Premier w roli ministra sportu

Mateusz Morawiecki w nowym rządzie PiS przejął na chwilę także tekę ministra sportu, bo rządząca koalicja nie potrafiła szybko znaleźć następy dla Witolda Bańki, który wolał pracę szefa Światowej Agencji Antydopingowej (WADA). Premier zdążył tylko zmienić prezesa Stadionu Narodowego w Warszawie.

W miniony poniedziałek Alicja Omięcka, pełniąca funkcję prezesa zarządu spółki PL.2012+, czyli operatora stadionu PGE Narodowy, została zdymisjonowana, a dzień później premier – minister sportu powołał na jej miejsce Włodzimierza Dolę. Głównym zadaniem nowego szefa największego piłkarskiego stadionu w Polsce ma być rozwiązanie powtarzającego się w każdym meczu problemu z nawierzchnią boiska, bo ponoć to premier Morawiecki obiecał piłkarzom reprezentacji Polski. Z medialnych przecieków wynika, że inicjatywa zmiany we władzach spółki zarządzającej Stadionem Narodowym wyszła z kancelarii premiera, a polecenie wykonał szef KPRM Michał Dworczyk.

Wygląda jednak na to, że premier Morawiecki nie ma ochoty na dalsze sterowanie resortem sportu, bo po wielu personalnych przymiarkach w końcu publicznie poinformował, kto ostatecznie zastąpi Witolda Bańkę. Nowym ministrem (lub ministrą, jak kto woli) ma być Danuta Dmowska-Andrzejuk. Morawiecki, jak Donald Trump, wieść tę ogłosił za pośrednictwem Twittera. A napisał tak: „Przedstawiam Państwu kandydatkę na urząd Ministra Sportu. Utytułowana szpadzistka, silna i zdecydowana kobieta sukcesu, błyskotliwa rozmówczyni. Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że Danuta Dmowska-Andrzejuk jak mało kto ma złote ręce do sportu. I oby tak pozostało! Cieszę się, że będziemy mogli współpracować”.
Po takim oświadczeniu sprawa chyba powinna być przesądzona.

 

Opowieści Pinokia

Znacie? Znamy! No to posłuchajcie! Premier zafundował nam powtórkę z rozrywki, tyle, że niezbyt śmieszną.

W swoim exposé Mateusz Morawiecki w dużej mierze powtórzył swoją standardową narrację o mesjańskiej roli PiS w historii III RP. Szansa („moment dziejowy”), przed jaką stanęła Polska w 1989 roku, została „tylko częściowo wykorzystana”. Co gorsza, „neoliberalizm spowodował mętlik pojęciowy i bałagan w systemie wartości” – mówił premier. I chociaż kraj się trochę rozwinął, a nawet „udało się przezwyciężyć wiele bolączek PRL”, to przy okazji „wyprzedaliśmy srebra rodowe”, utraciliśmy przemysł i uzależniliśmy się od zagranicy.
Jak mówił, realizowano u nas „model rozwoju oparty na przekonaniu, że Polska ma dostarczać taniej siły roboczej” – model, który „pasował innym, ale podcinał gałąź nam”. Jednak w 2015 roku nastąpił przełom: niepodzielną władzę zdobyło Prawo i Sprawiedliwość, „złapaliśmy w żagle wiatr historii” i „przebiliśmy rozwojowy szklany sufit”. Rząd pod przewodnictwem Morawieckiego „naprawia polskie sprawy jak nikt dotąd po 1989 roku”.
Potem premier przeszedł do kolejnego etapu: tworzenia „Polski wielkich projektów, które będą oznaczały realny skok cywilizacyjny naszego kraju”, tworzenia „potencjału, który można porównać z największymi przedwojennymi programami rozwojowymi”.

Bajeczki dla naiwnych

Przedstawiona przez Morawieckiego interpretacja historii Polski po 1989 roku mija się z faktami. Polska jest liderem wzrostu gospodarczego spośród wszystkich krajów transformacji i mimo odziedziczonej po PRL spuścizny, szybko nadrabiała zaległości rozwojowe względem najbogatszych krajów, nie natrafiając po drodze na żaden „rozwojowy szklany sufit”.
Po 2015 r. polityka gospodarcza PiS nie dała impulsu rozwojowego rzekomo pogrążonej w stagnacji Polski. Działania PiS w rzeczywistości podkopywały rynkowe fundamenty wcześniejszego wzrostu. Jednak dzięki dobrej koniunkturze w gospodarce światowej Polacy mogli się dalej cieszyć poprawą poziomu życia (która postępowała przez poprzednie 25 lat).
Zmiana stanu finansów publicznych w okresie rządów PiS to efekt przede wszystkim dobrej koniunktury. Jeśli chodzi o malejący dług publiczny, należy zaznaczyć, że w latach 2015–2019 dług publiczny w stosunku do produktu krajowego brutto zmniejszyło poza Polską 25 krajów Unii Europejskiej. Z kolei „zrównoważony budżet” na 2020 rok opiera się na dochodach jednorazowych (1 proc. PKB) i dotyczy wyłącznie budżetu państwa, który stanowi zaledwie połowę całego sektora finansów publicznych.
Po wyeliminowaniu dochodów jednorazowych i uwzględnieniu całości wydatków publicznych, deficyt wyniesie 1,2 proc. PKB (w roku, w którym połowa krajów UE będzie miała nadwyżkę). Rząd PiS do „zrównoważenia” budżetu stosuje też różne sztuczki: np. w celu sfinansowania trzynastej emerytury chce sięgnąć po pieniądze z Solidarnościowego Funduszu Wsparcia Osób Niepełnosprawnych
Pozostanie na dotychczasowym kursie obranym przez PiS w 2015 r., w końcu odbije się negatywnie na procesie doganiania Zachodu. Wielkie projekty Morawieckiego nie oznaczają wcale „realnego skoku cywilizacyjnego naszego kraju”. Takiego skoku Polska dokonała, zastępując socjalizm gospodarką rynkową. Działania PiS prowadzą do ograniczenia wolności ekonomicznej, spadku aktywności zawodowej i upolitycznienia gospodarki przez rozrost sektora państwowego. W długim okresie oznacza to zahamowanie dotychczasowej konwergencji.

Megalomania i demagogia

Morawiecki stwierdził, że rządy PiS „naprawiają polskie sprawy jak nikt dotąd po 1989 roku”. To już zakrawa na megalomanię. Pierwsze rządy po 1989 r. musiały zmierzyć się ze spuścizną ponad czterech dekad socjalizmu, której przejawami były chociażby hiperinflacja, dominacja państwowych monopoli, brak cen rynkowych. PiS natomiast swoimi działaniami (obniżającymi aktywność zawodową, ograniczającymi wolność gospodarczą i zwiększającymi rozmiar upolitycznionego sektora państwowego w gospodarce) ogranicza potencjał budowany przez poprzednie 25 lat.
W czasie rządów PiS Polska nie przebiła wcale „rozwojowego szklanego sufitu” – dlatego że wcześniej w taki „rozwojowy szklany sufit” nie uderzyła. Od 1992 r. Polska stale nadrabiała dystans do najbardziej rozwiniętych gospodarek świata, dochodząc w bieżącym roku do poziomu 62 proc. PKB per capita (według parytetu siły nabywczej) krajów grupy G7 (podobny trend wzrostowy można zaobserwować w zestawieniu z każdą rozwiniętą gospodarką lub zbiorem takich gospodarek).
W konsekwencji nieprzerwanego od niemal trzech dekad doganiania Zachodu, obecnie dochody Polaków w stosunku do dochodów mieszkańców najbogatszych krajów są najwyższe w historii – nie ma w tym jednak zasługi PiS. Ponadto nie wiadomo, czy Polsce uda się ostatecznie osiągnąć poziom rozwoju najbogatszych krajów, co wynika z tego, że powoli wyczerpują się dotychczasowe rezerwy wzrostu, a coraz większym problemem staje się struktura demograficzna polskiego społeczeństwa. Nie zważając na to, PiS podjęło wiele działań, które wpłyną negatywnie na dalszy rozwój gospodarczy (np. odwróciło reformę stopniowo podnoszącą wiek emerytalny).
Demagogiczną tezę, że w Polsce realizuje się model bazujący na „taniej sile roboczej”, słyszymy od lat. Powtarzają ją ci politycy, którzy liczą na zdobycie poparcia wśród osób nierozumiejących tego, że płace są pochodną wydajności pracy, która w zacofanej za sprawą dziesięcioleci realnego socjalizmu Polsce była po prostu niska – uważa Forum Obywatelskiego Rozwoju.
PiS nie skończyło z modelem „taniej siły roboczej”, bo takiego modelu nigdy w Polsce nie stosowano. Kiedy dzięki udanym reformom rynkowym wydajność zaczęła szybko rosnąć, wraz z nią zaczęły rosnąć płace.
Morawiecki dodał też, że ów model „pasował innym, ale podcinał gałąź pod nami, dlatego z tym skończyliśmy”, sugerując istnienie jakiegoś spisku. Nie wiadomo, kogo miał on na myśli, mówiąc o „innych”, jeśli jednak chodziło mu o inwestorów zagranicznych, to nie można się z tym zgodzić – bo jak wskazuje FOR, za sprawą konkurencji firmy płacą swoim pracownikom tyle, ile są w stanie. A dzięki kolejnym inwestycjom firmy zagraniczne były w stanie płacić polskim pracownikom coraz więcej.

Zwijanie inwestycji

Wielu ekonomistów od lat wskazuje na niską stopę inwestycji jako hamulec dla dalszego wzrostu polskiej gospodarki. W lutym 2016 roku, ogłaszając „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, Morawiecki zapowiedział: „Inwestycje mają stanowić powyżej 25 proc. PKB. Będziemy dążyć w tym kierunku”.
Jednak za rządów PiS stopa inwestycji spadła, co pokazuje, jak odstraszająco na inwestorów wpłynęły nieprzewidywalne zmiany prawa oraz atak na niezależność sądów. W 2017 r. stopa inwestycji osiągnęła najniższy poziom od 1995 r. Pomimo nieznacznego odbicia w ostatnich kwartałach wciąż jest ona o ok. 2 proc. PKB niższa niż w 2015 r. Przez cztery lata rządów PiS wzrósł za to istotnie stan należności z tytułu kredytów konsumpcyjnych – aż o 26,3 proc. (wobec wzrostu o 6,5 proc. w ostatnich czterech latach rządów PO-PSL).
Morawiecki niejednokrotnie już przedstawiał fałszywy obraz działań inwestorów zagranicznych w Polsce w latach 90. Np. podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w ubiegłym roku stwierdził, że całość dywidend wypłacanych inwestorom zagranicznym jest czerpana przez „ten kapitał z prywatyzacji”.
To nieprawda. Inwestorzy zagraniczni kupowali prywatyzowane przedsiębiorstwa, ale nie na tym skupiali swoją działalność: większość lokowanych w Polsce środków przeznaczali na tworzenie inwestycji od podstaw, rozbudowę już posiadanych zakładów czy przejęcia prywatnych firm.
Wcześniejsze rządy chętnie przyjmowały inwestycje zagraniczne, jednak nie w celu rzekomej „wyprzedaży polskich sreber rodowych”, lecz po to, by dzięki nim zwiększać produktywność polskiej gospodarki.
Ogłaszając „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, Morawiecki zapowiedział też, że wydatki na badania i rozwój wzrosną do 2 proc. PKB w 2020 r. Oprócz tego przedstawił wówczas także osiem innych kryteriów, które miałyby zostać spełnione do 2020 r.
Podczas exposé w żaden sposób nie nawiązał do celów zapowiedzianych 3,5 roku wcześniej. Pochwalił się tylko tymi wskaźnikami, które wzrosły.
Udział wydatków na badania i rozwój w PKB rośnie od lat, a w ubiegłym roku wyniósł 1,21 proc. – wciąż to jednak daleko do zapowiadanego w planie Morawieckiego, a w exposé przemilczanego, celu 2 proc.
Morawiecki pochwalił się też wzrostem liczby oddawanych mieszkań: „W latach 2011–2014 oddawano do użytku średnio 143 tysięcy mieszkań. W latach 2017–2020 będzie to ponad 200 tysięcy mieszkań”. To prawda, że w ostatnim czasie jesteśmy świadkami boomu budowlanego i liczba oddawanych mieszkań rośnie. Nie jest to jednak zasługa programu „Mieszkanie+”. W ramach tego programu oddano do tej pory zaledwie 867 mieszkań (co być może nie jest jednak złą wiadomością, biorąc pod uwagę, że państwowy PFR buduje w małych miejscowościach, które Polacy opuszczają w poszukiwaniu lepiej płatnej pracy w metropoliach).
W marcu 2017 r. rząd przyjął „Plan Rozwoju Elektromobilności”, który roztaczał wizję miliona pojazdów elektrycznych na polskich drogach do 2025 r. Dwa i pół roku później – zaraz przed wyborami parlamentarnymi – przyjął jednak stojącą z nim w sprzeczności „Strategię Zrównoważonego Rozwoju Transportu do 2030 r.”.
Według „Strategii” w Polsce samochodów ma być nie milion, lecz 600 tysięcy, nie elektrycznych, lecz elektrycznych i hybrydowych, i nie do 2025 lecz do 2030 roku. W exposé Morawiecki oświadczył jednak, że rząd program elektromobilności rozwija. Rozwój ten przedstawia się tak, że w ostatnich czterech kwartałach zarejestrowano w Polsce 2291 nowych elektrycznych samochodów pasażerskich, które stanowiły 0,4 proc. ogółu zarejestrowanych nowych samochodów pasażerskich w Polsce (przy średniej dla 24 krajów UE, dla których dostępne są dane, na poziomie 2,7 proc.).

Wciąż emigrujemy (nie do Anglii)

Morawiecki porównał emigrację milionów Polaków do „wielkiej daniny, którą Polska zapłaciła bogatym krajom Zachodu” – a następnie dodał, że „taka danina od biednych dla bogatych nie jest normalna”. Podsumowując temat, powiedział, „państwo wysokich standardów musi z tym skończyć”.
Oczywiście emigracja jest indywidualną decyzją ludzi, którzy pragną poprawić warunki swojego życia. Państwo może ograniczyć emigrację na dwa sposoby: prowadząc politykę służąca rozwojowi gospodarczemu, która owoce przyniesie po latach, albo, wzorem NRD, postawić na granicy mur.
Obecny poziom rozwoju Polski nie jest jeszcze na tyle wysoki, by emigrację zatrzymać, a tym bardziej cofnąć. Przyczyn spadku liczby emigrantów w ubiegłym roku (według Głównego Urzędu Statystycznego o 85 tysięcy) należy szukać zatem w innych czynnikach.
Przyglądając się zmianom liczby polskich emigrantom w poszczególnych krajach, zauważymy, że istotnie zmniejszyła się ona tylko w Wielkiej Brytanii (o blisko 100 tysięcy), natomiast w innych krajach zmiany były niewielkie (przy czym liczba polskich emigrantów w tych krajach wzrosła o 13 tysięcy). Najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem tego stanu rzeczy wydaje niepewność związana z brexitem.
W perspektywie najbliższych dekad Polska staje przed nowymi wyzwaniami, które mogą zahamować proces doganiania Zachodu. Problemem staje się zwłaszcza demografia. Co prawda w exposé mogliśmy usłyszeć zapowiedź „wielkiej strategii demograficznej”, ale nawet jeśli nie okaże się ona równie bałamutna jak „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, to jej pozytywny wpływ na rynek pracy odczujemy nie wcześniej niż za 20 lat. Tymczasem w obliczu spadającej liczby Polaków w wieku produkcyjnym rząd odwrócił reformę stopniowego podnoszenia wieku emerytalnego. Dlatego nawet jeśli w najbliższych latach uda się wysoki na tle strefy euro wzrost utrzymać (chociaż Międzynarodowy Fundusz Walutowy prognozuje inaczej), to w dłuższej perspektywie przy niezmienionej polityce społecznej i gospodarczej Polska przestanie doganiać Zachód.

W uścisku zakazów

Przez ostatnie cztery lata PiS zajmowało się wprowadzaniem nowych ograniczeń, takich jak zakaz handlu w niedziele, ograniczenia w otwieraniu nowych aptek czy ograniczenia w obrocie ziemią rolną. Zapowiadając w 2017 r. podczas Kongresu 590 słynną „konstytucję biznesu”, która miała określać „fundamenty ustroju gospodarczego Polski w duchu wolności gospodarczej”, Morawiecki zagroził przedsiębiorcom: „Tylko nie posuwajcie się za daleko, żeby nie dać nam pretekstu do nowelizacji prawa karnego”.
Podczas exposé Morawiecki powiedział, że „obowiązkiem państwa jest tworzenie przewidywalnego prawa pozwalającego na planowanie inwestycji”. Symbolem nieprzewidywalności PiS w tworzeniu prawa jest ustawa ustanawiająca dniem wolnym 12 listopada 2018 roku. Projekt poselski trafił do Sejmu na trzy tygodnie przed planowanym dniem wolnym i został szybko przegłosowany, a następnie podpisany przez prezydenta Andrzeja Dudę. Innym symbolem jest zniesienie tzw. 30-krotności. Dopiero w drugiej połowie listopada wyjaśniło się, że od 1 stycznia 2020 roku jednak nie wzrosną składki na ZUS dla najlepiej zarabiających pracowników. Nic dziwnego, że w ostatnich latach pogarsza się wcześniej stopniowo poprawiana pozycja Polski w rankingach konkurencyjności i wolności gospodarczej (mimo że podobno „Bank Światowy docenia nowy polski model rozwoju”).
O ekspansji międzynarodowej, mającej przejawiać się we wzroście inwestycji zagranicznych polskich przedsiębiorstw, Morawiecki mówił już w lutym 2016 r., gdy ogłaszał „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”. Od tego czasu stan polskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych zmniejszył się o 14 proc. Biorąc pod uwagę ów wynik, możemy w obliczu tej zapowiedzi spodziewać się dalszych spadków.
W każdym razie, do osiągnięcia deklarowanego w planie Morawieckiego celu, polskim inwestorom zagranicznym jest, według ostatnich danych, dalej niż przed przejęciem władzy przez PiS.

Bariera dla rozwoju

Zaczerpnięty z programu Koalicji Obywatelskiej tzw. estoński CIT, czyli przesunięcie poboru podatku dochodowego od osób prawnych na moment wypłaty przez nie zysku, jest sam w sobie dobrym pomysłem. Wątpliwości budzi natomiast to, że taką konstrukcję Morawiecki chce zastosować tylko wobec mikro – i małych spółek kapitałowych. Od niedawna płacą one niższy CIT na poziomie 9 proc., czym premier nie omieszkał się w exposé pochwalić.
Rzecz jednak w tym, że zmiana ta, zamiast normalnej progresji, wprowadziła dwie zależne od obrotu liniowe stawki CIT. Jeśli spółka przekroczy próg 2 milionów euro przychodów rocznie, to będzie musiała od całego zysku zapłacić CIT według stawki 19 proc. Tym samym powstała zniechęcająca do rozwijania firm luka, w której (przy stałej rentowności sprzedaży) wzrost zysku brutto przekłada się na spadek zysku netto. Prezentując „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, Morawiecki zadeklarował: „Chcemy, żeby te mikro stawały się małe, małe coraz większe, ale te większe żeby stawały się naprawdę międzynarodowymi graczami”. Postawił też cel „wzrostu udziału tych dużych i średnich firm do poziomu powyżej 22 tysięcy” w 2020 r. Z drugiej strony wprowadza rozwiązania zniechęcające firmy do wzrostu. Nie inaczej zadziała tzw. estoński CIT, jeśli jego obowiązywanie będzie ograniczone tylko do mniejszych firm. A do osiągnięcia celu z planu Morawieckiego, jest obecnie równie daleko jak przed dojściem PiS do władzy.

Nierychliwe i niesprawiedliwe

PiS zaczęło walkę z niezależnością wymiaru sprawiedliwości jeszcze pod koniec 2015 roku. Sądy jednak nie zaczęły za sprawą kolejnych ataków obozu rządzącego pracować lepiej. Wręcz przeciwnie.
Pogłębił się, istniejący jeszcze przed zmianami wprowadzonymi przez PiS, problem przewlekłości postępowań. Średni czas trwania postępowania w sądach powszechnych wzrósł z 4,2 miesiąca w 2015 r. do 5,4 miesiąca w ubiegłym roku. Jednak skrócenie czasu rozpatrywania spraw nie rozwiąże problemów, które stworzyło PiS przez ostatnie cztery lata.
O jakości wymiaru sprawiedliwości świadczy nie tylko szybkość działania sądów, lecz także ich niezależność (w rankingu „Doing Business” pod względem szybkości sądowego egzekwowania umów wyprzedzają Polskę takie kraje jak Uzbekistan, Białoruś, Azerbejdżan i Rosja, które trudno uznać za wzór do naśladowania, jeśli chodzi o funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości). A co do tego, nie można oczekiwać, że PiS cofnie wprowadzone w poprzedniej kadencji zmiany
Reasumując: działania PiS prowadzą do ograniczenia wolności ekonomicznej, spadku aktywności zawodowej i upolitycznienia gospodarki.

 

Polski kołtun w technologii 5G

Czy postulowane społeczeństwo przeszłości może mieć w Polsce przyszłość?

Pan premier Mateusz Morawiecki mógłby być znakomitym, domowym sprzedawcą odkurzaczy. Z przejmującym uśmiechem wciskać naiwniakom każdy zachwalany produkt. Mówić to, czego klienci od niego oczekują.
Czarować, słodzić im, że „POLACY TO WIELKI NARÓD Z WIELKĄ PRZYSZŁOŚCIĄ”.
I teraz „CZAS NA WIELKĄ PRZYSZŁOŚĆ”.
Na „NOWOCZESNE PAŃSTWO DOBROBYTU”.
Obiecywać wszystko. I wszystkim.
Emigrantom – radosny powrót do Ojczyzny.
Repatriantom ze biednego Wschodu – europejski dobrobyt i w pakiecie dodatkowym bezwizowe wyjazdy do USA.
Emerytom – trzynastą i czternastą emeryturę oraz wypasione Domy Seniora.
Kobietom – taka samą płacę jak mężczyźni.
Pracownikom – akcjonariat pracowniczy.
Krajowym przedsiębiorcom – wparcie i obniżenie podatków.
Zagranicznym przedsiębiorcom – wsparcie i obniżenie podatków.
Polskim przedsiębiorcom – repolonizację zagranicznych firm.
Zagranicznym firmom – dalszy rozwój ich firm.
Nauczycielom – podwyżki płac.
Uczniom – tysiąc „zero emisyjnych” szkół.
Kierowcom indywidualnym – milion elektrycznych samochodów, tym razem dostawczych.
Kierowcom wielodzietnym – prawo do jazdy „bus pasem”.
Pieszym – bezpieczeństwo na pasach oraz przywrócenie połączeń PKS i PKP.
Księżom – bezpieczeństwo od ideologii LGBT i lekcji wychowania seksualnego.
Ambitnym – wielkie inwestycje industrialne.
Sfrustrowanym – zmianę Konstytucji RP.
Wstydliwym – zniesienie „poprawności politycznej”.
„POLSKOŚĆ TO NORMALNOŚĆ”, powtarza pan premier.
Ale dla niego ”normalność” to XIX wieczny model narodowo – katolickiej rodziny. Archaicznej już dzisiaj. Rodziny traktowanej jako „Pierwszy Bastion IV RP”.
Kierując się zapewne wynikami sondaży opinii publicznej, pan premier obiecał popularne w społeczeństwie lewicowe postulaty, lecz opakowane w konserwatywną, narodowo-katolicką obyczajowość. Bo uznał, że tak łatwiej się sprzedadzą.
Zechciał połączyć archaiczny model polskiej rodziny z czwartą rewolucją technologiczną.
Zabrzmiało to niewiarygodnie. Nie tylko dlatego, że pan premier prezentując nowe obietnice nie zająknął się od jakże licznych, składanych i niespełnionych obietnicach w czasie czterech ostatnich lat jego rządów i jego formacji politycznej.
Zabawne, że pan premier znowu obiecał oszczędności w administracji państwowej. I oczywiście nie wspomniał, że stoi na czele rządu składającego się z aż dwudziestu ministerstw.
Nie wspomniał o armii wiceministrów, których PiS i jego parlamentarni sojusznicy zamierzają jeszcze wykreować.
Czy Polacy to wielki naród, bo mają wielki liczebnie rząd?
Pan premier Mateusz Morawiecki mógłby być znakomitym, domowym sprzedawcą odkurzaczy. Z przejmującym uśmiechem wciskać naiwniakom Każdy zachwalany produkt. Mówić to, czego klienci oczekują. Czarować ich.

W chwili zamykania tego wydania rozpoczynała się debata nad expose pana premiera Mateusza Morawieckiego. Wrócimy do niej w następnym wydaniu.

Bigos tygodniowy

Pod hasłem „Miej w opiece naród cały” i rysunkiem pięści owiniętej różańcem jak kastetem przewalił się przez Warszawę tzw. „Marsz Niepodległości”. Dymu, huku i nienawiści było w bród. Brany za Marszałka Seniora Macierewicz Antoni wygłosił w Sejmie buńczuczne przemówienie kleronacjonalistyczne w stylu iście ONR-owskim z 1934 roku. Słodko za to, jak gołąbek pokoju pitolił Duda Andrzej, Pierwszy Ministrant Rzeczypospolitej, który podobno chce wszystkich godzić, od prawa do lewa. Dzień wcześniej Pierwszy Ministrant Rzeczypospolitej cytował piosenkę „Ja to mam szczęście, że w tym momencie, żyć mi przyszło w kraju nad Wisłą”. Szkoda że nikt Pierwszemu Ministrantowi nie podpowiedział, że wymowa tej piosenki była ironiczna. Poza tym, nie przesadzajmy, nie bądźmy dziećmi, bo czy to takie nadzwyczajne szczęście żyć w tym smogu i smrodzie kleronacjonalistycznym, pośród kierowców-zabójców szalejących na pasach dla pieszych i z tymi notorycznie spóźniającymi się pociągami, że wymienię tylko niektóre z plag polskich? Znam kilka bardziej rozkosznych miejsc do życia. Jednak Pierwszy Ministrant RP tą atrapą prezydentury naprawdę euforycznie się cieszy, i dlatego spogląda na świat przez różowe okulary.

Tomasz Grodzki z Koalicji Obywatelskiej został Marszałkiem Senatu, co oznacza, że Izba Refleksji, póki co, nie wpadnie w łapy PiS. Towarzyszyły mi idiotycznie sprzeczne uczucia. Personalnie profesor Grodzki to człowiek godny szacunku, ale jeszcze kilka lat temu nawet przez myśl by mi przeszło, by odczuwać satysfakcję z powodu wygranej jego partii. Jednak po czterech latach pisowskich orgii satanistycznych „ja to się cieszę się byle czym” i odczuwam jakby kamień spadł mi z serca, gdy sukces odniosła opozycja na czele z partią, na którą nigdy nie głosowałem. Po ciężkich frustracjach człowiek jednak spuszcza z tonu i redukuje ambicje. Moim zdaniem ta krucha wygrana opozycji w Senacie ma walor przede wszystkim psychologiczny, bo pokazuje, że PiS jednak nie jest całkowicie teflonowe, a poza tym może być oznaką pierwszych zarysowań na pisowskiej machinie. Nie mogę też nie odnotować radości z frustracji, jaką muszą czuć pisiory i reszta prawactwa wobec faktu, że Włodzimierz Czarzasty został wicemarszałkiem Sejmu. A zacnego profesora Grodzkiego, któremu uczciwość bije z oczu, szanowanego lekarza ze Szczecina propaganda PiS próbuje zrobić złodzieja i łapówkarza. Klasyka.

Kwestia przekroczenia trzydziestokrotności składek ZUS, zamiar przeznaczenia pieniędzy z Funduszu Solidarności przeznaczonego na potrzeby osób niepełnosprawnych, bunt fiskalny Porozumienia Gowina, a także o czym się nie mówi, narastające problemy finansowe TVPiS, wyrażające się m.in. w opóźnieniach wypłat dla pracowników tej firmy – to kompromitacja pisowskiego, kłamliwego, propagandowego hasełka o „zrównoważonym budżecie”, rozdętych, nierealnych pisowskich obietnic socjalnych i początek symptomów kryzysu finansów państwa.

Inny kłopot PiS to bunt w Trybunale Konstytucyjnym. Kolejny pisowski nominat, sędzia Wyrębak Jarosław zbuntował się przeciw sposobowi administrowania TK przez Przyłębską Julię. Szarogęsi się tam ona, arbitralnie wyznacza składy i blokuje rozpatrywanie wniosków. Co prawda zbuntowany sędzia szumi z pozycji radykalnie prawackich, przeciw blokowaniu wniosku o zakazanie aborcji eugenicznej, złożony przez ultrasów pisowskich, ale fakt jest faktem, ze to kłopot dla Przewodniczącego Mało. A miało być tak, dobrze, a mianowańcy na krótkiej smyczy, Plany planami, a życie jest brutalne pełne niebezpiecznych zasadzek.

W najgorszych chyba snach Przewodniczący Mało nie przeżył sytuacji, w której w imię pozyskania Lewicy do niektórych poparcia, PiS zdecydowało się oddać Sejmową Komisję Rodziny straszliwej lewaczce Magdalenie Biejat, zwolenniczce najbardziej szatańskich praw, w tym prawa kobiet do aborcji na życzenie do 12 tygodnia ciąży. Macierewicz Antoni z tego powodu stanął już dęba, jak stary koń, i żąda wyjaśnień, kto w PiS jest winien tej zbrodni.

W Krakowie małopolska kuratorka Nowak Barbara skierowała do uczniów internetową ankietę polegającą na bezczelnym nakłanianiu do personalnego donoszenia na nauczycieli. Młodzież, jak to młodzież, kablowania na ogół nie lubi, a do tego, jako młodzież dzisiejsza w internecie jest biegła od kolebki, więc ankietkę-donos zhakowała. Nowak Barbara zjeżyła się na to i chce karać to hakerstwo.

Klaudia Jachira została brutalnie i chamsko zaatakowana przez pewnego osobnika, gdy jechała pociągiem z Wrocławia do Warszawy na obrady Sejmu. Uważaj, Klaudio, budzisz straszliwą, dziką, niepohamowaną nienawiść wszelkiego prawackiego podlectwa, Osobnik, który Cię zaatakował poprzestał na słowach, ale doświadczenie nas uczy, że od czasu do czasu znajdują się wśród NICH tacy, którzy przechodzą od słów do czynów. Poeta pisał kiedyś, że „krzyż mieli na piersi a browning w kieszeni”.

Przewodniczący Mało utrudnia mi integralną niechęć do niego przez swoją sympatię do zwierząt, tym bardziej po geście jaki uczynił na prośbę posłanki Katarzyny Piekarskiej – zapisał się do poselskiego koła przyjaciół zwierząt. Miłe to, ale niestety nie dał należytego odporu legalnym mordercom zwierząt spod znaku „łowiectwa” i sadystom-hodowcom „futerek”.

Radna Warszawy Agata Diduszko-Zyglewska dawno już złożyła wniosek o pozbawienie biskupów Głodzia i Hosera tytułu Honorowego Obywatela Warszawy. Jednak Platforma Obywatelska od wielu miesięcy zwleka z rozpatrzeniem wniosku. Cała Platforma, cała ona ze swoim oportunizmem i asekuranctwem.

Poczułem się niemal geniuszem prawniczym. Sam, samiuśki, z samego brzmienia artykułu konstytucyjnego osobiście wykoncypowałem to, co, ku mej nieogarnionej dumie, swoimi autorytetami naukowymi potwierdzają profesorowie Ewa Łętowska i Tadeusz Iwiński. Otóż art.18 Konstytucji na który z uporem godnym lepszej sprawy powołuje się PiS w walce z dążeniami do wprowadzenia ustawy o związkach partnerskich. Otóż jak oboje zgodnie stwierdzają, że zawarte w artykule sformułowanie, że „małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny (…) znajduje się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej”, to nie definicja małżeństwa, tylko konstatacja tego, iż taki związek jest preferowany przez władze. Logika nakazuje wnioskować, że fakt iż cos jest preferowane nie oznacza zakazu praktykowania czegoś, co nie jest wprost zakazane, a więc n.p. związku partnerskiego jednopłciowego.

Tymczasem w Sejmie 361 posłów dodało do roty przysięgi poselskiej słowa „Tak mi dopomóż Bóg”, z czego wynikałoby, że blisko stu posłów nie zwracało się o pomoc do boga. Skrzętni rachmistrze policzyli, że od 1989 roku ta ostatnia liczba rośnie.

TSUE wydał w sprawie KRS wyrok, który na pierwszy rzut oka wygląda na salomonowy. Po części w obronie praworządności w Polsce, ale po części taki, by nie stawiać PiS pod ścianą. Mimo to PiS nie jest zadowolony i chce badać wyrok przed „trybunałem” Przyłębskiej.

Morawiecki Mateusz wygłosił stek buńczucznych, ideologicznych frazesów zwany exposé nowego rządu. Nie wierzę ani jednemu słowu tego notorycznego (wyroki sądowe) kłamczucha i fantasty. Ten człowiek w życiu słowa prawdy nie powiedział.20

Bój o najmniej ważne ministerstwo

Premier Mateusz Morawiecki powołał rząd, w którym objął też tekę ministra sportu. Najmniej ważny resort, z którego na domiar złego wycięto jeszcze turystykę, ma jednak dostać innego szefa, a raczej szefową, bo na liście PiS-owskich kandydatów są ponoć tylko dwie panie: Dagmara Gerasimuk i Paulina Malinowska-Kowalczyk.

Premier Morawiecki ministrem sportu ma być nim przez kilka, może kilkanaście dni, bo tyle czasu potrzebuje ponoć wybrana przez prawicowych polityków kandydatka na miejsce Witolda Bańki, który z nowym rokiem obejmie posadę prezydenta Światowej Organizacji Antydopingowej (WADA). Jak wieść niesie to on zaproponował na swoje miejsce Dagmarę Gerasimuk, byłą biathlonistkę, pełniącą obecnie funkcję prezesa Polskiego Związku Biathlonu, członka zarządu Międzynarodowej Unii Biathlonu (IBU), a ponadto pracownika naukowego katowickiej AWF.

Konkurencyjną kandydaturę byłej dziennikarki TVP, a obecnie swojej doradczyni oraz rzeczniczki Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego, zaproponował ponoć prezydent Andrzej Duda, lecz jak wieść niesie ostatecznie odpuścił sprawę. Co jak wiadomo jeszcze wcale nie oznacza, że nowym Bańką zostanie pani Gerasimuk…

 

Bigos tygodniowy

Powstał nowy tzw. rząd PiS, ale tak naprawdę struktura ta na miano rządu nie zasługuje. To w najlepszym razie Administracyjna Rada Wykonawcza, która w większym jeszcze stopniu niż w poprzedniej kadencji działać będzie na rozkazy i polecenia Przewodniczącego Mało czy Zaplutego Karła Reakcji oraz jego najbliższej kamaryli. Szefem ARW został jak do tej pory Młody Morawiecki.

Na placu Piłsudskiego w Warszawie odbyła się uroczystość z okazji 9 rocznicy 7 miesięcznicy (tak to chyba trzeba liczyć – jak n.p. godzina 12 minut 30?) katastrofy smoleńskiej. Obok sekty smoleńskiej i pisowskich oficjeli na plac przybył też czołg Lotnej Brygady Opozycji pod dowództwem Arkadiusza Szczurka. Czołgiem kierował niepełnosprawny na wózku, odziany w hełmofon. Czołg, mimo, że miniaturowy i z lekkich materiałów wykonany (ale z groźnie i dumnie sterczącą lufą), nie został jednak dopuszczony do pełnej bliskości z uroczystością, choć nie dysponował ostrą amunicją. Jednak pisiorskie media z TVPiS na czele podniosły larum z oburzenia. Andruszkiewicz Adam domaga się „surowego ukarania” wykonawców owego czołgowego rajdu. Jak? Wsadzenia tego niepełnosprawnego do mamra? PiS i reszta prawolstwa wielu być może rzeczy może się nauczyć, ale jednego nigdy, ale to nigdy w życiu nie da rady sobie przyswoić – poczucia humoru, bo do tego niezbędna jest szczypta kultury, a z tym związany jest dystans do siebie i zdolność do nietraktowania wszystkiego dosłownie, wynikająca z umiejętności myślenia abstrakcyjnego. A przecież Jarosław Hasek w „Przygodach dobrego wojaka Szwejka” wykpił wojsko do spodu, a Czechy nadal jakoś istnieją. A poza wszystkim – jaka byłaby wartość wojska, które mogłyby ulec osłabienia przez checheszki? Rzeczywiście musiałoby być wojskiem z tektury i paździerza.

Nawchłaniałem się 11 listopada nacjonalistycznego smogu, jak to trafnie określono, mimo że trzymałem się z dala od tzw. „Marszu Niepodległości”, którego tegorocznym emblematem była zaciśnięta pięść owinięta różańcem jak kastetem. Prawdę mówiąc bardzo to trafny emblemat tego, o czym mówię i piszę od lat i co naprawdę istnieje: polskiego klerofaszyzmu. Uczestniczyłem w warszawskim, pogodnym nieagresywnym, pełnym muzyki marszu antyfaszystowskim, który przeszedł od placu Unii Lubelskiej do placu Trzech Krzyży. Choć jednak szliśmy daleko od tzw. Marszu Niepodległości ryki tłumu „patriotów” i odór dymów z rac stamtąd dochodziły. Wielu tych nagrzanych alkoholem, agresywnych, hałaśliwych patriotów można było napotkać na mieście, na ulicach i w komunikacji miejskiej. PiS dał żulii do ręki „patriotyzm” jako pałkę do wymachiwania i bicia. To pierwszy z historii Polski przypadek, gdy margines społeczny i żulia przejęły rolę awangardą państwowego patriotyzmu. O znacznej części fizjonomii najbardziej aktywnych w tym okropnym Marszu mawiało się kiedyś, że kogoś takiego nie chciałoby się spotkać w ciemnej uliczce. Przez nich od kilku lat czuję się w Warszawie jak w oblężonym mieście. Novum tegorocznym było pewne zdystansowanie się PiS od „Marszu Niepodległości”. Nie pojawił się też Duda Andrzej. No cóż, w zeszłym roku podlizywali się skrajnej prawicy, licząc na jej wyborcze głosy. Dziś, po wejściu do Sejmu Konfederacji już sobie Przewodniczący Mało czyli Zapluty Karzeł Reakcji uświadomił, że wyhodował na własnej karmie Golema, który ich podgryza, a na własnej piersi węża, który ich kąsa.

Przewodniczący Mało czyli Zapluty Karzeł Reakcji wysunął do Trybunału Konstytucyjnego Pawłowicz Krystynę, Piotrowicza Stanisława i Chojnę-Duch Elżbietę. Jak zachowa się Pierwszy Katolicki Maminsynek, Ministrant i Oportunista Rzeczypospolitej – klepnie wskazanych czy też zachowa się tak, jak czasem robią prymusiki-maminsynki? Tacy jak on, urodzeni ministranci, zawsze słuchają Tatusia, Mamusi, Księdza Katechety i Surowego Wujaszka, a później i Żonki-Pieczonki, a rączki zazwyczaj trzymają na kołdrze, ale czasem zdarza im się wymuszone, desperackie przyłączenie do szkolnego wybryku klasowego i od czasu doi czasu idą na wagary. To jest właśnie psychologiczny przypadek Pierwszego Katolickiego Maminsynka, Ministranta Oportunisty Rzeczypospolitej.
Ćwierćinteligent z tytułem profesorskim i w randze wicepremiera-ministra kultury, na dyrektora Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie mianował fanatycznego nacjonalkatola, niejakiego Piotra Bernatowicza, który ogłosił „koniec lewackiej dyktatury w sztuce”. Jednak nie ten policzek wymierzony środowiskom artystycznym godny jest zdziwienia. Godna zdziwienia ( a może już nawet nie?) jest treść i ton reakcji na to ze strony dotychczasowej dyrektorki CSW Małgorzaty Ludwisiak. Dała przykład charakterystycznej mowy nijakiej, pseudobezstronności, niezdolności do huknięcia pięścią w stół i nazwania rzeczy po imieniu. Taką to nijakością, bezbarwnością ideową i oportunizmem elity liberalne oddawały krok po kroku pole społeczne radykalnej, bezwzględnej katoprawicy i klerofaszystom. Podlizywały się jak Stomil i Wuj Eugeniusz Edkowi z mrożkowego „Tanga”, ale on i tak wziął ich za mordę.

Prawolstwo wrzeszczy pod niebiosa z powodu „wojny wytoczonej żołnierzom wyklętym”. Gruba przesada, ale niech się lepiej zastanowią, czy nie oznacza to początku końca biernego społecznego przyzwolenia na trzydziestoletnie zawłaszczanie przestrzeni publicznej tworami „symboliki” bliskiej skrajnym nacjonalistom. Czy ludzie już po prostu nie zaczynają mieć tego dość, po uszy? Podobnie z napadami na księży czy niedawną próbą podpalenia kościoła w Poznaniu. Stanowczo ni e pochwalam takich aktów, ale może ktoś zastanowi się skąd się ta fala wzięła? Czy nie z odreagowywania wieloletniego upokorzenia wynikającego z butnego panoszenia się kleru w sferze życia publicznego? Czy to nie brutalna odpowiedź na kleszą pychę i chciwość? Już fizyka uczy że siła reakcji na bodziec odpowiada sile bodźca. W telewizyjnej pisowskiej Jedynce pokazali 11 listopada film o rotmistrzu Pileckim. Wprost trudno uwierzyć, że można wyprodukować taki piramidalny, tandetny, nieudolny pod każdym względem, paździerzowy, łzawy kicz pseudopatriotyczny.

Bigos tygodniowy

13 października Warszawie Budapesztu nie było, za to Warszawa zawitała do Budapesztu i władza Orbána została w stolicy Węgier ograniczona, co może być dobrą wróżba na przyszłość. Co do wyniku wyborów w Polsce, to Przewodniczący Mało generalnie je wygrał, ale: 1. utracił (przynajmniej na jakiś czas) Senat, 2. jak na kolosalny wysiłek i potężne transfery socjalne, uzyskanie identycznej jak w 2015 roku liczby mandatów, bez premii, to sukces dość problematyczny, a właściwie porażka, bo przecież PiS nie obiecywało i nie rozdawało po to, żeby nie dostać za to nagrody, 3. do parlamentu weszła Lewica, co bardzo rozjaśni i uzdrowi pejzaż polityczny, 4. wzmocnienie koalicjantów PiS, w tym Ziobra, może skutkować wewnętrzną wojną o wpływy w szeregach Zjednoczonej Prawicy, 5. w liczbie głosów wyborczych opozycja antypisowska ma przewagę nad wyborcami obozu Przewodniczącego Mało i tylko ordynacja d’Hondta niweluje tę liczbową przewagę ludu niepisowskiego nad ludem pisowskim, 6. krzyż pański będzie miał PiS nie tylko z Lewicą, ale także z „konfederatami” Korwina i Brauna. W sytuacji zwłaszcza utraty Senatu, przebieg dokończania przerwanego przed wyborami posiedzenia Sejmu może być prawdziwą jatką, bo Przewodniczący Mało na pewne przygotował jakieś awanturnicze ruchy i łamanie prawa już całkowicie „na wydrę”.

 

Z drobniejszych spraw: nie zobaczymy już w Sejmie pisowskich harcowników do zadań specjalnych: Piotrowicza, Krynickiej i Sobeckiej. Nawet lud pisowski ich nie zdzierżył. Z tego przynajmniej jakiś zysk estetyczny.

 

„Państwo mafijne PiS”, takiego sformułowania można używać po niedawnym wyroku Sądu Najwyższego.

 

Literacki Nobel dla Olgi Tokarczuk potwierdza obraz ludności polskiej jako półanalfabetycznej: umie pisać, ale nie czyta. Bo oto najsławniejszą i najbardziej prestiżową nagrodę literacką otrzymała przedstawicielka najmniej czytającego narodu europejskiego, kraju w którym czytelnictwo jest w zapaści. Co do reakcji władzy, to najwyżsi oficjele złożyli noblistce obłudne gratulacje, sugerując, że ten Nobel, to także sukces „dobrej zmiany”. Och, jaka szkoda, że Nobla nie dostali ani prozaik Wildstein Bronisław ani literat-żulnalista Ziemkiewicz Rafał. W tej sytuacji oficjele (Duda, Morawiecki, Gliński) zadziałali według zasady: „Jak się nie ma co się lubi…”. Niezależnie od tego, wielu pisowskich propagandystów w mediach nie powstrzymało się od okazania zwyczajowej nienawiści tej przebrzydłej lewaczce.

 

Traf sprawił, że wydarzenie to zbiegło się z wcześniejszym o dzień przemówieniem Przewodniczącego Mało, który zadeklarował, że będzie piętnował niechętne PiS-owi elity.

 

Szyszko Jan, były – pożal się boże – minister środowiska odszedł do Domu Ojca. Przyroda na chwilę odetchnęła. Niektórzy, bliscy New Age twierdzą, że zdarza się, iż przyroda odpłaca swoim prześladowcom pięknym za nadobne. Jednak Szyszko pozostał na liście wyborczej i można było zagłosować na trupa. Absurd sięga „Martwych dusz” Mikołaja Gogola. Sok z buraka by się uśmiał.

 

Ćwierćinteligent z tytułem profesora w randze – pożal się boże – ministra kultury, nadal blokuje nominację zwycięzcy konkursu i dotychczasowego dyrektora Muzeum Żydów Polskich Polin w Warszawie, profesora Dariusza Stoli.

 

Przewodniczący Mało zapowiedział wojnę ze „starymi elitami”. Obarczył je za wszystkie nieszczęścia Polski. Uczeni, artyści, prawnicy, dziennikarze, rozmaicie inteligenci i tym podobne gady – strzeżcie się.

 

Z bębna losu, który wyłania sędziów do prowadzenia spraw konsekwentnie wyskakuje w jednym przypadku ten sam sędzia. Chodzi o sprawy sądowe Pawłowicz Krystyny, pierwszej chamicy odchodzącego Sejmu. Na dokładkę tak się przypadkowo składa, że temu sędziemu jawnie sprzyja neo-KRS, w której zasiada rzeczona osoba.

 

Kolejny przypadek zasądzenia odszkodowania od Kościoła odszkodowania dla ofiary księżego molestowania. W pierwszym przypadku funkcjonariusza tzw. Towarzystwa Chrystusowego gwałcicielem była bestia-hetero w sutannie hetero (na dziewczynce). W drugim przypadku – bestia-homo w sutannie (na chłopcu).

 

Wyłażą kolejne brudy spod krakowskiego domu schadzek Banasia. Wyszły na jaw informacje, że na rzeczony proceder poszły także pieniądze z Unii Europejskiej.

 

Ksiądz Stanisław Małkowski, jedna ze szczególnie odrażających postaci nurtu klerofaszystowskiego oświadczył coś w tym rodzaju, że może sobie jakiś tam prymas Polak mówić i robić co chce, a my będziemy robić swoje. To kolejny pomruk wewnętrznego Kościoła kat., jego najbardziej reakcyjnego, czarnosecinnego segmentu. Prędzej czy później objawi się on z otwartą przyłbicą i niechybnie dojdzie w Polsce pewnego dnia do rozłamu, schizmy na dwa kościoły kat. – jeden „postępowy”, a drugi „zachowawczy”. Małkowskiemu nie spodobał się ogłoszony przez Polaka pomysł funduszu dla ofiar klerykalnej pedofilii, a także zdystansowanie się przez tegoż Polaka od zadeklarowania przez Przewodniczącego Mało, że poza Kościołem kat. jest w Polsce tylko „nihilizm”.

 

Generalnie zaryzykuję wróżbę na – odległą co prawda – przyszłość. Wynik wyborów jest pierwszą zapowiedzią zmierzchu potęgi PiS. To na razie oczywiście bardzo wstępna faza tego procesu, ale jak uczył Hegel, „sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu”.

Rocznica po pisowsku

Żeby wszyscy rządzący mogli się pokazać w TVP, obchody 80. rocznicy 1 września 1939 roku rozbito na 3 uroczystości.

W tej o świcie, na Westerplatte oprócz premiera uczestniczyli wicepremier Piotr Gliński i szef MON Mariusz Błaszczak. Obecna była delegacja z Komisji Europejskiej z jej wiceprzewodniczącym Fransem Timmermansem.
Timmermans oprócz penegiryku ku czci polskich żołnierzy przywołał Czesława Miłosza, który „pokazał, że można być dumnym ze swojej tożsamości, a jednocześnie być ciekawym innych”.
Premier Morawiecki stwierdził, że „Westerplatte to polskie Pearl Harbor„.
– Chociaż powinno się mówić, że Pearl Harbor to było takie polskie Westerplatte – powiedział.
Uroczystość ograł politycznie minister kultury Piotr Gliński.
– To miejsce będzie łączyło. Nawet tych, którzy przez wiele lat zaniedbywali swój obowiązek opieki nad tym miejscem – stwierdził przed wmurowaniem kamienia węgielnego pod Muzeum Westerplatte.
W tym samym czasie, z udziałem prezydentów Polski Andrzeja Dudy i Niemiec Franka-Waltera Steinmeiera odbywała się ceremonia w Wieluniu.
– Chylę czoła przed ofiarami niemieckiej tyranii i proszę o przebaczenie – powiedział Frank-Walter Steinmeier po polsku.
W południe w Warszawie na pl. Piłsudskiego odbyła się główna gala obchodów. Byli na niej wiceprezydent USA Mike Pence, prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier, kanclerz Niemiec Angela Merkel, premier Francji Édouard Philippe, a także przywódcy i przedstawiciele wielu europejskich państw.
– Nigdy więcej Niemcy nie mogą wzywać „Niemcy, Niemcy ponad wszystko”. Nigdy więcej żaden naród nie powinien stawiać się powyżej innych narodów – rzekłł prezydent Niemiec.
– Gruzja w 2008 r., Ukraina w 2014 r. Do dziś okupacja, jeńcy, prowokacje. Musimy być zdecydowani – powiedział przy okazji okrągłej rocznicy wybuchu II Wojny Światowej Andrzej Duda.
A na koniec prezydenci Polski i Niemiec oraz wiceprezydent USA uderzyli w odlany specjalnie na tę uroczystość dzwon „Pamięć i Przestroga”. Po nich to samo zrobili pozostali zaproszeni goście.

Ośmiornica z Kremlem w tle

Agentura rządzi?

Jeśliby to, co jest treścią tej książki, choć w połowie było prawdą materialną, to nieuchronnie trzeba by wyciągnąć wniosek, że Polska jest rządzona przez dobrze zakamuflowaną, rozgałęzioną agenturę rosyjską, wywodzącą się po części jeszcze z czasów radzieckich. Wołałbym jednak narazić się autorowi na niesprawiedliwą ocenę niż z góry, bezkrytycznie zadeklarować bezwarunkową wiarę w prawdziwość tego, co napisał. Żeby było jasne: mam zaufanie do Autora, ale nie mogę nie zachować odruchowego dystansu do treści jego książki. Dystansu opartego na dobrej woli i życzliwego. Dystansu wynikającego ze względów natury epistemologicznej, poznawczej. Może dlatego, że jako obywatel polski chciałbym, aby to co napisał, nie miało pokrycia w faktach, choć obawiam się, że niestety, choć w części – ma.
Wbrew być może pierwszemu skojarzeniu, „Morawiecki i jego tajemnice” Tomasza Piątka nie dotyczą tylko afery majątkowej związanej z obecnym premierem, czy afery GetBack, w którą zamieszany jest jego ojciec, Kornel Morawiecki. Tych kwestii książka dotyczy w relatywnie niewielkim fragmencie. Jest to natomiast udokumentowana bogatą warstwą faktograficzną opowieść o genezie obecnych rządów, które w ujęciu głośnego autora mają swoje źródło w pewnych wydarzeniach i personaliach, które swój początek wywodzą z tzw. „Solidarności Walczącej”, organizacji założonej przez Kornela Morawieckiego w 1981 roku. W narracji Piątka pojawiają się liczne nazwiska znane z pierwszych stron gazet i czołówek materiałów telewizyjnych oraz internetowych, ale także postacie szerzej nieznane i pozostające w cieniu. Poza samym Morawieckim-seniorem, u podstaw całej tej ponurej historii pojawia się choćby zagadkowa, mroczna postać niejakiego Wojciecha Myśleckiego, czołowego działacza „SW”, ale przede wszystkim jej „mózgu”, „wizjonera, „stratega”, człowieka o tajemniczych i niepokojących powiązaniach oraz poglądach. To Myślecki, jeden mentorów Mateusza Morawieckiego, już w 1981 roku, czyli w czasach, gdy miliony Polaków marzyły o Polsce osadzonej w cywilizacji zachodniej, nie krył się z poglądami wobec Zachodu sceptycznymi, a jednocześnie umiarkowanie życzliwymi dla – ówczesnego – ZSRR, pojmowanego oczywiście perspektywicznie jako niekomunistyczna Rosja. W książce tej pojawia się co najmniej kilkanaście nazwisk osób, o korzeniach czy działaniach w taki czy inny sposób związanych z ZSRR, z instytucjami obecnej Rosji i „wschodem” rozumianym jako obszar usytuowany za wschodnimi granicami Polski lub związanych z osobami o takich powiązaniach. Oto niektóre z tych nazwisk: Teresa Czerwińska (właśc. Tatiana Tumanowskis), urodzona w ZSRR była minister finansów ( T. Piątek: „Ministrem finansów Morawiecki czyni osobę urodzoną i wychowaną w Związku Sowieckim, która otrzymuje dostęp do tajemnic naszych sojuszników z NATO – choć nie wiadomo, czy osoba ta została właściwie sprawdzona przez kontrwywiad”), Zbigniew Jagiełło, blisko związany z Morawieckimi prezes PKO BP, Adam Andruszkiewicz, nacjonalista, wiceminister cyfryzacji i otwarty rusofil, Igor Janke, były dziennikarz, hagiograf Mateusza Morawieckiego i Wiktora Orbana, dziś de facto biznesmen powiązany z rosyjskim, oligarchicznym biznesem bliskim Kremlowi, Ryszard Czarnecki, powszechnie znany euro deputowany też mający rosyjskie filiacje, Michał Dworczyk szef kancelarii premiera, Adam Lipiński, wiceszef PiS, Sylwester Chruszcz, skrajny nacjonalista, który wszedł do Sejmu z listy Kukiz ’15, były raper Liroy, czyli Piotr Marzec, szef Partii Zmiana Mateusz Piskorski, fanatyczny, złotousty nacjonalista Grzegorz Braun, Olga Semeniuk – warszawska radna PiS, sympatyczka Marine Le Pen, wreszcie sam Antoni Macierewicz – tej postaci przedstawiać nie trzeba Na tej liście są także takie figury, jak zamieszany w nielegalną prywatyzację w Warszawie Dymitr Hirsch („tajemniczy doradca Mateusza Morawieckiego o rosyjsko-wschodnioniemieckich korzeniach”), a nawet postać z tak odległego cienia jak młody człowiek, Michał Kuczmierowski, ten sam osławiony „harcerz”, który 10 kwietnia przyniósł przed Pałac Prezydencki przy Krakowskim Przedmieściu drewniany krzyż, który stał się zarzewiem trwającej przez kolejne miesiące burzliwej awantury politycznej. Autor książki, niczym skrupulatny pająk, snuje swoją misterną konstrukcję opisu powiązań zarówno wymienionych powyżej person, jak i wielu innych, a wszystkich wymienić nie sposób. Dotykam tylko „góry lodowej” jaką tworzy zawartość tej książki. W ostatniej części książki, zatytułowanej „Solidarność Walcząca i Biuro Studiów SB”, Piątek ukazuje podejrzaną genezę organizacji stworzonej przez Kornela Morawieckiego, genezę która nabiera nowej wymowy po głośnych prorosyjskich i prokremlowskich wypowiedziach tegoż samego Kornela Morawieckiego po latach. W pewnym momencie autor próbuje odpowiedzieć na pytanie „co było główną motywacją, która prowadziła Morawieckiego (Mateusza – przyp. KL) po tej ścieżce coraz wyżej – i coraz bliżej Moskwy”. „Czy był to czysty cynizm, jak sugerują liczne fakty – zastanawia się Piątek – (…) Czy jednak za tym cynizmem stała jakaś ideologia, jakaś wiara? A może to Kornel Morawiecki skierował syna na Wschód? (…) Założyciel „Solidarności Walczącej”, uchodzący kiedyś za radykalnego wroga Kremla, potem nagle jego sympatyk. Czy Morawiecki razem z nim zmienił front? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musielibyśmy wiedzieć, kiedy Kornel Morawiecki dokonał zwrotu w stronę Moskwy. Być może znacznie wcześniej niż przypuszczamy. Przykład Wojciecha Myśleckiego wskazuje, że antyzachodnie tendencje w otoczeniu Kornela Morawieckiego kiełkowały najpóźniej już na początku lat 90. Przybocznym Kornela była przecież postać tak dwuznaczna, jak Paweł Falicki, zarejestrowany przez SB jako TW „Barnaba”. Człowiek, który chce dzisiaj, aby Polacy trzymali pieniądze w Rosji. Podobnie jak syn Kornela Morawieckiego, Mateusz Morawiecki, który chciał, aby Polacy swe pieniądze inwestowali na Białorusi”.
„Morawiecki i jego tajemnice” to książka, która powinna być może mieć w tytule „Morawieckich”, w liczbie mnogiej. To gęsty od informacji, personaliów, pytań i hipotez, trudny nawet do prostego ogarnięcia raport z „ciemnej strony Księżyca”, a tym „Księżycem” jest polska polityka od 1980 roku. Czytelnik postronny, który nie jest specjalistą dysponującym wiedzą i instrumentami pozwalającymi na weryfikację jej treści, staje w trakcie lektury i polekturowych przemyśleń przed trzema możliwościami: odrzucić narrację autora, przyjąć ją lub zachować coś w rodzaju „symetryzmu”, mimo wszystko, mimo tego, że fakty przytaczane przez Piątka i tezy czy supozycje przez niego formułowane brzmią – przy wszystkich wątpliwościach czy zastrzeżeniach, jakie mogą się pojawić – wiarygodnie. Aczkolwiek sam nie mam innego wyjścia, jak powtórzyć za Gombrowiczem: „Nie jestem ja aż tak szalony, abym co mniemał albo i nie mniemał”. A wątków w książce jest znacznie więcej niż tu przywołałem: pojawia się także i NRD-owska „STASI”, i podejrzane tło kultu „Żołnierzy Wyklętych” i inne, liczne szczegółowe wątki. Pojawiają się też postacie szemranych biznesmenów, Tomasza Misiaka czy osławionego Marka Falenty, który być może jest ostatnim, w sensie kolejności, sekwencji zdarzeń, ogniwem tej tajemniczej historii. Wieńczy książkę pięciostronicowe „Podsumowanie. Ojciec, syn i tajemnice”. To sformułowane w postaci 48 punktów resumé zawartości „Morawieckiego i jego tajemnic”, prawdziwe, cenne wspomożenie ze strony autora adresowane do czytelnika, któremu „głowa puchnie” od tego, co przeczytał. Godne odnotowania są także obfite przypisy odsyłające zainteresowanych czytelników do części źródeł wiedzy autora. Podoba mi się też „gadżetowy” koncept polegający na opatrzeniu każdego rozdziału pastiszowym nawiązaniem do konwencji „streszczeń” rozdziałów, znanej czytelnikom z powieści przygodowych m.in. Juliusza Verne czy Edmunda Niziurskiego. Czytajcie tę fascynującą książkę i mimo wszystko próbujcie wyrobić sobie zdanie na jej temat. Na koniec, na puentę, nie odmówię sobie zacytowania postaci – dalece nie z mojej bajki – kardynała Henryka Gulbinowicza, metropolity wrocławskiego. W rozmowie z Władysławem Frasyniukiem miał on powiedzieć: „Nie chcę mieć nic wspólnego z Solidarnością Walczącą. To projekt absolutnie sowiecki. Niech mi pan wierzy, ja pochodzę ze Wschodu. Wiem jak Sowieci działają”. Oceńcie to wszystko co zebrał i opisał Tomasz Piątek, jak chcecie, jak wam dyktuje wiedza, intuicja, czy nawet wiara, ale przeczytajcie jego
fascynującą książkę.

Tomasz Piątek- „Morawiecki i jego tajemnice”, Wydawnictwo Arbitror, Warszawa 2019, str.359, ISBN 978-83-66095-12-0

Śmierć Pinokia

Nie mam specjalnego przekonania co do wiarygodności przekazu premiera Morawickiego.

Nie pamiętam, czy zaczęło się to wtedy, gdy kładł kwiaty na grobach niesławnej pamięci żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej i okraszał to jakimiś kocopołami, które prawdę omijały szerokim łukiem czy wtedy, gdy robił z siebie bohatera walki z komuną, które to bajki mógł zdemaskować każdy, kto opanował sztukę liczenia do 500. Nieważne. Najistotniejszy jest fakt, że najważniejszy urzędnik rządowy oszczędnie gospodaruje prawdą i przychodzi mu to z zastanawiają łatwością.
Przypomniało mi się to wszystko, kiedy dziś usłyszałem, jak Mateusz Morawiecki bez zmrużenia oka mówi, że pragnieniem rządu jest, by polskie rodziny rozwijały się „niezależnie od ich przekonań i światopoglądów”. Doprawdy, imponuje, gdy tak ważny człowiek bez cienia zażenowania mówi całemu społeczeństwu rzeczy, których fałsz widać okiem gołym i nieuzbrojonym. Codziennie. Powiedział też: „nie chcemy Polski wyludnionej, smutnej, biednej, niemogącej związać końca z końcem, [żyjącej] od pierwszego do pierwszego”. Też przecież to bajki.
Codzienna lektura mediów w Polsce dostarcza argumentów, że co jak co, ale akurat światopogląd i przekonania każdego obywatela lub, co gorsza, jakiejś ich grupy ma dla obecnej władzy fundamentalne znaczenie. Od tego, czy ktoś śmie mieć własne zdanie, na dodatek biegunowo odmienne od zdania oficjalnie forsowanego przez pisowskie kadry, zależy jakość życia jego i jego rodziny właśnie. Tej samej rodziny, na której dobro powołują się przy lada okazji lub zgoła bez niej pisowscy politycy. Czy trzeba przykładów, co się dzieje z ludźmi, którzy uważają, że Konstytucja RP została złamana, a demokracja jest zagrożona? Co z ich rodzinami, kiedy tracą pracę, są zsyłani do oddalonych o setki kilometrów od ich domów? Co z rodzinami ludzi, którzy mają czelność protestować w obronie swoich praw pracowniczych? Co z rodzinami tych, którzy w różnej formie przeciwstawiają się obecnej władzy? Pisowskie media nie zaniedbają żadnej okazji, by prześwietlić ich przeszłość, powiązania towarzyskie i rodzinne, oskarżyć o wszystkie zbrodnie popełnione w przeszłości i skazać na śmierć cywilną.
Poglądy w dzisiejszej Polsce są głównym kryterium oceny przydatności człowieka dla potrzeb tego państwa, które buduje mozolnie Kaczyński i jego pomagierzy. Czy naprawdę trzeba przypominać groźby Kaczyńskiego, że Kościół katolicki w Polsce jest pod specjalna ochroną jego państwa? Czy trzeba powoływać się na przykłady haniebnej bierności organów państwa wobec podejrzenia popełnienia przestępstw przez funkcjonariuszy kościelnych?
Wreszcie, na sam koniec, przypomnijmy antykomunistyczną histerię, popieraną przez oficjalne organy państwa i zmiany w prawie, umożliwiające nie tylko ściganie każdej lewicowej myśli, ale też zakłamanie historii na skalę, której nie przewidział Orwell.
Naprawdę mam uwierzyć w to, że rząd Morawieckiego i on sam nie chcą Polski wyludnionej, smutnej i biednej, skoro robią wszystko, by zagrożeni czuli się wszyscy, których myślenie odbiega od obowiązującego wzorca? To nie sprzyja wesołości, zapewniam.
Doprawdy, czas darować sobie porównywanie pana premiera z Pinokiem i jego wydłużającym się przy każdym kłamstwie nosem. Drewniana kukiełka już dawno umarła ze wstydu.