Zapowiedź kryzysu władzy

Wydarzenia ostatnich kilku tygodni ponownie pokazują, jak niepewna jest polityczna przyszłość i jak bardzo należy się liczyć z nieoczekiwanymi wydarzeniami.

Po październikowych wyborach (poprzedzonych wygranymi przez PiS majowymi wyborami do Parlamentu Europejskiego) wielu komentatorów wyrażało pogląd, że zmierzający do autorytaryzmu obóz władzy umocnił swą pozycję i ma przed sobą wiele lat panowania. W środowiskach opozycyjnych pesymistycznie zapatrywano się na wynik wyborów prezydenckich, a sprzyjająca opozycji prasa najchętniej rozpisywała się na temat – skądinąd dość oczywistych – błędów Grzegorza Schetyny i innych przywódców opozycji demokratycznej. Natomiast w obozie rządzącym widać było triumfalizm, wzmacniany poczuciem, że kolejne zwycięstwo jest w zasięgu ręki. To już przeszłość.

Banaś pogrąży Dudę?

Niedawno (w „Gazecie Wyborczej” z 19 grudnia) ukazał się wywiad jednego z najlepszych specjalistów badających zachowania polityczne społeczeństwa polskiego, prof. Jacka Raciborskiego, który przewiduje przegraną prezydenta Dudy w przyszłorocznych wyborach. To ciekawy sygnał. Po stronie opozycji zanika (moim zdaniem, zbyt powolnie) nastrój pesymizmu i rodzi się wola walki. Walki o zwycięstwo, o lepszą dla Polski politykę.

Dzieje się tak nie w wyniku jakiegoś spektakularnego wzmocnienia opozycji, lecz w konsekwencji wydarzeń wstrząsających obozem władzy. To, co dzieje się w ostatnich miesiącach kończącego się roku, z pozoru wydaje się serią zdumiewających błędów, ale w istocie jest zapowiedzią zbliżającego się (lub już kiełkującego) kryzysu politycznego.

.Najpierw wybuchła sprawa Mariana Banasia. Z pozoru jest ona całkowicie niewytłumaczalna. Jak bowiem mogła się zdarzyć tak wielka kompromitacja służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa, w wyniku którego na jedno z najważniejszych stanowisk w państwie wybrany został człowiek obciążony bardzo poważnymi zarzutami prawnymi? Jeśli byłby to skutek zaniedbania, powinny już dawno nastąpić dymisje – i to na najwyższym, ministerialnym szczeblu. Brak tych dymisji sugeruje, że służby wywiązały się ze swych obowiązków, ale że w ośrodku kierowniczym zapadła decyzja, by mimo wszystko Banasia awansować. Czy nie dlatego, że wygodnie jest mieć na każdego „haki” pozwalające go trzymać w ryzach?

Kto stoi za Banasiem?

W tym rozumowaniu jest jednak jeden punkt niejasny. Czy ujawnienie skandalicznych działań Banasia było możliwe tylko dzięki talentowi dziennikarza? Czy nie podsunięto mu (nawet bez jego wiedzy) informacji, które mieli w ręku polityczni rywale obecnego szefa, a jeszcze bardziej premiera? Wiele na to wskazuje, zwłaszcza, że – jak w dobrej powieści kryminalnej – jest ktoś, kto ma zarówno motyw, jak i możliwości takiego działania. Jest to ambitny i poróżniony z premierem minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro.

Jeszcze nie opadł kurz po aferze Banasia, gdy „grupa posłów”, za którą w sposób oczywisty stoi Ministerstwo Sprawiedliwości, zgłosiła projekt ustawy drastycznie ograniczającej samodzielność sędziów i narażającej Polskę na nowy konflikt z Unią Europejską. Projekt ten w ekspresowym tempie przeszedł przez Sejm, ale jego dalsze losy nie są pewne. Pewne natomiast jest, że stawia on prezydenta Dudę w bardzo trudnej sytuacji. Jeśli ustawa ta zostanie uchwalona (co nie jest tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać po głosowaniu sejmowym), prezydent stanie przed bardzo trudną decyzją. Podpisanie tej ustawy do szczętu zniszczy szanse na uzyskanie przez Dudę poparcia wśród umiarkowanych wyborców prawicy – jej zawetowanie skutkować będzie odwetem radykałów.

Mamy więc do czynienia z kolejnymi wielkim błędem politycznym. Czy jednak jest to błąd, czy raczej na zimno zaplanowany ruch o dalekosiężnych konsekwencjach?

Prawica to nie monolit

Racjonalne wytłumaczenie obu tych spraw sugeruje, że w obozie rządzącym uformowała się frakcja, która już dziś stawia nie na sukces w najbliższej przyszłości, lecz na przegrupowanie polityczne wynikające z przegrania wyborów prezydenckich i z kryzysu obecnego kierownictwa obozu rządzącego. To w jej interesie byłoby tworzenie sytuacji doraźnie osłabiającej obóz rządzący, ale zarazem powodującej jego wyraźniejszą radykalizację. Polaryzacja bowiem – i tylko ona – może dać radykałom przywództwo w czasach, które przyjdą po przegranych wyborach i po odejściu od władzy Jarosława Kaczyńskiego. Frakcja ta podniosła głowę w sytuacji, w której Jarosław Kaczyński ze względu na stan zdrowia nie mógł tak skutecznie, jak dawniej, kontrolować sytuacji w jego obozie.
Kryzysy formacji rządzących najczęściej zaczynają się od fermentu wewnętrznego. Prawo i Sprawiedliwość przez wiele lat było bardzo zwartą formacja, której trzonem był „zakon” najwierniejszych. To już przeszłość. Rządzenie rodzi konflikty interesów i potęguje osobiste ambicje. Kiedyś obserwowaliśmy to w SLD, potem w PO. Dlaczego los miałby pod tym względem być dla PiS łagodniejszy?
Rok 2019 kończy się dla rządzących marnie. To jeszcze nie kryzys, ale już zwiastun nadchodzących problemów. A więc: szczęśliwego nowego roku!

Betonowy Marian

Betonowy Marian, którego nawet molibdenowy Mateusz nie tyka, akrobatyczny Daniel nie zwiedzie, a tytanowy Janusz odbija się od niego jak od arabskiej gumy, wywiódł wszystkich w pole. I ja mu w związku z tym bardzo kibicuję. Pokazał, że można postawić się naczelnikowi.

Betonowy Marian to, ma się rozumieć, prezes NIK. Wybrali go posłowie PiS i posłowie PiS namawiali do odejścia. Tylko namawiali, bo zmusić do złożenia urzędu już nie mogli. A pan Marian pokazał im klasycznego „Kozakiewicza”.

Pół Krakowa i ćwierć Mokotowa wiedziało, że pan Marian ma elegancki hotelik na godziny. Tylko rząd nie wiedział, choć do dowiadywania się ma służby specjalne. Ale nawet te służby nie ustrzegły rządu i Marian Banaś, zupełnie lege artis, prezesem NIK-u został. Ale jak nie można Mariana kijem, to może pałką.

PiS próbuje w tym momencie uprawdopodobnić w mediach rządowych dyskurs, jakoby jedynym wyjściem z tego potrzasku jest zmiana konstytucji. No bo to przecież taka prosta i oczywista sprawa, że można sobie zmienić konstytucję jak się chce i kiedy się chce. To tak, jakby w meczu Polska-Hiszpania, na najbliższym Euro, kiedy przegrywalibyśmy trzema bramkami, na boisko wkroczyć miał szef PZPN – i oświadczyć, że bardzo przeprasza polskich kibiców, ale zaraz po pierwszym golu zwrócił się do prezesa hiszpańskiej federacji, aby wspólnie zaapelować do FIFA o zmianę przepisów, w myśl których w spotkaniu międzypaństwowym w drużynie wyżej rozstawionej nie mógł grać bramkarz oraz napastnik, ale, nie wiedzieć czemu, Hiszpanie się nie zgodzili.
W związku z niesubordynacją pana Mariana, rząd wysyła przeciw niemu ABW, która ma zablokować mu na czas kontroli dostęp do informacji niejawnych. Innymi słowy, stara się rząd za pomocą dostępnego mu aparatu represji, maksymalnie utrudnić Banasiowi życie oraz wykonywanie obowiązków. To, że chcą mu napsuć krwi specjalnie mnie nie dziwi, bo nikt pod karabinem nie trzymał, kiedy pan Marian godził się objąć tekę prezesa NIK-u , a wcześniej ministra finansów. Gorzej, że robi to PiS kosztem państwa. Bo umówmy się, Marian jest, taki jest, ale coś tam jednak potrafi. Jeśli już przyszło nam przegrać z nim w klinczu, bo, jak widać, po prośbie ustąpić nie chce, należałoby zacząć ograniczać się do szorstkiej przyjaźni i uświadomionej konieczności; jest sobie Marian Banaś prezesem NIK-u, i na najbliższe lata, prezesem być musi. Pokazał już bowiem poprzedni prezes NIK, że nawet z zarzutami prokuratorskimi, można kierować Izbą pełną kadencję. Daliśmy ciała. Nie posłuchaliśmy ostrzeżeń. Mamy za swoje. Ale nawet przy takim rozwoju wypadków, i nam (rządowi) i jemu (Banasiowi) idzie o to samo. O Polskę. On ma kontrolować jak najlepiej, a my jak najlepiej rządzić, więc w najlepiej pojętym interesie Polski i Polaków, powinniśmy ze sobą współpracować, a nie drzeć koty… albo jak pies z kotem żyć. Tyle w teorii. W sprawie Banasia zastanawia mnie jeszcze jedno. Jak sobie z traumą po betonowym Marianie radzi molibdenowy Mateusz. Do państwowych zaszczytów wywiódł go, mimo że sam Marian Banaś ma bogato zapisaną kartę opozycyjną, premier Morawiecki. To u niego Banaś był ministrem finansów, a wcześniej szefem skarbówki. To w końcu Morawiecki dał mu zielone światło na objęcie prezesury NIK-u. W środowisku PiS-u teka szefa NIK-u to nie byle jaka teka. Wiadomo kto ongiś ją nosił i trampoliną do czego się stała. A tu taka potwarz. Podobno prezes Jarosław nie posiadał się ze wściekłości, kiedy pan Marian w swoim orędziu, z zaciętą miną, powoływał się na spuściznę św. pamięci prezydenta; że on też chce być taki i że się nie da zaszczuć. Głos miał pewny, brew zmarszczoną, gniew w oczach. Brakowało tylko okularów.

Już sami zaczęli się kontrolować

Marian Banaś, zaufany działacz prawicy, został prezesem Najwyższej Izby Kontroli. Karierę publiczną zaczął od doradzania ministrowi spraw wewnętrznych Antoniemu Macierewiczowi w rządzie Jana Olszewskiego.

Marian Banaś jest absolwentem Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego sprzed czterdziestu lat. Potem ukończył studia podyplomowe z zakresu religioznawstwa, studiował też filozofię na Papieskiej Akademii Teologicznej, ma za sobą pozaetatową aplikację sądową zakończoną w 1996 r. egzaminem sędziowskim oraz aplikację NIK-owską. Ostatnio zaś ukończył podyplomowe studia audytu wewnętrznego (2009-2010).
To jeden z najbardziej zaufanych działaczy obozu prawicy, a przy tym nie mający większych ambicji politycznych, co dodaje mu punktów w oczach Jarosława Kaczyńskiego.

Czas ważnych kontroli

Marian Banaś NIK zna doskonale, bo w latach 1992-2015 pracował – z przerwami – w Izbie na różnych stanowiskach (m.in. głównego specjalisty i doradcy prawnego). W listopadzie 2015 r. został wiceministrem finansów, a w grudnia 2016 r. także szefem Krajowej Administracji Skarbowej i Służby Celnej. Pełnił również funkcje Generalnego Inspektora Informacji Finansowej oraz Pełnomocnika Rządu do Spraw Zwalczania Nieprawidłowości Finansowych na Szkodę Rzeczypospolitej Polskiej lub Unii Europejskiej.
Skończyła się więc sześcioletnia epoka Krzysztofa Kwiatkowskiego. Od tej pory władza PiS zaczyna kontrolować samą siebie.
Ponad półtora tysiąca kontroli polskich instytucji, prestiżowe audyty Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych CERN, Rady Europy i Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) oraz wzrost do prawie 50 procent dobrych ocen dla pracy NIK wystawianych przez Polaków – tak w skrócie można podsumować lata 2013-2019 w działalności Najwyższej Izby Kontroli.
Od lat największym zainteresowaniem cieszyły się kontrole ”społeczne”, których tematyka bezpośrednio dotyka życia Polaków. W czasie minionych 6 lat były to kontrole takie jak np: przeciwdziałanie narkomanii w szkołach, bezpieczeństwo ruchu drogowego, rynek suplementów diety, przeciwdziałanie sprzedaży dopalaczy czy ochrona powietrza przed zanieczyszczeniami.
Na przykład, spośród kontroli opublikowanych przez NIK w 2019 roku dużym zainteresowaniem cieszyły się kontrole na temat: systemu ochrony zdrowia w Polsce, ochrony przed promieniowaniem elektromagnetycznym, zmian w systemie edukacji czy płatnego parkowania w miastach.

Pokazała, jak nas trują

Bez wątpienia najważniejsza kontrola w 2018 roku dotyczyła ochrony powietrza przed zanieczyszczeniami. Wyniki tej kontroli spotkały się z wielkim zainteresowaniem mediów. Dziennikarze podkreślali, że to NIK pierwszy raz tak szeroko opisała problem smogu w Polsce a raport pokazał, że nasz kraj zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Unii Europejskiej pod względem czystości powietrza.
NIK dotarła do prac naukowych, w których stwierdzono, że w Polsce rocznie umiera z powodu zanieczyszczeń pyłami zawieszonymi ok. 46 tys. ludzi. Raport objął też zanieczyszczenia generowane przez ruch samochodowy i sposoby ograniczenia emisji tlenków azotu. NIK przeanalizowała rozwiązania przyjęte na Zachodzie Europy, głównie przepisy dotyczące tworzenia stref ograniczonej emisji i porównała z przepisami wprowadzanymi w Polsce. Izba ustaliła, że tak skonstruowane unormowania prawne zakładają o wiele bardziej restrykcyjne rozwiązania niż wcześniej rozważane mechanizmy (dopuszczające wjazd do takich stref pojazdów spełniających określone normy emisji spalin), a także nie wykorzystują doświadczeń w stosowaniu takich stref płynących z innych krajów UE.
Zaangażowanie NIK w ochronę powietrza zostało zauważone przez Bank Światowy. Raport zaowocował również podpisaniem przez NIK porozumienia z Global Compact – agendą ONZ i Alarmem Smogowym – ruchem społecznym zrzeszającym lokalne alarmy smogowe z całego kraju, którego celem jest poprawa jakości powietrza w Polsce.
W związku z działaniami organów państwa w zakresie zwalczania afrykańskiego pomoru świń (ASF) głośne były także ustalenia kontroli NIK o realizacji tzw. programu bioasekuracji jako elementu zwalczania ASF.
NIK krytycznie oceniła wkład Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Głównego Lekarza Weterynarii w przygotowania oraz nadzór nad realizacją programu bioasekuracji.
Podkreślano, że niewłaściwie przygotowany, a następnie nierzetelnie realizowany program spowodował, że świnie były hodowane także i w stadach o miernym poziomie zabezpieczenia przed wirusem. Było to celem głównym programu, tymczasem aż 74 proc. gospodarstw nie posiadało niezbędnych zabezpieczeń.

CEPiKiem jak cepem

Bardzo ważnym tematem, który dotyczy zmotoryzowanych Polaków jest funkcjonowanie Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców (CEPiK) 2,0. NIK ustaliła, że system nie działa poprawnie. Często cytowano m.in. fragment raportu mówiący o nieprawidłowym przygotowaniu systemu zarówno w okresie zarządzania przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, jak i Ministerstwo Cyfryzacji. Termin wdrożenia systemu opóźnił się o dwa lata, a koszty realizacji wzrosły o 42 miliony złotych.
Po uruchomieniu w listopadzie 2017 roku systemu CEPiK 2.0 wystąpiły liczne utrudnienia dla obywateli i urzędów. A przecież CEPiK 2.0 miał poprawić funkcjonowanie administracji i przynieść konkretne korzyści obywatelom.
Inna ważna kontrola dotyczyła kredytów frankowych. Ustalenia NIK były bardzo krytyczne dla systemu bankowego. Instytucje odpowiedzialne za ochronę konsumentów nie zapewniły właściwego egzekwowania praw kredytobiorców oraz zbyt późno przeciwdziałały nieuczciwym praktykom banków. Izba zbadała skuteczność systemu ochrony konsumentów wobec problemu kredytów objętych ryzykiem walutowym w latach 2005-2017. Raport pokazał, że wobec słabości instytucji państwowych, banki uzyskały korzyści, wynikające ze stosowania niedozwolonych postanowień umownych. Tymczasem przy sprawnie działającym systemie ochrony konsumentów praktyki te powinny były zostać szybko wyeliminowane.
Ponadto, na upływającą kadencję prezesa Krzysztofa Kwiatkowskiego przypadły prestiżowe audyty dokonywane z udziałem NIK w Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych CERN oraz Radzie Europy i Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD).
Rzetelność i obiektywizm Najwyższej Izby Kontroli zostały dostrzeżone przez obywateli. Sześć lat temu dobrze pracę Izby oceniała około jedna trzecia Polaków. Obecnie, w najnowszym badaniu, prawie 50 procent dorosłych Polaków – co ważne, niezależnie od sympatii politycznych – uważa, że NIK pracuje dobrze lub bardzo dobrze. Dzięki temu Najwyższa Izba Kontroli jest obecnie w Polsce jedną z najlepiej ocenianych instytucji. Ciekawe, jak będzie teraz, gdy władza już zaczęła się sama kontrolować?