Kadry są najważniejsze

Nawet kraj o dobrze zorganizowanym systemie opieki senioralnej nie poradzi sobie z wyzwaniami demografii bez przemyślanej polityki związanej z rynkiem pracy.

Polskę czeka dramatyczny wzrost udziału ludzi starszych w społeczeństwie. Według prognoz Głównego Urzędu Statystycznego, o ile jeszcze w 2013 roku osób w wieku 65 lat i więcej było blisko 15 procent, to w 2050 r. ten udział zwiększy się do 33 procent. Znacznie większy niż dziś odsetek społeczeństwa będzie potrzebował więc codziennego lub okresowego wsparcia. A to oznacza konieczność zastanowienia się nad zapewnieniem odpowiedniej jakości życia tych ludzi, co musi się wiązać z rozwojem tak zwanej polityki senioralnej.
Polska jesień życia na ogół jest spędzana we własnym domu. W naszym kraju system opieki opiera się na czterech sektorach: ochrony zdrowia, non profit, socjalnym i rynkowym. Gdy rodzina nie jest w stanie zapewnić minimalnego poziomu wsparcia, teoretycznie pomóc może państwo. Takie wsparcie uzależnione jest jednak od kryterium dochodowego. Wysokość polskich świadczeń związanych z opieką nie jest duża, a wymagania ich otrzymania – nader rygorystyczne.
Kwestia opieki nad osobami zależnymi, w tym zwłaszcza starszymi dotyczy co trzeciego gospodarstwa domowego w Polsce. Okazuje się, że najczęściej czynności opiekuńcze w rodzinach wykonują kobiety w wieku 50-69 lat, które zajmują się rodzicami lub teściami. Ponad 6,2 mln pracowników i pracownic w Polsce, czyli połowa zatrudnionych na umowę o pracę, zajmuje się „po godzinach” opieką nad swoimi rodzicami.
– Zdecydowana większość Polaków deklaruje zarazem, że nie oddałaby swojego krewnego do instytucji opiekuńczej. Ponadto teraz, podczas pandemii, z opieki stacjonarnej może korzystać mniej osób niż dotychczas. Domy opieki, skupiające osoby z grupy wysokiego ryzyka zakażeń, nie są postrzegane jako bezpieczne. Ale jednocześnie rodziny nie są w stanie wystarczająco dobrze zająć się swoimi starszymi bliskimi, a w sektorze formalnej opieki państwa istnieją niedobory kadrowe. To jednak tylko To tak naprawdę tylko przedsmak wyzwań, które stoją przed polskim modelem opieki senioralnej – mówi dyr. Beata Czech z firmy Promedica 24.
Szukając inspiracji dla rozwiązań w dziedzinie opieki nad seniorami, warto przyjrzeć się systemowi niemieckiemu, gdzie istotną rolę odgrywa formalna i nieformalna długoterminowa opieka domowa. Co istotne, Niemcy mają podobne do Polaków podejście do opieki nad swoimi najbliższymi, co sprawia, że ten zagraniczny model może jakoś sprawdzić się i w naszym kraju. Oni też raczej nie oddają ich do domów starców.
W latach 1996-2015 liczba osób wymagających opieki wzrosła w Niemczech o ponad 72 procent. Według danych z 2015 r., długoterminowej troski wymagało tam 2,86 mln osób, z czego w ponad 2,1 mln przypadków była to opieka domowa. Badania i codzienna praktyka wskazują, że starsi ludzie w Niemczech, tak jak i w Polsce, wysoce doceniają komfort funkcjonowania w najbliższym, dobrze znanym sobie środowisku. Przynajmniej co czwarty senior chciałby spędzać jesień życia w swoim rodzinnym domu dopóki tylko zdrowie i warunki mu na to pozwolą.
Ze strony rodzin ma to także znaczenie ekonomiczne. W Polsce domy opieki zabierają dużą część emerytury swego pensjonariusza, a czasem trzeba im jeszcze dopłacać (gdy senior ma niskie świadczenie). Gdy zostaje on w domu, zostaje też jego emerytura. Natomiast szeregowi pracownicy placówek opiekuńczych nie są zainteresowani wydłużaniem życia swoich podopiecznych, bo ich pensja jest niezależna od długości życia konkretnego seniora.
Ponadto, opieka domowa pozwala uniknąć stresu związanego ze zmianą miejsca zamieszkania i środowiska, w tym z koniecznością adaptacji w nowej rzeczywistości. – Co więcej, taką pomoc można lepiej dopasować do konkretnych potrzeb seniora. Jednak tworzy to wyzwanie dla rynku pracy, który musi odpowiedzieć na rosnące zapotrzebowanie. Dlatego Niemcy nie od dziś posiłkują się pracownikami z zagranicy, w tym z Polski – dodaje Beata Czech.
Za Odrą istnieje rozwiązanie systemowe, ułatwiające otaczanie seniorów opieką domową. W Niemczech nie stosuje się kryterium dochodowego w dostępie do świadczeń państwa w zakresie opieki długoterminowej. Przysługują one także osobom zamożniejszym, a głównym kryterium są tu potrzeby seniora wynikające ze stopnia jego niesamodzielności. Istotnym uzupełnieniem tego modelu jest sektor rynkowy – prywatne podmioty, świadczące usługi opiekuńcze na zasadach komercyjnych.
Ponieważ osób starszych jest coraz więcej, to i w Polsce, i w Niemczech obserwujemy sukcesywnie rosnące zapotrzebowanie na wykwalifikowanych opiekunów, niezbędnych zarówno w sektorze publicznym, jak i rynkowym. I jak pokazuje sytuacja w Niemczech, w miarę starzenia się społeczeństwa, niedobór wykwalifikowanych opiekunów na rynku pracy jest trudny do uniknięcia..
U nas jest on na razie jeszcze mniej widoczny, gdyż w Polsce obecnie głównie sami opiekujemy się starszymi rodzicami i dziadkami. Coraz trudniej jest jednak z możliwościami czasowymi, a zapewnienie przez państwo wystarczającego wsparcia opiekuńczego stanowi z reguły płonne marzenie.
Podczas pandemii polscy seniorzy niekiedy byli (i nadal są) wspierani przez wolontariuszy, którzy pomagali im m.in. w robieniu zakupów. To jednak jest działanie doraźne, które nie zaspokaja wszystkich potrzeb – starsi ludzie często potrzebują wsparcia również w codziennych czynnościach domowych. Tymczasem możliwości opiekuńcze rodziny oraz wolontariuszy mają swoje naturalne granice, chociażby związane z wymaganiami pracy zawodowej. Dlatego w państwach europejskich widać trend trend zmierzający do oparcia usług opiekuńczych na zasadach komercyjnych oraz tendencje do wzmacniania opieki w miejscu zamieszkania,
– Jeśli chcemy, żeby członek rodziny pozostał z nami jak najdłużej, logicznym rozwiązaniem jest podobnie jak w Niemczech, pomoc profesjonalnego opiekuna w domu. Potrafi on wyręczyć osobę starszą od sprawiających jej trudność domowych obowiązków i zapewnić komfort w domowych warunkach, odciążając zarazem rodzinę. Uważam, że polskie nawyki związane z opieką nad seniorami będą stopniowo ewoluowały w kierunku większej profesjonalizacji domowej opieki. To będzie jednak wymagało dostępności specjalistycznej kadry opiekunów na rynku pracy – wskazuje Beata Czech.
W państwach Unii Europejskiej liczebność ludzi w wieku 85 lat wzrośnie z ok. 15 mln w roku 2020 do ponad 40 mln w roku 2080. To oznacza, że już niedługo ogromna rzesza osób będzie potrzebowała wsparcia. Nawet najlepiej systemowo przygotowane państwo nie podoła temu zadaniu bez odpowiednich kadr. Ostatecznie, wszystko sprowadza się do ilości pieniędzy przeznaczanych na opiekę przez państwo oraz rodziny.
Z drugiej strony, pojawi się jakaś kolejna ścieżka zawodowa, pozwalająca ograniczać bezrobocie – zwłaszcza, że w miarę wzrostu zapotrzebowania na kadry opiekuńcze, ta praca będzie zapewne coraz lepiej wynagradzana. W profesjonalnej opiece senioralnej znajdzie się miejsce i dla ludzi młodszych, także po studiach, i dla osób w wieku 50 plus, których doświadczenie życiowe może zostać odpowiednio docenione przez pracodawcę.
Zapotrzebowanie na wykwalifikowanych opiekunów we wszystkich państwach Unii będzie zapewne tylko rosnąć. Oznacza to, że może warto pomyśleć o rozwinięciu odpowiednich kompetencji zawodowych, ułatwiających skorzystanie z tych możliwości na rynku pracy.

Czy prominenci PiS staną przed sądem za tragiczne żniwo pandemii?

Pod względem liczby dziennych zgonów na koronawirusa Polska zajmuje już drugie miejsce w Europie, tuż za Włochami. Mamy olbrzymią śmiertelność. Do takich nieszczęść doprowadziły nas rządy Prawa i Sprawiedliwości.
Wspomniane, tragiczne drugie miejsce zajmujemy w liczbach bezwzględnych, wyprzedzając kraje dużo ludniejsze od nas. Jednak w stosunku do liczby ludności liczba dziennych zgonów jest u nas najprawdopodobniej największa w Europie – i zapewne również na świecie. Całkowitą odpowiedzialność za tę tragedię ponosi ekipa rządząca z Prawa i Sprawiedliwości. Niewyobrażalny jest cynizm i hipokryzja tych ludzi, którzy mieli czelność chwalić się, jak to rzekomo świetnie przygotowali kraj do odparcia pandemii. Gdy zaś okazało się to wierutnym kłamstwem, zrzucają winę na wszystkich wokół siebie – choć to oni mieli wszelkie możliwości, by przygotować kraj do odparcia pandemii.
Rząd Prawa i Sprawiedliwości miał wszystko: pełną władzę w państwie, czas, pieniądze, doświadczenia z państw wcześniej dotkniętych pandemią. I widzimy, jaki los zgotowali Polakom rządzący z PiS.
Jak na razie, najbardziej tragiczny był dzień 18 listopada. Wtedy na Covid19 zmarły w Polsce aż 603 osoby – o wiele więcej, niż w innych, znacznie ludniejszych krajach Europy. Ale dzień później było w naszym kraju już 637 ofiar.
18 listopada koronawirus zabił 425 osób we Francji, 351 osób w Hiszpanii, 305 w Niemczech i 529 w Wielkiej Brytanii. W każdym z tych krajów mieszka dużo więcej ludzi niż w Polsce. Władze tych krajów doprowadzają do stopniowego spadku zgonów na koronawirusa w porównaniu z pierwszą połową roku. Władze Polski nie umieją tego osiągnąć, a zresztą nawet się nie starają.
Także i w innych państwach, w których wcześniej na koronawirusa umierało więcej ludzi niż w Polsce, teraz umiera mniej, by wymienić na przykład Rumunię czy Szwecję.
Dodajmy, że w dwóch wielkich państwach tylko częściowo leżących w Europie, w których wcześniej koronawirus również zabijał więcej ludzi niż w Polsce, czyli w Turcji i Rosji, też potrafiono zmniejszyć liczbę zgonów. 18 listopada w Turcji koronawirus zabił 116 osób, a w Rosji 456. U nas, przypomnijmy – aż 603 osoby, a liczba zgonów dotychczas rośnie. Ta tragiczna statystyka jest krzyczącym oskarżeniem pod adresem rządów PiS.
Bardzo wiele już powiedziano na temat tego, w jaki sposób Prawo i Sprawiedliwość przyczynia się do wzrostu liczby zgonów na Covid19 w Polsce. Nie ma sensu wyliczać kolejnych decyzji, zaniedbań i zaniechań tej ekipy, powodujących, że umiera coraz więcej ludzi.
Szczególną winą prominentów PiS, w wymiarze moralnym równą co najmniej zdradzie stanu jest jednak ich całkowita obojętność na los Polaków, tysiącami umierających na koronawirusa. To po prostu nie ma dla nich żadnego znaczenia, zaś ograniczenie liczby zgonów nie stanowi dla nich jakiejkolwiek wartości – no chyba, że może prowadzić do utraty władzy przez PiS. Bo to właśnie władza, oraz wynikające z niej przywileje i apanaże, stanowią tą jedyną „wartość” na której im naprawdę zależy. I zrobią wszystko, zrealizować słowa Władysława Gomułki: władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy.
Ile tysięcy ludzi w Polsce jeszcze umrze, by prominenci PiS mogli dalej rządzić? – to przecież dla nich bez znaczenia. Pamiętają z pewnością słowa innego „klasyka”, Józefa Stalina: ludzi u nas mnogo.
Szczególne miejsce zajmuje tu faktyczny władca Polski, wicepremier Jarosław Kaczyński. W żadnej z jego publicznych wypowiedzi nie było empatii wobec ofiar pandemii, prób zrozumienia ich tragedii, jakichś słów dodających otuchy. Było natomiast jątrzenie, szczucie, wygrażanie, dzielenie Polaków – i oczywiście to, co jest znakiem firmowym Prawa i Sprawiedliwości: obciążanie innych odpowiedzialnością za działania i zaniedbania swoje i swoich ludzi.
W normalnym kraju PiS szybko zostałoby odsunięte od władzy, a członkowie tej ekipy stanęliby przed sądem. Jest ku temu oczywiście stosowna podstawa w kodeksie karnym:
Art. 231 § 1. Funkcjonariusz publiczny, który, przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
§ 2. Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.
Warto tylko dodać, że korzyść osobista – czyli zachowanie władzy – jest tu oczywista.
Jest też i inny przepis kodeksu karnego, który zapewne znalazłby wielokrotne zastosowanie wobec członków PiS-owskiej ekipy:
Art. 160. § 1. Kto naraża człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
Polska nie jest jednak normalnym krajem. Jest krajem, w którym członkowie PiS-owskiej ekipy, chcąc osiągnąć bezkarność, podporządkowali sobie wszystkie organy państwa, z służbami mundurowymi oraz prokuraturą. I próbują uczynić to samo z niezależnymi sądami. Dlatego nieprędko zobaczymy prominentów PiS na ławie oskarżonych.
Pozostaje tragiczne pytanie: ilu Polaków musi jeszcze umrzeć na koronawirusa, zanim uda się powstrzymać złowrogą, antypolską działalność obecnej władzy?.

Polityczny wymiar początków transformacji

Podstawą naszej reformy gospodarczej był sojusz zamykających w więzieniach za działalność opozycyjną, z zamykanymi w więzieniach za działalność opozycyjną.

        Na początku polskiej transformacji gospodarczej do tego, by zagwarantować powodzenie  wolnorynkowej strategii gospodarczej nie wystarczała sama doktryna liberalizmu – czyli reguła niewidzialnej ręki rynku. Potrzebny był też sojusznik wewnętrzny. Okrągły stół był tym forum, gdzie ów sojusznik został wyłoniony pod parasolem Solidarności.

Jak wiadomo, przy okrągłym stole doszło do sojuszu „postępowej opozycji” (rzekomo lewicowej grupy dysydentów) z ludźmi z dawnych struktur władzy. Można powiedzieć: nastąpił sojusz zamykających w więzieniach za działalność opozycyjną, z zamykanymi w więzieniach za działalność opozycyjna.
Z sojuszu tego wykluczeni byli, też zamykani w więzieniach, będący w opozycji założyciele Solidarności tacy jak Walentynowicz, Gwiazda czy Wyszkowski. Nie należeli oni do grona „opozycji postępowej”. Wśród wykluczonych znaleźli się również przedstawiciele tych, którzy swoją postawą doprowadzili do obalenia socjalizmu bez ludzkiej twarzy.
Stawką sojuszu było przejęcie władzy. Opozycja rzekomo „nie postępowa” została zdominowana przez „postępową” przy pomocy służb specjalnych. Służby zapewniły przekazane władzy owej „postępowej” opozycji. Służby zaś były w ręku dawnych struktur, funkcjonariuszy dawnej władzy (Jaruzelski, Kiszczak). Tak więc „postępowa opozycja” w walce o władzę wpadła w sidła poprzedniej władzy. To była cena jaką ona zapłaciła za współudział we władzy.
W wyniku negocjacji okrągłego stołu i poufnych rozmów w Magdalence, przekazujący władzę zapewnili sobie urząd prezydenta i tzw. resorty siłowe z dotychczasową obsadą kadrową. Bo tylko one mogły im zapewnić realizację ustalonych warunków. Nastąpiła zatem zmiana ustroju z tymi samymi ludźmi w najważniejszych strukturach państwa.
Zamiana premiera i ograniczone (przecież nie wolne) wybory do Sejmu miały symbolizować zmianę ustroju. Ceną było zapewnienie realizacji reform według strategii „postępowej opozycji” oraz gwarancje bezpieczeństwa (bez rozliczania i lustracji) dla ludzi ze struktur poprzedniej władzy. Strategia polegała na pozbawieniu możliwości wpływu na realizację transformacji innych sił poza „postępową opozycją”. Ilustracją tego może być spotkanie ekonomistów u prezydenta Jaruzelskiego. Pokazali oni prezydentowi bezzasadność kierunków reform. Prezydent nie mógł (nie chciał) podjąć kroków zapobiegawczych.
To pokazuje, dlaczego odstąpiono od wcześniej opracowanych propozycji reform. Dlaczego nie podjęto u progu transformacji żadnej refleksji nad krytyką przyjętej drogi, zarówno zewnętrzną jak i wewnętrzną. Dlaczego też obie układające się strony przy okrągłym stole oparły transformację na liberalnej doktrynie oraz na realizacji programu reform pochodzących z zewnątrz, finansowanych przez obce fundacje (fundację Sorosa, propozycje Sachsa i Miltona). Zapewne uznano, że najlepiej zapewni to interesy obu stron.
Ciekawe, że Jeffrey Sachs transmitowany na telebimie w czasie Kongresu Ekonomistów Polskich (listopad 2019 r.) odżegnywał się od liberalizmu, mówiąc: „w wielu wywiadach, których wówczas udzielałem przedstawiałem się nie jako liberał, ale jako socjaldemokrata, którym nadal jestem”. Czyżby więc to Leszkowi Balcerowiczowi i jego apologetom należy przypisać zastosowanie doktryny liberalnej w polskiej transformacji?.
Pozostawienie resortów siłowych w rękach ludzi dawnej władzy, którzy stracili ideały jakim służyli poprzednio, dało im możliwość spenetrowania wszystkich sfer życia społeczno-gosdarczego. Osaczyli oni wszelkie dziedziny życia od gospodarki po media, a na prezydentach (Lech Wałęsa, Bronisław Komorowski) kończąc.
Dodajmy, że trzecim „tenorem” – założycielem Platformy Obywatelskiej był Gromosław Czempiński (wysokiej rangi oficer służb specjalnych) obok Tuska i Płażyńskiego. Nie jest przypadkiem, że największe afery na początku transformacji były z udziałem służb specjalnych. Choćby afera FOZZ, czy Art B. O aferze FOZZ L. Balcerowicz miał wiedzieć. Brał udział z premierem Bieleckim w spotkaniu z kierownictwem NIK (szefem był W. Pańko) na ten temat. Otrzymał również stosowną notatkę napisaną przez inspektora NIK Michała Falzmanna, odkrywcę afery FOZZ. Jak wiadomo, zarówno W. Pańko jak i M. Falzmann zginęli w niewyjaśnionych do końca okolicznościach
Jak ludzie usadowieni w tych strukturach byli wpływowi i skuteczni, świadczy casus rządu J. Olszewskiego na początku transformacji. W 1992 r. potrafili wywołać przewrót pałacowy. Słusznie zauważa G.W. Kołodko, że „Solidarność niby kochała naród, ale ta jej część, która przejęła władze, tak mu przyłożyła, że wpędziła kraj w nadmierną transformacyjną recesję i nową fazę kryzysu. Historia uzna, że nikt tak nie oszukał robotników jak ta niby-robotnicza Solidarność”.
Beneficjentami transformacji nie byli ci, którzy wywalczyli możliwość jej przeprowadzenia i ponieśli duże straty nie tylko ekonomiczne (dawniej nazywano ich klasą robotniczą) – lecz poprzednie elity: tzw, nomenklatura, która przefarbowała się z czerwonej na różową. To dla nich były tworzone, pod płaszczykiem gospodarki rynkowej, warunki do uwłaszczenia. Przy okazji wyszło na jaw jak dalece ta nomenklatura była bezideowa. Opuściła ludzi, którym rzekomo służyła i dla których sprawowała władzę. Aby stworzyć dla niej warunki i mechanizmy w gospodarce, trzeba było wprowadzić odpowiednie rozwiązania. Nie bez powodu prezydent A. Kwaśniewski zawetował ustawę reprywatyzacyjną. Wyłączałaby ona spod wpływu służb to, kto ma zostać właścicielem czy współwłaścicielem reprywatyzowanego majątku. To tłumaczy również niepowodzenie inicjatywy prof. Kołodki dotyczącej kontroli uczciwego bogacenia się.
Jakże trafnie prof. Kowalik stwierdził; „Najbardziej masowy ruch pracowniczy dokonał przewrotu, z którego wyłonił się jeden najbardziej niesprawiedliwych ustrojów społecznych, jakie zna historia powojennej Europy”. Prof. Chodakiewicz stwierdza zaś, że rozwiązania, jakie proponował L. Balcerowicz; „były z ducha neoliberalne, prowadziły do uczynienia z Polski neokolonii. Razem z J. Sachsem działali tak, aby ocalić komunistów jako kapitalistów, a jednocześnie skruszyć gospodarkę komunistyczną, etatystyczną”.
Ze skutkami transformacji gospodarczej Leszka Balcerowicza zetknąłem się w praktyce gospodarczej. Doświadczenia z okresu transformacji były wielką lekcją polityczną a zarazem merytoryczną, połączeniem teorii z praktyką.
Zawsze bylem i jestem przeciwny polityce ekonomicznej jaką uprawiał L. Balcerowicz. Dawałem temu wyraz w publikacjach i w działaniach na rzecz refom gospodarczych. Publikowałem w niszowych wydawnictwach. Wydawnictwa wpływowe i „wolne” nie chciały „zaśmiecać” swoich łamów takimi tekstami.
Przekonałem się, jak działa cenzura redaktorska. Niczym nie różniła się od tej, z którą musiałem się często zmagać w poprzednim okresie. No, może tym, że ta z poprzedniego okresu była jednak z czasem łagodzona pod wpływem wydarzeń politycznych.