Kubacki wygrał, ale reszta zawiodła

Lepszej inauguracji nowego roku Dawid Kubacki nie mógł sobie wymarzyć. Wygrał 68. edycję Turniej Czterech Skoczni i dołączył do Adama Małysza i Kamila Stocha, którzy wcześniej triumfowali w tych prestiżowych zawodach. Kubacki jest też najwyżej z polskich skoczków w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, ale zajmuje dopiero piąta lokatę. W Pucharze Narodów biało-czerwoni plasują się na trzecim miejscu, za Austrią i Norwegią.

Przed turniejem Kubacki nie był wymieniany w gronie faworytów, zwłaszcza że jego występy w grudniowych imprezach były dalekie od doskonałości. Pochodzący z Nowego Targu skoczek zmagania w Turnieju Czterech Skoczni zaczął jednak nadspodziewanie dobrze. Zajął trzecie lokaty w konkursach w Oberstdorfie i Garmisch-Partenkirchen, na nielubianej przez siebie skoczni w Innsbrucku zaskoczył wszystkich zajmując drugie miejsce, zaś na swoim ulubionym obiekcie w Bischofshofen nie dał już rywalom szans i pewnie zwyciężył, triumfując jednocześnie w 68. edycji TCS jako trzeci polski skoczek w historii. Jako pierwszy dokonał tej sztuki Adam Małysz w sezonie 2000/2001, a potem dwukrotnie Kamil Stoch w sezonach 2016/2017 i 2017/2018.

Kubacki zwyciężył w Turnieju Czterech Skoczni z łączną notą 1131,6 pkt, wyprzedzając drugiego w klasyfikacji generalnej Norwega Mariusa Lindvika o 20,6 pkt, a trzeciego Niemca Karla Geigera o 23,2 pkt. Na czwartej pozycji rywalizację zakończył ubiegłoroczny triumfator Japończyk Ryoyu Kobayashi (ze stratą do lidera 35,6 pkt), zaś Kamil Stoch na miejscu 13. (on stracił do Kubackiego aż 108 pkt).

TSC trzyma się już tylko na prestiżu

Ryoyu Kobayashi rok temu wygrał, mając 62,1 punktu przewagi. Stoch dwa lata temu miał 69,6, Słoweniec Peter Prevc przed czterema laty wygrywał z wynikiem o 26,5 pkt lepszym od następnego w kolejności rywala. Tegoroczna przewaga Kubackiego jest zatem najniższą od pięciu lat, gdy Austriak Stefan Kraft pokonał drugiego na podium przeciwnika różnicą sześciu punktów. Natomiast łączna nota Kubackiego jest drugą najlepszą w historii TCS. Lepszy od Polaka pod tym względem był jedynie Peter Prevc.

To tylko obrazuje jak wyrównana była rywalizacja w 68. edycji TCS. Kubacki jest teraz czwartym zawodnikiem w historii, który stawał na podium we wszystkich konkursach TCS, ale wygrał dopiero w ostatnim. Przed nim dokonali tego Fin Kari Ylianttila (1977-1978), Austriak Andreas Goldberger (1994-1995) i Niemiec Jens Weissflog (1995-1996).

Posiadająca prawa telewizyjne do pokazywania skoków narciarskich TVP nie omieszkała, jak ma to w zwyczaju pod rządami Jacka Kurskiego, rozdmuchać sukces Kubackiego do granic śmieszności, przedstawiając go na swojej antenie jakby było to jakieś epokowe wydarzenie. Tymczasem fakty są takie, że Turniej Czterech Skoczni w ostatnich latach mocno podupadł na znaczeniu i dzisiaj ma w hierarchii imprez w tym sporcie mniejsze znaczenie niż choćby norweski cykl Row Air. Jakby to nie zabrzmiało, powodem są pieniądze. Organizatorzy niemiecko-austriackiego turnieju dopiero od niedawna zaczęli dostrzegać, że sam prestiż w dzisiejszym skomercjalizowanym do szpiku kości sporcie już nie jest wystarczającym bodźcem. W 2001 roku triumfujący w TCS Adam Małysz otrzymał w nagrodę samochód oraz finansową premię w wysokości 90 tysięcy franków. Kubacki za ten sam wyczyn 19 lat później dostał de facto tylko 20 tysięcy franków szwajcarskich.

Owszem, w sumie zarobił znacznie większą kwotę, ale tylko dzięki premiom za miejsca zajmowane w poszczególnych konkursach, które są nagradzane tak samo, jak inne imprezy w Pucharze Świata, czyli zwycięzca otrzymuje 10 tys. franków, drugi zawodnik osiem tysięcy, a trzeci sześć tysięcy franków szwajcarskich. To oznacza, że Kubacki za dwa trzecie, drugie i pierwsze miejsca zgarnął łącznie 30 tys. franków, a z premią za końcowy triumf w sumie 50 tys. franków plus drobne kwoty za miejsca zajmowane w kwalifikacji. Tak na marginesie – dla zwycięzcy konkursów kwalifikacyjnych organizatorzy przewidzieli 5 tys. franków, co oznacza, że zawodnik wygrywający te pomocnicze zawody w czterech konkursach mógł zgarnąć w sumie tyle, ile triumfator całego turnieju. Dla porównania, zwycięzca cyklu Row Air dostanie ekstra 60 tysięcy euro.

Turniej Czterech Skoczni nie jest też wydarzeniem mającym znaczący wpływ na przebieg rywalizacji w Pucharze Świata. Pod względem punktacji to tylko cztery kolejne konkursy i nic ponadto. Dlatego Kubacki mimo zwycięstwa zdołał awansować jedynie na piąte miejsce, a jedyna korzyścią jest to, że w klasyfikacji generalnej odrobił sporo punktów do wyprzedzającej go czwórki zawodników. Pozycje lidera z dorobkiem 644 pkt utrzymał Ryoyu Kobayashi, drugi jest Niemiec Karl Geiger (619 pkt), trzeci Austriak Stefan Kraft (539 pkt), a czwarty Norweg Marius Lindvik (469 pkt). Kubacki z 444 pkt na koncie ma za plecami Daniela Andre Tandego (Norwegia) – 374 pkt, Phillippa Aschenwalda (Austria) – 364 pkt, Kamila Stocha – 335 pkt, Petera Prevca (Słowenia) – 323 pkt i zamykającego czołową dziesiątkę klasyfikacji generalnej Johanna Andre Forfanga (Norwegia) – 256 pkt.

Słabość polskiej kadry

Patrząc na punktowe osiągnięcia pozostałych polskich skoczków, raczej nie napawają one optymizmem. Pierwszy sezon naszych kadrowiczów pod rządami czeskiego trenera Michala Doleżala nie jest jakoś dramatycznie słaby, głównie dzięki wynikom Kubackiego i w mniejszym stopniu Stocha, ale dokonania Piotra Żyły (19. miejsce w klasyfikacji generalnej z dorobkiem 175 pkt), Macieja Kota (34. lokata i 33 pkt), Stefana Huli (36. miejsce i 28 pkt), Jakuba Wolnego (39. miejsce, 22 pkt) i 57. lokata Klemensa Murańki (ledwie 4 pkt) nie nastrajają optymistycznie. Fakty są oczywiste – w tej części sezonu z naszych skoczków kroku czołówce dotrzymuje jedynie Kubacki, a pozostali zanotowali wyraźny regres formy w porównaniu z poprzednim sezonem, gdy trenerem biało-czerwonych był Austriak Stefan Horngacher.

Potwierdza to pozycja polskiej reprezentacji w Pucharze Narodów. Biało-czerwoni po TCS utrzymali trzecią lokatę, ale ich łączny punktowy dorobek, 1741 pkt, znacznie już odbiega od prowadzących w klasyfikacji Austriaków (2320 pkt) oraz od zajmujących drugie miejsce Norwegów (2064 pkt). A za plecami naszych skoczków czają się Japończycy (1667 pkt) oraz konsekwentnie odrabiający straty z początku sezonu Niemcy (1597 pkt). Jeśli Stoch, Żyła, Kot i Wolny szybko nie poprawią swoich rezultatów, trudno będzie utrzymać naszej ekipie nawet miejsce na najniższym stopniu podium, a co dopiero myśleć o walce o wyższe lokaty.

Kolejne zawody już w najbliższy weekend we włoskim Val di Fiemme. Z Polaków wystartują w nich Kubacki, Stoch, Żyła, Kot, Hula i Wolny.

 

Wszyscy mają jakieś problemy

Nie milkną echa konkursu w Kuusamo, który zapisał się w kronikach skoków narciarskich rekordową liczbą dyskwalifikacji wśród zawodników z czołówki. Przed zaplanowanymi w najbliższy weekend zawodami Pucharu Świata w Niżnym Togile żarliwie z wpadki tłumaczyli się zdyskwalifikowani reprezentanci Norwegii.

Prognozy przed kolejnym weekendem Pucharu Świata w skokach nie są optymistyczne. W Niżnym Tagile, gdzie wkrótce skoczkowie powalczą o kolejne punkty, oprócz mroźnej aury, synoptycy przewidują podmuchy wiatru, które mogą przeszkodzić w przeprowadzeniu konkursów. Według synoptyków w sobotę podmuchy wiatru mogą przekroczyć 6 m/s, zaś w niedzielę prognozują jeszcze silniejszy wiatr. Jeśli ich przewidywania się potwierdzą, kolejny konkurs Pucharu Świata może się nie odbyć lub co gorsza, jego wyniki znów będą loteryjne.

Innym tematem rozmów toczonych w gronie skoczków są dyskwalifikacje dla norweskich skoczków za nieregulaminowe kombinezony. Gwoli przypomnienia – podczas jedynego rozegranego przed tygodniem w Kuusamo konkursu sędziowie zdyskwalifikowali aż pięciu zawodników z pierwszej dziesiątki po pierwszej serii, w tym trzech z sześciu reprezentantów Norwegii. To pierwszy taki przypadek w historii tej dyscypliny sportu. W przypadku Johanna Andre Forfanga i Roberta Johanssona dyskwalifikacja miała miejsce jeszcze w pierwszej serii, choć obaj uzyskali wynik, który pozwalał im walczyć o najwyższe lokaty.

Jeszcze boleśniejsza kara dotknęła Mariusa Lindvika, który po raz pierwszy w karierze zakończył zawody na podium, ale też został zdyskwalifikowany. Nic dziwnego, że działacze norweskiej federacji, trener ich kadry Alexander Stoeckl oraz sami ukarani, ostro się kajali w licznych wypowiedziach dla mediów, a w Niżnym Tagile już w prywatnych rozmowach z zawodnikami innych drużyn. „Materiał kombinezonów nie przepuszczał wystarczającej ilości powietrza. To mogło przekładać się na lepsze noszenie skoczków, a to z kolei na osiągane odległości” – ujawnił powody swojej decyzji sędzia Sepp Gratzer.

Norwegowie zapewniali rywali w Niżnym Tagile, że do podobnej sytuacji już nigdy nie dopuszczą. „Nasze kombinezony nie przeszły kontroli i bardzo za to przepraszamy” – mówił dyrektor norweskiej kadry Clas Brede Braathen. I zapewniał solennie, że Norwegowie nie zamierzali w żaden sposób oszukiwać poprzez wykorzystanie nowych kombinezonów. „To byłoby niezgodne z zasadami etycznymi, jakie stosujemy”. Co prawda tym zapewnieniem wzbudzał wesołość wśród członków innych ekipy przybyłych do Niżnego Tagiłu, ale takie obrazki do mediów się rzecz jasna nie przedostały. W rosyjskim konkursie norweska ekipa wystąpi w takim samym składzie, jak w Kuusamo. Na skoczni zobaczymy zatem Johanna Andre Forfanga, Roberta Johanssona, Mariusa Lindvika, Thomasa Markenga, Robina Pedersena oraz aktualnego lidera Pucharu Świata Daniela Andre Tandego.

Najciekawsze rzeczy powiedział z nich Forfang w rozmowie z internetowym serwisem skijumping.pl. „Myślałem, że mam dobrze sprawdzony sprzęt. To było dla mnie bolesna sytuacja. To była kwestia przepuszczalności powietrza przez materiał, wyniki pomiaru przekraczały normy na moich nogach. Materiały, których używamy, często są na limicie przepisów albo nawet je przekraczają. Pracowaliśmy nad tym, żeby materiał przepuszczał odpowiednio dużo powietrza. Niestety, nie poświęciliśmy wystarczająco dużo czasu na części kombinezonu przylegające do nóg. Wiadomo przecież, że mniejsza przepuszczalność kombinezonu na nogach nie wpływa na długość skoku, ale wedle wytycznych FIS cały kombinezon powinien być jednakowy. I ja to respektuję. Będziemy musieli się odpowiednio skoncentrować podczas przygotowania sprzętu, aby więcej do takiej sytuacji nie doszło” – powiedział Forfang.

Rosjanie mają w Niżnym Togile problemy z wiatrem, natomiast Niemcy, którzy w następny weekend gościć będą Puchar Świata w Klingenthal, z dodatnimi temperaturami. Muszą więc, jak miało to miejsce podczas inauguracji w Wiśle, sztucznie naśnieżać skocznię. A tu jakiś bezmyślny kierowca urządził sobie na sztucznym śniegu zgromadzonym na parkingu w Muehlleithen tor treningowy i swoim autem go rozjeździł. Trwają próby ustalenia „sabotażysty”, żeby pociągnąć go do za to odpowiedzialności. Organizatorzy zawodów w Klingenthal na oficjalnej stronie internetowej zapewniają jednak, że konkursy z tego powodu nie są zagrożone i na pewno się odbędą.