Slalom między kraterami

Dlaczego rząd libański odmówił powierzenia śledztwa w sprawie apokaliptycznych wybuchów z 4 sierpnia w Bejrucie „ekipie międzynarodowej”, do czego namawiali Francuzi i Amerykanie? Odpowiedź łączy się z historią kraterów po bombach w tym niewielkim kraju, wykrojonym niegdyś z Syrii. Była ich niezliczona liczba, ale kilka szczególnie zapadło Libańczykom w pamięć, choć świat dawno o nich zapomniał. Kto słyszał np. o izraelskiej „doktrynie Dahiya”? A polega ona właśnie na mnożeniu kraterów…

Wojskową doktrynę Dahiya sformułował izraelski gen. Gabi Eizenkot, a opisał krótko w wywiadzie dla Reutersa w 2008 r.: „To, co stało się w bejruckiej dzielnicy Dahiya w 2006 r. stanie się w każdym mieście, które służy jako baza do strzelania w kierunku Izraela. Będziemy używać przeciw nim nieproporcjonalnej siły, by dokonać jak największych zniszczeń. (…) Uderzenie w populację to jedyny środek, by powstrzymać Hezbollah i Nasrallaha.”
Bejruckie wgłębienie
Z rozległej dzielnicy Dahiya, położonej między międzynarodowym lotniskiem im. Rafika Haririego a samym Bejrutem nikt co prawda nie strzelał w Izrael, bo to za daleko, ale była to mieszkaniowa dzielnica szyicka, czyli związana z Hezbollahem, który wraz z libańską armią bronił wtedy kraju przed kolejnym izraelskim najazdem. Izraelczycy byli pewni, że tam gdzieś właśnie ukrywa się Hasan Nasrallah, szef tej partii, i pragnęli go zabić, bombardując półmilionową dzielnicę codziennie przez wiele godzin, aż zrównali ją z ziemią, a nawet niżej, ze względu na kratery. W tej sprawie nikt na Zachodzie nie wyrażał chęci przeprowadzenia międzynarodowego śledztwa.
Doktryna Dahiya była w zasadzie rozwinięciem amerykańskiej metody wojennej „Shock and awe” („Szok i przerażenie”) sprzed trzech lat. W 2003 r. Amerykanie uderzyli na Irak, używając więcej bomb niż zrzucono w całej II wojnie światowej w celu uzyskania „szybkiej dominacji”, natomiast Izraelczycy widzieli doktrynę Dahiya raczej jako działanie narzucające się w wypadku każdej „wojny asymetrycznej” (tzn. kiedy przeciwnik jest dużo słabszy). Doszli do wniosku, że nie należy już robić różnicy między celami wojskowymi a cywilnymi, jak nakazuje prawo międzynarodowe, gdyż przeciwnik i tak nie może się skutecznie odgryźć. Izrael stosuje doktrynę Dahiya doraźnie w Strefie Gazy i w czasie co większych, regularnych nalotów na Syrię, której część okupuje.
Dziura pod premierem
Izraelczycy postanowili napaść na Liban na rok przed zastosowaniem swej doktryny, niedługo po utworzeniu się krateru na ulicy w centrum Bejrutu, 14 lutego 2005 r. Ładunek był tak potężny, że części ludzi i opancerzonych samochodów trzeba było zbierać z okolicznych dachów i nawet w morzu, bo stało się to niedaleko portu, który wybuchł 15 lat później. Konwój premiera Rafika Haririego, libańsko-saudyjskiego miliardera, wyleciał w powietrze zabijając, oprócz niego, 21 innych osób. Odtąd datują się libańskie doświadczenia z międzynarodowym śledztwem.
Tak się składa, że ustanowiony przez Radę Bezpieczeństwa ONZ Trybunał Specjalny ds. Libanu (TSL) w Hadze miał wydać swój wyrok w sprawie krateru pod premierem 7 sierpnia, ale musiano to odłożyć, bo jak wiadomo, trzy dni wcześniej pod portem w Bejrucie powstał rekordowy krater o głębokości 43 metrów powodując gigantyczną tragedię. 15 lat międzynarodowych dociekań na temat zamachu na Haririego zdążyło zresztą zniechęcić Libańczyków – mało kto oczekiwał jeszcze czegoś sensownego. W 2005 r. skrajnie prawicowa opozycja, Stany Zjednoczone i Francja, wskazały winnego niejako automatycznie: miał nim być prezydent Syrii Baszar al-Asad.
Jama pod policjantem
Pierwszy śledczy, Niemiec Detlev Mehlis, poszedł właśnie w tym kierunku, a nawet dalej: oskarżył syryjskie i libańskie służby specjalne. Czterech libańskich generałów aresztowano, ale w trzy lata po zamachu okazało się, że śledztwo Mehlisa było lipne: wszyscy jego świadkowie byli fałszywi – udawali jedynie, że byli agentami syryjskimi lub libańskimi. Afera fałszywych świadków dała efekt politycznej bomby: nawet syn Haririego Saad oświadczył, że popełnił „błąd” oskarżając Syryjczyków. TSL unieważnił wszystkie dotychczasowe świadectwa, nakazał uwolnić libańskich generałów i dwa razy zmienił głównych śledczych, by zacząć wszystko od początku.
W tym samym 2008 r. kolejny krater powstał pod samochodem młodego libańskiego oficera policji Wissama Eida: zginął na miejscu. Eid odkrył wcześniej serię komunikacji telefonicznych z geolokalizacją, które wyraźnie śledziły fatalny konwój byłego premiera, jak i poprzednie. Telefony te umilkły na zawsze na 2 minuty przed eksplozją. Wyznaczono czterech potencjalnych właścicieli tych aparatów, których potem zaocznie sądził Trybunał. Kilka dni temu, 18 sierpnia, TSL wydał w końcu wyrok: trzy osoby z tej czwórki uniewinnił, a jako naczelnego wykonawcę zamachu ustalił niejakiego Salima Ayyasha, który dawno temu rozpłynął się w powietrzu.
Lej w Damaszku
Trybunał nie wypowiedział się w sprawie jego przynależności politycznej, nie obciążył winą ani Syrii, ani libańskiego Hezbollahu, lecz prasa w Europie nazywa go „prawdopodobnym członkiem Hezbollahu”, a amerykańska i brytyjska po prostu „członkiem”. Podstawą tych podejrzeń jest wiadomość, że Ayyash był krewnym żony Imada Moghniye, szefa zbrojnego ramienia Hezbollahu. Samego Moghniye nie sposób o nic zapytać, gdyż pod jego samochodem utworzył się krater, w trzy tygodnie po zamachu na Eida. Stało się to w Damaszku, a sprawcą, według Syryjczyków i Amerykanów, był izraelski Mosad (z tym, że pierwsi to potępiali, a drudzy chwalili).
Tak, czy inaczej, Trybunał nie był w stanie wskazać, kto właściwie zlecił zamach na Haririego, a jedna skazana zaocznie osoba to bardzo skromny wynik jego długoletniej pracy. Tym niemniej imperium ustami swego szefa dyplomacji Mike’a Pompeo wyraziło zadowolenie: „Ten wyrok potwierdza to, co świat coraz częściej uznaje: że Hezbollah i jego członkowie nie są obrońcami Libanu, ale organizacją terrorystyczną, której celem jest promocja sekciarskich projektów Iranu”. My tu więc Iran do kompletu, którego saudyjska tyrania, izraelski reżim apartheidu i amerykańskie imperium wyznaczyły na swego głównego wroga.
Cel: „rewolucja”
Dla większości Libańczyków Trybunał był skompromitowany i wielu o nim po prostu zapomniało. Reakcje były skromne. Syn Rafika Haririego – Saad Hariri, który przewodził rządem obalonym przez ludowe manifestacje zeszłej jesieni, nie rozwodził się nad wyrokiem, a reszta jakby wzruszyła ramionami. Decyzja prezydenta Michela Aouna, by nie oddawać śledztwa na temat eksplozji w porcie w ręce Zachodu, nie wywołała żadnych manifestacji sprzeciwu. Manifestacje, i to gwałtowne, wybuchły zaraz po para-nuklearnych wybuchach z 4 sierpnia, by doprowadzić do dymisji kolejnego, „technokratycznego” rządu, premiera Hassana Diaba. Było atakowanie ministerstw, budynków publicznych, wyraźne dążenie do przewrotu, na wezwania do „rewolucji” dobiegające z zagranicy.
Nie były to już pokojowe demonstracje obywatelskie z jesieni, lecz ruch kierowany przez opozycję, takich ludzi, jak Samir Geagea – szef Sił Libańskich, który przesiedział 11 lat w więzieniu za zorganizowanie eksplozji bez krateru, wybuchu śmigłowca, którym leciał premier Rachid Karame w 1987 r., oraz Samy Gemayel – szef faszystowskiej, dawniej otwarcie proizraelskiej Falangi, odpowiedzialnej na liczne masakry. Obie te partie są chrześcijańskie (katolickie) i proamerykańskie, co je skazuje na stałe pozostawanie w mniejszości. Większość maronitów (libańskich katolików) wybrała polityczny sojusz z szyickim Hezbollahem, gdyż obronił ich przed wtargnięciem Państwa Islamskiego i pronatowskiej Al-Kaidy w czasie syryjskiej wojny. To się nie podoba ani Izraelowi, ani Stanom Zjednoczonym.
Pobożny system
Liban wybił się na niepodległość w czasie II wojny światowej. Do tej niepodległości próbowały najpierw nie dopuścić wojska kolonialne Vichy (kolaborantów Hitlera), a potem Wolnej Francji, lecz bez sukcesu. Pewnym sukcesem Francji było jednak odziedziczenie przez niepodległy Liban kolonialnego systemu politycznego tj. tzw. demokracji wyznaniowej. Polega to na tym, że partie polityczne są przywiązane do swoich społeczności religijnych, a szczyt państwa musi mieć stałą strukturę: prezydent musi być maronitą, premier sunnitą, szef parlamentu szyitą, a dalej idą prawosławni, druzowie… razem 17 wyznań. Z początku ten system odgrywał może rolę stabilizacyjną, lecz okazał się prawdziwą miną polityczną. Na dodatek na południu powstało państwo Izrael (1948).
Napięcia między społecznościami doprowadziły do fatalnej wojny domowej (1975-1990), ale zawarty w Arabii Saudyjskiej wewnętrzny pokój utrwalił tylko to, co tworzyło konflikty, i ten system obowiązuje do dzisiaj. Doświadczenie wykazało, że taki model generuje chaos, bezwładność, klientelizm, korupcję i rodzaj stałej, podskórnej wojny domowej, z braku prawdziwej umowy społecznej. Niemal wszyscy go krytykują, ale nikt nie wie jak z niego skutecznie wyjść, tak jest zakorzeniony. Oczywiście zdarzają się wyjątki – np. Hezbollah zbiera więcej głosów niż ma społeczność szyicka, bo głosują nań też sunnici i chrześcijanie, lecz to nie podważa reguły. Państwo libańskie trzyma się jeszcze dzięki armii oraz pracy społecznej Hezbollahu i Amalu, lecz pozostaje na granicy całkowitego bankructwa i rozpadu.
Zachodnie recepty
Macron przemawia na ulicy, Bejrut, 6 sierpnia 2020. twitter
Dwa dni po wybuchach w porcie do Bejrutu przyjechał na kilka godzin francuski prezydent Emmanuel Macron, by pokazać się telewizjom, jak stoi na ulicy w koszuli z podwiniętymi rękawami, jakby miał zaraz odgruzowywać miasto. Poszedł na ulicę „francuską”, bo gdzie indziej byłby narażony na zgniłe pomidory tłumu, i zachowywał się jak facet, który przyszedł posprzątać, ale zamiast pracować siedzi na kanapie i tłumaczy domownikom, jak obsługiwać odkurzacz. Ciekawe, że nie krytykował specjalnie systemu wyznaniowego, tylko wzywał do „rewolucyjnych reform” gospodarczych, jakby był rzecznikiem Międzynarodowego Funduszu Walutowego, od którego Liban oczekuje pożyczki. To nie zrobiło wrażenia, bo libański bank centralny od lat korzystał z doradztwa amerykańskiego, co miało polegać na ściąganiu dewiz (dolarów) za wszelką cenę, by „uzdrowić sytuację”.
Libański bank oferował więc niespotykane oprocentowanie depozytów dolarowych. Różni macherzy pożyczali w jakimkolwiek banku dolary np. na 5 proc., by je złożyć w banku państwowym i dostać 10 i nawet 12 proc.! Skutek: w marcu tego roku siła nabywcza Libańczyków runęła jak domek z kart o 70 proc., wszystkie depozyty dolarowe zostały zablokowane, funt libański leci na łeb na szyję, a dług publiczny wzrósł z niemal 19 miliardów w 1998 r. do 90 miliardów w 2020 – ponad 150 proc. PKB… Rząd Saada Haririego padł, bo padły skromne usługi publiczne (elektryczność, woda, wywożenie śmieci, służba zdrowia…), a nikt nie mógł już wytrzymać podwyżek podatków. I co jeszcze reformować, skoro gospodarka była już w pełni neoliberalna?
Zagadka wybuchu w porcie
Zaraz po gigantycznych wybuchach z 4 sierpnia media donosiły, że z pewnością wybuchł „skład broni Hezbollahu”, co było wierutną bzdurą, bo portem zarządzali akurat ludzie opozycji przeciwnej tej partii. W Libanie większość parlamentarna (zwana Sojuszem 8 Marca) składa się ze związku partii chrześcijańskich pod wodzą maronickiego prezydenta Aouna, Hezbollahu-Amalu i partii druzyjskiej. To większość antyizraelska, dążąca do pokojowej współpracy z Syrią. Proamerykańska i prosaudyjska mniejszość składa się z kolei z partii sunnickiej Saada Haririego, oraz katolików Sił Libańskich Geagea’y i Falangi Gemayela. W tej chwili rząd jest w stanie dymisji i jest zapowiedź nowych wyborów parlamentarnych, lecz najprawdopodobniej według starych zasad, co raczej nie zmieni tego podziału. Obowiązuje stan wyjątkowy i dodatkowo ślepa kwarantanna anty-covidowa, podjęta na wzór zachodni.
Port był więc zarządzany przez mafię lokalnej skrajnej prawicy i faszystów, i to tam od lat miało spoczywać, jak informowały media, 2750 ton saletry amonowej. Jak wiadomo, prezydent Aoun, jak i śledczy, nie wykluczają „rakiety lub bomby”, która mogła spowodować wybuchy. Aoun ani razu nie wymienił Izraela, jako podejrzanego, i zwrócił się do Macrona o dostarczenie francuskich zdjęć satelitarnych regionu wokół portu z fatalnego dnia. Macron je obiecał, ale w końcu nie dostarczył. Z dokumentów portowych wynikło najpierw, że tej saletry było tylko 1400 ton, a teraz, że w sumie 300. Jeśli to się oficjalnie potwierdzi, to sama saletra nie mogła wywołać takiego wybuchu. Na razie wygląda na to, że była ona sukcesywnie sprzedawana i transportowana do Syrii, na użytek tamtejszych dżihadystów, sponsorowanych przez USA.
W Izraelu gazeta Ha’aretz pokpiwała sobie z hipokryzji rządu Netanjahu. Po błyskawicznym zaprzeczeniu, że to on spowodował bejrucką tragedię, zaoferował nawet pomoc Libańczykom, którym dzień wcześniej wygrażał. Gideon Levy, wspominając stosowanie doktryny Dahiya (zwaną też „doktryną spłaszczania”) w Gazie, zabijanie tam tysięcy kobiet i dzieci, dziwił się, że jego kraj „poczuł nagle współczucie, aż do następnej Dahiyi”.

Prezydentowi Francji padło na gardło?

Co stało się z Emmanuelem Macronem podczas wizyty w Polsce? Dlaczego nie powiedział tego o czym mówi od lat. Dlaczego nagle w sprawie PiS i jego sposoby rządzenia Polską nie wyszedł poza dyplomatyczny, niewiele znaczący bełkot?

A zaczęło się gdy jeszcze nie był prezydentem. Na wiecu wyborczym w Paryżu 1 maja 2017 roku perorował: „Kim są przyjaciele i sojusznicy pani Le Pen? Znacie ich. To reżimy panów Orbána, Kaczyńskiego i Putina. To nie są ustroje otwartej i wolnej demokracji. Codziennie łamane są tam liczne swobody, a wraz z nimi nasze zasady”.
W wywiadzie dla kilku europejskich gazet, chwilę później Macron wyjawił, że Kaczyńskiego i Orbána uważa za zdrajców Europy i że zamierza dążyć do ich ukarania:
„Kiedy dziś słyszę niektórych wschodnioeuropejskich polityków, to myślę, że dopuszczają się oni zdrady podwójnej. Decydują się na porzucenie zasad, na odwrócenie się plecami do Europy, na cyniczne podejście do UE, która miałaby służyć do rozdawania kredytów, ale nie znaczyłaby nic w sensie wartości. Tymczasem Europa nie jest supermarketem. Europa ulega osłabieniu, gdy godzi się na odrzucanie jej zasad. Kraje Europy, które nie przestrzegają swoich reguł, muszą wyciągnąć z tego wszystkie konsekwencje polityczne”.
Z kolei w wywiadzie dla „Voix du Nord” Macron twierdził, że w trakcie prezydentury będzie starał się o ukaranie Polski i Węgier sankcjami przez UE: „Chcę, by przypadkowi Polski przyjrzano się w sposób całościowy. I żeby za nierespektowanie praw i wartości UE wprowadzono sankcje. Traktaty to przewidują. Nie możemy mieć takiej Europy (…), gdzie państwa członkowskie zachowują się, jak Polska i Węgry, w kwestiach dotyczących uniwersytetu, uchodźców, wartości podstawowych, a my postanawiamy nic z tym nie robić”.
Ale w sierpniu 2017 w kolejnym wywiadzie Maron skrytykował postawę premier Beaty Szydło, która zapowiedziała, że polski rząd nie zmieni stanowiska w sprawie nowelizacji unijnej dyrektywy o pracownikach delegowanych.
„Jednoznacznie potępiam takie podejście i, szerzej, bardzo niepokojącą politykę polskiego rządu, który podważa solidarność europejską, a nawet państwo prawa. Nie jestem jedyny, który tak myśli i to mówi, bo taka jest analiza Komisji Europejskiej i naszych partnerów” – mówił francuski prezydent, zaznaczając, że „sam polski prezydent zawetował dwie reformy wymiaru sprawiedliwości uchwalone przez jego własną partię”. „Więc jest się czym niepokoić” – ocenił. 
A potem dołożył taki kawałek „Stawiam rzeczy takimi, jakimi one są, publicznie i prywatnie: nie można budować Europy, podważając jej podstawowe zasady. Europa słabnie, w świecie i w oczach jej obywateli, jeśli nie broni dumnie swoich wartości” – stwierdził Macron dodając, że nie można tolerować „deptania projektu”, jakim jest Unia Europejska. A poza tym zauważył, że „Polski rząd nie jest rzecznikiem Europy Wschodniej, choć polski naród jest głęboko proeuropejski i zaangażowany na rzecz wartości europejskich”.
W listopadzie 2018 r. Emmanuel Macron udzielił wywiadu dla „Ouest-France”. I porównał w nim sytuację w Europie do czasów lat 30. XX wieku. „Trąd nacjonalistyczny grozi Europie rozczłonkowaniem i utratą suwerenności. To znaczy, że jej bezpieczeństwo zależeć będzie od amerykańskiego wyboru i od jego zmian, od Chin coraz bardziej obecnych w zasadniczych strukturach, od Rosji, którą kuszą czasem manipulacje, od wielkich interesów finansowych oraz od rynków wykraczających nieraz poza miejsce, jakie zająć może państwo” mówił prezydent Francji, mając na myśli zjawiska, które wymienił wprost podczas zakończonej chwilę wcześniej wizyty na Słowacji, a tam winą za kryzys demokracji w Europie Środkowej obarczył wprost PiS i Fidesz.
Rok później w drodze na szczyt ONZ, prezydent Francji wskazał winnego wstrzymania wprowadzania zmian w unijnej polityce klimatycznej. To Polska, która jak stwierdził Emmanuel Macron, „wszystko blokuje”.
„Prawda jest taka, że wszystko blokuje Polska. (…) Niech młodzi ludzie protestujący w Europie pojadą manifestować do Polski i pomogą mi przekonać tych, których ja nie mogę” – woził się po polskich władzach Macron.
Gdzie podziały się te wartości, zasady, pryncypia podczas pierwszej, oficjalnej wizyty w Polsce, do której doszło niemal 3 lata po tym jak Macron został prezydentem Francji?
Najmocniejszy przytyk, brzmiał jak miauknięcie: „Jesteśmy zaniepokojeni reformą sądownictwa w Polsce i nie naszą rolą jest krytykować Polskę, ale jesteśmy zobowiązani bronić wspólnych, europejskich wartości. Jeśli z Unii zostanie sam rynek, a zatracimy wartości, to znów będziemy podzieleni”.
A poza tym Macron wypowiadał puste formułki jak taka: „W związku z tym relacje pomiędzy naszymi krajami nie mogą ograniczać się do banałów. Te relacje pełne są pasji i wynikają ze spotkania pomiędzy narodem o łacińskich korzeniach i narodem słowiańskim”.
Albo taka: „Musimy przemyśleć na nowo, na czym ma polegać jedność, ale i różnorodność naszego kontynentu”.
Trąd przestał być trądem? Kryzys demokracji w Polsce się rozpłynął? A PiS przestało deptać Unię Europejską?

Bigos tygodniowy

Trzeba było zauważyć miny Dudusia-Ministranta i Kurskiego Jacka, szefa Kur-Wizji, obecnych na uroczystości z okazji 75 rocznicy wyzwolenia obozu zagłady Auschwitz-Birkenau, gdy swoje wspaniałe przemówienie wygłaszał Marian Turski.


Duduś-Ministrant podczas spotkania z Emmanuelem Macronem, który gościł dwa dni w Polsce – dość blado, ale uśmiechał się do tego „bezczelnego” Francuza, jak go de facto określił we wrześniu zeszłego roku. I – co ważne – nie wydzierał się tak wniebogłosy, jak na spotkaniu w „karczmie piwnej” z górnikami. Nie wydzierał się, bo wiedział, że ma do czynienia z prawdziwym Jowiszem, a nie niby-Jowiszem, jak on sam. Z Jowisza to on ma tylko mocne gardło.


Niezależnie od tego Duduś-Ministrant mocni się zapomniał stwierdzając w wywiadzie dla jednego z tygodników, że nawet największą chałę uzdrowi podpisem jego jowiszowa wola. Chodziło o to, że jeśli nawet jego mianowańcy sędziowscy nie spełniają wymaganych kryteriów, n.p. prawidłowej i legalnej listy poparcia do KRS, to swoim podpisem pod nominacją wadę tę usuwa niczym ksiądz gładzi grzechy w konfesjonale On się chyba z wałem na rozumy pomieniał! Przepraszam – porównanie Dudusia-Ministranta z pogańskim bogiem bogów Jowiszem nie jest najtrafniejsze. Przecież Duduś jest wierzący chrześcijanin i katolik. Może więc uważa, że ma moc francuskiego Ludwika IX Świętego, który czynił cuda i dotykiem leczył skrofuły.


Członkowie neo-KRS przed zebraniem w dniu wizyty Very Jurowej w Polsce poszli na mszę, pewnie z prośbą o miłosierdzie i wsparcie boże. To właśnie ta legendarna obłuda katolicka, o której już w Czechach, ojczyźnie Jurowej czasów Jana Husa pisano w uczonych księgach. Który to już raz „Świętoszek” Moliera objawia swoją genialną ponadczasowość!


Matteo Pinokio stwierdził w wywiadzie dla propisowskiego tygodnika: „Polska zawsze stawała po stroni Dobra, a nie Zła”. Przy takim sformułowaniu jego drobne kłamstewka przyprawiające o wydłużenie nosa, to małe piwko. Co trzeba jednak mieć w głowie, żeby wygłaszać takie absurdalnie uogólnione osądy: „Polska zawsze…” i tak dalej? Trzeba mieć w głowie chyba surówkę z białej kapusty.


Była w Lublinie tablica następującej treści: „Drogę tę przebywali męczennicy Majdanka. Tędy w 1944 roku wkroczyły do Lublina wyzwoleńcze wojska radzieckie i polskie. W XX-lecie PRL, z woli władzy ludowej, ofiarnym czynem budowniczych i mieszkańców Lublina, wykonano tę trasę wraz z wiaduktem i 22 lipca 1964 roku przekazano do użytku. Miejska Rada Narodowa w Lublinie”. W oparciu o ustawę „dekomunizacyjną” IPN wskazał, że przedmiotowa tablica „w sposób niegodny łączy męczeństwo więźniów Majdanka z działaniami propagandowymi na rzecz zaborczej Armii Czerwonej, która przemocą wprowadzała w Polsce komunizm, tym samym zabierając Polakom możliwość tworzenia niepodległego państwa”. Po uzyskaniu opinii IPN wojewoda lubelski zwrócił się z wnioskiem do Zarządu Dróg i Mostów o trwałe usunięcie treści sprzecznych z tzw. ustawą dekomunizacyjną. Tomasz Pietrasiewicz, dyrektor lubelskiego Ośrodka „Brama Grodzka-Teatr NN” określił to posunięcie jako „barbarzyństwo”. „Można było opatrzyć tablicę komentarzem, ale nie można zacierać historii – dodał. W Lublinie w ten sposób „zdekomunizowano” część nazw ulic. M.in. ulicę Leona Kruczkowskiego przemianowano na Zbigniewa Herberta. W miejsce I Armii Wojska Polskiego pojawili się Żołnierze Niepodległej. Jana Hempla, członka Komunistycznej Partii Polski, współzałożyciela LSS Społem zastąpili Zesłańcy Sybiru.


Zmarł Lech Raczak (1940-2020), wybitna indywidualność polskiego teatru, współzałożyciel poznańskiego Teatru Ósmego Dnia.


Prawnicy powinni przyjrzeć się ustawie śmieciowej, które przewiduje odpowiedzialność zbiorową za niesegregowanie śmieci. Jeśli w danej wspólnocie mieszkaniowej choć jedna osoba nie segreguje śmieci, to każdy jej członek będzie obciążony podwyższoną opłatą (czyli de facto karą) w horrendalnie wysokiej kwocie miesięcznej 130 złotych! Przecież to jawne stosowanie odpowiedzialności zbiorowej i jest sprzeczne z duchem i literą najszerzej rozumianego prawa. Sprzeczne też ze zdrowym rozsądkiem i całkowicie nierealne są rozwiązania są przepisy ustawy zakładające, że w liczących dziesiątki a nawet setki mieszkańców wspólnotach można osiągnąć stuprocentową dyscyplinę w segregowaniu śmieci.


Szaleje „agent Tomek”, kiedyś wielki agent „Maria” i jego ferajny. Wyznał on, że „Mario”, polski Fouché („o duszy demona i twarzy trupa” – Victor Hugo) i jego przyboczni formalnie i otwarcie nakazywali mu fałszowanie raportów dotyczących Jolanty i Aleksandra Kwaśniewskich.


Z kolei niepisowskie media grillują byłego marszałka, obecnego wicemarszałka Senatu Karczewskiego Stanisława, który miał łamać prawo pracując dla idei dopracował się 400 tysięcy złotych. Ten nowy, pisowski Tomasz Judym skarży się teraz, że jest za to prześladowany, a jego sprawę bada Państwowa Inspekcja Pracy.


Ściganie prokuratorów za uczestnictwo w Marszu Tysiąca Tóg czy legitymowanie przez policję przechodniów ośmielających się przechodzić chodnikiem w pobliżu strzeżonego jak twierdza domu Kaczora na Żoliborzu (dla zainteresowanych: rejon ulic Mickiewicza, Solskiego, Drużbackiej, Potockiej), to konkretne zachowania typowe dla reżymu policyjnego i tylko przedsmak tego, co nas czeka, jeśli PiS dłużej porządzi. tekst

Francuzi się nie poddają

70 proc. Francuzów sprzeciwia się neoliberalnej reformie emerytur i żąda dymisji rządu.

29 stycznia po raz ósmy od początku strajków i demonstracji (tj. od 5 grudnia) setki tysięcy ludzi wyszły na ulice, by powstrzymać antyspołeczne szaleństwo Emmanuela Macrona. Manifestanci szukają nowych form protestu.

W Paryżu demonstrowało przeciw rządowi ok. 180 tys. ludzi ze wszystkich grup zawodowych, 75 tys. w Marsylii. W skali kraju liczba demonstrujących była niższa niż ostatnio, lecz sondaże wskazują wzrost ludowej determinacji. Odrzucenie „reform” neoliberalnego reżimu, których celem jest pauperyzacja klas pracujących, jest powszechne, zarówno w sektorze publicznym, jak i prywatnym. Znaczna część kolejarzy po 50 dniach strajku i braku wypłat musiała wrócić do pracy, ale energetycy wyłączają prąd, rafinerie są blokowane, jak i część portów oraz dworców. Strajkują m.in. nauczyciele, adwokaci, personel szpitalny, służby oczyszczania miast i inne zawody.

Lewica (Nieuległa Francja) wniesie do parlamentu wniosek o wotum nieufności do rządu w związku z opinią Rady Stanu, która określiła projekt ustawy o emeryturach jako niekompletny i niespójny prawnie. Dziury w ustawie ma uzupełnić 29 dekretów rządowych, których treści nikt nie zna.
Znany jest za to cel „reformy”: przedłużenie okresu pracy, zmniejszenie emerytur i przekazanie części społecznych pieniędzy amerykańskim prywatnym holdingom finansowym, szczególnie koncernowi BlackRock. To część niszczenia francuskiego systemu socjalnego, prowadzonego przez klikę Macrona.

Epickie sceny na ulicach Paryża rozegrały się 27 stycznia. Na manifestację do Paryża przybyli z całego kraju strajkujący strażacy, którzy demonstrowali w pełnym stroju bojowym. Doszło do licznych starć ulicznych z policją, było wielu rannych. Strażacy zaatakowali policyjną barykadę, która miała zastopować ich marsz. Oni również odrzucają skandaliczną reformę systemu emerytalnego, jak i neoliberalny autorytaryzm obecnego reżimu. Rząd nie ma zamiaru ustępować: liczy na ludzkie zmęczenie i policję, której „reforma” nie obejmie. Związki zawodowe zaplanowały na 6 lutego kolejny dzień ogólnokrajowych protestów.

Jak polski rząd przyjmuje dyplomatyczne kopniaki

Prezydent Francji Emmanuel Macron poznęcał się na konferencji prasowej po szczycie w Brukseli nad jednym krajem członkowskim Unii Europejskiej – Polską.

Striwerdził, że, że choć szczyt przyjął cel neutralności klimatycznej do 2050 roku, to jeden kraj uzyskał „tymczasowe wyłączenie”. I co najistotniejsze, zepchnął Polskę na boczny tor, mówiąc, że ten fakt „nie spowolni wdrażania Europejskiego Zielone Ładu”.
– Pierwsze regulacje zostaną przyjęte większością kwalifikowaną. Jeśli Polska nie potwierdzi swojego udziału w celu osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2050 roku, to będzie poza europejskim mechanizmem, w tym w zakresie finansowej solidarności – powiedział Macron.
Politycy PiS jak zwykle zagotowali, twierdząc, że prezydent Francji grozi Polsce.
Musiał zareagować ambasador francji wydając oświadczenie.
„13 grudnia szereg polskich mediów podawało, że podczas konferencji prasowej po Radzie Europejskiej Prezydent Republiki Francuskiej Emmanuel Macron groził Polsce wykluczeniem z mechanizmów solidarności finansowej UE, jeżeli nie dołączy ona do celu osiągnięcia neutralności emisyjnej w 2050 r. Konieczne wydaje mi się sprostowanie błędów i uogólnień tychże publikacji, aby rozwiać wszelkie nieporozumienia” – napisał ambasador Frederic Billet.
Dodał, że prezydent Macron „po prostu tłumaczył znaczenie konkluzji Rady Europejskiej i nikomu nie groził”.
A ponadto „podczas konferencji prasowej Prezydent Republiki doprecyzował, że wszystkie kraje Rady Europejskiej popierają cel neutralności emisyjnej, ale że Polska zawnioskowała o wyjątek dotyczący wdrażania tego celu, „ponieważ dziś uznaje, że potrzebuje więcej czasu” i że otrzymała więc „dodatkowy czas, aby – do czerwca – potwierdzić, że będzie dążyć do tego celu na poziomie krajowym”.
Macron, nie groził „tylko wytłumaczył, co to oznacza dla Rady Europejskiej”. „”Ten wyjątek w żaden sposób nie spowalnia wdrażania Zielonego Ładu i gdyby ostatecznie Polska nie potwierdziła swojego udziału w dążeniu do tego celu, to postawiłaby się sama poza ramami mechanizmów europejskich, w tym solidarności finansowej”. Powiedział także, że jest przekonany, co do możliwości potwierdzenia tego zobowiązania 27 Państw członkowskich przez wszystkie kraje europejskie w bliskiej przyszłości” – kontynuował ambasador.
Oczywiście wszystko to , na jote nie zmienia tego co Macron myśli i co powiedział o roli Polski w walce ze zmianami klimatu. Ale oficjalne przeprosiny, zostały z uznaniem przyjęte przez polski rząd, który nic z tego nie zrozumiał.
Szef KPRM Michał Dworczyk napisał zatem na Twitterze: ”Komunikat Ambasadora Francji ws. wypowiedzi Prezydenta Francji po Radzie Europejskiej. Wszystko dokładnie wytłumaczone”.

We Francji końca protestów nie widać

Francuzi przeżyli „czarny poniedziałek”: nie kursowa pociągi, nie jeździło metro, większość szkół była zamknięta na głucho, strajkowały szpitale itd.: piąty dzień strajku generalnego to wigilia przewidzianych manifestacji ulicznych przeciw neoliberalnej „reformie” francuskiego systemu emerytalnego, która ma zrekompensować straty budżetowe spowodowane szeregiem olbrzymich prezentów fiskalnych na rzecz oligarchii i najbogatszych, którym służy szef państwa.

Wiadomością dnia we Francji nie był nawet tak szeroki strajk, tylko los człowieka, którego prezydent Emmanuel Macron wyznaczył do przeprowadzenia „reformy” systemu emerytalnego. Dziś cała opozycja domaga się dymisji Wysokiego Komisarza ds. Emerytur Jean-Paula Delevoye’a, gdyż okazało się, że zataił jedno ze swych licznych stanowisk, członka rady nadzorczej prywatnego ośrodka szkoleniowego dla dyrekcji wielkich prywatnych koncernów ubezpieczeniowych, które będą pierwszym beneficjentem zaproponowanej przez niego „reformy”.
Delevoye natychmiast zrezygnował ze stanowiska u finansistów, ale opozycja oczekuje przede wszystkim jego dymisji z funkcji Wysokiego Komisarza, gdyż konflikt interesów jest rażący. „Reforma” Macrona ma być odejściem od systemu opartego na repartycji (tj. solidarności międzypokoleniowej) na rzecz indywidualnego systemu „punktowego” z dodatkiem kapitalizacji, tj, przeznaczenia części wielkich społecznych funduszy emerytalnych prywatnym bankom i holdingom finansowym, które mają nimi obracać. Według symulacji ekonomicznych, emerytury spadną w ten sposób o nawet 25 proc., a wiek przejścia na emeryturę może sięgnąć w niektórych wypadkach 75 lat.
Dla blisko 70 proc. Francuzów oznacza to „skok na kasę” zorganizowany przez wielki kapitał. Odrzucenie „reformy” jest na tyle powszechne, że rząd, choć ciągle upiera się przy swoim, nagle zmienił język. O ile wcześniej mówił, że zmiany w systemie emerytalnym trzeba wprowadzić „natychmiast”, teraz twierdzi, że „jest dużo czasu” i że pewne poprawki są „możliwe”. Nie ma się do czego śpieszyć tym bardziej, że francuski emerytalny system solidarnościowy jest na plusie. Ludzie chcą jednak całkowitego odwołania „reformy” i oto idzie walka.

 

Francja przeciw Macronowi

Czwartek 5 grudnia pozostanie historyczny: półtora miliona ludzi wyszło na ulice, by sprzeciwić się neoliberalnemu szaleństwu i jego „reformom”, których celem jest zniszczenie dobrze działającego systemu socjalnego. Masowej mobilizacji nie przeszkodziło propagandowe bombardowanie oligarchicznych mediów, ani straszenie policją: ludzie mają dość jawnego faworyzowania najbogatszych i finansowej oligarchii.

Chyba najbardziej uderzającym obrazem wczorajszych manifestacji i strajku generalnego byli strażacy idący na czele wielkiego paryskiego pochodu. Gdy drogę zablokowała policja, unieśli ręce i parli naprzód: żandarmeria i policja nie odważyły się strzelać plastykowymi kulami ani szarżować- musiały się wycofać. „Brawo strażacy!”, „Strażacy z nami!”- skandował tłum manifestantów – otoczyły ich oklaski i podziękowania. Nie wszystko poszło tego dnia tak łatwo, ale poczucie siły i determinacji wspólnoty manifestantów wygrało: ludzie demonstrowali w ponad 250 miejscowościach, od wielkich miast po małe miasteczka.
W Paryżu, gdzie szło ok. ćwierć miliona manifestantów, policja nie mogąc atakować z przodu obrzucała manifestację granatami gazowymi z boków, z ulic przecinających trasę pochodu. Pierwszą szarżę podjęła przeciw demonstrantom, którzy szli za transparentem „Marks albo zdychaj!” (to gra słów: nazwisko filozofa jest podobne do francuskiego słowa „idź”, „maszeruj”). To tu, na Placu Republiki doszło do pierwszych starć, które na różnych odcinkach towarzyszyły później manifestacji aż po Plac Narodowy. Był to jednak margines, w porównaniu z wielkością kilkukilometrowego pochodu. Owszem, policja znowu strzelała ludziom w głowy (dziesiątki rannych, jedna dziewczyna straciła oko), ale strach został tego dnia pokonany.

Nareszcie „konwergencja”

Francuska lewica, szczególnie Nieuległa Francja, od kilku lat próbuje doprowadzić do regularnej „konwergencji walk”, tj. skupienia różnorodnych grup zawodowych i społecznych, często o rozbieżnych interesach (np. feministki i kolejarze) przeciw neoliberalnej władzy Emmanuela Macrona i jego pro-oligarchicznej ekipy rządzącej. Razem z pracownikami protestują studenci i świat nauki: Francuska Biblioteka Narodowa (czyli jedna z największych bibliotek świata) jest dzisiaj czynna, ale wielu pracowników kontynuuje strajk. Część czytelni otworzyła się z opóźnieniem i zamknie się wcześniej, niż zwykle, z powodu braku personelu. Zamówienia czytelnicze są poważnie opóźnione, a w części w ogóle nie realizowane. W ogromnym budynku przy Rue de Tolbiac widoczne są flagi central związkowych.
Tę pracę polityczną ułatwił poniekąd sam Macron, gdyż zaatakował wszystkich, którzy znajdują się poniżej grupy, której zapewnia nieustające powodzenie: według różnych sondaży, jego „reformę” emerytalną jednoznacznie odrzuca od 62 do 70 proc. społeczeństwa. To przeciw temu społecznemu skandalowi, tak uparcie forsowanemu przez rząd, wszystkie bodaj grupy społeczne, oprócz bogaczy i naiwnych (wierzących jeszcze w „skapywanie bogactw”), wyszły wczoraj na ulice i zamierzają wkrótce znowu wyjść (w najbliższy wtorek), by zmusić oligarchów do poskromienia apetytu na publiczne pieniądze.
W ciągu dwóch pierwszych lat swoich rządów Macron bezprecedensowo rozszerzył przywileje oligarchii, lecz naczelna neoliberalna zasada organizowania przepływu bogactw ze społecznych dołów do materialnej góry wymaga kolejnych działań. „Reforma” systemu emerytalnego ma oczywiście na celu powszechne zmniejszenie emerytur i przedłużenie okresu pracy, bo prezenty fiskalne, którymi rząd obdarzył najbogatszych i korporacje, naturalnie zmniejszają budżet. Macron i klasa, której służy, chce wygrać walkę klas poprzez niszczenie wszystkiego, co wspólnotowe. Stanowi to rdzeń ideologii neoliberalnej: atomizacja i prekaryzacja społeczeństwa jest niezbędna dla zorganizowania owego przepływu pieniędzy z dołu w górę, tak samo jak maksymalna prywatyzacja zysków i uspołecznienie strat. Macron chce prywatyzować państwowe kury znoszące złote jaja, jak porty lotnicze, tamy rzeczne, czy nawet lotto, bo wszystko, co publiczne jest wrogiem neoliberalnej skrajnej prawicy, którą reprezentuje. Ten kapitalistyczny ekstremizm odbija się oczywiście na zwykłych ludziach – do realnej „konwergencji walk” musiało dojść wcześniej czy później.

Atak propagandowy

Francuska telewizja publiczna niewiele różni się od naszej – tak samo propaguje ideologię rządową, choć robi to nieco subtelniej, a reszta telewizji należących do miliarderów naturalnie jej sekunduje, gdyż chodzi o olbrzymie pieniądze, które da się wyrwać z systemu socjalnego dla najbogatszych prywaciarzy. W ciągu ostatnich lat francuskie media straciły jednak wiarygodność, bo kończą się koncepty propagandowe, dzięki którym udawało się usypiać większość ludzi. W „skapywanie bogactw” ze społecznej materialnej góry w dół wierzą już tylko naprawdę niezorientowani. Reformę emerytalną próbuje się więc „sprzedać” używając języka wręcz lewicowego: nowy system ma być więc „egalitarny”, „znoszący przywileje” itp., lecz w to ściemnianie nie sposób uwierzyć – rząd popełnił sporo komunikacyjnych pomyłek, co było widać wczoraj na ulicach.
Powiększanie obszaru prekaryzacji, społecznego ubożenia i prawdziwej biedy przyśpieszyło już za czasów poprzedniego prezydenta, neoliberalnego „socjalisty” Hollande’a, lecz Macron, z jego ambicją powrotu do stosunków społecznych z XIX w., zostanie zapamiętany jako rekordzista. Owszem, przybywa milionerów i miliarderów, lecz upadają kolejne usługi publiczne, jak ochrona zdrowia, czy edukacja, nie mówiąc o milionach ludzi, których bezpośrednio dotyka neoliberalne przekierowanie redystrybucji bogactw. W tej sytuacji walka z kapitalistyczną dyktaturą doprowadzoną do absurdu przestaje być podatna na jakąkolwiek oligarchiczną propagandę, nawet tę najbardziej pomysłową i najlepiej opłaconą.

Do końca?

strajki i manifestacje były wielkim frekwencyjnym sukcesem, ale czy uda się doprowadzić do odwołania przez rząd zapowiadanej „reformy”? Deklaracje „walki do końca” płyną ze wszystkich środowisk, pracowników ze sfery budżetowej i prywatnej, związków zawodowych, organizacji i stowarzyszeń społecznych, lecz wcześniej rządowi udało się już po części złamać ruch „żółtych kamizelek”, dzięki brutalnej pracy policji i żandarmerii, masowym aresztowaniom i krwawym represjom. Dziś Francja pozostaje transportowo sparaliżowana, więc premier Edouard Philippe zapowiada „poprawki” w projekcie „reformy”.
Nie wygląda jednak na to, by jakieś poprawki mogły zadowolić ów szeroki nurt społecznego protestu, do którego doprowadziły głęboko niesprawiedliwe „reformy” Macrona. Ludzie widzą, że neoliberalne pozbawianie przedsiębiorstw ich funkcji społecznych, „uwalnianie” ich od jakiejkolwiek wspólnotowej odpowiedzialności prowadzi na manowce. Wczoraj strajkowała część policji – jeśli stanie po stronie zwykłych ludzi, zwycięstwo wcale nie jest wykluczone.

Bigos tygodniowy

Formalnie rzecz biorąc Francuzi bigosu nie znają, chyba że mają polskie żony. Nie znaczy to, ze nie jadają kapusty. Jadają, ale w postaci soupe de choux ( kapuśniak) oraz choucroute (kiełbasa z kiszoną kapustą). Nie jest to złe, ale bigos jest lepszy. Tym kulinarnym wstępem rozpoczynam okolicznościową, polsko-francuską tym razem porcję bigosu. Dodałem do niego nieco choucroute i soupe de chox – zobaczymy, co z tego wyjdzie.

W piątek na Pola Elizejskie zjechali się traktorami rolnicy. W sobotę przy Ecole Miltaire była demonstracja związkowców przeciwko bezrobociu. Trochę słabe to hasło, zwłaszcza że we Francji kłopotów bez liku. Wyraźnie słabną też „żółte kamizelki”. Nie mniej na 5 grudnia spodziewany jest strajk prawie generalny. Były tu czasy, kiedy słodycz „słodkiej Francji” docierała mocniej do poziomu świata pracy. Dziś niewiele po tym zostało, w słodkiej Francji dominuje gorycz i rozczarowanie. Widać to gołym okiem – po tym, jak skromnie, jeśli nie nędznie odziana jest znaczna cześć Paryżan, jak pustawe są pełne kiedyś kawiarnie i bary. Legendarny splendor Paryża jakby się gdzieś ulotnił i to nie od wczoraj. Nie jest to powrót do czasów „Nędzników” Wiktora Hugo, ale generalna pauperyzacja świata pracy jest ewidentna i naoczna. Po raz pierwszy widziałem Paryż w 1981 roku i różnica in minus jest wprost uderzająca. Inna sprawa, ze taki Paryż skromniejszy odbieram jako bardziej sympatyczny.

Za to bogaci są coraz bogatsi i to jest jest problem, który bardzo drażni nastawionych tradycyjnie bardzo egalitarnie Francuzów. Złośliwi mówią nawet o Francji, jako o „Związku Radzieckim, któremu się udało. Świat pracy bardzo drażni prezydent Macron. Gdy jako czterdziestolatek został wybrany, pisano o nim protekcjonalnie „kid” i serwowano niewybredne żarty z różnicy wieku miedzy nim, a jego żona. Teraz uchodzi za dyktatora, autokratę z ambicjami „cesarza Europy”. Bardzo nielubiana jest jego narracja, jego język – abstrakcyjny, intelektualny, hermetyczny, słabo zrozumiały przez przeciętnego Francuza. Słowem, jego język, styl retoryki uważany jest za nowomowę elity, która gardzi nie tylko ludem, ale nawet jego prostota. To odwrócenie polskiej sytuacji, gdzie władza szczyci się, że trafia do ludu, a elity piętnuje, jak zalecił Przewodniczący Mało.

W Polsce, jak czytam i słyszę w globalnej wiosce, inne problemy niż we Francji, ale te same co u nas zawsze, tradycyjne jak bigos. Nergal znów ścigany za obrazę uczuć religijnych. Macierewicz Antoni chce Katolickiego Państwa Narodu Polskiego. Nie wróżę mu powodzenia. ONR-owi też się nie udało. Z kim on to KPNP zrobi? Z młodym pokoleniem wychowanym na luziku, internecie i grach komputerowych? Wolne żarty. Pisowscy publicyści obudzili się u progu 2020 roku z krzykiem, że nie będzie pomnika bitwy warszawskiej 1920, czyli łuku triumfalnego nad Wisłą i znaleźli winnego – władze Warszawy, w tym Pawła Rabieja, który trochę tylko bardziej oględnie napisał, że wobec wielu ważniejszych potrzeb ten łuk potrzebny jest jak dziura w moście. Uznano to za oznakę braku polskiej duszy. Szanowni Państwo! Miejcie pretensje do władzy PiS. Przez cztery lata mieli nieskrepowaną większość i stawiali pomniki jakie i gdzie chcieli. Skoro dotąd nie wystawili łuku, to do nich miejcie pretensje, nie do Rabieja. Poza tym – był taki fajny łuk tęczowy na placu Zbawiciela. Po coście podjudzali do spalenia go? Byłby teraz jak znalazł. Francuzi są kompletnie inni. Oni nie wystawili pomnika nawet Wielkiej Rewolucji Francuskiej, choć ma ona w dziejach świata rangę pierwszorzędną. A co do publicystów pisowskich, to uśmiechają się przez łzy i robią dobrą minę do gorszej gry. Jeszcze wczesną wiosną pletli o szansie na 50 procentowy, czyli konstytucyjny wynik wyborczy PiS. Teraz przerzucili się na biadanie, że po drugich rządach PiS władze obejmie lewica. Popadają w skrajne nastroje, jak dzieci.

Z rzeczy poważniejszych. Sędzia Paweł Juszczyszyn z Olsztyna został zawieszony za to, że zażądał ujawnienia list poparcia dla członków neo-KRS. Ale sędziowie to betka, bo jest ich garstka. Bigos to będzie wtedy, jak większość przegranych z sadach, zwykli ludzie, ludu pisowskiego nie wyłączając, rzuca się kwestionować niekorzystne dla siebie wyroki. Przecież wiadomo, że każdy Polak ma się za niewinnego i skrzywdzonego. Wtedy dopiero PiS połapie się, jakiego bigosu nawarzył, jakiego potwora Frankensteina sobie ulepił. I wtedy dopiero Przewodniczący Mało rzuci Ziobrę na pożarcie. Na razie nie daje się rzucić na pożarcie Banaś, „pancerny Marian”. Będzie trwał dopóki się da. Banasiowi pecunia non olet, forsa się do niego klei, ma dar spotykania na ulicy akowców z kamienicą, jak tragarzy, a i skromna pensyjka prezesa NIK piechotą przecież nie chodzi.

PiS się rozmyśliło i zamierza zabrać Magdzie Biejat przewodnictwo sejmowej komisji rodziny. Cnotliwej zonie i matce dwójki dzieci, ale z lewicy. PiS-owi się taka nie ostoi. Ma ją zastąpić trzeciorzędna aktorka Chorosińska, nowa pisowska Maria Magdalena.

A lubelski Paruch nie jest już szefem Centrum Analiz Strategicznych. Uznano, że żaden z niego strateg, bo PiS przegrało Senat. Zastąpił go Maliszewski Norbert. Ma wystrategować wygraną Adriana.

Na polskich paszportach pojawiło się hasło „Bóg Honor Ojczyzna”. W sam raz dla Banasia i Banasiowej Republiki.

Manifestują mimo zakazów

Mimo krwawych represji reżimu Macrona, skierowania wojska przeciw manifestantom i zakazom manifestowania w licznych miastach, w „akcie XX” protestów „żółtych kamizelek” wzięły znów udział dziesiątki tysięcy ludzi. Pragnienie sprawiedliwości społecznej i demokracji było silniejsze, niż totalitarne zakazy.

W Awinionie, gdzie władze zadekretowały zakaz manifestowania sprzeciwu wobec neoliberalnej polityki Emmanuela Macrona i oligarchii, którą reprezentuje, ludzie skandowali „Nie dla dyktatury, mamy prawo manifestować, jesteśmy we Francji”. W „zakazanym” Bordeaux wielka manifestacja skończyła się starciami z policją, podobnie w Paryżu i kilku innych miejscowościach. Jak zwykle było dużo aresztowań, są kolejni ranni.
Na polecenie prezydenta prefektury wydały łącznie zakazy protestów w 27 miastach, ale we wszystkich i tak ludzie wyszli na ulice. Rząd zadekretował mandaty za uczestniczenie w nielegalnych manifestacjach (135 euro), ale policja z reguły nie mogła ich wlepiać z powodu dużej liczby protestujących.
W Montpellier kilku policjantów zostało rannych, gdy tłum przeciwstawił się policyjnej szarży. W Paryżu zakazem protestów objęto jedynie część miasta (Pola Elizejskie, wokół siedziby prezydenta, Plac Zgody, parlament), więc manifestacje wystartowały z czterech innych miejsc. Do starć z policją doszło na Placu Trocadero (naprzeciw Wieży Eiffla), gdy protestujący próbowali iść w kierunku Placu Gwiazdy i Pól Elizejskich.
Na transparentach królował postulat demokratyzacji kraju poprzez wprowadzenie referendów z inicjatywy obywatelskiej (RIC), domagano się dymisji Macrona i jego rządu oraz poprawy poziomu życia, sprawiedliwego podziału bogactw, które w tej chwili są wchłaniane przez bezkarną oligarchię. Ruch „żółtych kamizelek” nie słabnie, ciągle popiera go większość Francuzów.

Popis prezydenckiej arogancji

Wyjątkowym cynizmem popisał się francuski prezydent Emmanuel Macron, komentując sytuację, do jakiej doszło podczas XIX aktu protestów Żółtych Kamizelek w ostatnią sobotę. Mówił o 73-letniej aktywistce Geneviève Legay, która po demonstracji trafiła do szpitala z poważnym urazem czaszki.

Fotografie starszej kobiety, obalonej na ziemię, gdy policja rozpędzała zgromadzenie Żółtych Kamizelek w Nicei, obiegły w weekend media społecznościowe. Sprawą ciężkiego uszkodzenia ciała 73-letniej Geneviève Legay zajął się też prokurator, ale najprawdopodobniej nikt zarzutów nie usłyszy – śledczy skłaniają się ku uznaniu, że działania policjantów były prawidłowe, a uczestniczka manifestacji sama nieszczęśliwie uderzyła głową o beton.
Wcześniej podczas demonstracji Legay trzymała w dłoniach tęczową flagę z napisem „Pokój”. Uczestnicy protestu zgodnie twierdzą, że policja agresywnie rozpędzała Żółte Kamizelki, nie przejmując się, czy ktoś nie ucierpi.
Dziś do sprawy odniósł się Emmanuel Macron, który odwiedział Niceę razem z chińskim prezydentem Xi Jinpingiem. Co prawda złożył 73-latce życzenia szybkiego powrotu do zdrowia (na łamach pisma „Nice-Matin”), ale nie omieszkał zasugerować, że sama jest sobie winna.
– Kiedy ktoś jest wrażliwy i ryzykuje uszczerbek na zdrowiu (…) to nie stawia się w takiej sytuacji – powiedział prezydent Francji o udziale kobiety w demonstracji. Jeszcze przed oficjalnym zamknięciem śledztwa stwierdził również, że Legay z pewnością nie została skrzywdzona przez policjantów, a jedynie znalazła się w ogarniętym paniką tłumie. Na koniec oznajmił, że porządek publiczny musi być respektowany zawsze i wszędzie, a aktywistce można życzyć nie tylko zdrowia, ale i tego, by „trochę zmądrzała”.
Reprezentująca Legay prawniczka Arié Alimi zapowiada, że złoży pozew przeciwko policjantom, którzy w sposób nieproporcjonalny interweniowali przeciwko starszej aktywistce. Twierdzi, że kobieta została celowo przewrócona na ziemię. Prawniczka wytknęła także Macronowi brak taktu – wszak osoba, której życzył „więcej rozsądku”, w tej chwili walczy o zdrowie i życie.
Także Jean-Luc Mélenchon, lider Nieuległej Francji, zasugerował Macronowi, by to raczej on uczył się od demonstrantki z Nicei, niż ją krytykował. – Ona walczy o dobro innych. A pan uderzył ją w imię czego? – napisał na Twitterze.
Na arogancki komentarz Macrona odpowiedziały również same Żółte Kamizelki. Starsze aktywistki i aktywiści umieszczają w mediach społecznościowych swoje zdjęcia, podkreślając, że wiek nie przeszkadza im w walce o równość i lepsze jutro. Inni zwracają uwagę, że nikt nie sprawdza metryki np. członkom Rady Konstytucyjnej…
W ostatnim akcie protestów Żółtych Kamizelek ulicami Francji maszerowało, według szacunków aktywistów, ponad 126 tys. osób. Policja jest skłonna przyznać, że było ich 40 tys., jednak zaniżanie szacunków frekwencji na demonstracjach jest w tym wypadku praktyką powszechną.