Księga Wyjścia (66)

Ballada o polityce.

Jesień nie odpuszcza, uwięziony w domu staram się uciec w świat wyobraźni, nie jest łatwo, nawet cholernie trudno. Ale gdy już się uda, to nie chce się stamtąd wracać. Kto i dlaczego popsuł świat. Za wysoki level. Zejdźmy więc niżej.
Kto i dlaczego popsuł kraj? Nie będę referował historii afer trzeciej RP, nie będę już wracał do tego co było. Zostawmy to, ewentualnie odłóżmy na półkę. Przynajmniej na chwilę.
Większość z nas oberwała po łbie od kapitalizmu, nie wiem czemu mylnego z demokracją. Kapitalizmu, który jest najbardziej zbrodniczym system na świecie. Najwięcej zbrodni, mordów, wojen, intryg, zdrad czy sprzeniewierzeń powodowała chęć zysku. Wszystko dla, i za pieniądze.
Katoliku, jeśli wierzysz że ktoś taki jak Jezus istniał naprawdę, musisz uznać go za socjalistę. Natomiast według jednej z ewangelii zwolennikiem kapitalizmu był Judasz, który za trzydzieści srebrników sprzedał go władzom. To fragment chrześcijańskich wierzeń zawartych w Nowym Testamencie, ponieważ niektórzy wciąż je wyznają, a ostatnią rzeczą jaka zamierzam jest obraza ich uczuć, będę pisał dużymi literami wszelkie istotne dla tej wiary określenia i tytuły.
Może wiec tą drogą przekonam Was gdzie jest granica. Nie będę cytował Marksa, Lenina, Trockiego czy współczesnych twórców myśli socjalistycznej. Żyjemy w świecie postindustrialnym i większość przekazu trzeba uaktualnić. Podobnie jak robi to kościół z „Pismem Świętym”. Interpretuje i wybiera. Nie będę też zagłębiał się w dobór ewangelii w Nowym Testamencie, to też już nie jest istotne.
Ale bardzo istotnym jest to, że byt pod nazwą „Trójca Święta” wymyślił rzymski cesarz Konstantyn. Zrobił to, by ludzie mogli pojąć w jaki sposób Bóg jest jeden, ale ma syna, który też jest Bogiem i w zanadrzu jeszcze Ducha Świętego o równie boskim statusie. W całej treści wszystkich ksiąg, nie znajdziecie wzmianki o Trójcy Świętej. Tak właśnie cesarz Konstantyn zaktualizował system operacyjny o nazwie „chrześcijaństwo trzy, nowej ery”, a że przyjęło się świetnie i zostało zrozumiane, funkcjonuje więc doskonale do dzisiaj. Dlaczego o tym piszę w felietonie o kapitalizmie jako systemie nie gospodarczym, a społecznym.
Z prostej przyczyny, też należy go zaktualizować, tak by na bieżąco docierać do ludzi, którzy są naturalnym elektoratem lewicy, czyli nieświadomych socjalistów, głosujących na wciskających im kit – kapitalistów. Szef na wczasach gdzieś na Kajmanach, tobie dał dwie stówy premii, a wiesz ile zapłacił za kolację? Napiwek był wyższy, niż twoja premia biedny pracowniku.
System ten, zamiast zostać w granicach świata dziewiętnastowiecznej gospodarki, pod maską demokracji i dobrobytu wkradł się w codzienność dwudziestego pierwszego wieku, do tego stopnia, że najbiedniejsi dostają drgawek gdy słyszą słowo socjalizm. Czym wiec jest ten kapitalizm w sferze społecznej.
Czytałem kiedyś wspomnienia córki Trumpa, Tiffani czy Ivanki – nieważne. Opisywała swój wieczór z ojcem.
Ponieważ były prezydent USA, a w opisywanym przez nią czasie jeszcze niedoszły – nigdy nie zarobił jakiś większych pieniędzy. Wszystkie inwestycje przynosiły straty, a majątek to zwykły piar podlewany przez nieustanne kredyty. Cóż, facet jest sprytny, miał rodziców, dał radę.
Wspomniana córka wspominała, jak idąc pewnego dnia z ojcem zobaczyła żebraka, Trump również go dostrzegł. Wskazał palcem na człowieka i zwrócił się do niej: „widzisz tego żebraka? Jest o osiem miliardów dolarów bogatszy ode mnie”. Powiedziała wzruszona i podzieliła się tym jaki poczuła wtedy smutek i jak wtedy zrobiło się jej żal ojca.
O bezdomnym nic – powietrze. Wtedy zaświeciła mi się lampka, jeśli tak, to czemu nie ten żebrak, ale biedniejszy od niego Trump z córką wydają kilka tysięcy baksów na żarcie, które zafundował im ten „bogaty żebrak”, trochę jak z Rydzykiem i samochodami.
Tylko żebrak Rydzyka był świadomy darowizny, natomiast żebrak Trumpa nie miał o tym pojęcia. Nie wiedział, że zwyczajnie systemowo został okradziony, że nic nie wiedząc zapłacił za jadło i napitek „troskliwego ojca” i jego córki.
Podobnie jak wielu jego towarzyszy niedoli nie miał pojęcia, ze facet w limuzynie i najdroższych ciuchach, jest na jego utrzymaniu – to było zanim został prezydentem. Osiem miliardów dolarów, to kwota, której równowartość przekracza budżet wielu państw.
I to jest chyba współczesna kwintesencja kapitalizmu no i furtka, którą ten ściek przemknął ze świata finansów, do życia społecznego.
Czy można ją teraz zamknąć? Czy da się rozdzielić władzę, publiczne pieniądze od prywatnego kapitału? Teoretycznie tak, ale w praktyce będzie to trudniejsze niż rozdział kościoła od państwa.
Co teraz mamy: zrujnowany kraj, skłóconych ludzi, a jedyną zadowolona grupą społeczną są politycy, którzy skrzętnie pilnują, by ludzie pozostali w ciągłym chaosie.
Dlaczego? Przecież opozycja parlamentarna zawsze popiera wszelkie społeczne protesty, wyłuskuje jednostki, które mami a potem przechwytuje. Obecny podział społeczny powinien przebiegać wzdłuż linii politycy i obywatele.
Kłótnie i swary to igrzyska, podczas protestów uwagę skupiamy na stojących w kordonie policjantach, podczas gdy politycy piją wspólnie kawę i zerkają przez okna luksusowych apartamentów jak ktoś kogoś tłucze, jak to policja szarpie uczestników itp. Uśmiechając się ukradkiem.
Zamiast kierować wściekłość na mundurowych, którzy stoją bo taki dostali rozkaz, trzeba wyłapać z tłumu gości z ABW.
Pamietam jak wiele lat temu, po jakiejś zadymie wbiegłem do pierwszej lepszej bramy, natknąłem się tam na jakiegoś szczyla z naszą, czerwoną flagą pod pachą, przez radio przekazywał relację przełożonym. To było jeszcze w czasach gdy zamiast ABW był UOP.
Zapewniam Was drodzy czytelnicy, że za cholerę nie domyślacie się kto jest ich wtyką w Waszych szeregach.
A w meistrimie gra pozorów i gejzer wzajemnej nienawiści, by po zgaszeniu świateł i wyłączeniu kamer wspólnie wypić kawę w studyjnym barku, lub w dobrej komitywie pojechać razem na wódkę. To nie jest wojna miedzy PiS a PO, to jest wojna miedzy społeczeństwem a politykami. Ich jest kilkuset, nas kilka milionów, zróbmy reset poglądów, zapomnijmy o nich bo inaczej nigdy nic się nie zmieni.
Wyobraźcie sobie, że jesteśmy my – ludzie i oni – politycy. Jesteśmy jak dwa psy zamknięte w tej samej klatce z jedną miską. Politycy wyłapują liderów i tym samym przechwytują społeczne protesty.
Z pierwotnego Strajku Kobiet co zostało? Marta Lempart? Jeśli potraficie odrzucić ich umizgi, niektórych – w ten czy inny sposób – przekupują, jeśli potraficie zapomnieć na chwilę o swoich sympatiach i antypatiach.
Potraktować poglądy jak powietrze, to może byłaby szansa. Wtedy nowa ordynacja i nowe wybory, by to naprawić musimy wrócić do punktu w którym wszystko zostało zepsute.
Wyobraźmy sobie Sejm bez d’Honta i progu. Po prostu okręgi wyborcze, a w każdym określona liczba mandatów. Zakaz prowadzenia kampanii, poza tą finansowaną z pieniędzy publicznych, lista wyborcza jedna i alfabetyczna.
Gdy kiedyś wrzuciłem ten pomysł na FB natychmiast zrobił się szum, że już tak było, że Sejm był rozdrobniony i rząd ledwo sobie radził. No i dobrze. Od tego jest rząd, dlaczego mam się tym martwić, że muszą dogadać się z reprezentantem każdego polskiego środowiska – bo im bardziej rozdrobniony Sejm – tym więcej do powiedzenia ma zwykły obywatel.
Umniejszymy tym oczywiście miłość własną posłów, ale zyskamy zainteresowanie naszymi sprawami. Daliśmy się napuścić, że trzeba wprowadzić próg i system d’Honta, bo rozdrobniony Sejm jest nieprzewidywalny i niesterowalny. Rząd ma kłopoty, nie może dojść do porozumienia, bo jest w centrum interesów wszystkich grup społecznych, nie tylko tych, które za pomocą pieniędzy osiągnęły dobry wynik, ale tez musi dogadać się z lokalnymi politykami dbającymi o swoje okręgi.
Nie chcę już posłów, którymi steruje jakiś klub lub partia. Chcę parlamentarzystów, którymi sterują sami wyborcy. Nie chcę rządu, który stworzył iluzoryczne państwo, znudzony podejmowaniem i przyklepywaniem tych samych decyzji, które wcześniej premier ustalił ze swoją partią, lub dostał wytyczne od jej prezesa. Chcę premiera i rządu, którzy zdołali przekonać 460 posłów, reprezentujących interesy 460 społecznych i regionalnych grup, by powierzyć im ten urząd.
Nie chcę zakulisowych gierek, chcę przejrzystości, jasności, bez możliwości interpretacji w wygodną dla urzędnika stronę.
Oczywiście, nie można wykluczyć, że ten i ów nie zechce połakomić się na łapówkę, może da się skorumpować. Czasem nie potrzeba do tego pieniędzy. Każdy z nas jest w jakimś stopniu próżnym, wystarczy więc odpowiednio podejść, tak by dolać benzyny do ognia narcyzmu.
Będzie to jednak znacznie trudniejsze. Lobbyści zamiast z jednym, będą musieli przekonać – przekupić – większość. Jeśli mądrze wybierzemy, to im się to nie uda. A jeżeli nawet kupią sobie pięciu, trudno, ale tych pięciu już będzie widać, drugi raz nie zasiądą w poselskich ławach. Ich wyborcy to dostrzegą w największym nawet chaosie.
Czy tak wyobrażam sobie świat idealny? Nie, ale od czegoś powinniśmy zacząć. Potem możemy wznowić wojnę na dole, tylko chyba już nie będzie takiej potrzeby.

Głos lewicy

Działaczki są rozżalone

Oświadczenie Inicjatywy Feministycznej w sprawie startu w wyborach parlamentarnych 2019

Ruchy feministyczne, z których wywodzi się partia Inicjatywa Feministyczna, to jak dotąd jedyna siła, która była w stanie postawić tamę pisowskiemu psuciu państwa i prawa. Naszym naturalnym sojusznikiem od zawsze były ruchy progresywne. Lewicę zawsze postrzegałyśmy jako oczywistego partnera w polityce.
Niestety, jak to się mówi, uczucie okazało się nieodwzajemnione. Trzech przywódców lewicowych partii nie przewidziało miejsca na listach dla feminizmu. W rozmowach postawiono nas przed faktem dokonanym: na wszystkich listach pierwsze trzy miejsca są już ustalone, nie do ruszenia. Choć owe „trójki” nie były jeszcze nawet ogłoszone, a wciąż znane jedynie sztabowi i (mamy nadzieję) samym zainteresowanym.
Co zszokowało nas chyba najbardziej, to fakt, że nie padło zaproszenie do współtworzenia czy konsultowania programu. (…) Inicjatywa Feministyczna od czterech lat naciska na zjednoczenie lewicy, współpracując z każdą lewicową siłą, która się o to do nas zwróciła. Jednocześnie pracowałyśmy nad obecnością prokobiecych postulatów w publicznej debacie, tłumacząc, jak walka z dyskryminacją, uznanie prawa do samostanowienia czy nawet uważne używanie języka (żeńskie końcówki!) może być drogą do lepszej, bardziej sprawiedliwej rzeczywistości.
(…)
Niestety dziś nie mamy żadnej gwarancji, że te postulaty będą realizowane. Czujemy, że musimy to jasno powiedzieć. Wiele wspaniałych kobiet, które są na listach lewicy i które ramię w ramię z nami protestowały i budowały feministyczną świadomość w Polsce, nie będzie miało istotnego wsparcia w prowadzeniu feministycznej polityki. Przypominamy, że połowę polskiego społeczeństwa stanowią kobiety. Bez ich głosów lewica nie ma szans w nadchodzących wyborach. (…)
Gdybyśmy przyjęły zaproponowaną nam konwencję współpracy, zdradziłybyśmy nasze siostry i sojuszniczki z ulic polskich miast, spod Sejmu i Senatu, z Manif i z Marszów Równości. Uparcie wierzymy, że inna polityka jest możliwa. Przyrzekamy, że zrobimy wszystko, żeby stała się rzeczywistością. Patriarchat nie przejdzie!
Mimo wszystko apelujemy o udział w głosowaniu 13 października. Wybierzmy te i tych, którzy stawiają na pierwszym planie progresywne wartości, szacunek i godność każdego i każdej. Bo równouprawnienie i demokracją są tak naprawdę polityczną sumą szacunku, wyrozumiałości i solidarności. I tego właśnie życzymy w tych wyborach sobie i wszystkim Polkom i Polakom.

Już nie odpuścimy WYWIAD

Pod hasłem „Bez wstydu, bez lęku, bez strachu” odbył się w niedzielę w Warszawie marsz na rzecz dostępu do legalnej i bezpiecznej aborcji. Zorganizowało go sześć organizacji: Aborcyjny Dream Team on Tour, Warszawski Strajk Kobiet, Inicjatywa Pracownicza, Stowarzyszenie na rzecz Polityki Zdrowotnej Opartej na Nauce, Antyfaszystowska Warszawa oraz Porozumienie Kobiet 8 Marca. Marsz był następstwem dorocznego Światowego Dnia Bezpiecznej Aborcji, który obchodzony był w minionym tygodniu. Poniżej rozmowa z liderką Ogólnopolskiego Strajku Kobiet Marta Lempart – rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Mojej i starszej generacji przez ponad ćwierć wieku, mimo wielkich wysiłków, nie udało się posunąć sprawy walki o prawa kobiet, w tym prawa do wolnej aborcji nawet o krok, nasza aktywność była jak „orka na ugorze”. W ostatnich latach także nie było realnych sukcesów. Tymczasem ruch kobiet zapoczątkowany „Czarny Protestem” z 3 października 2016 roku osiągnął w walce o prawo do aborcji w ciągu dwóch lat nieporównanie więcej niż wszyscy poprzednicy razem wzięci. Jak to się stało?

Tak, jesteśmy już w zupełnie innym miejscu. Przede wszystkim zmienił się język. Można rozmawiać normalnym językiem, którego można się nie bać, nie mieć kompleksów, że nie rozumie się teoretycznego, abstrakcyjnego, ekskluzywnego języka poprzednich debat. Wiele kobiet go po prostu nie rozumiało i to stanowiło dla nich poważną barierę przed włączeniem się w ten dyskurs „mądrali” w mediach i organizacjach. Zmiana języka na prosty, bezpośredni, odwołujący się do konkretów, pozwoliła na włączenie się w aktywność wielu kobietom, które bały się w tamtych warunkach zabrać głos. Poza tym my, ludzie mojego pokolenia, wchodząc w życie publiczne, zrobiliśmy to bez kompleksów, bez strachu, bo obecny świat był światem, który zastaliśmy. To się odzwierciedla także w poziomie poparcia dla prawa do aborcji, które po wieloletnim spadku znów wzrosło. Nie mieliśmy żadnych lęków w tyle głowy, tylko determinację w dążeniu do celu.

 

Gdy w 1993 roku uchwalano obecną restrykcyjną ustawę antyaborcyjną, wiele uczestniczek i uczestników Ogólnopolskiego Strajku Kobiet i innych ruchów na rzecz praw kobiet nie było jeszcze na świecie. Może jest tak, że one po prostu nie mają, że wy nie macie w tyle głowy barier psychologicznych, lęków typowych dla poprzedniego pokolenia i występującej w nim często odruchowej, uwarunkowanej historycznie uniżoności wobec kleru?

Na pewno tego nie mamy. Jak powiedziałam, my tę rzeczywistość zastaliśmy, ona była już gotowa, była przez nas od razu oswojona. Mamy poczucie swojej wartości i świadomość swoich praw. Jednym z powodów wybuchu protestu sprzed dwóch lat było to, że dziewczyny uświadomiły sobie, że ostra kryminalizacja aborcji bardzo wysoko podniesie ceny zabiegów przerywania ciąży, tak że staną się one dla wielu z nich niedostępne, a kredyty bankowe są drogie. Dlatego nie było innego wyjścia jak wystąpić z ostrym protestem.

 

Czyli odezwał się także pragmatyzm waszej generacji, chłodne, racjonalne podejście do życia, asertywność i zwyczajna umiejętność liczenia…

Tak, bo to nie tylko wkurzenie na próbę zabrania nam naszych praw, ale także efekt racjonalnej kalkulacji życiowej, niezgoda na to, że ktoś chce grzebać w naszym życiu, chce nim sterować. My sobie na to nie pozwolimy.

 

Za restrykcyjnym prawem antyaborcyjnym, także w obecnym kształcie, stoi przede wszystkim Kościół katolicki. Teraz jednak, po ujawnieniu afer pedofilskich, w warunkach silnego nacisku i krytyki jakiej podlega, w atmosferze wytworzonej także przez film „Kler”, będzie mu trudniej walczyć z kobietami i ich aspiracjami…

Tak, oni się przerazili tym wybuchem. Szczególnie przerazili się protestami w małych miejscowościach, na prowincji. My w Warszawie czy we Wrocławiu moglibyśmy sobie protestować do woli.

To nie miałoby większego znaczenia poza tym, że łapiemy kontakt z mediami, że pojawiamy się w telewizji, w Internecie, w prasie, że nagłaśniamy naszą działalność. Dopiero jednak gdy kler zobaczył, że w setkach malutkich miejscowości protestuje po kilkadziesiąt kobiet, to zrozumiał, że nieograniczona władza nad „owieczkami” wymyka mu się z rąk, że się już kończy. To dobrze, że sąd ostatnio zasądził odszkodowanie od ofiary księżowskiej pedofilii. Kościół jak ognia boi się kar finansowych, a gdy worek ze sprawami pedofilskimi się rozwiąże, takie wyroki zaczną zapadać masowo.

 

W swoim wystąpieniu na konferencji powiedziała Pani o niskim poziomie debaty sejmowej nad odrzuconym projektem „Ratujmy kobiety”…

Jestem osobą twardą, nie załamującą się, nie przyjmującą do wiadomości, że czegoś nie da się zrobić. Jednak gdy po żenującej debacie, która właściwie nie miała nic wspólnego z prawdziwą debatą, taką jaką obserwowałam choćby w Argentynie, Sejm, także głosami posłanek i posłów rzekomo demokratycznej opozycji, odrzucił nasz projekt „Ratujmy kobiety”, to na krótką chwilę załamałam się, pomyślałam, że tu nic nie da się zrobić. Ale na krótką chwilę, bo utwierdziło mnie to w przekonaniu, że żadnemu parlamentarzyście i żadnemu kandydatowi do Sejmu nie wolno już teraz odpuścić. Przez najbliższy, przedwyborczy rok nie damy im żyć, będziemy domagać się jasnej deklaracji w kwestii ich stosunku do prawa do legalnej aborcji na żądanie. I nie pozwolimy im się wymigać ogólnikami, unikami typu, że „jeszcze nie mam zdania”, „zobaczy się” i tym podobnymi. Ci którzy unikają jednoznacznych deklaracji są nie mniej szkodliwi dla naszej sprawy niż otwarci „prolajfowcy”, fanatyczni antyaborcjoniści. W realnej polityce liczy się efekt.

 

Jeśli sądzić po minimalnej, przynajmniej jak na razie, liczbie parlamentarzystów, którzy podpisali deklarację brukselską w sprawie bezpiecznej aborcji, nie będzie łatwo…

A to już ich zmartwienie, czy chcą czy nie chcą jej podpisać. Ja tego nie śledzę. Wiem, że nie odpuścimy im ani na jotę, przez najbliższy rok nie damy im spokoju. Niektórzy stawiają nam zarzut, że „w stu procentach zajmujemy się aborcją”, sprawą prawa kobiet do aborcji, że mniej interesujemy się innymi aspektami praw kobiet. Nie interesujemy się mniej, ważne są dla nas także inne kwestie, ale będziemy w stu procentach zajmować się aborcją, bo to jest sprawa, którą trzeba załatwić do końca.
Dziękuję za rozmowę.