Trzaskowski nadzieją opozycji?

Koalicja Obywatelska wyszła z założenia, że Małgorzata Kidawa-Błońska już nie nadrobi sondażowych strat. Co w wyborczym wyścigu zmieni pojawienie się Rafała Trzaskowskiego?

Jedno jest pewne – teraz już na pewno nie przydadzą się karty do głosowania drukowane z myślą o wyborach pocztowych. Widniejąca na nich lista kandydatów stała się nieaktualna.

Skręt progresywny

Małgorzatę Kidawę-Błońską komentatorzy opisywali jako przedstawicielkę prawego skrzydła opozycji, raczej konserwatystkę niż progresywistkę, ukłon w stronę zachowawczego elektoratu. Cała jej kampania wyborcza opierała się na hasłach stałości i powagi. Hasło „prawdziwa prezydent” sugerowało dostojeństwo i wzniesienie się ponad doraźne spory na rzecz dialogu. Także stałe przypominanie o rodzinnych korzeniach kandydatki, momentami wręcz przerysowane i łatwo stające się powodem do drwin, miało przekonywać o jej szczególnych predyspozycjach do mądrego kierowania państwem. Powaga przekładała się na niezłe sondażowe wyniki, zanim zaczęła się epidemia. Faktyczne wygaszenie kampanii wyborczej wszystkich kandydatów poza urzędującym prezydentem błyskawicznie podcięło im notowania – jeszcze zanim zaczęła się dyskusja o możliwym bojkocie głosowania.

Niezbyt eleganckie odstawienie kandydatki, której przyszło informować o rezygnacji na samotnej konferencji prasowej i postawienie na Trzaskowskiego oznacza całkowitą zmianę strategii. Notowania KO ma ratować więcej kampanijnej agresji i zwrot w stronę bardziej liberalnych wyborców.

Na początek awaria

TVP już na starcie ochrzciła Trzaskowskiego mianem „człowieka-awarii”, przypominając o zeszłorocznych problemach z oczyszczalnią Czajka. KO już szykuje się, że następnym punktem będzie „deprawacja nieletnich”. Wszak to Trzaskowski podpisał kartę LGBT+, na co prawicowe media zareagowały oskarżeniami o chęć przyuczania najmłodszych do masturbacji i rozbijania rodzin. Ruszyła machina nienawiści, która rozlała się daleko poza Warszawę. Tymczasem w rzeczywistości w karcie znajdowały się takie postulaty, jak stworzenie hostelu interwencyjnego dla osób LGBT, udzielenie patronatu Paradzie Równości przez prezydenta miasta, a także monitoring przestępstw motywowanych uprzedzeniami. To, co dla prawicy było obiektem ataku, dla wyborców opozycji jest dowodem gotowości do budowania tolerancyjnego i inkluzywnego społeczeństwa. Jedna i druga strona będą na tej podstawie mobilizować swoich wyborców. Czy skutecznie?

Wyprzedzi Hołownię?

Na niekorzyść Rafała Trzaskowskiego bardziej skutecznie niż telewizyjna propaganda grać może schemat myślenia, które sama KO wpajała swoim wyborcom (ale i wyborcom Lewicy): że należy przeciwko PiS stawać po stronie najsilniejszego z dostępnych kandydatów. Przy obecnym układzie sił, jeśli brać za dobrą monetę sondaże, mogłoby to oznaczać potrzebę wspierania Szymona Hołowni, który po kilku udanych występach w internecie i podczas debaty kandydatów systematycznie pojawiał się w rankingu tuż za niezmiennie prowadzącym Dudą. Zapewne przejmując również część elektoratu Roberta Biedronia, dla którego ostatnie sondaże nie są korzystne – chociaż trudno byłoby oskarżać tego kandydata o brak merytorycznych propozycji na czas kryzysu. Ale i tutaj trudno o czymkolwiek przesądzać. Pierwsze sondaże, w których notowany był Trzaskowski, dawały mu 11-14 proc., sytuując go za Hołownią i za Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem. Jednak opublikowany w sobotę 16 maja sonda United Survey dla RMF FM dał właśnie Trzaskowskiemu drugą pozycję i drugą turę.

Jeśli obecny prezydent Warszawy w najbliższym czasie pokaże się jako efektywny w zarządzaniu gospodarz, zdolny przeprowadzić swoje miasto przez czas pandemii, może urosnąć na dobre. Pytanie, czy na tyle mocno, by przebić mobilizację elektoratu PiS. Z tej grupy przepływów do opozycyjnego obozu już raczej nie będzie. Wręcz odwrotnie – kiedy zwolennicy rządzącej prawicy zorientują się, że głównym adwersarzem ich prezydenta nie jest bezpartyjny Hołownia, ale jedna z twarzy Koalicji Obywatelskiej, mogą ruszyć do lokali wyborczych z tym większym zapałem. Wszak właśnie niechęcią do PO czy też KO karmiono ich nader systematycznie.

Proszę Pani, tak się wyborów nie wygrywa

Nie jestem zwolennikiem PO, ale z uwagi na prawdopodobną, drugą turę wyborów prezydenckich Małgorzacie Kidawie-Błońskiej dedykuję ten tekst.
Także jej sztabowi wyborczemu, różnym spin doktorom i specjalistom od politycznego marketingu, czołowym politykom PO i wszystkim tym, którzy nie chcą przyczynić się do reelekcji obecnego prezydenta RP.

Z kandydatką na prezydenta jest dokładnie tak samo jak z moją znajomą, bardzo dobrze wychowaną panienką w domu, w którym drzwi należało cichutko zamykać, a przekleństwo cholera nigdy nie padło.
Ale trafiła się jej bliska przyjaciółka, która uważała, że w życiu czasem tak bywa, że i mocniejszymi słowami należy się koniecznie posłużyć. I rozpoczęła się ta szczególna edukacja na początek od powszechnie używanego słowa na k. Wymówiła je uczennica bardzo cichutko, nadto cała zarumieniona ze wstydu, później coraz głośniej, wreszcie miała je wykrzyczeć. Jakoś poszło, potem był coraz mocniejszy repertuar, który, jak się okazało jakiś czas później, kilka razy niestety musiał zostać użyty.

Ton i tembr głosu

kandydatki na prezydenta odpowiada raczej przyjacielskiej pogawędce przy herbatce i ciasteczku niż wymogom publicznych spotkań z wyborcami, w czasie których, na równi z treścią, liczą się także emocje. Pani Kidawa-Błońska mówi pięknym, literackim językiem, ale monotonnie, nie wyróżniając w żaden sposób istotnych fraz swojego wystąpienia.
Nie twierdzę, że usypiającym, ale w konsekwencji niewątpliwie mało komunikatywnym dla odbiorców, wśród których zdecydowaną część stanowią osoby oczekujące jasnych, w sumie prostych przekazów. Jeszcze czas aby z Panią Małgorzatą poćwiczyć kilka razy, i to bardzo głośno, wyborcze oracje.

Nie wiedzieć czemu

członkini władz Platformy Obywatelskiej postanowiła wzorować się na tzw. niekonfrontacyjnej kampanii wyborczej strony rządowo-koalicyjnej, która, jak powszechnie wiadomo, wybory z 4 czerwca 1989 roku z kretesem przegrała.

Te okazje to nie wymiana myśli intelektualistów, nie tylko głęboko przemyślanych, ale i z pełnym szacunkiem odnoszących się do adwersarza – to walka pozbawiona skrupułów, w której nawet najzwyklejszy gest powitania we Władysławowie staje się koronnym argumentem, pono dezawuującym kontrkandydatkę. Z niebotycznej góry kłamstw, matactw i równie wielu niespełnionych obietnic PiS jest co wybierać pełnymi rękami na wyborczych spotkaniach. A pełną kultury postawę, także do politycznych przeciwników, zaprezentuje najlepiej Kidawa-Błońska gdy zostanie prezydentem RP.

Machanie rękami

lub pokazywanie palcem też zapewne nie było dobrze widziane w rodzinnym domu kandydatki, ale tzw. mowa ciała stanowi nieodłączny element publicznego przekazu – wzmacnia go, podkreśla, dopełnia.
Nie przypominam sobie aby dobrze ułożona pensjonarka raz jeden przynajmniej wskazała palcem tych-tego, którzy tak wspaniale nam Polskę urządzili, aby wzruszyła ramionami bądź składając ręce, jak do modlitwy, wyraziła nadzieję, na ich rychły koniec.

Moda dla pań

ma oczywiście swoje trendy, wymogi w zależności kogo dotyczy i kto co lubi, w czym czuje się najlepiej, ale niejako moda wyborcza stawia jeszcze dodatkowe wymagania. Przyzwyczajenia i ulubione stroje należy zostawić w szafie, a tu wyróżnić się w tłumie i z otaczającego tłumu aby być wyraźnie przez swój ubiór dostrzeżonym, zaakceptowanym i wpadającym w oko, także telewizyjnej kamerze. Czyżby nie wiedziała o tym kobieta – o jakiejś apaszce bo broszka już była, może o szaliczku albo o towarzyszącym jej innym gadżecie – Pani Małgorzata ?

Powtórka z rozrywki a la Duda,

czyli rajd po placach i ryneczkach licznych miejscowości w wykonaniu Kidawy-Błońskiej nie został przez jej sztab wyborczy głębiej przemyślany. Wszystkie, poza samym faktem spotkania, są w gruncie rzeczy takie same, żadne nie będzie w powszechnej pamięci zapamiętane, a przez mass-media upowszechnione. Staną się wydarzeniem i to na skalę ogólnopolską jedynie wtedy, gdy wykorzysta je za każdym razem do powiedzenia czegoś nadzwyczajnego, wyjątkowego, celnego o czym inni kandydaci, z różnych względów i powodów mówić nie będą.

Potrzebne wiec są także bon moty – zwięzłe, trafne, często dowcipne powiedzenia na aktualne tematy, których każdorazowo dostarczyć powinien sztab wyborczy, na wzór partyjnych i państwowych wystąpień pisanych przez ghostwriterów.

Miejsc do spotkań

kandydata na prezydenta jest w Polsce o wiele więcej niż powiatów odwiedzonych przez Andrzeja Dudę. Ale niekoniecznie na przykład należy być na festiwalu dudziarzy w Zakopanem, na który zresztą nie pojechał PAD z obawy przed antypisowską absencję niektórych muzyków.
Jeśli Kidawa-Błońska chce być rzeczywiście prezydentem wszystkich Polaków, a nie tylko postsolidarnościowej Platformy Obywatelskiej, to powinna swoim pobytem w różnych stronach kraju to udowodnić.
Było by więc dobrze odwiedzić popegerowską wieś i mieć coś dobrego, i konkretnego do powiedzenia ludziom tam żyjącym. Również spotkać się z licznym gronem nauczycieli i wyrazić opinię o przyszłości polskiej oświaty, podobnie na jednym z liczących się uniwersytetów przedstawić swoje credo o wolności słowa w nauce.

Na kandydatkę na prezydenta zapewne z wielką niecierpliwością oczekują liczne kobiece ruchy ze swoimi postulatami, także niepełnosprawni, oszukani i pokrzywdzeni przez PiS. Również pozbawieni swoich praw ustawą dezubekizacyjną i ich liczne rodziny. Mogłaby także Kidawa-Błońska odwiedzić centrum Solidarności w Gdańsku, które PiS, wzorem Westerplatte, próbuje zawłaszczyć, także być pod tablicą upamiętniającą Pawła Adamowicza – politycznej ofiary medialnych sukcesów dobrej zmiany. A jeżeli jeszcze na jej wyborczej peregrynacji po Polsce byłby pobyt w miejscu uświęconym krwią żołnierzy I lub II Armii Wojska Polskiego, to wiązanka kwiatów tam złożona łączyła by w tej kampanii wielu Polaków.

I nie tylko tu ma kłopot

kandydatka na prezydenta, gdyż takie oczekiwania daleko wykraczają poza praktykę i program działalności jej macierzystej partii. Mission impossible byłoby złożenie przez nią kwiatów na którymś z cmentarzy radzieckich żołnierzy, jak to czyni corocznie, w dniu wyzwolenia Krakowa jego prezydent Jacek Majchrowski.

Nie tylko z uwagi na wrzawę po stronie pisowskiej i skrajnej prawicy, ale równie wielką wśród zwolenników Platformy Obywatelskiej, której walka przez lata z Prawem i Sprawiedliwością, przedziwnie jednak korelowała wieloma wspólnymi dla obu partii poglądami, nie tylko na niedawną naszą przeszłość i wykreowanych bohaterów Marszu Żołnierzy Wyklętych z Hajnówki.

Podstawowy problem

Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, jej sztabu wyborczego, jak i całej zresztą Platformy Obywatelskiej nie wyraża się mimo wszystko we wskazanych powyżej błędach, niedomaganiach czy też zaniechaniach. Poprzednio tak wyczekiwany powrót Donalda Tuska do krajowej polityki, a dziś prowadzonej kampanii wyborczej to w sumie, ciąg dalszy tego, co już było.
Tak, jak nikt odpowiedzialny, i przynajmniej trochę myślący, na lewicy nie będzie optował za powrotem Polski Ludowej, tak również doświadczony latami ciepłej wody wyborca, nie chce ich powtórki z bardzo wielu powodów. Tej trudnej niewątpliwie, ze swojej niedawnej przeszłości, lekcji nie odrobiła żadną miarą Platforma.

Prawda bowiem jest taka, że w każdej kampanii wyborczej potencjalny elektorat poszukuje istotnej zmiany na lepsze, zaś w prowadzonej przez koalicjantów i PO takowej, poza odsunięciem od władzy Andrzeja Dudy, czyli poważnym ograniczeniem wpływów PiS, doszukać się nie może. A to stanowczo za mało dla Polski, jej przyszłości, a więc każdego z nas, zagrożonej na wielu obszarach.

Ponownie prawdopodobnie

wybierać będę musiał to przeklęte, polskie mniejsze zło i dlatego tylko ten tekst napisałem.

Z jednego do jednego

Prezydent Duda zainaugurował kampanię w wielkim stylu. Uczynił to w stołecznej Hali Expo. Tej samej, w której swoją kampanię przed drugą elekcją rozpoczynał Bronisław Komorowski. Wszystko wyglądało dość podobnie, czyli nudno. Konfetti, gra świateł, sztampowe przemówienia, obrazki ze wspierającą żoną. Pozostaje tylko pytanie, jak skończy ten, kto tak samo zaczyna.

W przeddzień otwarcia kampanijnego maratonu przez prezydenta Dudę, byłem u kolegi Nizinkiewicza z konkurencyjnego medium, gdzie udzielałem wywiadu na tematy okołopolityczno-muzyczne. Zapytany o to, czy wybieram się na wybory prezydenckie odpowiedziałem, że zapewne tak, choć kandydat na którego w pierwszej turze oddam głos, nie jest do końca z mojej bajki, czemu dawałem na tych łamach wyraz nie raz, nie dwa razy. Tym samym wieszczę drugą turę, w której to znowu najpewniej postawion będę przed przykrą dychotomią: PiS vs. PO, co jest wyborem nie tyle nawet mniejszego zła, co wyborem zupełnie pozornym. Wybierać można z dwóch jedno, a z jednego trudno wybrać. Powiedziałem też przy okazji tych rozważań, że w drugiej turze najpewniej oddam pusty głos, jeśli, a wszystko wskazuje na to, że tak właśnie będzie, staną w niej naprzeciw siebie urzędujący prezydent i MK-B. Na odchodne dorzuciłem, że uważam nawet, że wybór MK-B na prezydenta spowoduje w kraju jeszcze większy pierdolnik, od tego, który jest w nim dzisiaj. No i się zaczęło. Na raz zostałem przez część opinii publicznej oraz jej wyznawców zaszufladkowany jako pretorianin Andrzeja Dudy, choć wcześniej życzyłem mu publicznie, aby nie dawał się ponownie wmanewrowywać w prezydenturę, bo to robota nie dla niego. Na nic się to jednak zdało, przy słowach o bałaganie, po ewentualnym zwycięstwie pani marszałek. Sam jednak jestem sobie winien. Wypowiedziałem publicznie sąd, a nie dałem argumentacji. Bo słów oczywiście nie cofam, gdyż zawsze biorę za nie pełną odpowiedzialność. Jaki więc bałagan autor miał na myśli?

Wyobraźmy sobie, co by się stało, gdyby MK-B udało się w drugiej turze Andrzeja Dudę pokonać, co wszak nie jest takie znowu nierealne. Radość w sztabie zwyciężczyni-bo to normalne. Wściekłość i smutek w obozie przegranego, bo to jeszcze bardziej normalne. Ale prócz tego, na prawicy pisowskiej zagości coś jeszcze. Żal po porażce ustąpi miejsca poczuciu zagrożenia i próbie wytłumaczenia przed samymi sobą porażki, jako wyniku działania czegoś innego, niż demokratyczny wybór Polaków. Zadział bowiem spisek. Układ podniósł łeb, namieszał i wybory sfałszował, a w najlepszym wypadku, omamił ludzi. I nawet jeśli prezydent urząd zwolni i pozwoli MK-B wejść pod żyrandol, w rządowych ławach zacznie się piekło, które rozleje się na cały kraj. Zapanuje niewyobrażalny bałagan i zaszczucie-jednych na drugich. Jedni będą mieli za sobą sukces wyborczy, a drudzy potężną machinę propagandy, na którą przeznaczono przed wyborami potężny grosz, nie po to, żeby z niej nie skorzystać. Wybuchnie totalny konflikt wewnętrzny, który zatruje i tak do trzewi zatrute społeczeństwo na kolejne dekady. Co więc zrobić? Pozwolić Andrzejowi Dudzie wygrać bez walki? Na pewno nie. Próbować trzeba. Ja jednak nie zamierzam już więcej wybierać mniejszego zła. Nie przyłożę ręki do sukcesu ani do porażki.

Co tu kryć, opozycja przespała swoją szansę, nie wyłaniając kandydata szerokiego frontu od Lewicy, przez PSL, do PO. Żeby ten plan miał szansę powodzenia, kandydatem na prezydenta nie mógł zostać żaden lider partyjny, ani osoba jaskrawie kojarzona z jedną opcją. Po raz kolejny zwyciężyły jednak partykularyzmy i funduje się nam, prostym ludziom, nowe 5 lat polskiego piekiełka, spychając cały wybór pod ścianę z napisem PiS albo PO. Zyskuje na tym PiS, nie traci PO. Reszta czeka na rozwój wypadków. A najbardziej w kość dostają Polska i Polacy. Ci bezpartyjni. Z orzełkiem w koronie.

Geny

Poznałem w swoim życiu ludzi mądrych i głupich. Tych ostatnich poznam pewnie jeszcze wielu, niestety. Poznałem ludzi zawistnych i wielkich. Poznałem ludzi szlachetnie urodzonych i normalsów. W żadnym ze znanych mi przypadków genotyp nie warunkował wniosków, które mógłbym wysnuć zaraz po spotkaniu.

Jeden z moich wykładowców na uniwersytecie opowiadał onegdaj pewną historyjkę z życia wziętą. Recz działa się w siermiężnych latach 60. w mieszczańskiej kamienicy na Rynku w Krakowie. Student prawa zaprosił do siebie na prywatkę grupkę znajomych z roku, różnego pochodzenia i autoramentu. Była młodzież piłsudczykowska, mieszczańska, szlachecka, PPS-owska, ale i gorliwie komunistyczna, zetempowska. W zwyczaju domu z tradycjami było przedstawianie przybyłych gości seniorce rodu, która siedziała w drewnianym fotelu bujanym, taksowała przybyłych spod monokla i podawał dłoń a’la „śnięta ryba”, w sam raz do ucałowania. Dziewczęta przed starsza panią dygały, panowie całowali pierścień. Jeden jednak nie chciał całować hrabiowskiej biżuterii. Zamaszyście potrząsnął ręką dobrodziejki, bez oddawania honorów. Ta, nieco skonfundowana, zerknęła na młodzieńca i zapytała: – Najmocniej przepraszam, a kto rodził? – Dupa, łaskawa Pani, pewnie odparł mołojec. Zapadła niezręczna cisza. Pani matka uniosła brew, poprawiła okular, i półgębkiem odparła, ni to do siebie, ni do gości: – Rzeczywiście, zaskakujące podobieństwo.

Wysłuchałem dziś wywiadu radiowego, w którym Janusz Lewandowski, europoseł Platformy Obywatelskiej, opowiadał, dlaczego Małgorzata Kidawa-Błońska powinna zostać prezydentem Polski. Posiada ona, podług słów europosła, liczne przymioty, aby objąć najwyższy urząd państwowy, a jednym z nich są jej geny. To one mają nadawać kandydatce PO/KO znamion prawdziwego, prezydenckiego formatu. Innemi słowy, nie godzi się, aby prezydentem w Polsce był człowiek z gminu, nisko urodzony, marnego pochodzenia, z chłopską, szczerą i prostą twarzą. Po prostu się nie godzi. Po to są na świecie panowie żeby były też chamy, i jak świat światem, pan chama batożył po to, żeby tamten lepiej pracował, a to co wypracuje, pan sprawiedliwie podzieli. Bo od tego jest pan, żeby rządził i dzielił, a cham, cichy i pokornego serca, ma pana słuchać. Przypomnijmy, Janusz Lewandowski wypowiedział te słowa w XXI wieku, w środku Europy, w państwie, w którym ordynacje ziemskie zniosła dopiero reforma rolna 1955 roku. Tak dawno, a tak niedawno. Nie dziwota zatem, że tęskno wielu za starym porządkiem.

Nie jest jednak tak, Szanowni Państwo, że geny nie mają znaczenia. Wprost przeciwnie, mają bardzo duże. Janusz Grudziński, Xiążę Warszawski, mój kolega z kapeli, urodził się w 1961 roku. W tym roku, wszystkie winne apelacje we Francji zebrały najwyższą liczbę gwiazdek. Piotr Morawiec, rówieśnik Janka, również mój kolega z kapeli, dowiedział się ostatnio od pani doktor, gdy był na okresowych badaniach, że 61, to najlepszy rocznik dla ludzi z jego pokolenia. Coś na rzeczy jednak jest. Czemu jednego potrafią oblec trzy raki i koklusz, a drugiego nic się nie ima, mimo że drugi pił, palił i nie chodził do kościoła, a pierwszy żył po bożemu? Wiadomo-geny. Dobre, przedwojenne geny.

Małgorzata Kidawa-Błońska urodziła się w 1958 roku. Istnieje spora szansa, że i ona należy do tego bardziej udanego pokolenia. Moje pokolenie jest kompletnie nieudane. Czarnobyl zdziesiątkował nas jak szarańcza. Jedyna nadzieja dla Polski, że starzy poprowadzą ten kraj ku przyszłości. Młodość, to u nas, albo licheroty i pogrobowcy po stanie wojennym, albo patostrimerzy, jak z piosenki syna pana profesora. Wystarczy popatrzeć choćby na Finlandię. Żeby kasjerka z działu konfekcji kobiecej była premierem? O tempora, o mores, do czego to już doszło…

PO ma problem z Lewicą

PO bardziej atakuje Lewicę niż realnie robi coś z PiSem.

Nie tylko Małgorzata Kidawa-Błońska, ale też liberalni dziennikarze zauważyli już, że zagrożone są ich kluczowe wartości: „kompromis” aborcyjny, leżenie krzyżem przed klerem, czy podważanie geniuszu Leszka Balcerowicza i świętej prywatyzacji…

Lewica przez marne 48 godzin w sejmie obnażyła klerykalizm i pustkę PO, a jeden poseł jeszcze podniósł do góry socjalistyczną pięść zamiast przepraszać 24/7 za Katyń. Posłanka Biejat została szefową komisji rodziny, bo nawet PiS woli ją od Grzegorza Brauna. A rząd sam już nic rodzinom nie da poza przypominaniem 500+ i apelowaniem by lud wiecznie już za to całował stopy Kaczyńskiego.

To dla nich straszne! Wcześniej tego problemu w zasadzie nie było, bo tylko „prostak z ludu” Lepper ośmielił się kilka razy popsuć cocktail party. A teraz mają przed sobą bezczelną Lewicę, która nie przytula się z biskupami i zakłada zespół ds. LGBT. Jak oni to przetrwają???

Boją się, że nie przetrwają. I dlatego atakują. Bo cała „opozycyjność” liberalnej „opozycji”… to trochę perfum na krzyżu.