Nam powietrza tutaj nie trza!

Z wielką radością przywitałem pozew pięciorga obywateli polskich przeciwko własnemu Państwu. Pięcioro naszych chce od swojej ojczyzny zadośćuczynienia, za to, że ojczyzna ich truje, a że tak jest, wie każdy, kto wyszedł kiedyś na ulicę miasta, miasteczka albo wsi, zwłaszcza w sezonie grzewczym i sztachnął się cudownym, polskim powietrzem. 

Piątka odważnych Polek i Polaków domaga się zdecydowanych działań na rzecz ochrony klimatu, m.in. osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2043 roku i zredukowanie emisji gazów cieplarnianych o co najmniej 60 proc. do 2030 roku. Tymczasem, kiedy ludzie krzyczą, że rząd nasz nic nie robi aby ratować środowisko, Mateusz Morawiecki robi to, co umie najlepiej: mija się z prawdą. Jakiś czas temu ogłosił, że porozumiał się z Czechami w sprawie kopalni w Turowie. Nie minął miesiąc, a okazało się, że Czesi trochę inaczej zinterpretowali słowa polskiego premiera i domagają się sporej kasy za każdy dzień zwłoki przy wygaszaniu kopalni. Jak donosi polska i zagraniczna prasa, eksperci wytykają polskiemu rządowi poważne zaniedbania w polityce klimatycznej. Jak podnoszą, Polska ma nie tylko jeden z najmniej ambitnych celów redukcji emisji w UE, ale nawet już przyjęte, niewystarczające programy klimatyczne nie są u nas realizowane.

Pozywający – jak podkreślają – nie starają się o odszkodowania dla siebie. Chcą dochodzić swoich obywatelskich praw przed sądem, które zapewnić im mają uznanie odpowiedzialności państwa za zapewnienie bezpieczeństwa klimatycznego oraz o zobowiązanie przez sąd rządu do podjęcia działań, które sprawią, że Polska wejdzie na ścieżkę redukcji krajowych emisji CO2 zgodnych ze wskazaniami nauki i międzynarodowymi zobowiązaniami. Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe. I za to biję „złotej piątce” brawo. Tym bardziej, że już od dłuższego czasu sam namawiam moich kolegów z branży, o wystąpienie z pozwem przeciw Państwu za pozbawienie nas, ludzi kultury, możliwości zarobkowania i poważne braki w środkach do życia, w związku z bezprawnym zamrożeniem aktywności koncertowej i brakiem ze strony rządu jakiejkolwiek pomocy. W przeciwieństwie od piątki od klimatu, ja chcę dostać te pieniądze dla siebie, z czym się nie kryję, żeby choć odrobinę się odkuć, zwłaszcza, że dalej tkwimy w zawieszeniu. Zaręczam, nie będzie tego dużo.

Żeby coś wyrwać, najpierw trzeba coś włożyć. W pozwie zapisuje się sumę o którą się bije poszkodowany i od jej wielkości wpłaca się vadium, w niewielkim, ale zawsze jakimś, procencie. Gdyby iść w spór o grube tysiące, trzeba by coś mieć na start, ale skąd tu wziąć, jak złodzieje wyciągnęli spod pleców ostatnią pierzynę. Ja pomyślałem jednak, że zaprocesuję się o…złotówkę. No i, oczywiście, wezmę na siebie, w razie przegranej, koszty procesu. Na takie ryzyko jeszcze mnie stać. Mam znajomego mecenasa, który zrobi to po kosztach. Czekam tylko odpowiedniego dnia. Ten ciągle nie nadchodzi, bo wciąż nie mogę się do tego zebrać. To przez tę pandemię tak mi się porobiło, że trudno mi w sobie znaleźć siły. Zrobię to jednak, żeby nie patrzeć sobie ze wstydem w oczy, że milcząc, po raz wtóry, pozwoliłem zrobić z siebie wielbłąda. I to jeszcze komu: Morawieckiemu z Kaczyńskim. Gorszej obelgi ciężko mi sobie wyobrazić, a proszę mi wierzyć, bardzo trudno się mnie obraża i zohydza.

Tak czy inaczej, serce mi się raduje, kiedy widzę, że ludzie zaczynają brać sprawy w swoje ręce i próbują wyszarpać sprawiedliwość sami, nie czekając zbawienia ni gwiazdki z nieba. Na razie tylko pięciu, ale jest przecież tak, że ktoś musi być pierwszy, jak na każdym zebraniu, czyż nie?

Wykopywanie kopalni

Jak twierdzą przedstawiciele rządu, Polska dochodzi do porozumienia z Czechami co do wspólnych działań w temacie kopalni Turów. Jednak dlaczego dopiero teraz, kiedy Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał niekorzystne dla Polski postanowienie – dopytuje szewc Fabisiak.

Wymogi stawiane przez stronę czeską co do podjęcia przez Polskę działań mających na celu powstrzymanie odwodnienia czeskich terenów przygranicznych znane były bowiem od dawna. Jednak brak porozumienia, jak też przewlekanie sprawy z strony polskiej zgodnie ze znaną z ”Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego zasadą: „jakoś to będzie”, spowodował, że Republika Czeska mała już dosyć tego wyczekiwania i kluczenia i w końcu złożyła do TSUE wniosek o wstrzymanie wydobycia w kopalni Turów. Trybunał przychylił się do tego wniosku, ponieważ nie miał innego wyjścia, co mocno zdziwiło wyraźnie oderwanego od rzeczywistości wicepremiera Sasina. Nie miał też wyjścia wydając takie a nie inne postanowienie. gdyż Polska całkowicie zlekceważyła argumenty strony czeskiej a także unijną dyrektywę. Osobom zainteresowanym historycznym przebiegiem tej całej przepychanki szewc Fabisiak poleca publikację na ten temat w ostatnim numerze tygodnika PRZEGLĄD. Na podstawie podanych tam faktów wyraźnie widać, że Polska jak to się mówi dała ciała na własne życzenie. Być może dała tu o sobie znać arogancja władzy przeniesiona z poziomu krajowego na poziom międzypaństwowy pospołu z nazywaną przez cytowanych przez tokfm.pl czeskich dziennikarzy, ilustracją polskiej wydumanej mocarstwowości.

To, że polski rząd ma w zwyczaju spartaczyć niemal wszystko czego się dotknie znalazło potwierdzenie nie tylko w tym, że przegrano walkowerem kopalniany spór, lecz także w zaniedbaniu polskich interesów – zauważa szewc Fabisiak. Wydająca postanowienie sędzia TSUE zwróciła uwagę, że Polska nie przedstawiła żadnych dowodów na to jakie negatywne skutki może spowodować natychmiastowe zatrzymanie działalności pracującej na turoszowskim węglu elektrowni. Tymczasem można było oszacować koszty wynikające ze wstrzymania wydobycia oraz zakupu energii z innych źródeł. Taki wyliczenie można było przedstawić Czechom i targować się o to, kto bardziej na tym interesie straci. Jak w kupieckich negocjacjach: my zrekompensujemy wam straty za obniżenie poziomu wód ale wy za to zapłacicie nam za postojowe dla górników i zakup węgla dla elektrowni. Jednak póki co Polska musi być przygotowana na ewentualność płacenia kar pieniężnych jeśli tak postanowi Komisja Europejska. A chyba postanowi – domniemywa szewc Fabisiak.

Po tym, gdy premier Morawiecki obwieścił, że Czechy zgodziły się na wycofanie wniosku do medialnego boju przystąpili członkowie jego rządu.. Minister Kurtyka mówił o podpisaniu pomiędzy obu stronami sporu protokołu uzgodnień przewidującego m. in. powołanie grup roboczych oraz monitorowanie rozwoju sytuacji. Jest to, jego zdaniem, krok w kierunku umowy, która w konsekwencji ma doprowadzić do wycofania przez Czechy wniosku do TSUE i osiągnięcie porozumienia, które – jak twierdzi – jest już bliskie. Szewc Fabisiak ma jednak w tej materii pewne wątpliwości. Co prawda Polska przyjęła środek zaradczy polegający na budowie ekranu przeciwfiltracyjnego mającego w szczególności zapobiec negatywnym skutkom środowiskowym , jednak ukończenie budowy tego urządzenia planowano dopiero na rok 2023. Wprawdzie pod presją czasu Morawiecki obiecał Czechom przyspieszenie tego procesu do jesieni br., jednak już nie tylko w Polsce ale i w Czechach nie traktuje się poważnie słów szefa polskiego rządu zwłaszcza po jego wypowiedzi na temat wycofania czeskiej skargi z TSUE. Tym samym – jak zauważa szewc Fabisiak – prawdomówność Mateusza Morawieckiego wzniosła się już na poziom międzynarodowy.
Wydając stosowne postanowienie TSUE zapewne zdawał sobie sprawę z tego, że jest ono niewykonalne. Można było co prawda natychmiast wstrzymać wycinkę drzew w Puszczy Białowieskiej ale nie da się z dnia dzień wygasić pracę kopalni. Postanowienie to zostało wydane w trybie pilnym na wniosek Republiki Czeskiej co Trybunał uzasadnił wyższością – cytując – „względów związanych ze środowiskiem naturalnym i zdrowiem ludzkim” nad „niemożnością realizacji ważnych projektów i inwestycji w dziedzinie energetycznej ”. Szewc Fabisiak widzi w tej sprawie również i drugie dno. Uważa mianowicie, że na fali ekologicznego nacisku na zaprzestanie wydobywania węgla unijne instytucje wykorzystają każdą okazję aby wykopać z europejskiego rejestru jakąś kopalnię. A polskie władze przez swoją własną indolencję, ignorancję i arogancję im w tym pomagają.

Broszka polska

Wydawało się, że te dwa wyjątkowe okazy, którymi złośliwy los nas obdarzył – Andrzej Duda i Mateusz Morawiecki, wyczerpują panopticum polskich dziwolągów. Że tyle durnot, ile oni wygadują wystarczy za wszystkie inne aż z naddatkiem. Zwłaszcza, gdy zaczynają mówić o Unii Europejskiej tracą poczucie rzeczywistości i żeglują swobodnie w przestworzach absurdu.

Kilka przykładów dla przypomnienia.

Andrzej Duda, Kamienna Góra, rok 2018:
– Bardzo często ludzie mówią: „ach, po co nam Polska, Unia Europejska jest najważniejsza”. (…) To niech sobie ci wszyscy przypomną te 123 lata zaborów, jak Polska wtedy pod koniec XVIII wieku swoją niepodległość straciła i zniknęła z mapy. Też byli tacy, którzy mówili „A może to lepiej, swary się w końcu skończą, te rokosze, te wszystkie insurekcje, te wojny, te awantury, te konfederacje, wreszcie będzie święty spokój”;

Leżajsk 2018: – [Unia] to „wyimaginowana wspólnota, z której niewiele dla Polski wynika. (…) Niech nas zostawią w spokoju i pozwolą nam naprawić Polskę, bo to jest najważniejsze”; Zwoleń 2020: – „My, Polacy, mamy prawo sami decydować o sobie i swoich prawach. Po to walczyliśmy o demokrację. Nie będą nam tutaj w obcych językach narzucali, jaki ustrój mamy mieć w Polsce i jak mają być prowadzone polskie sprawy” …

Kłamstw, przemilczeń, przeinaczeń, przekręceń, manipulacji na temat Unii i wokół Unii autorstwa Mateusza Morawieckiego jest z kolei tyle, że starczyłoby na referat o zbłąkanej świadomości przeplatającej świat urojony z rzeczywistym w praktyce politycznej. Przypomnę więc jeden tylko przykład, ale charakterystyczny, można powiedzieć sztandarowy. Na wiecu w Dębicy (rok 2018) premier mówił:

– Pozyskaliśmy więcej środków od bandytów, mafii VAT-owskich, przestępców podatkowych. To jest w budżecie (…) więcej środków od tych bandytów, którzy swobodnie sobie hulali po państwie polskim za czasów PO i PSL; więcej środków odzyskaliśmy niż środki unijne. (…) Środki unijne są ważne, cieszymy się z nich, bo pomagają odnawiać chodniki, ale dużo więcej dobra przynosi rząd Prawa i Sprawiedliwości…

W świecie tych polityków i ich politycznych towarzyszy, sympatyków i zwolenników podobne idiotyzmy w żaden sposób nieprzystające do rzeczywistości nie zakłócają ich obywatelskiej świadomości. Mieszczą się doskonale obok jednoznacznie przeczących im faktów i gołym okiem widocznych profitów politycznych oraz materialnych, które były i są udziałem Polski w ciągu 17 lat przynależności do Unii Europejskiej. W świecie ich psychicznej odrębności i urojeń, korzyści odnoszone przez Polskę to jedno, a Polska to zupełnie coś innego – jakby nie Unia Europejska, jakiś oddzielny byt. Ten dziwaczny związek pisowskiej Polski z Europą pogłębia się z każdym rokiem od ponad pięciu już lat, a Polska coraz bardziej przypomina skołtunioną, zrzędzącą babę, wiecznie w szlafroku i w przydeptanych kapciach, która ma niekończące się pretensje, że inne są bogatsze, zadbane i domyte. Wszystko się jej należy, zaś ona sama nie poczuwa się do żadnej więzi z Unią. Przeciwnie – im więcej z Unii wydusi, tym bardziej jej nienawidzi. Podbechtywana przez kościół, wybitnego zresztą unijnego „dojarza”, hoduje w sobie coraz to nowe pokłady ignorancji i buntu przeciwko urojonym brukselskim wrogom, zamachom i nieistniejącym planom unicestwienia polskości. Nic dziwnego więc, że na takim podglebiu rosną nowe zastępy idiotów i idiotek głupich jak but pisowskich elit. Antyunijne kalki słowne, schematy myślowe, w których Unia jest wyłącznie złem, tak już im weszły w krwioobieg, że wyrósł z tego ich niby język, którym swobodnie posługują się na co dzień, często zapewne nawet nie zdając sobie sprawy, co tak naprawdę mówią. Wypowiadają niebotyczne bzdury swobodnie, bez zahamowań, perorują o najważniejszych sprawach, często wręcz żywotnych dla Polski, jak niejeden Napoleon w Tworkach o swoich zwycięskich kampaniach i przebiegłych intrygach.

Na czoło rankingu uczelni wypuszczających w świat takich właśnie orłów intelektu i myśli państwowej zdecydowanie wysuwa się Katolicki Uniwersytet Lubelski, na który polscy podatnicy łożą od dziesiątków lat milionowe dotacje. To prawdziwa kuźnia nowych elit. Niewątpliwie ich najbardziej znanym reprezentantem, jest Przemysław Czarnek, prawnik konstytucyjny, gość, którego w normalnym kraju strach byłoby obsadzić w jakiejkolwiek roli państwowej, a o ministrze oświaty on sam nawet w snach by nie marzył. W Polsce PiS jednak to, co jest normalnie nienormalne jest jak najbardziej normalne. Drugim ośrodkiem kadro twórczym jest Ordo Juris, organizacja, o której tak naprawdę niewiele wiadomo, poza tym, że to katoliccy talibowie, których kościół hoduje, ale sam za bardzo w drogę im wchodzić nie chce. Czy można się więc dziwić, że zbieramy tego owoce? Czy można się dziwić, że schizofrenia polityczna staje się u nas normą? Na przykład, że 80 proc. Polaków opowiada się za Unią, ale jednocześnie połowa uznaje, że unijne pretensje do stanu naszej praworządności po ziobrowej reformie są przesadzone? Jak jednak takie wykluczające się nawzajem przekonania mają nie zalęgać się w mózgach, które dzień w dzień kształtuje PiS-owska propaganda? Jak ludzie mają inaczej myśleć, skoro minister oświaty mówi publicznie i bez zahamowań, a potem to mocno potwierdza, iż uczniowie mają się uczyć o Traktacie lizbońskim, funkcjonowaniu Polski w ramach Unii Europejskiej i „ewolucji Unii Europejskiej z tworu praworządnego na twór niepraworządny, bo dzisiaj jest tworem niepraworządnym, który nie przestrzega własnych ram prawnych” …

Albo skoro inny profesor, Karol Karski, w telewizji Republika (25 maja br.) stawia znak równości między współpracą Unii z Polską a działaniami putinowskich tzw. „zielonych ludzików” na Krymie, to nic nikogo nie powinno już dziwić. Przesłanie takiej wypowiedzi jest przecież jednoznaczne: podstępnie zabierają nam suwerenność i na siłę przyłączają do Brukseli, jak Rosja Krym.

Inny przedstawiciel nowych elit (występujący w tym samym programie) Dobromir Sośnierz porównał z kolei współczesną prounijną opozycję do warcholstwa magnaterii i szlachty, które w XVIII wieku doprowadziły do rozbiorów Polski. Pół biedy z tym Sośnierzem, to co prawda poseł na Sejm, poprzednio nawet europarlamentarzysta, ale katecheta. Tak jak w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu, tak w Brukseli nie zrobią z Sośnierza moreli. Zaś ten Karski to co innego, to profesor prawa. Właściwie doktor habilitowany a profesor nadzwyczajny, ale jednak. Uczony jest posłem do Parlamentu Europejskiego. W dużej mierze dzięki tej fusze jest milionerem – znaczy, jak wszyscy europosłowie PiS, kasę z Brukseli bierze, ale rękę karmiącą kąsa zajadle. Jest tam już długo, lecz kariery nie zrobił żadnej. Był kilkakrotnie kwestorem i to wszystko, czyli pilnował interesów europosłów. Na przykład, jeśli jakaś pani jest praktykującą weganką, to on powinien dopilnować, żeby przejawy jej kultury gastronomicznej znajdowały odbicie w menu parlamentarnej stołówki. Karski o wiele bardziej niż z działalności merytorycznej w PE znany jest z działalności rozrywkowej. To ten sam urwipołeć, który w towarzystwie niejakiego Zbonikowskiego, byłego posła PiS, damskiego boksera i znanego z tabloidów bohatera romansów, rozbili melexy w cypryjskim hotelu, za co tamtejszy sąd kazał im zapłacić.

Owszem, Karski zasłynął również jako prawnik. W sierpniu 2008 r. doniósł do prokuratury na pilota, który podczas wojny rosyjsko-gruzińskiej, ze względów bezpieczeństwa odmówił prezydentowi Kaczyńskiemu i innym towarzyszącym mu prezydentom lądowania w Tbilisi. Karski zarzucił pilotowi tchórzostwo, sabotowanie ważnej misji i zażądał postawienia go przed sądem, oraz odwołania ówczesnego ministra obrony. Prokuratura nawet nie wszczęła śledztwa, bo uznała to doniesienie za nic nie warte. Oto rozmiar kapelusza czołowego reprezentanta PiS-owskich elit. Zbiór jemu podobnych pań i panów jest właściwie nieprzebrany. Mówi się jednak, że to nie oni są problemem Polski, tylko ich wyborcy. I to prawda. Problemem politycznym, społecznym i socjologicznym są obywatele, którym takie właśnie poglądy odpowiadają, przyjmują je za swoje i utożsamiają się z nimi na tyle, że na tych orłów głosują. Mimo ich wielomiliardowych afer, jawnego złodziejstwa, niekompetencji, chamstwa i nieokiełznanej buty ciągle jest po ich stronie połowa wyborców. Nie większość, bo większość zapewnia im ordynacja wyborcza, ale znacząca część. Co najmniej czterdzieści kilka procent, czyli mniej więcej tyle, ile jest tych, którzy nie zarejestrowali się w kolejce do sczepień przeciw covidowych, w kolejce po życie. To prawdopodobnie są nawet ci sami – bracia i siostry w ciemnocie, wierze w banialuki, bzdury i kłamstwa. Wyznawcy teorii spiskowych, śledziennicy wiecznie nadęci, ofochani i ze wszystkiego niezadowoleni.

Przemeblowanie głów takiej masy ludzi jest bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe.

Komu bije ekodzwon? Czy triumfalna zapowiedź premiera ma podstawy?

Niepokojące wieści z TSUE zabrzmiały jak dzwon okrętowy, bijący na alarm przed nieznanym niebezpieczeństwem. Nasi mądrzy, by nie rzec, przemądrzali przywódcy zareagowali tak, jak można było oczekiwać.

Zamiast podnieść załogę na nogi, ogłosić alarm i szukać ratunku w posiadanym na wypadek katastrofy oprzyrządowaniu, mają pretensję do skały na którą wpadli. Niestety, to nie mielizna, z której można ściągnąć statek. Trzeba przyznać, że nasz rząd jednak sporo się napracował, aby konflikt zyskał wymiar międzynarodowy. Nie od rzeczy będzie jednak przypomnieć, że to konsekwentna polityka poprzedników jest podstawą ekologicznej arogancji. Przypomnieć wypada, że Polska przespała i przegrała na własne życzenie spotkanie w Poznaniu, na którym nasza niemota nie umiała uzyskać korzystnego przelicznika podstawy naliczeń za zanieczyszczenia. Dziś wygląda na to, że okrzyczana Grupa V4 nie widzi, że rozbijana jest przez Polskę od środka. Od kilku miesięcy Polska nie ma ambasadora w Pradze! I premier z prezydentem tego nie widzą? Czy nie ma nikogo, znającego język czeski czy też mającego jakieś pojęcie na temat sytuacji politycznej, kultury i historii sąsiadującego z nami państwa? Profesor Skubiszewski z braku innych ściągał z katedr profesorów historii danego kraju i posyłał ich z korzyścią na zagraniczny posterunek. A tu znamienny impas. Po drugie, te konsultacje, łącznie z wizytą w Libercu trwały od 2020 roku. Czy nikt nie umiał jako preambuły powołać się na zapis wygaszający w 2040 roku wydobycie i na tej kanwie opracować projekt na kolejne dwadzieścia lat? Tak robią Niemcy, skutecznie kopiąc kolejne odkrywki. Tyle, że nie na żadnej granicy. Skoro jednak zdecydowano się kopać w pobliżu polsko-czeskiej granicy to dlaczego bez konsultacji z Czechami? Dalej kompleks paliwowy rządzi Polską? To ci sami, których ręce szukają łopat, aby do końca rozwalić przyrodę Wielkopolski i zacząć budować z zaskoczenia odkrywkę pod Wieluniem?

Wypowiedzi premiera zdają się potwierdzać, że posiada kompetentną wiedzę o skali zagrożenia. Niestety, jako historyk, idzie w zaparte, zamiast kierować się znana dewizą: „Historia magister vita est”. A ta uczy, że przyjaciół trzeba szukać blisko, a wrogów daleko. Zamiast przeć na ekrany, powinien był od chwili zapowiedzi TSUE powołać sztab kryzysowy pod przewodnictwem wicepremiera odpowiedzialnego za energetykę, z ministrami spraw zagranicznych, środowiska i energetyki a być może może także spraw wewnętrznych i finansów, sprawa bowiem dotyczy przejścia granicznego i ruchu ludności i transportu między krajami oraz odsetek, do ściągnięcia z odliczonych funduszy unijnych. To nie jest tak, że Polska nie zapłaci. Nasze fundusze idą z Brukseli i zawsze ten kurek można przykręcić, wbrew chełpliwym zapowiedziom, że ktoś się z kimś dogadał.. Tymczasem kompleks paliwowy sprytnie wystawił na pożarcie ministra środowiska, który w Polsce ma księżycowe uprawnienia. Ten kryzys powinien mieć dalsze konsekwencje dla wzmocnienia polityki pro ekologicznej. Z jednej strony, przy Ministerstwie Środowiska powinna powstać straż ekologiczna z policyjnymi uprawnieniami zatrzymywania podejrzanych transportów i kierowania do wydzielonych i wyspecjalizowanych w sprawach ekologicznych przy granicach sądów oraz dział ekoinwestycji, nadzorujący i posiadający prawo udzielania zezwoleń na wszelkie inwestycje z ochroną środowiska związane. Konieczny jest ścisły nadzór nad zakładaniem wysypisk i przyspieszenie budowy oczyszczalni ścieków oraz ochrony i budowy zbiorników retencyjnych. Niepokojące sygnały o likwidacji pod Warszawą historycznych stawów w Raszynie pod budowę osiedla mieszkaniowego dla wybranych, podobnie, jak dopuszczenie do budowy pałaców w chronionej puszczy musi być skutecznie dopilnowane. Wieloletnie zaniechania zanieczyszczenia gruntów przez wodociągowanie bez równoległej kanalizacji skutecznie zdegradowało wody gruntowe. Od ponad pięćdziesięciu lat sami mieszkańcy zatruwają sobie wodę. Nawet w tak ważnej aglomeracji stołecznej, przy stałym wzroście zabudowy w kierunku zachodnim, nadal po lewej stronie brakuje dużej, po wielekroć większej od Czajki zlewni ścieków i oczyszczalni. Czyżby jaśnie portfelowym inwestorom śmierdziało, bo na Pradze to inni ludzie?

Zamiast odziewać się w szaty Kasandry i bić na larum, wypada zakasać rękawy i wziąć się do roboty. A na granicach, gdzie wpływają rzeki i potoki postawić stacje pomiaru czystości, podobnie jak w miejscach przepływu skażonego powietrza Zatem dosyć jeremiady i do roboty. Inaczej owe miliardy w całości zjedzą odsetki od kar nakładanych na kaznodziejów zapominających, że są sługami narodu, czyli ministrami. Cieszy, że premier zapowiedział, iż nasi sąsiedzi wycofają wniosek, choć nie natychmiast co wyraźnie podkreślił czeski premier Andrej Babiš. Ważne, aby ta zapowiedź miała pełne prawne podstawy, uzgodnione z Czechami, a projekt wygaszenia kopalni był akceptowany przez obie strony. Ekofundusze przeznaczone dla Polski powinny być sumiennie wykorzystane przy zaspokojenie czeskich, jeśli okażą się sprawdzone i akceptowane przez obie strony, obaw. Wspólna polityka ekologiczna obu państw to podstawa sukcesu całej Grupy Wyszehradzkiej w kształtowaniu bezpieczeństwa ekologicznego przynajmniej tej naszej części Europy.

Polski próg bogactwa, czyli od zera, do klasy średniej!

Oj, weźmie się niedługo Morawicki za takich jak Wy; leniuchów, bumelantów, drobnych ciułaczy, chowających swoje zaskórniaki po bankach komercyjnych. Boś Polaku bogaty, i może jeszcze o tym nie wiesz, ale tak jest. A jak żeś bogaty, to dziel się z nami, gołodupcami, żebyśmy wszyscy mieli po równo. Czyli gó..o!

W nowym planie ograbiania Polaków z ich pieniędzy, zwanym przez rząd, dla niepoznaki, „Nowym Ładem”, poprzeczkę bogactwa ustawiono na poziomie 5 tysięcy złotych z kawałkiem. Wszyscy Ci, o czym rządzący mówią wprost, którzy zarabiać będą od tej sumy do piętnastu tysięcy złotych na miesiąc, a według ostrożnych statystyk, to „tylko” 10 proc. obywateli, zapłaci corocznie 15% podatku więcej. Podatku od osób fizycznych, ma się rozumieć, czyli, innymi słowy, Państwo ściągnie 15 % więcej daniny z pracy rąk i umysłów obywateli. Ci, którzy zarabiają więcej niż 15 tysięcy, zmian w zasadzie nie doczują, bo już płacą dużo. Najbardziej więc dostanie się średniakom.

5 tysięcy złotych, czyli polski próg bogactwa, to suma zasiłku dla bezrobotnych we Francji. W Niemczech taka kwota w euro, stanowi podstawę najniższej krajowej. U nas, kraju aspirującym, jest wyznacznikiem początku dobrobytu. Od zera, do klasy średniej. Wystarczy tylko przebić magiczny sufit, i już jest się w gronie elity. Spytacie, dlaczego 5 tysięcy, a nie 6. Czy te wyliczenia są wzięte z kosmosu, bo urzędnikom łatwiej będzie tak liczyć, jaki domiar komu dołożyć? Nic z tych rzeczy. Tam, gdzie nieudacznik dostrzega tylko rabunek i gwałt, mądry, po pisowsku ukształtowany obywatel zobaczy misterny plan, obliczony na wydźwignięcie Polski z liberalnego dołka, a Polaków z letargu, w którym tkwią, jak chochoły, od zaborów.

Jako rzecze Morawiecki, jeśli zarabiasz między 5 a 15 tys. PLN miesięcznie, dostaniesz po kieszeni. Po co więc Państwo polskie to wszystko robi? Żeby łatać niesztymujący się budżet? Przecież, równie dobrze, mogłoby podnieść podatki pośrednie, opodatkować wielkie sieci handlowe etc. A tymczasem, Państwo sięga po ciężko zarobione pieniądze ludzi pracy; najczęściej z dużych ośrodków miejskich; ludzi na dorobku, z dziećmi, z ambicjami, z wakacjami za granicą, z SUV-ami, mieszkaniami na kredyt. Po co więc dręczy ich, a nie burżujów? A no, rob to dla ich własnego dobra. Tak właśnie, dla ich dobra!

Państwo polskie, umysłem swoich dzisiejszych demiurgów, widzi to bowiem tak: jeśli stać cię, Polaku na to, że własną, ciężką pracą, potrafisz zarobić aż 5, 6, 7 albo 10 tysięcy złotych miesięcznie, to, jeśli bardziej się postrasz, zaczniesz ciężej lub więcej pracować, będzie cię równie dobrze stać, żeby przebić górny pułap 15 tysięcy i załapać się do klasy polskich rentierów, gdzie wyzysk ci nie straszny, bo tam od zawsze płaciło się dużo, a i tak nikt nie narzekał. Recepta jest więc jedna, musisz pracować więcej, brać nadgodziny, nająć się na dodatkowe pół etatu, żeby za rok, dwa, trzy, cieszyć się statusem pana a nie chama, bo na razie jesteś takim nie wiadomo czym; ani toto naprawdę majętne, ani dość ubogie. Na świecie mówią na to klasa średnia, ale u nas nie wyznajemy półśrodków; bądź zimny, albo gorący, nigdy letni.

Czekam dnia, Szanowni Państwo, kiedy rzecznik rządu, po ogołoceniu ostatniego z nas, wyjdzie na ambonę, i tak to wszystko wytłumaczy; to dożynanie watahy; ten rabunek w biały dzień. Że to dla waszego, milusińscy, dobra, bo my wiemy lepiej, jak wam będzie lepiej. Przecież po to, do janiepawła, żeście nas wybrali, czyż nie?

Rozmawiałem niedawno przy winie z kumplem, o tym, jak nas chcą załatwić Morawicki z kumplami. Co z tym fantem zrobić. Obaj bowiem, tzn. ja, on i nasze pracujące żony, łapiemy się w pułapie 5-15 per month. Uradzilim, że na pewno tak łatwo się nie poddamy. On zna magików od kreatywnej księgowości, ja też. Choćbyśmy mieli dopłacać, to nie oddamy złodziejom bez walki naszej krwawicy. Będziemy kłamać, blefować, wyprowadzać, kombinować i zwodzić, jak tylko się da, byleby nie oddać Morawieckiemu więcej niż dziś, choć i dziś oddajemy niemało. Bo miarka się przebrała. A jak się ni da nielegalnie, bo będzie za drogo, to po prostu, założymy działalność w Czechach i będziemy mieć na wszystko wiecie co. Do czego i Państwa zachęcam. Dajmy zarobić Pepikom. Nie dość że mają pyszne piwo, knedle i praską starówkę, to jeszcze obniżyli podatki po pandemii. Czeski ponoć wcale nie jest taki trudny.

Kopertą w Morawieckiego

Zapowiadana szumnie konferencja prezesa NIK, Mariana Banasia, nie rozczarowała widzów. Padło wiele gromkich słów, mają być złożone doniesienia do prokuratury.

Banaś uderzył PiS w najbardziej czułe miejsca: finanse i łamanie prawa. Kontrola objęła KPRM, MSWiA, Pocztę Polską oraz Polską Wytwórnię Papierów Wartościowych. Te dwie ostatnie instytucje, a raczej ich zarządy, w opinii kontrolerów NIK, mogły dopuścić się popełnienia przestępstwa. W związku z czym NIK złożył do prokuratury doniesienia w tej sprawie.

Bezprawne polecenia

Poza tym Banaś wskazał, że premier wydawał polecenia Poczcie Polskiej i PWPW „bez podstaw prawnych”. Banaś poinformował, o czym od dawna informowali prawnicy, że jedyna instytucją, uprawniona do organizowania wyborów w jakiejkolwiek formie, jest Państwowa Komisja Wyborcza. Zaś decyzje administracyjne w tym wypadku nie powinny w ogóle mieć zastosowania i było niezgodne z prawem.

Kontrolerzy NIK wykazali, że część działań była prowadzona bez niezbędnych umów i porozumień. Naruszono zasady ochrony danych osobowych. Skutkiem takich działań były wymierne straty finansowe instytucji państwowych liczone w milionach złotych.

Wyniki kontroli, podane na konferencji, wiele straciłyby ze swego powabu, gdyby Marian Banaś nie mówił o swoich sprawach prywatnych.

Odniósł się do aktywności służb w siedzibie NIK po rzekomym komunikacie o podłożonej bombie. Wspomniał też o interwencji policji w związku z mailami, że syn prezesa NIK miałby chcieć popełnić samobójstwo. Doniesienia okazały się fałszywe.

Szybka reakcja

Rząd natychmiast zareagował na konferencje Mariana Banasia. Centrum Informacyjne Rządu oznajmiło, że „wszystkie decyzje o rozpoczęciu technicznych przygotowań do głosowania korespondencyjnego w wyborach prezydenckich były zgodne z prawem; premier i szef KPRM stali na straży Konstytucji”.

Powołano się na „wiele ekspertyz prawnych” (jakich? czyich?), a także fakt, iż rząd „ma obowiązek” stworzenia warunków do przeprowadzenia wyborów w przewidzianym terminie.

A premier nie „zarządził” a „nakazał” Poczcie Polskiej i PWPW rozpoczęcie przygotowań.

Wyniki kontroli NIK byłyby w każdym państwie sensacją. Jednak w polskim przypadku nie da się traktować ich inaczej jak tylko kolejnego przejawu brudnej walki politycznej w łonie rządzącej grupy.

Recepta na mieszkanie

Mieszkania na wynajem to tylko fragment problemu

Lewica twierdzi, że w ramach negocjacji z Premierem Morawieckim uzyskała wpisanie do Nowego Ładu, czy też Krajowego Funduszu Odbudowy budowę 75000 tanich mieszkań na wynajem. Środki te mają pochodzić z Unijnego Funduszu Odbudowy. Należy się cieszyć, że propozycja ta została uwzględniona w materiałach przesłanych do Komisji Europejskiej do zatwierdzenia. Radość socjalistów jest jednak ograniczona z kilku powodów.

Po pierwsze rząd Morawieckiego złamał już wiele obietnic, które nie zostały zapisane w formie pisemnego porozumienia, nie dotrzymał również wielu obietnic zapisanych w obowiązujących dokumentach. Pożyjemy, zobaczymy jak będzie tym razem.

Budowę tanich mieszkań na wynajem Morawiecki obiecał już kilka lat temu. Z zadeklarowanych 100 000 wybudowano niewiele i program praktycznie zamarł.

Miejmy nadzieje, że środki unijne pozwolą na zrealizowanie obietnic popartych porozumieniem z lewicą.

Istotną wadą tego porozumienia jest brak ustalonych koncepcji zrealizowania tego planu.

Praktycznie oznacza to zgodę na jego realizację wg. swoiście rozumianych zasad omnipotencji państwa we wszystkich sprawach dotyczących obywateli.

Zostanie prawdopodobne powołana nowa nieruchawa instytucja centralna z wysoko płatnymi stanowiskami dla działaczy Zjednoczonej Prawicy i ich rodzin i jednocześnie zostaną narzucone nowe obowiązki na samorządy, bez wsparcia finansowego.

Sama realizacja przygotowania i realizacji poszczególnych inwestycji powierzona zostanie deweloperom, którzy wliczą w koszty realizacji swój nie mały zysk.

Kolejnym niedostatkiem porozumienia jest skupienie się wyłącznie na budowie mieszkań na wynajem, pozostawiając nierozwiązany problem budowy tańszych mieszkań na własność.

Budownictwo mieszkaniowe to ważna dziedzina gospodarki, w której kreowane są również nowe miejsca pracy, potrzebny w nim jest udział różnych podmiotów, w tym spółdzielczych i komunalnych, a jeśli ma być tanio to udział deweloperów musi podlegać ścisłej kontroli ze strony zainteresowanego społeczeństwa.

W mieszkalnictwie ostatnia dekada to lata względnie stabilnych, stosunkowo wysokich efektów budownictwa mieszkaniowego, których odzwierciedleniem nie była jednak poprawa dostępności mieszkań dla osób o niskich i przeciętnych dochodach.

Jest to efekt neoliberalnych stosunków gospodarczych, w których zysk jest jedynym kryterium , a jednostka pozostawiona jest sama sobie. Rozwarstwienie społeczne rośnie, co odbija się bezpośrednio także na dostępności mieszkań. Po transformacji ustrojowej mamy dużą podaż mieszkań dostępnych dla osób o wysokich dochodach, przewyższający nawet popyt w tej grupie, a wysoki deficyt mieszkań dostępnych dla osób o niskich i przeciętnych dochodach.

Statystyki dowodzą, że budownictwo mieszkaniowe generuje obecnie znaczne zyski, przechwytywane przez developerów, w których przekształciła się również znaczna ilość spółdzielni mieszkaniowych.
Znamienne jest, że to głównie za sprawą PiS umożliwiono wykup mieszkań lokatorskich od spółdzielni, za przysłowiową złotówkę, likwidując zasób, który spółdzielnie mogły wykorzystywać (po śmierci lokatora) na wynajem.
Tymczasem, po transformacji wykształcił się nowy model zarządzania, w którym problemy mieszkalnictwa należą do samorządów, które mogą być lepiej kontrolowane przez obywateli niż ogólnopolska instytucja państwowa.

Dysponowanie pozyskanymi środkami i gruntami skarbu państwa przez pozbawione dotychczas środków samorządy, przy właściwych uregulowaniach prawnych, zapewniających bezpośrednią kontrolę zainteresowanych mieszkańców, oraz ujednoliceniu zasad , przyniosłoby lepsze i szybsze efekty.

Również spółdzielnie mieszkaniowe mogą odegrać kluczową rolę w rozwoju mieszkalnictwa. Wymaga to zmian w prawie spółdzielczym i powrotu (z koniecznymi zmianami) do roli, jaka odgrywały one przed wojną i w okresie PRL. Chodzi przede wszystkim o przywrócenie budowy mieszkań lokatorskich wg zasad jakie obowiązywały przed wojną i przywrócenie list oczekujących. Samorząd Spółdzielczy, przy odpowiednich regulacjach prawnych może zagwarantować bezpośredni nadzór nad prawidłowym działaniem programu.

Zapomniana została pochodząca jeszcze z okresu międzywojennego (realizowana przez Polską partię Socjalistyczną) i w pewnym zakresie kontynuowana w okresie PRL forma budownictwa spółdzielczego, w której spółdzielnie tworzyły osoby zainteresowane budową własnego mieszkania. To oni wybierali zarząd i decydowali o wyborze wykonawcy i kolejnych działaniach. Istniała też możliwość częściowego zastąpienia kolejnego wkładu finansowego, własna pracą, szczególnie dla osób mających odpowiednie przygotowanie zawodowe.

Przywrócić należy znaczenia komunalnej polityce mieszkaniowej. Zmiany nastawienia samorządu na rzecz budowy mieszkań komunalnych muszą być skorelowane ze zmianami preferencji budżetowych we wsparciu samorządów, a w szczególności głębokich zmianach w ustawie o finansowym wsparciu tworzenia lokali socjalnych, mieszkań chronionych, noclegowni i domów dla bezdomnych oraz ustawy o niektórych formach popierania budownictwa mieszkaniowego. Samorządy powinny być jedynym decydentem wykorzystania własnych gruntów i gruntów pozyskanych od Skarbu Państwa na cele budownictwa mieszkaniowego
Spółdzielnie mieszkaniowe powinny odzyskać kluczową rolę w rozwoju mieszkalnictwa. Wymaga to zmian w prawie spółdzielczym i powrotu (z koniecznymi zmianami) do roli, jaką odgrywały one przed wojną i w sposób ułomny w okresie PRL. Chodzi przede wszystkim o przywrócenie budowy mieszkań lokatorskich wg zasad jakie obowiązywały przed wojną i przywrócenie list oczekujących. Samorząd Spółdzielczy powinien zagwarantować bezpośredni nadzór nad prawidłowym działaniem programu. Należy stworzyć program budowy mieszkań przez spółdzielnie budowlane tworzone przez osoby zainteresowane współudziałem w budowie własnych mieszkań , Taka forma budownictwa powinna w pierwszym rzędzie uzyskiwać wsparcie państwowe i samorządowe.

Kluczową rolę w powyższych rozważaniach odgrywa forma pomocy finansowej państwa w programach udostepnienia tanich mieszkań zarówno na wynajem jak i na własność.

Budowa mieszkań na wynajem musi być całkowicie finansowana z budżetu państwa. Srodki te mogą podlegać długotrwałemu zwrotowi w ramach czynszu za wynajem, przy czym powinny być częściowo umarzane w wysokości zależnej od dochodów osób wynajmujących.

Opłaty eksploatacyjne powinny podlegać zasadzie non profit, czyli bez zysku dla jednostek zarządzających. Można dodać, że taka zasada powinna obowiązywać również dla wszystkich przedsiębiorstw komunalnych dostarczających podstawowe usługi dla ludności czyli woda, ścieki, wywóz nieczystości, centralne ogrzewanie itp.

Regulacji wymaga też sprawa wynajmu mieszkań przez prywatnych właścicieli mieszkań.

Właścicielom tych mieszkań należy się amortyzacja poniesionych kosztów budowy lub zakupu mieszkania oraz sprawiedliwy udział w ponoszonych opłatach eksploatacyjnych. Do akceptacji trzeba też przyjąć pewien dochód z wynajmu. Jednak ceny wynajmu zwykle daleko wykraczają poza te reguły. Z drugiej strony słabe jest zabezpieczenie właściciela przed zdarzającą się rabunkową gospodarką mieszkaniem przez wynajmującego i występujące trudności przy pozbyciu się lokatora nie płacącego lub dewastującego mieszkanie. Potrzebna jest ustawa o najmie oraz stworzenie szybkich ścieżek prawnych do rozstrzygania sporów w tym zakresie np. poprzez ustanowienie urzędowych rozjemców.

Dla młodych osób starających się o własne mieszkanie kluczowa rolę powinny odgrywać tanie i gwarantowane przez państwo kredyty na brakującą część wkładu własnego, możliwość czasowego zawieszania spłat kredytu bankowego (z gwarancją rządową) w przypadku okresowych trudności życiowych (utrata pracy, choroba lub nie zawinione wypadki losowe).

Mieszkanie własne lub wynajmowane, to kwestia nie tylko zasobów finansowych, ale także przyjętego modelu społecznego. W państwach w których występuje duży udział mieszkań wynajmowanych w ogólnej puli mieszkań (np. Niemcy) występuje też duża migracja wewnętrzna. O miejscu podjęcia pracy lub jej zmiany bardzo często nie decyduje miejsce zamieszkania. Występuje migracja do dużych miast, ale również migracja z mało przyjaznego środowiska wielkomiejskiego do małych miast, czy nawet wsi. Przy takim modelu migracji mieszkania wynajmowane maja znaczna przewagę nad posiadaniem własnego. Przy czym zasady wynajmu są np. w Niemczech dość ściśle uregulowane i rzadko występuje tam forma wyzysku wynajmującego przez właściciela i niewłaściwe zachowanie najemcy w wynajmowanym mieszkaniu.

W Polsce migracja występuje głównie do wielkich miast i nowi osiedleńcy pragną posiadać własne mieszkanie, Wiąże się to głównie z niedorozwojem gospodarczym i kulturalnym małych ośrodków. Sytuacja ulega stopniowej poprawie, ale do normalności w tym zakresie mamy jeszcze daleką drogę.
I na zakończenie. Neoliberalny model gospodarki i dostosowane do niego regulacje prawne doprowadziły do nierówności wobec prawa kredytodawców (banki) kredytodawców (obywateli- klientów banków) co doprowadziło do olbrzymich trudności, a nawet upadłości tych ostatnich.
Klinicznym przykładem sa kredyty hipoteczne we frankach szwajcarskich. Proces naprawy tych nierówności musi stać się jednym z priorytetów, a lewica powinna poświecić temu zagadnieniu większą uwagę.

W rocznicę tragedii polskich rodzin z Paulinowa

Mija 78. rocznica akcji pacyfikacyjnej przeprowadzonej przez Niemców 24 lutego 1943 r. we wsi Paulinów w gminie Sterdyń. Jej ofiarą padło 11 Polaków udzielających pomocy Żydom oraz trzech uciekinierów korzystających z ich wsparcia. Publikujemy felieton Wacława Kruszewskiego, który nawiązuje do tamtych wydarzeń.

Dzwonią do mnie koledzy Janusz z Warszawy i Waldek z Wrocławia, Heniek z Białegostoku i czasem dyskutujemy o karaniu za rozpowszechnianie kłamstw o udziale Polaków w mordowaniu Żydów przez Niemców.

Każdy z nas mógłby podać jednostkowe przykłady nagannego stosunku Polaków do Żydów. Heniek pamięta tragiczne losy fryzjera Abramka ze Sterdyni, szukającego schronienia w Białobrzegach. Janusz pamięta tragiczny los Żydów szukających schronienia w Dziegietni – szczęśliwym, że udało się im z pomocą innych Polaków uciec z sokołowskiego getta. Ale też znane są losy Żydów z Korczewa, ocalonych przez św. pamięci Kazimierza Miłobędzkiego. – Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata, Kiedy jeszcze pan Kazio żył pokazywał mi listy dziękczynne mieszkanki Nowego Yorku, której w czasie okupacji wyrobił polskie papiery i wysłał na roboty do Niemiec. Tam bezpieczniej było przeżyć Żydówce niż w okupowanej przez Niemców Polsce. Niewiarygodne, ale prawdziwe.

Tak, jak prawdziwa jest tragedia kilku polskich rodzin z Paulinowa, wydanych Niemcom przez dwójkę Żydów, za pomoc i schronienie, jaką otrzymali od tych rodzin kilka dni wcześniej, którą pamięta Waldek. Kto nie doświadczył życia w okupowanej przez Niemców Polsce, ten nie powinien, bezrefleksyjnie oceniać zachowania ludzi zagrożonych represjami władz. Historii nie da się pisać ustawami, a jej świadków zastraszać. Tu potrzebna jest edukacja i upowszechnienie prawdy. Dobrej, wynikającej z chrześcijańskich zasad i złej, którą kształtowała chciwość i zazdrość prowadząca do zdrady i zbrodni. W każdym narodzie można znaleźć jednych i drugich. ”Rzecz w proporcjom mocium panie”, jak mawiał Onufry Zagłoba. I o zachowanie tych proporcji trzeba walczyć. Stale z każdym, ale argumentami opartymi na prawdzie, a nie ideologicznej propagandzie. Dlatego potrzebny nam dziś PROGRAM wielkiej edukacji społecznej. Sam chciałbym wiedzieć i przekazać swojemu wnuczkowi, ilu Rosjan, Ukraińców Litwinów czy Francuzów, ma godność Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata.

W 1985 roku Minister Kultury i Sztuki, prof. Aleksander Krawczuk, wysłał mnie do Francji, bym poznał organizacje i finansowanie domów kultury i teatrów amatorskich. Gościnni gospodarze zaproponowali zwiedzanie paryskiego Centrum Kultury im J. Pompidou. Super nowoczesny gmach z zewnętrznymi przeszklonymi windami w starej rybackiej dzielnicy Paryża robił wrażenie. W jednej z sal multimedialne muzeum z wielkim telebimem, na którym z dostępnej listy można sobie wyświetlić filmy dokumentalne z całego świata w tym i z Polski. Wybrałem polską kulturę ludową. Na ekranie wycinankarki z Myszyńca a z głośników przyśpiewki kurpiowskie z Kadzidła. Fajnie jest, pomyślałem sobie widząc żywą reakcję mojej tłumaczki i grupki dzieci podziwiającej kunszt ludowych artystek wycinających kolorowe koguciki nożycami do strzyżenia owiec. No to jeszcze sięgnijmy po historię. Wcisnąłem guzik z napisem powstanie warszawskie. Chciałem pokazać Francuzom, jak walczyła Warszawa, gdy oni szykowali kolejne transporty swoich żydowskich obywateli do Treblinki. Na ekranie sceny z powstania z getta warszawskiego ze sławną karuzelą i harmonistą grającym skoczne oberki. Za murami giną ostatni obrońcy honoru Żydów, a po aryjskiej stronie kręci się karuzela i gra muzyka. Zwróciłem uwagę tłumaczce, że to nie to powstanie, że chcę zobaczyć powstanie warszawskie z 1 sierpnia 1944 roku. Odpowiedziała, po konsultacji z kierownikiem sali, że w Warszawie było tylko jedno powstanie przeciwko Niemcom, w getcie 19 kwietnia 1943 roku. Miliony ludzi zwiedzało Centrum Kultury i Sztuki im. J .Pompidou w Paryżu i tysiącom z nich taką ciemnotę przez lata wciskali Francuzi. Czy ktoś interweniował w tej sprawie np. polska Ambasada? Nie wiem, ale wiem, że powinna. Czy do takiej interwencji potrzebne były ustawy? Nie sądzę. Na pewno potrzebna była aktywność i kompetencje polskich dyplomatów. Dawniej i dziś. Kto interesuje się historią wie, że z dyplomacją od wieków mamy poważne problemy, przez co ponosimy nie tylko wizerunkowe straty. Ograli nas w Jałcie i Teheranie, oszukali w należnych reparacjach wojennych. Teraz wykorzystują każdy błąd, by zrobić z nas antysemitów. To, dlaczego sami dajemy argumenty tym, którzy z różnych powodów nie lubią Polaków. Boleję nad tym, że jest ich coraz więcej. Przede wszystkim dzięki nam samym i naszym liderom.

Nasz elegancki Premier jedną wypowiedzią w Monachium dolał oliwy do ognia i jakby tego było za mało, uhonorował pomnik brygady świętokrzyskiej, jedynej formacji zbrojnej w okupowanej Polsce współpracującej z Niemcami, m.in. w mordowaniu Żydów. Natychmiast pojawiły się obraźliwe i nie do końca obiektywne wypowiedzi polityków i żurnalistów przeciwko Polsce i polskim władzom. A przecież nasz premier powiedział prawdę.

Potwierdzeniem, że wśród społeczności Żydowskiej też byli szubrawcy, jest historia jaka wydarzyła się w 24 lutego 1943 w Paulinowie k. Sterdyni. Przed laty pisał o niej dr Edward Kopówka – dyrektor Muzem Walki i Męczeństwa w Treblince. „Pacyfikacje mieszkańców folwarku Paulinów poprzedziło rozpoznanie. Niemcy posłużyli się tu prowokacją. Rozpoznania dokonał szpieg podający się za francuskiego Żyda – uciekiniera z transportu do Treblinki. W pobliskim lesie i zabudowaniach folwarcznych ukrywali się Żydzi, uciekinierzy z getta sterdyńskiego. Kierowany przez Niemców prowokator nawiązał kontakt z Szymelem ze Sterdyni, który był szkolnym kolegą Czesława Kotowskiego z Paulinowa. Teraz już uwiarygodniona para prowokatorów chodziła od domu do domu, prosząc o żywność i informacje. Wiedzieli, że nikt im nie odmówi pomocy. Świadek tej tragedii, pani Janina Piwko-Stalewska, widziała egzekucje swojego ojca i matki „Niemiec wyprowadził z domu ojca i strzelił w oczy, tato jeszcze się rzucał, oprawca poprawił następną kulą. Wpadłam do domu – Mamusiu kochana, tatusia zabili – krzyczałam. Niemiec odepchnął mnie. Mamę wziął za kark i wyprowadził do sieni. Usłyszałam strzał. I z tego wszystkiego padłam na kolana przed obrazem Matki Najświętszej i prosiłam Ją o ocalenie. Niemiec wszedł, popatrzył na mnie i wyszedł. Tak przeżyłam. – Moi rodzice wychowali do dorosłości ośmioro dzieci, pięciu synów i trzy córki. Wszyscy byli nauczeni w domu, że nikogo nie można opuszczać w potrzebie. Przyszedł Żyd, dali mu chleba. Za dobre serce zginęli rodzice”.

W sześćdziesiątą rocznicę śmierci mieszkańców Paulinowa, z inicjatywy Andrzeja Sarny i Jana Rominkiewicza z Towarzystwa Miłośników Ziemi Sterdyńskiej, ustawiono skromną ludową kapliczkę z Jezusem Frasobliwym autorstwa twórców ludowych Józefa i Franciszka Pytlów. Zginęli za miłość okazywaną bliźnim. Chcemy zachować ich w pamięci ofiarowując im tę kapliczkę. Od tej chwili stanie się ona symbolem cierpienia i miłości symbolem naszej z nim solidarności – mówił Jan Rominkiewicz, nauczyciel sterdyńskiej szkoły i Zasłużony Działacz Kultury. Na wyblakłej blaszanej tabliczce można jeszcze odczytać nazwiska i wiek pomordowanych mieszkańców wsi.

Za artykułem Edwarda Kopówki przywołajmy je tutaj, bo kto wie czy za parę lat prawdy o tragedii w Paulinowie nie zamieni się w szmalcowników, jak powstanie w getcie – na powstanie warszawskie w Centrum Kultury im J. Pompidou w Paryżu.

„Wczesnym rankiem 24 lutego 1943 roku do folwarku Paulinów przyjechało z Ostrowi Mazowieckiej, w 60 samochodach, około 2 tysięcy niemieckich żołnierzy i policjantów. Agenci żydowscy prowadzeni przez gestapo wskazywali tych, którzy pomagali ich pobratymcom. Na początku zastrzelono stajennego Franciszka Kierylaka lat 50, potem Józefa Kotowskiego lat 56, jego 54-letnią żonę Ewę Kotowską, syna Stanisława Kotowskiego lat 25. Aresztowano także Jana Siwińskiego lat 50, Franciszka Augustyniaka lat 25 (zięcia Siwińskiego), Mariana Nowickiego lat 36 i Ludwika Uziębło lat 45 (pochodzili z kolonii Ratyniec Stary), Zygmunta Drgasa lat 25 (przesiedleńca z poznańskiego mieszkającego u Uziębły), Stanisława Piwko lat 31 i Aleksandra Wiktorzaka lat 50. Wszystkich aresztowanych odprowadzono do lasu i rozstrzelano. Po wojnie rodziny ekshumowały ciała i przeniosły je na cmentarz w Sterdyni.

W ubiegłym roku w ramach projektu Instytutu Pileckiego „Zawołani po imieniu”, w Sterdyni został odsłonięty kamień z tablicą pamiątkową poświęconą mieszkańcom Paulinowa i Starego Ratyńca, którzy stracili życie w czasie niemieckiej obławy. Na tablicy znalazły się nazwiska jedenastu ofiar.

List czytelnika w sprawie szczepień przeciwko COVID-19

Rząd postanowił zintensyfikować program szczepień przeciw Covid-19, premier Morawiecki zapowiedział, że Polska będzie szczepić nawet 10 mln obywateli miesięcznie. W tym celu, jak zapowiedział minister Dworczyk, uruchomione zostaną dodatkowe punkty szczepień, m.in. na stadionach.

Szczepić będą mogli (tak jak chciał PSL) nawet aptekarze !

Inaczej mówiąc – rząd powołuje pospolite ruszenie … Tymczasem, ostrożnie szacując, co najmniej 1/3 wojsk zaciężnych stoi z bronią u nogi.

I, być może, PiS-owski nie zdaje sobie z tego sprawy … Na poparcie tej tezy przytaczam przykład z mojego podwórka.

26 marca br. wysłałem mejla do mojej przychodni POZ z prośbą „o wyjaśnienie, dlaczego przychodnie *Med sp. z o.o. nie biorą udziału w akcji szczepień przeciwko COVID-19 ?

W dniu 22.03.2021 r. (rano) pierwszego dnia, w którym rozpoczęła się rejestracja mojego rocznika, zarejestrowałem się, poprzez IKP, na wizytę w punkcie szczepień przeciwko COVID-19, znajdującym się w Pabianicach. Nie dlatego, że tam chciałem – jako mieszkaniec Bełchatowa chciałem wybrać punkt znajdujący się w Bełchatowie.

System jednak pokazywał, że do 31 maja żaden z czterech punktów w Bełchatowie nie ma wolnych terminów; tak samo w pozostałych gminach powiatu bełchatowskiego; w Piotrkowie Trybunalskim wolne były terminy w maju; w kolejnym najbliższym mieście, do którego mi „po drodze”, Pabianicach, najbliższy wolny termin to 26.04.2021 r.; przypisałem swoje, a potem swojej żony, skierowanie od Ministra Zdrowia do punktu w Pabianicach. Nie jestem jedyny; niektórzy znajomi z Bełchatowa zarejestrowali się do Łodzi, Złoczewa …

Powstaje pytanie, dlaczego w Bełchatowie nie było wolnych terminów ?
Odpowiedź jest prosta: dlatego, że w akcji szczepień przeciwko COVID-19 nie bierze udziału największa przychodnia w Bełchatowie i okolicy – NZOZ *Med ! Firma wywodząca się z przyzakładowej przychodni zdrowia Kombinatu*, i z tego tytułu w sposób specjalny przez Kombinat* traktowana.

I teraz okazało, że tysiące pacjentów, pracowników Kombinatu* zostało przez sp. *Med porzuconych, żeby nie powiedzieć – zdradzonych; w każdym razie duża część została narażona na straty finansowe (chociażby zwiększone koszty dojazdu) oraz niedogodności (chociażby konieczność wzięcia dwóch dni urlopu, które w zasadzie przeznaczone są na odpoczynek, czy czekanie w długich kolejkach). TO NIE JEST W PORZĄDKU ! (…)”

31 marca otrzymałem odpowiedź podpisaną przez dyrektora Zespołu Przychodni w Bełchatowie sp. *Med. W półtora stronicowym dokumencie czytamy m.in.: „(…) Dodatkowy dochód, jaki byłby możliwy w przypadku realizacji szczepień przeciwko Covid-19 nie rekompensowałby utraty dobrej marki i niezadowolenia Pacjentów (…) Oddelegowanie na stałe dwóch lekarzy i dwie pielęgniarki w celu realizacji programu szczepień uniemożliwiłoby nam realizację świadczeń medycznych dla ponad dwudziestu tysięcy pacjentów na poziomie zgodnym z obowiązującymi nas umowami (z Kombinatem* i NFZ). (…) Wobec powyższego podjęliśmy decyzję o niezgłoszeniu swojego udziału w postępowaniu przetargowym”.
Należy dodać, że w Bełchatowie (65 tys. mieszkańców) na 4 punkty szczepień, trzy to Niepubliczne ZOZ; jest jeszcze kilka prywatnych ośrodków POZ, w tym jeden porównywalny do tych trzech; sp. *Med ma przychodnie w kilku innych miastach na terenie kraju; ponadto jej właścicielem jest ogólnokrajowa Grupa L*; strategiczne decyzje zawsze podejmuje właściciel …

W tej sprawie błędem populistycznego rządu „Zjednoczonej Prawicy”
była decyzja o rekrutacji podmiotów prowadzących punkty szczepień na zasadach „wolnorynkowych”; dobrowolności. Co wynikało z kardynalnego błędu o nie wprowadzeniu przewidzianego w Konstytucji RP stanu klęski żywiołowej. Należało, jak udowadnia to powyższy przykład – i to jest aktualne – wprowadzić ograniczoną czasowo nacjonalizację prywatnych dostawców usług zdrowotnych, jak chociażby w Hiszpanii rok temu.

Nie mam nadziei, że takie rozwiązanie , na tym etapie, zastosuje rząd PiS, ale dedykuję tę opinię – na przyszłość (na teraz też) politykom polskiej Lewicy.

Grzegorz Stoigniew Nowak
* – gwiazdka informuje, iż nazwa została zmieniona.

Premier broni prezesa

Premier Morawiecki bronił dobrego imienia prezesa Obajtka. Zapewnił on publicznie, że prezes Obajtek to dobry człowiek, a wrogie narodowi chcą go tej opinii pozbawić. Pewnie dlatego, że prezes postanowił zrobić z Orlenu potęgę, a wrogowie Polski są temu przeciwni. Premier nikogo nie wskazał, ale wiadomo przecież o kogo chodzi. Premier przy tym był bardzo poważny, ale w duchu cieszy sięł, bo ubył mu rywal do premierowskiego fotela.

A przecież takie słuchy o Obajtku chodziły. Sam najgłówniejszy prezes temu nie zaprzeczał i dodawał nawet, że prezes Orlenu ma w sobie to coś, czego nawet obecny premier nie ma. Po wpadce z posiadłościami prezesa Obajtka on już raczej na premierostwo nie ma szans. Takiego skandalu nie przełknęli by nawet najzagorzalsi zwolennicy PiS, dotąd nie dostrzegający przekrętów tej ekipy.

Obu panów łączy zamiłowanie do posiadania. Jednak do majątków dochodzili różnymi drogami. Premier Morawiecki, już jako 11-letni chłopiec, urywał głowę komunistycznej hydrze. Kiedy byłem radnym Sejmiku Dolnośląskiego, wtedy jeszcze raczkujący w biznesie, Mateusz Morawiecki też był radnym. Wtedy nie wiedziałem, że ocieram się o półboga. Ja człowiek z postkomunistyczną przeszłością. Z tą boskością coś było na rzeczy. Przyszły premier ubogacił się na truchle komuny. Za symboliczne pieniądze nabył od Kościoła kilkanaście hektarów ziemi, którą ten (kościół) dostał od państwa za darmo. Czyżby o to chodziło w walce z komuną? Przez kilkanaście lat nikt tą ziemią nie interesował się, a jej wartość wzrosła do kilkudziesięciu milionów. Kiedy przyszło premierostwo sprawa wybuchła. Premier chyżo dokonał rozdziału majątkowego i ziemię przepisał na żonę. A żona nie przyznaje się ile ta ziemia jest warta. I co mi zrobicie? Zdaje się kpić narodowy premier ze swoich poddanych. Jeden Pan Bóg tylko to wie ile to jest warte i niech to wystarczy wierzącym obywatelom.

Prezes Obajtek zaczynał gromadzenie majątku inaczej. Jako drobny przedsiębiorca i wójt, a to tu coś skrobnął, a to w drugim miejscu coś kupił, na kogoś przepisał dom, potem wydzierżawił, a gdzie indziej zamiótł pieniądze pod dywan. ….Mam kasę, ale nie powiem skąd i co mi zrobicie?… Ale skoro został prezesem Orlenu wrogie mu, a co za tym i całemu narodowi, siły zaczęły węszyć. Wyszła na jaw ekwilibrystyka prezesa z ukrywaniem majątku, na który nie miał pokrycia w zarobkach. Teraz, jako prezes Orlenu, zarabiający miliony, może kupić wszystko, czyli „Wszystko mogę Obajtek” jest teraz prawdą.

W przypadku obecnego premiera sprawa jest jasna – kupił za bezcen, a wiedział, że za kilka lat ta ziemia będzie warta miliony. Można mówić o moralnie nagannej spekulacji. Prezes Orlenu dochodził do majątku pokrętną drogą. Ta droga dyskwalifikuje go w walce o premierostwo i dlatego premier Morawiecki szczerze broni prezesa Obajtka, bo jest przekonany, że ten nie wygryzie go z fotela. A że zarazem kłamie o Obajtku, to co? Dla niego mijanie się z prawdą to chleb powszedni. Sam prezes najważniejszy zamilkł. Bo są jednak jakieś granice politycznej hucpy. Tak mi się przynajmniej wydaje, ale pewien nie jestem.