„Dzika reprywatyzacja” wróci

Reprywatyzacja została wstrzymana, kiedy zrobiło się o niej zbyt głośno, ale nie jest zakończona. Pozostanie w zawieszeniu, dopóki nie będzie dużej ustawy reprywatyzacyjnej – mówi Piotr Ciszewski z Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów w rozmowie z Małgorzatą Kulbaczewską-Figat (Strajk.eu).

Małgorzata Kulbaczewska-Figat: Jan Śpiewak napisał, że Rafał Trzaskowski i ludzie rządzący Warszawą najchętniej wróciliby do dzikiej reprywatyzacji w jej najgorszym wydaniu. Był to komentarz do postawy miasta stołecznego, które odwołuje się od postanowień komisji weryfikacyjnej uchylających decyzje reprywatyzacyjne i nakazujących wypłacać lokatorom odszkodowania. Zgadzasz się?

PIOTR CISZEWSKI: Jak najbardziej. Komisja weryfikacyjna zajmująca się sytuacją w Warszawie okazała się, co zresztą podejrzewaliśmy, nieskuteczna – Wojewódzki Sąd Administracyjny podważył już nie pierwszy raz jej rozstrzygnięcia odbierające skupywaczom roszczeń nieruchomości. Anulował m.in. decyzje komisji w sprawach budynków przy Dahlberga 5 i Nabielaka 9 – w głośnych, bulwersujących sprawach, gdzie lokatorzy byli bezpośrednio zaangażowani w udowodnienie, dlaczego reprywatyzacja nigdy nie powinna była mieć miejsca. Nabielaka 9 to ostatni adres zamieszkania Jolanty Brzeskiej – współzałożycielki Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, zamordowanej w 2011 roku.

W nowej kadencji Sejmu nie liczycie na przełom?

Najgłośniej o dużej ustawie reprywatyzacyjnej mówił Patryk Jaki, który obecnie jest europosłem i nawet nie zasiada już w komisji łączonej z jego nazwiskiem. Temat systematycznie upadał, przestawał się opłacać. Obecnie nie wiążemy już z rządzącą prawicą żadnych nadziei. Nie spodziewamy się nie tylko „dużej ustawy reprywatyzacyjnej”. Krokiem naprzód byłaby choćby decyzja w sprawie wypłaty odszkodowań dla osób, które na reprywatyzacji już ucierpiały.

W mediach było głośno, gdy komisja Jakiego ogłaszała przyznawanie im wysokich rekompensat. Ale miasto stołeczne się skutecznie odwoływało…

… i nikt nie miał odwagi zaproponować żadnego całościowego rozwiązania. Nawet najprostszego, jak wypłata odszkodowań przez Skarb Państwa. Fakt, że w takim wypadku na rekompensaty w istocie zrzucaliby się wszyscy obywatele, nieponoszący przecież odpowiedzialności za aferę reprywatyzacyjną. Niemniej skoro urzędnicy i politycy dopuścili się tylu nieprawidłowości i zaniedbań, to państwo powinno uznać swoją odpowiedzialność w tym względzie. Inna sprawa, że tak samo można uznać, że odpowiedzialność powinno wziąć na siebie miasto, nie odwołując się od decyzji komisji.

Nie ma żadnej możliwości, by pociągnąć do odpowiedzialności bezpośrednio winnych?

Byłaby, gdyby była taka determinacja. Tymczasem politycy PiS lubią piętnować udział Platformy Obywatelskiej w grabieży reprywatyzacyjnej, przedstawiać bilans jej rządów w Warszawie, a „zapominają” o tym, że warszawski PiS też nie interesował się sprawami lokatorów, a powiązani z partią Kaczyńskiego ludzie korzystali na reprywatyzacji. Część ludzi z Biura Gospodarki Nieruchomościami, instytucji, która słusznie jest uważana za centrum całej grabieży, została powołana jeszcze wtedy, gdy w ratuszu rządził PiS. Oni się świetnie urządzili i także za kadencji konkurencyjnej partii uważano ich za niezatapialnych.

Czy komisji Jakiego udało się osiągnąć cokolwiek?

Część jej decyzji została podtrzymanych, więc nie można mówić, że bilans tego ciała jest zerowy. Ale to raczej kolejny dowód na to, że zdawanie się na sądy administracyjne w kwestii sprawiedliwych rozwiązań, bez ustawy, jest wyjątkowo niepewne.

Dla ludzi, którzy nie siedzą w prawie, decyzje sądów mogą być też zwyczajnie niezrozumiałe. W sprawie działek przy Szarej i Czerniakowskiej sąd orzekł, że decyzję komisji Jakiego uchyla, ale cofnięcie reprywatyzacji nie jest niemożliwe. Z tym, że uzasadnienie musiałoby być inne.

Sąd administracyjny sprawdza czy dotrzymano procedur. Tymczasem procedury działania komisji Jakiego nie są nawet do końca uregulowane ustawowo. Kiedy jest tak duża dowolność, ogromne jest też pole do popełniania błędów. Nie można też oczekiwać, że sąd administracyjny będzie zastanawiał się nad społecznymi konsekwencjami obowiązującego prawa. On nie od tego jest.
Na pewno natomiast już na gruncie obowiązującego prawa mogłyby przyspieszyć sprawy osób, którym zarzuca się fałszowanie dokumentów w celu odniesienia korzyści z reprywatyzacji. Takie wyroki już zapadały, ale jest ich zdecydowanie za mało. Nieustannie też trzeba mówić o prawach lokatorów. Nie tylko z reprywatyzowanych budynków, chociaż sprawy związane z nimi pokazały właśnie najdobitniej, że potrzebujemy regulacji, które lepiej chronią lokatorów. Rząd PiS chce iść dokładnie w drugą stronę. To nie jest partia prospołeczna. Gdyby tak było…

… to wzmocniłaby ochronę lokatorów i zakwestionowałaby samą ideę reprywatyzacji?

Kiedy budynki były przekazywane razem z lokatorami, powoływano się na art. 678 kodeksu cywilnego, który dotyczy zbywania lub nabywania umów ciążących na jakimś dobrze. WSL mówi: reprywatyzacja to nie jest zwykłe zbycie/nabycie budynku. Dlaczego nie postarać się o podważenie samego mechanizmu przejmowania umów najmu? Wtedy miasto nadal byłoby odpowiedzialne za ludzi mieszkających w reprywatyzowanych kamienicach. Dysponujemy opiniami prawnymi idącymi w tym kierunku. Co więcej, w podobnym tonie wypowiadali się członkowie komisji Jakiego.

Czy lokatorzy będą mieć pożytek z Lewicy w Sejmie? W kampanii hasło utworzenia publicznego developera i działań na polu polityki mieszkaniowej było dość mocno eksponowane.

Współpraca na poziomie samorządów jest ważniejsza. To tam ustalane są lokalne zasady polityki mieszkaniowej, podejmowane decyzje w tym zakresie, przyjmowane wieloletnie plany gospodarowania miejskim zasobem mieszkaniowym.

Niemniej spotkamy się z parlamentarzystami, jesteśmy gotowi udzielić opinii na temat przygotowywanych projektów ustaw, ale mówimy też: sprawdzam. Ustawowe wsparcie budownictwa społecznego – komunalnego i spółdzielczego – to nie tyle dobry pomysł, co konieczność. Tak samo, jak sprzeciw wobec komercjalizacji miejskich zasobów mieszkaniowych, co w Warszawie staje się kolejną plagą.

W Berlinie czy Barcelonie na poważnie mówi się o regulacji czynszów i walce ze spekulacją nieruchomościami. Da się to robić w Polsce?

Moim zdaniem to znakomite pomysły, ale czy się da? W Hiszpanii i Niemczech działają prężne ruchy lokatorskie, które bardzo długo o to walczyły. To dzięki nim dziś Barcelona aktywnie stara się, by rynek nie był kształtowany pod wynajem dla turystów. Ten problem już zaczyna dawać o sobie znać w Warszawie czy Trójmieście. Także regulacji czynszów nam trzeba – koszty mieszkania w Warszawie już są nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do zarobków.

Zapomniani lokatorzy

– Kiedyś wygrywałem w sądach sprawy związane z ujawnianiem afer reprywatyzacyjnych, teraz znowu zacząłem przegrywać – gorzko skonstatował, podczas spotkania w Międzynarodowym Dniu Lokatora, społecznik i aktywista Jan Śpiewak.

Niemniej gorzko brzmieli dwaj doświadczeni społecznicy i odważni obrońcy lokatorów, Piotr Ikonowicz oraz Piotr Ciszewski. Podsumowując działania Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów i opowiadając o ostatnich inicjatywach Ruchu Sprawiedliwości Społecznej mieli głównie jeden najważniejszy apel: nie poddawajmy się, bo jeśli my, lokatorzy i aktywiści, złożymy broń, to największe reprywatyzacyjne koszmary powrócą. Znowu okaże się, że zwracanie „spadkobiercom” całych budynków razem z mieszkańcami jest legalne i „sprawiedliwe” – nie powstała przecież żadna ustawa ostatecznie zamykająca temat. A co nie jest zabronione…
Kto pamięta, że jeszcze rok temu sprawa lokatorska była na ustach wszystkich najważniejszych mediów? Że temat reprywatyzacji komentowali politycy z pierwszych rzędów sejmowych ław? Patryk Jaki na czele swojej komisji weryfikacyjnej miotał gromy na warszawskich urzędników, a obóz przeciwny odgryzał się, przypominając, że cały proceder nie zaczął się wraz z wyborem Hanny Gronkiewicz-Waltz na prezydent stolicy. Jaki spotykał się z lokatorami i zapewniał, że doczekają się sprawiedliwości za wszystkie groźby, podwyżki czynszów, „niewyjaśnione” pożary i „dziwne” awarie w budynkach. Oponent, Rafał Trzaskowski, w odpowiedzi przekonywał, że cała ta szokująca reprywatyzacyjna historia jego też, jako dobrego warszawiaka, „wkurzyła”. Wtedy jednak trwała kampania przed wyborami samorządowymi i PiS wierzył, że ponowne wystąpienie w roli obrońcy pokrzywdzonych, przywracającego społeczną sprawiedliwość, pozwoli na wygraną w Warszawie. Nie pozwoliło – lokatorzy przestali być potrzebni, komisja weryfikacyjna okazała się – jak ostrzegali wcześniej działacze lewicowi – bezsilną atrapą.
Warto przypominać sobie tę historię zawsze wtedy, gdy dominująca w Polsce prawica – i ta rządząca, i ta opozycyjna – zaczyna szczególnie nachalnie przekonywać, że chce wyciągać rękę do najbiedniejszych, naprawiać krzywdy i korygować własne błędy z okresu transformacji. Tak, PiS pewne „dobre zmiany” wprowadził, nikt mu tego nie odbiera – ale przegląd tego, co obiecał, a potem porzucił, jest wystarczającym dowodem na to, że były to tylko środki utrzymywania się przy władzy, a nie spójna i ideowa wizja poprawiania bytu zwykłych ludzi. 500+ było potrzebne jako instrument w kampanii i jako środek wzmacniania raz zdobytej popularności, więc zostało obiecane i wprowadzone. Sprawy reprywatyzacji i polityki mieszkaniowej wydawały się może ideologom PiS dobrym wyborczym taranem, ale na dłuższą metę były zbyt ryzykowne, by je naprawdę załatwić. Przy rozliczaniu reprywatyzacji mogłyby wyjść na jaw winy nie tylko Platformy. Potraktowane poważnie Mieszkanie Plus (kto jeszcze ten program pamięta?) podważyłoby wielki deweloperski biznes. A czy podważanie pozycji jakiegokolwiek biznesu to coś, na co jest gotowa jakakolwiek prawica? Zwłaszcza taka, która na czele rządu postawiła byłego prezesa banku?
Szkoda, że startująca do sejmu koalicja Lewicy zbyt nieśmiało przypomina o tym, jak wystawiono do wiatru lokatorów i zakopano pomysły budowania tanich mieszkań czynszowych (dobre chociaż to, że sami socjaldemokraci jakieś postulaty w tym zakresie wysuwają). Ta sprawa powinna być przypominana za każdym razem, gdy ktoś z liderów PiS (i nie tylko) pozuje na troskliwego ojca narodu, który podniesie płacę minimalną, a może i średnią, coś rzuci przedsiębiorcom, a i pracowników otoczy opieką. Nie warto mieć złudzeń. Prawdziwego państwa opiekuńczego z ich rąk się nie doczekamy. Na razie zostajemy z państwem, którego postawę w sprawach lokatorskich (i nie tylko) celnie podsumował dziś Piotr Ikonowicz: „Polskie sądy ustaliły dwie rzeczy. Po pierwsze, że wolno kraść, po drugie, że nie wolno ścigać złodziei”.

Pod jednym dachem z czyścicielem kamienic

Ta historia jest namacalnym dowodem na to, że ochrona praw lokatorów jest w Polsce fikcją, policja jest nieudolna, a prawo interpretowane na korzyść czyścicieli.

Koszmar 71-letniej pani Wandy i jej córki Elżbiety, mieszkanek Pruszcza Gdańskiego, zaczął się w kwietniu bieżącego roku, gdy Mieczysław Sikora, mąż kandydatki PiS do Europarlamentu Danuty Sikory, milioner i posiadacz kilkudziesięciu nieruchomości postanowił samowolnie wprowadzić się do kupionej na licytacji komorniczej 31-metrowej kawalerki w Pruszczu. Jak zeznają świadkowie, nabywca miał pełną świadomość tego, że przejmuje mieszkanie wraz z 71-letnią lokatorką, która posiada ważną umowę najmu.
Umowa była zawarta na 25 lat. W momencie licytacji mieszkania trwała już lat pięć. W takich sytuacjach lokator jest chroniony przez przepisy prawa i przysługuje mu długi okres wypowiedzenia. Mieczysław Sikora nie zamierzał jednak czekać. Podszedł do sporu ambicjonalnie, uważając, że ustępstwa względem lokatorki zaszkodzą jego wizerunkowi człowieka interesu. Natychmiastowe wyrzucenie starszej kobiety z mieszkania potraktował jak swoją misję, a nachodzenie i dręczenie kobiet jak rozrywkę. Pani Wanda, jej córka Elżbieta oraz wieloletni przyjaciel rodziny Jacek, relacjonują gehennę, jaką przeszli – nękanie przez Mieczysława Sikorę i jego pomocników oraz konieczność przebywania pod jednym dachem z czyścicielem z premedytacją łamiącym prawo.

Jak wyglądało Państwa pierwsze spotkanie z Mieczysławem Sikorą?
Wanda: Sikora pierwszy raz pojawił się w naszym mieszkaniu w styczniu 2018 r. 3 miesiące po licytacji przeprowadzonej przez komornika. Pokazał mi przelew na konto komornika i stwierdził, że kupił lokal za 165 tys. zł i od tej pory jest już właścicielem kawalerki przy ul. Sienkiewicza w Pruszczu Gdańskim. Oznajmił również, że mam natychmiast wpłacić jego synowi na konto 700 zł tytułem czynszu, gdyż nieruchomość planował przekazać swojemu potomkowi.
Dla „świętego spokoju” wpłaciłam 700 zł na konto syna Sikory. Jednocześnie przestałam spłacać raty kredytu za mieszkanie w banku, skoro Sikora twierdził, że jest już oficjalnie właścicielem mieszkania. Po upływie dwóch miesięcy bank przysłał pismo, w którym ostrzegał, że w razie braku wpłat skieruje sprawę do sądu. Po treści pisma szybko zorientowałam się, że Mieczysław Sikora nie jest jeszcze prawnym właścicielem mieszkania. Te informacje potwierdził bank. Nie było mnie stać na spłacanie jednocześnie Sikory i pożyczki bankowej, więc złożyliśmy odwołanie do sądu. Sikora wpadł we wściekłość i oznajmił, że i tak dopnie swego.
23 marca, gdy tylko sąd odrzucił skargę mojej córki Elżbiety, milioner przystąpił do działania.
Jacek: Dowiedziałem się później, że dokument stwierdzający przybicie (nabycie własności) nigdy oficjalnie nie został z sądu wysłany. Pismo nie dotarło drogą pocztową ani do przyszłego prześladowcy, ani do pani Elżbiety. Sikora musiał więc otrzymać dokument u źródła.
Prawnik potwierdził, że sąd nie wywiązał się ze swoich obowiązków. Odpowiedzialny za sprawę komornik był współpracownikiem nowego „właściciela”. Przez 10 lat dzierżawił od Mieczysława Sikory lokal, w którym prowadził kancelarię komorniczą. Urzędnik zawiózł milionera do lokalu na ul. Sienkiewicza. Razem też oglądali nieruchomość, która od razu wpadła bogaczowi w oko. Urzędnik nie ukrywał, że pomaga bogatemu i wpływowemu człowiekowi w nabywaniu nieruchomości po okazjonalnych cenach. Sikora chwalił się w rozmowie, że wielokrotnie kupował w ten sposób lokale.
Wanda: 27 marca Sikora ponownie zapukał do naszych drzwi. Otworzyłam mu, bo nie spodziewałam się kłopotów. Trzymając nogę w drzwiach wyrwał moje wiszące w zamku klucze, przywłaszczył je i oznajmił „teraz pani jest u mnie”. Usiadł na kanapie i stwierdził, że nie opuści swojej nieruchomości. Utrzymywał, że ma prawo przyprowadzać do mieszkania kogo mu się tylko podoba, a ja mam się wynosić. Wszystko to działo się bez przeprowadzenia jakichkolwiek przewidzianych przez prawo czynności komorniczych. Nasz znajomy powiadomił o zajściu policję. Po przybyciu na miejsce funkcjonariusze wzruszyli ramionami i stwierdzili, że właścicielowi wolno wszystko. Nikogo nie zaniepokoił fakt, że seniorka zostaje w mieszkaniu sama, zdana na łaskę mężczyzny, który postanowił spędzić z nią noc w jednym mieszkaniu. Z Sikorą współpracowali jego synowie. Jeden z nich przywiózł ojcu pościel i poduszkę.

Co było dalej? Sikora naprawdę został z wami w mieszkaniu?
Elżbieta: Sikora zabrał mojej mamie klucze od mieszkania i nigdy ich nie oddał. Przekazał jedynie później mamie dorobioną kopię. Kazał jej się natychmiast wyprowadzić. Gdy zobaczył, że się nie pakuje, znów postanowił u niej zanocować. Postanowiłam wyrzucić go z mieszkania. Nie mogłam znieść jego chamskiego zachowania, zresztą łamiącego prawo.
Jacek: Prawnik doradził nam złożyć zawiadomienie o naruszenie miru domowego w Komendzie Wojewódzkiej Policji. Jednostka zdecydowała się na interwencję.
Wanda: Po raz pierwszy przedstawiciel prawa zapytał mnie o podstawę prawną uprawniającą do przebywania w moim mieszkaniu. Gdy zobaczył moją umowę dzierżawy mieszkania na 25 lat stwierdził, że Sikora nie wszedł jeszcze w stan posiadania nieruchomości i poprosił go kilkukrotnie o opuszczenie lokalu.

Skutecznie?
Wanda: Mój syn nagrywał, jak policjanci wyprowadzali z lokalu awanturującego się Mieczysława Sikorę. Złościł się jak dziecko, kopnął w wazon, zniszczył go. Kolejny raz zmuszeni byliśmy wymieniać zamki. Oczywiście nasz prześladowca złożył skargę na działania policji. „Ci policjanci już nie pracują. Uciekli na urlopy, ale już ja się z nimi policzę” oznajmił, gdy 11 kwietnia pojawił się u nas po raz trzeci.
W kwietniu znowu zaczął Państwa nachodzić?
Elżbieta: 11 kwietnia o godz. 15.00 zadzwoniła do mnie przerażona mama. Sikora znów wsadził nogę w uchylone drzwi i siłą wtargnął do mieszkania. Wezwana policja wyprowadziła go z mieszkania, ale on zaczekał za drzwiami. Gdy tylko policjanci odeszli kilka metrów od drzwi mieszkania, ponownie próbował do niego wtargnąć. Walenie pięścią w drzwi i odgłosy szarpania klamką było słychać w całym bloku.
Czyściciel, z aktem notarialnym w dłoni, pukał po kolei do drzwi wszystkich sąsiadów. Wyglądało na to, że przygotowuje się do wyważenia drzwi i nie chce, by ktoś zawiadomił policję. Dla nas to była jasna wiadomość: „jesteście zdane na moją łaskę. Nawet, jeśli postępuję wbrew prawu, to co z tego”?
Jakiś czas później na wycieraczce znaleźliśmy pismo adresowane do mnie. Nieskładnie zredagowane, bez znaczka. Była w nim kopia aktu notarialnego, poświadczającego przekazanie mieszkania synowi Stanisławowi, jako darowizny. Do aktu notarialnego był dołączony list z żądaniem, aby mama opuściła mieszkanie w terminie 5 dni. Sikora straszył w liście, że przebywanie w lokalu po tej dacie będzie się wiązało z naliczaniem dodatkowych opłat w wysokości 50 zł dziennie.
Jacek: Dokument stwierdza przekazanie mieszkania będącego przedmiotem sporu jednemu z synów Sikory. Sam Mieczysław Sikora przyznaje wprost, że nieruchomości rozdaje swoim synom. Przypuszczam, że chodziło o kwestie wizerunkowe. Tuż przed wyborami do Parlamentu Europejskiego cała sprawa nie mogła się na pierwszy rzut oka kojarzyć z jego żoną, Danutą Sikorą, kandydatka do Europarlamentu.

Z Państwa opowieści rysuje się obraz człowieka z premedytacją łamiącego prawo.
Wanda: Trudno nam się oprzeć wrażeniu, że Mieczysław Sikora traktuje całą sprawę w kategoriach zabawy. Przecież jest, jak sam twierdzi, właścicielem 37 nieruchomości. Chwalił się, że z wynajmu zarabia 80 tys. zł. miesięcznie. Przypuszczam, że nawet gdyby chodziło o znacznie mniejszy lokal o mniejszej wartości, to Sikora i tak by nie odpuścił. Dla niego to gra. Nie musi pracować zarobkowo i ma mnóstwo wolnego czasu.
Pod koniec maja tuż po publikacji artykułu o nas w „Gazecie Wyborczej” pokazywał nam tekst. Cieszył się, że w gruncie rzeczy prasa przedstawiła go jako zdesperowanego posiadacza, dochodzącego swojej własności. „W sumie to ja najlepiej tu wyszedłem” – triumfował.

Jacek: Jeszcze w trakcie licytacji asystent komornika poinformował jej uczestników o zawartej wcześniej umowie dzierżawy tego mieszkania, która miała obowiązywać przez 25 lat. W świetle obecnych przepisów nabywca mieszkania ma prawo w ciągu miesiąca wymówić umowę najmu. Wówczas w myśl przepisów lokator ma rok na opuszczenie mieszkania. Sikora nigdy nie wypowiedział umowy. Każdy z 11 uczestników licytacji może zaświadczyć, że umowa najmu jeszcze obowiązywała. Ten człowiek był jedynym uczestnikiem licytacji, który nie wycofał się z pomysłu zawierania transakcji na wieść, że w lokalu mieszka emerytka.
Teraz najważniejsze, by nie doszło do nielegalnej eksmisji. Sikora pod nieobecność lokatorów wywozi meble i sprzęt domowy na koszt wynajmujących i składuje w magazynie na obrzeżach Pruszcza Gdańskiego. Odzyskiwanie własności jest trudne, może ciągnąć się nawet przez 5 lat. Ludzie nie mają nawet świadomości, do jakiego stopnia można łamać prawo przy całkowitej bierności sądów i policji.

Czy czyściciel stosował groźby karalne?
Elżbieta: Niestety tak. Zwłaszcza podczas kolejnego, czwartego, najgorszego najścia, gdy byłam z nim zamknięta przez 10 dni w mieszkaniu. Przedstawił mi wówczas mężczyznę, który spędził 7 lat w więzieniu. Stwierdził: „ten pan będzie tu mieszkał od poniedziałku, już on sobie z wami da radę”. Ten człowiek zostawił nawet 2 duże torby podróżne w mieszkaniu. Podczas porannej lektury prasy niby od niechcenia zostawił mi zdjęcia nagrobków i rzucił: „wybierz sobie któryś z nich”.
Ale od początku. 16 maja moja mama wyjechała, a 18 maja Sikora wszedł do mieszkania w towarzystwie trzech synów, nieznajomego mężczyzny, a także ślusarza, który rozwiercił zamki. Natychmiast wezwałam policję, Sikora zapewnił policjantów, że po wymianie zamków wyjdzie, jednak nie zamierzał dotrzymać słowa. Gdy policja przypomniała mu, co obiecał, ironicznie stwierdził, że zmienił zdanie.
Tego dnia jeszcze wielokrotnie wzywałam policję. Przyjechała jeszcze dwa razy, ostatni raz o 22.45. Zignorowała fakt bezprawnego wejścia w stan posiadania przez Sikorę. Tym razem Mieczysław Sikora postanowił zamieszkać u nas na dłużej. Koszmar z nim w jednym pokoju trwał 10 dni i 10 nocy.
Krótko mówiąc, tylko raz w ciągu całej państwa gehenny policja działała zgodnie z przepisami?
Jacek: Dochodziło do sytuacji, gdy musiałem palcem pokazywać funkcjonariuszom konkretne paragrafy, a i tak nie chcieli ich czytać. Wykręcali się nieznajomością przepisów!

Jak przeżyliście te 10 dni pod jednym dachem z Sikorą?
Jacek: Nasz kolega przez 10 dni przynosił Elżbiecie wszystkie najpotrzebniejsze zakupy. Gdyby Elżbieta wyszła, Sikora już by jej nie wpuścił.
Elżbieta: Te dziesięć dni były jak okupacja. Gdy Sikora się zmęczył lub musiał załatwić jakąś sprawę, natychmiast zmieniali go jego synowie. Zachowywali się głośno i wyzywająco. Kilkakrotnie dzwoniłam na policję. W końcu przyjechali, jednak Sikora zagroził funkcjonariuszom, że złoży na nich skargę. Wyszli, zostawili mnie samą z intruzami.
Czyściciel postanowił pozbawić mnie snu. Co noc z dokładnością co do godziny odkręcał wszystkie kurki z gorącą wodą. Syczał mi nad uchem „zaczyna się”, lub ironizował „ojej, zapomniałem zakręcić wodę, jestem już stary i mam nieuleczalną sklerozę”. Spałam na materacu pod drzwiami, w każdej chwili gotowa do ucieczki. Nie dłużej, niż 2-3 godziny dziennie.
Sikora zasypiał dopiero o 7 rano. Gdy tylko się budził, dzwonił do synów, by oznajmić, że „skończyło mu się paliwo”. Im więcej opróżniał puszek z piwem, tym bardziej rosła jego brutalna „kreatywność”. Nie stronił od uwag o jednoznacznym seksualnym zabarwieniu. Był agresywny, prowokował bójki licząc na to, że naruszę jego nietykalność. A do tego opowiadał, że w przeszłości przejmował już wiele nieruchomości i nikt nie sprawił mu tyle problemu co my.

Jakie działania zamierzają Państwo podjąć, by uwolnić się od Mieczysława Sikory?
Jacek: Chcemy dalej walczyć o sprawiedliwe potraktowanie Wandy i Elżbiety. Dalsze przebywanie w lokalu na ul. Sienkiewicza jest prowokowaniem coraz bardziej nieobliczalnego dręczyciela.
Sikora jest w pełni świadomy tego, że Wandę chronią zapisy zawartej na 25 lat umowy o dzierżawę. Dlatego za wszelką cenę chce zmusić ją do podpisania skrajnie niekorzystnej umowy, unieważniającej aktualną umowę najmu. Nowa umowa jest skonstruowana tak, by w każdej chwili można ją było wypowiedzieć. Powtarzał ten scenariusz za każdym razem, gdy usiłował przejąć jakąś nieruchomość w Trójmieście i okolicach. Kłamie w żywe oczy twierdząc, że stara umowa dzierżawy nigdy nie istniała. Jednocześnie zaprzecza samemu sobie, umieszczając w umowie punkt o anulowaniu tej umowy w momencie podpisania nowej.
Złożyliśmy do Prokuratury Rejonowej w Pruszczu Gdańskim doniesienie o popełnieniu przestępstwa, zakłócania miru domowego (przestępstwo określone w art. 193. § 1 Kodeksu Karnego).
Wanda: Żyjemy w ciągłym zagrożeniu. Sikora pozwolił mi zostać w mieszkaniu do końca czerwca tylko dlatego, że zapłaciłam mu tysiąc złotych. Jeśli nie podpiszę z nim umowy poświadczonej przez dwóch żyrantów, to wróci i znów będzie mnie nękał. „Znacie mnie, sprawa musi być załatwiona po mojej myśli. Inaczej wróci to, co było” powiedział podczas naszego ostatniego spotkania.
Elżbieta: Sikora może wejść tu w każdej chwili. Nawet teraz, w czasie tej rozmowy. Zapytałam go raz, dlaczego robi to wszystko, w jakim celu doprowadził do sytuacji, że moja mama przeżywa załamanie nerwowe na sam dźwięk jego nazwiska. Stwierdził, że jeszcze nikt mu się nie postawił. Dla niego to kwestia ambicjonalna: nie chce, by najemcy i lokatorzy mieszkań, które wynajmuje, a przede wszystkim najbliższa rodzina, postrzegali go jako człowieka „miękkiego”. Powiedział też, że sytuacja dostarczyła mu już wiele emocji, które jak sam stwierdził, spowodowały, że znowu czuje, że żyje.
Zwierzył się nam kiedyś, że jeśli uda nam się na drodze prawnej doprowadzić do pozbycia się go z mieszkania przy ul. Sienkiewicza, to będzie żywił do nas wielki szacunek. W jego mniemaniu będzie to dowód na to, że jesteśmy poważnymi przeciwnikami.

Rozmawiał Maciej Ostrowski. Rozmowa została przeprowadzona w drugiej połowie czerwca. Obecnie Elżbieta i Wanda nie mieszkają już przy ul. Sienkiewicza.

Kiedy wreszcie zaczną spadać ceny nieruchomości?

O problemach branży mieszkaniowej słychać od paru lat, ale wciąż nie można się doczekać przejawu tych kłopotów, jakim byłaby obniżka cen lokali. Obecna ekipa nic nie robi dla zaspokojenia głodu mieszkaniowego, program Mieszkanie Plus okazał się propagandową fikcją. Spadek cen byłby więc bardzo pożądany dla milionów Polaków, których wciąż nie stać na własne M.

Prawo popytu i podaży nie zawsze działa tak, jak uczono dzieci w szkole, czego przykładem jest polski rynek mieszkaniowy.
W naszym kraju sprzedaż nowych mieszkań spada, ale ich ceny ciągle rosną. Dzieje się tak za sprawą coraz wyższych kosztów wykonawstwa, materiałów budowlanych oraz gruntów pod zabudowę.
Spadek sprzedaży powinien wymusić wreszcie, lekką chociaż, obniżkę cen – ale na to się jakoś nie zanosi.

Za wysokie, a wciąż rosną

– Ceny są obecnie wręcz za wysokie. Nabywcy jeszcze ich nie zaakceptowali, co widać po spadkach sprzedaży u deweloperów w ostatnich miesiącach – powiedział Grzegorz Kiełpsz, prezes zarządu Polskiego Związku Firm Deweloperskich.
Deweloperzy są jednak głęboko przekonani, że nabywcy „zaakceptują” coraz wyższe ceny – i nie zamierzają hamować wzrostu cen nowych mieszkań. Uważają bowiem, że do załamania sprzedaży nie dojdzie. Ich zdaniem, dobra sytuacja na rynku pracy, rosnące zarobki Polaków oraz utrzymujące się niskie stopy procentowe wykluczają powtórkę z kryzysu lat 2008-2009, który doprowadził do chwilowej obniżki cen nieruchomości.
Czas pokaże, czy ich optymizm jest uzasadniony. Przeciętne zarobki Polaków rzeczywiście stopniowo rosną – ale wciąż ceny mieszkań przekraczają możliwości wielu z nich. Z punktu widzenia zaspokojenia głodu mieszkaniowego w naszym kraju, spadek cen nieruchomości byłby zatem czymś wysoce pożądanym. Jeśli nawet szef związku firm deweloperskich publicznie oświadcza, że ceny mieszkań są za wysokie, to należy wierzyć, że jednak zaczną się obniżać.

Rządowa bajka o elektromobilności

Niestety, pojawił się istotny czynnik, który może sprawić, że nadzieje na spadek cen mieszkań okażą się płonne. Tym czynnikiem są rządowe opowieści o elektromobilności.
Wprawdzie wiadomo, że zapowiedzi rządu PiS o milionie samochodów elektrycznych na naszych drogach (i to nawet polskiej produkcji) były od początku zwykła zwykłą lipą, ale te bajki premiera Mateusza Morawieckiego już wywierają pewien wpływ na polską rzeczywistość. Tyle że nie na motoryzacyjną lecz budowlaną.
Oczywiście nie jesteśmy w stanie – i nie będziemy – produkować aut elektrycznych, choć specjaliści przewidują, że już okolicach 2041 roku zakończy się na świecie wytwarzanie samochodów z silnikiem spalinowym.
Potrafimy jednak „produkować” przepisy dotyczące aut elektrycznych. To dużo prostsze, a na produkcji przepisów też przecież mogą zarobić ci, którzy je piszą, redagują i uchwalają.

Zamiast aut produkujemy przepisy

Na kanwie mitycznej elektromobilności, której u nas nie będzie, stworzono w Polsce już niemało rozwiązań prawnych.
Najważniejsza jest chyba ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych z z 11 stycznia 2018 r. będąca zmodyfikowaną wersją unijnej dyrektywy. Za sprawą tych przepisów koszt budowy domów w Polsce może poszybować w górę – i nie będzie już szans na znaczące zmniejszenie cen mieszkań.
Według tych aktów prawnych każdy nowy (lub remontowany) budynek mieszkalny będzie musiał mieć okablowanie podziemne, umożliwiające zamontowanie ładowarek na każdym miejscu parkingowym – czyli, tyle ile samochodów, tyle „wyjsć” do ładowarek. Dotyczy to wszystkich inwestycji powstających po 1 stycznia tego roku.
Jeśli chodzi o budynki niemieszkalne (czyli po prostu biura), to jeśli mają parkingi o 10 lub więcej miejscach parkingowych, będą musiały dla 20 proc. z nich zapewnić podziemne okablowanie do zainstalowania ładowarki. Czyli dwie ładowarki na każde 10 aut.
Takie wymogi nieuchronnie zwiększają koszt inwestycji budowlanych, wpływając na ceny sprzedaży.
Co więcej, przygotowywane właśnie rozporządzenie wykonawcze do tych przepisów, stwierdza, że wszystkie inwestycje budowlane rozpoczęte przed 1 stycznia 2019 r. i dotychczas nie ukończone, będą musiały do końca 2021 r. spełnić wymogi dotyczące okablowania dla ładowarek.
To kolejny element podnoszący koszty, choć nie wiadomo, czy rozporządzenie w tej wersji rzeczywiście wejdzie w życie.
Tak więc, powszechna opinia w branży jest taka, że budownictwo może zwolnić obroty, ale ewentualna dekoniunktura będzie mieć łagodny przebieg, a ceny raczej nie spadną. To także główny wniosek z zorganizowanej w tym miesiącu w Sopocie konferencji „Forum Rynku Nieruchomości”.

Ci z blokowisk

Jeśli chodzi zaś o dominujące upodobania mieszkaniowe Polaków, to nadal panuje mania osiedlania się w grodzonych, zamkniętych osiedlach mieszkaniowych.
Chodzi tu nie tyle o iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa, co o nasze pragnienie elitarności i wywyższania się.
Odkąd „Gazeta Wyborcza” zaczęła dzielić Polaków na tych gorszych, którzy mieszkają w blokowiskach i tych z domków z ogródkami, to ci, których nie stać na taki domek, pragną mieszkać chociaż w możliwie jak najmniejszym bloku, lub w tzw. kamienicy, uważanej ponoć za coś bardziej elitarnego. Takie locum oczywiście ma być ogrodzone.
Wciąż nasilającym się trendem w naszej mieszkaniówce jest również kupowanie dużych ilości mieszkań na wynajem.
– Tylko 60 proc. nabywców szuka mieszkań dla siebie. Blisko 40 proc. klientów kupuje pod wynajem, jako inwestycję – stwierdziła ekspertka Katarzyna Kuniewicz.
Nie wiadomo dokładnie, ile w Polsce kupuje się rocznie mieszkań, a tym bardziej ile ich trafia na wynajem. Firma doradcza Reas ocenia jednak, że w 2018 roku inwestorzy indywidualni w Polsce kupili w sumie 23 tys. mieszkań na wynajem za 8 miliardów złotych. Jeszcze w 2015 roku było to odpowiednio 13,5 tys. lokali za nieco ponad 4 mld zł.
Mieszkań przeznaczonych dla zmieniających się lokatorów jest więc coraz więcej, co powoduje pewne uciążliwości dla stałych mieszkańców, tak jak każda kwatera prywatna w sąsiedztwie.
Polacy niespecjalnie chcą mieszkać w domach, gdzie jest dużo wynajmowanych mieszkań, bo w ten sposób nie tworzy się autentyczna wspólnota. Nie bardzo jednak mają wybór.

Czas magazynów

Optymizm przedstawicieli branży mieszkaniowej ma podstawy także w sytuacji na rynku powierzchni biurowych i magazynowych. Można mówić, iż panuje tam boom.
Obecnie mamy w Polsce 10,7 mln metrów kwadratowych biur, a w budowie znajduje się aż 1,6 mln m kw, z czego połowa zostanie oddana do użytku jeszcze w tym roku. Deweloperzy budują na potęgę, bo najemcy chętnie wynajmują – w 2018 r. wynajęto 1,5 mln metrów kwadratowych biur.
Ten popyt napędzają inwestycje w sektorze usług biznesowych, który staje się powoli naszą specjalnością. W ubiegłym roku usługi dla biznesu zatrudniały w naszym kraju 279 tys. osób., a w przyszłym ma ich być już prawie 340 tys. Dla porównania, w całym przemyśle samochodowym w Polsce jest około 190 tys. pracowników. Coraz więcej biur wynajmują też firmy oferujące powierzchnię do pracy na krótki okres, niekiedy nawet jednodniowy.

Brakuje do nasycenia

Wysoki popyt jest również na rynku magazynowym – w zeszłym roku w całym kraju wynajęto 3,7 mln metrów kwadratowych magazynów, a w pierwszym kwartale 2019 r. było to 800 tys. m kw. brutto. Czyni to nasz rynek magazynowy trzecim w Europie, po Niemczech i – o dziwo – małej Holandii. Dzieje się tak nie tylko za sprawą tradycyjnych użytkowników, czyli operatorów logistycznych i sieci sklepów. Z roku na rok coraz większe zapotrzebowanie na magazyny zgłasza sektor handlu internetowego, z dwoma dużymi koncernami na czele: Amazon i Zalando.
Pod względem powierzchni centrów handlowych, powoli zbliżamy się do europejskiej średniej nasycenia rynku, która wynosi 279 m kw. na każde tysiąc osób. W 2018 r w Polsce mieliśmy 265 m kw/tys. os. Jednak wciąż słabo zagospodarowaną luką pozostają mniejsze miasta, od 100 do 250 tys. mieszkańców – i to właśnie w nich w następnych latach będą powstawać nowe sklepy wielkopowierzchniowe.
Reasumując, na krajowym rynku nieruchomości wiele słychać o oznakach spodziewanego spowolnienia – ale jeszcze ich nie widać.

Ciągle zabierają

Kiedy potomkowie byłych właścicieli przejęli kamienicę podnieśli czynsz, ale nie drastycznie. Wkrótce jednak sprzedali budynek prywatnej spółce. I zaczęło się. Zalewanie, podpalanie, nękanie, podwyżki. Aż wreszcie weszli do mieszkania państwa S. i wymienili zamki. Bez komornika, bez wyroku. Po prostu postanowili pozbyć się lokatorów. Tu jednak prokuratura dopatrzyła się znamion przestępstwa. Odbył się proces karny i czyścicieli skazano. Sprzedali więc nieruchomość komuś innemu. A ten nowy właściciel już zgodnie z prawem będzie eksmitował starsze małżeństwo, które przyszło do nas po pomoc. Opowieść lokatorów brzmi jak sensacyjny film. Umówiłem ich więc do telewizji, może redaktor Jaworowicz zrobi o nich program.
Tylko czy to coś da? Bohaterowie „Sprawy dla reportera” przychodzą do Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej, bo sam program nie zawsze „działa cuda”. Można nazwać przekręt, podłość, nadużycie władzy, ale to jeszcze nie znaczy, że sprawiedliwości stanie się zadość. W całym kraju mamy epidemię podejmowanych przez samorząd zmian map geodezyjnych, na których ludzie, właściciele posesji tracą pokaźne części należących do nich działek. Pal sześć kiedy chodzi, jak w przypadku pana Stefana o sto metrów kwadratowych pasa ziemi przy drodze. Gorzej kiedy jak to ma miejsce u pani O. okazuje się, że jej dom nagle stoi na działce sąsiada. Te czary wynikające z nowych pomiarów zgłaszają ludzie z całej Polski. Pan Stefan zgłosił do urzędu chęć postawienia nowego, solidniejszego ogrodzenia. Odpisano mu, że dotychczasowe ogrodzenie stoi na drodze publicznej, ziemi, która do niego nie należy. Te twierdzenia władzy są jednak sprzeczne z tym co widnieje w księgach wieczystych. Tam pan Stefan i pani O. mają to co przed pomiarami. A działka, na której stoją budynki pani O. wciąż do niej należy. (…)
Ludzie boją się tych nowych manipulacji władzy lokalnej przy planach i wyrysach nieruchomości. Bo jeśli dziś ktoś zabierze grunt sąsiadowi, to jutro przyjdzie kolej na mnie. Stąd coraz większa solidarność i chęć pomocy sąsiadom przed bezprawnymi zamachami władzy na własność obywateli.

PiS zawiódł lokatorów

O tym, dlaczego PiS nigdy nie chciał naprawdę rozwiązać problemu reprywatyzacji, jaki jest ostateczny bilans prac komisji weryfikacyjnej i jaka jest prawdziwa stawka sporu o reprywatyzację Paweł Jaworski (strajk.eu) rozmawia z Beatą Siemieniako, prawniczką walczącą o prawa pokrzywdzonych lokatorów.

Paweł Jaworski: Komisja Partyka Jakiego zasądziła odszkodowania dla części lokatorów, którzy musieli opuścić mieszkania w wyniku reprywatyzacji. Jednak władze Warszawy otwarcie odmawiają wypłaty tych kwot. Sprawa jest w sądzie. Kiedy można liczyć na jej finał? Ludzie czekają na naprawienie ich krzywd.
Beata Siemieniako: Ten spór na pewno szybko się nie zakończy. Decyzje komisji są zaskarżane przez miasto do sądów powszechnych i tam będą „mielone” być może nawet przez kilka lat – sądy obecnie działają jeszcze wolniej niż przed „deformą” sądownictwa PiS-u. Część lokatorów i lokatorek być może zrezygnuje z dochodzenia swoich praw, bo procesy będą dla nich oznaczać dotkliwe koszty psychiczne i finansowe. PiS uchwalił taki system przyznawania odszkodowań, który świetnie się nadaje do rozgrywania sporu między ratuszem a komisją.
A jak inaczej można to było rozwiązać?
Można to było zrobić całkowicie w trybie administracyjnym i sądowo-administracyjnym. Czyli w systemie, w którym z góry się zakłada, że jednostka jest zawsze słabsza niż władza publiczna. Bo lokator nie może grać na tych samych zasadach, co warszawski Ratusz. A PiS zrobił tak, jakby strony były sobie równe. Lokatorzy i lokatorki są przez to wściekli na miasto, bo się broni w sądzie, a zwykli ludzie nie mają takich prawników jak ratusz. Często w ogóle ich nie stać na prawników, a proces cywilny jest skomplikowany. PiS natomiast tylko wygrywa na ich gniewie.
Władze stolicy odmawiają wypłaty odszkodowań, uznając, że komisja nie ma właściwych kompetencji, by je przyznawać, mają je za to inne instytucje.
Ratusz generalnie twierdzi, że komisja jest organem niekonstytucyjnym. Inny argument jest taki, że decyzje o odszkodowaniach dla lokatorów są z mocy prawa powiązane z decyzjami dotyczącymi prawidłowości reprywatyzacji konkretnej kamienicy. I tu jest problem. Bo może być tak, że zanim decyzje dotyczące reprywatyzacji nie staną się prawomocne, to sprawy dotyczące odszkodowań są zawieszone. Czyli na przykład zanim sąd prawomocnie nie stwierdzi, czy Komisja słusznie cofnęła reprywatyzację kamienicy na Nowogrodzkiej 6a, to lokatorzy z Nowogrodzkiej muszą zaczekać. A wiemy przecież, że decyzje dotyczące prawidłowości reprywatyzacji są zaskarżane, np. przez spółkę Fenix. Dlatego podstawa prawna, od której zależą odszkodowania dla lokatorów cały czas nie jest prawomocna i miasto mówi, że nie wypłaci odszkodowań.
Co będzie, jeżeli Warszawski Sąd Administracyjny stwierdzi, że Komisja się myliła, reprywatyzacja była ok, a odszkodowania już zostaną wypłacone? Wówczas zgodnie z literą prawa lokatorzy będą musieli je zwrócić. Taka jest argumentacja miasta.
Czyli impas w sprawie odszkodowań wiąże się z niekończącym się sporem o komisję.
Tak. Tutaj jest z jednej strony zła wola miasta, bo mogłoby wypłacić odszkodowania zamiast się kłócić, ale wolało skorzystać z prawnej możliwości odwołania się. Z kolei PiS – bo z nim jest „sklejona” komisja – uchwalił ustawę, która umożliwia miastu takie działanie, a jednocześnie utrudnia lokatorom dochodzenie swoich praw. Wpędza lokatorów w kozi róg, gdzie muszą się sądzić z miastem jak równy z równym.
Trzaskowski i Rabiej ciągle twierdzą, że sprawa odszkodowań musi zostać rozstrzygnięta za pomocą ustawy, której projekt ratusz złożył w Sejmie w 2018 r. Środowiska lokatorskie bardzo ją krytykują, bo zbyt wąsko określa grono osób uprawnionych do odszkodowań.
Tak, propozycja ratusza zawęża grono uprawnionych i ogranicza wysokość odszkodowań. Ale i obecna ustawa o komisji nie daje uprawnień do odszkodowań szerokiej grupie. Teraz o odszkodowania mogą się ubiegać tylko ci lokatorzy, którzy mieszkają lub mieszkali – nawet to można różnie interpretować – w kamienicach, którymi zajęła się komisja. A to jest ułamek całej liczby poszkodowanych reprywatyzacją. Oznacza to, że Komisja nie gwarantuje powszechnej wypłaty odszkodowań. Kiedy ustawa o komisji była uchwalana, czyli w marcu 2017 r., wiele osób sygnalizowało, że z odszkodowaniami będzie problem, m.in. Rzecznik Praw Obywatelskich i Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Ja też o tym pisałam.
A czy ratusz miał wtedy jakąkolwiek propozycję dla poszkodowanych?
Nie miał i o to właśnie chodzi. W tamtym momencie miasto powinno zaproponować swoje rozwiązanie. Ale ratusz obudził się półtora roku później i rzucił ochłap w postaci ustawy, która daje jeszcze bardziej ograniczone możliwości. Szkoda z tym dyskutować – trzeba było proponować alternatywę, wtedy kiedy było to możliwe. W istocie żadne rozwiązanie – ani „pisowskie”, ani „platformerskie” – nie jest dobre. Potrzebujemy prostego, przejrzystego i powszechnego systemu wypłaty odszkodowań. Kwoty mogą być nawet mniejsze, ale powszechne, a nie uzależniające ich przyznanie od tysiąca rzeczy. I potem, lokatorze, udowadniaj przed sądem swoje racje i broń się sam – tak nie powinno być.
To może poszkodowani mogą liczyć na to, że uda się po prostu unieważnić większość reprywatyzacji? Istnieje interpretacja, za którą opowiada się głównie Jan Śpiewak, że prawie wszystkie decyzje o zwrotach były nielegalne.
Według Jana Śpiewaka cały spór o reprywatyzację rozbija się o tzw. przesłankę posiadania, której w bardzo wielu decyzjach nie badano. I ja się z nim zgadzam, że nie powinno było tak być i że to był błąd. Ale w mojej opinii, nawet jak się zacznie powszechnie badać przesłankę posiadania, to nie rozwiąże nam problemu. A co, jeśli ktoś udowodni, że posiadał, a w konsekwencji zreprywatyzuje kamienicę i wykurzy lokatorów? Co wtedy takim lokatorom powiemy?
Skandal z reprywatyzacją to przede wszystkim skandal polityczny. To nie jest spór tylko o prawo i kruczki prawne, to jest spór o historię i o to, w jakim społeczeństwie chcemy żyć.
Czy „duża” ustawa jest w ogóle konieczna, żeby uporać się z problemem reprywatyzacji?
W niektórych przypadkach tak, a w innych nie. Jeżeli nie będzie ustawy reprywatyzacyjnej, to sądy muszą radykalnie zmienić swoją linię orzeczniczą.
Jak może do tego dojść? Ugruntowała się już pewna praktyka, która zwykle sprzyjała posiadaczom roszczeń. Sądy przekona dyskusja społeczna wokół zwrotów kamienic razem z ludźmi, czy bardziej wyroki Naczelnego Sądu Administracyjnego albo Sądu Najwyższego?
Jedno i drugie. Jeżeli sędziowie zaczynają rozumieć skutki społeczne wydawanych orzeczeń, jeżeli widzą, że wprowadzenie jakiejś zasady prowadzi ostatecznie do działań niezgodnych z prawem, to mogą wydać wyrok kwestionujący dotychczasową linię orzeczniczą i inaczej zinterpretować przepis. Muszą wtedy wykonać większy wysiłek niż „kopiuj-wklej” z ostatnich wyroków, ale każdy sędzia ma do tego prawo, a wręcz obowiązek.
A czy niedawne uchylenie przez WSA decyzji komisji Jakiego, unieważniające zwroty pewnych kamienic, wynika właśnie z trzymania się starej linii orzeczniczej?
Nie zawsze. Czasem uchylenie decyzji Komisji wynika z niechlujstwa komisji i jej uporu w naciąganiu prawa. W jednej sprawie zrobiono np. coś takiego: komisja wydała decyzję, potem PiS zmienił ustawę, na podstawie której wydano decyzję, następnie komisja zmieniła decyzję dostosowując ją do nowych przepisów… To klasyczny przykład, że prawo nie działa wstecz. Dlatego WSA wskazał, że orzeczenie komisji weryfikacyjnej zapadło tak naprawdę na podstawie ustawy z przyszłości, bo stan prawny na który się powołała, nie istniał jeszcze w chwili wydania decyzji. To absurd. Poza tym każdy kij ma dwa końce. Być może przyjdzie kolejna władza i też zacznie działać na podstawie prawa, które dopiero chce uchwalić.
W takim razie jedyne, co udało się komisji to rozbudzenie debaty na ważny temat społeczny. Niestety skutki praktyczne są żadne. Czy więcej dobrego nie zrobiła w takim razie choćby „mała” ustawa reprywatyzacyjna?
Jakkolwiek należy krytykować Hannę Gronkiewicz-Waltz i ratusz za szereg spraw, to „mała ustawa” była dobrym krokiem w kierunku ograniczenia reprywatyzacji, a przede wszystkim handlu roszczeniami. To był projekt, który realnie coś zmienił – wyłącznie w skali Warszawy, i to w niewielkiej skali, ale jednak. PiSowi do tej pory udało się na reprywatyzacji zbić przede wszystkim kapitał polityczny. Na razie po prostu nie wiadomo, czy komisja przyczyni się do realnych zmian, po prostu jest za wcześnie, by to ocenić. Bilansu będzie można dokonać dopiero po tym, jak jej decyzje się uprawomocnią. Komisja dała duże nadzieje lokatorom, ale niestety potem niektórych z nich zawiodła. Za niewybaczalne uważam to, że przewodniczący komisji, wydając decyzję w sprawie Poznańskiej 14, mówił: „kamienica wraca do miasta, lokatorzy mogą wrócić do swoich mieszkań”.
A to była nieprawda…
To jest nieprawda do dzisiaj. A to było półtora roku temu. Nikt nie wrócił do mieszkań, a ta kamienica nie wróciła do miasta.
I Patryk Jaki był świadomy tego, że ten skutek jest iluzoryczny?
To dobrze wyglądało w mediach. Uściskał lokatorów, którzy płakali ze wzruszenia… Jak to skomentować? Obłudne i cyniczne? Czy rzeczywiście chciał dobrze i czuł się „dobrym szeryfem”? Nie wiem.
Dlaczego projekt ustawy reprywatyzacyjnej Jakiego utknął w „zamrażarce” sejmowej?
Mogę się tylko domyślać. Pewnie było wiele nacisków, by tego projektu nie uchwalać. Po pierwsze, możliwe, że wybuchłby międzynarodowy skandal porównywalny do tego wokół ustawy o IPN, ponieważ prawo do odszkodowań przysługiwało w tym projekcie tylko obywatelom polskim. Poza tym zadziałało lobby właścicieli i deweloperów, którzy wywalczyli korzystne dla siebie przepisy. Na przykład, że odszkodowania będą liczone po cenach dzisiejszych, a nie z czasów nacjonalizacji. Zwracał na to uwagę dr Tomasz Luterek.
Ustawa jednak nie przewidywała zwrotów w naturze, czyli samych mieszkań. To można Jakiemu zaliczyć na plus.
Być może Patryk Jaki był pełen dobrych chęci, ale jednocześnie za słaby, żeby wszystko to przewalczyć. Gdy powstała Komisja, a potem projekt ustawy reprywatyzacyjnej, zapanował entuzjazm w ruchu lokatorskim. Chyba wszyscy i wszystkie wierzyliśmy, że idzie zmiana. W końcu większość postulatów, które kiedyś wysuwali działacze lokatorscy, wcześniej uznawane za „bolszewickie”, zostały w tym projekcie uwzględnione: weryfikacja dotychczasowej reprywatyzacji, odszkodowania dla lokatorów za ich krzywdy, wstrzymanie zwrotów kamienic w naturze. Teraz to wszystko mamy, ale „na pół gwizdka”. Odszkodowania niby są, ale nikt ich jeszcze nie dostał. Weryfikacja jest, ale jeszcze nic nie wróciło do miasta. Podsumowując: PiS zrobiło tu znacznie mniej, niż mogło zrobić. Mają większość w sejmie i mogą uchwalić ustawę, jaką chcą. A skoro mogą, to czemu tego nie robią?
Przez ostatnie lata dyskusja o reprywatyzacji dotyczyła głównie kwestii ideologicznych i prawnych. To dobrze, bo teraz jest mniej „sakralne” podejście do własności. Ale gdzieś w tym wszystkim gubią się sami poszkodowani. Czy jeżeli nie będzie ustawy, to lokatorzy komunalni będą teraz lepiej chronieni?
Niedawno weszła ustawa, która radykalnie pogarsza sytuację lokatorów. Uchwalił ją PiS, który kreuje się na obrońcę lokatorów. Dalej: władza obiecała program Mieszkanie Plus, ale w pakiecie wprowadziła eksmisję na bruk bez żadnej rozprawy w sądzie, tylko na podstawie papierków. Kolejna rzecz, wciąż prywatni właściciele nie mają limitów w ustalaniu wysokości stawek czynszowych na wolnym rynku. Absolutnie nie twierdzę, że obrońcą lokatorów była Platforma Obywatelska, czy poprzednie rządy. Chodzi mi w tym wszystkim o kubeł zimnej wody na otrzeźwienie. Lokatorzy od wielu lat są traktowani jako obywatele gorszej kategorii.
Znasz osoby, które straciły mieszkania przez zwroty kamienic. Co one teraz myślą o Patryku Jakim i komisji?
Wolałabym, żeby te osoby same o tym opowiedziały. Jest różnie. Komisja jest pierwszym organem, który powiedział lokatorom i lokatorkom: „Słuchamy was. Opowiedzcie nam, co was spotkało”. Wcześniej ludzie, którym odcinano wodę, podwyższano czynsze i wydzwaniano głuche telefony, odbijali się od drzwi do drzwi i nie mieli znikąd pomocy. Uważam, że to jest ważne osiągnięcie Komisji.
Na koniec pytanie, które nie mogło nie paść: o niesławną amerykańską ustawę 447. Czy rzeczywiście jest się czego bać?
Polska może uchwalić taką ustawę, jaką chce. Tylko, że nie uchwala żadnej. Tu nie chodzi o chciwych Żydów, tu chodzi po prostu o to, że ludzie robię tyle, na ile państwo im pozwala. W Polsce reprywatyzacja mogła się dziać, mogły być zwracane szkoły i szpitale, mogły być reaktywowane przedwojenne spółki, bo państwo na to pozwalało. Jeśli państwo nie powie stop, to każdy będzie chciał ugrać jak najwięcej. Narodowość nie ma tu żadnego znaczenia.

Reprywatyzacja, ciąg dalszy

Pan Jan od 30 lat mieszka w komunalnym mieszkaniu na warszawskiej Pradze.

Lokal ma 16 metrów kwadratowych i składa się z jednej izby bez łazienki, bez ogrzewania, ciepłej wody, gazu czy kuchni. Jest osobą niepełnosprawną, rzadko się uśmiecha. Nie bardzo już wierzy, że jego los się odmieni. Jednak zdobył się na wystąpienie o poprawę warunków mieszkaniowych, bo jego lokal właśnie uległ reprywatyzacji.
Miasto st. Warszawa odmówiło, bo dopatrzyło się, że ma on udział w niewielkim gospodarstwie rolnym. Jakiś skrawek ziemi na końcu Polski, który mógłby sprzedać, aby zaspokoić swoje potrzeby mieszkaniowe. Sęk w tym, że tam mieszka jego brat. Człowiek ubogi i aby sprzedać ziemię, z nędzną drewnianą chałupą, musiałby wygnać z domu rodzonego brata. Oczywiście pod warunkiem, że ten nędzny spłachetek ziemi ktoś by zechciał nabyć.
Wiele się mówiło o preferencjach przy rozpatrywaniu próśb o pomoc mieszkaniową dla osób będących ofiarami reprywatyzacji. Mówiono też, że niepełnosprawność przemawia za szybszym przyznaniem najmu komunalnego. Tu jednak mamy do czynienia z wyraźną złą wolą miasta, które wyszukuje najrozmaitszych pretekstów by nie pomagać tym, którym pomagać obiecało.
W Poznaniu skazano na dwa lata więzienia niejakiego Śrubę. Czyściciela kamienic, który uprzykrzał życie lokatorom reprywatyzowanych kamienic. Mniejsze wyroki więzienia otrzymało dwóch innych czyścicieli. Na ławie oskarżonych nie zasiedli jednak ci, którzy Śrubę i jemu podobnych wynajęli. Tych, którzy byli sprawcami intelektualnymi przestępstw polegających na podrzucaniu nieczystości, robactwa, czy kopaniu lokatorom symbolicznych grobów na podwórkach.
Wszystko tylko po to by mieszkańcy się wynieśli, a mocodawcy czyścicieli mogli zarobić. Bo właściciel w naszym kraju jest nietykalny, a własność prywatna święta.
Gdy ktoś wynajmuje zabójcę, odpowiada co najmniej na równi z nim. Gdy ktoś wynajmuje zbira do wykurzenia lokatorów pozostaje bezkarny. Po roku pan Śruba wyjdzie pewnie za dobre sprawowanie i będzie mógł się cieszyć sowitym wynagrodzeniem, który otrzymał od właścicieli reprywatyzowanych kamienic. I już się pewnie śmieje z nas, lokatorów i wymiaru sprawiedliwości. A z braku ustawy reprywatyzacyjnej, która by położyła kres oddawaniu kamienic z lokatorami, cały proceder trwa w najlepsze.
Władza woli wciąż w świetle jupiterów ścigać pionki nie ruszając grubych ryb. Karać, zamiast zapobiegać krzywdzeniu niewinnych lokatorów, których wciąż oddaje się spadkobiercom i nabywcom roszczeń jak worek kartofli wraz kamienicami.

W imię zasad

Dzień jak co dzień w Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej. Nagonka na lokatorów trwa w najlepsze.

Kobieta nie mówi. Ona krzyczy. Naczelnik Wydziału Zasobów Lokalowych obiecał jej, że kiedy spłaci całe zadłużenie, 20 0000 zł, on w zamian umorzy odsetki i przywróci jej umowę najmu. Ale zrobił odwrotnie. Nie tylko nie umorzył, ale rozmnożył dług naliczając odsetki, a potem jeszcze odsetki od odsetek. Wyhodował dług, który znowu wynosi 20 000 zł. Tak miasto st. Warszawa potraktowało kobietę, której ukochana córka odebrała sobie życie. Kobieta jest w depresji od 2008 r., ale mimo to walczy, płaci, chodzi i prosi, żeby jej, synowej i niespełna rocznego wnuka nie eksmitowano. Kiedy straciła pracę, kilka lat temu płaciła już tylko czynsz, ale dodatkowych 500 zł. Tytułem spłaty zadłużenia nie była już w stanie. Sąsiedzi, znajomi mówili: ty tego nigdy nie spłacisz, bo ten dług jest jak kula śniegowa. A jednak regularnie płaciła czynsz, wierząc, że w końcu się uda mieszkanie obronić. Aż nadszedł dzień sądu. Miasto przedstawiło nierzetelne rachunki, ale lokatorka odnalazła dokumenty księgowe, które przemawiają na jej korzyść. Tuż przed rozprawą urzędnik powiedział jej, że nie ma szans w sądzie dla Warszawy Woli, bo to jest sąd, który orzeka zwykle na korzyść dzielnicy.
Oczy ma zapuchnięte od ciągłego płaczu. W jej głosie jest gniew i rozpacz. Synowa krąży po pięknie utrzymanym, zadbanym mieszkaniu z dzieckiem na rękach. Musimy napisać apelację i wygrać w sądzie z okrutnymi urzędnikami. W imię zasad. Te dwie kobiety, starsza zapłakana i młodsza smutna i to dziecko nie zasługują na wyrzucenie do jakiejś zatęchłej nory, gdzie trzeba walczyć z grzybem i nie da się pomieścić rzeczy, bo jest dokładnie po 6 metrów kwadratowych na osobę. Kiedy przychodzi nieszczęście, a po nim chroniczna depresja, samorząd, miasto powinny pomóc, a nie walczyć z ludźmi, nie dobijać, tych których życie tak ciężko doświadcza.
W Kancelarii w każdy czwartek kłębi się tłum. Ludzie mają na twarzach wypisane poczucie krzywdy, gniew na bezdusznych urzędników, podłych a często nieuczciwych sędziów, na system, który niszczy i poniża słabszych premiując cwaniactwo i niegodziwość. Nasz lokal to 27 metrów kwadratowych sutereny. Właśnie się dowiedziałem, że aby przedłużyć najem tego pomieszczenia musimy za 6 lat wstecz zapłacić podatek od nieruchomości. Za nasze serce i wyręczanie samorządu w rozwiązywaniu ludzkich problemów jesteśmy karani coraz to nowymi opłatami. Zdarza się, że ludzie przychodzą do Kancelarii a tam jest wyłączony prąd, Internet. Ogrzewanie jest na prąd i kosztuje krocie. Ale mimo to siadamy w zimnym lokalu i wysłuchujemy o ludzkich krzywdach i problemach mimo, że para leci z ust, a ręce grabieją. I jakoś się udaje utrzymać lokal i dalej pomagać. Bo jeśli nie my, to kto?

Nie zobaczą odszkodowań

Lokatorzy zreprywatyzowanych warszawskich kamienic nie zobaczyli dotąd ani grosza z odszkodowań, które mieli otrzymać na mocy decyzji komisji weryfikacyjnej. I jeszcze przez jakiś czas nie zobaczą, bo miasto zaskarżyło wszystkie decyzje w tej sprawie do sądu. Zawnioskowało też, by koszty postępowania pokryli lokatorzy.

 

Chodzi o osiem decyzji przyznających odszkodowania w wysokości od siedmiu do 29 tys. złotych. Ich beneficjentami mieli być lokatorzy zreprywatyzowanych budynków pod adresami: Nabielaka 9, Nowogrodzka 6A, Poznańska 14, Marszałkowska 43. Każdy z nich jest doskonale znany obrońcom praw lokatorów. Wszystkie decyzje reprywatyzacyjne w odpowiednich sprawach zostały przez komisję weryfikacyjną uchylone jako wydane z naruszeniem prawa.
– Gdy kamienica trafiła w prywatne ręce, wzrósł czynsz i zaczął się totalny remont; to są tortury psychiczne, czuję się upodlona – zeznawała przed komisją lokatorka z Nowogrodzkiej 6A. Jej sąsiedzi opowiadali o podwyżkach czynszu, najściach, obrażaniu mieszkańców budynku. Nieruchomość w warszawskim Środmieściu została odzyskana przez spadkobierców przedwojennych właścicieli, a potem sprzedana prywatnej spółce za 5,8 mln zł. Nowy właściciel wycenił wartość obiektu na… 80 mln.
Decyzję w sprawie Marszałkowskiej 43 podpisał wicedyrektor stołecznego Biura Gospodarki Nieruchomościami; niedługo potem kamienicę sprzedano … jego bratu, który z kolei odsprzedał budynek znajomej adwokata Roberta N.; jego nazwisko przewija się w wielu sprawach reprywatyzacyjnych. Lokatorzy wskazywali podstawowe nieścisłości związane ze spadkobierczyniami, cudownie znalezionymi we Francji: twierdziły one, że testament uprawniający je do starań o nieruchomość odnalazły w 2006 r., jednak pełnomocnictwo w tej samej sprawie wystawione zostało… dwa lata wcześniej.
Tragedia lokatorów Nabielaka 9 znana jest daleko poza granicami Warszawy – to tam mieszkała zamordowana w okrutny sposób w 2011 r. Jolanta Brzeska. Komisja Jakiego przyznała jej córce 100 tys. zadośćuczynienia.
Miasto nie wypłaciło jednak dotąd z tej kwoty, podobnie zresztą jak z niższych odszkodowań, ani złotówki. Dziś ratusz powiadomił, że zaskarżył do sądu wszystkie decyzje w tej sprawie. – Składanie sprzeciwów wynika z faktu, że komisja nierzetelnie zbadała przesłanki zapisane w ustawie –powiedziała Magdalena Młochowska, pełnomocniczka prezydenta Warszawy ds. lokatorów z reprywatyzowanych kamienic. Ratusz w swoich wnioskach zażądał także, by to lokatorzy opłacili koszta sądowe. Młochowska twierdzi, że obowiązujące przepisy nie pozostawiają w tej kwestii pola manewru.
Przedstawiciele władz Warszawy przekonują, że odszkodowania części lokatorów się nie należą, bo w przepisach zapisano, iż konieczne jest łączne spełnienie dwóch warunków. Po pierwsze, rekompensatę może otrzymać osoba, która po reprywatyzacji budynku padła ofiarą przemocy, gróźb, utrudniania korzystania z lokalu lub znacząco podniesiono jej czynsz. Po drugie, działania takie muszą spowodować „istotne pogorszenie jej sytuacji materialnej”. A tutaj warszawski ratusz ma swoje informacje.
– Ujawniają się okoliczności, że część osób, które ubiegały się o odszkodowanie, miała zaspokojone potrzeby mieszkaniowe. Niektóre mogły mieć bardzo dobry standard finansowy. Mamy informacje, że część osób kupiła sobie drugie mieszkanie za bardzo pokaźną kwotę. Mogą nie spełniać przesłanek zapisanych w ustawie o komisji weryfikacyjnej – powiedział stołecznej „Gazecie Wyborczej” wiceprezydent Witold Pahl.
Ostatnie sondaże dotyczące nadchodzących wyborów na prezydenta Warszawy były łaskawe dla kandydata PO. Ale jeszcze kilka takich ruchów otoczenia Hanny Gronkiewicz-Waltz i może się w tej sprawie wiele zmienić… Tymczasem ustawy ostatecznie kończącej sprawy reprywatyzacyjne, której domagają się obrońcy praw lokatorów, nadal nie widać.