Masztu naszego powszedniego

,,To jest miś na miarę naszych możliwości” – chciałoby się rzec po dzisiejszej zapowiedzi premiera. Mateusz Morawiecki obiecał, że rząd sfinansuje zakup masztów i flag dla każdej z gmin w Polsce, której mieszkańcy dołączą do akcji ,,Pod biało – czerwoną”.

Niedawno od jednego z wyborców partii rządzącej usłyszałem, że jako dziennikarz zajmuję się jedynie bezrefleksyjnym szkalowaniem rządu i nawet nie próbuję dostrzec tego, co władze robią dobrego. Wziąłem sobie te słowa głęboko do serca i z zapałem zacząłem w ostatnich dniach szukać sukcesów władz. Spojrzałem na walkę z wirusem, ale tam tylko rekordy zachorowań i totalne nieprzygotowanie do nadchodzącego roku szkolnego. Pomyślałem o kwestii rynku pracy i praw pracowniczych, ale tam tylko zamrożenie płac w budżetówce i służalczość wobec biznesu. W końcu popatrzyłem na politykę zagraniczną, jednak tu też dostrzegłem tylko chaos i brak jakiegokolwiek dalekowzrocznego planu. Byłem już naprawdę na skraju załamania, a mojej ambitnej misji groziło totalne niepowodzenie. Wtedy jednak, w najbardziej nieoczekiwanym momencie, pojawił się on, cały na biało-… czerwono! (przynajmniej w znaczeniu duchowym).

Tak, to premier Mateusz Morawiecki we własnej osobie zjawił się w Tychach i w stylu godnym superbohatera z amerykańskiego komiksu uratował mnie przed duchową porażką. Z werwą i troskliwością dobrego gospodarza zapowiedział, że jego rząd zainicjuje akcję, w ramach której każda gmina, która złoży petycję, dostanie pieniądze na zakup masztu i flagi. Program będzie nosił nazwę ,,Pod biało – czerwoną” (sprytnie, ma to chyba robić od razu za sugestię, jaką flagę należy kupić z tych pieniędzy). Sam pomysłodawca – dobrodziej tak wyjaśniał cele kampanii: ,,Niech maszty z biało-czerwoną rozsiane w całym kraju pokażą nasze przywiązanie do Polski, którą mamy nie tylko w sercu, ale chcemy się nią podzielić budując wspólnotę Rzeczypospolitej”. Domyślam się, że gdy mówił te pięknie i wzruszające słowa, nawet największych Targowiczan i antypolaków  zahipnotyzowała mistyczna wizja tysięcy masztów prowadzących okręt naszej Ojczyzny w rejsie ku świetlanej przyszłości… Z nimi żaden kryzys nam nie straszny.

Mamy to! Jest upragniony sukces! – nie potrafiłem pohamować radości. Łezka pociekła mi po policzku na myśl, że po bezsennych nocach poszukiwań będę mógł dzisiaj wreszcie spokojnie zasnąć. I to licząc nie jakieś tam owce, ale potężne polskie maszty z dumnie powiewającymi biało – czerwonymi flagami.

W ogóle, gdy myśli się o tym, co rząd PiS funduje nam na obchody kolejnych jubileuszy, przychodzą na myśl słowa „Siary” Siarzewskiego z ,,Kliera” – ,,Mają rozmach sku*wysyny”. Na stulecie niepodległości było 100 tandetnych ławek za 4 mln zł, na 1050 – lecie państwa polskiego defilada z idącymi piechotą husarzami, a na stulecie bitwy warszawskiej – ,,widowisko”, którego nawet prawicowi komentarzy nie zawahali się określić mianem ,,żałosnego połączenia rekonstrukcji historycznej, szkolnej akademii i kiczowatej scenografii”. Teraz do kompletu, docelowo na 101 rocznicę odzyskania niepodległości, dostaniemy maszty. Dużo masztów. Szczerze powiem, składa się to w pewną całość i jestem w stanie dostrzec w tym wizję. To po prostu kolejne etapy narodowej gry w ,,wisielca”: po obejrzeniu najpierw defilady, a potem ,,widowiska” ze Stadionu Narodowego, nie pozostaje nic innego jak tylko  wejść na ławkę niepodległości celem powieszenia się na narodowym maszcie.

Ministrowie uciekają

Szef resortu zdrowia opuścił stanowisko, gdy nie widać końca pandemii, a szef dyplomacji – kiedy za wschodnią granicą Polski trwają największe od lat protesty społeczne i ścierają się interesy wielkich graczy.

To staje się już smutną tradycją rządu Morawieckiego – jego ministrowie porzucają swoje posterunki właśnie wtedy, kiedy potrzeba ciężkiej pracy i stabilnego przywództwa.

Pogrążyły go maseczki?

Łukasz Szumowski odszedł, nie doczekawszy się drugiej fali pandemii, krótko po tym, gdy padło kilka kolejnych dziennych rekordów liczby zakażeń, a lekarze coraz głośniej alarmują, że służba zdrowia skupiona na walce z koronawirusem ma coraz mniej sił na inne – przecież wciąż istniejące – choroby.

„Gazeta Wyborcza” spekuluje, że Szumowskiego ostatecznie pogrążyła afera z zakupem maseczek za pośrednictwem znajomego instruktora narciarskiego. Były już szef resortu zdrowia krótko przed ogłoszeniem swojej dymisji rozmawiał z ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą. Czy usłyszał „propozycję nie do odrzucenia” – dymisja albo zarzuty, bo śledczy dotarli do kolejnych kompromitujących ministerstwo okoliczności tamtej transakcji?

Niezależnie od tego, jak było, Szumowski zapewnia, że pozostawi resort w dobrych rękach – tymczasowo pokieruje nim Waldemar Kraska – i w dobrym stanie.

– Udało się ufortyfikować Polskę w walce z wirusem. Zbudowaliśmy mury obronne. Stworzyliśmy zaplecze do testowania pacjentów oraz laboratoria, które są niezbędne do tego, aby odbierać wyniki testów. Do tego powstały szpitale jednoimienne – mówił minister „Super Expressowi”, przekonując, że druga fala pandemii zostanie zatrzymana.

Szumowski dodał, że nie znika z życia publicznego. Będzie nie tylko praktykował jako lekarz w klinice w Aninie, ale też pozostanie w Sejmie.

Uprzedzał, że odejdzie

Z kolei Jacek Czaputowicz jeszcze w lipcu niedwuznacznie dawał do zrozumienia, i premierowi, i opinii publicznej, że zamierza odejść ze stanowiska.

– Minister wcześniej stwierdził, że po wyborach prezydenckich jest dobry moment na zmianę na czele polskiej dyplomacji oraz wyraził przekonanie, że jego następca będzie kontynuował dotychczasową linię i sprzyjał dalszemu umocnieniu pozycji Polski na arenie międzynarodowej – to komunikat MSZ. Co do kontynuowania dotychczasowej linii wątpliwości raczej nie ma. Jednak moment odejścia Czaputowicza absolutnie nie przysłuży się umacnianiu – czy raczej ratowaniu – międzynarodowej pozycji Warszawy.

U najbliższego sąsiada Polski na wschodzie nastąpił długotrwały kryzys, w którego rozwiązanie powinni zaangażować się poważni gracze międzynarodowi, działający na jak najszybsze uspokojenie sytuacji. Polska, po początkowych deklaracjach, że działać będzie w kierunku porozumienia w sąsiednim państwie, usztywniła swoje stanowisko, ogłaszając ustami opozycyjnego polityka białoruskiego – Walerija Cepkały o stworzeniu funduszu dla poparcia strajkujących robotników białoruskich przedsiębiorstw oraz o gotowości pomocy dla białoruskich uchodźców poprzez uproszczenie formalności na polsko-białoruskiej granicy. Sam Cepkało, zagrożony aresztowaniem na Białorusi, schronił się początkowo w Kijowie, by przybyć do Warszawy. Tu też dołączyła do niego żona Wieranika, jedna z bliskich współpracownic Swiatłany Cichanouskiej.
W narracji Aleksandra Łukaszenki Warszawa zaczęła występować jako główny manipulator, popierający, czy wręcz nakręcający protesty Białorusinów, nie tylko za sprawą przyjmowania opozycjonistów, ale też wspierania antyłukaszenkowskich mediów i ich twórców. NEXTA, animator kanału w aplikacji Telegram, który wzywa do protestów i na żywo relacjonuje ich przebieg, przebywa przecież w Polsce.

O tym, że rezygnacja Czaputowicza została wybrana w fatalnym momencie mówił też Radek Sikorski: -„To fatalny moment na rezygnację ministra spraw zagranicznych. Polska powinna teraz przewodzić Europie w sprawie kryzysu na Białorusi” – stwierdził były minister spraw zagranicznych i obrony. Zastanawiał się również, czy – niezależnie od wcześniejszych wypowiedzi Czaputowicza – jego dymisja nie wynika z różnic w podejściu do białoruskiego kryzysu między ministrem a kierownictwem PiS.
Wypada w tym miejscu zauważyć, że przewodzeniem to raczej myślenie życzeniowe – na razie Rosja rozmawia ze wszystkimi w Europie, tylko nie z Polską, co dobrze podsumowuje złe wybory w polskiej polityce wschodniej.

Czy rząd się sypie?

Rekonstrukcję gabinetu Morawieckiego zapowiadano po wakacjach. To, że ministrowie odchodzą jeszcze wcześniej, w ocenie części opozycji jest dowodem na bardzo ostre walki frakcyjne za fasadą Zjednoczonej Prawicy. W siłę rosnąć miałaby grupa związana ze Zbigniewem Ziobrą, ta sama, która zainspirowała kolejne ataki na społeczność LGBT i ostrą reakcję policji na jej demonstracje.

– Rząd Morawieckiego zaczyna się sypać, nikt nie chce czekać do tzw. rekonstrukcji gabinetu – skomentował na Twitterze Dariusz Rosati, polityk Koalicji Obywatelskiej.

Konwencja przed Trybunał

Mateusz Morawiecki zapewnił na konferencji prasowej, że jego rząd potrafi walczyć z przemocą domową lepiej, niż autorzy konwencji stambulskiej.

Należy bowiem w ramach tej walki wdrażać praktyczne rozwiązania, a nie kierować się względami ideologicznymi – pouczał premier, po czym przypomniał o ustawie antyprzemocowej, jaką z inicjatywy jego rządu przyjęto wiosną tego roku. To faktycznie ustawa potrzebna, natychmiastowo izolująca sprawcę przemocy od ofiar, i dlatego zdobyła także głosy klubu Lewicy. Innymi gestami – jak redukowanie dofinansowania dla organizacji broniących bitych kobiet – Morawiecki jednakże już się nie pochwalił.

Wspomniał za to – a jakże – o tym, że poprzednicy w sprawie kobiet robili niewiele oraz dodał, że dzięki PiS kobiety i dzieci otrzymują „środki do życia” i uzyskują zabezpieczenie przed przemocą ekonomiczną – zapewne chodziło o 500+.

A co z samą konwencją stambulską i głośnymi zapowiedziami jej wypowiedzenia? Tu ma się wypowiedzieć

Trybunał Konstytucyjny

– Sprawy tak wielkiej wagi należy rozpatrywać w ramach przejrzystej i prawomocnej procedury – oświadczył Morawiecki.

Podczas swojej konferencji prasowej w czwartek 30 lipca premier na pozór unikał ostrego języka, jakim w odniesieniu do konwencji posługiwali się ludzie Ziobry. Nie było oskarżeń o „genderowski bełkot”, „marksistowskie niszczenie rodziny” i nic podobnego. Niemniej…

– – Konwencja stambulska – pojawia się wiele głosów, że niewłaściwie definiuje źródła przemocy wobec kobiet i nie dostarcza narzędzi do walki z nią. To bardzo poważne wątpliwości. Jako rząd podzielamy częściowo obawy Polaków i mamy prawo sądzić, że może być niezgodna z Konstytucją w zakresie wolności poglądów i wychowywania dzieci zgodnie z własnym sumieniem – oznajmił szef rządu.

I z kamienną twarzą zapewnił, że w jego przekonaniu dokonana przez trybunał ocena konstytucyjności konwencji zamknie spór, który jej dotyczy.

Lewica była przeciw

Trudno spodziewać się, że takie postawienie sprawy – przy takim składzie Trybunału Konstytucyjnego – uspokoi aktywistki broniące praw kobiet czy parlamentarzystki sejmowej Lewicy. Nawet jeśli temat konwencji stambulskiej pojawił się z inspiracji Zbigniewa Ziobry, a nie samego prezesa, i miał być demonstracją radykalizmu ministra sprawiedliwości, rządowi zaś wcale nie zależało na kolejnym starciu z organizacjami kobiecymi.

Działaczki Lewicy we wtorek poprosiły minister Marlenę Maląg, która jako pierwsza napomknęła o możliwości i zamiarach wypowiedzenia konwencji, o spotkanie. Proponowały merytoryczną rozmowę i rozwianie stereotypów, którymi kierował się Zbigniew Ziobro, twierdząc, że konwencja to ideologiczny dokument.

– W w imieniu klubu parlamentarnego Lewicy składamy dzisiaj prośbę do minister pracy, rodziny i polityki społecznej Marleny Maląg o spotkanie, na którym klub Lewicy wytłumaczy pani minister, dlaczego ta konwencja jest tak istotna w polskim porządku prawnym, dlaczego musi pozostać i być cały czas przez rząd implementowana, i wdrażana do naszego prawa – mówiła wicemarszałkini Senatu Gabriela Morawska-Stanecka.

Zgoda na przemoc?

Organizacje kobiece głośno wyrażały obawę, że wypowiedzenie konwencji będzie oznaczało dalsze zmiany w prawie, ograniczając ściganie sprawców przemocy domowej, której ofiarami w Polsce w przytłaczającej większości są kobiety. Morawiecki usiłował rozwiewać te obawy. Twierdził, że sam jest zwolennikiem surowego karania ludzi, którzy tej przemocy się dopuszczają. Ale czy ktokolwiek poza najtwardszym elektoratem mu wierzy?

Zbigniew – jeden, Mateusz – zero

Znowu chorują. I chorować będą. Na początku kwietnia rząd mówił, żeby siedzieć w domach jak chorych było mniej na dobę niż dzisiaj, a teraz, kiedy obrodziło, premier przekonuje że covidu już nie ma. Ale może to jednak ja jestem inny, bo za krótko byłem w wojsku.

Jakby tego było mało, towarzystwo rządowe żre się miedzy sobą o strefy wpływów. Z jednej strony mości się premier, a z drugiej obrasta w pretorianów i pokazuje kły minister Ziobro. Prezes siedzi sobie tymczasem wygodnie i patrzy, jak mu się gówniażeria bije na podwórku. Raz podszczypie jednego, to znowu napuści drugiego i kąsają się jak szczury w klatce nawzajem, raz za razem.

Sulejówkiem dla Kaczyńskiego i zwieńczeniem jego misji dziejowej wcale nie byłaby prezydentura, jak jeszcze do niedawna uważali naiwni. Koroną ziemi polskiej polityki Jarosława Kaczyńskiego jest i pozostanie wsadzenie Donalda Tuska do więzienia. Niestety dla Kaczyńskiego, jaki by Tusk słaby nie był, w najbliższym czasie jest to bardzo mało prawdopodobne. Zadowolić więc musiał się prezes głową Sławomira Nowaka. Kamień węgielny pod zatrzymanie Nowaka położył oczywiście Mariusz Kamiński i jego chłopcy z CBA, ale nie obyłoby się toto bez aktywnego wsparcia resortu pana Zbyszka. Zapunktował więc minister u prezesa mocno, dając do zrozumienia niezdecydowanym w obstawianiu, na kogo należy postawić w tych regatach. Z drugiej strony premier Morawiecki też nabrał wiatru w żagle i przywiózł z dalekiej wyprawy z Brukseli sporo kapusty. Tzn. przywiózł mniej niż inni premierzy dotychczas, ale i klub skąpców nie był dla biedoty europejskiej w tym roku aż taki hojny, więc na jedno wyszło. Zbigniew Ziobro nie zamierzał jednak czekać na swoją szansę długo i postanowił wyprzedzić ruch przeciwnika. Uderzył mocno. Mniej więcej tak, jak pijany mąż-sadysta leje jak worek swoją żonę i progeniturę. Zapowiedział, że Polska w najbliższym czasie wycofa się z tzw. konwencji stambulskiej.

Konwencja stambulska, czyli Konwencja Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, zobowiązuje państwa, które ją podpisały, m.in. do zmiany prawa, tak by definicja przestępstwa przemocy seksualnej opierała się na braku zgody osoby pokrzywdzonej. Są w niej również inne, progresywne rozwiązania i zapisy, mające chronić słabszych i słabsze przed ciemiężycielami w ich własnych domach. Zbigniewowi Ziobrze konwencja stambulska nie podoba się dlatego, że znalazł w niej słowo LGBT oraz wzmianki o edukacji seksualnej. Zdaniem ministra Ziobry, to wystarczające przesłanki do tego, żeby wyrzucić zapisy konwencji stambulskiej do kosza, bo polskie kodeksy gwarantują te same prawa bitym żonom i dzieciom, ale bez lewackiej ideologii sączonej do głów maluczkich oraz plucia na krzyż i godło. Zapunktował więc minister u prezesa po raz drugi, a twarde jądro partii aż pisnęło z zachwytu, jakiegoż mamy mocnego i mądrego ministra. Jak mamy krajowe, a do tego lepsze, to po co ludziom mącić w głowach obcym i zdegenerowanym? Genialne w swojej prostocie.

Covid rośnie u nas na potęgę. Gdzie indziej też, więc akurat nie powinniśmy się tym specjalnie przejmować, że tak nas Pan Bóg pokarał za grzechy ojców. W domach z betonu siedzą na kwarantannach, na bezrobociu albo na hołmofisie ludzie razem ze swoimi rodzinami. Frustrują się, bo nie mogą wyjść z domu, napić się, zadzwonić po dilera, po kumpla z roku albo spod celi, a jak wiemy, frustracja rodzi agresję. Chyba jeszcze nikt się nie wysilił na to, żeby zbadać, jak bardzo wzrósł u nas odsetek bijących mężów i ojców wraz z zabetonowaniem narodu pod rygorem i sankcją. Nie trzeba jednak być specjalnie lotnym ze statystyki, żeby zaryzykować sąd, że coś na pewno się w tej materii ruszyło. Nie trzeba też profesury z politologii, żeby wiedzieć, z jakimi konsekwencjami społecznymi i politycznymi wiąże się śmiała deklaracja Zbigniewa Ziobry. Przez grzeczność tylko pomijam ogólny wydźwięk tego kroku w cywilizowanym, zachodnim świecie, bo tam już od jakiegoś czasu wiedzą, że nie należy się po Polsce spodziewać niczego specjalnie mądrego. Tę rundę zdecydowanie wygrywa zawodnik w prawym narożniku. Zbigniew – jeden, Mateusz – zero, albo odwrotnie, jak mawiał klasyk.

Trzech tenorów

Od najmłodszych lat wykazywałem podejrzane zainteresowania męskimi zespołami artystycznymi. Za bardzo dawnych czasów pasjonowałem się chórem Dana a potem, już w latach 50-tych ubiegłego wieku – chórem Czejanda. Ze już nie wspomnę o trwającej nadal fascynacji włoskimi tenorami.

Teraz przyszedł czas, że znowu zaczynam być pod wpływem trzech panów rządzących Polską, a zatem wywierających przemożny wpływ także na moje życie i poglądy. Ci trzej panowie opanowali sztukę wspólnego lub odrębnego rapowania na te same tematy, choć ich głosy nie brzmią najlepiej i formy przekazu często się różnią.

Dyrygent

Szefem zespołu jest najstarszy i najmniejszy wzrostem, ale chyba największy duchem i natchnieniem tenor, lubiący rzucać podnieconemu tłumowi widzów twarde, „męskie” teksty. To on nadaje ton występom tego zespołu rewelersów i tworzy ich atmosferę, zależną od aktualnego nastroju. A ten, po dobrym obiedzie zaprawionym dyskusją o meandrach konstytucji, może być łagodny, a po nerwowych obradach parlamentarnych może powodować chęć nie tylko werbalnego odwetu.

Ten założyciel i dyrygent zespołu specjalizuje się ponadto w solowych wstawkach, w których daje do zrozumienia, że cierpi wewnętrznie, bo jego wysoki poziom intelektu musi się zniżać o wiele szczebli, aby być zrozumiałym przez współpracowników a tym bardziej przez „masy”. Chyba w ogóle nie lubi publiczności, a zwłaszcza parlamentarzystów. Przeszkadzają mu w marzeniach o kraju rodzinnym Wielkim, Niezwyciężonym, Niezależnym i pełnym pomników jego i bliźniaczo podobnego brata. Świadectwem tego „nielubienia” są nazwy, jakie nadaje tej części publiczności, która nie zgadza się z jego poglądami. Zaczął względnie łagodnie, nazywając ich „drugim sortem” składającym się z komunistów i złodziei, potem przyszedł czas na zdradzieckie mordy i kanalie, wreszcie z bólem serca uznał, że ma do czynienia z chamską hołotą.

Część słuchaczy się obraża, ale są i tacy, którzy z zachwytu przebierają nóżkami, bo zawsze tęsknili za czyjąś twardą ręką, która wskaże im kierunek marszu do zwycięstwa. I ostatnio się doczekali. Kierownik zespołu w czerwcu tego roku wykazuje bowiem objawy nadzwyczajnego zdenerwowania. Badania opinii wykazują, że członek chóru piastujący funkcje prezydenta, może przegrać wybory na drugą kadencję. Dyrygent pisze więc list do swojej stałej publiczności, aby ją zdyscyplinować i pobudzić do działania. Niby łagodnie, ale między wierszami przebija znane powiedzenie w pięknym języku sąsiadów – „ruki pa szwam” i do roboty!

Zalew obietnic

Pozostali dwaj tenorzy są zdecydowane młodsi, ale piastują najwyższe stanowiska państwowe i opanowali do perfekcji sztukę obiecywania coraz to nowych prezentów dla narodu, a zwłaszcza dla swoich wielbicieli. Wprawdzie zawsze powtarzają opinie dyrygenta, ale starają się śpiewać bardziej łagodnie.

Obietnice w ich wykonaniu oznaczają najczęściej selektywne rozdawanie pieniędzy, albo wsparcie w podejmowaniu działań, które mają być kanwą wiecznej szczęśliwości. Ostatnio namawiano naród do tworzenia przy domach oczek wodnych, zapewne pozwalających nie tylko na lepszy wypoczynek, ale także – w przewidywaniu możliwego kryzysu żywnościowego – na hodowlę konsumpcyjnych rybek. Nie popieram tego humorystycznego pomysłu. Znowu jest kierowany tylko do „mniejszej połowy” obywateli, bo większa mieszka w blokach i oczek na balkonach nie zrobi. Poza tym przypomniał mi się Napoleon, który przejeżdżając przez niewielkie miasto powiedział burmistrzowi, że jest zdziwiony, dlaczego nie oddano na jego cześć salw honorowych. „Sire – odrzekł burmistrz – jest co najmniej dwadzieścia powodów tego uchybienia. Po pierwsze – nie mamy armat, po drugie ….”. ”Dziękuję – przerwał Napoleon – to pierwsze mi wystarczy”.

Otóż my – po pierwsze – nie mamy wody. Ściślej – mamy jeden z najgorszych i stale się pogarszających bilansów wodnych w Europie. A oczko z samej deszczówki nie wyżyje. Trzeba napełnić a potem okresowo dolewać „z sieci”, płacąc za wodę coraz wyższą cenę. To wolny kraj – jak mawiają Amerykanie. Kto chce niech robi oczka. Ale nawoływanie do masowej budowy wylęgarni komarów jest wyraźną przesadą.

Drugim przedwyborczym prezentem tych dwóch zależnych od szefa tenorów, mają być bony turystyczne. Zachwycony obywatel za stare 500 plus nakarmi dziecko. A za nowe 500 plus zorganizuje jakąś krajową wycieczkę, wspomagając upadającą przez koronawirusa branżę turystyczną. Prezent ma być przekazany elektronicznie firmie, do której pojedzie. To teoretycznie ma zapewnić, że pojedzie dziecko, albo rodzic z dzieckiem, a nie – o zgrozo – z jakimś bezwstydnym obywatelem płci przeciwnej. Chytrze. Ale przyniesiono mi już kilka sugestii, jak to można ominąć.

Wielkie jest piękne

Okres prezydenckiej kampanii wyborczej byłby dla rewelersów stracony, gdyby nie obiecywano czegoś naprawdę wielkiego, nie wskazano wroga, z którym bogobojny naród musi walczyć i gdyby nie szkalowano przeciwników.

Wielkie mają być inwestycje. Przekop Mierzei Wiślanej, superlotnisko i mosty, to tylko powtarzające się przykłady. Takie inwestycje zwiększą zatrudnienie, dadzą radość tworzenia, a potem powiększą dochód narodowy. Dokładnie tak, jak w „epoce” Gierka – tylko wtedy nie ukrywano, że dla osiągnięcia tego celu kraj się zadłuża. A obecna władza nic nie mówi o finansowaniu tych wielkich planów, dając do zrozumienia, że może uda się odpowiednio „wydoić” hipotetyczną wspólnotę, czyli UE.

Na czoło wrogów ludu wysunęło się w czasie kampanii, coś, czego nie ma. To odgrzewana „ideologia LGBT” zagrażająca także moralności dzieci. Wskazywanie tego wroga ma docierać przede wszystkim do tych środowisk, które nie rozumieją nawet tego skrótu i są bardziej religijne. Żadnych małżeństw jednopłciowych! Żadnej adopcji dzieci przez takie pary! Żadnego uświadamiania seksualnego! Dzieci mają nadal wierzyć, że przyniósł je bocian, albo znaleziono je w kapuście! I – oczywiście – zero aborcji!

Atakowanie konkurencji skoncentrowało się ostatnio na kandydacie pełniącym aktualnie funkcję prezydenta Warszawy. Jego w swoim liście do wiernych poddanych wskazał główny tenor jako uniwersalną przyczynę wszelkiego zła. Jego wybór na prezydenta ma oznaczać upadek moralny kraju i wieczny kryzys polityczny i ekonomiczny. Jemu telewizja państwowa poświęca ostatnio połowę czasu dzienników, usiłując przekonać abonentów, że to zły człowiek, wróg tradycyjnej polskiej rodziny, mało religijny i sprzyjający odmieńcom. To straszne – ale toleruje nawet jednego ze swych zastępców, który otwarcie przyznaje, że jest gejem! To hańba w głęboko katolickim kraju.

Atakowany konkurent w odpowiedzi też napisał list, łagodnie nawołujący do spokoju i jedności. W ten sposób osiągnęliśmy nowy, korespondencyjny poziom dyskusji politycznej. Chyba warto go rozwijać, bo mało kosztuje.
Dwaj młodsi tenorzy mają charakterystyczne cechy, które denerwują część obywateli. Jeden nieustannie na wszystkich krzyczy i domaga się, aby Polska była wolna. Widocznie uważa, że nie jest.. Drugi zanudza słuchaczy doświadczeniami ze swego bogatego życiorysu i ma skłonność koloryzowania rzeczywistości. Według niego wszystko, co robi aktualna władza, kończy się sukcesem. Sukcesem jest nawet wzrost zakażeń koronawirusem. Przecież zgodnie z teoriami Lejzorka Rojtszwanca – jak coś rośnie, to potem musi opadać. I odwrotnie.

Ukryty cel

Ten trzyosobowy chórek rewelersów jednomyślnie twierdzi, że żyje i pracuje tylko dla dobra narodu. Nie mówią tego, ale wyraźnie dążą do osiągnięcia propagandowego celu teoretycznego komunizmu, zapewniającego każdemu dobrobyt „według potrzeb”. Wprawdzie nigdy nikt nie wyjaśnił, jak to osiągnąć, jeśli dla jednego potrzebą są tanio kupione wielohektarowe grunty, dla drugiego jacht na Morzu Śródziemnym parkowany w Monte Carlo, a dla wielu – tylko „małe mieszkanko n Mariensztacie”, albo gdzie indziej i zsiadłe mleko z kartofelkami na letni obiad. Ale starać się można, wspierając starania ukierunkowaną propagandą. W tej propagandzie brakuje mi jednak takich plakatów, jakie były w niespełnionym socjalizmie. Stykające się twarze Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina. U nas byłyby tylko trzy, uśmiechnięte i podejrzliwie wpatrzone w poddanych i radosną przyszłość.

Votum zadufania

Obserwując praktykę parlamentarną różnych krajów szewc Fabisiak zauważa, że rządy występują czasem do parlamentów o udzielenie im votum zaufania. Na ogól dzieje się tak w przypadku, gdy partia bądź koalicja rządząca dysponuje kruchą większością i potrzebuje ze strony deputowanych potwierdzenia mandatu do sprawowania władzy.

Inaczej jednak wygląda sytuacja w Polsce, gdzie wszystko musi być na opak i nie mieścić się w normalnych standardach – wnioskuje szewc Fabisiak na podstawie ostatniej debaty nad votum zaufania dla rządu Mateusza Morawieckiego. W polskim Sejmie tzw. Zjednoczona Prawica ma wciąż większość parlamentarną i nie zanosi się na to aby mogła ją utracić. Świadczy o tym kolejne głosowanie, gdzie odrzucane są wnioski czy też poprawki zgłaszane przez opozycję. Szewc Fabisiak nazywa to większością totalitarną.

Również i tym razem można było w ciemno obstawiać, że rząd takie votum uzyska. W takim razie po kiego grzyba z taką inicjatywą wystąpił? – pyta retorycznie szewc Fabisiak. Odpowiedź jest tak oczywista, że nie wymaga komentarza ani rozwinięcia. Chodziło o wsparcie kandydatury Andrzeja Dudy, któremu słupki poparcia nie gwarantują zwycięstwa w wyborach prezydenckich. Wiadomo bowiem, że to właśnie aktualnie urzędujący prezydent poprosił o to aktualnie urzędującego premiera. Jak donoszą źródła medialne przed posiedzeniem sejmowym Duda odbył półgodzinne spotkanie z Morawieckim sugerując aby uzyskał votum zaufania w symbolicznym historycznie dniu 4 czerwca jak by to miało jakiekolwiek znaczenie dla kogokolwiek oprócz polityków lubujących się w celebracji wydarzeniowych rocznic. Uzyskanie takiego votum miałoby też – o czym wspomniał m.in. w niedzielnej „Kawie na ławę” pisowiec Dominik Tarczyński – stanowić sygnał monolitycznej jedności Zjednoczonej Prawicy pod światłym przewodem prezesa Jarosława Kaczyńskiego.

Będąc świadomym wyniku głosowania premier Morawiecki nie musiał zabiegać o poparcie ze strony innych oprócz jego własnego ugrupowania posłów, co na ogół czynią ci premierzy, którzy dysponują kruchą większością parlamentarną. Dlatego też większość swojej przemowy premier poświęcił atakowaniu opozycji, co zostało zrozumiane jako swoisty wkład w kampanię wyborczą. Tak też to ocenili politycy opozycyjni. Przewodniczący sejmowego klubu Lewicy Krzysztof Gawkowski przyrównał całe to wydarzenie do konwencji PiS, kandydujący w imieniu Konfederacji Krzysztof Bosak do cyrku choć takiego klauna nie wziąłby do siebie żaden szanujący się cyrk, zaś inny kandydat Władysław Kosiniak-Kamysz mówił o ustawce pod Andrzeja Dudę.

Natomiast, co nie było zbyt trudne do przewidzenia, prezydent Andrzej Duda poinformował, że premierowskiej tyrady wysłuchał z satysfakcją. Wyraził też opinię, iż opozycja de facto przeszkadza się rządowi w walce z epidemią oraz w walce ze skutkami kryzysu gospodarczego, nie precyzując na czym ta wraża działalność miałaby polegać. Być może politycy opozycji blokują ludziom dostęp do szpitali, wyrywają z rąk lekarzy przyrządy do przeprowadzania testów czy też wymuszają na fryzjerach ponowne zamykanie nowo otwartych zakładów – zastanawia się szewc Fabisiak.

W odróżnieniu od prezydenta premier w sposób bardziej klarowny wyjaśnił na czym polega wkładanie kija w szprychy rządowego roweru. Otóż opozycja przeszkadza w rządzeniu ponieważ zgłasza wnioski o odwołanie z funkcji panów Sasina i Szumowskiego. Premier chyba udaje, że nie rozumie na czym polega rola parlamentarnej opozycji i to swoje udawanie pragnie wcisnąć wyborcom – zauważa szewc Fabisiak. Opozycja bowiem, jak sama nazwa wskazuje, to oponenci a nie sojusznicy rządu czy prorządowi klakierzy. Ma zatem nie tylko prawo, ale też swoisty wobec swoich wyborców obowiązek domagania się wycofania z rządu tych jego członków co do których ma uzasadnione świadczące przeciwko nim argumenty. W końcu nie kto inny jak wicepremier Sasin zlecił wydatkowanie milionów złotych na druk bezużytecznych kart wyborczych, choć odpowiadać za to powinien osobiście premier, który wydał mu stosowne polecenie. To nie kto inny jak minister Szumowski zamieszany jest w szemrane interesy związane z produkcją nic nie wartych w marcu na masek, których w maju nagle stał się entuzjastą.

W swojej mowie sejmowej premier Mateusz Morawiecki nie tylko krytykował opozycję. Nie byłby sobą, gdyby pozbawił nas możliwości wysłuchania kolejnego sprawozdawczego panegiryku na cześć swojego rządu. Wspomniał m. in. o ogromnym sukcesie w walce z koronawirusem mimo tego, że liczba zachorowań jakoś nie chce się zmniejszyć, lecz wręcz odwrotnie. Nie wnikając w inne detale premierowskiego wystąpienia szewc Fabisiak dochodzi do wniosku, iż tego typu autoreklama świadczy o tym, że rząd jest na tyle w sobie zadufany, że stara się to potwierdzić zgłaszając wniosek o votum. Nie tyle zaufania, co zadufania.

Odmrażanie sportu

W sobotę premier Mateusz Morawiecki w towarzystwie minister sportu Danuty Dmowskiej-Andrzejuk ogłosił plan „odmrożenia polskiego sportu”, sparaliżowanego z powodu pandemii koronawirusa. Po prawie sześciu tygodniach narodowej kwarantanny władze nagle uznały, że można trochę poluzować rygory. Na ile to szczera intencja, a na ile polityczna zagrywka na potrzeby korespondencyjnych wyborów prezydenckich, przekonamy się za kilka tygodni, gdy piłkarze rzeczywiście wznowią rozgrywki, a żużlowcy rozpoczną sezon.

Morawiecki i Dmowska-Andrzejuk poinformowali, że sportowcy w najbliższym czasie będą mogli wrócić do treningów, ale w bardzo rygorystycznym trybie sanitarnym. Owe tak szumnie zapowiedziane „odmrażanie sportu” podzielono na pięć etapów. Pierwszy, w którym zezwolono na wejście do lasów i parków oraz rekreacyjne uprawianie sportu, już wprowadzono w życie. Początek drugiego etapu wyznaczono na poniedziałek 4 maja. Od tego dnia znów będzie można korzystać z obiektów sportowych (na razie w ograniczonej maksymalnie do sześciu osób liczbie), takich jak: stadiony (piłkarskie, lekkoatletyczne i inne), boiska szkolne i wielofunkcyjne. Ponadto znów będzie można korzystać z infrastruktury do uprawiania sportów motorowych i lotniczych, pól golfowych, stadnin koni, otwartych strzelnic, torów łuczniczych, gokartowych, wrotkarskich i do jazdy na rolkach. Możliwe będzie korzystanie też z infrastruktury otwartej do uprawiania sportów wodnych, ale z łódek, rowerów wodnych czy żaglówek będą mogły korzystać jednocześnie tylko dwie osoby. W przypadku kortów tenisowych, w drugim etapie, zostaną udostępnione obiekty otwarte i półotwarte, z limitem czterech osób na jeden kort.
Wymagane będzie jednak przestrzeganie wprowadzonych na czas pandemii zasad zachowania dystansu społecznego oraz zasłanianie twarzy, ale tylko do momentu wejścia na obiekt sportowy. Chęć skorzystania ze sportowej czy rekreacyjnej infrastruktury musi być wcześniej zgłaszana osobom zarządzającym obiektami. Zakazane będzie korzystania z szatni i węzłów sanitarnych (oprócz WC), zaś osoby trenujące na obiektach sportowych będą zobligowane do obowiązkowej dezynfekcji rąk podczas wchodzenia i opuszczania obiektu. Do tego dezynfekowane będą urządzenia sportowe po każdym użyciu. W rozporządzeniu zapisano także obowiązek korzystania z osobistego sprzętu treningowego lub dezynfekcji ogólnie dostępnego sprzętu po każdym jego użyciu. Nadal można biegać, uprawiać nordic walking, jeździć na rowerze, rolkach czy hulajnodze na otwartym powietrzu.
Terminy kolejnych etapów „odmrażania” na razie nie są jeszcze znane. Kolejne zarządzenie ma dotyczyć otwarcia hal sportowych, siłowni, basenów, klubów fitness czy kręgielni, następne zezwolić na organizację imprez masowych na otwartej przestrzeni dla grup do 50 osób, zaś ostatnie ma znieść zakaz organizacji imprez masowych, czyli z liczbą widzów powyżej 999 osób, ale z zachowaniem restrykcyjnych zasad sanitarnych. To jednak jest na razie bardzo odległa perspektywa, ale w dwóch największych liga sportowych w naszym kraju, czyli piłkarskiej i żużlowej, złagodzenie restrykcji przyjęto z radością.
W myśl postanowień UEFA rozgrywki w PKO Ekstraklasie mogą toczyć się do 20 lipca. Do zakończenia sezonu w naszej najwyższej klasie rozgrywkowej pozostało do rozegrania 11 kolejek – cztery z sezonu zasadniczego i siedem w fazie play off. PZPN planuje też dokończenie zmagań w Pucharze Polski oraz w dwóch zawodowych ligach na zapleczu ekstraklasy. W I lidze i II lidze do rozegrania pozostało po 12 kolejek spotkań. Wszystko wskazuje, że władze PZPN nie zdecydują sie na wznowienie rozgrywek w niższych ligach i wkrótce ogłoszą decyzję o zakończeniu w nich sezonu. Plan wznowienia rozgrywek przez zespoły ekstraklasy został przygotowany przez powołaną w tym celu grupę roboczą ds. wznowienia treningów i rozgrywek, na której czele stanął przedstawiciel Legii Warszawa Tomasz Zahorski, a w jej składzie znaleźli się: Krzysztof Pawlaczyk (Lech Poznań), Piotr Żmijewski (Legia), Marek Jóźwiak (Wisła Płock), Antoni Łukasiewicz (Arka Gdynia), Michał Dutkiewicz (Korona Kielce). Zgodnie z założeniami planu, zawodnicy i sztaby szkoleniowe (po 50 osób z każdego klubu) będą do końca sezonu poddani rygorystycznym procedurom treningowo-medycznym, umożliwiającym bezpieczne zakończenie rozgrywek. Od początku tego tygodnia grupy te rozpoczną 14-dniową izolację sportową oraz codzienne raportowanie według szczegółowej i jednolitej dla całej ligi ankiety medycznej, mające na celu wczesne wykrycie ewentualnych symptomów chorobowych. „Wszystkie kluby wdrożyły już określane planem procedury i przekazują dane z ankiety medycznej. Teraz musimy realizować konsekwentnie zadania postawione w kolejnych etapach. Wymaga to wysiłku, jednak wykonaliśmy ogromną pracę, by było możliwe dokończenie rozgrywek i zamierzamy sfinalizować ten proces z sukcesem” – zapewniaj władze Ekstraklasy SA.
Zaproponowany plan restartu rozgrywek PKO Ekstraklasy wygląda następująco: 3-4 maja – testy zawodników i członków sztabów; od 4 maja – treningi w grupach kilkuosobowych; od 10 maja – treningi zespołowe; 27-28 maja – ponowne testy zawodników i członków sztabów oraz sędziów; 29 maja – pierwsze mecze 27. kolejki; 17-19 lipca – kończąca rozgrywki ostatnia, 37. kolejka ligowa. Ten termin umożliwia udział polskich drużyn w eliminacjach do europejskich pucharów.
Mecze PKO Ekstraklasy aż do odwołania będą rozgrywane przy pustych trybunach. Na stadion będzie mogła wejść minimalna liczba osób, niezbędnych do zapewnienia obsługi meczowej. Liczba osób uczestniczących w meczach po wznowieniu rozgrywek została ograniczona do niezbędnego minimum. Na zdezynfekowanych stadionach będą mogli przebywać tylko piłkarze, członkowie sztabów szkoleniowych, sędziowie, obsługa techniczna obiektów oraz realizatorzy transmisji. Łącznie nie więcej niż 150 osób na każdym meczu.
Z „odmrożenia” skorzysta też żużlowa PGE Ekstraliga. Rozpoczęcie przez nią nowego sezonu wyznaczono na 12 czerwca. Niestety, podobnie jak w lidze piłkarskiej, także w żużlowej rywalizacja toczyć się będzie do odwołania przy pustych trybunach. Zawodnicy zaczną przygotowania 8 maja od 14-dniowej kwarantanny. Rozgrywki potrwają do końca października. Władze PGE Ekstraligi mają jednak do rozwiązania jeszcze problem – muszą porozumieć się z żużlowcami w kwestiach płacowych, bo nie wszyscy z nich akceptują proponowane obniżki wynagrodzeń.
Otwarcie Centralnych Ośrodków Sportu w Spale i Wałczu stworzy możliwość normalnych treningów dla wybranej grupy 250 olimpijczyków, którzy już od 24 kwietnia przechodzą 14-dniową kwarantannę. Proces zabezpieczenia i kontroli pod względem medycznym opracował i będzie nadzorował Centralny Ośrodek Medycyny Sportowej. Poszczególne grupy treningowe zobowiązane zostaną do niekontaktowania się z pozostałymi osobami, zaś treningi będą mogły odbywać się w grupach najwyżej pięcioosobowych. Wszyscy uczestnicy zgrupowań będą mieli zakaz bezpośredniego kontaktu z osobami spoza ośrodka, a także, co oczywiste, nie będą mogli go opuścić. Dodatkowy reżim sanitarny będzie dotyczył między innymi przygotowywania i wydawania posiłków, sprzątania i dezynfekcji pokoi, części wspólnych budynków oraz przejść do obiektów sportowych, a dezynfekcja pomieszczeń treningowych będzie odbywać się po każdej sesji treningowej.

Takiej ligi nie warto ratować

Pandemia koronawirusa nie odpuszcza, zakażonych i zmarłych wciąż przybywa, także w Polsce. Sytuacja jest dramatyczna, bo coraz więcej wskazuje, że Covid-19 wpędzi świat w recesję gospodarczą gorszą nawet od Wielkiego Kryzysu z przełomu lat 20.i 30. ubiegłego wieku. To znaczy, że już za kilka miesięcy miliony ludzi może zostać bez środków do życia lub w najlepszym przypadku z mocno ograniczonymi zarobkami. Nie jest to więc czas na zajmowanie się igrzyskami, gdy grozi brak chleba. Zwłaszcza igrzyskami tak marnej jakości, jakie oferuje nasza piłkarska ekstraklasa. Dlatego dziwi, że premier Morawiecki trwonił swój cenny czas na dyskusję z prezesem PZPN o terminach wznowienia rozgrywek.

Premier Mateusz Morawiecki znalazł w miniona środę czas, żeby spotkać się z minister sportu Danutą Dmowską-Andrzejuk, której towarzyszył prezes PZPN Zbigniew Boniek. Cała trójka lubi popisywać się dostępem do newsów na Twitterze, ale ponieważ niniejszy tekst dotyczy naszej klubowej piłki, przytoczmy relację ze spotkania zdaną przez sternika PZPN na łamach życzliwego mu od lat portalu Interia.pl. „Muszę powiedzieć, że zapaliło się światło nadziei na dokończenie sezonu Ekstraklasy i Pucharu Polski. Ostateczna decyzja dotycząca powrotu rozgrywek powinna zostać podjęta najpóźniej do 11 maja” – zapowiedział Boniek. Prezes PZPN zdradził też przy okazji kilka problemów technicznych, jakie rodzi planowane na 22 maja „odmrożenie” ligowych rozgrywek. „Musimy przygotować protokół uwzględniający zasady bezpieczeństwa, zabezpieczenie medyczne i właściwą logistykę. Będzie on zakładał między innymi przetestowanie na obecność koronawirusa wszystkich piłkarzy i członków sztabów zarówno przed wznowieniem treningów zespołowych, a później także w dniu meczu. Jeżeli się okaże, że ktoś ma wynik pozytywny testu, to gra toczyć się będzie bez niego. Podkreślam, że kluby nie będą korzystać z puli testów na obecność koronawirusa przeznaczonych dla zwykłych obywateli, tylko będzie musiały zakupić je na komercyjnych zasadach. Na razie jeszcze nie postanowiliśmy, kto sfinansuje zestaw testów, być może zrobi to zarządzająca rozgrywkami Ekstraklasa SA. Będę w tej sprawie rozmawiał z władzami spółki, zobaczymy też jak zareagują kluby” – wyjawił prezes Boniek.
Mit niezbędności ligowej kopaniny
Sprzeciwu raczej się nie spodziewa, bo Ekstraklasa SA od dawna czeka, aż rząd zapali zielone światło do wznowienia zawieszonych rozgrywek. „Mamy przygotowany kalendarz, który przewiduje restart na ostatnią dekadę maja. Jeśli nie będziemy mogli wtedy wznowić ligi, a dopiero tydzień lub dwa tygodnie później, to również powinno się to udać” – zapewniał już jakiś czas temu prezes Ekstraklasy SA Marcin Animucki. I zwykle swoje publiczne wystąpienia kończył odwołaniem do ustaleń UEFA. „Priorytetem dla całej piłkarskiej Europy jest dokończenie rozgrywek ligowych. Nie podejmiemy jednak żadnych decyzji bez uprzedniej decyzji władz państwowych o cofnięciu zakazów związanych z epidemią w kraju. Zdrowie uczestników rozgrywek jest bowiem najważniejsze. Musimy jednak brać też pod uwagę to, że jeśli nie wrócimy do gry, klubom grozi bankructwo”.
W rankingu lig europejskich UEFA PKO Ekstraklasa plasuje się aktualnie na początku czwartej dziesiątki zestawienia i raczej nic nie zapowiada, żeby w najbliższych latach poprawiła znacząco swoje notowania. Dobitnym dowodem jej sportowej słabości są klęski doznawane przez nasze klubowe drużyny w kwalifikacjach Ligi Mistrzów i Ligi Europy. Trzeba jednak przyznać, że jako produkt medialny rozgrywki radzą sobie całkiem nieźle, czego potwierdzeniem są rosnące wraz z każdą nową umową wpływy ze sprzedaży praw medialnych. Obecna, wedle której głównymi nadawcami telewizyjnymi są Canal+ i TVP, gwarantuje klubom ekstraklasy blisko ćwierć miliarda złotych rocznie. Dopisują też sponsorzy, wśród których są spółki skarbu państwa – PKO Bank Polski, Lotto, PKN Orlen, a ponadto takie firmy, jak Oshee, Stihl, Adidas, Aztorin czy Kinga Pienińska.
Żeby jednak można było wycisnąć z tych firm ustalone w kontraktach pieniądze, liga musi wznowić rozgrywki, ale nawet jeśli dojdzie do tego pod koniec maja, piłkarze muszą wcześniej wznowić treningi, bo bez tego nie wytrzymają morderczej dawki 11 meczów rozgrywanych co trzy dni, nawet jeśli właściciele klubów znów zaczną im wypłacać pełne wynagrodzenie, obcinane z pewną dozą nieśmiałości podczas trwającej od 13 marca przerwy. Niektóre kluby zezwoliły swoim zagranicznym piłkarzom na świąteczne wyjazdy do ojczystych krajów, więc teraz każdy z tych zawodników będzie musiał przejść dwutygodniową kwarantannę, co opóźni podjęcie przez nich treningów. A obcokrajowcy w naszej lidze stanowią pokaźną siłę, bo na około pół tysiąca piłkarzy zatrudnionych przez 16 klubów ekstraklasy, ponad 40 procent to gracze zagraniczni.
Jeśli wierzyć piłkarskim działaczom, to właśnie ta nieliczna w sumie grupka ludzi konsumuje lwią część klubowych budżetów, a nie można ich z dnia na dzień wywalić na bruk, jak robi się to z innymi pracownikami klubów, których łączną liczbę w ekstraklasie trzeba liczyć na około trzy tysiące osób, bo nad interesami piłkarzy, a także trenerów, parasol ochronny roztaczają wszechwładne UEFA i FIFA.
Nikt nie ma odwagi im podskoczyć, bo grożą natychmiast wykluczeniem ze struktur. Jeden kraj, nawet mocny na arenie międzynarodowej, sam w pojedynkę nie ma szans. Musiałoby się naraz zbuntować kilkanaście, bo wtedy mogłyby w swoim gronie i na przez siebie ustalonych warunkach zorganizować rozgrywki nie tylko w rodzimych ligach, ale też pucharowe i na poziomie reprezentacji.
To oczywiście jest tylko nierealna mrzonką, przynajmniej w tej chwili, bo pandemia nawet nie nadkruszyła jeszcze potęgi futbolowego mocarstwa, zbudowanego na wyzysku i niesprawiedliwości, którego spoiwem jest wpajany nam wszystkim „mit o niezbędności piłkarskiej rozrywki dla życia ludzi i społeczeństw”.
Komu tak naprawdę służy futbol?
Ten właśnie mit jest powodem, dla którego premier Morawiecki, choć z pewnością ma tysiące ważniejszych spraw na głowie, znajduje czas na spotkanie z prezesem PZPN i rozmawia z nim o terminie wznowienia ligowych rozgrywek. Czyżby dał się zwieść propagandowej tezie, iż PKO Ekstraklasa jest największą ligą rozgrywkową w Polsce, której mecze na stadionach oglądają w każdym sezonie dwa miliony Polaków? Bo jeśli tak, to może ktoś powinien mu powiedzieć, że średnia widzów na jednej kolejce ligowej w obecnym sezonie wynosi niespełna 71 tysięcy kibiców. A ponieważ na mecze chodzą regularnie na ogół ci sami pasjonaci, więc de facto piłkarskie stadiony w Warszawie, Krakowie, Kielcach, Gdańsku, Gdyni, Białymstoku, Poznaniu, Wrocławiu, Szczecinie, Łodzi, Zabrzu, Gliwicach, Częstochowie, Lubinie i Płocku odwiedza stale niewiele ponad 140 tysięcy obywateli. Interesuje się wynikami pewnie trochę więcej, ale skoro trybuny stadionów wszędzie świecą pustkami, a na obiekty piłkarskie nasze władze samorządowe i państwowe nie skąpiły w ostatnich 12 latach środków, więc są duże i miejsca na nich jest ponad miarę, nie ma co wciskać kitu, że wszyscy warszawiacy kochają Legię, poznaniacy Lecha, a krakowianie dzielą sie na sympatyków Wisły i Cracovii. Tak dobrze to nie jest.
A jak jest, wystarczy zajrzeć do zestawienia prezentującego średnią frekwencję na stadionach poszczególnych klubów ekstraklasy: Legia Warszawa – 17 151 (pojemność stadionu 33 000 miejsc), Wisła Kraków – 15 442 (33 000), Lech Poznań – 14 941 (42 000), Śląsk Wrocław – 14 560 (42 000), Górnik Zabrze – 13 517 (24 000, stadion w rozbudowie, docelowa pojemność 32 000), Lechia Gdańsk – 10 702 (42 000), Jagiellonia Białystok – 9370 (21 000), Cracovia – 9045 (15 000), Arka Gdynia – 7289 (15 000), Korona Kielce – 5346 (15 000), ŁKS Łódź – 5178 (stadion w budowie, docelowa pojemność 18 000 miejsc), Wisła Płock – 4522 (10 000, ale miasto chce budować nowy obiekt na 12 000 miejsc), Piast Gliwice – 4394 (12 000), Zagłębie Lubin – 4267 (15 000), Pogoń Szczecin – 3699 (czynna tylko jedna trybuna, bo miasto buduje nowy stadion na 18 000 miejsc), Raków Częstochowa – 2973 (gra gościnnie w Bełchatowie, bo Częstochowa dopiero planuje budowę nowoczesnego stadionu na 10 000 miejsc).
Lament o tak zwane dni meczowe
Tak zwany „dzień meczowy” to fachowych terminów wykutych w ostatnich latach przez firmę doradczą Deloitte, która zajmuje się m.in. tworzeniem corocznego raportu „Piłkarska liga finansowa”. Jego autorzy termin ten definiują jako sumę wpływów ze sprzedanych biletów, karnetów, cateringu na stadionie, opłat parkingowych, sprzedaży pamiątek klubowych itp. Z powodu przerwania rozgrywek wpływy z tego źródła spadły praktycznie do zera.
Najwięcej straciły na tym kluby z największą frekwencją, jak Legia Warszawa, Lech Poznań, Wisła Kraków czy Śląsk Wrocław. W poprzednim sezonie Legia notowała z tego tytułu przychody na poziomie 28 mln złotych, co stanowiło 28 procent całości, Lech 13,2 mln zł (23 procent), Wisła Kraków – 7,4 mln zł (28 procent), Jagiellonia – 6,5 mln zł (18 procent). Na drugim biegunie znajdowały się mało popularne nawet w swoich matecznikach Wisła Płock – 0,5 mln zł (3 procent), zdobywca mistrzowskiego tytułu Piast Gliwice – 1 mln zł (4 procent) i sponsorowane przez KGHM Zagłębie Lubin – 1,1 mln zł (3 procent).
To zestawienie pokazuje, że obecne straty klubów z powodu nierozgrywania meczów są mocno zróżnicowane. Gdyby jednak władze nie pozwoliły na dokończenie rozgrywek, to wedle szacunkowych obliczeń Legia straciłaby na tym około 9 mln złotych, Lech 4,5 mln zł, Wisła Kraków 2,5 mln zł, a Jagiellonia 2 mln złotych. Przy budżetach rocznych tych klubów nie są to kwoty, z braku których te kluby byłyby zmuszone ogłosić bankructwo.
Nie jest to też żaden argument, aby zwalniać je z obowiązkowych podatków czy daniny na ZUS, czego po cichu domaga się od władz piłkarskie środowisko. Tym bardziej, że wedle prognoz Deloitte mimo pandemii może się okazać, że ten sezon przyniesie mimo wszystko klubom ekstraklasy rekordowe przychody. Dotychczasowy najlepszy łączny wynik wynosił 578,9 mln zł w 2016 roku, w 2018 spadł do 528 mln zł, ale w tym roku dzięki nowej umowie medialnej może zbliżyć się ponownie do kwoty 600 mln złotych.
Warunkiem osiągnięcia tego celu jest jednak dokończenie rozgrywek. Dla nas, zwykłych obywateli, nie jest to ważna sprawa. To priorytet wyłącznie dla 4-5 tysięcy osób bezpośrednio zaangażowanych w piłkarski biznes, z którego czerpią niczym nieuzasadnione korzyści. Nie dajmy się zwieść ich cynicznej propagandzie. Nawet jeśli ten biznes w obecnej postaci zbankrutuje, to przecież piłka nożna jako sport nie przestanie istnieć. Zostaną stadiony i boiska w większości zbudowane za nasze, społeczne pieniądze. A że życie nie zna pustki, szybko zapełnią je rzesze piłkarzy, kopiących w piłkę dla przyjemności, dla zdrowia, ale i za darmo. Kibice będą przychodzić na ich mecze może nawet tłumniej, niż chodzą teraz na wątpliwej jakości popisy przepłacanych zawodowców. Gdy chleb będzie coraz droższy, a będzie, to chociaż igrzyska muszą być za darmo. Nie zawadziłoby, żeby lewicowi politycy wpisali sobie tę myśl do sztambucha.

Rząd wprowadza zakaz przemieszczania się

Jeszcze surowsze środki zaradcze ogłosił 24 marca rząd Mateusza Morawieckiego w walce z koronawirusem. Od 25 marca Polacy mają wychodzić z domów tylko do pracy i po zakupy. Zgromadzenia zostały zakazane całkowicie, ale matury i wybory prezydenckie odbędą się według planu.

Jeszcze surowsza izolacja ma zapobiec dalszemu rozprzestrzenianiu się koronawirusa. Na konferencji prasowej ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego i premiera Mateusza Morawieckiego poinformowano, iż liczba zachorowań w Polsce zbliża się do 800. Ratunkiem ma być pozostawanie w domach. Od 25 marca Polakom wolno tylko chodzić do pracy i z niej wracać, robić zakupy żywnościowe i spotykać się z członkami najbliższej rodziny. Innych spotkań zakazano.

Puste autobusy

Legalne pozostanie chodzenie do lekarza, chociaż służba zdrowia i tak jest obecnie maksymalnie podporządkowania koronawirusowi. Niezwiązane z epidemią zabiegi są przekładane. Komunikacja miejska nie zostanie zawieszona (po takie rozwiązanie sięgnęła Ukraina), ale pasażerowie będą mogli wykorzystać jedynie połowę normalnie dostępnych miejsc.
Spacery z psem i dla zachowania zdrowia? Tak, ale tylko w najbliższym otoczeniu. Minister Szumowski zastrzegł, że nie wyobraża sobie, by Polacy jeździli na bulwary lub chodzili z dziećmi na plac zabaw. Obostrzenia dotkną nawet kościoły. We mszy na żywo będzie mogło brać udział maksymalnie pięć osób.

Wybory według planu

Nie ma natomiast mowy o przełożeniu wyborów prezydenckich. Mateusz Morawiecki stwierdził, że nie widzi przesłanek do odłożenia głosowania. W ostatnich dniach o takie rozwiązanie apelowali m.in. eksperci Instytutu Batorego, wskazując, że podobne decyzje podjęto już za granicą – Francja zrezygnowała z II tury wyborów samorządowych zaplanowanej na 22 marca, przełożono też trzy stanowe prawybory prezydenckie w amerykańskiej Partii Demokratycznej. – Problemem będzie przygotowanie i zabezpieczenie epidemiologiczne członków obwodowych komisji wyborczych oraz ponad 27 tysięcy lokali wyborczych. Czy w sytuacji wzmożonego zapotrzebowania na środki ochrony osobistej, takie jak maseczki, rękawiczki i płyny dezynfekujące, państwo polskie w obecnej sytuacji jest w stanie zaopatrzyć wszystkie komisje w niezbędne ilości tych produktów, zapewniających odpowiedni poziom bezpieczeństwa ludzi tam pracujących? – komentuje prof. Bartłomiej Michalak z Instytutu Batorego.
W sprawie maseczek, rękawiczek i środków do dezynfekcji coraz więcej alarmujących sygnałów płynie tymczasem ze szpitali. Placówki medyczne w całym kraju apelują o pomoc, wsparcie materialne. Takie są skutki wieloletniego oszczędzania na służbie zdrowia. W tym kontekście słowa Łukasza Szumowskiego o trzech tysiącach wykonywanych testów na dobę mogą być tylko częściowym pocieszeniem.

Co ze szkołą?

Według harmonogramu mają odbyć się również majowe egzaminy maturalne. Tymczasem nauczyciele i dyrektorzy szkół od kilku dni głowili się nad tym, jak organizować nauczanie na odległość – od 25 marca uczniowie mają, zgodnie z decyzją ministra edukacji narodowej Dariusza Piontkowskiego, przyswajać nowy materiał w systemie e-learningu. Przynajmniej w teorii, bo ministerstwo ani nie odpowiada na pytania, jak uczyć dzieci bez stałego dostępu do komputerów, ani jak pracować z uczniami ze specjalnymi potrzebami.

Czy zamkną magazyny Amazona?

Posłowie Lewicy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk i Adrian Zandberg wstawili się w ostatnich dniach za pracownikami Amazon Fulfillment. Polskie magazyny sprzedażowego giganta nie przerwały pracy ani nie zmieniły zasad funkcjonowania przez cały okres epidemii. Pracownicy nadal są dowożeni autobusami do pracy, tłoczą się w firmowych kantynach i szatniach. Niedawno pojawiła się informacja, że jednym z zakażonych jest pracownik magazynu Amazon w Łodzi. Mimo to magazyn pracuje dalej.
Wszyscy Polacy mają natomiast zacząć normalnie pracować po świętach wielkanocnych. Przynajmniej taką nadzieję wyraził dziś premier.

Kubacki i Stoch zakpili z premiera

Po udanym występie w Zakopanem kadra naszych skoczków narciarskich wyruszyła na zagraniczne wojaże. Do Sapporo na kolejne zawody Pucharu Świata pod wodzą trenera Michala Doleżala jadą Dawid Kubacki, Kamil Stoch, Piotr Żyła, Klemens Murańka, Aleksander Zniszczoł i Andrzej Stękała. Natomiast Maciej Kot i Stefan Hula w tym czasie wystartują w konkursach Pucharu Kontynentalnego w Planicy, a Jakub Wolny będzie trenował w kraju.

Po nieudanym dla biało-czerwonych sobotnim konkursie drużynowym na Wielkiej Krokwi, w niedzielę trójka naszych najlepszych obecnie skoczków sprawiła kibicom wielka frajdę w konkursie indywidualny. Po pierwszej serii na czele stawki znajdował się Dawid Kubacki (140 m), a Kamil Stoch (137,5 m) był trzeci. W drugiej próbie trzykrotny mistrz olimpijski oddał jednak fantastyczny skok na odległość 140 metrów i awansował na pierwsze miejsce, natomiast Kubacki tym razem wylądował na 133. metrze i zjechał w klasyfikacji na trzecie miejsce. Naszych skoczków przedzielił Austriak Stefan Kraft, a w czołowej dziesiątce konkursu znalazł się jeszcze Piotr Żyła.
Po tym sukcesie na twarze reprezentantów Polski wrócił uśmiech, a w ich zachowaniu luz i swoboda. Przestali na chwilę bajdurzyć oklepane frazesy o „dwóch różnych skokach” i dali się ponieść fantazji. Zwłaszcza Stoch, który na kolejne zwycięstwo w Pucharze Świata czekał od zawodów w Engelbergu ponad miesiąc, w ostatnich ośmiu konkursach przed Zakopanem wyraźnie ustępował wynikami Kubackiemu (on zajmował miejsca 19., 19., 15., 13., 4., 4., 8., 24., natomiast Kubacki odpowiednio 3., 3., 2., 1., 3., 3., 1., 1.), ale swoje trzy grosze dołożył też Kubacki. Na konferencji obaj nasi skoczkowie świetnie się bawili przygadując sobie nawzajem (Kubacki: „Kamilowi się dzisiaj udało mnie pokonać, miała farta”, Stoch: „Przyznam szczerze, pokonałem Dawida dopiero jak już przestałem wierzyć, że uda mi się to zrobić). Ale prawdziwe show obaj dali po kolejnym pytaniu, jakie zadali Kubackiemu dziennikarze ciekawi na co zamierza wydać 100 tysięcy złotych przyznanych mu w formie nagrody specjalnej przez premiera Mateusza Morawieckiego za zwycięstwo w Turnieju Czterech skoczni. Tak przy okazji – premier wyskoczył z tym jak Filip z konopi i jeśli chciał osiągnąć tym nader hojnym gestem jakiś korzystny dla siebie efekt propagandowy, to się pomylił w rachubach. Dla porównania – sto tysiące złotych to niemal roczne stypendium olimpijczyka z grupy A, albo 2,5-krotność rocznego dofinansowania dla najzdolniejszych sportowców z puli ministerstwa sportu (jeszcze za kadencji ministra Witolda Bańki wynosiło ono 40 tys. złotych).
Kubacki, który i bez dosypanych mu przez premiera pieniędzy jest najlepiej zarabiającym polskim skoczkiem w tym sezonie (zarobił do tej pory tylko z oficjalnych premii około 400 tys. złotych), najwyraźniej był trochę zaskoczony tym niespodziewanym prezentem, a ponieważ sprawa była świeża, nikt z działaczy PZN nie zdążył go poinstruować, co ma mówić mediom w tej sprawie. Tak więc zapytany o to przez dziennikarzy, odpowiedział tak: „Węgla se kupię i będę palił cały rok. Będę miał 60 stopni w lato i nie będę musiał jechać na wakacje”. Chwilę później temat podchwycił Stoch, bo zapytany przez otępiałych już od ciągłego chwalenia skoczków żurnalistów, co by wziął od Kubackiego, wypalił zanim zdążyli wyłuszczyć do końca o co im chodzi: „To ja bym chciał te sto tysięcy od Dawida”. A potem, nie bardzo wiadomo czy na żarty, czy na serio, dorzucił jeszcze z lekką ironią: „Szkoda, że takich premii nie rozdawano za zwycięstwa w innych turniejach”. Prezes PZN Apoloniusz Tajner pewnie z tych trochę kpiących wypowiedzi obu gwiazdorów nie był zadowolony, bo z pewnością nie pomogą mu w kwerendzie po dodatkowe pieniądze z państwowego budżetu.
Zdyscyplinować jednak Kubackiego i Stocha nie bardzo jest w stanie, bo dzisiaj pomyślność polskich skoków narciarskich zależy od tych dwóch zawodników. No i jeszcze trochę od Piotra Żyły. Reszta naszych skoczków to obecnie druga liga, czego dowodem jest wymiana połowy składu kadry na najbliższe zawody Pucharu Świata w Sapporo. Trener Doleżal wziął z kadry B Klemensa Murańkę, Aleksandra Zniszczoła i Andrzeja Stękałę, zaś Macieja Kota i Stefana Hulę posłał na konkursy Pucharu Kontynentalnego do Planicy (ponadto pojadą tam Adam Niżnik, Paweł Wąsek, Tomasz Pilch i Kacper Juroszek, a z nimi, co ciekawe, pojedzie też Adam Małysz), zaś Jakuba Wolnego zostawił w kraju, żeby porządnie potrenował i odzyskał formę z poprzedniego sezonu.
Zniszczoł i Stękała skakali w Zakopanem. Pierwszy zajął 35. miejsce, a drugi nie przeszedł kwalifikacji. Zachwycił za to Murańka, który w tym czasie startował w zawodach Pucharu Kontynentalnego właśnie w Sapporo i w niedzielę nawet na skoczni Okurayama pewnie zwyciężył. Ciekawe czy w Pucharze Świata potwierdzi zwyżkę formy…