pobyt w kiciu wyostrza dowcip. Obecnie „Miś” chodzi już po wolności.

*****
Coś z „Misia”, ale tym razem nie Misiewicza, lecz Barei. Prokuratura z Chodzieży wzięła i zdobyła się na desperacką odwagę zażądania od kurii biskupiej dokumentacji w sprawie księdza-pedofila. Kuria odpowiedziała jak szatniarz z „Misia”: „Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi”. Kuria o tyle jednak była uprzejmiejsza od szatniarza, że raczyła poinformować prokuraturę, że płaszcz jest w Watykanie.

*****
Policja odwiedziła Skibę za to, że zeszłej jesieni wyraził się publicznie słowami: „Jebać PiS”. Policja powinna zrozumieć, że są ludzie, którzy w podobnie szorstki sposób wyrażają uczucia erotyczne i pragnienie zbliżenia płciowego.

****
Jan Pospieszalski poskarżył się w „Gazecie Polskiej” na parciany poziom bożocielnej procesji, w której brał udział. Wadliwe nagłośnienie, chrapliwe mikrofony, słychać było co drugie zdanie „kazającego” księdza. Do tego uczestnicy nieprzygotowani, znający w najlepszym razie tylko pierwszą zwrotkę każdej z bożocielnych pieśni. Nie to co w kościołach zachodnich, gdzie każdy uczestnik wyposażony jest w stosowny śpiewnik. Tam wiernych jak na lekarstwo, ale za to poziom usług rzetelny, a u nas, w tej masówce, powszechne partactwo, tumiwisizm, niedbalstwo, brakoróbstwo. Prasa, radio i telewizja w Polsce Ludowej też na to ciągle pomstowały.

*****
W Lublinie PiS czyli wojewoda Czarnek i pisowscy radni działają na rzecz zakazu Parady Równości w tym mieście. Czarnek to najbardziej zideologizowany z pisowskich wojewodów, osobnik o poglądach skrajnie reakcyjnych. Województwo leży odłogiem, a pan Czarnek zajmuje się krzewieniem na siłę „wartości chrześcijańskich”. Ma przez to proces z lokalnym LGBT. Panie Czarnek, kończ waść, wstydu oszczędź!

*****
W tymże Lublinie trochę przyglądałem się obchodom 450 rocznicy Unii Lubelskiej. Czysta popkultura, pozowanie, udawanie, przebieranki, śpiewanki, na ogół dość tandetne. Ani odrobiny o myśli politycznej, która tkwiła u podstaw historycznego aliansu. Ani też grama refleksji nad dzisiejszym stanem relacji polsko-litewskich, które są chłodne, na granicy wrogości. Zatem właściwie całe te obchody były nie na temat.

Jak Litwini pokochali bankiera

Ukraińcy zamiast „armii, języka i wiary” Petra Poroszenki wybrali wiarę w to, że Wołodymyr Zełenski wywróci do góry nogami cały oligarchiczny system. Obywatelki i obywatele Litwy gremialnie zagłosowali na byłego wiceprezesa banku, który skutecznie przekonywał, że jest… człowiekiem spoza establishmentu. Po raz drugi mieszkańcy wschodnioeuropejskiego państwa wystawiają druzgocącą ocenę dotychczasowej elicie rządzącej – i po raz drugi nieuchronnie czeka ich ogromne rozczarowanie.

Wynik drugiej tury wyborów na Litwie nie pozostawia wątpliwości: nieco ponad 65 proc. głosów oddano na niezależnego kandydata Gitanasa Nausėdę, nieco mniej niż 33 proc. na Ingridę Šimonytė, popieraną przez konserwatywno-narodowy sojusz Związku Ojczyzny-Litewskich Chrześcijańskich Demokratów.
Po stronie Nausėdy stanęły w drugiej turze tysiące głosujących, którzy w turze pierwszej rozdzielili się między różnych kandydatów obiecujących zmianę. Zwycięzca przejął elektorat premiera Sauliusa Skvernelisa ze Związku Zielonych i Rolników, który w pierwszej turze wywalczył 19 proc. i trzecie miejsce obietnicami transferów socjalnych, walki z szarą strefą i zatroszczenia się o tych, którzy wyszli najgorzej z transformacji lat 90, a potem ucierpieli w czasie kryzysu po r. 2008. Po kilka procent dołożyli mu zwolennicy socjaldemokraty Vytenisa Andriukaitisa oraz mniejszość polska, która poparła go niemalże jednogłośnie. Nie udało mu się sięgnąć tylko po jedną grupę – najlepiej na Litwie zarabiających, żyjących na najwyższym poziomie mieszkańców Wilna, Kowna i w mniejszym stopniu Kłajpedy. Ci w pierwszej turze dali przewagę Ingridzie Šimonytė i w turze drugiej również przy niej zostali. W stolicy Litwy na kandydatkę popieraną przez konserwatystów głosowało niemal 50 proc. wyborców. Oni nie czuli potrzeby zmian; gospodarczy liberalizm i proeuropejski kurs tworzą środowisko, w którym czują się świetnie. Reszta Litwinów i Litwinek o zmianę wołała wręcz desperacko.

Ziemia porzucona

Jeśli porównać społeczeństwa Unii Europejskiej pod względem nierówności dochodowych, okaże się, że bardziej rozwarstwione od litewskiego jest tylko jedno, bułgarskie. Co dziesiąty mieszkaniec Litwy nie ma w domu kanalizacji – tu gorzej wypadają tylko Rumunia i Bułgaria, a podobne wskaźniki ma sąsiednia Łotwa. I dla Łotyszy, i dla Litwinów ratunkiem pozostaje emigracja. Ziemie nad Niemnem, Bałtykiem i Wilią od 1990 r. opuściło na stałe ponad 700 tys. ludzi, wybierając w blisko połowie przypadków jako cel wyjazdu Wyspy Brytyjskie. Szczyt wyjazdów przypadł na kryzysowe lata 2009-2011; w ogólnym rozrachunku kraj stracił, wskutek ujemnego salda przyrostu naturalnego i migracji prawie 25 proc. populacji, z jaką wchodził w nowy okres niepodległości. W 2011 r. spis powszechny wykazał czarno na białym, że 3,6 mln mieszkańców Litwy to już przeszłość – w najlepszym razie pozostało ich mniej niż trzy miliony. Jeśli po 2014 r. trend ten został minimalnie złagodzony, to tylko dzięki migrantom z jeszcze biedniejszej Ukrainy.
By wyludnienie i opuszczenie litewskiej wsi zobaczyć na własne oczy, wystarczy wsiąść w Wilnie do autobusu – często nieproporcjonalnie do jakości usług drogiego – i wyruszyć w dowolnym kierunku. I z drogi na Kowno (zachód), i z trasy w kierunku kurortu w Druskiennikach (południe), i z wiodących na północ szos na Wiłkomierz i Ucianę roztaczają się te same widoki: puste pola, oddalone od siebie nawzajem miejscowości, puste domostwa, porzucone budynki gospodarcze, opuszczone szkoły z czasów „radzieckiej okupacji” albo nawet nowsze.
Nausėda przejechał wszystkie te szlaki: podczas kampanii wyborczej był w praktycznie wszystkich miastach i powiatach Litwy. Spotykał się z mieszkańcami, maksymalnie wykorzystując potencjał rozpoznawalności, jaki zebrał przez lata, występując regularnie w litewskiej telewizji w najrozmaitszych programach – od polityki i ekonomii po kuchnię. Nie zawahał się wyciągnąć ręki do mniejszości narodowych, spotykając się z litewskimi Polakami i Rosjanami. Wszystkim opowiadał o wyrównywaniu szans, o państwie, które pomaga, a nie zostawia na pastwę losu. – Państwo dobrobytu jest latarnią, do której musi zmierzać zgubiony i zmęczony okręt naszego kraju – oznajmił już pierwszego dnia, rozpoczynając starania o prezydenturę.

Prawica odgrzebuje równość

Na tym nie poprzestał: w toku kampanii zadeklarował m.in., że pociąga go niemiecki model społeczny, który poznał w trakcie studiów podyplomowych w Mannheim. Zapewniał, że i na Litwie chciałby zobaczyć, jak rząd negocjuje ze społeczeństwem, zawierane są układy zbiorowe, a związki zawodowe występują jako reprezentanci interesów różnych grup zawodowych. Brzmiało to jak piękna opowieść w kraju, gdzie już nie tylko lewicowe i równościowe ideały, jak i elementarna pracownicza samoorganizacja, w dużej mierze na własne życzenie partii i central związkowych, przeszły niemalże do historii. Dość powiedzieć, że wielki strajk nauczycieli w listopadzie-grudniu ubiegłego roku był pierwszym takim wydarzeniem od lat i totalnie zaskoczył całą litewską elitę polityczną. Nausėda i do niego pośrednio nawiązał, zobowiązując się, że jako prezydent weźmie pod osobistą kuratelę budzące duże emocje reformy służby zdrowia i systemu edukacji, będzie łagodził międzypartyjne spory i sprzyjał wypracowywaniu konstruktywnych rozwiązań.
Ingrida Šimonytė teoretycznie rozumiała, że starcie dwojga prawicowych kandydatów zamienia się w dyskusję o równości. Przyznawała, że obsesja na punkcie niskich podatków, które zapewnią powszechny dobrobyt przyciągając inwestorów, prowadziła na Litwie raczej do upadku usług publicznych, służby zdrowia, oświaty. Przekonywała, że nie jest zwolenniczką hasła „radź sobie sam”. Ostatecznie jednak liberałka pozostała liberałką: nie zdobyła się na słowo krytyki pod adresem podatku liniowego, jaki obowiązuje na Litwie, zwiększanie wydatków publicznych nazywała „rozwiązaniem na krótką metę”, a gdy obiecała dyskusję o „nowym kontrakcie społecznym” nie omieszkała dodać, że model skandynawski to oczywiście jakiś punkt odniesienia, ale ona ma wobec niego „liczne poważne wątpliwości”.

Dwie strony medalu

Litwinki i Litwini – poza tymi najlepiej sytuowanymi, o których wspomniano – tak bardzo oczekują zmian, że wynik drugiej tury okazał się w takiej sytuacji przesądzony. Jeśli coś zadziwia, to najwyżej fakt, jak łatwo udało się sprzedać kandydata z samego serca establishmentu jako osobę „z zewnątrz”. Dowodów na to, że Nausėda i Šimonytė to dwie strony tego samego medalu, jak celnie zauważył pokonany w pierwszej turze premier Skvernelis, było aż nadto.
Oboje studiowali na tym samym wydziale ekonomicznym Uniwersytetu Wileńskiego, a w dalszej karierze zawodowej pracowali w Banku Litwy. Nausėda był tam zastępcą kierownika wydziału, potem dyrektorem departamentu polityki pieniężnej i wreszcie od 1998 do 2000 r. członkiem zarządu. Trzynaście lat później stanowisko pierwszej wiceprezes tego samego zarządu objęła Šimonytė, dla której nie był to bynajmniej szczyt kariery: bezpośrednio wcześniej, od 2009 do 2012 r.
pełniła funkcję minister finansów w centroprawicowym rządzie Andriusa Kubiliusa. To ona współodpowiadała za cięcia wydatków publicznych, które pociągnęły za sobą dalszą pauperyzację społeczeństwa i wzmożenie fali migracji. Nausėda, który podobno już w latach 90. kochał państwo dobrobytu, nie odezwał się wtedy choćby ze słowem krytyki wobec cięć. Kontynuował karierę w Vilniaus Bankas, potem przekształconym w oddział szwedzkiego banku SEB. A już w 2018 r. rozważał nawet start w tych samych prawyborach u konserwatystów, które wygrała ostatecznie rywalka. To, że ostatecznie stanął do wyścigu jako niezależny, było znowu dowodem na to, że lepiej od Šimonytė opanował sztukę politycznego marketingu.

Grybauskaitė-2

– Niezależnie od tego, które z nich by wygrało, do pałacu prezydenckiego wprowadzi się „Grybauskaitė-2” – nie ma wątpliwości Jonas Mickievičius, socjalistyczny aktywista, redaktor marksistowskiego portalu “Kibirkštis” (“Iskra”). – Czy były między nimi realnie jakiekolwiek programowe różnice? Šimonytė w polityce zagranicznej jest całkowicie zorientowana na Stany Zjednoczne, podczas gdy Nausėda – bardziej na Unię Europejską. Podczas ostatniej debaty kandydatów stwierdził, że w razie kontrowersji na linii UE-USA poparłby Europę, podczas gdy jego rywalka przekonywała, że Litwa „w każdych okolicznościach” musi stać po stronie „strategicznych partnerów”. Poza tym Šimonytė, pozując na nowoczesną, europejską przywódczynię, opowiedziała się za prawami osób LGBT. Nausėda starał się temat omijać.
Wątek polityki zagranicznej stał się głośny, gdy Nausėda pozwolił sobie na sugestię, że zmieni język komunikacji ze wschodnim sąsiadem na bardziej dyplomatyczny. Część komentatorów z Rosji, najwyraźniej bardzo chcąc zobaczyć w krajach bałtyckich choćby najdrobniejsze odstępstwo od pronatowskiej linii, bardzo tę wypowiedź nagłośniła. Tym bardziej, że Šimonytė była w tej sprawie nieprzejednana, chwaląc postawę i działania poprzedniczki i zapowiadając ich wierną kontynuację. Tyle, że akurat w tym względzie konsensus na litewskiej scenie politycznej jest absolutny, a Nausėda niczego zmieniać nie ma zamiaru. W cieniu komentarza o dyplomatycznym języku pozostały inne – o tym, jak bardzo wileńskiemu bankierowi podoba się idea budowy w Polsce Fortu Trump, a jego politycznym idolem jest inny amerykański prezydent Ronald Reagan. – Dotychczasowy kurs integracji europejskiej, totalna rusofobia i ślepa nienawiść do wszystkiego, co radzieckie, podniesiona do rangi ideologii państwowej, pozostaną na swoim miejscu – komentuje Jonas Mickievičius. – Podobnie jak wszystkie inne elementy litewskiej rzeczywistości. Nie zmieni się również to, że ludzie młodzi, którzy mogliby coś zmienić, wyjeżdżają. Na miejscu zostaje cienka warstwa zamożnego mieszczaństwa – podsumowuje, dodając, że szczątkowej litewskiej lewicy nie stać na sztuczny optymizm.
Co innego prawica, która może świętować sukces operacji wizerunkowej, jaką było sprzedanie finansisty i miłośnika wolnego rynku – jako dobrego przywódcy pochylającego się nad swoimi udręczonymi rodakami. Wynik, jaki zrobił Nausėda w drugiej turze, zadziwił nawet komentatorów prognozujących jego zwycięstwo. Sztabowcy i zwolennicy „niezależnego kandydata” zdawali sobie sprawę z faktu, że jego wizerunek człowieka przejętego losem ludu jest bardzo kruchy. By go podważyć, wystarczyłoby odgrzebać wypowiedzi bankowca z początkowej fazy kampanii wyborczej, najlepiej te udzielane mediom zagranicznym. W październiku 2018 r., gdy strajk nauczycieli dopiero się zaczynał i temat równości ledwie majaczył na horyzoncie, Nausėda w rozmowie z polskim „Przeglądem Bałtyckim” chwalił cięcia dokonane przez rząd Kubiliusa i zapowiadał działania na rzecz zmniejszenia dystansu między światem polityki i biznesu.
To już jednak przeszłość. Teraz prawica może przejść do zabezpieczania sceny politycznej przed nagłymi wstrząsami, by spokojnie ugruntować swoją dominację, na chwilę podważoną w 2016 r. przez wyborczy sukces eklektycznego, nieprzewidywalnego Związku Zielonych i Rolników. Prezydent-elekt już przekonuje Sauliusa Skvernelisa, by – wbrew pierwszym zapowiedziom po wyborczej przegranej – pozostał na urzędzie premiera. Konserwatystom bardziej opłaca się zaczekać, by Związek Zielonych i Rolników jeszcze trochę porządził, jeszcze trochę stracił w sondażach i w wyborach w przyszłym roku przegrał wyraźnie. A wtedy premierem z ramienia Związku Ojczyzny-Litewskich Chrześcijańskich Demokratów może zostać… Ingrida Šimonytė. I wszystko wróci na swoje miejsce.

Ostatni dzwonek na Litwie

Masowy strajk w polskich szkołach wisi w powietrzu – i tylko za sprawą nadzwyczaj wymagającej procedury wszczęcia sporu zbiorowego w tej branży trudno dokładnie wskazać, kiedy się rozpocznie. W środowisku wrze, nie cichnie oddolny “protest chorobowy”, coraz silniejsze jest poczucie, że teraz albo nigdy.
Do takiego samego wniosku doszli w listopadzie nauczyciele litewscy. Ich protest na chwilę zmusił polityków do wstrzymania oddechu, a to, jak przebiegał i do czego doprowadził może być ważną nauką dla pedagogów w Polsce.

Kiedy 9 grudnia przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Oświaty Litwy Andrius Navickas przemawiał do zgromadzonych na Prospekcie Giedymina, zapewne sam nie mógł do końca uwierzyć, że aż tyle osób poświęciło część niedzielnego popołudnia, by wspólnie domagać się lepszych warunków pracy i płacy dla nauczycieli. Demonstracja nosiła nazwę „Ostatni dzwonek” i była organizowana jako gest solidarności ze strajkiem w szkołach, który trwał już od blisko miesiąca. Ale jej znaczenie wykroczyło poza zamysł organizatorów: razem z pedagogami przyszli protestować lekarze, pracownicy socjalni, strażacy i inni pracownicy budżetówki. Przed rozpoczęciem wiecu utworzyli, bałtyckim zwyczajem, żywy łańcuch, od budynku litewskiego Sejmu wzdłuż Prospektu Giedymina. Półtora kilometra, sześć tysięcy demonstrantów – w liczbach bezwzględnych może niezbyt wiele, ale w krajach bałtyckich po 1991 r. widok historyczny; pojęcia walki, organizacji i solidarności pracowniczej w zasadzie odeszły tam do lamusa.

– Ruch pracowniczy na Litwie w ostatnich latach nie istniał. Największe centrale związkowe, takie, jak uczestnicząca w dzisiejszym proteście “Solidarność” (Solidarumas), w najlepszym razie formalnie zrzeszały pracowników sektora państwowego. Nie były zainteresowane ani organizowaniem ludzi do walki o wyższe płace, ani nawet tworzeniem komórek wśród zatrudnionych w sektorze prywatnym – opowiada mi Jonas Mickievičius, socjalistyczny aktywista, redaktor marksistowskiego portalu “Kibirkštis” (“Iskra”). – Były sytuacje, jak w przypadku załogi fabryki odzieżowej z Wiłkomierza (Ukmergė), gdy pracownice same zgłaszały się do central, a te piętrzyły trudności, byle nie utworzyć zakładowej struktury.

W kraju, który na początku lat 90. przeszedł szokową transformację, a potem rządzony był na przemian przez konserwatystów i pseudo-socjaldemokratów, ludziom skutecznie wybito z głowy buntowanie się. Niezadowoleni z warunków pracy i płacy w ojczyźnie, gdzie statystyczna średnia zarobków to 700 euro miesięcznie, czuli, że jedyne rozwiązanie to – wyjechać.wW ostatniej dekadzie populacja nadbałtyckiego państwa spadła o 12 proc. Spis ludności z 2011 r. był dla rządzących w Wilnie wstrząsem – liczba stałych mieszkańców kraju skurczyła się z 3,6 mln do trzech milionów, a i te szacunki mogą być zawyżone. Równie fatalnie w uszach polityków brzmiały sondaże dotyczące planów młodych ludzi na przyszłość. W niektórych badaniach opinii nawet 82 proc. odpowiadających w wieku licealnym deklarowało, że poważnie rozważają emigrację.

Niespełnione obietnice

Rząd Sauliusa Skvernelisa, koalicja Litewskiego Związku Rolników i Zielonych (partii o trudnym do sprecyzowania ideowym obliczu, najłatwiej byłoby powiedzieć: oportunistycznej) oraz Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej (lewicowej głównie z nazwy), funkcjonujący od 2016 r., próbował drogą minimalnych zmian na lepsze powstrzymać ten zabójczy dla państwa proces. „Dobra zmiana” w oświacie miała być następna i była zapowiadana ze szczególnym rozmachem. Stawki najgorzej opłacanych w Europie litewskich pedagogów miały wzrosnąć o 20-25 proc., a mniej oszczędni w obietnicach politycy napomykali nawet o skoku wynagrodzeń o tysiąc euro (sic!). Gwaracją podwyżek miała być zmiana filozofii wynagradzania. Minister Jurgita Petrauskienė, bezpartyjna bizneswoman, która nigdy nie pracowała w szkole, tłumaczyła, że po reformie nauczyciel otrzyma wynagrodzenie zarówno za godziny pracy przy tablicy, jak i za czas spędzony na prowadzeniu kół zainteresowań, pracy z uczniem zdolnym czy z uczniem o specjalnych potrzebach, wycieczki.

Kiedy jednak nauczyciele zobaczyli w praktyce nowy system, nazwany etatowym, poczuli się oszukani. Zamiast wyznaczyć stałe wynagrodzenie za pracę w określonym wymiarze godzin, twórcy reformy obkładali nauczycieli obowiązkiem drobiazgowego, co do minuty, dokumentowania każdej wykonywanej czynności po to, by na koniec miesiąca dyrektor szkoły mógł taki rejestr podsumować i wycenić. Według Związku Zawodowego Pracowników Oświaty Litwy efekt takiej „dobrej zmiany” mógł być tylko jeden: więcej biurokracji, więcej zbędnej pracy (nauczyciele mieli bowiem nie tylko dokumentować już wykonane zadania, ale i szczegółowo planować przyszłe obowiązki) i łatwy pretekst, by zamrozić zarobki na aktualnym nędznym poziomie lub nawet je obniżyć.

– Reforma okazała się nieprzemyślana, “rozmyta”, nie zawierała nawet jednoznacznego algorytmu wyliczania pensji. Po jej wprowadzeniu każda szkoła mogłaby interpretować zasady wynagradzania po swojemu, wprowadzać różne metody wyliczania zarobków – ocenia projekt Romualda Poszewiecka, dziennikarka i radna Wilna, z pochodzenia Polka. – Ponadto zapewniano, że nowy system wypłat sprawi, że zarobki wzrosną. A w rzeczywistości liczba pieniędzy do podziału się nie zmieniła – każda szkoła nadal dysponowała tym samym budżetem!

Dyrektor Gimnazjum im. Michała Balińskiego w Jaszunach Mirosław Mickielewicz w rozmowie z “Kurierem Wileńskim” wyliczył, ile zarobili na reformie ci nauczyciele, których pensje faktycznie wzrosły. W najlepszym razie wyszły mu kwoty w granicach 30-60 euro, przeciętnie – kilkanaście euro. Zapowiadane 25 proc. gdzieś wyparowało.

Zryw

12 listopada organizacja kierowana przez Andriusa Navickasa ogłosiła bezterminowy strajk. Liczba szkół, które odpowiadały na wezwanie, stale rosła: zaczęło się od sześciu placówek, skończyło na blisko setce. Gniew pedagogów narastał w miarę kolejnych aroganckich gestów rządu, jak wypowiedź premiera Skvernelisa z 13 listopada, w której szef rządu stwierdził, że nie widzi żadnych powodów, dla których nauczyciele mieliby być niezadowoleni, bo przecież uśredniona symulacja wynagrodzeń po reformie wykazuje podwyżkę rzędu 14 proc. Albo komentarze minister oświaty Jurgity Petrauskienė, oskarżającej związki zawodowe o manipulowanie nauczycielami, rozpowszechnianie fałszywych informacji i odciąganie od pracy.

W pierwszych dniach protestu związkowcy byli w swoich postulatach bardzo ostrożni.

– Należałoby znaleźć kompromis pomiędzy starym a nowym systemem wynagrodzeń, który byłby jasny, zrozumiały dla wszystkich i żeby wszyscy wiedzieli, jaką pracę wykonują i jakie wynagrodzenie za nią dostają – mówił jeszcze 14 listopada Navickas. Wspominał również o tym, że dobrze byłoby, z korzyścią dla wszystkich, zmniejszyć liczbę uczniów w klasach. Ale strona rządowa pozostawała niewzruszona, twierdząc, że więcej pieniędzy na oświatę nie ma, podczas gdy protestujący, skoro już zobaczyli, że skuteczna organizacja strajku jest możliwa, poszerzyli katalog postulatów o żądanie podwyższenia płac wszystkich nauczycieli o 20 proc., a także o ustalenie, że podstawowy nauczycielski etat to 18 godzin przy tablicy i 18 godzin na inne czynności.

Upomniano się także o dodatkowe pieniądze dla pracujących w przedszkolach i najmłodszych oddziałach szkół podstawowych. I tylko w tej ostatniej kwestii rząd zasugerował, że jest gotów pójść na ustępstwa.

Aby zmusić resort do rozmów, 28 listopada grupa kilkudziesięciu nauczycielek i nauczycieli rozpoczęła protest okupacyjny na terenie Ministerstwa Oświaty. Dopiero wtedy rząd zrozumiał, że strajkujący są naprawdę zdesperowani. 30 listopada w ministerstwie odbyły się rozmowy, które ciągnęły się trzynaście godzin. Na koniec padła deklaracja: rząd będzie szukał pieniędzy na prawdziwe podwyżki, a system etatowy będzie udoskonalony.

Część strajkujących szkół słusznie uznała, że to kolejny zestaw niepewnych obietnic i kontynuowała protest. Wnioski wyciągnęła również litewska sejmowa opozycja. Ludzie, którzy nigdy nie interesowali się losem pracowników i partie, które nic dobrego dla nich nie zrobiły, będąc przy władzy, nagle „okazali się” ich obrońcami.

„Przyjaciele ludu”

Po stronie nauczycieli, a równocześnie przeciwko “premierowi, który nic nie rozumie”, zaczął głośno występować znany dziennikarz telewizyjny Andrius Tapinas, reprezentujący na co dzień dość typowy konserwatywno-neoliberalny styl myślenia.

Także czołowi politycy konserwatywnego Związku Ojczyzny – Litewskich Chrześcijańskich Demokratów od początku grudnia “wyrażali zaniepokojenie” brakiem dialogu w oświacie i atakowali rząd za niezrozumienie oczekiwań nauczycieli. Założyli przy tym, że ludzie, zadowoleni z faktu, że ktoś nagłaśnia ich postulaty, zapomną o tym, że prawica jak najbardziej przyczyniła się do dzisiejszego żałosnego stanu litewskiego szkolnictwa. – W każdej kadencji Sejmu władze uważały za swój obowiązek wprowadzić w oświacie jakąś “rewolucyjną zmianę” – mówi Romualda Poszewiecka. – Zmiany te były wymyślane w gabinetach, nie na podstawie życiowych doświadczeń. Szkoły nie nadążały wprowadzać nowości. Pracę nauczycieli zbiurokratyzowano do tego stopnia, wprowadzono tyle obowiązkowej papierowej roboty, że na pracę z dziećmi zostało bardzo mało miejsca.

Konserwatyści, lejąc krokodyle łzy, wzywali nawet do zerwania głosowania nad budżetem na 2019 r., pod pretekstem potrzeby jego przepracowania w taki sposób, by uwzględniał żądania pedagogów. Był to wyjątkowy przykład obłudy. Litewska prawica zawsze ignorowała bowiem potrzeby pracowników. Teraz również jej celem było jedynie doprowadzenie do upadku rządu i rozpisania nowych wyborów. Konserwatyści startowaliby do nich z dobrej pozycji – to oni, z kilkuprocentową przewagą nad Zielonymi i Rolnikami, są od jesieni na pierwszym miejscu w sondażach.

Obrończynią nauczycieli została również prezydent Dalia Grybauskaite, która w przyszłorocznych wyborach wprawdzie startować już nie może, ale bardzo chciałaby zabezpieczyć sukcesję dla osoby przez siebie wskazanej. – Rozmowy, które minister w bardzo nieodpowiedzialny sposób prowadzi z pedagogami, świadczą o poważnych problemach tego rządu: braku szacunku do nauczycieli oraz niezdolności do wdrażania zainicjowanych przez siebie reform – oznajmiła na początku grudnia.

Czy protestujący wierzyli w szczerość takich “obrońców”? Niektórzy, mimo wszystko, tak. To smutne, ale zrozumiałe, komentuje Jonas Mickievicius. Litewscy pracownicy po całych dekadach ignorowania widzą nadzieję w każdym publicznym geście poparcia dla swoich postulatów. Nieważne, kto go wykonuje – podkreśla aktywista.

Czy to są nierealne postulaty?

5 grudnia minister Petrauskienė została zdymisjonowana. Przy okazji premier usunął z rządu także Kęstutisa Navickasa, ministra środowiska i zapowiedział odejście szefowej resortu kultury Liany Ruokytė-Jonsson, chociaż przeciwko nim strajkujący bynajmniej nie występowali. Pokaz dobrej woli okazał się demonstracją kompletnego niezrozumienia sytuacji: Skvernelis wykonał gest typowo polityczny, podczas gdy protestujący nieustannie podkreślali, że w ich walce o żadną politykę nie chodzi.

Takie też głosy przeważały w tłumie protestujących 9 grudnia w Wilnie.

– Walczymy o wyższe płace – powiedziała mi Giedra, młoda lekarka współtworząca pierwsze ogniwa żywego łańcucha w pobliżu gmachu Sejmu. Przyszła przez solidarność z nauczycielami, ale także w poczuciu, że i w jej zawodzie płace są nieadekwatne do wysiłku wkładanego w studia i dalsze kształcenie, a także w codzienną odpowiedzialność. – Ten rząd nas zawiódł, ale nie chcemy go obalać, tylko przekonać, że nasze potrzeby nie są drugorzędne ani wymyślone. Naprawdę jest nam coraz trudniej!

Ieva, nauczycielka z Kowna, która zajęła miejsce w łańcuchu na Placu Łukiskim, też przekonywała, że nie przyjechała do stolicy, by zajmować stanowisko polityczne. – Chcemy dobrej szkoły, dobra uczniów – podkreślała. – Już teraz dzieciom nie służy nauka w klasach liczących blisko 30 osób, gdzie nie sposób skupić się na potrzebach każdego dziecka. Chcemy też wypłaty, która oddaje nasz wysiłek. Wyliczanej w sprawiedliwy sposób, a nie według uznania. Czy to uczciwe, że w nowym systemie nauczyciele wykonujący dokładnie tę samą pracę mogą zarabiać różne kwoty?
– Chodzi nam o bardzo proste rzeczy: żeby w klasach było mniej dzieci, żeby za godzinę lekcyjną płacono nam o jedno euro więcej, żeby pamiętano o uczniach klas przedszkolnych, chcemy sprawiedliwego systemu wynagrodzeń. Czy jest to nierealne? – pytał wreszcie Andrius Navickas, gdy zabrał głos ze sceny na placu Kudirki.

Rząd nie mógł pozostać obojętny na bezprecedensową w najnowszej historii Litwy mobilizację pracowników. Ale z drugiej strony zdawał sobie sprawę, że poparcie konserwatystów dla strajkujących, choć czysto koniunkturalne i nieszczere, część wyborców jednak do protestu zniechęciło. Skvernelis, były szef litewskiej policji, zamiast rozmów wybrał siłę i tworzenie faktów dokonanych.

Uderzenie

12 grudnia, trzy dni po wielkiej demonstracji w Wilnie, premier doprowadził do przegłosowania przez Sejm budżetu bez dodatkowych funduszy dla nauczycieli. Zdecydował za to o podniesieniu wydatków na wojsko do poziomu 2,05 proc. PKB. Aby natomiast jeszcze mocniej zniechęcić pracowników do organizowania się i demonstrowania, oskarżył nauczycieli i polityków ich wspierających o pozostawanie pod wpływem Kremla. Podobne oskarżenia wygłosił Ramūnas Karbauskis, magnat agrobiznesu, przewodniczący i sponsor Partii Zielonych i Rolników. Oznajmił on, że premier nie bez powodu zamierza polecić Departamentowi Bezpieczeństwa Państwowego (VSD), czyli litewskim służbom, uważne przyjrzenie się, kto zainspirował i wspierał strajk.

Na potwierdzenie, że nie są to puste pogróżki, 19 grudnia ogłoszono, że wykryta została cała siatka szpiegowska pracująca na rzecz Moskwy, skupiona wokół byłego lidera Socjalistycznego Frontu Ludowego Algirdasa Paleckisa. Nie padło więcej nazwisk, a oskarżenia pod adresem Paleckisa, byłego posła na litewski Sejm i negocjatora podczas starań Wilna o przyjęcie do UE, przyjął z niedowierzaniem nawet były przewodniczący VSD Gedinimas Grina. Szkodliwa działalność siatki miała polegać na próbach wpływania na litewską politykę, w tym programy partyjne, poprzez wzmacnianie rosyjskiej soft power. Paleckis przestał być parlamentarzystą w 2007 r. i od tego czasu bez powodzenia starał się o powrót do Sejmu, Socjalistyczny Front Ludowy to organizacja o bardzo niewielkim praktycznym znaczeniu. W przestrzeni publicznej pojawia się, organizując małe, czasem kilkuosobowe demonstracje przeciwko NATO (za neutralnością) lub przeciw gloryfikowaniu litewskich kolaborantów z nazistami. W jaki sposób mieli wpływać na o wiele potężniejsze i zamożniejsze od siebie partie? Tego opinii publicznej nikt nie wytłumaczył. Pozostało wrażenie, że atak na litewską mikrolewicę był równocześnie przykryciem tematu protestów pracowniczych, demonstracją siły państwa i wyprzedzeniem sytuacji, gdy związki zawodowe i ich aktywni członkowie zaczną choćby nieśmiało poszukiwać jakiejś konsekwentnej politycznej reprezentacji.

Więcej się wygrać nie dało

Afera Paleckisa skutecznie przykryła kolejne tury negocjacji i zakończenie protestu na terenie Ministerstwa Oświaty, gdzie grupa najbardziej zdeterminowanych nauczycielek i nauczycieli pozostawała do 19 grudnia. Gdy wychodzili, Andrius Navickas przekonywał, że strajkowanie podczas Bożego Narodzenia i tak nie ma większego sensu, protest będzie mógł zostać wznowiony w 2019 r., a poza tym podczas rozmów 17 i 18 grudnia osiągnięto tyle, ile było możliwe.

Realnie nauczyciele mieli w ręku tyle samo, co na początku: obietnice. Rozporządzenie ministra, które zmniejszy dowolność w opłacaniu pedagogicznego etatu, zagwarantuje określoną płacę przy konkretnej liczbie godzin w klasie i poza nią, miało dopiero zostać podpisane. Nie było przy tym już mowy o podwyżkach od początku 2019 r., a jedynie od nowego roku szkolnego. Z drugiej strony symboliczne ustępstwa, do jakich zmuszono rząd, są nie do przecenienia. Gabinet Skvernelisa musiał podjąć określone zobowiązania, zamiast po raz kolejny zlekceważyć i „przeczekać” pracowników. Postawiony w nieoczekiwanej i trudnej sytuacji rząd pokazał swoją prawdziwą twarz – już nie polityków zatroskanych o dobro wspólne, innych od starej skorumpowanej elity, lecz bezwzględnych graczy, którzy woleli uruchomić i zwielokrotnić lęk przed Rosją, niż wygospodarować fundusze na podniesienie poziomu życia obywateli.

Co będzie dalej?

15 stycznia tekę ministra oświaty po raz trzeci w karierze objął Algirdas Monkevičius, zapowiadając zmniejszenie napięć w oświacie i wspólną ze związkami pracę nad ustaleniem satysfakcjonującego systemu wynagradzania pedagogów. Czy były nauczyciel szkolny i akademicki, dawniej należący do socjalliberalnego Nowego Związku, obecnie bezpartyjny, podoła temu zadaniu? Pewne jest, że związki będą czujnie patrzeć mu na ręce, a część nauczycieli nie jest zadowolona z efektów protestu i jest gotowa organizować nowy. Przekonali się, że stanowczość opłaca się bardziej niż pokorne godzenie się z losem.

Litwa idzie w zaparte

Rząd w Wilnie ciągle nie zdobył się na odwagę by przyznać, że w latach 2004-05 na terytorium Litwy działały obozy tortur amerykańskiej agencji wywiadowczej. Nawet teraz, kiedy Europejski Trybunał Praw Człowieka stwierdził, że istnienie takich ośrodków za niepodlegający wątpliwościom fakt, Litwini nadal idą w zaparte i odmawiają zmierzenia się z konsekwencjami.

 

Litwa złożyła odwołanie od wyroku strasburskiego trybunału. Ta informacja powinna wzbudzić wzburzenie wszystkich organizacji broniących praw człowieka. Te jednak na razie milczą. A Litwini bezwstydnie uprawiają swoją cyniczną rozgrywkę. Premier Saulius Skvernelis powiedział dziennikarzom, że „prowadzone przez Litwę dochodzenie nie potwierdza okoliczności przedstawionych przez Europejski Trybunał Praw Człowieka”. Polityk odniósł się do krajowego postępowania prokuratorskiego, prowadzonego w ślamazarnym tempie, bez żadnych efektów od 2014 roku.
Tymczasem dochodzenie przeprowadzone przez śledzych Europejskiego Trybunału Praw Człowieka wykazało jednoznacznie, że obozu CIA, w których torturowano ludzi podejrzewanych przez Stany Zjednoczone o działalność terrorystyczną były zlokalizowane na terytorium Litwy, za wiedzą i aprobatą tamtejszych władz.

Doniesienie do ETPCz trafiło za sprawą dwóch mężczyzn, którym w sposób całkowicie niezgodny z międzynarodowymi przepisami określającymi prawa człowieka oraz podstawowymi wartościami cywilizowanego świata odebrano ponad rok życia. Jednym z nich był Abu Zubajda, pojmany przez Amerykanów w Pakistanie w 2002 roku. CIA błędnie uznała go za jednego z hersztów Al-Kaidy. Błąd ten wywiadowcy zrozumieli dopiero po wielu latach, a w międzyczasie Abu został poddany nieludzkim katuszom w polskich i litewskich obozach tortur. W późniejszych wywiadach wspominał, że przez wiele godzin był przetrzymywany w zimnym pomieszczeniu, nagi i skrępowany. Czuł się upokorzony, gdy musiał wypróżniać się do wiadra na oczach innych ludzi. Był traktowany „jak zwierzę”. Opowiadał też o tym, że stosowano wobec niego podtapianie (waterboarding) aż do momentu, w którym przestał oddychać i wymagał resuscytacji.

Wyrok Trybunału nie pozostawił żadnych wątpliwości. „Udział Litwy w programie tajnych ośrodków CIA doprowadził do licznych przypadków łamania praw człowieka” – napisali sędziowie w uzasadnieniu. Obóz istniał od września 2004 roku do listopada 2005 roku w miejscowości Antaviliai (Antowil), 10 km od Wilna. Na potrzeby amerykańskich oprawców przearanżowany został ośrodek jeździecki, w budynku, w którym wcześniej trzymane były konie, utworzone cele i specjalne pomieszczenia przeznaczone do przesłuchań.

Wyrok zapadł w maju, a pierwszą reakcją litewskich władz była akceptacja. Prezydent Dalia Grybauskaite oświadczyła, ze Wilno zastosuje się do niekorzystnego orzeczenia i wypłaci Abu Zubajdzie odszkodowanie w wysokości 130 tys. euro. Teraz okazuje się, ze Litwini zmienili zdanie, znów udają, ze obozy to zmyślona historia, a ofiarom nie zamierzają wypłacać żadnych pieniędzy.