Biba, czyli biały mazurek

Lider PO, Donald Tusk, nie musiał długo czekać na odzew ze strony prominentów Platformy na swój „apel płoński”. W odpowiedzi na nawoływanie, żeby politykę traktować poważnie, bo to jest niekończąca się, odpowiedzialna robota, którą należy uprawiać bez fircykowania i bez głupot, najbardziej tłuste platformerskie koty poszły napić się gorzały do Mazurka. Pan Mazurek to uchodzący za wybitnego dziennikarz salonowo-mikrofonowy. Żyje z dialogowania z politykami. Uwielbia robić z nich wała, a oni niczym bita i gwałcona żona i tak do niego lgną. Jak to mówią: źle czy dobrze, byle po nazwisku.

Gdy więc Mazurkowi stuknęła pięćdziesiątka, na jego urodziny pomknęły czołowe nazwiska polskiej polityki: Pan Kosiniak-Kamysz, „tygrysek” z PSL, pan Budka – kapitan sejmowego klubu KO/PO, pan Siemoniak, też zastępca Tuska i pan Sławomir Neumann, grzejący się w stygnącym cieple swej przeszłej sławy. Byli, a jakże, reprezentanci Nowej Lewicy – stary pan Dyduch, kiedyś sekretarz generalny SLD, dzisiaj nikt i pan Kwiatkowski, kiedyś nadzieja lewicy, dziś raczej rentier na etacie posła. W miłej, alkoholowej atmosferze biesiadowali z luminarzami Prawa i Sprawiedliwości: Łukaszem Szumowskim i Markiem Suskim – kumplem carycy Katarzyny, ministrem kultury i sportu Piotrem Glińskim, z lwem Internetu, szefem Kancelarii Premiera Michałem Dworczykiem, z wiceprezesem Narodowego Banku Polskiego Adamem Lipińskim, człowiekiem Kaczyńskiego, z szefem Polskiego Funduszu Rozwoju Pawłem Borysem, człowiekiem Morawieckiego i z Tadeuszem Cymańskim występującym w barwach Solidarnej Polski, czyli człowiekiem Ziobry. Zdjęcia z tej imprezki obiegły prasę i Internet. Nie pozostawiają wątpliwości, że urodziny pana Mazurka przebiegały w sympatycznej atmosferze, goście doskonale czuli się w swoim towarzystwie.

Publiczność była jednak oburzona, gdyż pito w tym samym czasie, kiedy w pustym Sejmie przemawiał szef NIK Marian Banaś. Na wniosek opozycji, która go zignorowała, relacjonował wyniki przeprowadzonych kontroli w instytucjach rządzonych obecnie przez PiS. Miażdżące.

Liderzy PO tłumaczyli się, że formalnie byli już po pracy, albo że mieli inne niecierpiące zwłoki zadania poselskie. Bronili się tak głupio, jak inteligentnym ludziom nie przystoi. Poza tym przecież nie o nieobecność w pracy tu chodzi, ale o wiarygodność w polityce w ogóle.

Jak to możliwe, żeby bez chwili refleksji biesiadować ramię w ramię z człowiekiem, którego publicznie oskarża się o malwersację publicznych pieniędzy? O złodziejstwo po prostu. Widać na zdjęciach, że pan Neumann z panem Szumowskim dobrze się ze sobą czują. Może żartowali z tych głupich oskarżeń o handel maseczkami z instruktorem narciarskim? Pan Neumann z własnego doświadczenia dobrze wie, co to są „głupie oskarżenia”. Albo, co też możliwe, śmiali się obaj z tych dwóch naiwniaków z PO, którzy grozili panu Szumowskiemu, że będzie siedział?… Być może salwy śmiechu panów Budki i Siemoniaka wzbudzały słowa pana Suskiego oskarżającego opozycję o zdradę interesów narodowych, brak patriotyzmu i poddaństwo wobec brukselsko-berlińskich okupantów? A pan Kosiniak-Kamysz? Kto wie, może miał okazję poznać i zrozumieć argumenty, które kierowały panem Glińskim, gdy przyznawał państwowe miliony na wyposażenie rodzimych nacjonalfaszystów, na ich marsze, straże i inne wybryki. Niczego natomiast nie można domyśleć się ze zdjęć reprezentanta Nowej Lewicy, bo albo sikał pod drzewem, albo womitował.

Zdjęcia, które stały się własnością publiczną, rujnują obraz całej klasy politycznej. Oni codziennie wdzierają się w nasze życie, codziennie, w imię jakichś rzekomych ideałów, decydują o naszych losach, pouczają nas patriotycznie i moralnie, żrąc się przy tym między sobą zajadle jak nie przymierzając wiejskie kundle. Nie ma takich oskarżeń, których nie rzuciliby sobie w twarz, nie używają w stosunku do siebie innych słów jak najcięższe zatruwając przy okazji wszystko dookoła nienawiścią, podłością, kłamstwem. Za ich sprawą aż nie chce się tu żyć, nasza codzienność jest psychicznie nie do zniesienia. Tymczasem okazuje się, że to wszystko lipa, że po godzinach idą wspólnie na wódkę.

– To już nie wolno spotkać się prywatnie, porozmawiać na spokojnie, bez kamer, dziwią się uczestnicy tej biby?

Nie, nie wolno, gdyż PiS, to nie jest normalna partia uznająca i szanująca demokratyczne standardy. Nie ma już chyba takiej obelgi, której opozycja by z ich strony nie usłyszała. Zadawać się z nimi, to jak całować się z kobrą.
Tysiące ludzi pokłada w opozycji nadzieję na powrót do normalności, spokoju i ładu. Wierzy, że za sprawą opozycji to będzie kiedyś znów możliwe, że pisowskie państwo kłamstw, obelg i niepohamowanej pazerności kiedyś się skończy. Wspierają więc opozycję jak mogą, demonstrują, pikietują, narażają swoje życie i zdrowie. Co teraz powiedzą panowie Neumann, Budka i Kosiniak-Kamysz tej dziewczynie, którą policjant lał pałą po plecach, albo tej, której złamał rękę? Może wstawili się za nimi do pana Dworczyka?

– Słuchaj „Misza” czy nie sądzisz, że jednak trochę przesadziliście?…
Tusk dobrze wie, jakie konsekwencje pociąga za sobą taka zdrada słów poprzez czyny. Musiał nieźle się wściec słysząc ich głupie tłumaczenia, że „byli po pracy”. Myślę, zresztą, że i pan Kaczyński nie był szczęśliwy, gdy dowiedział się o tej koabitacji „z kanaliami” nad stołem z zakąskami. Elektorat PiS bez problemu zrozumie, że jak jest okazja, to wręcz obowiązkiem każdego prawdziwego Polaka jest napić się, ale żeby z wrogiem śmiertelnym, ze zdrajcami, brukselskimi sprzedawczykami, z niemieckimi sługusami?

Dziś, gdy już burza minęła, cała awantura odchodzi powoli w zapomnienie. Może jakieś konsekwencje własnej głupoty poniosą tylko te trzy tłuste platformerskie koty. Tusk będzie musiał coś z nimi zrobić, bo inaczej sam straci wiarygodność. Ale to nic pewnego, bo i on musi liczyć się z polityczno-personalnymi realiami. Bajdurzy więc, że chyba będzie musiał złagodzić swój gniew, gdyż nawet jego teściowa w specjalnym SMS-ie prosi go o wyrozumiałość dla ludzkiej słabości – w przypadku panów z PO na pewno jednorazowej.

Kosiniak-Kamysz też może spać spokojnie – sam siebie przecież ani nie wyrzuci z PSL, ani nie zawiesi.

Dyduch zaś jest bez znaczenia. Pójdzie co najwyżej do jeszcze głębszego cienia. Takie będą polityczne skutki biby u Mazurka – nic takiego się nie stało…

Czy to znaczy, że nie ma się czym przejmować? Przeciwnie, mamy poważny problem, mianowicie problem wiarygodności w polityce. Z całą ostrością stanęliśmy wobec pytania, czy w Polsce uprawia się ją jeszcze dla dobra publicznego, czy już tylko dla własnego, czy chodzi o budowanie silnego państwa, czy o dobrostan państwa polityków, których partyjna przynależność jest w gruncie rzeczy przypadkowa, wynika wyłącznie z układu sił i nie ma nic wspólnego z ideałami.

Nawet największe bale kiedyś się kończą. Obłuda polityków nie kończy się nigdy.

Dawniej na finał każdego balu tańczono białego mazura. W tym przypadku finału nie będzie. Co najwyżej jakaś jego namiastka, jakiś myk, który pozwoli zapomnieć o kompromitacji. Już zresztą słyszę, że „o co chodzi”, że „ludzka rzecz pogadać”, że „nie ma sprawy” … Teraz czas na rozchodniaczka i białego mazurka. Panie proszą panów!

Krakowski spleen

Zbigniew Ziobro dostał prztyczka w nos od Mariana Banasia. Przy okazji, Marian Banaś pogonił od siebie z podwórka Tadeusza Dziubę, lojalnego, pisowskiego zagończyka, wstawionego do urzędu, kiedy Banaś był jeszcze swój. Dziuba, poznański wiernopoddańczy prezbiter zakonu PC zdradzić Jarosława nie chciał, więc podpadł. Co z tego wyjdzie? Kompletnie nic.

Kiedyś siedziałem w Krakowie, w jednym barze, kojarzonym w okolicy jako knajpa kibiców Cracovii. Czy tak naprawdę było-nie wiem, ale pewnie tak. Ja zaszedłem tam z przypadku, namówiony przez jednego z miejscowych. Tak się akurat złożyło, że w lokalu klientela oglądała wówczas ligową potyczkę…Legii z Wisłą. Najpierw gola strzeliła Wisła, później Legia, później znowu Wisła, później Legia. I gdy tak obydwie drużyny namiętnie się ostrzeliwały, jeden z lokalsów, kibic Pasów, nie wytrzymał i zakrzyknął: „Kurwa kurwie łba nie urwie”, po czym kilkadziesiąt gardeł buchnęło gromkim śmiechem, nagradzając celną pointę kolegi kolejką na koszt baru. Kiedy dziś oglądałem w telewizji, siedząc z dala od Krakowa, ów nowy, krakowski personalny pojedynek Banaś versus Ziobro, przypomniała mi się sytuacja z knajpy kibiców Cracovii. I jej finał, który, wypisz wymaluj, pasuje do tego, com dziś obejrzał.

Zarzuty Banasia dla Ziobry są megapoważne; Zbigniew Zero uczynił sobie z Funduszu Sprawiedliwości maszynkę do nagradzania swoich publicznym groszem nie wiadomo za co. Taki swoisty fundusz reprezentacyjny, niby nie ten, jaki miał być, ale jednak fundusz. Banaś jest zawzięty, żeby Ziobrę zatopić. Ziobro liczy, że Kaczyński nie da mu zrobić krzywdy, bo musi wiedzieć, że jak popłynie on, to nic już Banasia nie powstrzyma. Nawet Morawiecki będzie grał na niego, bo kto mu uratuje jego Nowy Ład i przytnie ambicje Gowina, jeśli nie Zero. Banaś bowiem dostał czarną polewkę od Kaczyńskiego na zawsze; czego by nie uczynił, nie da się więcej prezesowi polubić, za taką potwarz, jaką mu zgotował. Chciał tego czy nie, jest na pisowskiej strzelnicy wrogiem numer jeden, z którym Kaczyński nikomu nie pozwoli paktować. Banaś to doskonale wie. Dlatego bije mocno, jak umie, bo walczy o swoje i rodziny być albo nie być. W sukurs przychodzą mu politycy opozycji, choćby jego poprzednik na stanowisku prezesa NIK, Krzysztof Kwiatkowski, który publicznie mówi to, o czym wszyscy wiedzą; że zarzuty dla banasiowego syna są politycznie motywowane, bo koincydencja czasowa zatrzymania Jakuba B. i wniosek o do Sejmu o uchylenie immunitetu staremu Banasiowi są cokolwiek podejrzane. Naturalnie, stary Banaś nie pokazał jeszcze na tyle mocnych kwitów, żeby mógł na Platformie albo na Lewicy liczyć na przychylność i puszczenie w niepamięć swoich interesów z willami i pokojami na godziny, ale polska polityka kryje w trzewiach olbrzymie pokłady miłosierdzia. Na razie zatem Banaś stary jest w czyśćcu, choć kto wie, może już niebawem, jako ten, który zrozumiał swój błąd, zostanie przez opozycję rozgrzeszony, jeśli z jeszcze większą gorliwością będzie robił to, co się robi z PiS-em za pomocą ośmiu gwiazdek.

Kiedy na to wszystko parzę, to zbiera mnie jednak na mdłości, bo dla mnie sprawa krakowskiej pyskówki Banaś-Ziobro jest prosta i klarowna, jak onegdaj mecz w pubie Cracovii; czy biją Banasia, czy Ziobrę, to cały czas pojedynek do jednej i tej samej pisowskiej bramki. Kto by tu nie wygrał albo nie przegrał, niczego nie zmieni w ligowej szarzyźnie, bo tabela i tak jest już dawno ustawiona. Jedyne czego szkoda, to boiska, bo zniszczą je patałachy, stratują, a później wystawią nam wszystkim, kibicom, rachunek. Czy to się nam podoba, czy nie. Niezależnie od tego, komu byśmy kibicowali. Nie wiem zatem jak Państwo, ale ja wracam przed telewizor, oglądać zmagania w Tokio. Szkoda mi czasu na to żenujące widowisko z jeszcze bardziej żenującymi graczami. I Państwu też to odradzam.

Suweren kontra sutener

PiS z lubością powołuje się na to, że sprawuje rządy z woli suwerena, który zadecydował o tym, że to pan Kaczyński wraz z jego ekipą wygrał wybory. Jednakże – jak zauważa szewc Fabisiak –jest to suweren mocno kulawy, jako że tylko jego mniejsza cześć uprawniona do głosowania poparła tych co teraz rządzą.

Przedstawiciele władzy niejednokrotnie podkreślali, że ów głosujący na nich suweren dał spółce Kaczyński&company niejako pośrednio przyzwolenie na poczynania obozu rządzącego. A obóz ten, będący emanacją swarliwej mentalności jego przywódcy, uwielbia konflikty, które sam częstokroć wywołuje bądź prowokuje. Ostatnio taki konflikt ma miejsce pomiędzy ośrodkiem władzy a prezesem NIK, który z tegoż ośrodka został wyprowadzony.

Szewc Fabisiak widzi tu nie tylko, jak to postrzegają niektórzy komentatorzy, walkę gangów, lecz także konfrontację suwerena z jakby nie było sutenerem. Szewc Fabisiak nie twierdzi bynajmniej, że nazwanie kogoś sutenerem ma wydźwięk obraźliwy czy nawet krytyczny a jeżeli kogoś to ubodło, to może go profilaktycznie przeprosić. Sutenerstwo bowiem to profesja jak każdy inny zawód wykonywany w sferze usług. Sutener jest takim samym pośrednikiem jak choćby firma kurierska będąca pośrednikiem pomiędzy nadawcą przesyłki a jej odbiorcą. I pobiera za to stosowne opłaty. Jeszcze bardziej do sutenerstwa zbliżona jest branża hotelowa, która podobnie jak Banaś użycza swoich pomieszczeń również dla uprawiania rozrywek w celach raczej nieprorekreacyjnych, a ewentualna prokreacja może być tu jedynie efektem ubocznym. Różnica jest taka, że hotel wynajmuje pokoje na dobę a Banaś tylko na godziny i przez to jest tańszy. I nie musi, wzorem tanich linii lotniczych, oferować posiłków.

Należy też nadmienić, iż cała działalność burdelowa jest w Polsce w zasadzie legalna tyle, że pod pruderyjnym płaszczykiem ukryta jest nazwa agencji towarzyskiej zamiast nazwania tego po imieniu: po prostu zwykły burdel. Warto też zauważyć, że cały ten proceder odbywa się na zasadzie dobrowolności. Faceci sami chcą się bzykać z kobietami a te na ogół nie są do tego przymuszane. Bo i po co, skoro można na tym zarobić. A że przy okazji komuś wpadnie kasa za pośrednictwo to jest to normalna procedura akceptowana przez obydwie strony. Jest też w tym pewien aspekt humanitarny. Zamiast gzić się w krzakach ryzykując ulewę czy gromy z ciemnego nieba czy też na klatce schodowej narażając się na nieoczekiwane spotkanie z plotkarską sąsiadką lub nie daj boże z żoną czy mężem lepiej i bezpieczniej jest uprawiać seks w kulturalnych warunkach o czym powinno się wykładać w szkołach w ramach edukacji seksualnej.

Szewc Fabisiak oczywiście dostrzega, że pewne panie decydują się na uprawianie prostytucji z chęci wyrwania się ze stanu ubóstwa a niektóre nawet w tym celu wojażują zagranicę. Jednak mimo wszystko jest to ich świadomy wybór. Wyjątek stanowi stosowanie przez gangi przymusu wobec kobiet a także zmuszanie do prostytucji nieletnich. Są to jednak przestępstwa kryminalne stanowiące pewien procent całości, podobnie jak tylko niewielki odsetek sędziów kradnie drukarki.

Biorąc powyższe po uwagę, szewc Fabisiak jest zdania, że pan Banaś zamiast opowiadać mało wiarygodne dyrdymały o wynajmowaniu pokojów dla utrudzonych podróżnych pragnących sobie odsapnąć przed wsiąściem do pociągu powinien był otwarcie powiedzieć o swoim sutenerstwie, które w końcu nie jest żadną przywarą tylko zwyczajną komercją będącą nieodłączną cechą gospodarki rynkowej. Oświadczając to Banaś wprawdzie nie zyskałby sobie przez to aplauzu zarówno wśród świętoszkowatej rządzącej prawicy, o kościelnej hierarchii nie wspominając, ani pruderyjnej opozycji, co praktycznie i tak nie miałoby żadnego znaczenia, bowiem i tu i tam ma już przechlapane.

Skoro już jesteśmy przy temacie sutenerstwa, to warto zwrócić uwagę na to jak ta sprawa wygląda za wschodnią granicą. Kiedy w czasach ZSRR nocowało się w hotelach, to na każdym piętrze urzędowała czujna etażnaja, której zadaniem było niewpuszczanie prostytutek do hotelowych pokoi. Oczywiście do momentu, kiedy nie dostała w łapę. Co poniektórym udawało się brać podwójnie – i od klientów i od panienek. Kiedy szewc Fabisiak znalazł się w hotelu już w niepodległej a jakże Ukrainie, to zauważył zjawisko odwrotne. Teraz to etażnyje dostawały kasę od prostytutek nie tyle za możliwość wejścia do hotelu co za obcowanie z klientem, którego im etażnaja naraiła. Tym samym etażnyje z przekupnych strażniczek moralności stały się normalnymi sutenerkami biorąc kasę już nie za moralność, lecz za komercję. Czy w jednak tym celu trzeba było rozwalać Związek Radziecki? – pyta szewc Fabisiak.

Co może mieć piernik do wiatraka?

Dwa tygodnie temu szewc Fabisiak cytował oświadczenie ministra Kurtyki jakoby pomiędzy Polską a Czechami uzgodniono powołanie grup roboczych w celu monitorowanie rozwoju sytuacji wokół kopalni Turów. Wypowiedź ta jest niespójna z tym co przed paroma dniami mówił wicepremier Sasin. Mianowicie to, że polski rząd do powołania takiego zespołu dopiero się przygotowuje.

Wygląda na to, że minister od klimatu i środowiska wzorem premiera Morawieckiego puścił uspokajającego fake newsa. I dopiero prawdomówny tym razem wicepremier wyłuszczył jak w istocie sprawy stoją a właściwie leżą. Po raz kolejny okazało się, że Czechów nie uda się wziąć na przeczekanie. Wnerwieni lekceważącą opieszałością ze strony polskiej zażyczyli sobie aby płaciła im karę w wysokości 5 mln euro dziennie. I dopiero ta perspektywa prawdopodobnie unaoczniła polskiemu rządowi, że jednak należy południowych sąsiadów traktować poważnie i dała impuls do próby podjęcia jakichkolwiek działań. Zanim jednak ów zapowiadany zespół się ukonstytuuje i przystąpi do rozmów ze stroną czeską będzie stukał licznik aż do momentu gdy Polska wreszcie zapłaci zubożając skarb państwa o miliony złotych. Tym jednak – uważa szewc Fabisiak – decydenci chyba niezbyt się przejmują. Skoro można było bezkarnie zmarnować mamonę na niedoszłe wybory, to czemuż by nie utopić kolejnych milionów. I żaden Banaś nam tu nie podskoczy – zauważa szewc Fabisiak. 

Kłopot z kopalnią Turów, choć jest to temat aktualnie nośny i budzący zrozumiałe emocje, nie jest jedynym problemem związanym z górnictwem węglowym a tym samym z przyszłością polskiej energetyki. Szewc Fabisiak nie należy do tych, którzy mają ekologicznego fisia na punkcie szkodliwości węgla. Uważa zatem, że należy go wykopywać póki jeszcze jest. Aż do momentu, gdy jego wydobycie okaże się na tyle kosztowne, że dużo tańsze będzie kupowanie go zagranicą co zresztą już powoli następuje. Natomiast pozostawianie pod ziemią energotwórczego surowca to zwykłe marnotrawstwo. W związku z tym należy odstawić na bocznicę dysputy na temat ewentualnych dat tzw. wygaszania kopalni. Tego typu myślenie jest – zdaniem szewca Fabisiaka – karykaturą gospodarki planowej.

Najczęstszym argumentem wysuwanym przeciwko węglowi jest to. że jego spalanie zanieczyszcza powietrze. Jest to fakt, jednak przy okazji warto zwrócić uwagę na to, że zadymiają nas również efekty spalania benzyny. I to chyba w większym stopniu, jako że kłęby dymu ze spalonego węgla wędrują sobie w grę i rozpływają się gdzieś w okołoziemskiej atmosferze, natomiast spaliny wdychamy bezpośrednio poruszając się po ulicach. Mimo to żaden z odłamów ruchu ekologicznego nie postuluje zaprzestania wydobycia ropy naftowej, której produkty emitują jeszcze bardziej szkodliwe niż węglowe wydzieliny. Czy dlatego, że lobby naftowe, zarówno prywatne jak i państwowe, jest na tyle silne i wpływowe, że podskakiwanie im nie odniosłoby żadnego efektu? Czy może tylko dlatego, że ekologistom brakuje wyobraźni i koncentrują się na szkodliwości węgla pomijając problemy związane z ropą naftową czy też zanieczyszczaniem akwenów wodnych? – zastanawia się szewc Fabisiak. 

Zamiast węgla  lansuje się odnawialne źródła energii. Są one co prawda ekologicznie czystsze, to jednak dużo mniej wydajne. Przede wszystkim są uzależnione od klimatycznych uwarunkowań na które nie mamy wpływu. Zostawmy węgiel, niech sobie gnije pod ziemią i zacznijmy używać wiatraków. I w tym momencie – jak zauważa szewc Fabisiak –  traci na aktualności znane porzekadło: co ma piernik do wiatraka. Otóż zasilane wiatraczną energią elektrownie będą wytwarzać prąd, który następnie zostanie wykorzystany przez zakłady cukiernicze do produkowania pierników. Z kolei kiedy wiatry będą wiały, to co prawda na zewnątrz będzie zimno ale za to w domu ciut cieplej zanim wiatr nie przestanie wiać. Dobra jest też energia słoneczna. Zwłaszcza zimą, kiedy słońce świeci krótko a kiedy jest zachmurzenie to już kicha. Można też budować elektrownie atomowe, które będą działać tak długo aż nie wybuchną.      Pozostaje jeszcze gaz z którym jednak możemy mieć kłopot. Obrażona na rosyjski gazociąg Nord Stream 2 i nie lubiąca Rosji jako takiej dumna Polska ma zamiar zrezygnować z dostaw rosyjskiego gazu. W zamian umyśliła sobie gazoport mający podobno przywozić nam gaz z Kataru. Podobno, gdyż o tych katarskich transportach jakoś ostatnio cicho – zwraca uwagę szewc Fabisiak. Ubytek gazu rosyjskiego ma rekompensować przypływający do tegoż gazoportu amerykański gaz skroplony. Będzie on prawdopodobnie droższy od tego z Rosji a jego dostarczane nam ilości raczej nie pokryją naszego zapotrzebowania. A właściwie nie raczej a na pewno – wprowadza korektę szewc Fabisiak – skoro przymierzamy się do budowy przewodów do przesyłania gazu z Morza Północnego za pośrednictwem tzw. Baltic Pipe. Tu jednak pojawia się problem, gdyż część tego gazociągu miałaby przebiegać na terytorium Danii. A ta nie wyraża na to zgody wyżej sobie ceniąc egzystencję zamieszkałych na tych terenach myszy i nietoperzy. W efekcie może dojść do tego, że będziemy zmuszeni kupować od Niemców gaz dostarczany tam politycznie groźną rurą Nord Stream 2 i zarobi na tym jakiś pośrednik. Polskie władze to jednak mają łeb do interesów – dochodzi do wniosku szewc Fabisiak również na podstawie afery związanej z kopalnią Turów.

Borelioza polityczna

– Gowin musi sobie zdawać sprawę, że nie może grać w grę przegraną bez końca. Jarosław Kaczyński mu nie wybaczy, że po raz kolejny gowinowcy go zawodzą. Są najprawdopodobniej spisani na straty – mówi dr Mirosław Oczkoś, ekspert w zakresie marketingu politycznego, wykładowca Szkoły Głównej Handlowej, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Porozumienie Gowina zgłasza kandydata na RPO, ten nie dostaje poparcia od rządzącej większości, więc się wycofuje. PiS zgłasza senator niezależną Lidię Staroń, chwilę później cała opozycja proponuje na RPO profesora UW Marcina Wiącka, pod którego kandydaturą podpisuje się Jarosław Gowin, kilku posłów Porozumienia i poseł PiS Girzyński. O co tu chodzi?

MIROSŁAW OCZKOŚ: Trwa rozgrywka w tzw. Zjednoczonej Prawicy. Na pewno główne ugrupowanie, czyli PiS, gra na to, aby nie wybrać RPO, ponieważ po 15 lipca będzie wówczas mogło wprowadzić komisarza. Wówczas ostatni niezależny urząd stanie się podległy, „na rozkaz”. Łatwiej steruje się kimś, kto pełni obowiązki, bo w razie czego następnego dnia już może nie pełnić obowiązków. Tak jak pan Kaczyński zapowiedział premierowi Morawieckiemu, że ten jest premierem, bo on tak chce.
Zresztą to ciekawe, bo wicepremier Kaczyński ostatnimi czasy albo stracił czujność, albo gra jakąś grę, bo ujawnia wprost mnóstwo rzeczy.

Jakich?

Chociażby to, że to on nakazał wybory kopertowe, mimo że akurat wtedy nie miał żadnych kompetencji prawnych jako szef partii. Ujawnianie takich informacji wizerunkowo jest bez sensu, bo i tak wszyscy wiemy, że rządzi w kraju prezes z Nowogrodzkiej. Zatem widocznie ta informacja była skierowana do kogoś innego. Może do koalicjantów?

Co do RPO, to dziwię się pani senator Staroń, że ta pozwala się tak traktować. To, że pan marszałek Terlecki potrafi rozmawiać z dziennikarzami plecami, już wiemy, ale to opowiadanie, że pani Staroń „bardzo chce” i dlatego jest kandydatem na RPO, jest niegrzeczne.
Jest realna szansa, że pan prof. Marcin Wiącek zostanie RPO głosami całej opozycji i Gowina. Wiele zależeć będzie od posłów Konfederacji. I co wtedy?
Owszem, bo tam jest jeszcze pudełko w pudełku. To dość pokrętna zagrywka PSL, który najprawdopodobniej w zamyśle chce uwiarygodnić przejście pana Gowina na wybory. Kancelaria pana prof. Wiącka czynnie brała udział czynnościach cywilno-prawnych pana Gowina, jak głosi plotka dziennikarska, zatem trudno, żeby go w tej sytuacji nie poparł. Być może pani Lidia Staroń dlatego została zgłoszona przez PiS jako kandydatka na RPO, żeby łatwo było ja utrącić, bo pani senator nie jest prawnikiem.
Pan Bodnar pokazał, że prawnicze wykształcenie jest niezbędne na tym stanowisku. Wówczas kandydat PSL byłby dodatkowym pstryczkiem w nos.
Konstytucja wymaga, aby wyróżniał się wiedzą prawniczą.

Ale kto się dziś przejmuje z kręgów władzy wymogami konstytucyjnymi? To myślenie wsteczne, archaiczne. To, co zrobiło PiS z prawem, konstytucją w Polsce, to ewenement w demokratycznych krajach.

Nie o to chodzi, jaki jest zapis w konstytucji, tylko jak można to prawo lekceważyć. Podam przykłady i to niezwiązane bezpośrednio z PiS: sędzia Nawacki, który podarł uchwałę kilka miesięcy temu, teraz przewodniczący związku „Solidarność” pan Duda drze postanowienie TSUE. To świadczy o bagnie moralnym, w jakim się znaleźliśmy.

Wracając do RPO, oczywiście jest szansa, że zostanie wybrany na ten urząd pan prof. Wiącek, ale opozycja musiałaby się wznieść naprawdę na wyżyny dyplomacji. Już po przegranym w Senacie głosowaniu pani Żukowska nie powstrzymała się i wbiła szpilkę, zatem ten obrazek, który dziś widzieliśmy, że wszyscy z opozycji razem przed dziennikarzami może nie być tak trwały w tej kwestii.

Nie będzie to może determinanta, ale to jest ważne. Gdybyśmy wyobrazili sobie, że opozycja próbuje cały czas wjechać na autostradę, to wybór kandydata opozycji na RPO byłby niczym szerokie otworzenie bramek na autostradzie.

Jednocześnie Gowin musi sobie zdawać sprawę, że nie może grać w grę przegraną bez końca. Jarosław Kaczyński mu nie wybaczy, że po raz kolejny gowinowcy go zawodzą i są najprawdopodobniej spisani na straty i mogą zapomnieć o listach wyborczych.

Prezes NIK kieruje do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez premiera. Czy to powód do dymisji?

W każdym normalnym demokratycznym kraju nastąpiłaby minimum dymisja premiera i ministrów wymienionych przez NIK. Niestety to, co się dzieje, świadczy o głębokiej patologii naszego systemu i sprowadzeniu nas na kurs dryfujący.

Rozumiem, że według jednej z teorii jak jest chaos, to się lepiej zarządza, bo nie wiadomo za co kto odpowiada. Obrazowo można by powiedzieć, że zostaliśmy napadnięci przez wikingów, którzy łupią, gwałcą i grabią i zamierzają odpłynąć na statkach dalej. To, co się dzieje, jest naprawdę niespotykane, tym bardziej, że prezes NIK został wybrany głosami i oklaskami przez układ tzw. Zjednoczonej Prawicy.

Nie mam złudzeń zresztą, że prokuratura zajmie się tą sprawą, chyba że będzie taka potrzeba na górze. Na razie Zbigniew Ziobro może usiąść z popcornem i patrzeć, kto kogo jeszcze czym zażyje, bo sam nie podlega żadnym uderzeniom, a haki wyciąga minister Kamiński, broni się Marian Banaś, a to wszystko trafia na łaskę i niełaskę ministra sprawiedliwości. Zbigniew Ziobro zaczyna dzięki temu wyrastać na lidera prawicy, tylko że to polityk z gorąca głową, pytanie, czy ma kogoś przy sobie, kto mu tę gorączkę ostudzi, choć nie łudźmy się, bo jesteśmy w głębokiej chorobie struktur państwa, demokracji.

Czy Polski Ład pozwoli wrócić PiS do 40 proc. poparcia?

Wydaje mi się, że już tyle się wydarzyło, że za bardzo nikt się na tym nie koncentruje.

Najważniejszą kwestią jest w nim oczywiście rozdawnictwo pieniędzy, czyli czternastki, kolejne warianty 500 plus itd. To będzie potrzebne na wybory i być może PiS będzie musiał je przyspieszyć, aby niewdzięcznicy nie zdążyli zapomnieć. Jednak do tego trzeba dołożyć Brukselę, która ma obiekcje co do polskiego planu, zatem może się okazać, że to będzie dużo mniejsza karta przetargowa niż wydawało się prawicy na początku.

Wchodzą też w grę inne nowe czynniki, jak ostatnio kopalnia Turów, gdzie elektorat PiS-u, który dostaje bardzo mocno propagandowy komunikat, że to wszystko przez Brukselę i Czechów, dostrzeże, że to jednak wina niekompetencji rządu. W końcu ta bańka musi pęknąć, bo nie da się rządzić tylko i wyłącznie propagandą. Nawet ci, co mówią, że komunizm trwał 45 lat na propagandzie właśnie, muszą mieć świadomość, że stały też wojska Armii Czerwonej w pobliżu.

Z drugiej strony muszę dodać, że może ten pogląd cechuje pewna naiwność, bo pamiętam, że wielu uważało, że Trybunału Konstytucyjnego nie da się przejąć, a się dało, SN będzie ostoją, a okazało się inaczej, KRS przejąć też się dało, zorganizować wybory prezydenckie wolne, ale nie równe, również.

Obym się jednak mylił, choć wydaje się, że Polacy są jednak w jakimś otępieniu. Ten rząd sobie nie razi na każdym polu, a my jesteśmy w jakiejś chorobie, coś jak borelioza polityczna.

Kopertą w Morawieckiego

Zapowiadana szumnie konferencja prezesa NIK, Mariana Banasia, nie rozczarowała widzów. Padło wiele gromkich słów, mają być złożone doniesienia do prokuratury.

Banaś uderzył PiS w najbardziej czułe miejsca: finanse i łamanie prawa. Kontrola objęła KPRM, MSWiA, Pocztę Polską oraz Polską Wytwórnię Papierów Wartościowych. Te dwie ostatnie instytucje, a raczej ich zarządy, w opinii kontrolerów NIK, mogły dopuścić się popełnienia przestępstwa. W związku z czym NIK złożył do prokuratury doniesienia w tej sprawie.

Bezprawne polecenia

Poza tym Banaś wskazał, że premier wydawał polecenia Poczcie Polskiej i PWPW „bez podstaw prawnych”. Banaś poinformował, o czym od dawna informowali prawnicy, że jedyna instytucją, uprawniona do organizowania wyborów w jakiejkolwiek formie, jest Państwowa Komisja Wyborcza. Zaś decyzje administracyjne w tym wypadku nie powinny w ogóle mieć zastosowania i było niezgodne z prawem.

Kontrolerzy NIK wykazali, że część działań była prowadzona bez niezbędnych umów i porozumień. Naruszono zasady ochrony danych osobowych. Skutkiem takich działań były wymierne straty finansowe instytucji państwowych liczone w milionach złotych.

Wyniki kontroli, podane na konferencji, wiele straciłyby ze swego powabu, gdyby Marian Banaś nie mówił o swoich sprawach prywatnych.

Odniósł się do aktywności służb w siedzibie NIK po rzekomym komunikacie o podłożonej bombie. Wspomniał też o interwencji policji w związku z mailami, że syn prezesa NIK miałby chcieć popełnić samobójstwo. Doniesienia okazały się fałszywe.

Szybka reakcja

Rząd natychmiast zareagował na konferencje Mariana Banasia. Centrum Informacyjne Rządu oznajmiło, że „wszystkie decyzje o rozpoczęciu technicznych przygotowań do głosowania korespondencyjnego w wyborach prezydenckich były zgodne z prawem; premier i szef KPRM stali na straży Konstytucji”.

Powołano się na „wiele ekspertyz prawnych” (jakich? czyich?), a także fakt, iż rząd „ma obowiązek” stworzenia warunków do przeprowadzenia wyborów w przewidzianym terminie.

A premier nie „zarządził” a „nakazał” Poczcie Polskiej i PWPW rozpoczęcie przygotowań.

Wyniki kontroli NIK byłyby w każdym państwie sensacją. Jednak w polskim przypadku nie da się traktować ich inaczej jak tylko kolejnego przejawu brudnej walki politycznej w łonie rządzącej grupy.

Zapowiedź kryzysu władzy

Wydarzenia ostatnich kilku tygodni ponownie pokazują, jak niepewna jest polityczna przyszłość i jak bardzo należy się liczyć z nieoczekiwanymi wydarzeniami.

Po październikowych wyborach (poprzedzonych wygranymi przez PiS majowymi wyborami do Parlamentu Europejskiego) wielu komentatorów wyrażało pogląd, że zmierzający do autorytaryzmu obóz władzy umocnił swą pozycję i ma przed sobą wiele lat panowania. W środowiskach opozycyjnych pesymistycznie zapatrywano się na wynik wyborów prezydenckich, a sprzyjająca opozycji prasa najchętniej rozpisywała się na temat – skądinąd dość oczywistych – błędów Grzegorza Schetyny i innych przywódców opozycji demokratycznej. Natomiast w obozie rządzącym widać było triumfalizm, wzmacniany poczuciem, że kolejne zwycięstwo jest w zasięgu ręki. To już przeszłość.

Banaś pogrąży Dudę?

Niedawno (w „Gazecie Wyborczej” z 19 grudnia) ukazał się wywiad jednego z najlepszych specjalistów badających zachowania polityczne społeczeństwa polskiego, prof. Jacka Raciborskiego, który przewiduje przegraną prezydenta Dudy w przyszłorocznych wyborach. To ciekawy sygnał. Po stronie opozycji zanika (moim zdaniem, zbyt powolnie) nastrój pesymizmu i rodzi się wola walki. Walki o zwycięstwo, o lepszą dla Polski politykę.

Dzieje się tak nie w wyniku jakiegoś spektakularnego wzmocnienia opozycji, lecz w konsekwencji wydarzeń wstrząsających obozem władzy. To, co dzieje się w ostatnich miesiącach kończącego się roku, z pozoru wydaje się serią zdumiewających błędów, ale w istocie jest zapowiedzią zbliżającego się (lub już kiełkującego) kryzysu politycznego.

.Najpierw wybuchła sprawa Mariana Banasia. Z pozoru jest ona całkowicie niewytłumaczalna. Jak bowiem mogła się zdarzyć tak wielka kompromitacja służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa, w wyniku którego na jedno z najważniejszych stanowisk w państwie wybrany został człowiek obciążony bardzo poważnymi zarzutami prawnymi? Jeśli byłby to skutek zaniedbania, powinny już dawno nastąpić dymisje – i to na najwyższym, ministerialnym szczeblu. Brak tych dymisji sugeruje, że służby wywiązały się ze swych obowiązków, ale że w ośrodku kierowniczym zapadła decyzja, by mimo wszystko Banasia awansować. Czy nie dlatego, że wygodnie jest mieć na każdego „haki” pozwalające go trzymać w ryzach?

Kto stoi za Banasiem?

W tym rozumowaniu jest jednak jeden punkt niejasny. Czy ujawnienie skandalicznych działań Banasia było możliwe tylko dzięki talentowi dziennikarza? Czy nie podsunięto mu (nawet bez jego wiedzy) informacji, które mieli w ręku polityczni rywale obecnego szefa, a jeszcze bardziej premiera? Wiele na to wskazuje, zwłaszcza, że – jak w dobrej powieści kryminalnej – jest ktoś, kto ma zarówno motyw, jak i możliwości takiego działania. Jest to ambitny i poróżniony z premierem minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro.

Jeszcze nie opadł kurz po aferze Banasia, gdy „grupa posłów”, za którą w sposób oczywisty stoi Ministerstwo Sprawiedliwości, zgłosiła projekt ustawy drastycznie ograniczającej samodzielność sędziów i narażającej Polskę na nowy konflikt z Unią Europejską. Projekt ten w ekspresowym tempie przeszedł przez Sejm, ale jego dalsze losy nie są pewne. Pewne natomiast jest, że stawia on prezydenta Dudę w bardzo trudnej sytuacji. Jeśli ustawa ta zostanie uchwalona (co nie jest tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać po głosowaniu sejmowym), prezydent stanie przed bardzo trudną decyzją. Podpisanie tej ustawy do szczętu zniszczy szanse na uzyskanie przez Dudę poparcia wśród umiarkowanych wyborców prawicy – jej zawetowanie skutkować będzie odwetem radykałów.

Mamy więc do czynienia z kolejnymi wielkim błędem politycznym. Czy jednak jest to błąd, czy raczej na zimno zaplanowany ruch o dalekosiężnych konsekwencjach?

Prawica to nie monolit

Racjonalne wytłumaczenie obu tych spraw sugeruje, że w obozie rządzącym uformowała się frakcja, która już dziś stawia nie na sukces w najbliższej przyszłości, lecz na przegrupowanie polityczne wynikające z przegrania wyborów prezydenckich i z kryzysu obecnego kierownictwa obozu rządzącego. To w jej interesie byłoby tworzenie sytuacji doraźnie osłabiającej obóz rządzący, ale zarazem powodującej jego wyraźniejszą radykalizację. Polaryzacja bowiem – i tylko ona – może dać radykałom przywództwo w czasach, które przyjdą po przegranych wyborach i po odejściu od władzy Jarosława Kaczyńskiego. Frakcja ta podniosła głowę w sytuacji, w której Jarosław Kaczyński ze względu na stan zdrowia nie mógł tak skutecznie, jak dawniej, kontrolować sytuacji w jego obozie.
Kryzysy formacji rządzących najczęściej zaczynają się od fermentu wewnętrznego. Prawo i Sprawiedliwość przez wiele lat było bardzo zwartą formacja, której trzonem był „zakon” najwierniejszych. To już przeszłość. Rządzenie rodzi konflikty interesów i potęguje osobiste ambicje. Kiedyś obserwowaliśmy to w SLD, potem w PO. Dlaczego los miałby pod tym względem być dla PiS łagodniejszy?
Rok 2019 kończy się dla rządzących marnie. To jeszcze nie kryzys, ale już zwiastun nadchodzących problemów. A więc: szczęśliwego nowego roku!

Betonowy Marian

Betonowy Marian, którego nawet molibdenowy Mateusz nie tyka, akrobatyczny Daniel nie zwiedzie, a tytanowy Janusz odbija się od niego jak od arabskiej gumy, wywiódł wszystkich w pole. I ja mu w związku z tym bardzo kibicuję. Pokazał, że można postawić się naczelnikowi.

Betonowy Marian to, ma się rozumieć, prezes NIK. Wybrali go posłowie PiS i posłowie PiS namawiali do odejścia. Tylko namawiali, bo zmusić do złożenia urzędu już nie mogli. A pan Marian pokazał im klasycznego „Kozakiewicza”.

Pół Krakowa i ćwierć Mokotowa wiedziało, że pan Marian ma elegancki hotelik na godziny. Tylko rząd nie wiedział, choć do dowiadywania się ma służby specjalne. Ale nawet te służby nie ustrzegły rządu i Marian Banaś, zupełnie lege artis, prezesem NIK-u został. Ale jak nie można Mariana kijem, to może pałką.

PiS próbuje w tym momencie uprawdopodobnić w mediach rządowych dyskurs, jakoby jedynym wyjściem z tego potrzasku jest zmiana konstytucji. No bo to przecież taka prosta i oczywista sprawa, że można sobie zmienić konstytucję jak się chce i kiedy się chce. To tak, jakby w meczu Polska-Hiszpania, na najbliższym Euro, kiedy przegrywalibyśmy trzema bramkami, na boisko wkroczyć miał szef PZPN – i oświadczyć, że bardzo przeprasza polskich kibiców, ale zaraz po pierwszym golu zwrócił się do prezesa hiszpańskiej federacji, aby wspólnie zaapelować do FIFA o zmianę przepisów, w myśl których w spotkaniu międzypaństwowym w drużynie wyżej rozstawionej nie mógł grać bramkarz oraz napastnik, ale, nie wiedzieć czemu, Hiszpanie się nie zgodzili.
W związku z niesubordynacją pana Mariana, rząd wysyła przeciw niemu ABW, która ma zablokować mu na czas kontroli dostęp do informacji niejawnych. Innymi słowy, stara się rząd za pomocą dostępnego mu aparatu represji, maksymalnie utrudnić Banasiowi życie oraz wykonywanie obowiązków. To, że chcą mu napsuć krwi specjalnie mnie nie dziwi, bo nikt pod karabinem nie trzymał, kiedy pan Marian godził się objąć tekę prezesa NIK-u , a wcześniej ministra finansów. Gorzej, że robi to PiS kosztem państwa. Bo umówmy się, Marian jest, taki jest, ale coś tam jednak potrafi. Jeśli już przyszło nam przegrać z nim w klinczu, bo, jak widać, po prośbie ustąpić nie chce, należałoby zacząć ograniczać się do szorstkiej przyjaźni i uświadomionej konieczności; jest sobie Marian Banaś prezesem NIK-u, i na najbliższe lata, prezesem być musi. Pokazał już bowiem poprzedni prezes NIK, że nawet z zarzutami prokuratorskimi, można kierować Izbą pełną kadencję. Daliśmy ciała. Nie posłuchaliśmy ostrzeżeń. Mamy za swoje. Ale nawet przy takim rozwoju wypadków, i nam (rządowi) i jemu (Banasiowi) idzie o to samo. O Polskę. On ma kontrolować jak najlepiej, a my jak najlepiej rządzić, więc w najlepiej pojętym interesie Polski i Polaków, powinniśmy ze sobą współpracować, a nie drzeć koty… albo jak pies z kotem żyć. Tyle w teorii. W sprawie Banasia zastanawia mnie jeszcze jedno. Jak sobie z traumą po betonowym Marianie radzi molibdenowy Mateusz. Do państwowych zaszczytów wywiódł go, mimo że sam Marian Banaś ma bogato zapisaną kartę opozycyjną, premier Morawiecki. To u niego Banaś był ministrem finansów, a wcześniej szefem skarbówki. To w końcu Morawiecki dał mu zielone światło na objęcie prezesury NIK-u. W środowisku PiS-u teka szefa NIK-u to nie byle jaka teka. Wiadomo kto ongiś ją nosił i trampoliną do czego się stała. A tu taka potwarz. Podobno prezes Jarosław nie posiadał się ze wściekłości, kiedy pan Marian w swoim orędziu, z zaciętą miną, powoływał się na spuściznę św. pamięci prezydenta; że on też chce być taki i że się nie da zaszczuć. Głos miał pewny, brew zmarszczoną, gniew w oczach. Brakowało tylko okularów.

Już sami zaczęli się kontrolować

Marian Banaś, zaufany działacz prawicy, został prezesem Najwyższej Izby Kontroli. Karierę publiczną zaczął od doradzania ministrowi spraw wewnętrznych Antoniemu Macierewiczowi w rządzie Jana Olszewskiego.

Marian Banaś jest absolwentem Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego sprzed czterdziestu lat. Potem ukończył studia podyplomowe z zakresu religioznawstwa, studiował też filozofię na Papieskiej Akademii Teologicznej, ma za sobą pozaetatową aplikację sądową zakończoną w 1996 r. egzaminem sędziowskim oraz aplikację NIK-owską. Ostatnio zaś ukończył podyplomowe studia audytu wewnętrznego (2009-2010).
To jeden z najbardziej zaufanych działaczy obozu prawicy, a przy tym nie mający większych ambicji politycznych, co dodaje mu punktów w oczach Jarosława Kaczyńskiego.

Czas ważnych kontroli

Marian Banaś NIK zna doskonale, bo w latach 1992-2015 pracował – z przerwami – w Izbie na różnych stanowiskach (m.in. głównego specjalisty i doradcy prawnego). W listopadzie 2015 r. został wiceministrem finansów, a w grudnia 2016 r. także szefem Krajowej Administracji Skarbowej i Służby Celnej. Pełnił również funkcje Generalnego Inspektora Informacji Finansowej oraz Pełnomocnika Rządu do Spraw Zwalczania Nieprawidłowości Finansowych na Szkodę Rzeczypospolitej Polskiej lub Unii Europejskiej.
Skończyła się więc sześcioletnia epoka Krzysztofa Kwiatkowskiego. Od tej pory władza PiS zaczyna kontrolować samą siebie.
Ponad półtora tysiąca kontroli polskich instytucji, prestiżowe audyty Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych CERN, Rady Europy i Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) oraz wzrost do prawie 50 procent dobrych ocen dla pracy NIK wystawianych przez Polaków – tak w skrócie można podsumować lata 2013-2019 w działalności Najwyższej Izby Kontroli.
Od lat największym zainteresowaniem cieszyły się kontrole ”społeczne”, których tematyka bezpośrednio dotyka życia Polaków. W czasie minionych 6 lat były to kontrole takie jak np: przeciwdziałanie narkomanii w szkołach, bezpieczeństwo ruchu drogowego, rynek suplementów diety, przeciwdziałanie sprzedaży dopalaczy czy ochrona powietrza przed zanieczyszczeniami.
Na przykład, spośród kontroli opublikowanych przez NIK w 2019 roku dużym zainteresowaniem cieszyły się kontrole na temat: systemu ochrony zdrowia w Polsce, ochrony przed promieniowaniem elektromagnetycznym, zmian w systemie edukacji czy płatnego parkowania w miastach.

Pokazała, jak nas trują

Bez wątpienia najważniejsza kontrola w 2018 roku dotyczyła ochrony powietrza przed zanieczyszczeniami. Wyniki tej kontroli spotkały się z wielkim zainteresowaniem mediów. Dziennikarze podkreślali, że to NIK pierwszy raz tak szeroko opisała problem smogu w Polsce a raport pokazał, że nasz kraj zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Unii Europejskiej pod względem czystości powietrza.
NIK dotarła do prac naukowych, w których stwierdzono, że w Polsce rocznie umiera z powodu zanieczyszczeń pyłami zawieszonymi ok. 46 tys. ludzi. Raport objął też zanieczyszczenia generowane przez ruch samochodowy i sposoby ograniczenia emisji tlenków azotu. NIK przeanalizowała rozwiązania przyjęte na Zachodzie Europy, głównie przepisy dotyczące tworzenia stref ograniczonej emisji i porównała z przepisami wprowadzanymi w Polsce. Izba ustaliła, że tak skonstruowane unormowania prawne zakładają o wiele bardziej restrykcyjne rozwiązania niż wcześniej rozważane mechanizmy (dopuszczające wjazd do takich stref pojazdów spełniających określone normy emisji spalin), a także nie wykorzystują doświadczeń w stosowaniu takich stref płynących z innych krajów UE.
Zaangażowanie NIK w ochronę powietrza zostało zauważone przez Bank Światowy. Raport zaowocował również podpisaniem przez NIK porozumienia z Global Compact – agendą ONZ i Alarmem Smogowym – ruchem społecznym zrzeszającym lokalne alarmy smogowe z całego kraju, którego celem jest poprawa jakości powietrza w Polsce.
W związku z działaniami organów państwa w zakresie zwalczania afrykańskiego pomoru świń (ASF) głośne były także ustalenia kontroli NIK o realizacji tzw. programu bioasekuracji jako elementu zwalczania ASF.
NIK krytycznie oceniła wkład Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Głównego Lekarza Weterynarii w przygotowania oraz nadzór nad realizacją programu bioasekuracji.
Podkreślano, że niewłaściwie przygotowany, a następnie nierzetelnie realizowany program spowodował, że świnie były hodowane także i w stadach o miernym poziomie zabezpieczenia przed wirusem. Było to celem głównym programu, tymczasem aż 74 proc. gospodarstw nie posiadało niezbędnych zabezpieczeń.

CEPiKiem jak cepem

Bardzo ważnym tematem, który dotyczy zmotoryzowanych Polaków jest funkcjonowanie Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców (CEPiK) 2,0. NIK ustaliła, że system nie działa poprawnie. Często cytowano m.in. fragment raportu mówiący o nieprawidłowym przygotowaniu systemu zarówno w okresie zarządzania przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, jak i Ministerstwo Cyfryzacji. Termin wdrożenia systemu opóźnił się o dwa lata, a koszty realizacji wzrosły o 42 miliony złotych.
Po uruchomieniu w listopadzie 2017 roku systemu CEPiK 2.0 wystąpiły liczne utrudnienia dla obywateli i urzędów. A przecież CEPiK 2.0 miał poprawić funkcjonowanie administracji i przynieść konkretne korzyści obywatelom.
Inna ważna kontrola dotyczyła kredytów frankowych. Ustalenia NIK były bardzo krytyczne dla systemu bankowego. Instytucje odpowiedzialne za ochronę konsumentów nie zapewniły właściwego egzekwowania praw kredytobiorców oraz zbyt późno przeciwdziałały nieuczciwym praktykom banków. Izba zbadała skuteczność systemu ochrony konsumentów wobec problemu kredytów objętych ryzykiem walutowym w latach 2005-2017. Raport pokazał, że wobec słabości instytucji państwowych, banki uzyskały korzyści, wynikające ze stosowania niedozwolonych postanowień umownych. Tymczasem przy sprawnie działającym systemie ochrony konsumentów praktyki te powinny były zostać szybko wyeliminowane.
Ponadto, na upływającą kadencję prezesa Krzysztofa Kwiatkowskiego przypadły prestiżowe audyty dokonywane z udziałem NIK w Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych CERN oraz Radzie Europy i Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD).
Rzetelność i obiektywizm Najwyższej Izby Kontroli zostały dostrzeżone przez obywateli. Sześć lat temu dobrze pracę Izby oceniała około jedna trzecia Polaków. Obecnie, w najnowszym badaniu, prawie 50 procent dorosłych Polaków – co ważne, niezależnie od sympatii politycznych – uważa, że NIK pracuje dobrze lub bardzo dobrze. Dzięki temu Najwyższa Izba Kontroli jest obecnie w Polsce jedną z najlepiej ocenianych instytucji. Ciekawe, jak będzie teraz, gdy władza już zaczęła się sama kontrolować?