Spotkania zamiast

Solidaryzując się ze stanowiskiem Polski, państwa Grupy Wyszehradzkiej wycofały się z udziału ze szczytu bloku, który miał odbyć się 18-19 lutego w Jerozolimie. Ale nie z wizyty w Izraelu.

Czarne chmury gromadziły nad szczytem grupy V-4 od pewnego czasu. Przynajmniej od momentu, gdy w czwartek przebywając w Warszawie na nieszczęsnej konferencji bliskowschodniej premier Izraela Benjamin Netanjahu spotykając się z izraelskimi dziennikarzami miał powiedzieć – jak poinformował o tym dziennik „Jerusalem Post” – że Polacy pomagali mordować Żydów. Już wtedy premier Mateusz Morawiecki rzucił myśl, że może spotkanie grupy raczej powinno odbyć się w Wiśle. Stronie izraelskiej udało się jednak załagodzić obrazę – ze strony „Jerusalem Post” doniesienie znikło, a izraelska ambasador Anna Azari oświadczyła, że premier Netanjahu nie powiedział co powiedział, tylko powiedział coś trochę innego. Wystarczyło wówczas, aby Warszawa przyjęła to – choć z oporami – za dobrą monetę, ale okazało się że sprawa została załagodzona nie na długo. Wypowiedź pełniącego obowiązki szefa izraelskiej dyplomacji Israela Katza, który stwierdził, że „Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki” spowodowała, że tym razem już strona Polska nie mogła nie zareagować ostro. Premier Morawiecki odwołał udział w szczycie. Przyłączyły się do niego pozostałe stolice grupy – Bratysława, Budapeszt i Praga.

Polska może ten gest solidarności uznać za sukces dyplomatyczny – potrzebny jej bardzo, bo polska dyplomacja w ostatnich latach zalicza głównie wpadki albo przynajmniej usiłuje robić dobrą minę do złej gry, przez co Warszawa stawała się tak w Europie, jak i na świecie coraz bardziej osamotniona. Powiedzmy sobie jednak szczerze – nie jest to sukces wielkiej miary, raczej uniknięcie wpadki jeszcze gorszej, bo gdyby tego gestu solidarności nie było, oznaczałoby to, że pozycja Polski nawet w swoim subregionie nie tylko sięgnęła dna, ale znalazła się poniżej niego. Bo jak by miał wyglądać szczyt, w którym brakuje jednej czwartej uczestników? Gest solidarności, którym napawa się polska propaganda był więc w gruncie rzeczy wymuszony.

Dodajmy także – że odwołanie szczytu nie przełożyło się na zdystansowanie się szefów rządów pozostałych państw grupy w stosunku do Tel Awiwu. Szczyt zastąpiła seria spotkań bilateralnych premiera Netanjahu z Peterem Pellegrini, Andrejem Babišem i Viktorem Orbanem oraz wspólny obiad. Zatem to, co premier Netanjahu chciał ugrać, zapraszając premierów V-4 do Jerozolimy i tak w znacznej mierze osiągnął, stwarzają kolejny fait accompli, który można zinterpretować jako pośrednie uznanie Jerozolimy za stolicę Izraela. Że dzięki ministrowi Katzowi do tego niepotrzebnego zupełnie gestu Polska się nie przyłączyła – pozostaje się tylko cieszyć.

Zresztą, na koniec postawmy sobie pytanie, czy im interesom miało służyć zorganizowanie szczytu V-4 w Izraelu? Nawet nie izraelskim, ale wyłącznie premierowi Netanjahu i jego partii przed kwietniowymi wyborami. I powiedzmy – ubił dwa ptaki jednym kamieniem: i gościł trzech premierów, i zgromił Polaków za jednym zamachem

Komentarz: Żydowski ostry Katz, czyli polski kac narodowy

Tylko mnie nie zabijcie za oczywiste fakty.

Nowy minister Izraela nagadał bzdur opowiadając – trzymam się tu relacji medialnych – że Polacy w porozumieniu z Niemcami eksterminowali Żydów na terenach okupowanej Polski. Jest to oczywiste kłamstwo. W tej sprawie Polacy nigdy nie współpracowali z hitlerowcami – natomiast różne chore psychicznie grupy Polaków robiły to na własną rękę. I nie ma co zaprzeczać, bo to jest opisane od dawna w polskiej literaturze historycznej.

Z jednej strony politycznej barykady – komunistycznej – był np. Mieczysław Moczar (głównie z powodów merkantylnych, ale pospolity antysemityzm też mógł wchodzić w grę – znając późniejsze działania Moczara) , z drugiej – zwłaszcza po 1944 roku – głównie różne odłamy zbrojne ruchu narodowego – choć twierdzili, że nie zabijają Żydów, tylko Żydów jako komunistów., (co nie miało potwierdzenia w faktach, bo równocześnie ginęli Żydzi którzy komunistami nie byli).

Faktom nie można zaprzeczać, zwłaszcza, że są opisane przez polskich historyków po 1989 roku bez żadnej cenzury.

Tym bardziej jestem zły, że nikt po polskiej stronie nie wstał i nie powiedział „tak, my to wiemy i nasi historycy o tym od lat normalnie dyskutują, ale są to dyskusje o zjawiskach marginalnych”
Dlaczego żaden polski dyplomata nie zdał pytania izraelskim politykom pytania: „Czy Pan wie ilu jest Polaków wśród Sprawiedliwych i ilu ma swoje drzewka i jak to się ma do innych narodów?” To są liczby, to są fakty, a nie publicystyka.

Grzegorz Ilka

Polski neoliberalizm na śmietniku historii? MY, SOCJALIŚCI

Polityka kolejnych rządów po 1990 roku przyczyniała się do umacniania w Polsce doktryny neoliberalnej przyjętej w ramach Konsensusu Waszyngtońskiego pod koniec lat 80. XX wieku. Twarzą polskiej wersji neoliberalizmu jest Leszek Balcerowicz blisko związany z Bankiem Światowym i Międzynarodowym Funduszem Walutowym.

 

Obydwie te instytucje służą od blisko 40 lat do upowszechniania i wdrażania idei neoliberalnych w świecie. W sferze ekonomicznej sprowadzają się one do powszechnej prywatyzacji, w sferze politycznej do deregulacji ograniczającej rolę państwa. W sferze stosunków międzyludzkich sankcjonują chciwość i brutalną konkurencję na wszystkich polach.

Polska Partia Socjalistyczna przeciwstawiała się polityce gospodarczej i społecznej, która była realizowana w Polsce od początku lat 90.. Polityka ta była i jest sprzeczna z interesem mas pracujących i jak się po kilku latach okazało, również z interesem Polski. Wielokrotnie podczas demonstracji socjaliści wołali: „Balcerowicz musi odejść”, wskazując na błędną strategię gospodarczą i społeczną.

Mimo jednak, że ten w końcu odszedł, polityka nasycona neoliberalizmem była realizowana w najlepsze. Polska, jako jeden z pierwszych krajów w ramach transformacji poddana została tzw. terapii szokowej, z której zrodziło się postępujące rozwarstwienie społeczne, upadek powstającej w latach 70. zaczątków klasy średniej, transfer ogromnych kapitałów za granicę. Narodziła się, mimo ograniczeń, klasa wielkiego kapitału, z drugiej strony rzesza bezrobotnych i bezdomnych. Urosło wiele setek instytucji charytatywnych, których istnienia i działalności jako społeczeństwo kierujące się zasadą sprawiedliwości społecznej, powinniśmy się wstydzić.

Neoliberalizm, jako idea konstruktywistyczna, wdraża w życie społeczne zasady sprzeczne z demokracją liberalną. Uznaje on, że cała sfera decyzji gospodarczych państwa wyłączona jest z procesu negocjacji politycznych, a jedynym kryterium ich podejmowania jest zysk lub strata i powszechne prawa rynku. Kwalifikacja ta przenosi się niestety w praktyce na sferę społeczną, politykę państwa, łamie podstawowe zasady demokracji. Mamy w związku z tym dziś do czynienia w skali naszej strefy cywilizacyjnej z poważnym kryzysem demokracji. M.in. w Polsce upada demokracja przedstawicielska, którą kolejne ekipy rządzące próbują pudrować pyłem populizmu walcząc brutalnie o władzę w państwie. Widać to było także w walce o samorządy w 2018 roku.

Ostatnio w „Spieglu” Romain Leick, niemiecki dziennikarz pisze, że „narody Zachodu rozpadają się na dwa światy. Naprzeciw siebie stoją dwa obozy, które mają ze sobą niewiele wspólnego. Po jednej stronie znajdują się metropolie, błyszczące wystawy globalizacji i jej brata bliźniaka – wielokulturowości, gdzie obok siebie mieszkają: nowa burżuazja i kolorowa różnorodność migrantów.

Po drugiej stronie są peryferie małych i średnich miast, dawnych obszarów przemysłowych i dalekich regionów wiejskich. Tam koncentrują się środowiska, które dawniej niewiele łączyło: robotnicy, zwykli urzędnicy, zatrudnieni na śmieciowych umowach, rolnicy, drobni przedsiębiorcy i emeryci; wszyscy złączeni wspólnym poczuciem podwójnej niepewności – finansowej i kulturowej”.

Powodem tego przypomnienia są narastające problemy społeczne i trwające ostatnio w Polsce przepychanki na temat cen prądu elektrycznego. Metoda zastosowana przez państwo (ekipę rządzącą) odbiega w tym wypadku wyraźnie od dotychczasowego, wolnorynkowego standardu, lansowanego przez neoliberałów. Łamie zasady nadrzędności ekonomi nad polityką, przywraca władcze funkcje państwa wygaszane od lat. Jeśli nie jest ona wyłącznie napędzana interesem politycznym lub też strachem przed „polskim Majdanem”, to stanowi przełom, czego wydaje się, nikt nie zauważył.

Mamy bowiem do czynienia z przełamaniem w praktyce państwa polskiego doktryny, która uznawana była dotychczas za „świętą”. Jakie to rodzi skutki na przyszłość? Bardzo poważne – powstaje akceptowana przez praktykę państwa możliwość przeciwstawienia się nadrzędnej roli rynków, co było niemożliwe dotychczas z powodów doktrynalnych.

Nie należy oczywiście fascynować się tym zdarzeniem, które miało miejsce w naszym Sejmie w przededniu Nowego Roku 2019, podczas dyskusji nad ustawą dotyczącą cen energii elektrycznej. Dopiero następne wydarzenia tej rangi mogą wskazać nam skrywane dotychczas plany ekipy premiera Mateusza Morawieckiego.

Przed kilkoma laty w jednym z esejów dotyczących tego tematu pytałem „dokąd od neoliberalizmu?”. Uważam, że pytanie jest nadal zasadne, szczególnie w skali Polski. Świat bowiem, jak widać po wielu przykładach, odsyła neoliberalizm na śmietnik historii i szuka nowych, sprawiedliwych systemów społecznych. U nas są nadal i tacy, którzy z werwą pokrzykują za Balcerowiczem: więcej prywatyzacji, więcej deregulacji! Jest to jednak już tylko śmieszne i tragiczne.

Nie ulega wątpliwości, że Polska po okresie nieudanej transformacji lat 90. powinna zmierzać do zmiany systemu społeczno-ekonomicznego na taki, który przywróci sprawiedliwość społeczną do rangi obowiązującej doktryny i pozwoli na stworzenie na nowo strategii rozwojowej opartej o szerokie porozumienie wszystkich sił społecznych i politycznych w kraju. Elity muszą ponownie nauczyć się współżyć ze społeczeństwem.

Politycznym wyzwanie na przyszłość jest to, czy polska lewica jest zdolna wyjść ze stanu alienacji i zbudować sobie właściwe miejsce na scenie politycznej.

Fatalny rok Morawieckiego

Minął rok rządów Mateusza Morawieckiego, jednego z najgorszych premierów po 1989 roku. Jeżeli ktokolwiek miał przekonanie o socjalnej twarzy Prawa i Sprawiedliwości czy przypisywał obecnej władzy propracownicze cele, to ostatni rok powinien pozbawić go złudzeń.

 

PiS od wielu miesięcy nie wprowadził żadnego sensownego rozwiązania w polityce rodzinnej czy polityce rynku pracy. Wciąż mamy zachwycać się programem Rodzina 500+, chociaż liczba jego odbiorców lawinowo maleje. Między czasie wyszło natomiast na jaw, że program Mieszkanie+ od samego początku był propagandowym kłamstwem, gdyż w jego ramach miało powstać ponad 100 tys. mieszkań, a powstało mniej niż 500. Poza tym nie dość, że mieszkania objęte programem są drogie i często niefunkcjonalne, to na dodatek ich ceny zazwyczaj wcale nie są niższe od rynkowych. Mało kto pamięta też o programie darmowych leków dla seniorów. Już nawet rząd przestał się nim chwalić, bo skala wsparcia jest mikroskopijna. Kolejna lata nie ma waloryzacji płac w budżetówce, a rząd podnosi pensje tylko pracownikom wskazanym przez kierowników jednostek budżetowych, co w praktyce często oznacza wsparcie dla ludzi posłusznych władzy.
Płaca minimalna wciąż rośnie wolno, a w przyszłym roku wręcz zmniejszy się jej proporcja do średniej. Nie ma żadnych rozwiązań mających na celu ograniczenie umów niestandardowych, a wręcz rząd wprowadził ustawę o pracy sezonowej, która pozwala płacić pracownikom stawki poniżej ustawowego minimum. Polityka senioralna wciąż praktycznie nie istnieje, a rząd wprowadził zarządzane przez prywatne fundusze Pracownicze Plany Kapitałowe, które oznaczają radykalne wsparcie państwa dla komercyjnego filaru systemu emerytalnego.Na tak liberalne gospodarczo rozwiązanie nie zdecydowała się nawet Platforma Obywatelska.
Rząd wprowadza natomiast różne rozwiązania korzystne dla drobnego biznesu, w którym płace są najniższe, a warunki pracy najgorsze. Mamy więc zakaz handlu w niedzielę, który ma uderzyć głównie w duże sieci handlowe, obniżkę podatku CIT dla małych firm czy zwolnienia od płacenia składek dla najmniejszych przedsiębiorstw. Premier postanowił też, aby cała Polska stała się specjalną strefą ekonomiczną, choć wiele badań dowodzi, że SSE źle wpływają na warunki pracy i poziom wpływów podatkowych. Nie ma też dobrej zmiany w spółkach skarbu państwa i instytucjach publicznych. Ma tam miejsce gigantyczna skala kolesiostwa, a warunki pracy wcale nie uległy poprawie. Świetnym przykładem jest tutaj sytuacja w transporcie lotniczym, gdzie PiS-owskie zarządy Polskich Linii Lotniczych LOT i Państwowych Portów Lotniczych prowadzą skrajnie antypracowniczą politykę, a jednym z ich głównych celów jest osłabienie związków zawodowych.
Rządy Morawieckiego to nieudolny, nacjonalistyczny zamordyzm, którego głównym wyznacznikiem jest błyskawiczne zawłaszczanie kolejnych instytucji przez ludzi posłusznych władzy oraz zaściankowa i pełna kompleksów wizja Polski jako mesjasza narodów. Stąd coraz bardziej żenujące wykreślanie mrocznych kart z historii kraju, grożenie procesami wobec krytycznych badaczy, niszczenie postępowej kultury i sztuki czy zastraszanie antyrządowych dziennikarzy. PiS przestaje też nawet ukrywać, że celem zawłaszczenia wymiaru sprawiedliwości było prześladowanie opozycji i parasol ochronny nad swoimi ludźmi.
Innym elementem rozpoznawczym ekipy Morawieckiego jest porażająca wręcz ignorancja. Głupoty wygadywane przez przedstawicieli polskich władz na szczycie klimatycznym odbierają Polsce wiarygodność i ośmieszają na arenie międzynarodowej. Ale też nie jest to jedynie niechlubny wyjątek, a jedynie część irracjonalnej polityki międzynarodowej, która skłóca Polskę ze wszystkimi sąsiadami i zniechęca do prowadzenia z nami jakichkolwiek rozmów.
Jedyne sensowne działania rządu w ciągu ostatniego roku polegały na wycofywaniu się z wcześniejszych, kompromitujących działań. Tak było ze zmianą autorytarnej ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej i z niekonstytucyjnego skoku na Sąd Najwyższy. Ale odejście od dwóch, fatalnych ustaw to za mało, aby rządowi przyznać choćby ocenę mierną. To był fatalny rok dla kraju i najlepiej by się stało, gdyby Mateusz Morawiecki jak najszybciej zniknął z polskiej polityki wraz z całą swoją nieudolną ekipą.

Głos prawicy

Parkingowy

PiS relacjonuje odsłonicie pomnika najwybitniejszego Polaka wszech czasów:
– Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do budowy Pomnika śp. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Śp. Lech Kaczyński dobrze zasłużył się Ojczyźnie. Bez niego nie byłoby dobrej zmiany, nie byłoby próby uczynienia polskiego państwa sprawiedliwym i podmiotowym – powiedział prezes PiS Jarosław Kaczyński podczas uroczystości odsłonięcia Pomnika śp. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego w Warszawie.
Dodał, że działalność Lecha Kaczyńskiego przyczyniła się decydująco do tego, iż można było przeciwstawić się temu, co zostało nazwane postkomunizmem.
– System ten był lepszy od poprzedniego, ale wciąż obciążony ogromnymi wadami – stwierdził.
Zwrócił uwagę, iż Lech Kaczyński pełnił wiele funkcji państwowych i samorządowych – był m.in. posłem, senatorem, ministrem sprawiedliwości, prezydentem Warszawy a wreszcie prezydentem Polski.
– Dzięki Lechowi Kaczyńskiemu powstało Porozumienie Centrum, a jako szef NIK pokazał, że potrafił być znakomitym szefem ważnej instytucji państwowej. Odbudował On jej znaczenie, odbudował jej działanie, odbudował jej prestiż. Był skutecznym politykiem, potrafił kierować się w swoim życiu dobrocią i względami moralnymi – oznajmił.
Przypomniał m.in., że jego Brat uczestniczył w wydarzeniach marcowych i w tym, co przyczyniło się do powołania Solidarności.
– Odsłonięcie Pomnika Śp. Prezydenta to dowód na nasze zwycięstwo, dowód na to, że chcieć to móc – powiedział Prezes PiS Jarosław Kaczyński.
Info: pis.org.pl

 

Biznes is biznes

– Kongres 590 jest bardzo ważnym wydarzeniem dla ewolucji gospodarczej Polski. Model wzrostu gospodarczego, który zaproponowaliśmy, jest modelem zrównoważonym. Gospodarka idzie w dobrym kierunku, a części społeczeństwa dotąd będące na marginesie, teraz są wśród nas – powiedział premier Mateusz Morawiecki podczas Kongresu 590 w Jasionce.
– Konstytucja Dla Biznesu działa, wspieramy specjalne strefy ekonomiczne, zmniejszamy obciążenia podatkowe. Chcemy, aby wynagrodzenia pracowników szybko rosły. Wierzymy, że wtedy przedsiębiorcy będą ich jeszcze bardziej doceniać. Na taki model gospodarczy stawiamy – na naszych oczach przynosi nam bardzo dobre rezultaty – oznajmił.
Info: pis.org.pl

I w koło Macieju

Straszą tymi uchodźcami i straszą. I nie dociera do nich, że nawet żelazny elektorat powoli staje się elektoratem zażenowanym.

 

Już chyba tylko Beata Mazurek broni spotu „Bezpieczny samorząd”, chociaż piekło zamarzło a prosiaki zaczęły fruwać w momencie, kiedy okazało się, że prymitywną nagonką na uchodźców zniesmaczony był nawet Krzysztof Bosak. Ok, od biedy można jeszcze uznać, że jego oburzenie jest dyktowane wymogiem chwili, żeby przywalić PiS-owi w chwilowo miękkie podbrzusze.
Stwierdzenie, że Adam Bodnar jest napędzany nienawiścią do PiS też nikogo raczej nie zaskoczyło. Ale jak wytłumaczyć oburzenie szefa Ordo Iuris Jerzego Kwaśniewskiego? Jak wytłumaczyć gniew Justyny Śliwowskiej, wmontowanej w materiał dziennikarki TVP Info, która zażądała usunięcia swojego wizerunku ze spotu? Jak wytłumaczyć krytyczne komentarze własnych ministrów – Gowina, Emilewicz?

Beata Mazurek wczoraj wydała kuriozalne oświadczenie, w którym podniosła absurd całej sytuacji do sześcianu. Rzeczniczka partii dowodzi mianowicie, że w spocie jedynie napiętnowano niebezpieczne działania samorządowców PO-PSL, którzy podpisali „Deklarację prezydentów o współdziałaniu miast Unii Metropolii Polskich w dziedzinie migracji”. Deklarację tę rzeczywiście podpisało swojego czasu 12 prezydentów: Warszawy, Białegostoku, Bydgoszczy, Krakowa, Lublina, Katowic, Gdańska, Poznania, Łodzi, Rzeszowa, Wrocławia oraz Szczecina. Sprawdziłam: w niemal wszystkich tych miastach opozycyjni bądź bezpartyjni kandydaci wygrali właśnie w pierwszej turze. Wyjątkami są Adamowicz, Krzystek i Majchrowski, którzy szykują się do zwycięstwa w drugiej. Biorąc pod uwagę ten stan rzeczy, oświadczenie Beaty Mazurek powinno skłonić ogólnopolskie redakcje do uruchomienia nagrody już nie tylko w kategorii „złotych ust”, ale w kategorii specjalnej dla rzeczników prasowych, którzy przypadkiem spuścili bombę na siedzibę własnej instytucji.

Według Wirtualnej Polski przez straszenie zamieszkami, gwałtami i miasteczkami namiotowymi ku czci Allacha PiS stracił przewagę w 2-3 sejmikach, a w partii trwa teraz „szukanie winnych”. Ale winny tak naprawdę jest jeden: to premier Morawiecki. Jeżeli prawdą jest informacja ujawniona przez WP, że za klip odpowiadają byli właściciele spółki Solvere, zatrudnieni w KPRM Anna Plakwicz i Piotr Matczuk, to cała sprawa jest grubym skandalem. Matczuk jest obecnie szefem Centrum Informacyjnego Rządu, a Plakwicz – departamentu obsługi medialnej. Zajmowała się nimi prokuratura i CBA, kiedy okazało się, że krążą pomiędzy sektorem rządowym i prywatnym, jako naczelni PR-owcy prawicy na państwowych zleceniach. Dziś informatorzy WP twierdzą, że mają dowody na ich zaangażowanie w spot w postaci korespondencji ze sztabem wyborczym. Ponoć właśnie zapoznaje się z nimi Jarosław Kaczyński, natomiast wyborcom do dziś nie było dane dowiedzieć się, kto de facto jest twórcą rasistowskiego chłamu, bo rzeczniczki, zarówno rządu, jak i partii pytane o nazwiska solidarnie nabierają wody w usta.

Anna Plakwicz w mediach społecznościowych ogłosiła, że „nie potwierdza”, jakoby spot wymyśliło „byłe Solvere”. Czy w takim razie Wirtualna Polska kłamie? Jaki jest rzeczywisty udział rządowych spin doktorów w rasistowski wykwit? Jaki jest wreszcie udział samego Morawieckiego? Czy o sprawie wiedział? Czy może sam wskazał „fachowców?”. Czas, by wyjaśniono to nie tylko na dywaniku u prezesa.

Na dywaniku

Prezes LOT Rafał Milczarski prawdopodobnie cofnie cześć decyzji o zwolnieniu dyscyplinarnym z pracy uczestników strajku. Protest trwa nadal, a jego skutki są coraz bardziej bolesne dla spółki.

 

Wygląda na to, że Milczarski został postawiony do pionu przez premiera, który obawiał się wizerunkowego uszczerbku w związku z bezprawnym zwolnieniem pracowników LOT, którzy od sześciu dni prowadzą akcję strajkową. Wczoraj pojawiła się informacja o wręczeniu pracownikom dyscyplinarek, co wykonywał osobiście prezes LOT. Jak donosi Piotr Szumlewicz z OPZZ, podczas doręczenia zwolnienia szefowi związku zawodowego pilotów, Adamowi Rzeszotowi, Milczarski przy okazji szarpał ubranie związkowca.
Efektem rozmowy Morawiecki-Milczarski ma być przywrócenie do pracy części z 80 zwolnionych wczoraj związkowców. Dziś w rozmowie z radiową Trójką Michał Dworczyk, szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, stwierdził, iż „usłyszał, że te rozmowy, które są prowadzone, mają na celu rozładowanie napięcia i prezes nie wyklucza powrotu części z tych osób do pracy”.
O tym, że Morawiecki zajmuje się sprawą, mówiła również rzeczniczka rządu. – Premier rządu polskiego czuje na sobie zawsze odpowiedzialność za cały obszar, ale proszę dać szansę tym, którzy są bezpośrednio odpowiedzialni za dany obszar, aby ze swoich obowiązków się wywiązali. Jeżeli zapadną jakiekolwiek decyzje, co do zaangażowania bezpośredniego pana premiera, przekaże państwu te informacje – powiedziała Joanna Kopcińska. Z tej wypowiedzi można wywnioskować, że Milczarski dostał odpowiednią dyspozycje, do której ma się zastosować.
Przypomnijmy, że 22 października w PLL LOT doszło do sytuacji bez precedensu. Zarząd spółki zwolnił uczestników strajku, próbując w ten sposób zdławić bunt. „Nie mieliśmy innego wyjścia – zwolniliśmy dziś dyscyplinarnie ze skutkiem natychmiastowym 67 osób, które oświadczyły, że odmawiają wykonania obowiązków służbowych w związku z przyłączeniem się do nielegalnego strajku. Odbyło się to w trybie prawnym umożliwiającym zrobienie tego bez konieczności konsultacji ze Związkami Zawodowymi” – oświadczyła spółka.
Związkowcy domagają się ukrócenia procederu umów śmieciowych, a także przywrócenia regulaminu wynagradzania z 2010 roku, jak również odwołania prezesa firmy Rafała Milczarskiego, który zdaniem związkowców źle zarządza spółką, stosuje mobbing i toleruje niesprawiedliwą politykę zatrudniania.
Zarząd LOT postępuje nerwowo, bo strajk odnosi coraz bardziej odczuwalny skutek. Tylko dziś LOT odwołał 17 przylotów do Warszawy – między innymi z Hamburga, Berlina, Moskwy, Paryża, Chicago, Tokio czy Seulu.

 

***

Zarząd spółki sięga po drastyczne metody. Poza zastraszaniem i naciskami 22 października wręczył strajkującym zwolnienia dyscyplinarne.
– Międzyzwiązkowy komitet strajkowy został zaproszony przez prezesa na rozmowy w celu rozwiązania obecnej sytuacji na 11.30, przyszedł prawie cały zarząd negocjować z nami. Naszym pierwszym warunkiem przed przystąpieniem do rozmów było żądanie, by prezes wszystkich strajkujących wpuścił do budynku. Nie odniósł się do tego, a po kilku minutach przyszły do nas nasze koleżanki i koledzy, by poinformować nas, że zostały im wysłane zwolnienia dyscyplinarne na maila. A później się okazało, że takie zwolnienia zostały przygotowane również dla mnie i dla kapitana Adama Rzeszota. Uważamy, że to były negocjacje w złej wierze i że to jest wszystko bezprawne. Ten prezes musi po prostu odejść. – powiedziała Strajkowi.eu wiceprzewodnicząca Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i. Lotniczego Agnieszka Szelągowska.
Strajkujący alarmują, że łatając braki kadrowe zarząd LOT sięga po ludzi niedoświadczonych, bez odpowiedniego przeszkolenia, stwarzając tym samym zagrożenie dla bezpieczeństwa lotów.
Dziś, jak podaje „Gazeta Wyborcza” na pokład samolotu lecącego do Toronto, weszli inspektorzy Urzędu Lotnictwa Cywilnego i zakwestionowali uprawnienia trzech członków załogi, po interwencji PLL LOT jednak swoje zastrzeżenia cofnęli. Sprawa wymaga pilnego wyjaśnienia.
Zarząd LOT stosuje zasadę kija i marchewki ogłaszając dzisiaj, że podpisał porozumienie płacowe ze związkami, które nie biorą udziału w strajku: Związkiem Zawodowym Pracowników PLL LOT i Związkiem Zawodowym NSZZ „Solidarność”. Ściągani są pracownicy przebywający na zwolnieniach lekarskich, zastrasza się pracowników na samozatrudnieniu i zmusza do wykonywania pracy.
Sytuacją w LOT zajął się Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar.

Maciej Wiśniowski

Bitwa o Frontex

Plan pełniącej w tej chwili prezydencję Austrii oraz brukselskiej centrali przewidywał rezygnację z przymusowej relokacji kwot migrantów w zamian za wsparcie w uszczelnianiu unijnych granic. Te zadania miał wziąć na siebie Frontex – dofinansowany, ze znacznie większym zakresem odpowiedzialności, w zasadzie pełniący już zadania narodowych straży granicznych. Ale ten plan się nie powiedzie. W Unii nie ma na to zgody, protestują zwłaszcza kraje graniczne oraz śródziemnomorskie południe. Na warszawskim Mokotowie rozpoczęła się budowa nowej siedziby dla agencji, ale Mateusz Morawiecki nie ukrywa, że nie jest mu to w smak.

 

Ten projekt to wielka nadzieja Francji i Niemiec, ale też urzędującej w unijnych strukturach Austrii. Emmanuel Macron pod koniec września na szczycie w Salzburgu groził nawet, że kraje, które nie zgodzą się na zwiększenie uprawnień służby zostaną wydalone z Schengen. Ale najwyraźniej nie zrobiło to większego wrażenia na Grupie Wyszehradzkiej, ani też na Włochach czy Grecji, które również są na „nie”.

Frontex do 2020 miałby urosnąć w siłę: do z 1,5 do 10 tysięcy funkcjonariuszy i z budżetem 11 mld euro. Miały zmienić się też jego działania. Dziś w ramach operacji „Triton” zajmuje się głównie ratowaniem uchodźców u włoskich wybrzeży, nie zajmuje się praktycznie ochroną granic wspólnoty. Takie zadania pełni z rzadka i tylko na wniosek władz danego kraju, w ramach jednorazowych interwencji. Węgry, Czechy, Słowacja, ale też Włochy, Hiszpania, Chorwacja i Grecja nie chcą, by unijne służby dyktowały im politykę ochrony terytorium. Polska na razie stoi w rozkroku, ale nie ukrywa, że pomysł Jean-Claude’a Junckera niezbyt jej się podoba.

Premier Słowacji uważa, że środki przeznaczone na rozwój agencji należałoby bezpośrednio przekazać Hiszpanii, Włochom i Grecji, gdzie dociera najwięcej uchodźców. Mateusz Morawiecki obawia się, że „uciekną” mu unijne pieniądze: – Obawiam się, że więcej pieniędzy dla Frontexu będzie oznaczało mniej środków na fundusze strukturalne, na drogi i linie kolejowe. W nowej unijnej perspektywie finansowej na lata 2021–2027 chcielibyśmy jak najwięcej środków na rozwój infrastruktury.

Najgłośniej protestuje jednak Viktor Orban. Według komentatorów chodzi o to, by unijni funkcjonariusze nie widzieli łamania praw człowieka na węgierskich granicach. O podobne motywacje podejrzewa się Hiszpanów: nie chcą, by UE wtrącała jej się w politykę stawiania zasieków wokół enklaw w Ceucie i Melilli. Nie mówiąc już o Matteo Salvinim, który odmawia wszelkiej współpracy.
Ale również Polacy obawiają się sprzeciwu społecznego, jeśli wschodnich granic mieliby bronić obywatele innych krajów, posługujący się innym językiem niż polski.
Obecnie w Warszawie ruszyły prace przy budowie nowej siedziby Frontexu w Warszawie. Ale szef polskiego rządu nie ukrywa, że jest przeciwny zwiększaniu zatrudnienia personelu. Podobne zdanie wyraził premier Czech Andrej Babiš, który przyjechał odwiedzić powstającą placówkę w tym tygodniu. On również jest zdania, że Frontex nie powinien przejmować zadań straży narodowych.

Austria chce, żeby porozumienie dotyczące „planu Junckera” zostało przyjęte do końca roku. Łączy się to bezpośrednio z rozplanowaniem środków w przyszłorocznym budżecie. Nie wiadomo, jaki Bruksela ma plan awaryjny na wypadek, gdyby jednak nie udało się wypracować kompromisu. Nie jest wykluczone, że powróci dyskusja o solidarnym rozlokowywaniu kwot migrantów po terenie UE. Niedawny pomysł z centrami dystrybucji uchodźców również okazał się nierealistyczny. Żaden kraj ostatecznie nie zdecydował się na ich uruchomienie, wiedząc, że migranci przy tak dojmującym braku solidarności w UE po prostu by tam „utkwili”.

Kubica nie żywi urazy do premiera

W Polsce od kilku dni huczy po ujawnieniu kolejnych „taśm prawdy”. Tym razem bohaterem nagranych rozmów Mateusza Morawieckiego stał się Robert Kubica.

 

W poniedziałek portal „Onet” ujawnił treść kolejnych nagrań rozmów premiera Morawieckiego sprzed sześciu lat, gdy był szefem banku BZ WBK należącego do grupy kapitałowej Santander. Podczas spotkania w szerszym gronie w lekceważącym tonie wypowiada się o Kubicy, wtedy zmagającym się jeszcze ze skutkami straszliwego wypadku podczas rajdu. Morawiecki opowiadał, jak bronił się przed naciskami menedżerów z Santandera w sprawie sponsorowania polskiego kierowcy. „Ja nie chcę, k…, co roku pięć dych płacić(…). Na szczęście złamał rękę, raz, drugi” – opowiadał współbiesiadnikom Morawiecki, tłumacząc dlaczego nie chciał jako szef banku dorzucać się w 2010 roku do szykowanego wtedy kontraktu Kubicy z Ferrari sponsorowanego wówczas przez Santandera.

Choć te sprawy działy się dawno temu, to ich dzisiejszy wydźwięk jest dla wizerunku premiera Morawieckiego szkodliwy. Skorzystał zatem z okazji, że Kubica wpadł do Warszawy na Acronis Partner Day i zaprosił go na spotkanie. Kubica zrelacjonował wizytę na swoim profilu na Instagramie: „Wizyta u Premiera. Polska zawsze wspiera swoich. I nam jeszcze doszedł jeden temacik do dzisiejszej agendy. No hard feelings (Bez urazy – przyp. red) i jedziemy dalej!”.

Kubica, który walczy o powrót do Formuły 1, szuka teraz finansowego wsparcia. Niewykluczone, że premier Morawiecki, tak kiedyś niechętny wydawaniu pieniędzy prywatnego banku na sponsoring Kubicy, teraz jako szef rządu zrekompensuje mu dawną wstrzemięźliwość. Na przykład polecając prezesowi Orlenu udzielenie finansowego wsparcia. A w tej sytuacji grzeczne „No hard feeligs” chyba nikogo nie dziwi.

 

Kłamstwo jako oręż polityczny

Kampania samorządowa nabiera tempa, ale tylko w części dotyczy samorządności. Tradycyjnie Platforma PiS biorą się za łby nie przebierając w słowach i środkach. Na dodatek Macierewicz chce znów burzyć w Warszawie Pałac Kultury i Nauki. Można by powiedzieć: wszystko w polskiej normie. Więc o co chodzi?

 

Danuta Waniek kandyduje do Sejmiku Województwa Mazowieckiego z listy nr 5 (SLD – Lewica Razem) z okręgu nr 3.

 

Kiedy na ekranie telewizora pojawi się rozmowa posłów PO-PiS, można spokojnie wstać z fotela, pójść do kuchni i zrobić herbatę. Niczego nie stracimy, niewiele się dowiemy, ponieważ padają w tych „rozmowach” wciąż te same zarzuty, odnoszące się do dawnych (przekaz dnia: „odgrzewane kotlety”) i nowych grzechów prawicy. Szczególnie zabawnie robi się wtedy, gdy na ekranie TVN 24 pojawi się poseł Sasin: w ostatnich minutach „dyskusji” polityk PiS zakrzykuje skutecznie argumenty przeciwnika, jesteśmy wówczas świadkami totalnego chaosu. I pomyśleć, że ten karczemny sposób prowadzenia „rozmowy” jest udziałem wybrańców narodu, dorosłych przecież ludzi!

 

Niespotykany wymiar kłamstw

Nowinkę ostatnich tygodni stanowi natomiast charakter udziału w kampanii wyborczej premiera rządu RP – Mateusza Morawieckiego, który może się tym razem na swej aktywności zdrowo „przejechać” . Po pierwsze, ze względu na niespotykany (nawet w Polsce) wymiar głoszonych kłamstw; po drugie – ze względu na uruchomienie „taśm prawdy”, czyli podstępnych nagrań , w czasie których Morawiecki nie dość, że siedzi wśród polityków PO w charakterze ich zaufanego doradcy (bankstera), to na domiar złego w gronie tej „wrażej” elity ówczesny prezes WBK klnie jak szewc, chociaż na pozór wygląda, jak kulturalny intelektualista. Czyli – na tych nagraniach swymi poglądami i zachowaniem ilustruje inną tożsamość i inną osobowość.

Dziś Mateusz Morawiecki znajduje się w czołówce PiS. Głoszonymi publicznie racjami zaprzecza temu, co opowiadał w gronie polityków PO. Jego kłamstwa powoli stają się niedoścignionym symbolem polskiej polityki , miarą skutecznego robienia ludziom wody z mózgu dla celów politycznych (czytaj: dla utrzymania pozycji i władzy), co w gruncie rzeczy nie dodaje powagi pełnionemu przez niego urzędowi. Dziś Morawiecki, składając nierealne obietnice, buduje sobie wizerunek „obrońcy ciemiężonego ludu”. Czyli – zachowuje się, jak rasowy polityk PiS; jak po maśle przybrał nową tożsamość i nową osobowość. Obserwując go zastanawiam się, czy w sprzyjających dla siebie okolicznościach mógłby z równym przekonaniem służyć jeszcze innej formacji politycznej? Czy jest w stanie wyznaczyć sobie nieprzekraczalne granice politycznej obłudy?

Takich ludzi, jak on, na własny użytek nazywam politycznymi nomadami. W znaczeniu słownikowym „nomadyzm” wyjaśniany jest jako tułanie się, bezdomność, włóczęgostwo – pasuje mi, jak ulał do cywilizowania w Polsce politycznego obyczaju, według którego ambicjonerzy różnej maści, kierujący się własnym interesem, bez skrupułów przenoszą się z miejsca na miejsce. I od razu zapewniają, że w nowym gronie partyjnym czują się świetnie. Rozpracowanie ich szczegółowych motywacji stanowi wdzięczne pole do badań dla psychologów polityki, zwłaszcza, że Morawiecki jest przykładem jednym z wielu. Na lewicy zaskoczyli kiedyś swoimi decyzjami Danuta Hübner i Dariusz Rosati, nie byli zresztą wyjątkami: podobnie zachował się były premier Leszek Miller, kiedy to rozczarowany brakiem miejsca na listach wyborczych SLD postanowił przenieść się w 2005 r. na listy Samoobrony. Podobnie zachował się inny były przewodniczący SLD – Grzegorz Napieralski, wędrując w 2015 r. na senacką listę Platformy (teraz krążą plotki, że stara się o przychylność PSL). Z tego wynika, że nawet czołowi politycy partii, w tym nowych socjaldemokracji, nie wykazali zbyt wielkiego przywiązania do politycznych formacji, które często współtworzyli.

 

Prymat interesu

Niestety, w byłych krajach socjalistycznych nomadyzm polityczny stał się normą. Ileż nowych partii powstało w Polsce po 1989 r., ileż z nich trwa nadal, a ileż zniknęło. Kształtowany w kapitalizmie od nowa system partyjny anihilował dotychczasowe tradycje i nurty polityczne, motywacje ideowe traciły na znaczeniu, zaczął się liczyć – jak to w kapitalizmie – interes, a deklaracje ideowe zastępował tzw. „pragmatyzm”. W wymiarze indywidualnym celem samym w sobie stawało się urządzenie się jakoś w nowej rzeczywistości politycznej, a często co zdolniejsi działali na rynku politycznym pod hasłem „kto da więcej”. Dodałabym jeszcze – więcej i na dłużej. Z czasem ludzie przestali się tym gorszyć, a niektórzy nawet to akceptują, zwłaszcza, gdy spodziewają się „premii” w zamian za opuszczenie dotychczasowy szeregów partyjnych w postaci objęcia eksponowanego stanowiska w strukturach władzy. Tak było n.p. z posłanką PSL Angeliką Możdżanowską, która opuściła słabnący klub partyjny i wkrótce przeszła do PiS, za co spotkała ją nagroda w postaci stanowiska sekretarza stanu w Ministerstwie Rozwoju.

Niedawno z częścią Inicjatywy Polskiej przeszła do Platformy Barbara Nowacka, znana obrończyni swobód obywatelskich, a w szczególności praw kobiet. W oczach opinii publicznej kojarzona jednoznacznie z lewicą, świadczyły o tym wypowiadane przez nią poglądy i działalność. Kiedy Platforma tryumfalnie informowała opinię publiczną o swej nowej zdobyczy – zrobiło mi się niewymownie smutno…

Wiem, że nie tylko mnie. Kiedy dziennikarze pytali ją o motywacje takiej decyzji (byli zdziwieni, bo oto znana feministka poszła pod kopułę prawicy), sięgnęła przy tym po argument, po którym było mi jeszcze smutniej: stwierdziła bowiem, że nie przystała na współpracę z SLD, ponieważ nie podoba się jej… polityka historyczna tej partii. Przypuszczam, że Barbarze Nowackiej chodziło o nasze niedawne hasło „Nie ma 100-lecia, bez 45-lecia”.

 

Nie oddawać pola

Pomyślałam wówczas, że tego jednak w debacie publicznej pominąć nie wolno, stąd pozwalam sobie na kilka słów komentarza:

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że w sporze o przeszłość i patriotyzm współczesna lewica zbyt długo oddawała pole ugrupowaniom solidarnościowym. Niestety, kwestia ta nie była również długo podejmowana przez większość lewicowych intelektualistów, którzy – być może spłoszeni poziomem prawicowej agresji – nie mieli w sobie tyle odwagi, aby na przekór wszystkiemu bronić pozytywnego dorobku PRL i nie poddawać się konserwatywnym mitom politycznym oraz narzucanym przez nie wzorcom ocen historycznych. W imię „obalania komunizmu” nowe elity eliminowały z polskiej historii wszelkie wątki, nawet te najbardziej dramatyczne, związane z tradycją lewicową (patrz: walka z caratem Ludwika Waryńskiego i wielu innych patriotów, straconych na Cytadeli, a ostatnio bezceremonialna „dekomunizacja” ulic).W błogosławionym dziele „obalania komunizmu” szła w sukurs prawicy hierarchia kościoła rzymskokatolickiego, co stało się podglebiem dla zgubnego konstruowania sojuszu tronu z ołtarzem. Zresztą, im dalej od PRL, tym więcej było w oficjalnej propagandzie tego „komunizmu”. Kilka lat temu, na łamach krakowskiego lewicowego „Zdania” Marek Zagajewski zauważył, że w Polsce „komunizm zaczął się w 1989 roku, wraz z ogłoszeniem jego upadku”, ponieważ wtedy dopiero powiedziano Polkom i Polakom, że przed wyborami z 4 czerwca żyli w ustroju „komunistycznym”. Do tej daty „ciemny lud” myślał, że to był „realny socjalizm”.

Co ciekawe, do debat na ten temat nie dopuszczano w zasadzie głosu beneficjentów Polski Ludowej, czyli upośledzonych warstw społecznych w poprzednich okresach historycznych. Mam w szczególności na myśli te grupy społeczne i środowiska, które skorzystały na przeprowadzeniu reformy rolnej, uprzemysłowieniu kraju, nowym podejściu do publicznej, świeckiej oświaty, która bez wątpienia dała nowe szanse dzieciom robotników i chłopów. I tylko badania sondażowe pokazywały, że mimo upływu lat, w III RP okres ten niezmiennie cieszył się poparciem połowy respondentów. Stąd hasłem „komunizm”, „komunista” (oczywiście używanego w charakterze obelgi) uciszano te części polskiego społeczeństwa, którym przemiany ustrojowe nie przynosiły poprawy osobistej sytuacji, a wręcz przeciwnie – rozczarowanie i biedę. Uciszano ich zarzutami, że boją się wolności, nie potrafią sobie poradzić w ustroju premiującym przedsiębiorczość, ponieważ są bierni, leniwi i roszczeniowi. Czyli są pogrobowcami PRL i nadają się tylko do umieszczenia „w rezerwacie reliktów komunistycznych”, najlepiej w otoczeniu pomników i nazw ulic z byłej epoki. Szkoda, że tak niewiele środowisk lewicowych w porę wyciągnęło z tego wnioski dla siebie.

Wygrana PiS w 2015 r. sprawiła, że choć w oficjalnej propagandzie nadal obowiązują „komuniści i złodzieje”, to hasło to zostało dziś przesterowane głównie pod adres Platformy Obywatelskiej.

 

Zmierzch zakłamania?

W klimacie ostatnich doświadczeń z praktyką polityczną PiS, skłonność do zakłamywania historii, zwłaszcza tej po październiku 56, powoli wietrzeje. Nawet niektórzy publicyści przeglądają na oczy i zmieniają ton swoich wypowiedzi na temat Polski Ludowej. Niedawno publicysta „Polityki” – Jacek Żakowski – omawiał na łamach tygodnika trzy historyczne kłamstwa, wskazując najpierw na wyidealizowaną I Rzeczpospolitą, a następnie na świetlany obraz międzywojnia. Trzecie wymienione przez niego kłamstwo historyczne dotyczyło obrazu Polski Ludowej, która w obowiązującym przekazie prawicowych elit przedstawiana jest jako kraj naznaczony jedynie latami wojny domowej i stalinowskim terrorem, który przez 40 lat dusił czynny, niepodległościowy opór. A przecież – jak stwierdził Żakowski – „z prostej uczciwości trzeba docenić to, że PRL udźwignął odbudowę nie tylko z podniesienia sporej części kraju z ruin, ale również w sensie odtworzenia straconej na wojnie elity”. W kontekście tym przyznał odważnie, że „jeśli chce się chodzić po ziemi, to trzeba pamiętać, że sukces III RP był możliwy dzięki kapitałom, stworzonym w PRL”.

Pojawia się więc pytanie: czy polityka historyczna SLD, polegająca na przywracaniu pamięci o historycznym dorobku co najmniej dwóch pokoleń Polek i Polaków, jest w naszym gronie motywowana złymi emocjami, czy dążeniem do sprawiedliwej oceny ich wkładu w rozwój narodowy i społeczny? Czy słusznie bronimy dokonań ludzi kultury i nauki polskiej, w tym polskich inżynierów, budujących autorytet polskich uczelni i czołowych instytucji naukowych..? Czy w tym kontekście n.p. Order Budowniczego Polski Ludowej jest powodem do dumy, czy wstydu…?
Elity postsolidarnościowe stworzyły po 1989r źródła nowych, często dotkliwych nierówności społecznych, chociaż nie wszyscy w tym gronie (n.p. Jacek Kuroń, Hanna Świda-Ziemba) popierali ciężką rękę Leszka Balcerowicza. Reformy tego ekonomisty były przecież świadomie wymierzone „w pracowników najemnych, przede wszystkim z wielkich państwowych zakładów pracy, ostoi „Solidarności”. Nie pamiętam, aby kiedykolwiek upomniał się o nich wcześniej n.p. Jarosław Kaczyński, chociaż wpycha się go dziś na siłę w historię robotniczej „Solidarności”. A przecież on nie z podwórka, co pogardliwie swego czasu podkreślał. Warto więc uparcie powtarzać, że niezaprzeczalnym dziełem nowych elit jest zlikwidowanie w Polsce wielkoprzemysłowej klasy robotniczej, czyli prawdziwych autorów robotniczego buntu, do których-jak trzeba – odwołują się dziś ulubiony przeze mnie solidarnościowiec Karol Guzikiewicz i jego przewodniczący Piotr Duda.

 

Kłamstwo płaszczyzną porozumienia

Dziś, elita PiS rozgrywa stworzone po 1989 r. nierówności, posługując się nierealnymi obietnicami, demagogią, kalumniami i kłamstwem. To, co w tym wszystkim może zastanawiać i zdumiewać, to akceptacja takiego postępowania przez wyborców PiS, bowiem na naszych oczach kłamstwo polityczne stało się płaszczyzną porozumienia elit PiS z wyborcami tej partii.
Kłamstwo polityczne jest stare jak historia ludzkości, nie łatwo z nim walczyć i zapobiegać. Zastanawiali się nad nim już Sokrates i Platon, a do wydarzeń nowożytnych nie będę się odwoływać, bo jest ich tak dużo, że na ich opis zabrakłoby całego wydania „Trybuny”.

W 1987 r. nad tym, czym jest kłamstwo polityczne, zastanawiał się ksiądz Józef Tischner w Stalowej Woli na spotkaniu Duszpasterstwa Ludzi Pracy. I choć odnosił swą analizę do PRL-owskiej rzeczywistości, po latach okazało się, że jego wywody nabrały charakteru uniwersalnego, że dzisiejsze okoliczności stosowania kłamstwa politycznego pasują, jak ulał do tischnerowskich analiz sprzed 30 laty. Uczony ksiądz przypomniał oczywistą prawdę, że kłamstwo polityczne „wynika z potrzeby władzy i służy interesom władzy”. I dalej wywodził: „Przy jego pomocy władza pragnie potwierdzić siebie, czyli poszerzyć swoje panowanie, umocnić się, usprawiedliwić we własnych i cudzych oczach”.

W kontekście tym jednakże poczynił ciekawe spostrzeżenie: „Władza jest nie tylko źródłem tego kłamstwa, ale i jego rozgrzeszeniem”. Rozwinął tę myśl, wskazując na zabójczy udział „poddanych w kłamstwie”. I dalej pisał: „W przypadkach kłamstwa politycznego najbardziej zastanawiające nie jest bowiem to, że ten i ów polityk je formułuje i do wierzenia podaje , ale to, że ono samo wykazuje zdumiewającą żywotność i pleni się, jak chwasty, rozsiewane równie dobrze przez władców, jak i poddanych”.

Z danych statystycznych wynika, że elektorat PiS to ludzie starsi i słabo wykształceni, najczęściej o postawach autorytarnych, łatwo ulegający spiskowej teorii dziejów i innym uproszczonym wyjaśnieniom spraw z natury rzeczy złożonych. Z tego wynikałoby, że politycy PiS znaleźli jednakże trafną drogę do emocji swych zwolenników, czyli zrozumieli „duszę tłumu”, odwołując się nie do rozsądku, lecz głównie do jego uczuć i emocji (kłania się Gustave Le Bon).

 

Kłamstwo bezkarne

Z doświadczenia wiadomo, że uporać się skutecznie z kłamstwem politycznym łatwo nie jest. W czasie kampanii zapobiegają temu sądy. Przed rokiem w gronie prawników i naukowców próbowano wypracować przepis do Kodeksu karnego penalizujący kłamstwo polityczne. Propozycja brzmiała następująco:

„Kto będąc funkcjonariuszem publicznym /../ świadomie przekazuje nieprawdziwe informacje wprowadzając opinię publiczną w błąd, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.
Dalej proponowana regulacja odnosiła się do osób, pełniących funkcje w organach partii politycznych, stowarzyszeniach, fundacjach i innych podmiotach, prowadzących działalność polityczną. Udowodnione przestępstwo połączono z obligatoryjnych zakazem pełnienia funkcji publicznych. Dyskusja na ten temat odbyła się w redakcji tygodnika „Polityka”, ale później sprawa ucichła. A kłamstwo polityczne szaleje i zdobywa nowe przyczółki.

Ważne jest jednak pytanie, czy stosowanie przez rządzących kłamstwa w praktyce politycznej stanowi jednocześnie drogę bezpieczną dla ogólnych interesów społeczeństwa i państwa? Czy odnosi się ono również do kwestii strategicznych? Zauważmy, że w dzisiejszych uwarunkowaniach wewnętrznych i zewnętrznych politycy PiS, oszukując własnych obywateli, przekazują z rozmysłem błędne informacje otoczeniu sojuszniczemu Polski. Myślę, że kłamstwo polityczne, jeżeli jest stosowane przez długi czas (a u nas ta metoda obowiązuje już co najmniej trzy lata), stanowi bardzo niebezpieczną politykę dla interesów naszego kraju, na potwierdzenie tej tezy przykładów i obaw nie brakuje.

 

Błędy nie uczą

Można w tym miejscu przypomnieć o najbardziej tragicznym w skutkach kłamstwie politycznym dla społeczeństwa i państwa polskiego, jakim była sanacyjna propaganda przed wybuchem wojny z 1939 r. Jego skutki tkwią w nas do dziś, ponieważ świadomi jesteśmy nieodżałowanej krwawej ofiary milionów Polek i Polaków, porzuconych na łaskę wojennego losu przez ówczesne „elity”. Wspominano o tym kilka tygodni temu na łamach prasy lewicowej, przy okazji obchodów kolejnej rocznicy wybuchu II wojny światowej. Rozgłaszano wówczas hasła o sile gospodarczej i militarnej RP w rodzaju: „Nie oddamy nawet guzika”. Zapewniano również, że jesteśmy „Silni, zwarci i gotowi”. Dziś dokładnie wiemy, że klęska wrześniowa Polski wynikała nie tylko z przyczyn obiektywnych (polityka Zachodu, plany Hitlera), ale z propagandowego, mentalnego hamowania odruchów obronnych i organizacyjnych narodu w obliczu zbliżającej się agresji. Na okładce lewicowego „Przeglądu” z początku września 2018 r. widzimy zdjęcie „ludzi honoru” – Rydza Śmigłego, Ignacego Mościckiego i Józefa Becka, opatrzone niezwykle trafnym tytułem „Oszukali Polaków i… uciekli”. Dołączyłabym do nich jeszcze prymasa Augusta Hlonda, on też uciekał przez te Zaleszczyki…Wrócił dopiero po wojnie.

W związku z planami Macierewicza na marginesie oświadczam: mi się Pałac Kultury niezmiennie podoba. Kiedy wracając do Warszawy dostrzegam majaczącą z dala sylwetkę Pałacu – wiem, że dom blisko. I niejaki Macierewicz mi tego nie odbierze.

I na koniec: kandyduję do sejmiku, liczę , że ta informacja dotrze do czytelników „Trybuny” z prawobrzeżnej Warszawy, gdzie mieszkam. Gdzieniegdzie wiszę z Andrzejem Rozenkiem na bilboardach, a czasem z autobusową reklamą wyborczą jadę z Darkiem Klimaszewskim, skąd się do Państwa uśmiecham. Będę także wrzucać ulotki do skrzynek.

Proszę – przeczytajcie i jeśli uznacie, że warto – zagłosujcie.

Flaczki tygodnia

Kim jest Mateusz Morawiecki?

***

Banksterem-milionerem? Niedouczonym arogantem mówiącym „knajackim językiem”? Cynicznym neoliberałem pochwalającym akumulację kapitału dokonywaną dzięki wyzyskowi mas pracujących za „miskę ryżu”? Pochwalającym wojnę jako narzędzie rozwiązywania konfliktów społecznych?

***

Czy był narodowo-katolickim Konradem Wallenrodem, który poszedł na służbę do wielkiego zagranicznego, obcego polskiemu narodowi kapitału?
Czy potraktował służbę u plutokracji jako możliwość poznania swego wroga od podszewki? Zwłaszcza od podszewki kieszeni.
Czy od początku uważał bogate zachodnie instytucje jak stajnie pełne rasowych rumaków? Gdzie można te konie kraść, zwłaszcza w dobrym towarzystwie i dobrej wierze.
I dowiódł nawet tego czynem, kiedy z bankowych pieniędzy przeznaczonych na promocje i budowanie dobrego wizerunku chytrych banksterów wspierał narodowo-katolickiej inicjatywy.
Ten polski, narodowo-katolicki Wallenrod podpierdałał szmal irlandzkim i hiszpańskim, czyli obcym narodowo Polakom kapitalistom i wspierał dzieła narodowo-katolickich „wyklęciuchów”.

***

Flaczki celowo użyły słowa „podpierdalać”. Aby dostosować się do poetyki języka używanego przez pana premiera-milionera. Do tego jego „knajackiego języka”, mówiąc językiem pana prezesa Kaczyńskiego. Języka używanego podczas kolacyjek w knajpie „Sowa i Przyjaciele”. Języka znanego również Flaczkom. I używanego też, jako pikantna przyprawa, przez Flaczki.

***

Polska jest krajem zakłamanym, oceanem hipokryzji. Dzieciom w Polsce dorośli mówią, aby nie mówiły: „kurwa”, „chuj”, „chujnia”, „pierdolony”, „jebany”, „pizda” i „dupa” nawet. W Polsce mówi się dzieciom, że to wyrazy „nieparlamentarne”.

***

Tymczasem elity parlamentarne – i kościelne ponoć też – używają tych „nieparlamentarnych” wyrazów jak przecinków.
Oczywiście mówią je podczas niepublicznych rozmów. Nie podczas wystąpień publicznych, kiedy muszą kłamać, muszą schlebiać polskiej hipokryzji i zakłamaniu. Muszą traktować obywateli jak idiotów, bo obywatele lubią to.
Dlatego prawdę mówią w Polsce politycy i księża poza miejscami pracy, najczęściej po wypiciu napojów alkoholowych. Kiedy mogą być w pełni sobą.

***

Jednym z Polaków, który regularnie używał „nieparlamentarnych” wyrazów był Marszałek Józef Piłsudski. Za młodu człek porządny, bo socjalista. Piłsudski ma w Polsce liczne pomniki, place i ulice. Jest ikoną III i IV Rzeczpospolitej.

***

Droga młodzieży jeśli ktoś zwróci Wam uwagę, że mówicie: „kurwa”, „chuj” i inne „nieparlamentarne wyrazy”, to możecie śmiało ripostować: „Spierdalaj kurewsko pizdo-chuju, ja tylko cytuję polszczyznę pana Marszałka Józefa Piłsudskiego”.
Albo: „O co chodzi, przecież mówię jak pan premier Mateusz Morawiecki podczas kolacji w restauracji”.

***

Zapamiętajcie wszyscy! Kiedy polski polityk mówi i nie klnie, to znaczy, że najpewniej wtedy kłamie. Albo przynajmniej mówi nieprawdę.

***

W Warszawie mówi się, że ludzie, którzy pracowali z obecnym premierem milionerem, panem Mateuszem Morawickim, mówią, że pan premier milioner zawsze mówił to co jego rozmówca chciał usłyszeć. Mówił to właścicielom banków w których pracował. Mówił to byłym premierom Janowi Krzysztofowi Bieleckiemu i Donaldowi Tuskowi, którym doradzał. Mówił to panu prezesowi Kaczyńskiemu, który go politycznie usynowił.

***

W Polsce polityków – i księży katolickich też – ocenia się przede wszystkim po tym co mówią. Religia jest opium polskiego ludu, podobnym opium ludu są gadki-szmatki krajowych elit politycznych.

***

Czy pamiętacie kto to powiedział: „Dzieci spontanicznie przybiegały do niego, obejmowały go. On również je obejmował, głaskał. zdarzało się, że całował. Dzieci były szczęśliwe, zadowolone. Nie było w tym żadnego podtekstu seksualnego?”
Tak bronił księdza-pedofila z Tylawy ówczesny prokurator, dzisiejszy pan poseł PiS i przewodniczący sejmowej Komisji Sprawiedliwości Stanisław Piotrowicz. Szef prokuratorów, którzy w 2001 roku umorzyli sprawę, kryjąc księdza-pedofila.

***

W latach 1990 – 2008 Flaczki współredagowały tygodnik „Nie” Jerzego Urbana. Nie było miesiąca, aby nie spotykały poszkodowanych przez księży-pedofilii. Kiedy tygodnik „Nie” publikował o tym i innych grzechach kościoła katolickiego, był uznawany przez redaktorów czołowych polskich mediów, nawet dziś antyklerykalnej „Gazety Wyborczej”, za „zoologicznych antyklerykałów”. Używających dodatkowo „nieparlamentarnych” wyrazów.

***

Nic dziwnego, że przez cały okres III i IV RP księża pedofile mogli czuć się bezkarni. Bronili ich aktywnie nie tylko kościelni hierarchowie. Dezaprobata polskich mediów wobec polskiego antyklerykalizmu wspierała przestępczych księży.