Oni po prostu tacy są

Komentatorzy życia politycznego przeżywają czasem ukąszenie mądrości.
Logika danej sprawy staje się nagle jasna i klarowna.

Komentatorzy życia politycznego przeżywają czasem ukąszenie mądrości. Logika danej sprawy staje się nagle jasna i klarowna. W pociągu TLK relacji Poznań-Warszawa spotkałem faceta zagłębionego w lekturze „Do Rzeczy”. Ja miałem „Politykę”. Co w tym nadzwyczajnego, powiecie, ludzie czytają różne tygodniki? A jednak spostrzegłem coś ciekawego: obaj czytaliśmy o tym samym – o marszałku Senatu. Wymieniliśmy się gazetami. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, co do powiedzenia na temat Tomasza Grodzkiego mają Kamila Baranowska i Rafał Kalukin. Wymieniliśmy następnie uwagi, po czym wróciliśmy do swoich myśli. I wtedy bum! Doznałem tej iluminacji. Zrozumiałem, jaki jest cel projektu politycznego pt „Tomasz Grodzki – marszałek Sejmu”.
Tomasz Grodzki, kombinowałem, jest odpowiedzią Platformy Obywatelskiej na ofensywę z lewej strony sceny politycznej. Schetyna wie co najmniej od eurowyborów, że nie jest w stanie zastopować epatującej energią, pomysłowością i zandbergowską świeżością Lewicy, a więc porzuca tę stronę i skupia się na walce o inne sektory rynku wyborczego. Najpierw skupił uwagę elektoratu PO na konserwatystce Kidawie-Błońskiej, teraz do gry wchodzi dystyngowany pan lekarz. Podczas orędzia oznajmia, że zamierza przynieść ulgę zmęczonym polityczną awanturą. Wyważony, spokojny, odpowiedzialnie szafujący słowem. On zna lekarstwo na choroby polskiego parlamentaryzmu. Zamierza być uczciwy. Nie to, co inni. Nie jest totalniakiem, to człowiek gotowy do współpracy, dla dobra Polski. Mówi z sensem, dlaczego mielibyśmy mu nie wierzyć? W końcu facet to nieskażony uczestnictwem w tzw. wielkiej polityce. Dobra, swojego czasu postulował prywatyzowanie szpitali, ale wieść o tym nie rozeszła się poza bańkę lewicową oraz prasę skrajnie prawicową, rozpłynęła się w masie doniesień wokół kampanii.
Teraz Grodzkiego ma szansę poznać szersze grono odbiorców. Wiadomo więc już, że jest również przykładnie konserwatywny. Ale ze zdrowym rozsądkiem, Przeciwnik aborcji, och przepraszam zwolennik kompromisu. In vitro? Oczywiście. Związki partnerskie? Tak, bo najwięcej z nich tworzą kobieta i mężczyzna. Marihuana? Dla pacjentów, nie dla ćpunów. Wolnorynkowiec. Model szwedzki? Przecież tam pożoga i upadek obyczajów. A zatem Grodzki to idealne narzędzie do otwarcia Platformy Obywatelskiej na elektorat centrum i umiarkowanie konserwatywny. Sprytne kierownictwo wie, że o tę grupę musi teraz rywalizować nie tylko z PiS i Porozumieniem, ale również z PSL. Skażona aferami partia sięga po człowieka budzącego zaufania i robiącego wrażenie wiarygodnego. Kierownictwo PO wie też, że PiS będzie w tej kadencji tracić, a więc wykonuje gest otwarcia na elektorat prawicowy. Mądre i racjonalne, prawda?
Ukąszenia mądrości mają jednak to do siebie, że nie zawsze prowadzą do mądrości. Wydaje się, że nadeszło zrozumienie, a jednak gówno nadeszło. Tak było i w tym wypadku. Kiedy akcja przeniosła z PKP do warszawskiego mieszkania, nadeszło opamiętanie.
Dlaczego w ogóle Platforma Obywatelska miałaby wykrzesać z siebie spójny i racjonalny przekaz zorientowany na konkretny cel? Przecież nie potrafiła tego zrobić przez 18 lat istnienia. Partia, która rządziła przez dwie kadencje, nie była w stanie stworzyć choćby zrębów warunków do utrwalenia własnego panowania. Kompletnie nie potrafiła przez ostatnie lata rządów czytać nastrojów społecznych, otwierała pola konfliktu, zaniedbywała nabrzmiałe problemy, raziła arogancją. Jako opozycja też nie miała też na siebie pomysłu, dając tylko nieco bardziej sprawnemu politycznie PiSowi pole do popisu. Jakie wartości w ogóle są ważne dla jej polityków? Żadne. Co ich napędza w polityce? Odmawianie innym prawa do stabilności? Pogarda klasowa? Chyba raczej poczucie wyższości, świadomość tego, że są w społeczeństwie ludzie ubożsi od nich, a więc w ich przekonaniu głupsi. To daje im moc.
Znajoma, która miała okazję objechać kraj z działaczami PO, opowiedziała mi, jak zachowywali się wobec zwykłych ludzi. Oto przyjechałem ja, ważny pan poseł, zrobiłem to dla was, ruszyłem się z Warszawy, żeby tu z wami posiedzieć, więc doceńcie to robaki i nie zawracajcie mi dupy Waszymi pierdołami. Sam zaś byłem świadkiem, jak posłanka Joanna Mucha, podczas debaty zorganizowanej przez Kulturę Liberalną utyskiwała, że spotkania z wyborcami to niebezpieczna sprawa, bo ludzie są niemili, a i agresywni bywają. Ciekawe czemu, prawda? I dlaczego partia złożona niemal wyłącznie z ludzi o takim podejściu miałaby teraz błysnąć genialnym ruchem z marszałkiem Grodzkim?
Otóż nie błysnęła. Wybrali Grodzkiego, bo się jako tako nadawał, dobrze się prezentuje, ma tytuł profesorski i był do tej pory człowiekiem spoza. W sprawach światopoglądowych jest odbiciem linii partii. Rafał Kalukin z „Polityki” który twierdzi, że „za sprawą marszałka Grodzkiego i senackiej większości zdarzyła się szansa na wyeksponowanie odmiennego porządku wartości, nowej wrażliwości i języka. A to już spory kapitał do przyszłej zmiany politycznej”, zaniemógł na przypadłość, która przydarza się czasem każdemu komentatorowi politycznego – potrzebę odnalezienia misternego planu, racjonalnego schematu działania, którego błyskotliwą dekonstrukcję można potem roztoczyć przez czytelnikami. Tu nie ma żadnego planu, oni po prostu tacy są.

Każdy z marszałkiem Senatu

Swoje stanowisko w sprawie Senatu przedstawił w swoim oświadczeniu w czasie konferencji prasowej w Sejmie przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty. Przytaczamy je w całości.

Obecnie toczy się dyskusja w sprawie Senatu i należy przypomnieć, iż to Lewica zaproponowała koncepcję Paktu Senackiego. Negocjacje składu osób, które wystartują w ramach tego Paktu trwały bardzo długo. I ta koncepcja odniosła sukces. 4 lata temu startowało 460 osób, w tym roku 240. Lewica, KO oraz PSL mają swoich senatorów. Mamy taki efekt, ponieważ wydyskutowaliśmy taki kształt. Kłaniam się nisko Polskiemu Stronnictwu Ludowego, ale też przypominam, że i my nie byliśmy zachłanni. Lewica ma 2 senatorów, a PSL ma 3, jest też kilku senatorów niezależnych.
Kształtuje się prezydium Senatu i jeżeli ta większość 51 senatorek oraz senatorów się utrzyma, to nasze stanowisko w tej sprawie jest następujące. Po pierwsze, nie jesteśmy chętni do rozmowy przez media. Nie jest dobrym pomysłem, aby kandydatki lub kandydata na szefa Senatu zgłaszać poprzez media. Po drugie, jesteśmy otwarci na rozmowy w ramach Paktu Senackiego. Po trzecie, prowadzimy te rozmowy z PSL-em, w bardzo przyjacielskiej i rozsądnej atmosferze. Po czwarte, w prezydium Senatu powinni się znaleźć przedstawiciele PO, PSL, Lewicy, niezależnych oraz PiS-u.
Jesteśmy chętni do podjęcia rozmów w tej sprawie, jak przyjdzie na to czas, gdyż jak na razie senatorki oraz senatorowie nie odebrali swoich nominacji. Czekamy na sygnał od największej partii. Szanujemy to, że Platforma ma najwięcej senatorów., ale stało się tak, ponieważ tak ustaliliśmy. Lewica mogła zgłosić 70 kandydatek i kandydatów do Senatu, PSL również mógł zgłosić swoje 70 osób, ale tego nie zrobiliśmy. Dlaczego mówimy to na konferencji prasowej? Ponieważ znamy historię. Wymyśliliśmy Pakt Senacki i następnie przez miesiąc czekaliśmy na kontakt w tej sprawie. Wydaje nam się, że konferencje prasowe przyspieszą takie procesy. W tej sprawie to jest ostatnia konferencja, ale jeżeli to nic nie da, to sami zadzwonimy, ponieważ lubimy rozmawiać.

 

Księga Wyjścia (18) Ballada o biedzie z pełnymi ustami

Nogi się pode mną ugięły gdy zobaczyłem zaproszenie zatytułowane „Protokół dyplomatyczny Ambasady Republiki Białoruś”. Zapraszali na obchody Święta Niepodległości, które wypada 3 lipca. Tego dnia wyzwolony został Mińsk i tę datę przyjęto jako święto narodowe. Oczywiście, to bardzo miła niespodzianka.Od lat nikt nie traktował mnie z taka atencją i od lat również nie bywałem.

Jest pewna grupa, która zajmuje się bywaniem, przez co oszczędza na jedzeniu, nawet nie nawiązując nowych znajomości. Po prostu kiedyś gdzieś pracowali, coś robili i dlatego ich nazwiska zostały w bazie protokołów dyplomatycznych różnych konsulatów czy ambasad. To jedna grupa bywalców. Druga jest znacznie ciekawsza, bo przy okazji wychodzi cała polska hipokryzja.
W przeciwieństwie do tych pierwszych, których dress code nie dotyczy, wpadłem w panikę. Zależało mi na ponownym wejściu z podniesioną głową do grona zapraszanych, to zawsze wpływa korzystnie na funkcjonowanie w tym zawodzie. A to nowe kontakty, znajomości, no i najważniejsze – „się bywa”.
Miałem jednak problem, zmieniła się moja objętość, a wraz z nią również powierzchnia. Krótko mówiąc – nie miałem się w co ubrać. Zresztą, i tak wszystkie ubrania okolicznościowe byłyby już za ciasne, gdybym je jeszcze posiadał. Podczas remontu i meblowania zwyczajnie pozamieniały się w szmaty. A to marynarka się naderwała, a to spodnie pochlapały farbą. Nie miało to jednak znaczenia bo nawet gdyby nic im nie było, to i tak byłyby za małe. Czyli kupowanie wszystkiego od początku. Zacząłem od tego, czego akurat kupować bym nie musiał, bo stopa wciąż ma ten sam rozmiar, ale ze wspomnianych, tych innych przyczyn kupić jednak musiałem. Jak już wspomniałem jest całkiem spora grupa ludzi, którzy mają w dupie dress code i nawet na takie uroczystości przychodzą ubrani dokładnie tak samo jak na działkę. Chciałem jednak zrobić wrażenie i pokazać, że mimo wszystko podniosłem się po kolejnym upadku. Chcąc nie chcąc zgromadziłem wreszcie pasujący, całkiem niezły komplet. Część kupiłem, część pożyczyłem, a nawet dostałem.
Była to też świetna okazja, by wyrwać się z Puław. Wprawdzie same obchody trwały dwie godziny, to zostałem w Warszawie na cały tydzień. Od kiedy wyszedłem ze szpitala, jakoś brakowało mi tego impulsu i determinacji, żeby wsiąść w jakiś pojazd i przyjechać na kilka dni do miasta, w którym mieszka większość moich znajomych. Była to więc również świetna okazja, by nadrobić zaległości towarzyskie.
Samą uroczystość zorganizowano perfekcyjnie, bez bizantyjskiej przesady i fałszywej skromności. Zdziwiła mnie jedynie obecność wicemarszałka Sejmu Ryszarda Terleckiego i Janusza Korwin-Mikkego. Ten pierwszy, pomijając fakt, że Mińsk wyzwoliła Armia Czerwona, dokładnie ta sama, która wyzwoliła Polskę, zostawiając tysiące poległych żołnierzy pomiędzy Bugiem a Odrą, żołnierzy – w tym również Białorusinów – których pomniki teraz się burzy. Marszałek pała także miłością do tzw. „wyklętych”, którzy – jak choćby „Bury” – wsławili się mordowaniem Białorusinów. Dlatego jego obecność wydała mi się czymś niestosownym, tym bardziej, że od razu napełnił talerz i skupiony na jedzeniu przestał całą imprezę w jednym miejscu przełykając coraz to nowe dania. Drugi natomiast – JKM – przeciwnik rozdawnictwa, zwolennik tezy, że za wszystko trzeba płacić, bardzo rzadko oddalał się od stołu, gdzie wciąż donoszono nowe potrawy i o dziwo nie wystawiano rachunku. Chyba biedak się przejadł, bo po zakończeniu imprezy staliśmy jeszcze chwilę ze znajomymi w hotelu, gdzie bankiet się odbywał, widziałem więc jak opuścił salę i musiał usiąść na fotelu, eksponując wypełniony brzuch. Tak, jak siadają ludzie, gdy przesadzą podczas świąt.
Przyjechałem znacznie wcześniej i czekałem na znajomych w holu. Miałem prawie godzinę by obserwować wchodzących gości. Trudno było opanować uśmiech, gdy zobaczyłem Janusza Piechocińskiego, w zamierzchłych czasach, gdy często bywałem na różnego rodzaju oficjalnych rautach, J. Piechociński zawsze pojawiał się pierwszy. Minęło dwadzieścia lat, a tak jakby nic nie minęło – pomyślałem w duchu, rycząc jednocześnie ze śmiechu.
Teraz możemy porozmawiać o biedzie. Tak, właśnie o biedzie. Gdy byłem na samym dnie mogłem jedynie krzyczeć, ale krzyk ten do nikogo nie docierał. Większość biedaków milczy. Bo bieda się wstydzi. Rencista z pierwszą grupą dostaje 1030 złotych brutto, czyli niecałe 800 na rękę i jednocześnie zakaz pracy jakiejkolwiek. Dokładnie tyle samo wynosi najniższa emerytura. W stolicy niemal każdego dnia jest jakaś większa lub mniejsza impreza, na którą zapraszani są ci sami ludzie. Imprezy organizowane przez firmy, ambasady, z okazji lub bez. Ludzie, którzy bywają, najadają się do syta i zazwyczaj zarabiają niezłe pieniądze na stanowiskach państwowych, w mainstreamowych mediach, spółkach, których obecność jest bardzo pożądana, celebryci telewizji śniadaniowych opowiadający o „wyjściu ze strefy komfortu” lub działacze polityczni, których zarobki również do najmniejszych nie należą. Tacy właśnie działacze potrafią wyliczyć, że minimalna renta lub emerytura w wysokości 800 złotych na rękę wystarczy, ponieważ nie biorą pod uwagę jedzenia. Dobrze zrobiła mi ta przerwa, dzięki temu mogłem z boku zobaczyć jak to naprawdę wygląda. I teraz na chłodno możemy o tym pogadać.
Ludzie, którzy do południa mają gęby pełne frazesów, wieczorem napełniają je bezpłatnym żarciem podawanym w ekskluzywnym lokalu. Efekt zazwyczaj jest podobny, bo tak czy inaczej wychodzi z tego gówno.
Żyjąc w takim matrixie, faktycznie można wyliczyć, że osiemset złotych miesięcznie wystarczy, ale na dojazdy do tych lokali. Każdy, kto wyłamie się z tego schematu i upomni o tych którzy „nie bywają” automatycznie zostaje okrzyknięty populistą.
Szkoda tylko, że uwaga gości koncentruje się głównie na jedzeniu, a często oprawa i sama uroczystość jest fantastyczna. Patrząc z boku, żal mi było wysiłku Ambasadora włożonego w całą jej organizację. Jedną z atrakcji była jedna z najbardziej znanych i cenionych białoruskich śpiewaczek – nazwiska nie pamiętam, która zaraz po występie poleciała do Mińska, gdzie następnego dnia miała również wystąpić. Przez cały czas na ogromnym ekranie przewijały się fragmenty filmów nawiązujących do historii Białorusi.
Tym razem felieton zdominował opis imprezy – imprezy o której uczestnicy już dzisiaj nie pamiętają, bo nakładają jedzenie w innym hotelu, podczas innej okazji, zaproszeni przez kogoś innego. Pewnie też bym o niej nie pamiętał, gdyby nie to, że miałem bardzo długą przerwę. Dzięki temu mogłem z dystansu przyjrzeć się życiu „elit” i przypomnieć sobie, jak się robi politykę. Kłótnie, przepychanki i awantury są na użytek widzów, wieczorem, gdy przyjdzie co do czego i tak wszyscy spotkają się przy jednym kociołku, nakładając sobie nawzajem mięso lub ciasta. Dziwi mnie jedynie to, że przy tak rozgrzanych emocjach politycznych społeczeństwa, mogą tak spokojnie napychać żołądki. Gdy ludzie, którzy im uwierzyli naprawdę się wkurzą i wyją na ulicę, to co powiedzą? Żartowaliśmy? Te kłótnie to na niby?
Tak, tu zdradzę kolejne kuriozum. Politycy, którzy podczas programów telewizyjnych skaczą sobie do gardeł, do tego stopnia, że prowadzący nie może ich opanować, gdy tylko gasną kamery, w najlepszej komitywie idą razem na kawę. A gdzieś w Polsce brat nie rozmawia z bratem, bo mają różne poglądy i głosują na innych kandydatów. Tak wygląda polityka i tak wygląda bieda z perspektywy polityki. cdn