Pucz w Mali i natowska destabilizacja Sahelu

Zawirowania w zachodnioafrykańskim Mali pogłębiły się po tym, jak grupa żołnierzy i młodszych oficerów stacjonujących w stolicy Bamako zatrzymała prezydenta Ibrahima Boubacara Keitę, premiera Boubou Cissé i innych wysoko postawionych urzędników państwowych, a następnie zmusiła ich do rezygnacji. Towarzyszyły temu kolejne tygodnie masowych protestów i demonstracji przeciwko rządowi Keity. Dziesiątki tysięcy protestujących wyszły na ulice, by świętować po tym, jak wiadomość o aresztowaniu Keity została podana do wiadomości publicznej.

W Bamako miały miejsce sceny dzikiej radości, podczas których protestujący i żołnierze strzelali ostrą amunicją w powietrze, aby uczcić usunięcie znienawidzonego rządu wspieranego przez Francuzów. Następnie, około północy, Keita pojawił się w telewizji, aby ogłosić swoją rezygnację i rozwiązanie parlamentu.
Dopiero pucz zwrócił uwagę światowej opinii publicznej na sytuację w Mali. Tymczasem wcześniej również działo się sporo: w marcu rząd uparł się organizować wybory parlamentarne pomimo niebezpieczeństw związanych z pandemią COVID-19. W nieuczciwy sposób partia Keity ostatecznie zdobyła dodatkowe 10 miejsc. W tym samym czasie główny lider opozycji, Soumaila Cissé, został porwany przez nieznanych sprawców. Od tej pory ślad po nim zaginął. Efektem były masowe protesty, które zmusiły Trybunał Konstytucyjny do unieważnienia wyników wyborów. Ale ta decyzja nie uspokoiła masowego ruchu. Zamiast tego, jeszcze bardziej ośmieliła demonstrantów, by naciskać na całkowite usunięcie rządu. Erupcja tego gniewu nastąpiła w czerwcu, kiedy setki tysięcy protestujących wyszły na ulice Bamako, aby zaprotestować przeciwko załamaniu się gospodarki, niewłaściwemu zarządzaniu przez rząd pandemią COVID-19 oraz pogłębiającemu się kryzysowi w północnych i centralnych regionach kraju, gdzie poważna islamistyczna rebelia całkowicie zdestabilizowała region Sahelu.
Początkowo Keita odmówił rezygnacji. Jednak następnie cały jego gabinet podał się do dymisji w związku z nasileniem wojny domowej, która szaleje od 2012 roku. Pod koniec lipca prezydent utworzył nowy gabinet, próbując wyjść z kryzysu. Pokazało to jednak, jak nikłe jest jego rzeczywiste poparcie.
Reżim próbował skierować ruch w ramienia opozycyjnej koalicji znanej jako Ruch 5 czerwca (M5-RFP), kierowanej przez duchownego Mahmuda Dicko. Celem było uratowanie reżimu przed obaleniem. Jednak koalicji „lojalnych” liderów opozycji nie udało się spacyfikować ruchu. Każde małe żądanie, jakie stawiali Keicie, pobudzało masy, zmuszając je z kolei do wysuwania dodatkowych żądań. Sytuacja rządu stawała się powoli coraz bardziej dramatyczna.Gdy stało się jasne, że skorumpowany rząd Keity nie jest w stanie pójść na żadne ustępstwa, wkroczyła ostatnia linia obrony reżimu: wojsko. Poświęcono prezydenta, by zachować system.
To drugi zamach stanu w Mali w ciągu ośmiu lat. W 2012 roku bunt miał miejsce w tej samej bazie wojskowej, kiedy to były prezydent Amadou Toumani został obalony po katastrofalnej reakcji na powstanie Tuaregów na północy kraju. Rebelia została uzbrojona w broń płynącą z pobliskiej Libii w następstwie interwencji NATO mającej na celu usunięcie Kaddafiego w 2011 roku. Interwencja ta doprowadziła do całkowitej destabilizacji sytuacji: bojówki islamskie dosłownie zalały kraj, dopuszczając się okrucieństw na szeroką skalę, takich jak porwania, masakry, zamachy bombowe i rozpoczęcie kwitnącego biznesu – handlu niewolnikami. Taka była cena, jaką Libia zapłaciła za swoje popierane przez Zachód „wyzwolenie”.
Ten chaos rozlał się na Afrykę Zachodnią i region Sahelu, destabilizując szczególnie Niger, Burkina Faso i Mali. Bojownicy z ludu Tuaregów, którzy walczyli jako najemnicy dla Kaddafiego, wrócili do Mali, podsycając pełnowymiarową rebelię na północy kraju. Napływ ciężkiej broni do tego regionu podsycał również powstanie Boko Haram w Nigerii, Kamerunie i Nigrze.
Keita doszedł do władzy w 2013 roku. W 2015 roku podpisano porozumienie z niektórymi grupami rebeliantów, przyznające słabo zaludnionej północy większą autonomię. Należą do nich islamskie grupy ekstremistów związane z Al-Kaidą i państwem islamskim, które wykorzystały trwającą od dawna rebelię Tuaregów do przeprowadzenia własnych ataków. Keita utrzymał się u władzy w 2018 r. po sfałszowanych wyborach, ale jego ustępstwa nie powstrzymały powstania. Sytuacja większości społeczeństwa pogorszyła się i wywołała głęboki resentyment w wojsku.
Po zdestabilizowaniu Libii siły imperialistyczne podążyły następnie za grupami dżihadystów do Sahelu, rozmieszczając w regionie ponad 20 000 międzynarodowych i lokalnych żołnierzy. Było to 4 500 żołnierzy francuskich, 13 000 żołnierzy ONZ i około 5 000 żołnierzy związanych z finansowanymi przez Francję rządami „G5 Sahel”, w tym Burkina Faso, Czadu, Mali, Mauretanii i Nigru. Ta „wojna z terroryzmem” doprowadziła jedynie do dalszej destabilizacji Sahelu. Dżihadyści działając w regionie za pośrednictwem swojej filii, Państwa Islamskiego na Większej Saharze (ISGS), przyspieszyło swoje działania w Mali, Burkina Faso, a obecnie w Nigrze.
Reakcja tak zwanej społeczności międzynarodowej jest skrajnie obłudna. Moussa Faki Mahamat, przewodniczący komisji Unii Afrykańskiej, powiedział, że potępił „wszelkie próby zmian antykonstytucyjnych” i wezwał buntowników „do zaprzestania uciekania się do przemocy”.
Afrykańska Karta UA „Demokracja, wybory i rządy” zakazuje wszelkich zmian lub rewizji konstytucji, które stanowią „naruszenie zasad demokratycznej zmiany rządu”. Jednak UA nigdy nie powołała się na ten przepis i milczała po niedawnych falach „niekonstytucyjnych” przejęć władzy na całym kontynencie afrykańskim. W tym roku prezydent Alpha Conde miał opuścić Gwineę, ale zaaranżował przewrót konstytucyjny, który pozwoliłby mu pozostać na czwartą kadencję. Dyktator Abd al-Fattah as-Sisi rządzi w najlepsze w Egipcie. Nie lepsi są jego koledzy po fachu Ugandzie, na Komorach, w Republice Konga, Kamerunie, Czadzie, Dżibuti, Wybrzeżu Kości Słoniowej, Rwandzie i Togo.
W sprawę uwikłane są również imperialistyczne potęgi, które również potępiły zamach stanu. Jednak to one są bezpośrednio odpowiedzialni za ten kryzys. Protestujący w Bamako słusznie sprzeciwili się obecności obcych sił, wzywając do opuszczenia kraju przez siły francuskie, które są ściśle związane ze skorumpowanymi lokalnymi przywódcami.
Sahel jest jednym z najbiedniejszych regionów na świecie. Wielkie bogactwa mineralne tego regionu nie przyniosły korzyści mieszkającym tam ludziom. Obce wojska i grupy dżihadystów przyczyniają się do długiego cierpienia miejscowej ludności. Ale protesty w Mali wyraźnie pokazują, że masy społeczne są tą sytuacją zmęczone. To samo dzieje się w Burkina Faso, gdzie protestujący domagają się, aby państwo dostarczyło im broń do walki z terroryzującymi ich grupami zbrojnymi. Różnica między tym zamachem a zamachem z 2012 roku polega na roli ruchu masowego w tym procesie. Armia interweniuje, aby przełamać rewolucyjny gniew protestujących. W Burkina Faso byliśmy świadkami rozwoju sytuacji rewolucyjnej na pełną skalę w 2014 roku, kiedy to obalono Blaise’a Compaoré. Później obalono również kontrrewolucyjny zamach stanu. Pokazuje to rewolucyjny potencjał mas pracujących. Aby masy malijskie odniosły sukces, nie mogą mieć złudzeń co do oficerów wojskowych ani opozycji klerykalnej Mahmuda Dicko. Tylko opierając się na własnych siłach i łącząc się z masami w Burkina Faso i Nigrze, mogą oni odnieść sukces w usunięciu z tego regionu swoich zgniłych reżimów, grup terrorystycznych i imperialistycznych mocarstw.

Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu). Tekst oryginalny ukazał się na portalu marxist.com.

Wojskowy zamach stanu i reakcja ONZ

Malijskie wojsko aresztowało w Bamako prezydenta kraju Ibrahima Boubacara Keïtę i premiera Boubou Cissé. W nocy prezydent wystąpił w telewizji z przemówieniem obwieszczającym swoją dymisję oraz rozwiązanie parlamentu i rządu. Francja i Stany Zjednoczone są bardzo zaniepokojone. Tłumy w Bamako wiwatują i bratają się z żołnierzami.

Otwiera się nowy rozdział wojny w Sahelu. Wszystko wskazuje, że puczu dokonali wojskowi z bazy Keti, oddalonej o ok. 15 km od stolicy kraju Bamako. W Bamako i innych miastach kraju od miesięcy trwały ludowe manifestacje antyrządowe, skierowane przeciw prezydentowi, zwanemu tam w skrócie IBK, i Francji, dawnej potęgi kolonialnej, która od siedmiu lat trzyma w Mali tysiące żołnierzy mających walczyć z oddziałami dżihadystów, zrodzonymi w zachodniej Afryce po rozbiciu Libii przez NATO w 2011 r.
IBK wystąpił w telewizji z przemową na granicy płaczu, co wywołało ogólną radość w stolicy, lecz równocześnie skrajny niepokój krajów sąsiednich, Stanów Zjednoczonych, jak i Francji, która zwołała na dziś Radę Bezpieczeństwa. Wspólnota Gospodarcza Krajów Afryki Zachodniej (Cédéao) zdecydowanie potępiła zamach, wezwała do uwolnienia „demokratycznie wybranego prezydenta” i podjęła kroki izolowania Mali. Do „przywrócenia porządku konstytucyjnego” wezwał sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres. Kraje sąsiednie, gdzie władze też są kontestowane, zamknęły granice lądowe i powietrzne z Mali (co nie dotyczy wojsk francuskich) i zapowiedziały sankcje.
W imieniu junty wystąpił pułkownik Ismaël Wagué, który zapowiedział z kolei przeprowadzenie wyborów parlamentarnych i oddanie władzy cywilom, bez podania terminu: „My, siły patriotyczne zgrupowane w Narodowym Komitecie Ocalenia Ludowego (CNSP), zdecydowaliśmy wziąć odpowiedzialność za naród i historię.” – mówił Wagué, do tej pory zastępca szefa wojsk lotniczych. Prezydent Francji Emmanuel Macron wydzwaniał wczoraj do szefów państw sąsiadujących z Mali, sondując ich, czy armia francuska powinna obalić puczystów. Na razie wezwał do mediacji.

Gwałtowne manifestacje w Mali

Mali to jeden z najuboższych krajów afrykańskiego Sahelu, który stał się centrum francuskiej „wojny przeciw terroryzmowi” od 2013 r., tj. przeciw rozprzestrzenieniu się ugrupowań dżihadystów w zachodniej Afryce po rozpadzie Libii spowodowanym przez NATO. Francuzi w 2013 r. zainstalowali tam przychylnego im prezydenta, ale Malijczycy mają go dość. Od paru dni w stolicy Bamako i innych miastach dochodzi do rozruchów pod jednym hasłem: prezydent Ibrahim Boubacar Keïta, zwany w skrócie IBK, „musi odejść”.

W wyglądało to jak powstanie narodowe. Tłum antyprezydenckich manifestantów zaatakował parlament i potem rządową telewizję, która przestała nadawać. Władze mówią tylko o kilku zabitych, lecz prawdopodobnie zginęło dużo więcej ludzi, gdy wojsko otworzyło ogień. W parlamencie i telewizji straty materialne są poważne, ludzi niszczyli wszystko, co się dało. Sytuacja w mieście nie polepszyła się wczoraj. Cywile ustawiają barykady i „punkty kontrolne”, które czasem po prostu okradają pasażerów nadjeżdżających samochodów.
„Pozostaniemy zmobilizowani, gdyż represje wzmagają naszą determinację i będziemy kontynuować protesty aż reżim IBK, prawdziwy rak na ciele Mali, upadnie” – mówił wczoraj Kaou Abdramane Diallo, rzecznik spontanicznej koalicji wyższych duchownych muzułmańskich, osobistości opozycji i „społeczeństwa obywatelskiego”. Koalicja ta wezwała do akcji „nieposłuszeństwa obywatelskiego” wobec władzy IBK, lecz wczoraj służby bezpieczeństwa aresztowały niemal wszystkich jej liderów.
Zaniepokojenie tak wybuchową sytuacją wyrażono już w Waszyngtonie i Paryżu. Destabilizacja Mali może zaszkodzić operacjom francuskiego wojska, które miało tam pozostać 6 miesięcy, a pozostaje na miejscu już 7 lat, budząc wrogość miejscowych. Wojska amerykańskie i francuskie w Sahelu skutecznie pilnują kopalni uranu w Nigrze, ale nie udało im się uniknąć fatalnych konsekwencji rozbicia Libii, szczególnie wzrostu dżihadyzmu w regionie.
Ludzi denerwuje degradacja bezpieczeństwa, marazm gospodarczy, upadek usług publicznych i korupcja władzy. Ok. jednej trzeciej młodzieży to analfabeci, gdyż państwowe szkolnictwo ledwo żyje. IBK zapowiedział stworzenie „rządu jedności narodowej”, ale po aresztowaniu opozycji jego „jedność” stoi pod znakiem zapytania. Odziały francuskie w Mali zostały postawione w stan gotowości, ale na razie nie interweniowały.

Afrykański Adolf Hitler, czyli Sahel i wojna

O europejskich konsekwencjach napadu NATO na Libię w 2011 r. wszyscy chyba słyszeli: rozwój dżihadyzmu w tym kraju rozdartym wojną do dzisiaj i niebywały kryzys migracyjny, który, oprócz kaskady ludzkich dramatów, przyczynił się do kariery politycznej skrajnej prawicy a naszym kontynencie. Ale skuteczne zlikwidowanie państwa libijskiego przez Sojusz Północnoatlantycki przyniosło też tragiczne konsekwencje dla samej Afryki, szczególnie zachodniej. O tym mówi się dużo mniej.

Napis „Precz z polityką francuską w Afryce” z portretem prezydenta Emmanuela Macrona jako Hitlera mógłby świadczyć, że były bankier jest tam znienawidzony bardziej nawet niż we Francji, lecz w krajach Sahelu nie robi się sondaży na ten temat. W każdym razie, na manifestacjach w Bamako, Niamej i Wagadugu od wielu miesięcy można przeczytać na transparentach rzeczy dość szokujące – że Francuzi popełniają „ludobójstwo w Sahelu”, albo że np.„Francja to terroryści” i wszędzie widać to „precz”.
Sahel jako pojęcie geograficzne jest szersze niż jego sens polityczny: konkretnie obejmuje pięć dawnych francuskich kolonii, które w ubiegłym wieku stały się półkoloniami – Mauretanię, Mali, Czad, Niger i Burkina Faso. Nazwy te niewiele Polakowi mówią, ale razem te kraje dają obszar sporo większy od Unii Europejskiej. W niecałe dwa lata po rozbiciu Libii przez NATO (z czołowym udziałem Francji), Paryż był zmuszony wysłać do Sahelu dodatkowe tysiące żołnierzy, bo kryminalny wyczyn NATO (110 tys. zabitych i zniszczenie niemal całej infrastruktury cywilnej) zdestabilizował cały region.
W Libii od razu zaczęła działać na całego Al-Kaida Maghrebu Islamskiego (AKMI), a gdy dżihadyści opróżnili pozbawione ochrony libijskie magazyny broni, zaczęli wraz z nią roznosić swe idee po całej Saharze i na południe od niej. Ale to właśnie francuscy żołnierze, wysłani nagle do „walki z terroryzmem”, są głównym celem nieprzychylnych napisów na transparentach.
Nowy zasięg dżihadu
Kraje Sahelu to czołówka światowego ubóstwa. W zasadzie wszystkie mają różne mineralne bogactwa pod ziemią, lecz nie mają środków, by je wydobywać. W takim Nigrze, gdzie bieda aż piszczy, Francuzi wydobywają w wielkich kopalniach np. uran, którym dzielą się z Amerykanami (pilnują go zresztą armie obu tych mocarstw), ale obywatelom Nigru niewiele to daje, jeśli odliczyć miejscowe władze, zwykle dobrze opłacone. Ale nie chodzi nawet o minerały. Francuska oligarchia jest tak przyzwyczajona do wyzysku Afryki, że traktuje ją jak swój ogródek. Francuski bank centralny kontroluje finanse aż 14 byłych kolonii w regionie – ich waluty zostały podpięte bezpośrednio pod euro, a tak silna waluta w tak ubogich krajach nie daje szans na rozwój.
Ludność Sahelu ciągle korzysta więc z pustynnego przemytu. Arabowie, Tuaregowie i pustynne plemiona nomadów przewożą z portów Maghrebu na drugą stronę Sahary wiele tanich towarów, ale przemycają też broń z Libii i wysyłają do Europy afrykańskich emigrantów oraz południowoamerykańską kokainę lądującą spokojnie w atlantyckich portach Afryki. Natowska likwidacja państwa w Libii była jak rozbicie banku – wzmogła ten przemyt do nigdy nie widzianych rozmiarów i pozwoliła świeżym, mocno uzbrojonym i zorganizowanym dżihadystom z Libii opanować tradycyjne szlaki handlowe na południe.
Właściwie, kiedy w Mali lądowały pierwsze dodatkowe jednostki francuskie, w styczniu 2013 r., na pustynnej północy kraju było tylko kilka obozowisk AKMI, kilka okupowanych przez nią miejscowości, ale im więcej Francuzów przybywało, tym bardziej rosła siła dżihadu. Po dwóch latach powstało Państwo Islamskie Wielkiej Sahary (PIWS), które dziś dzieli swe wpływy w Sahelu z Grupą Poparcia Islamu i Muzułmanów (GPIM), zależną od Al-Kaidy. Pustynna wojna nabrała tempa.
Początek niechęci
Francuska operacja, zwana z początku „Serval” (dziś „Barkhane” – „pustynna wydma”) miała trwać tylko 6 miesięcy.
W 2013 r. Francuzi szybko odbili miasteczka zajęte przez dżihadystów, co przyniosło im szacunek Malijczyków. Ale saharyjska pustynia to gigantyczny obszar, a z Libii ciągle nadchodziła broń i posiłki. Przemytnicze połączenie z Nigerią pozwoliło wzmocnić tamtejszych bojowników dżihadu z Boko Haram, ale przede wszystkim utrzymywało buntowników Sahelu. Francuzi wybrali sobie za sojuszników Tuaregów, saharyjskich przemytników „od zawsze”, dla których nowi przemytnicy-dżihadyści byli niepożądaną konkurencją handlową.
Problem w tym, że Francuzi, odbiwszy miejscowości północnego Mali, zabronili malijskiemu wojsku wrócić na te tereny. Inaczej mówiąc, stanęli po stronie Narodowego Ruchu Wyzwolenia Azawadu (NRWA), złożonego w znacznej części z byłych żołnierzy przywódcy Libii Muammara Kaddafiego. Azawad to nazwa środka Sahary i wymarzonego przez część Tuaregów własnego państwa. Miałoby sie ono znajdować właśnie w północnym Mali, jeśli na mapie przeciąć ten kraj w najwęższym miejscu. Oczywiście czarne, osiadłe ludy malijskie z południa nie chcą oddać pustynnej części swego kraju, tym bardziej, że pod piaskiem północy znajdują się nie eksploatowane złoża ropy. Podejrzewają, że chcą na ich położyć rękę francuskie koncerny, w zmowie z Tuaregami.
Pif-paf
Po siedmiu latach zbrojnej obecności Francuzów, jak i wojsk ONZ, w Mali, Nigrze i Burkina Faso nastroje antyfrancuskie sięgają szczytu. Do tego stopnia, że przypisuje się Francuzom już nie tylko kolonialne nadużycia (nie traktują miejscowych z przesadnym szacunkiem), ale nawet ciche popieranie dżihadystów. W dwóch pozostałych krajach Sahelu – Czadzie i Mauretanii – panuje relatywny spokój, lecz tam jest najmniej wojskowych. Ludzie na ogół nie mogą uwierzyć, że obecne w Mali i Nigrze armie (francuska i amerykańska) nie są w stanie pokonać ubogiego sahelskiego dżihadu, mimo gigantycznej przewagi technologicznej.
Jak wygląda typowa rzeź? Obie organizacje islamskie – PIWS i GPIM – działają identycznie: mianowicie chmara mężczyzn na wiekowych motorowerach, uzbrojona w polibijskie kałasznikowy, podjeżdża pod bazę lokalnego wojska w Nigrze, Mali lub Burkina Faso, wdziera się do środka i otwiera ogień. Do tej pory nie było przypadku, by regularne wojsko wygrało taką bitwę. Niby Francuzi i Amerykanie, którzy nigdy nie padają ofiarą takich ataków, szkolą lokalne armie, ale wojska te są jedynie symboliczne, zupełnie nieoperacyjne, salwujące się zazwyczaj ucieczką, jeśli to możliwe. Jeśli nie, po prostu giną. Zdarza się zresztą nierzadko, że nie mają ani broni, ani amunicji, a ćwiczą się wołając „pif-paf!”: celują w przestrzeń suchymi kijkami.
To przez Putina!
Na 13 stycznia, w siódmą rocznicę wysłania wojsk francuskich do Sahelu, prezydent Macron wezwał prezydentów pięciu państw do pirenejskiej miejscowości Pau, gdyż tam akurat jeździł na nartach. W przeddzień doszło do rutynowego ataku PIWS na bazę wojskową w Nigrze (89 zabitych żołnierzy, koło setki rannych). Ale Macron się zdenerwował, bo doszły doń słuchy, że nawet wśród władz krajów Sahelu rośnie niechęć do jego administracji, co jest przecież niedopuszczalne. Owszem, rządy francuskie są przyzwyczajone, że w ich półkoloniach ludność nie lubi władz popieranych przez Paryż, ale same te władze powinny być grzeczne. Zasugerował z miejsca czarnym prezydentom, że wie skąd się biorą antyfrancuskie nastroje w Sahelu: to przez knucie Putina!
Już w zeszłym roku zaskoczeni Francuzi dostrzegli, że na ich podwórku, w pogrążonej w nędzy Republice Środkowoafrykańskiej pojawili się Rosjanie. Nie, nie żadne wojsko: dyplomaci, doradcy, ekonomiści, którzy zaczęli składać miejscowym podejrzane propozycje rozwojowe. A teraz w stolicy Mali Bamako, w stolicy Nigru Niamej i w Wagadugu (Burkina Faso) na antyfrancuskich manifestacjach pojawiają się transparenty pochwalające współpracę z Rosją. Zdaniem Macrona manifestanci zostali opłaceni przez Rosjan.
I to jest jak najbardziej możliwe, ale grają tu co najmniej jeszcze dwa czynniki: z jednej strony ZSRR zostało zapamiętane jako kraj, który w ubiegłym wieku pomagał w próbach wyzwolenia się z kolonializmu, a z drugiej, Afryce imponuje decydująca rola Rosji w pokonaniu dżihadystów z Syrii, podczas gdy z Amerykanami i Francuzami „zaraza” w Sahelu rośnie, a w piasek wsiąkają potoki krwi.
Podpisać tu!
Macron podejrzewający ukrytą nielojalność „swoich” prezydentów postawił sprawę jasno: każdy ma podpisać oświadczenie, że pragnie obecności francuskiej armii, dodał zresztą, że dośle tam jeszcze trochę żołnierzy. Niektórzy drapali się w głowę, ale oczywiście podpisali. Nazywało się to „Szczyt G-5 Sahel”. Już sama nazwa wydała się wielu Afrykanom kpiną, bo co tu porównywać do G-7, czy G-20… Poza tym młody Macron sztorcował starszych wiekiem, co w Afryce nie uchodzi. Jego postawa właścicielska raczej nie poprawi antyfrancuskich nastrojów. W Pirenejach Macron na głównego wroga wyznaczył Państwo Islamskie Wielkiej Sahary, co przejęło niepokojem lokalnych polityków, gdyż może PIWSowi dostarczyć nowych zwolenników. Na wsiach owi dżihadyści już znajdują sympatię (w końcu atakują tylko wojsko) i zaczynają być nawet postrzegani jako klasyczna partyzantka antykolonialna.
Macron od początku kadencji stara się namówić inne kraje europejskie do wysłania swych żołnierzy do Sahelu strasząc, że tamtejsi islamiści będą robić zamachy w Europie. Ma z tym pewien problem, bo lata mijają a oni akurat nie dokonali żadnego. Ponadto w Europie znana jest już jednak niechęć miejscowych do wszelkich obcych wojsk. Na razie zgodzili się tylko Estończycy: wysłali do pomocy Francuzom 50 żołnierzy, chyba bez przekonania ulegając argumentom, że francuskie samoloty w ramach NATO chronią ich przed Rosją, która wtrąca się do afrykańskich spraw Paryża.
Lewicowy kandydat na przyszłego prezydenta Mali, popularny lekarz Umar Mariko po szczycie w Pau wezwał głośno francuskich żołnierzy do powrotu nad Sekwanę. „Jesteście manipulowani, nie strzeżecie tu pokoju, tylko rozpętujecie wojnę, służycie tylko francuskiemu kapitałowi i nikomu więcej!” Na razie jednak Macron postanowił pozostać we „francuskim Afganistanie”, jak nazywają miejscowi wojnę w Sahelu, z pewnym smutnym fatalizmem.

Katastrofa w Mali

Od początku bieżącego roku do przesiedlenia zmuszonych zostało ponad 200 tys. osób. Powodem wewnętrznych migracji są nieustanne zbrojne walki pomiędzy stroną wspieraną przez dżihadystów i malijską armią oraz grupami etnicznymi, które ją wspierają.

Sytuacja jest katastrofalna. Taki jest jednoznaczny wniosek raportu opartego na danych systemu szybkiego reagowania Unii Europejskiej (Rapid Response Mechanism, RRM), który jest mechanizmem wspierającym organizacje pozarządowe działające na terenach objętych kryzysem.
Do opuszczenia swoich domów zmuszonych zostało blisko ćwierć miliona ludzi, to ponad sześć razy więcej niż w ciągu pierwszej połowy ubiegłego roku. Od stycznia 2019 r. zaś śmierć w trakcie starć poniosło już 600 cywili. Ucierpiało bardzo wiele kobiet i dzieci, ataki zbrojnych grup prasa międzynarodowa określa jako „makabryczne”. W kwietniu br. ówczesny premier Mali Soumeyolu Boubèye Maïga podał swój rząd do dymisji po brutalnej napaści jakiej dokonały milicje sympatyzujące z ludem Dogon, który z kolei jest stronnikiem malijskich władz. W trakcie tej akcji zbrojnej dokonano masakry na 160 cywilach przynależących do innego etnosu – Peuhl, który oskarżany jest o współpracę z radykalnymi islamistami.
Przypomnijmy. Wojna domowa w Mali rozgorzała w 2012 r. i rozpoczęła się od serii konfliktów zbrojnych pomiędzy tamtejszą armią a tuareskimi rebeliantami z Narodowego Ruchu Wyzwolenia Azawadu (MNLA). Organizacja ta szybko została jednak pokonana przez zbrojne grupy dżihadystyczne, z którymi wcześniej walczyła przeciw malijskim władzom. W styczniu 2013 r. do konfliktu włączyła się Francja. Wojska tego kraju przeprowadziły interwencję przeciwko religijnym ekstremistom i wyparały ich z części okupowanych przez nich terytoriów. Wciąż spora część kraju pozostaje jednak pod ich kontrolą.

Puchar Narodów Afryki

W Gizie na tle Sfinksa i piramid przeprowadzono losowanie grup 32. turnieju o Puchar Narodów Afryki, który w dniach 21 czerwca – 19 lipca odbędzie się w Egipcie. Tytułu bronić będzie reprezentacja Kamerunu.

Gospodarze turnieju Egipcjanie, uważani za faworytów imprezy, trafili do grupy A, w której zmierzą się z drużynami DR Konga, Ugandy i Zimbabwe. To jedna z najmocniejszych grup w 32. Pucharze Narodów Afryki, ale „Faraonowie” ze znakomitym Mohamedem Salahem nie przewidują problemów w tej fazie rozgrywek, skoro mierzą w zdobycie najważniejszego piłkarskiego trofeum na kontynencie afrykańskim. Egipcjanie mają na koncie siedem zwycięstw w turniejach PNA, ale po raz ostatni wygrali w 2010 roku. Na swoim terenie już kiedyś zdobyli Puchar Narodów Afryki, jako gospodarz turnieju w 2006 roku.
W innych grupach nie brakuje jednak mocnych zespołów. W grupie D w trudnej sytuacji będzie trener drużyny Maroka Herve Renard, bo jego obecny zespół będzie rywalizował z ekipa Wybrzeża Kości Słoniowej, z którą ten francuski szkoleniowiec w 2015 roku zdobył PNA.

Broniący trofeum zdobytego dwa lata Kamerun zagra w grupie F. Zespół tego kraju, prowadzony obecnie przez znakomitego przed laty holenderskiego piłkarza Clarence Seedorfa, zmierzy się z Ghaną, Beninem i Gwineą-Bissau. Tegoroczny turniej po raz pierwszy zostanie rozegrany z udziałem 24 reprezentacje. Awans do 1/8 wywalczą zdobywcy pierwszych i drugich miejsc oraz cztery zespoły z najlepszym bilansem z trzecich miejsc.

Podział na grupy PNA:
Grupa A: Egipt, DR Konga, Uganda, Zimbabwe; Grupa B: Nigeria, Gwinea, Madagaskar, Burundi; Grupa C: Senegal, Algieria, Kenia, Tanzania; Grupa D: Maroko, WKS, RPA, Namibia; Grupa E: Tunezja, Mali, Mauretania, Angola; Grupa F: Kamerun, Ghana, Benin, Gwinea-Bissau.