Wychowanie w bibliotece i koniec marzeń o idylli Recenzja

We wstępnym rozdziale tego zbioru, zatytułowanym „Proszę nie czytać przy jedzeniu”, Marta Wyka, wybitna historyk i krytyczka literatury z Uniwersytetu Jagiellońskiego daje do zrozumienia, że będzie on silnie podszyty elementem wspomnieniowym. Zwłaszcza, gdy przywołuje zamierzchłe rozmowy z Tomaszem Burkiem o młodzieńczych lekturach francuskich (n.p. o „Rodzinie Thibault” R.M. du Garda czy prozie Fourniera i Radigueta), ale też niefrancuskich, choćby o „Czarnych skrzydłach” Kadena Bandrowskiego czy Teodorze Klonie (Stefan Kisielewski) i jego „Zbrodni w dzielnicy Północnej”. Prawdę jednak powiedziawszy, recenzje kilku niedawno wydanych książek, które tworzą część „Książki przebrane”, przebiegłem dość szybko, podobnie jak szkice o Marii Dąbrowskiej, Wisławie Szymborskiej czy Ewie Lipskiej i zmierzałem przede wszystkim do obszernych „francuskich” partii książki, poświęconych Albertowi Camus ale także Janowi Błońskiemu jako jednemu z najbardziej wnikliwych i kompetentnych odbiorców i komentatorów literatury francuskiej w Polsce, o czym niestety można mówić dziś już tylko w czasie przeszłym. Odsyłam czytelników do szczegółów rozważań Wyki o Camusie ( w tym m.in. o jego relacjach z Czesławem Miłoszem czy o jego roli w kulturze francuskiej), bo ich problematyka jest zbyt złożona, by ją tu zreferować, a poza tym zajmuje lwią część zbioru. Odniosę się tylko do wstępnej uwagi Wyki poświęconej „Obcemu” Camusa: „Nikt, jak się wydaje, nie odkrył jeszcze, na czym polega trwająca od lat czterdziestych ubiegłego stulecia siła tego tekstu”. Otóż to! Zadziwiająco koresponduje ta uwaga z moją własną fascynacją „Obcym” z czasów młodzieńczych, co „zaowocowało” moim wypracowaniem na jego temat w ramach egzaminu wstępnego z języka polskiego do liceum ogólnokształcącego. Dla mnie też pozostała tajemnicą przyciągająca siła tego tekstu dla ówczesnego 15-latka (1972). Camus Wykę najwyraźniej bardzo fascynuje skoro poświęciła mu tak wiele miejsca w swoim zbiorze, ale sama zauważa, że „nie ma już tamtych emocji”, które żyły w latach 50-tych i 60-tych wokół postaci Camusa. Obawiam się, że nie ma już także tamtych myśli i tamtych humanistycznych złudzeń i że twórczość twórcy „Obcego”, „Upadku” czy „Kaliguli”, przy wszystkich jej walorach literackich, możemy dziś odbierać już tylko jako część archiwum historii myśli i literatury. Można oczywiście pocieszać się uniwersalizmem niektórych aspektów postawy i dzieła Camusa, ale to jest ten poziom uniwersalizmu, który pasuje do wszystkich czasów, ale niczego już ani nie wyjaśnia, ani tym bardziej nie załatwia, ani nawet w niczym nie pomaga. Po prostu, ten rodzaj wrażliwości etycznej i filozoficznej, którą reprezentował Camus, przeszła do lamusa, a nawet jeśli jeszcze istnieje, to już nie jak niegdyś, w centrum debaty, ale w jej niszach, na jej marginesach. Jak mówił pewien znany krakowski ksiądz w najkrótszym kazaniu świata: „Bracia i siostry! Chamiejemy”. Wyka deklaruje się jako frankofilka i obszernie opowiada o swoich fascynacjach Francją i jej literaturą, z którą przygoda, tak jak i w przypadku piszącego te słowa, zaczęła się od „Hrabiego Monte Christo” i „Trzech muszkieterów” Aleksandra Dumasa-ojca. Jednak najciekawszy tekst tego zbioru to „Żal po Francji”, poświęcony głośnej książce Erica Zemmoura „Francuskie samobójstwo” (2014). Kto zna esej „O Francji” Emila Ciorana 1943 roku, ten wie, że Zemmour nie odkrył Ameryki, a jedynie opisał to, co stało się z Francją w latach 1970-2007, to co nazywa zadawaniem sobie przez Francję od lat „dobrowolnej śmierci. Zemmour powiada, że „Francuzi nie rozpoznają już Francji. A przecież V Republika funkcjonuje od pięćdziesięciu lat (dziś już 60 – przyp. KL), kraj cieszy się pokojem, media informują, politycy wchodzą w spory, aktorzy i piosenkarze zabawiają, nogi paryżanek wciąż olśniewają męskie głowy. Tak literacko wygląda w języku Zemmoura Francja „zewnętrzna”, którą przywykło się kochać. W rzeczywistości jednak Francja przypomina starą kamienicę, której fasada została sklasyfikowana jako zabytek, ale wnętrze podlega stopniowej dewastacji, powodowanej przez gust nowoczesny, potrzebę szybkich korekt przestrzeni, również mieszkalnej, sztucznie dzielonej za pomocą rozmaitych przegród. V Republika jest budowlą potiomkinowską, zrobioną z kartonu…”. Obawiam się, że dziś, po czterech latach od wydania „Francuskiego samobójstwa” jest tylko gorzej. Pokój kraju nie jest już tak oczywisty od czasu buntu „żółtych kamizelek”, specyficznie francuskiej sztuki piosenkarskiej i aktorskiej już dawno nie ma, utonęła w zalewie amerykanizacji, a odsłanianie nóg w danych stylu przez paryżanki to wspomnienie z czasów Brigitte Bardot, a co najmniej Jane Birkin. Owszem, media informują, a politycy wschodzą w spory, tyle że nic istotnego z tego nie wynika, jak w Polsce skądinąd. Zemmour uważa, że Francja ostatecznie przechyliła się w stronę dekadencji po ustąpieniu de Gaulle’a w 1969 roku, ostatniego polityka, który pilnował trwałości francuskiego dziedzictwa. Później, wraz z globalizacją było już tylko gorzej. Zemmour jest wrogiem lewicy, więc to ją głównie, od Komuny Paryskiej, o to obwinia, ale choć trudno się zgodzić z tym niesprawiedliwym osądem, to dekadencja i utrata wiary w siłę tego narodu, w odbudowanie jego dawnej potęgi cywilizacyjnej, kulturowej, duchowej, ideowej jest faktem, to się we Francji czuje organoleptycznie. Francuzi stali się bierni, apatyczni, nie wierzą już we Francję. Także Paryż, niegdyś stolica duchowa świat, stracił swoją pozycję: „Niegdyś była ożywczym źródłem inspiracji artystów wielu narodowości – teraz, w ujęciu Zemmoura, działanie metropolii okazuje się niszczące. „Paryż będzie zawsze Paryżem”, zapewniała bardzo popularna piosenka. Degradacja miejsca i pozbawienie go cech kulturotwórczych bądź twórczość stymulujących okazuje się chorobą przenoszoną przez cały naród” pisze Wyka i przywołuje przy okazji film, który był najpełniejszą ekspresją ostatniego okresu optymizmu francuskiego, ery Pompidou, czyli „Vincent, Francois, Paul i inni” Claude Sauteta (1974), gdzie trzej aktorzy, Michel Piccoli, Yves Motand i Serge Reggiani, potomkowie włoskich imigrantów, doskonale, z wielkim sukcesem asymilowani, grają jakby swój sukces, bo – jak napisał Zemmour – „stali się doskonałymi modelami Francuzów, śpiewali, bawili się, ucztowali i kochali w języku Racine’a, z werwą Moliera, w duchu Kartezjusza”. „W ciągu nadchodzących lat – konkluduje Wyka za Zemmourem – nastąpiła ich powtórna śmierć, a geniusz francuski odszedł w cień”. Jak napisano w Księdze Ezechiela, którego przytoczył Zemmour: „Ojcowie jedli zielone winogrona, a zęby ścierpły ich synom”.Tym razem już bezpowrotnie po tym łabędzim śpiewie i ostatniej idylli ery Pompidou. Wyka nazywa Zemmoura „płaczką na francuskiej mogile („Francja usypia, Francja umiera”). Wyka patrzy na Francje, co oczywiste, z polskiej perspektywy. Ja, co zrozumiałe, także. Dlatego dodam cierpko: nie mamy co cieszyć się z cudzego nieszczęścia, bo i przed nami nie ma świetlanej przyszłości. Przy czym Francuzi przynajmniej użyli co wlezie. Tego co zjedli, wypili i wyśpiewali nikt im już nie odbierze. Nam nie będzie dane przeżyć czasu nawet nieco tylko podobnego do sautetowskiej idylii. Nie to niebo, nie ten klimat, nie to wino. Tak jak dziecięcym wspomnieniem zakazu czytania przy stole zaczyna się zbiór mary Wyki, tak też dziecięcym wspomnieniem kończy. To wspomnienie z rodzinnych, podkrakowskich Krzeszowic, małej ojczyzny jej ojca, wybitnego historyka i teoretyka literatury Kazimierza Wyki. I tak się kółko tego zbioru intymnie i prywatnie się zamyka.

 

Marta Wyka – „Napisane niedawno. Szkice krytyczne i literackie”, Wydawnictwo Literackie Kraków, 2018, str. 211, ISBN 978-83-08-06466-5.