PAD w Łomży

Nagłe Zatrzymanie Krążenia (NZK) dotyka w Polsce  ok. 40 tys. osób rocznie.  Z tej liczby udaje się uratować zaledwie 2-5 proc. pacjentów. Dlaczego tak mało? Ponieważ podstawowym czynnikiem warunkującym przeżycie jest szybkość działania.

 

lek. med. Dariusz Janicki – specjalista Medycyny Ratunkowej; WSPR Łomża. kandyduje na Prezydenta Miasta Łomży i na radnego Rady Miasta Łomży z listy nr 5 SLD – Lewica Razem.

 

Dotarcie przez zespół ratownictwa medycznego (ZRM) w odległe miejsce w mieście może zająć nawet kilkanaście minut, Może się zdarzyć, że nie ma wolnych zespołów i trzeba zadysponować ZRM spoza rejonu i wtedy czas dojazdu może być jeszcze dłuższy. Dlatego nie wahajmy się wezwać ZRM, jeżeli jest to konieczne, ale zastanówmy się czy warto, jeżeli nie ma zagrożenia życia i jesteśmy w stanie sami dotrzeć do szpitala.
Defibrylacja jest kluczowym ogniwem łańcucha przeżycia. Wykonanie defibrylacji w jak najszybszym czasie jest jednym z najważniejszych czynników decydujących o przeżyciu podczas zatrzymania krążenia w mechanizmie migotania komór(VF) i częstoskurczu komorowego (VT) Migotanie komór i częstoskurcz komorowy bez tętna to sytuacja, w której mięsień sercowy kurczy się w sposób nieskoordynowany i nieefektywny. Krew nie jest pompowana przez serce i dostarczana do tkanek i narządów oraz do płuc. Dochodzi do niedotlenienia, na które szczególnie narażony jest mózg. W normalnej temperaturze w ciągu 3-6 minut dochodzi do śmierci mózgu. Istotne jest to, że u dorosłych najczęstszą przyczyną NZK poza szpitalem (około 75 proc.) jest migotanie komór lub częstoskurcz komorowy. Są to tzw. rytmy do defibrylacji. Użycie defibrylatora w tym przypadku może przywrócić prawidłowy rytm. W pozostałych przypadkach występuje asystolia (około 15 proc.) lub aktywność elektryczna (bez tętna) około 10 proc.. Są to rytmy, przy których nie wykonujemy defibrylacji. W każdym przypadku NZK należy zadzwonić pod numer alarmowy 112 lub 999 i rozpocząć resuscytację krążeniowo-oddechową (RKO), chyba że jesteśmy sami, a defibrylator AED jest w pobliżu, wtedy rozpoczynamy od jego podłączenia.
Automatyczne defibrylatory zewnętrzne (Automated External Defibrylator-AED) są wysoce specjalistycznymi, niezawodnymi, skomputeryzowanymi urządzeniami, które za pomocą poleceń głosowych prowadzą zarówno osoby z wykształceniem medycznym, jak i bez niego przez procedurę bezpiecznej defibrylacji w zatrzymaniu krążenia.
W krajach wysoko rozwiniętych wdraża się setki lokalnych programów PAD (ang. Public Access Defibrillation), czyli publicznego lub powszechnego dostępu do defibrylatorów AED, których celem jest stworzenie gęstej siatki AED w miejscach publicznych oraz zaangażowanie jak największej liczby wolontariuszy gotowych do niesienia pomocy. Zgromadzone dane pokazują, że podjęcie przez świadków zdarzenia samego RKO zwiększa szanse przeżycia do 9 procent, a przy użyciu dodatkowo defibrylatora AED – do ponad 50 procent, ale gdy urządzenia AED były dostępne na miejscu zdarzenia w czasie 3-5 minut, szanse na przeżycie wzrastały do ponad 70 procent. Urządzenia AED coraz częściej pojawiają się w przestrzeni publicznej i są instalowane w wielu zakładach pracy, urzędach, szkołach, lotniskach, dworcach kolejowych, pociągach, hotelach, centrach handlowych i pływalniach. Jeden z pierwszych programów poprawy bezpieczeństwa mieszkańców, zgodnie ze standardami PAD, wprowadziło miasto i gmina Trzebinia pod hasłem „Trzebinia Miastem Bezpiecznego Serca”. W ramach programu na terenie całej gminy w miejscach publicznych umieszczono 20 urządzeń AED. Przede wszystkim to ludzie ratują ludzi. Dlatego program budowy PAD powinien zawierać przynajmniej 6 podstawowych elementów, tak, aby defibrylator nie był tylko powszechny/publiczny, ale również aktywny. Dlatego powinniśmy zadbać o analizę projektu PAD według następujących punktów:
• sieć ogólnodostępnych defibrylatorów AED – 24 h,
• identyfikacja i wizualizacja lokalnego programu PAD,
• wolontariusze i program edukacji społecznej,
• system zarządzania AED i wolontariuszami,
• dobór sprzętu i sposobu montażu,
• finansowanie programu i jego utrzymanie.
Niedawno ideę PAD zaczęto realizować w Białymstoku, w ramach budżetu obywatelskiego. Chcielibyśmy wprowadzić system PAD w Łomży. Wiemy jak to zrobić, jak zaplanować lokalizację, jakiej aplikacji użyć do stworzenia mapy rozmieszczenia defibrylatorów w naszym mieście, jakie szkolenia zorganizować, jak zarządzać defibrylatorami i wolontariuszami. Mamy też kilka pomysłów na sfinansowanie projektu.
Aktualnie jest w Łomży kilka defibrylatorów AED, ale praktycznie żaden z nich nie jest ogólnie dostępny.
Mieszkańcy Łomży mają prawo czuć się bezpiecznie i mają prawo mieć dostęp do skutecznych narzędzi służących ratowaniu życia.

Krynica mądrości

Lwica prawicy, krynica mądrości; posłanka-atencjuszka, wyrabiająca normę parcia na szkło za pół województwa podlaskiego. Sejmowa „modnisia”. Do historii nie przejdą jednak jej dekolty ani obcisłe żółte spodnie, lecz zdjęcie, na którym z pogardliwą miną robi w tył zwrot przed protestującymi w Sejmie niepełnosprawnymi Kubą i Adrianem.

Już nawet wyborcy z jej rodzinnego miasta poczuli się w obowiązku wyjaśnić światu, że co złego to nie oni: na Facebooku trwa akcja „Łomża przeprasza za Bernardetę Krynicką”. Co więcej, strona wcale nie powstała na fali ostatniego grożenia protestującym („znalazłabym paragraf na takie osoby, które przetrzymują swoje dzieci w Sejmie w warunkach niegodnych” – miała oznajmić posłanka z okręgu białostockiego). Antyfanpejdż „Beni”, jak pieszczotliwie nazywają ją lokalsi, działa już prawie dwa lata.

Życie jej nie oszczędzało, co bynajmniej powodu do żartów nie stanowi, ale tym bardziej dziwi jej bezlitosna postawa względem rodziców i opiekunów okupujących sejmowe korytarze. Krynicka samodzielnie wychowuje trójkę dzieci, w tym 23-letnią córkę z zespołem Downa. Zanim została radną Łomży, a potem parlamentarzystką, pracowała jako pielęgniarka na lokalnym oddziale dziecięcym. Mimo to, jak sama podkreśla, matki protestujące w Sejmie „nie są dla niej partnerami do rozmowy”.

O sobie na sejmowych stronach pisze: „Wychowana w katolickiej, wielodzietnej rodzinie na wsi. Patriotka i aktywna działaczka społeczna”. Ale w mieście się z nią nie identyfikują.

W macierzystej formacji też już się naraziła. Po tym, jak zaproponowała na posiedzeniu komisji zdrowia Krzysztofowi Mieszkowskiemu z Nowoczesnej, aby „jeśli coś mu się nie podoba, wyniósł się z kraju” (do Kataru, bo „tam się odnajdzie”), inna działaczka PiS z Podlasia, Anna Kamińska, złożyła petycję sprzeciwiającą się używaniu przez „Benię” nieparlamentarnego języka w debacie publicznej.

Ale ten typ tak po prostu ma. Kiedy wicemarszałek Sejmu Barbara Dolniak chciała przerwać jej przemówienie o wulgarnych, szkodliwych gimnazjach-molochach, usłyszała „Milcz, kobieto!”. I podziałało, na sali plenarnej ucichło jak makiem zasiał. I tak dobrze, że na tym się skończyło. Pani poseł wszak została okrzyknięta „twarzą polskiej obrony terytorialnej” po tym, jak chwaliła się zdjęciami ze strzelnicy w Opolu i postępami w obsłudze karabinu maszynowego. Patrząc na nie myślę sobie, że na miejscu pani wicemarszałek dałabym jednak za wygraną.

Krystyna Pawłowicz niewątpliwie pozostawi po sobie pomnik trwalszy niż ze spiżu – młodsze pokolenie naśladowczyń.

Czasem pani poseł bywa też autentycznie rozczulająca. Na przykład kiedy dziennikarz „Faktu” w 2016 zadał jej pytanie „co zrobiła dla Polski”, nie kryła zaskoczenia. „A dlaczego pan pyta?”. Poseł? Dla Polski? Też coś. Trzeba jednak przyznać, że redakcja „Faktu” miewa jawnie sadystyczne zapędy, bo w 2017 roku to samo pytanie skierowano do Krynickiej ponownie. Wtedy już przynajmniej wiedziała, że ma biuro poselskie.

A mogła spokojnie pochwalić się autorską inicjatywą, którą podjęła w 2016 podczas jednego z posiedzeń komisji zdrowia – nadmienić należy, że inicjatywa ta przyniosła jej przydomek Posłanki Krynickiej od Macic. Wymyśliła mianowicie, żeby w przygotowywanym przez PiS projekcie dotyczącym klauzuli sumienia dla fizjoterapeutów zapisać możliwość odmowy zabiegu kobiecie posiadającej wkładkę domaciczną. W jaki sposób masażysta miałby sprawdzać obecność rzeczonej wkładki pani poseł jednak nie kwapiła się wyjaśnić, choć dopytywał o to Bartosz Arłukowicz, a później czająca się pod salą chmara dziennikarzy.

Po pamiętnym posiedzeniu komisji posłanka jednak szybko uciekła przed wnikliwą red. Kolendą-Zaleską i resztą reporterów. Zupełnie niepotrzebnie, bo za swoje wystąpienie na komisji zdrowia została (ex aequo z wiceministrem Markiem Tombarkiewiczem) nominowana do nagrody Srebrnych Ust.

Zanim doszła do wrażliwego tematu sumienia masażysty, żarliwie dziękowała Konstantemu Radziwiłłowi za pigułkę „dzień po” na receptę. Arłukowicz próbował się wcinać, kiedy oskarżała inne posłanki o ignorancję w sprawach „hormonalnych”, ale podobnie jak Barbarze Dolniak, jemu też nie pozwoliła dmuchnąć sobie w kaszę: „Pozwoli pan, a rzadko to robię, ale się porozkręcam trochę”. I poszło.

Bernardeta Krynicka rzeczywiście sprawia wrażenie, jakby nikogo się nie bała, kiedy już się rozkręci. Ale to nieprawda. Jest jedna rzecz, której ta żelazna dama boi się jak ognia. To potwór gender. Dlatego żądała, aby Komisja Wenecka zajęła się konwencją antyprzemocową, która „promuje filozofię genderową, pełną patologii psychologicznej, społecznej, medycznej oraz narusza prawa obywatelskie”.

Prócz tego pani poseł ogólnie wszem wobec znana jest z miłości bliźniego i regularnie daje temu wyraz, na przykład na antenie katolickiego Radia Nadzieja, kiedy rozmarzyła się w kontekście posłów opozycji i Komisji Weneckiej, stwierdzając, że zdrajcy Polski powinni zawisnąć na stryczkach. Marek Suski tłumaczył później tę wypowiedź „małym doświadczeniem parlamentarnym”.

Niewątpliwie „w niej jest seks”. To ona na początku rządów PiS wzbudzała sensację, przebierając się podczas obrad w sejmowej łazience. Ale wiadomo, gwiazdą trzeba się po prostu urodzić. Albo masz „to coś”, albo nie: „Nie mam zamiaru chodzić w ortalionie i dżinsach. Przyzwyczaiłam się, że mój ubiór jest komentowany, ale nie odbieram tego jako nagonka na mnie” (pisownia oryginalna).

Ale swoją parlamentarną działalność – tę poważniejszą niż dobieranie strojów, konsekwentnie jednak skupia wokół problemów służby zdrowia. Była na przykład pewna, że protest lekarzy rezydentów „miał podtekst polityczny”, To zresztą część większego światowego spisku: „był już Trybunał Konstytucyjny, były czarne parasolki, a teraz są rezydenci”. Ci zaś według posłanki „i tak mają możliwość dorobienia”, a poza tym „wiedzieli na co się piszą i ile będą zarabiali, wybierając określone specjalizacje”.

„Będę przedstawicielką wszystkich was. Doskonale znam problemy kobiet, matek, a w szczególności pielęgniarek” – mówiła w swoim spocie wyborczym pod koniec 2015. Ale nagle okazało się, że protest pielęgniarek okupujących w 2016 Ministerstwo Zdrowia również był „motywowany politycznie”. Dowody? „Był wspierany przez opozycję i przez KOD”.

Aborcja? To jasne. „Nie powinno być żadnej aborcji. Kraj, który zabija swoje dzieci, nie będzie szczęśliwy”.

Ta wypowiedź jest przerażająca z jeszcze jednego powodu: oto doświadczona pielęgniarka przyznaje, że będąc w ciąży nie pomyślała o zrobieniu badań prenatalnych i zdecydowanie odradza to innym, twierdząc: „to jest straszenie”. Posłanka wprost mówi, że aby zrozumieć, jakie szczęście daje posiadanie dziecka z zespołem Downa, „trzeba w tym być”. I absolutnie nie kryje się z tym, że najchętniej ustawowo nakazałaby to wszystkim kobietom. Tak jak w przypadku Kai Godek, mamy do czynienia z efektem ironwoman, u której słabsi psychicznie, niezdolni do najwyższych poświęceń, nie znajdą nigdy zrozumienia.

***

Bernardeta Krynicka przejawia ignoranckie i dewocyjne zachowania (tępi Halloween, cytuje Wojciecha Cejrowskiego, walczy o smoleńską prawdę, kocha Wyklętych, wkleja posty o tym, że Tusk z Komorowskim wybuchali śmiechem nad trumnami ofiar katastrofy), lecz z pewnością należy oddać jej sprawiedliwość w tym sensie, że jako posłanka debiutantka, nie miała jeszcze zbyt wielu okazji, jak niektóre postaci z tej serii (vide prof. Ewa Kurek czy senator Jan Żaryn) zaprezentować szerszej publiczności szkodliwych, toksycznych poglądów.

Jest za to doskonałym przykładem zjawiska, o którym pisała red. Elżbieta Turlej – tzw. „krótkiej ławki PiS”. I tym złym efektem wprowadzenia parytetów na listach. Krynicka została wybrana zaledwie 7,6 tys. głosów, jako zaufana osoba z otoczenia swego podlaskiego mentora Krzysztofa Jurgiela.

„Próbując odnaleźć się w tych karko­łomnych układankach, najwierniejsze łatwo zwracają się przeciwko kobietom jako takim. Choć to dzięki lobbowaniu organizacji kobiecych na rzecz tzw. kwoty, czyli obowiązku rejestrowania na listach co najmniej 35 proc. przedstawicieli tej samej płci, część z nich miała szanse star­tować do Sejmu, teraz zwalczają feminizm we wszelkich przejawach” – pisze Turlej w „Szahidkach prezesa” dla „Polityki”.

Według innych, bardziej już parlamentarnie doświadczonych posłanek, została po prostu kolejnym „aniołkiem”, cynicznie wykorzystanym przez prezesa: „Kaczyński wie, jaki głos jest w niej najmocniej słyszany i wystawia na pierwszą linię te najgłośniejsze i najbar­dziej rozedrgane. Nie przez przypadek teraz do drugiego szeregu idzie spokojna Joanna Szczypiń­ska, a krok do przodu robi Beata Mazurek, a świetnie ubrana Izabela Kloc jest chowa­na za plecami Bernadety Krynickiej” – powiedziała o niej Joanna Kluzik-Rostkowska.

To doskonale wyjaśnia fenomen pielęgniarki z prowincji, która nagle zaczyna mówić językiem wodza, pogardliwym wobec potrzebujących. Łomżanie przyznają, że jest przedsiębiorcza, dba o to, aby do szpitala, w którym pracowała, spływały fundusze. Jej były mąż jest tam zresztą ordynatorem kardiologii.

Ale przeważają opinie: „Z niczym jej nie kojarzę, co można związać z jej sukcesem osobistym, myślą, ideą. Ona się podepnie pod zdjęcie, jak otwierają drogę. Gdzieś tam się ustawi do kamery, fotografa. Lubi być zauważona i widać to po ubiorze, kolorze włosów, sposobie bycia. Wydaje mi się, że to jest jeden wielki krzyk o uwagę”.

Dlatego nikogo nie dziwi, że właśnie ona stała się w ostatnich dniach symbolem „pychy, która kroczy przed upadkiem”.