Tarcza antykryzysowa, czy grobowa

Długo nie gościłem na łamach „ Trybuny”. Powodów było kilka. Po pierwsze utrata wiary w to, że pisanie czemukolwiek służy, że ktokolwiek bierze sobie do serca racje jakie w dziennikarskich relacjach są przedstawiane.

Tak się bowiem składa, że nawet „oczywista oczywistość”- mówiąc słowami pewnego polityka- nie jest brana pod uwagę bo decydenci wiedzą i tak lepiej co jest nam potrzebne. Po drugie jako człowiekowi prowadzącemu biznes gastronomiczny bliższe było mi ratowanie firmy za wszelką cenę, a nie słowne potyczki, których i tak nikt nie bierze pod uwagę.

Branża gastronomiczna i hotelarska to w Bieszczadach potęga. W gruncie rzeczy więcej ludzi grzeje stołki tylko w różnego rodzaju urzędach, szkołach. Jest jedna różnica gastronomia, hotele, sklepy, drobne firmy prywatne dają państwu pieniądze, natomiast urzędnicy je tylko przejadają. Nie oznacza to, że urzędy trzeba zlikwidować, ale warto pamiętać o tym, że również urzędnicy powinni też ponieść choćby minimalne koszty z tytułu epidemii koronowirusa.

Rozmawiam z kolegami prowadzącymi lokale gastronomiczne, hotele. Twierdzą np., że od początku października nie sprzedali ani grama alkoholu, piwa. Podobnie było przez prawie trzy miesiące wiosną. No jak myślicie, czy z tego tytułu przysługiwała im jakaś ulga. Otóż nie zwolniono ich nawet z przysłowiowej złotówki z opłaty za zezwolenie na handel alkoholem.

Kolejny przykład „pomocy” samorządu dla lokalnych firm to odbiór śmieci. Każdy z nas mieszkający np. w prywatnym domu płaci za wywóz śmieci ryczałt roczny. W moim przypadku ja z żoną płacimy coś ponad sześćset zł rocznie. Nie jest tutaj istotne ile tych śmieci produkujemy, może to być worek miesięcznie, może to być dziesięć worków lub wcale, ale kwota opłaty jest stała. Inaczej ma się sprawa z przedsiębiorstwami, tutaj cena za worek dajmy na to plastikowych butelek po napojach kosztuje każdorazowo 30 zł. Dla porównania podam ceny jakie płacimy za pełnowartościowe produkty spożywcze. Otóż za worek ziemniaków płacimy około 10 zł, mniej więcej tyle samo kosztuje worek marchwi, buraków. Jaki widać worek śmieci jest trzykrotnie droższy od spożywczych produktów. To absurd. Czym się to skończy, ano tym że obrzeża lasów znów będą pełne śmieci.

Legalnie działające hotele świecą pustkami, bowiem mamy zakaz przyjmowania gości. By przyłapać hotelarzy dzwoniono do nich z dziwnych telefonów z zastrzeżonymi numerami z pytaniem o wolne miejsca. Rząd bowiem próbuje zabrać firmą to co dał wiosną. A dawał w dziwny sposób. Za spadek obrotów rzędu 70 procent, na jeden etat słynna Tarcza Antykryzysowa miała płacić 24 tysiące zł. Miałem na koniec roku pracowników na 3,5 etatu. Wspaniałomyślna Tarcza przysłała mi 12 tysięcy zł., czyli tyle co za 0,5 etatu. Żadne reklamacje na nic się nie zdały, bo Tarcza działała na zasadzie rozmowy „dziada z obrazem” czyli mówił dziad do obrazu a obraz do niego ani razu. Pal licho te pieniądze, ale pracownicy, gdy o tym mówiłem znacząco kiwali głowami, czyli byli przekonani, że swoje dostałem. Te 12 tysięcy trzymam do dziś, bo wiem że rząd znajdzie jakiś prawny kruczek bym te pieniądze zwrócił, może nawet z nawiązką.

Tymczasem gospodarstwa agroturystyczne przyjmowały i przyjmują w tej chwili gości, bez jakichkolwiek obaw. Wszak gość w agroturystyce może być w razie kontroli członkiem rodziny który przyjechał w odwiedziny. Przypomnę co to jest kwatera agroturystyczna. Otóż to wynajęcie prywatnych domowych pokoi dla maksimum 16 osób z możliwością ich karmienia. Od tego właściciel nie płaci podatku, nie musi spełniać wymogów przeciwpożarowych, nie jest kontrolowany przez Sanepid. Sam znam takie kwatery agroturystyczne, które przyjmują po dwa autokary turystów. Po prostu domy albo już hotele dzieli się na kilka osób w rodzinie i 16 przemnożone dajmy na to przez pięć, daje dokładnie 80 miejsc noclegowych.

Dopiero w sobotę Pan premier Morawiecki wspaniałomyślnie powiedział co czeka naszą branżę. Mamy zakaz działalności do 27 grudnia, który następnie przedłużono do 17 stycznia 2021 roku. Zakładam, że ten czas zostanie wydłużony bo nie wierzę by można było legalnie działać przed wyszczepieniem około 70 procent Polaków. Tak więc styczeń okres dobry dla branży będzie będzie tym razem martwy. Mamy już kolejny martwy miesiąc, a pomocy ze strony rządu ani widu, ani słychu. To co ludzie z branży odłożyli w wakacje dawno zostało wydane, teraz idzie czas na tworzenie płatniczych zaległości i oczekiwanie na jakąkolwiek pomoc. Biorąc pod uwagę to iż Sejm z uchwałą pomocy poszkodowanym przez koronowirusa przekładał obrady o dwa tygodnie, karze się spodziewać, że pomoc też przyjdzie gdzieś w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Jest jeszcze jedno pytanie czym różni się hotel, restauracja od kościoła, sklepu, galerii. W mojej restauracji mogę posadzić klientów tak, że jeden drugiego nie widzi, bo lokal ma 300 m2 i jest podzielony na trzy osobne pomieszczenia. Ludzie w sklepie, przechodzą obok siebie, stoją jeden za drugim w kolejce, podobnie jest w kościołach. W czym jesteśmy gorsi, a może chodzi o to by McDonalds i Pizza Hut i inne sieci mogły wejść w nasze miejsce.

Cukier krzepi kieszeń rządu

Cukier krzepi. I zabija. Podobnie jak podatki i karabiny i kokaina. Dowiesz się tego wszystkiego w szkole. Sprawdzisz sam na sobie w najbliższym spożywczym. I choć w sprawie cukrowego podatku po drodze mi z rządem, to nie wierzę im jak psom, bo intencje nasze z różnych parafii. Choć premier twierdzi co innego, prosty lud wie swoje.

Nigdy specjalnie nie ceniłem szkoły i tego, co z niej wyniosłem. Dziś, kiedy patrzę na dzieciaki pozamykane w domach i wyalienowane z życia i rodzin, dziękuję opatrzności i ministrowi edukacji, że przyszło mi żyć wśród żywych rówieśników, a nie tylko ich białkowych interfejsów. Lepsze cokolwiek, niż udawanie; niż zryta od maleńkości psychika. I to do tego przez Państwo, a nie przez starych.

W szkole nie cierpiałem przedmiotów ścisłych. Do dziś mi tak zostało. Na matematyce liczyłem sekundy do dzwonka. Może dlatego potrafię jeszcze zliczyć do tysiąca. Oczywiście pod kreską albo za pomocą kalkulatora. Wszystko ponad dziesiętne liczby, to nie na moją głowę. Zaciekawiły mnie ostatnio dane na temat wyszczepienia na covid. I to te oficjalne. Plus minus osiemnaście. Wziąłem kartkę i zacząłem rachować, najlepiej jak umiem. Zaszczepiono do dziś 140 tysięcy ludzi. Zaczęto szczepić 27 grudnia. Daje to, do dziś, 12 tysięcy na dobę. Przyjmując, że mamy do zaszczepienia 30 milionów obywateli, wyszczepienie w tym tempie, i to tylko jedną dawką, zajmie 2500 dni, czyli jakieś 6 lat. Biorąc pod uwagę mutacje wirusa, albo musimy dość ostro przyspieszyć ze szczepieniami, albo dać sobie spokój, bo w tym tempie, cały proces nie ma najmniejszego sensu. Zrazu zwolennicy rządu zapieją, że to dopiero początek, że żniwo wielkie, że robotników mało, ale już pobieżny rachunek matematycznego abnegata, takiego jak ja, pokazuje, że coś tu nie sztymuje w rachunkach i w procedurach, bo nawet ostrzejsze zabranie się do roboty rozwlecze ten proces niemożebnie. W obliczu takich danych, bałagan z celebrytami wydaje się jak najbardziej uzasadniony. Nikt na dobrą sprawę nad tym nie panuje, nie ma najmniejszej koordynacji i cały proces przypomina rzucanie salcesonu do mięsnego za późnego Jaruzelskiego. Łap się kto może.

Poszedłem wczoraj do sklepu, w moim domu, piętro niżej, żeby sprawdzić, czy faktycznie jest tak, jak mówią ludzie. Że słodzone napoje podrożały o sto procent. Ku mojemu zdziwieniu, niczego podobnego nie stwierdziłem. Mało jednak jestem w tych sprawach biegły, bo napojów słodzonych nie kupuję od dawna. Nawet soków staram się unikać, bo one też są dosładzane. Jeśli już, to kupuję te słodzone słodzikami i aspartanem, że niby zdrowsze, choć to w sumie taki sam syf jak cukier, albo niewiele zdrowszy. Cukru używam sporadycznie, kawy i herbaty nie słodzę, za łakociami nie przepadam. Nowy podatek nie będzie więc aż tak bardzo bił mnie po kieszeni. Więcej napiszę: uważam, że to krok we właściwym kierunku. Źle obmyślony i rachitycznie postawiony. Jak zwykle, chciałoby się powiedzieć. Ale w dzisiejszym społeczeństwie, konieczny.

Serce mi się krajem otwartym w kieszeni nożem, kiedy widzę, jak w sklepach ludzie, zwłaszcza młodzi, kupują naręcza słodzonych, gazowanych napojów a do tego paki czipsów i zapychają się tą paszą po kątach. Że szkolne sklepiki sprzedają oranżady z cukrem, zamiast zwykłej wody. Widzę po znajomych, co się dzieje z dzieciakami, które mają nieograniczony dostęp do cukierków i ciasteczek, z których korzystają jak ze stałych posiłków. Zapijają toto najtańszą, marketową kolą albo sokiem z dwiema czubatymi łyżkami sacharozy. Później patrzę na te same dzieciaki, roztyte i zgnuśniałe, które nie chcą ćwiczyć na wuefie, wychodzić na podwórze, które po przejściu paruset metrów łapią zadyszkę, albo które trzeba przekupywać słodyczami, żeby dały się namówić na pieszą wycieczkę do lasu. I to jest, mili Państwo, cukrowy dramat, który ufundowaliśmy przyszłym pokoleniom. Opiliśmy się cukrowanych napojów na początku popiwku i do dziś odbija nam się czkawką, bo nikt nie powiedział, że choć to dobre słodziuśkie, to pite bez umiaru, szkodzi nie gorzej niż wódka. Na wódkę mamy wysoką akcyzę. Może już najwyższa pora, żeby powiedzieć ludziom, że czasy się zmieniły i mamy nowe zagrożenia, a cukier wcale tak bardzo nie krzepi. Aby jednak to miało sens, podwyżkę podatku należałoby poprzedzić kampanią społeczną, w której rząd wyjaśniłby powody swoich decyzji. Naturalnie, nikt tego nie zrobił, bo rządowi nie tyle idzie o zdrowie obywateli, co o dodatkową kasę w dziurawym jak rzeszoto budżecie. Gdyby jednak spróbować choćby wytłumaczyć ludziom, nie mówię już o długofalowej akcji edukującej społeczeństwo, przekonującej do porzucenia złych nawyków żywieniowych, jeno o kilku spotach reklamowych, bilbordach w największych miastach, gdzie władza apeluje do Polaków, żeby żarli mniej cukru i pili wodę zamiast słodzonych napojów z gazem, dałoby to władzy jakiś moralny asumpt do podwyżek podatków na cukier. A tak, wychodzi na nasze, że rząd łże i wyciąga nam pieniądze z portfeli na swoje i na swoich. Nie moje to jednak zmartwienie, tylko rządu. Podobnie jak nie cukier, co krzepi. Mnie krzepi mała stopka i śledź. Czasem też, jak nasi wygrywają w gałę z Niemcami. Ale to zdarza się rzadko.

Bez pomysłu i bez fajerwerków

W Święta tegoroczne głównie spałem. Odsypiałem zaległości. Żywiłem się źle, konsumowałem mięso. Spożywałem też sporo alkoholu. Jak to Polak. Niewiele zapamiętam z tych Świąt. I dobrze, bo specjalnie nie było czego wspominać.

Do Kościoła nie zaglądałem. Na pasterkę się nie wybrałem. Nie poszedłem nawet na sanki. Dookoła syf, smród z kominów i aura przygnębienia. Żeby zdołować się bardziej niż średnio, zacząłem czytać wspominkowe artykuły o Magiku z Paktofoniki. Nic nie pomagało. Od paru dni czuję na języku posmak bimbru, którym się raczyłem przed wigilią, w trakcie i po i wcale nie jest to miłe wspomnienie. Na Sylwestra też donikąd się nie wybieram. To akurat żadna manifestacja ani strach przed władzą. Nigdy nie lubiłem sylwestrowych bali i imprez, bo i z czego tu się cieszyć; że człowiek z wiekiem coraz szybciej do trumny? Bez sensu.

Sprawa tegorocznego Sylwestra jest jednak doskonałym przykładem na to, jak Morawiecki i ekipa zarządzają covidowym bałaganem bez planu i pomyślunku. Jeszcze przed Świętami zapowiedziano narodowi, że w Sylwestra nie będzie się mógł przemieszczać, bo ma wówczas obowiązywać godzina policyjna. Zrazu uczeni w prawach i kodeksach podnieśli alarm, że zwykłym rządowym rozporządzeniem, nie można ludziom zakazać chodzenia i jeżdżenia. I że można to zrobić jedynie na drodze ustawy albo zarządzenia stanu wyjątkowego, czego rząd nie zrobił. Tak czy siak, gdy lud powoli zaczął oswajać się z myślą, że nie pójdzie na żaden bal ani na domówkę, tylko siedzieć będzie w czterech ścianach pod groźbą kary finansowej, premier rządu przemówił. Potwierdził to, o czym donosili prawnicy: godzina policyjna na Sylwestra jest nielegalna. Chcieliśmy zrobić coś na szybko, ale nam nie wyszło. Nie ma już czasu na to, żeby debatować nad ustawą a stanu wyjątkowego nie ogłosimy, więc, pozostaje nam tylko apelować do tłuszczy, żeby uwierzyła nam na słowo.

Jak Państwo myślą, ilu obywateli posłucha premiera? Karnie zostanie w domach, nie będzie strzelać petardami ani ruskim szampanem. Swoją drogą, nie byłoby to takie złe rozwiązanie. Za każdym razem, kiedy 1 stycznia zmuszony jestem słuchać kanonady na osiedlu, a nazajutrz, po parkach i skwerach szkło chrzęści pod stopami, zastanawiam się nad fenomenologią Polaka, który utyskuje na swój marny los i kiepskie zarobki, a na petardy i wódę i tak go zawsze stać. Te petardy to najgorsze. Nie dość, że nie szumi od nich w głowie i człowiekowi nie jest weselej, zwierzęta się ich boją i ciężko zasnąć przy ich huku. Puszcza się z dymem kilkadziesiąt złotych na raz, jak z korkowca na odpuście. A niby dorośli ludzie się za to biorą. To trochę tak, jak polskim rządem. Niby dorośli ludzie, a zarządzają Państwem jak kramarz jarmarcznym stołem. Mają od kuglarstwa kolegę Kurskiego, który funduje narodowi narodowe szanty w Ostródzie. Jak fajerwerki, co to się wypalą i zostanie po nich smród i puste pudełka. Zresztą, niektóre z fajerwerków u Kurskiego już na starcie są puste i wypalone, więc marna z nich wyjdzie atrakcja dla gawiedzi. Aż się prosi, żeby w tak wyjątkowym czasie, kiedy Polacy nie będą mieli specjalnie czegoś lepszego do roboty, zafundować im w telewizji rządowej coś, po co normalnie by nie sięgnęli. Jakiś dobry, oskarowy film i koncert na deser, serię wywiadów z ciekawym człowiekiem. Albo po prostu święty spokój, bez szmiry i blichtru. No ale wówczas wszyscy oglądaliby konkurencję, a tego telewizja państwowa, kierowana misją nie mogłaby znieść. I nie wypłaciłaby za to dywidendy.

Nic nie możemy Wam zrobić, dobrzy ludzie. Chcieliśmy Was trzymać pod kluczem, ale i to nas przerosło. Możemy więc tylko prosić. Odwoływać się do Waszego zdrowego rozsądku i ludowej mądrości, bo żadnej innej nie mamy. Tak jak i pomysłu, co dalej z tym fantem. Z hotelarzami, karczmarzami. Z dnia na dzień, z godziny na godzinę, jakoś się to wszystko ciągle toczy…

RFIL wart jest mszy?

Odpalono Rządowy Fundusz Inwestycji Lokalnych. Zrobił to rząd (podkreślenie tego faktu jest ważne w przekazie propagandowym) Zjednoczonej Prawicy i wicepremiera ds. kierowania premierem Jarosława Kaczyńskiego. Rozliczni przedstawiciele tej struktury rozsiani po całym kraju rozpoznali najbardziej skryte potrzeby lokalnych społeczności.

Potrzeby, których nie potrafili rozpoznać lokalni samorządowcy zajęci popieraniem uzurpatora Rafała Trzaskowskiego bezczelnie uważającego się za lepszego od Andrzeja Dudy i wielbieniem brukselskich kacyków chcących kupić nas za judaszowe euro. Oczywiście kpię sobie z bardzo poważnego problemu, ale przyznam się szczerze to kpina przez łzy.
Już lektura uchwały Rady Ministrów w sprawie powołania RFIL-u przekonała mnie, że w tym dokumencie obiektywnych zasad przyznawania środków nie ma praktycznie żadnych. Ot, komisja rządowa wybierze, co uważa za stosowne i koniec dyskusji. Nie ma też żadnej możliwości odwołania od decyzji rządowej komisji. W sumie, zatem to, co samorządowcy napiszą we wniosku nie będzie miało żadnego znaczenia. Ale pomyślałem sobie, nie trać wiary. Może jednak można liczyć, że przynajmniej w okolicznościach epidemii, RFIL zostanie uczciwie podzielony? Pieniędzy w RFIL-u, w porównaniu z funduszami europejskimi zatwierdzonymi w ostatnich dniach w Brukseli, nie ma za wiele i tym bardziej podział powinien być uczciwy i przejrzysty. Wszyscy powinni wiedzieć, dlaczego akurat to przedszkole lub droga jest lepsze od innego przedszkola lub drogi. To w końcu pieniądze z naszych podatków.
O święta naiwności! O wiaro, że po pięciu latach rządów Zjednoczonej Prawicy jeszcze kołacze się gdzieś zwykła urzędnicza solidność i poprawność! Otóż, nie kołacze się.

Nadsłuchując wieści z kraju można usłyszeć wiele przykrych historii na ten temat RFILU-u. Na przykład o parlamentarzystach Zjednoczonej Prawicy, którzy bez żenady chwalą się, iż każdy z nich „dostał” parę milionów do „zagospodarowania” po uważaniu. Ale najsmutniejsza jest opowieść prezydenta jednego z miast na północy Polski. Odwiedził go parlamentarzysta Zjednoczonej Prawicy i przy kawie zaproponował, że załatwi dotację z RFIL-u, pod warunkiem …. zrealizowania projektów, które on wskaże.

W województwie śląskim pozornie każdemu rzucono jakiś kawałek RFIL-u. Ale jeśli przyjrzeć się bliżej liście beneficjentów to można zauważyć pewne prawidłowości. Na przykład, żadnych wniosków nie uwzględniono z Będzina, Bielska-Białej, Chorzowa i Sosnowca. Co łączy prezydentów tych miast? Są członkami Platformy Obywatelskiej lub Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Reszta dużych miast województwa została obdzielona sumami od 600 tys. do 20 mln zł. W tej grupie są dwa wyjątki – Mysłowice z kwotą prawie 37 mln zł i Świętochłowice, które otrzymały 28 mln zł. Tak się przypadkiem zdarzyło, że prezydent Mysłowic udzielił poparcia premierowi Mateuszowi Morawieckiemu w wyborach parlamentarnych a prezydent Świętochłowic był członkiem komitetu honorowego prezydenta Andrzeja Dudy.

W mieście, w którym mieszkam, czyli w Bytomiu sytuacja jest specyficzna, bo funkcjonuje tutaj koalicja Koalicji Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości, pod wodzą rekomendowanego przez Nowoczesną prezydenta miasta. Bytom z RFIL-u otrzymał 15 mln zł. Zawsze coś, można powiedzieć, chociaż do pieszczochów z Mysłowic i Świętochłowic daleko. Ja jednak uważam, że w okrutny sposób zakpiono sobie z Bytomia. Kwota 15 mln zł została przyznana na program remontu dróg o wartości 67 mln zł. Bytom wnioskował o całość kwoty a dostał 1/5 i jeszcze musi się cieszyć.

Prezydent Bytomia, w wypowiedzi cytowanej w lokalnym portalu internetowym podziękował już …. dyrektorowi Biura Poselskiego posła Mateusza Morawieckiego. Jeśli któryś z samorządowców chce zapytać rząd o punktację, jaka została zastosowana przy podziale środków z RFIL-u to niech raczej zwróci się z tym pytaniem do właściwego terytorialnie asystenta parlamentarzysty Zjednoczonej Prawicy.

Sprawa podziału środków z RFIL-u skłoniła mnie do niewesołych wniosków. To wyraźny sygnał do samorządowców – całujcie w pierścień przedstawicieli władzy ze szczególnym uwzględnieniem asystentów poselskich przy każdej okazji, porzućcie niezależne myślenie i pamiętajcie, iż w gruncie rzeczy to nie wy rządzicie w swoich gminach czy powiatach – wtedy możecie liczyć na ochłapy z rządowego stołu.

W Rzeczypospolitej przedrozbiorowej każdy szanujący się magnat miał w swoim otoczeniu szlacheckich klientów uwieszonych na magnackiej klamce. Ich głównym zadaniem było roznoszenie na szablach przeciwników mocodawcy. Wszystkim samorządowcom, którzy uważają, że w zamian za fundusze dla gminy czy powiatu warto zostać klientem możnych magnatów ze Zjednoczonej Prawicy przypominam, że następnym krokiem będzie zastąpienie was bardziej usłużnym następcą. Jeśli można zastąpić dochody własne jednostki samorządu terytorialnego, uczciwe konkursy o środki pozabudżetowe, przejrzyste procedury budżetowe i inwestycyjne ustaleniami z lokalną komórką Zjednoczonej Prawicy to po cóż wybierać samorządowców w wolnych wyborach. O tym, kto będzie prezydentem miasta lub burmistrzem zdecyduje właściwy terytorialnie asystent parlamentarzysty Zjednoczonej Prawicy po konsultacji z centralą umieszczoną w Warszawie przy ul. Nowogrodzkiej.

Gdy w 1589 r. we Francji Henryk Burbon miał objąć tron królewski musiał zmienić wyznanie z protestantyzmu na katolicyzm. Rzekł wtedy: „Paryż wart jest mszy”. Jemu się to opłaciło. Ale teraz zapewniam was, iż RFIL „mszy” wart nie jest.

PS. Dla porządku informuję, iż miasto, dla którego obecnie pracuję, czyli Kraków, z RFIL-u otrzymało złotych zero.

Święte prawo do bycia biedakiem

Święty jest Jan Paweł Drugi. Dziewczyny kolegów są święte. Święta są dwa razy do roku. Święty jest Krzyż na Łysej Górze i Święta jest lipka w Świętej Lipce. Święta jest też własność. A przynajmniej powinna. Jak ktoś uczciwie pracuje na swoje, wara innym od tego, co nie ich. Nieważne, czy to lepianka z kurzej kupy czy willa na Żoliborzu. Jak moje i za moje, to nikomu nic do tego. Amen.

Władze amerykańskiego Seatle wpadły na pomysł, jak walczyć z biedą. Ongiś, projekt ustawy na podobny temat chcieli wnieść do Sejmu, jako grupa inicjatywna, Paweł Kukiz z grupy Piersi z Jędrzejem Kodymowskim z grupy Apteka. Dziś pierwszy z nich jest posłem podupadłego ruchu, a drugi dyskdżokejem podupadłej stacji radiowej. Bieda ma się za to u nas bardzo dobrze i znowu, coraz śmielej sobie poczyna. W Ameryce, jak donosi „ New York Post”, władze Seattle właśnie rozważają wprowadzenie przepisów uniewinniających większość wykroczeń, jeśli ich sprawca umotywuje swój czyn biedą. Dodać należy, że to wszystko dzieje się tuż po tym, jak Seattle postanowiło obciąć o 18% budżet przeznaczony na policję – w roku, w którym padają od dawna nienotowane rekordy w liczbie morderstw w tym mieście. W 2020 r. odnotowano tam więcej morderstw niż przez dwa poprzednie lata razem wzięte. Anita Khandelwal, jedna z odpowiedzialnych za projekt walki z biedą, argumentuje zań w ten sposób: „W sytuacji, w której ukradłeś komuś kanapkę, bo próbowałeś zaspokoić swoje podstawowe pragnienie, jakim jest głód – my jako społeczność dostaniemy sygnał, że nie powinniśmy cię za to karać. Taki postępek jest usprawiedliwiony.” Jednakowoż, nie o kradzież kanapki czy, jak u nas, batonika, tu idzie. Proponowane przepisy można interpretować również i w taki sposób, że nawet jeśli ktoś napadnie na jubilera i ukradnie towar znacznej wartości, może zostać uniewinniony, jeśli w czasie procesu przyzna, że zamierzał spieniężyć łup i oczywiście ,,przeznaczyć go na zaspokojenie swoich podstawowych potrzeb”. Własność prywatna idzie wtedy na ulicę uprawiać wolną miłość, a tryumfuje złodziejstwo. Nie o taki anarchizm walczył Bakunin, nie za taki socjalizm bili się bojowcy z PPS-u, nie o „take Ameryke” Północ walczył z Południem.

U nas też, jak się okazuje, święte prawo własności, ma swoich obrońców. Jedni bronią prawa przed grabieżą, a drudzy urzędnika przed konsekwencjami. I co najdziwniejsze, w czasie gdy PiS gani swoich, co nie zdarza się zbyt często, Platforma pisowczyka broni, co zdarza się jeszcze rzadziej. No ale w końcu zbliżają się święta, takoż i miłosierdzie potrafi wówczas chadzać u nas bardzo krętymi ścieżkami, zwłaszcza po tradycyjnym, zakładowym śledziku. Premier Morawiecki zdymisjonował z dniem 15 grudnia wojewodę wielkopolskiego, Łukasza Mikołajczyka. Poszło o słynny pałac w Stobnicy, wybudowany pośród rezerwatu Natura 2000. Pisałem o tym w wakacje; zamczysko jak z bajki postawiono wbrew prawu, a urzędnicy zalegalizowali samowolę, jakby ktoś miast pałacu w miejscu chronionym, postawił sobie blaszany garaż na działce. Bo kto bogatemu zabroni. Pod koniec listopada wojewoda wielkopolski uznał ważność zgody na budowę tzw. zamku w Stobnicy, choć przeprowadzone postępowanie wykazało, że decyzja starosty obornickiego została wydana z naruszeniem prawa. I za to poleciał ze stanowiska. Szkoda, że dopiero teraz, bo nawet bez wyroku, sprawa była śmierdząca na kilometr, a pałacu nie stawia się w miesiąc. Po decyzji premiera, w obronę ekswojewody zaangażował się prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak, jedna z czołowych postaci PO. Publicznie jął zastanawiać się, co innego mógł uczynić wojewoda, jeśli nie zalegalizować stan prawny, który zastał, a do którego doprowadziły zaniedbania poprzedników. „Co wojewoda, w sytuacji tego nieszczęśliwego „zamku”, miał teraz zrobić? Miał kazać go rozebrać?” zastanawiał się prezydent Jaśkowiak w rozmowie z dziennikarzem. Ano, panie prezydencie…tak. Miał kazać rozebrać. Waśnie tak. Miał pokazać, jako przedstawiciel władzy w terenie, że nie ma i nie może być zgody na prymat samowoli zbudowanej na grubych pieniądzach, ponad prawem. Bo nic nad nim stać nie może. Wiem, to takie niepisowskie myślenie, ale właśnie za jego brak, wojewoda pożegnał się ze stanowiskiem. Tak jak nie można złodziejstwa, nawet najmniejszego, legalizować, tak i nie można zezwalać na legalizowanie łamania prawa w biały dzień. Bo to już żaden anarchizm. Żaden syndykalizm. To normalne, legalne bezprawie i bandyterka. Nie za „take Polske” Lechu skakał przez płot.

Górnośląskie wyzwanie

Na Górnym Śląsku, jak w soczewce, skupiają się wyzwania europejskiej polityki rządu Mateusza Morawieckiego.

Rząd ten, sterowany z tylnego siedzenia przez Jarosława Kaczyńskiego i dopingowany przez samozwańczego delfina Zbigniewa Ziobrę, idzie na wojnę z Europą o prawo do samodzielnego kształtowania życia politycznego w Polsce, podporządkowania władzy PiSu wszystkich instytucji demokratycznych, prawa do budowy swojskiego zaścianka i samodzielnego rozstrzygania co jest prawem i co jest sprawiedliwością przez jedynie słuszną partię.

Na szali kładzie największe w historii, wynegocjowane już wsparcie finansowe dla polskiej gospodarki, szacowane przez sam rząd na kwotę ok. 750 mld euro w perspektywie najbliższej siedmiolatki 2021-27, a więc nowy budżet i udział w Funduszu Odbudowy, projektowanym w związku z pandemią na poziomie nowego Planu Marshalla. Za sojusznika ma jedynie Węgry Orbana.

Z pewnością w tej wojnie nie popiera go przytłaczająca większość śląskich elit i zdecydowana większość społeczeństwa Górnego Śląska, a już niemal nikt z rodzimej, górnośląskiej ludności. Ogólnopolskie hasło: ” Ja zostaję w Unii Europejskiej ” zostało tutaj przekształcone w zawołanie ” Śląsk zostaje ” , albo po śląsku: ” Ôstôwōmy! „.

I niczego oczywiście w tym spojrzeniu nie zmienia fakt, że Premier dał się całkiem niedawno wybrać posłem na Sejm z okręgu katowickiego, ani mamienie papierowymi, kolejnymi wersjami Programu dla Śląska.

Z poparcia dla rządu wytrzeźwieli nawet górnicy, patrząc na nową politykę energetyczną rządu, jakby napisaną w Brukseli oraz namiastkowy Program Sprawiedliwej Transformacji, wart dla całego Kraju, a konkretnie sześciu regionów górniczych, zaledwie ok. 3,5 mld euro.

Ludzie jednak traktują udział Polski i Śląska w europejskiej Wspólnocie jako gwarancję pozostania w obrębie cywilizacji zachodniej, jako szansę na odrabianie dystansu do Zachodu i instynktownie również jako gwarancję własnych praw i wolności, silniejszą niż gwarancje konstytucyjne, które, jak pokazuje praktyka – można omijać, ubezwłasnowalniając Trybunał Konstytucyjny, sądy czy prokuraturę.

Poczucie bezpieczeństwa regionalna społeczność traci również w związku z nieudolną walką rządu z pandemią covidową. Śląsk dysponuje wysokospecjalistyczną opieką zdrowotną, ale wciskanie na siłę oddziałów covidowych do niemal każdego szpitala, w dużym stopniu zamraża możliwości skutecznego leczenia w odpowiednim czasie.

Robione to jest przez wojewodę z nadania PiSu, mimo iż zajęto niektóre szpitale, jak np. w Katowicach – Murckach, wyłącznie dla leczenia zarażonych Covidem (średnie obłożenie – kilka osób) i wybudowano szpital tymczasowy na terenie Międzynarodowego Centrum Kongresowego, niemal na miarę Stadionu Narodowego.

Poseł ze Śląska Mateusz Morawiecki, Premier polskiego rządu, paradoksalnie ten region od Polski odpycha; swoją nachalną propagandą, ciągłym mijaniem się z prawdą, zwłaszcza w sprawie planowanej transformacji energetycznej Kraju i regionu, brakiem szacunku dla kobiet, ale przede wszystkim brakiem poszanowania dla tradycji regionalnej, dla kultury i języka śląskiego i rujnowaniem poczucia bezpieczeństwa w szerszej wspólnocie.

Wyniki z pewnością rząd zobaczy już niedługo, jeśli nie przełoży planowanego na wiosnę Narodowego Spisu Powszechnego.

I jeśli oczywiście nie stłucze termometru i nie wykreśli możliwości deklarowania narodowości śląskiej i faktu posługiwania się językiem śląskim.

Wtedy deklaracje z 2011 roku, kiedy to do śląskiej przynależności etnicznej, pierwszej albo drugiej, przyznało się 847 tysięcy osób, a do posługiwania się językiem śląskim 509 tysięcy – zostaną znacząco pobite.

A tendencje autonomiczne ulegną wzmocnieniu.

Jedno jest pewne – Śląsk na pewno pozostanie w Europie.

Osiemnastka Morawieckiego

Nie lubię bardzo doktrynerstwa. Nie lubię dogmatów i prawd objawionych. Nie lubię listy zakazów i nakazów, których mam się trzymać, bo tak mi mówi linia mojej partii albo kierunek, znaczony światopoglądem. A najbardziej nie lubię…płacić podatków. I wcale nie uważam, że im większe podatki, tym szczęśliwsze społeczeństwo. Zwłaszcza, że łupi się podatkami uczciwych, a nieuczciwi albo chorobliwie bogaci mają się jak zawsze dobrze, od czasów Mazowieckiego, żadna władza nie potrafi dobrać im się do kupra. A może nie chce?

W przyszłym roku rząd Morawieckiego, ten sam, który szczycił się tym, że nie ładował na barki ludu dodatkowych danin, przywita nas wielką osiemnastką, tj. osiemnastoma podatkami pośrednimi, bezpośrednimi lub ukrytymi, których każdy z nas skosztuje, czy tego chce czy nie-prędzej czy później. Część z tych podatków jest z nami od dawna, ale że osiemnaście, to taki ładny wynik i kojarzy się z dorosłością i pełnoletnością fiskalną, którą rząd w przyszłym roku osiągnie, jadąc na obywatelu jak na łysej kobyle i poganiając go podatkowym nahajem, postanowiłem dołożyć kilka starych do równego rachunku. A na rachunkach premier to się jednak zna. Wie, ile kosztuje miska ryżu i jak robić tak, żeby banki, wielkie sieci handlowe i światowe koncerny mogły się paść na naszych łączkach oporowo. Nikt nie ma chyba wątpliwości, że nowe podatki są po to, żeby ratować polskich przedsiębiorców-tak przeca zapowiedział sam miłościwie rządzący Mateusz.

Za niecały miesiąc, jeśli dożyjemy, przywitają nas: podatek cukrowy, podatek handlowy, podatek od spółek komandytowych, opłata przekształceniowa OFE, podatek od „małpek”-małych wódeczek, opłata mocowa, wzrost abonamentu RTV, podwyżka składek ZUS, podatek od psa, podatek od nieruchomości, opłata targowa i opłata uzdrowiskowa, podatek od deszczu, pełne oskładkowanie umów-zleceń, likwidacja ulgi abolicyjnej, opata depozytowa od wymiany oleju, podatek od reklam, wyższa danina „solidarnościowa”, podwyżka akcyzy na samochody używane. Ufff. Udało się. Osiemnastka Morawieckiego na nowy, lepszy rok. Jak się Wam podoba?

Może narażę się wielu, ale napiszę i tak, bo tak właśnie uważam, że ten kraj jest chory, w którym od swojej własnej, ciężkiej pracy odprowadza się podatek i to nie jeden, bo oprócz oskładkowania umów, czy to o pracę czy to śmieciówek, każdy uczciwie tyrający musi co roku płacić podatek od osób fizycznych, żeby czasem nie zapomniał, że to co zarobił uczciwie, musi być jeszcze ukradzione przez państwo. Tak jest-ukradzione. W różnych czasach różnie się owo złodziejstwo kapitalistyczne nazywa: czasem składka, czasem danina, czasem podatek, w każdym razie mechanizm jest ten sam, kiedy pod jakąś formą presji powiązanej ze środkiem represji, zmusza się obywatela, aby oddał część swoich dochodów pozyskanych z uczciwej pracy państwu. A że państwu ciągle mało, musi kraść jeszcze więcej. Żeby, m.in. nakarmić i napoić tych wszystkich, którym do roboty się iść nie chce. Nie to, że nie mogą do niej pójść, bo jej nie ma, albo nie mają jej jak podjąć, z powodu choroby lub kalectwa. Nie chcą. Bo są nierobami. Nauczonymi przez państwo, że nie da się im i ich progeniturze zejść z głodu. A nawet, na socjalnym garnuszku, da się przeżyć całkiem nieźle, bo dodatków i przydatków rożnej maści znajdzie się zawsze więcej niż na garść soczewicy, jak chłopina obrotny. Na to się zatem nie godzę. Żeby moją pracę oskładkować i opodatkować, a temu, któremu nie chce pracować, dawać za darmo. Jaka to sprawiedliwość?

Pamiętam, że w jednej z ksiąg Papcia Chmiela, o przygodach Tytusa, Romka i A’Tomka, wszyscy trzej cofnęli się w czasie i trafili na dwór jakiegoś króla albo księcia, który miał w skarbcu pusto, jak Morawiecki w budżecie. Wymyślił więc ów władca, że wprowadzi dla poddanych podatki od kichania, przeklinania i drapania się za uchem. Kiedy to enty raz czytałem, a miałem wówczas lat już osiemnaście, wydawało mi się to pomysłem wyjętym z popłuczyn po Orwellu; jakimś wynurzeniem ekonomicznego Bajkonuru. Do dzisiaj.

Kryzys przywództwa: analogie historyczne

Obecna sytuacja polityczna w Polsce w coraz większym stopniu nasuwa analogie historyczne. Jak pięćdziesiąt lat temu partia sprawująca władzę przeżywa podwójny kryzys, gdyż na silne napięcia społeczne nakłada się raptownie pogarszający się stan ośrodka kierowniczego.

Wtedy, w grudniu 1970 roku, kryzys doprowadził do burzliwych wystąpień ulicznych, przeciw którym skierowano milicję i wojsko, a rozwiązanie kryzysu odbyło się w drodze wymuszonej rezygnacji ze stanowiska szefa PZPR Władysława Gomułki – człowieka o niewątpliwych zasługach dla Polski, ale już tak dalece oderwanego od realiów politycznych, że swymi decyzjami najpierw kryzys sprowokował, a następnie pogłębił.
Historia nigdy nie powtarza się dosłownie, ale z historii poprzednich kryzysów można i trzeba wyciągać wnioski dla dnia dzisiejszego – a jeszcze bardziej dla bardzo nieodległego jutra.

Jesień 2020 roku przejdzie do historii jako okres, gdy dotychczas bardzo silna pozycja obozu władzy uległa raptownej erozji. Przejawem tej erozji są wyniki najnowszych sondaży – najgorszych z punktu widzenia obozu władzy od 2015 roku, gdy obóz ten wygrał wybory prezydenckie i parlamentarne rozpoczynając szumnie ogłaszaną „dobrą zmianę”. Można pocieszać się, że sondaże bywają omylne, ale faktem jest, że deklarowane poparcie dla PiS (zaledwie 27 procent w sondażu ośrodka Kantar) oznacza, iż ugrupowanie to stoi przed bardzo realną perspektywą stracenia władzy w najbliższych wyborach. Jeszcze gorzej dla rządzących wypada odpowiedź na pytanie o polityczne losy jego przywódcy: 69 procent badanych chce dymisji Jarosława Kaczyńskiego.

Kryzys to nie tylko złe sondaże. To także utrzymujący się masowy protest uliczny, którego nie udaje się złamać brutalnym używaniem policji i nieumundurowanych antyterrorystów. To także ferment w obozie władzy wyrażający się między innymi tym, że już zaczął się proces odchodzenia posłów, a zwłaszcza ich publicznego dystansowania się od polityki partii rządzącej. To wreszcie publiczne już utarczki na szczytach władzy, w szczególności ataki potężnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro kontestującego z prawej strony politykę jego nominalnego szefa premiera Mateusza Morawieckiego. Wreszcie o stanie ośrodka kierowniczego świadczą powtarzające się w Sejmie wybuchy niepohamowanej wściekłości Jarosława Kaczyńskiego, niewiele znaczące politycznie ale ukazujące jego fatalny stan psychiczny.

Ten kryzys przyszedł po dość dobrym dla rządzących lecie. Udało się wówczas opanować na pewien czas rozwój pandemii – i to na poziomie znacząco niższym niż w wielu innych krajach. Udało się wygrać wybory prezydenckie – wprawdzie minimalną większością i w dużej mierze dzięki fatalnym błędom tej części opozycji, która nie zdecydowała się na jednoznaczne i pełne zaangażowanie po stronie opozycyjnego kandydata w drugiej turze, gdy do zwycięstwa zabrakło mu zaledwie czterysta tysięcy głosów. Pod koniec lata można było sądzić, że rok 2020 umocnił władzę Prawa i Sprawiedliwości na lata.

Jesień przekreśliła te oczekiwania. Nastąpiła kumulacja zjawisk wysoce niekorzystnych dla obozu rządzącego. W dużej mierze (choć nie wyłącznie) są one skutkiem własnych błędów i zaniedbań tego obozu.

W grę wchodzą cztery problemy, które skumulowały się w rozległy kryzys.
Po pierwsze – nastąpił nawrót pandemii i to na znacznie wyższym poziomie niż wiosną tego roku. Nie bez podstaw twierdzi się, że rząd zaniedbał przygotowanie służby zdrowia na to, co ją obecnie spotyka. Łudzono się optymistyczną wizją przezwyciężonego już kryzysu epidemiologicznego, w czym pierwsze skrzypce grał sam premier, zwłaszcza pod koniec kampanii wyborczej. Na oczywiste zaniedbania nałożyły się podejrzane operacje zakupowe w Ministerstwie Zdrowia, z czym zapewne wiążą się kolejne dymisje w kierownictwie tego resortu. Nie wierzę w oficjalne zapewnienia, ze były one spowodowane stanem zdrowia odchodzących dygnitarzy – raczej stanem kierowanej przez nich służby zdrowia.

Po drugie – orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego prowadzące do jeszcze większego ograniczenia możliwości legalnego przerwania ciąży było iskrą rzuconą na prochy i spowodowało największy i najbardziej trwały protest społeczny w dziejach Trzeciej Rzeczypospolitej. Nikt rozsądny nie uwierzy, że trybunał ten, którego skład został uformowany decyzjami Prawa i Sprawiedliwości, działał tu całkowicie samodzielnie. Decyzję o daniu mu zielonego światła musiał podjąć sam prezes – zapewne dlatego, że chciał pokazać się własnym radykałom jako niezłomny obrońca konserwatywnych wartości. Czy sądził, że radykalne zaostrzenie przepisów antyaborcyjnych – i tak najsurowszych w Europie – przejdzie bez społecznego sprzeciwu?

Po trzecie – bez jakiejkolwiek wyraźnej racji i bez przygotowania zaserwowano Sejmowi projekt ustawy „o ochronie zwierząt” uderzającej bardzo silnie w rolnictwo i branżę hodowlaną. Spora część posłów PiS głosowała przeciw tej ustawie (lekkomyślnie popartej przez kluby Koalicji Obywatelskiej i Lewicy) a prezydent Duda – niezbyt znany z samodzielności w stosunku do prezesa – zapowiedział zawetowanie tej ustawy. Ostatecznie – po sensownych poprawkach uchwalonych przez Senat – projekt ugrzązł w Sejmie – na jak długo?

Czwarta sprawa ma charakter wręcz kuriozalny. Premier Morawiecki – poganiany publicznie przez Zbigniewa Ziobrę – zapowiedział zawetowanie ( bardzo dla Polski korzystnego) budżetu Unii Europejskiej w odwecie za przyjęcie przez nią zasady, że korzystanie ze środków unijnych może być uzależnione od przestrzegania praworządności. Premier Morawiecki popełnił w tej sprawie błąd podwójny. Po pierwsze: naraził się opinii publicznej, która w ogromnej większości obawia się, że jest to krok w stronę „polexitu”. Po drugie: przyznał pośrednio, że w Polsce łamie się zasady rządów prawa, bo jak inaczej tłumaczyć nerwową reakcję na ustalenia unijne w tej sprawie?

Te cztery sprawy łączy jedno: we wszystkich dzisiejsze kłopoty obecnej władzy pojawiły się w wyniku jej własnych błędów, których można było bez trudu uniknąć.

Bardzo to przypomina sytuację sprzed pięćdziesięciu lat. Znaczna podwyżka cen żywności – i to na dziesięć dni przed Bożym Narodzeniem – nie spadła z nieba, lecz była wynikiem poważnego błędu politycznego. Użycie siły przeciw protestującym robotnikom było spowodowane rozkazami wydanymi przez Władysława Gomułkę. Jego decyzje nie były wymuszone przez sytuację, lecz wynikały z postępującej izolacji od realiów życia i z rosnącego autokratyzmu.

Autokratyzm paraliżuje otoczenie wodza. Z otoczenia tego odchodzą lub zostają usunięci ludzie mądrzejsi i odważniejsi, którzy gotowi byliby powiedzieć wodzowi, że się myli. To dwór wodza – a nie tylko on sam – ponosi odpowiedzialność za staczanie się ku przepaści.

Niekiedy ktoś w tym dworze zaczyna grać własną grę – może nie tyle przeciw wodzowi, co z myślą o sukcesji po nim. Taka rolę odegrał u boku Gomułki wpływowy minister spraw wewnętrznych Mieczysław Moczar – zwłaszcza w haniebnej kampanii antysemickiej w 1968 roku. Podobną rolę odgrywa obecnie minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, który zdaniem nieźle poinformowanej Anny Dąbrowskiej „chce stanąć na czele całej polskiej prawicy i zastąpić Kaczyńskiego” („Polityka”, nr. 48/3289, 2020 r.). Moczarowi ta gra się nie udała, a czy uda się Ziobrze?

Analogie historyczne wymagają jednak uwzględnienia kontekstu. Ten zaś wyraźnie różni Polskę z jesieni 1970 roku i z jesieni 2020. Wtedy było to państwo wciśnięte w ramy powojennego podziału Europy na strefy mocarstwowej hegemonii i rządzone na zasadach autorytarnej władzy jednej partii. Dziś jest to państwo oparte na demokratycznej konstytucji, z silnym społeczeństwem obywatelskim i legalną, mająca silną reprezentację parlamentarną , opozycją. Państwo to jest częścią wspólnoty demokratycznych państw – Unii Europejskiej – a nie radzieckiego bloku „państw socjalistycznych”. Rządzący nim politycy do niedawna mogli liczyć na to, że przed izolacją międzynarodową chronić ich będzie autorytarny populista w Białym Domu. Z ich punktu widzenia wynik wyborów prezydenckich w USA to prawdziwa tragedia.

Z tych wszystkich względów obecny kryzys polityczny nie musi przebiegać tak dramatycznie jak tamten sprzed półwiecza. Jest jednak pewna istotna analogia. W obu kryzysach zapalnikiem były całkowicie błędne, wręcz nieracjonalne, decyzje jednego człowieka. Jego odejście stawało się warunkiem koniecznym wyjścia z kryzysu.

Czy jednak znajdzie się w Prawie i Sprawiedliwości ktoś, kto – jak Józef Tejchma w grudniu 1970 roku – będzie miał odwagę i rozum, by pójść do wodza z przesłaniem, że jego czas się skończył? Okaże się to w najbliższym czasie.

W 1970 roku dymisja Gomułki otworzyła drogę do poważnych zmian politycznych, które na niemal dziesięć lat ustabilizowały sytuację polityczną. Trudno powiedzieć, jak potoczyłyby się sprawy, gdyby tego rozwiązania wtedy zabrakło. Teraz jest łatwiej. Jeśli Kaczyński pozostanie u władzy, obóz rządzący będzie pogrążał się w coraz głębszym kryzysie, z którego wyjściem będzie jego klęska w najbliższych – być może przyśpieszonych – wyborach.

Narodowe Centrum Sportu PiS

Wśród mnóstwa bezsensownych decyzji podejmowanych w ostatnim czasie przez rządzącą prawicową koalicję, rozwalenie ministerstwa sportu jest zapewne najmniej szkodliwe. Problem w tym, że na likwidację tego resortu wybrano najgorszy możliwy moment, bo w szczycie pandemii koronawirusa, gdy jedno po drugim odcinane są źródła finansowania sportowej aktywności, zarówno tej na profesjonalnym, jak i amatorskim poziomie.

W ramach ostatniej rekonstrukcji rządu zlikwidowano ministerstwo sportu kierowane przez Danutę Dmowską-Andrzejuk, przekazując jego kompetencje wraz z budżetem do ministerstwa kultury i dziedzictwa narodowego, które jest „królestwem” wicepremiera Piotra Glińskiego. Chrapkę na przejęcie resortu sportu miał też drugi z wicepremierów, Jacek Sasin, wyznaczony przez partyjnych kolegów na pełnomocnika rządu ds. organizacji Igrzysk Europejskich w 2023 roku, których organizacji podjęła się Polska, lecz jego starania spaliły na panewce. Czy całkowicie, to się jeszcze okaże, bo dochodzą wieści, że resort sportu jako niezależny byt tak całkowicie nie zostanie rozparcelowany, ma jednak zostać zastąpione nowym tworem usytuowanym na niższym poziomie w hierarchii władzy – Narodowym Centrum Sportu, na czele którego ma stanąć odstrzelona przy rekonstrukcji rządu była minister sportu Danuta Dmowska-Andrzejuk. Jej kandydaturę popiera ponoć mocno premier Mateusz Morawiecki, ale póki co Dmowska-Andrzejuk jest tylko jego pełnomocnikiem ds. utworzenia nowego urzędu. NCS znajduje się obecnie w fazie konstrukcyjnej, ale żeby mogło zacząć skutecznie funkcjonować, potrzebuje przyjęcia przez Sejm stosownych regulacji prawnych. Ich treść pojawiła się w pospiesznie uchwalonej przez Sejm nowelizacji ustawy o działach administracji rządowej, a wynika z nich, iż Narodowe Centrum Sportu będzie nadzorowane przez ministra kultury, lecz z zachowaniem wszelkich obowiązków należących do tej pory do kompetencji ministerstwa sportu. Sęk w tym, że formalnie resort ten stał się już częścią połączonego ministerstwa kultury, dziedzictwa narodowego i sportu, a w tej strukturze za sport odpowiada Anna Krupka, była zastępczyni Dmowskiej-Andrzejuk. W politycznych układach jest ona mocniej usadowiona od swojej byłej przełożonej, więc raczej nie odda jej realnej władzy nad sportową działką. Nie wróży to NCS najlepiej.

Brukselski trójkąt niemocy

Jest taki trójkąt polityczny, w którym ginie idea europejskiej współpracy przyświecająca inicjatorom integracji gospodarczej i politycznej na naszym kontynencie.

Wierzchołkami trójkąta są Bruksela (a czasem Strasburg, w zależności od tego, gdzie aktualnie funkcjonuje europejski parlament), Warszawa i Budapeszt. Znaczną część pola niemocy wewnątrz trójkąta zajmują Niemcy – europejski motor zmian, hamulcowy i oportunista w jednym. Symbolem tych czasów stała się Angela Merkel, sprawująca urząd kanclerza Niemiec i jednocześnie lidera UE od roku 2005, czyli niemal od czasu wielkiego rozszerzenia Unii na kraje byłego bloku wschodniego.

Angela Merkel wytrwale budowała swoją i Niemiec pozycję polityczną. Dziś jej partia nie ma z kim przegrać wyborów w Niemczech, ale i sama Angela nie ma komu zostawić rządów. Merkel jest też liderką Europejskiej Partii Ludowej, największej grupy politycznej europarlamentu, od wielu lat decydującej o składzie Rady Europy i polityce europejskiej. Roli tej w żadnym stopniu nie umniejsza fakt, że przewodniczącym EPL, przynajmniej nominalnie, jest Donald Tusk.

W Brukseli toczą się więc gry polityczne – o ile oczywiście nie toczą się w Berlinie. Pozostałe wierzchołki trójkąta są w trwałych relacjach z Brukselą… i Berlinem.

Ciekawa jest sytuacja w Budapeszcie. Mimo względnie młodego wieku Victor Orban to weteran walki z socjalistycznym reżimem, współzałożyciel FIDESZ, uczestnik węgierskiego okrągłego (trójkątnego) stołu. Zdążył jeszcze być stypendystą Fundacji Sorosa na Uniwersytecie Oksfordzkim. Zainteresowanych tą postacią zachęcam do sięgnięcia po wydaną przez tygodnik „Przegląd” książkę „Co ma Victor Orban w głowie” Amélie Poinssot, francuskiej dziennikarki specjalizującej się w problematyce Europy Środkowej i Wschodniej. FIDESZ, partia Orbana, sprawuje władzę na Węgrzech nieprzerwanie od 2010 roku. Jest członkiem (o czym nie wszyscy wiedzą lub chcą pamiętać) Europejskiej Partii Ludowej – tej samej, której nieformalną liderką jest Angela Merkel, a formalnym przewodniczącym Donald Tusk. Taki układ na pewno pomógł Orbanowi w umacnianiu własnej pozycji w kraju oraz w przyciąganiu inwestycji zagranicznych. Pod tym względem Węgry skutecznie konkurowały z Polską. Na ulokowanie na Węgrzech całkiem nowych fabryk zdecydowały się Daimler (Mercedes) i Volkswagen (AUDI). Daimler otworzył pierwszą fabrykę u Orbana już w 2012, a drugą w 2019 roku. Duże przedsiębiorstwa mają tam także Bosch i Continental, a w tym roku BMW rozpoczęło budowę nowej fabryki w Debreczynie. Warto przypomnieć, że drugim co do wielkości akcjonariuszem Volkswagena (20% akcji) jest niemiecki land Dolnej Saksonii. Niemcy są największym zagranicznym inwestorem na Węgrzech i odbierają prawie 30% węgierskiego eksportu. Niemieccy inwestorzy bardzo sobie chwalą politykę rządu Orbana oraz wsparcie dla ich inwestycji. Różnice w rozkładaniu akcentów w wielu aspektach europejskiej polityki społecznej i gospodarczej w Niemczech i na Węgrzech nie wydają się im przeszkadzać, a może nawet cieszą się ich cichym poparciem.

FIDESZ mimo zapowiedzianego weta wobec unijnego budżetu i klauzuli o przestrzeganiu zasad praworządności może w ostatniej chwili wycofać się z tej decyzji, udając, że wierzy w zapewnienia unijnych polityków. To akurat ciekawe, bo w porównaniu z Polską, przynajmniej formalnie, Węgry wyglądają na kraj bardziej praworządny. Zgodnie z prawem FIDESZ po uzyskaniu wymaganej większości parlamentarnej zmienił węgierską konstytucję, system wyborczy i liczbę członków parlamentu. Działania rządu Orbana w sferze mediów, nauki i edukacji budzą natomiast poważne wątpliwości. Dawny stypendysta Sorosa wyrzucił z Węgier uczelnię swojego dobroczyńcy. Woli opierać się na współpracy z lokalnymi milionerami, tzw. oligarchami Orbana. System państwa prywatnego (sprywatyzowanego) nie podoba się nawet naszemu Klubowi Jagiellońskiemu.

O ile węgierski czubek (wierzchołek) trójkąta nie powstałby raczej bez wydatnej pomocy Brukseli (czy może Niemiec), o tyle nasz warszawski, trzeba szczerze powiedzieć, wyhodowaliśmy sobie sami i to – muszę z bólem przyznać – w dużej części w Krakowie. Głęboko w pamięć zapadł mi niedoszły „premier z Krakowa” i jego hasło „Nicea albo śmierć”. Hasło to stało się, niestety, stanowiskiem rządu. Zapewne mało kto dziś wie, o co wtedy chodziło (o tryb głosowania w Radzie Unii Europejskiej i możliwość blokowania decyzji), ale hasło się utrwaliło. Sojusznikiem Polski – tymczasowym – była wtedy Hiszpania. Nicea nie okazała się szczęśliwa. Premier Miller stracił władzę, traktat unijny ratyfikowano, a „premier z Krakowa” nie został premierem i niedługo potem zniknął z polityki. Karty zaczął rozdawać Prezes Jarosław.

Wśród obecnie rządzących jest jednak sporo osób związanych z Krakowem, choćby wicepremier Gowin i minister (nieomal wicepremier) Zbigniew Ziobro. To Ziobro ponownie użył narodowo-suwerennościowej argumentacji w debacie o unijnych zasadach. Teraz chodzi jednak nie o siłę głosów, lecz o (nie)praworządność – w haśle „Nicea albo śmierć” Niceę zastąpiono (nie)praworządnością. Argumentacja okazała się na tyle nośna, że wykorzystał ją premier Morawiecki w swoim sejmowym wystąpieniu. Jego europejskie weto wsparto stosowną uchwałą Sejmu, co raczej nie jest wielkim zaskoczeniem. Jak podał portal Onet, dziennikarze austriackiego POLITICO nazwali przemowę Morawieckiego dziecinadą, ale warto pamiętać, że podobnymi argumentami operują jawni przeciwnicy UE i że podobnym językiem posługiwali się brytyjscy inicjatorzy brexitu.

A przecież brakło głosów zaledwie pięciorga posłów, by Zbigniew Ziobro trafił w roku 2012 przed Trybunał Stanu za całokształt swojej działalności w pierwszym rządzie PiS‑u.

Przed nami kolejny odcinek gry o tron (europejski). Wielu spekuluje, że Victor Orban po zakulisowych negocjacjach z niemieckimi partnerami wycofa się z weta, zapewniając o bezpieczeństwie niemieckich inwestycji na Węgrzech i uzyskując obietnice dalszej pobłażliwości unijnych partnerów i instytucji. Rząd Kaczyńskiego/Morawieckiego ze swoim nieistotnym już wtedy wetem zostałby sam. Straty dla Polski i Polaków byłyby nie do odrobienia. Winą za to jednak należy obarczyć również resztę klasy politycznej, która pozwoliła grupie aktualnie trzymającej władzę przetrwać i dorwać się znów do… krzeseł.