Rząd wprowadza zakaz przemieszczania się

Jeszcze surowsze środki zaradcze ogłosił 24 marca rząd Mateusza Morawieckiego w walce z koronawirusem. Od 25 marca Polacy mają wychodzić z domów tylko do pracy i po zakupy. Zgromadzenia zostały zakazane całkowicie, ale matury i wybory prezydenckie odbędą się według planu.

Jeszcze surowsza izolacja ma zapobiec dalszemu rozprzestrzenianiu się koronawirusa. Na konferencji prasowej ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego i premiera Mateusza Morawieckiego poinformowano, iż liczba zachorowań w Polsce zbliża się do 800. Ratunkiem ma być pozostawanie w domach. Od 25 marca Polakom wolno tylko chodzić do pracy i z niej wracać, robić zakupy żywnościowe i spotykać się z członkami najbliższej rodziny. Innych spotkań zakazano.

Puste autobusy

Legalne pozostanie chodzenie do lekarza, chociaż służba zdrowia i tak jest obecnie maksymalnie podporządkowania koronawirusowi. Niezwiązane z epidemią zabiegi są przekładane. Komunikacja miejska nie zostanie zawieszona (po takie rozwiązanie sięgnęła Ukraina), ale pasażerowie będą mogli wykorzystać jedynie połowę normalnie dostępnych miejsc.
Spacery z psem i dla zachowania zdrowia? Tak, ale tylko w najbliższym otoczeniu. Minister Szumowski zastrzegł, że nie wyobraża sobie, by Polacy jeździli na bulwary lub chodzili z dziećmi na plac zabaw. Obostrzenia dotkną nawet kościoły. We mszy na żywo będzie mogło brać udział maksymalnie pięć osób.

Wybory według planu

Nie ma natomiast mowy o przełożeniu wyborów prezydenckich. Mateusz Morawiecki stwierdził, że nie widzi przesłanek do odłożenia głosowania. W ostatnich dniach o takie rozwiązanie apelowali m.in. eksperci Instytutu Batorego, wskazując, że podobne decyzje podjęto już za granicą – Francja zrezygnowała z II tury wyborów samorządowych zaplanowanej na 22 marca, przełożono też trzy stanowe prawybory prezydenckie w amerykańskiej Partii Demokratycznej. – Problemem będzie przygotowanie i zabezpieczenie epidemiologiczne członków obwodowych komisji wyborczych oraz ponad 27 tysięcy lokali wyborczych. Czy w sytuacji wzmożonego zapotrzebowania na środki ochrony osobistej, takie jak maseczki, rękawiczki i płyny dezynfekujące, państwo polskie w obecnej sytuacji jest w stanie zaopatrzyć wszystkie komisje w niezbędne ilości tych produktów, zapewniających odpowiedni poziom bezpieczeństwa ludzi tam pracujących? – komentuje prof. Bartłomiej Michalak z Instytutu Batorego.
W sprawie maseczek, rękawiczek i środków do dezynfekcji coraz więcej alarmujących sygnałów płynie tymczasem ze szpitali. Placówki medyczne w całym kraju apelują o pomoc, wsparcie materialne. Takie są skutki wieloletniego oszczędzania na służbie zdrowia. W tym kontekście słowa Łukasza Szumowskiego o trzech tysiącach wykonywanych testów na dobę mogą być tylko częściowym pocieszeniem.

Co ze szkołą?

Według harmonogramu mają odbyć się również majowe egzaminy maturalne. Tymczasem nauczyciele i dyrektorzy szkół od kilku dni głowili się nad tym, jak organizować nauczanie na odległość – od 25 marca uczniowie mają, zgodnie z decyzją ministra edukacji narodowej Dariusza Piontkowskiego, przyswajać nowy materiał w systemie e-learningu. Przynajmniej w teorii, bo ministerstwo ani nie odpowiada na pytania, jak uczyć dzieci bez stałego dostępu do komputerów, ani jak pracować z uczniami ze specjalnymi potrzebami.

Czy zamkną magazyny Amazona?

Posłowie Lewicy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk i Adrian Zandberg wstawili się w ostatnich dniach za pracownikami Amazon Fulfillment. Polskie magazyny sprzedażowego giganta nie przerwały pracy ani nie zmieniły zasad funkcjonowania przez cały okres epidemii. Pracownicy nadal są dowożeni autobusami do pracy, tłoczą się w firmowych kantynach i szatniach. Niedawno pojawiła się informacja, że jednym z zakażonych jest pracownik magazynu Amazon w Łodzi. Mimo to magazyn pracuje dalej.
Wszyscy Polacy mają natomiast zacząć normalnie pracować po świętach wielkanocnych. Przynajmniej taką nadzieję wyraził dziś premier.

Kubacki i Stoch zakpili z premiera

Po udanym występie w Zakopanem kadra naszych skoczków narciarskich wyruszyła na zagraniczne wojaże. Do Sapporo na kolejne zawody Pucharu Świata pod wodzą trenera Michala Doleżala jadą Dawid Kubacki, Kamil Stoch, Piotr Żyła, Klemens Murańka, Aleksander Zniszczoł i Andrzej Stękała. Natomiast Maciej Kot i Stefan Hula w tym czasie wystartują w konkursach Pucharu Kontynentalnego w Planicy, a Jakub Wolny będzie trenował w kraju.

Po nieudanym dla biało-czerwonych sobotnim konkursie drużynowym na Wielkiej Krokwi, w niedzielę trójka naszych najlepszych obecnie skoczków sprawiła kibicom wielka frajdę w konkursie indywidualny. Po pierwszej serii na czele stawki znajdował się Dawid Kubacki (140 m), a Kamil Stoch (137,5 m) był trzeci. W drugiej próbie trzykrotny mistrz olimpijski oddał jednak fantastyczny skok na odległość 140 metrów i awansował na pierwsze miejsce, natomiast Kubacki tym razem wylądował na 133. metrze i zjechał w klasyfikacji na trzecie miejsce. Naszych skoczków przedzielił Austriak Stefan Kraft, a w czołowej dziesiątce konkursu znalazł się jeszcze Piotr Żyła.
Po tym sukcesie na twarze reprezentantów Polski wrócił uśmiech, a w ich zachowaniu luz i swoboda. Przestali na chwilę bajdurzyć oklepane frazesy o „dwóch różnych skokach” i dali się ponieść fantazji. Zwłaszcza Stoch, który na kolejne zwycięstwo w Pucharze Świata czekał od zawodów w Engelbergu ponad miesiąc, w ostatnich ośmiu konkursach przed Zakopanem wyraźnie ustępował wynikami Kubackiemu (on zajmował miejsca 19., 19., 15., 13., 4., 4., 8., 24., natomiast Kubacki odpowiednio 3., 3., 2., 1., 3., 3., 1., 1.), ale swoje trzy grosze dołożył też Kubacki. Na konferencji obaj nasi skoczkowie świetnie się bawili przygadując sobie nawzajem (Kubacki: „Kamilowi się dzisiaj udało mnie pokonać, miała farta”, Stoch: „Przyznam szczerze, pokonałem Dawida dopiero jak już przestałem wierzyć, że uda mi się to zrobić). Ale prawdziwe show obaj dali po kolejnym pytaniu, jakie zadali Kubackiemu dziennikarze ciekawi na co zamierza wydać 100 tysięcy złotych przyznanych mu w formie nagrody specjalnej przez premiera Mateusza Morawieckiego za zwycięstwo w Turnieju Czterech skoczni. Tak przy okazji – premier wyskoczył z tym jak Filip z konopi i jeśli chciał osiągnąć tym nader hojnym gestem jakiś korzystny dla siebie efekt propagandowy, to się pomylił w rachubach. Dla porównania – sto tysiące złotych to niemal roczne stypendium olimpijczyka z grupy A, albo 2,5-krotność rocznego dofinansowania dla najzdolniejszych sportowców z puli ministerstwa sportu (jeszcze za kadencji ministra Witolda Bańki wynosiło ono 40 tys. złotych).
Kubacki, który i bez dosypanych mu przez premiera pieniędzy jest najlepiej zarabiającym polskim skoczkiem w tym sezonie (zarobił do tej pory tylko z oficjalnych premii około 400 tys. złotych), najwyraźniej był trochę zaskoczony tym niespodziewanym prezentem, a ponieważ sprawa była świeża, nikt z działaczy PZN nie zdążył go poinstruować, co ma mówić mediom w tej sprawie. Tak więc zapytany o to przez dziennikarzy, odpowiedział tak: „Węgla se kupię i będę palił cały rok. Będę miał 60 stopni w lato i nie będę musiał jechać na wakacje”. Chwilę później temat podchwycił Stoch, bo zapytany przez otępiałych już od ciągłego chwalenia skoczków żurnalistów, co by wziął od Kubackiego, wypalił zanim zdążyli wyłuszczyć do końca o co im chodzi: „To ja bym chciał te sto tysięcy od Dawida”. A potem, nie bardzo wiadomo czy na żarty, czy na serio, dorzucił jeszcze z lekką ironią: „Szkoda, że takich premii nie rozdawano za zwycięstwa w innych turniejach”. Prezes PZN Apoloniusz Tajner pewnie z tych trochę kpiących wypowiedzi obu gwiazdorów nie był zadowolony, bo z pewnością nie pomogą mu w kwerendzie po dodatkowe pieniądze z państwowego budżetu.
Zdyscyplinować jednak Kubackiego i Stocha nie bardzo jest w stanie, bo dzisiaj pomyślność polskich skoków narciarskich zależy od tych dwóch zawodników. No i jeszcze trochę od Piotra Żyły. Reszta naszych skoczków to obecnie druga liga, czego dowodem jest wymiana połowy składu kadry na najbliższe zawody Pucharu Świata w Sapporo. Trener Doleżal wziął z kadry B Klemensa Murańkę, Aleksandra Zniszczoła i Andrzeja Stękałę, zaś Macieja Kota i Stefana Hulę posłał na konkursy Pucharu Kontynentalnego do Planicy (ponadto pojadą tam Adam Niżnik, Paweł Wąsek, Tomasz Pilch i Kacper Juroszek, a z nimi, co ciekawe, pojedzie też Adam Małysz), zaś Jakuba Wolnego zostawił w kraju, żeby porządnie potrenował i odzyskał formę z poprzedniego sezonu.
Zniszczoł i Stękała skakali w Zakopanem. Pierwszy zajął 35. miejsce, a drugi nie przeszedł kwalifikacji. Zachwycił za to Murańka, który w tym czasie startował w zawodach Pucharu Kontynentalnego właśnie w Sapporo i w niedzielę nawet na skoczni Okurayama pewnie zwyciężył. Ciekawe czy w Pucharze Świata potwierdzi zwyżkę formy…

Po co komu PPK?

Od kilku miesięcy, bez szerszej dyskusji rząd Mateusza Morawieckiego wprowadza tzw. Pracownicze Plany Kapitałowe. Z korzyścią dla Polaków? Niestety, tu można mieć zasadnicze wątpliwości.

Parlamentarna większość na czele z Prawem i Sprawiedliwością krytycznie oceniła projekt Lewicy, aby podnieść minimalną emeryturę do 1600 zł brutto, znieść limit trzydziestokrotności przy płaceniu składek emerytalnych i wprowadzić maksymalną emeryturę wysokości sześciokrotności minimalnego wynagrodzenia. W zamian emeryci dostaną jednorazową „trzynastkę” tuż przed wyborami. Niezależnie jednak od tego, które rozwiązanie jest lepsze, równolegle rząd wdraża dość daleko idącą zmianę całego systemu emerytalnego, która pokazuje, jaki jest kierunek działania PiS-owskiej władzy.

Znowu prywatne fundusze

Oto bowiem od kilku miesięcy, bez szerszej dyskusji rząd Mateusza Morawieckiego wprowadza tzw. Pracownicze Plany Kapitałowe. W swoich założeniach jest to powszechny, dobrowolny, a przede wszystkim w pełni prywatny filar systemu emerytalnego. Rozwija się on poprzez wprowadzenie dodatkowych składek emerytalnych po stronie pracowników i pracodawców. Pracownik ma płacić co najmniej 2 proc.wynagrodzenia netto, a kolejne 1,5 proc.ma dopłacać pracodawca z możliwością zwiększenia wpłat do 4 proc.tak od pracownika, jak i pracodawcy. Dodatkowe środki ma dopłacać państwo: 250 zł opłaty powitalnej oraz co roku 240 zł. Rząd argumentuje, że podstawowym celem PPK będzie zwiększenie stopy oszczędności Polaków oraz zapewnienie dodatkowego zabezpieczenia finansowego po osiągnięciu przez nich wieku emerytalnego lub nabyciu uprawnień emerytalnych.

Niestety w praktyce nie wygląda to tak wesoło. PPK mają obsługiwać towarzystwa funduszy inwestycyjnych, czyli w pełni komercyjne instytucje, mające daleko idącą swobodę działalności i narażone na wahania wartości w zależności od koniunktury gospodarczej. W sytuacji kryzysu fundusze mogą zbankrutować i państwo nie ma wpływu na ich kondycję.

Zły ZUS, wspaniały rynek

W takiej sytuacji okazałoby się, że gdy ludzie zostaną pozbawieni dużej części emerytur, państwo będzie jedynym podmiotem, które będzie w stanie im pomóc. Do tego czasu będziemy słyszeć o podłym ZUS-ie i niezwykle potrzebnym i dobrze funkcjonującym filarze komercyjnym systemu emerytalnego.

Sam sposób wdrażania PPK może budzić poważne wątpliwości. Oto bowiem przynależność do PPK nie jest obowiązkowa, ale domyślna, a więc jeżeli ktoś nie chce się zapisywać do PPK, to musi złożyć stosowną deklarację. Jeżeli nie robi nic, to jest wpisany w system. Na dodatek w deklaracji rezygnacji z PPK czytamy o zaletach programu i negatywnych skutkach wypisania się z niego, co też budzi poważne wątpliwości i rodzi podejrzenie o powiązanie rządu z prywatnymi podmiotami. Trudno taki tryb uznać za właściwy. Państwo powinno informować o plusach i minusach komercyjnych programów, a nie zachęcać ludzi do korzystania z nich.

Dlaczego państwo to robi?

Można też mieć wątpliwości co do państwowego wsparcia dla firm obsługujących PPK. Czy nie jest to niedozwolona pomoc dla sektora prywatnego? Trudno zrozumieć, dlaczego państwo ma dofinansować prywatne fundusze, nie mając wpływu na podejmowane przez nie decyzje. W przypadku bankructwa firmy zarządzającej PPK stracą nie tylko bezpośrednio zainteresowani, ale też zostaną zmarnotrawione środki budżetowe.

Pod tym względem znacznie lepszym rozwiązaniem byłoby po prostu podniesienie składek na ZUS. Kontrolę nad ZUS-em bezpośrednio sprawuje państwo. Kontrolę nad prywatnymi funduszami sprawują wyłącznie ich właściciele, którzy nie muszą się liczyć z wolą i oczekiwaniami społeczeństwa.

A czego społeczeństwo oczekuje? Pomimo nachalnej propagandy na rzecz Pracowniczych Planów Kapitałowych, poziom partycypacji w systemie jest relatywnie niski. Jeszcze pod koniec sierpnia 2018 r., składając do Sejmu projekt ustawy o pracowniczych planach kapitałowych, pomysłodawcy szacowali poziom partycypacji na 75 proc. Póki co, okazuje się, że te szacunki były kompletnie nierealistyczne. Jego pierwszy etap skierowany do największych firm, czyli takich, które zatrudniają co najmniej 250 osób, formalnie się zakończył i przystąpiło do niego tylko ok. 40 proc.uprawnionych.

Pracownicy tego nie chcą

Zarazem Polacy krytycznie oceniają wdrożenie PPK. Z przeprowadzonego kilka miesięcy temu badania wynikało, że aż 65 proc.Polaków nie wie, jaką decyzję podejmie w sprawie partycypacji w Pracowniczych Planach Kapitałowych. Co czwarty uważał, że PPK ma więcej zalet niż wad, a jedynie co piąty popierał program. Te dane pokazują klęskę polityki informacyjnej rządu – wdrażany jest program, o którym większość obywateli nie ma wiedzy, a wśród osób mających wyrobioną opinię, przeważa krytycyzm.

Mimo to premier jest zdeterminowany. W swoim sejmowym expose ogłosił, że ochronę PPK trzeba wpisać do Konstytucji. Skąd taka determinacja we wdrażaniu niepopularnego rozwiązania i jaki jest rzeczywisty cel ustawy? Odpowiedź być może poznamy, śledząc powiązania partii rządzącej z firmami obsługującymi PPK i skład ich rad nadzorczych.

Premier w roli ministra sportu

Mateusz Morawiecki w nowym rządzie PiS przejął na chwilę także tekę ministra sportu, bo rządząca koalicja nie potrafiła szybko znaleźć następy dla Witolda Bańki, który wolał pracę szefa Światowej Agencji Antydopingowej (WADA). Premier zdążył tylko zmienić prezesa Stadionu Narodowego w Warszawie.

W miniony poniedziałek Alicja Omięcka, pełniąca funkcję prezesa zarządu spółki PL.2012+, czyli operatora stadionu PGE Narodowy, została zdymisjonowana, a dzień później premier – minister sportu powołał na jej miejsce Włodzimierza Dolę. Głównym zadaniem nowego szefa największego piłkarskiego stadionu w Polsce ma być rozwiązanie powtarzającego się w każdym meczu problemu z nawierzchnią boiska, bo ponoć to premier Morawiecki obiecał piłkarzom reprezentacji Polski. Z medialnych przecieków wynika, że inicjatywa zmiany we władzach spółki zarządzającej Stadionem Narodowym wyszła z kancelarii premiera, a polecenie wykonał szef KPRM Michał Dworczyk.

Wygląda jednak na to, że premier Morawiecki nie ma ochoty na dalsze sterowanie resortem sportu, bo po wielu personalnych przymiarkach w końcu publicznie poinformował, kto ostatecznie zastąpi Witolda Bańkę. Nowym ministrem (lub ministrą, jak kto woli) ma być Danuta Dmowska-Andrzejuk. Morawiecki, jak Donald Trump, wieść tę ogłosił za pośrednictwem Twittera. A napisał tak: „Przedstawiam Państwu kandydatkę na urząd Ministra Sportu. Utytułowana szpadzistka, silna i zdecydowana kobieta sukcesu, błyskotliwa rozmówczyni. Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że Danuta Dmowska-Andrzejuk jak mało kto ma złote ręce do sportu. I oby tak pozostało! Cieszę się, że będziemy mogli współpracować”.
Po takim oświadczeniu sprawa chyba powinna być przesądzona.

 

Opowieści Pinokia

Znacie? Znamy! No to posłuchajcie! Premier zafundował nam powtórkę z rozrywki, tyle, że niezbyt śmieszną.

W swoim exposé Mateusz Morawiecki w dużej mierze powtórzył swoją standardową narrację o mesjańskiej roli PiS w historii III RP. Szansa („moment dziejowy”), przed jaką stanęła Polska w 1989 roku, została „tylko częściowo wykorzystana”. Co gorsza, „neoliberalizm spowodował mętlik pojęciowy i bałagan w systemie wartości” – mówił premier. I chociaż kraj się trochę rozwinął, a nawet „udało się przezwyciężyć wiele bolączek PRL”, to przy okazji „wyprzedaliśmy srebra rodowe”, utraciliśmy przemysł i uzależniliśmy się od zagranicy.
Jak mówił, realizowano u nas „model rozwoju oparty na przekonaniu, że Polska ma dostarczać taniej siły roboczej” – model, który „pasował innym, ale podcinał gałąź nam”. Jednak w 2015 roku nastąpił przełom: niepodzielną władzę zdobyło Prawo i Sprawiedliwość, „złapaliśmy w żagle wiatr historii” i „przebiliśmy rozwojowy szklany sufit”. Rząd pod przewodnictwem Morawieckiego „naprawia polskie sprawy jak nikt dotąd po 1989 roku”.
Potem premier przeszedł do kolejnego etapu: tworzenia „Polski wielkich projektów, które będą oznaczały realny skok cywilizacyjny naszego kraju”, tworzenia „potencjału, który można porównać z największymi przedwojennymi programami rozwojowymi”.

Bajeczki dla naiwnych

Przedstawiona przez Morawieckiego interpretacja historii Polski po 1989 roku mija się z faktami. Polska jest liderem wzrostu gospodarczego spośród wszystkich krajów transformacji i mimo odziedziczonej po PRL spuścizny, szybko nadrabiała zaległości rozwojowe względem najbogatszych krajów, nie natrafiając po drodze na żaden „rozwojowy szklany sufit”.
Po 2015 r. polityka gospodarcza PiS nie dała impulsu rozwojowego rzekomo pogrążonej w stagnacji Polski. Działania PiS w rzeczywistości podkopywały rynkowe fundamenty wcześniejszego wzrostu. Jednak dzięki dobrej koniunkturze w gospodarce światowej Polacy mogli się dalej cieszyć poprawą poziomu życia (która postępowała przez poprzednie 25 lat).
Zmiana stanu finansów publicznych w okresie rządów PiS to efekt przede wszystkim dobrej koniunktury. Jeśli chodzi o malejący dług publiczny, należy zaznaczyć, że w latach 2015–2019 dług publiczny w stosunku do produktu krajowego brutto zmniejszyło poza Polską 25 krajów Unii Europejskiej. Z kolei „zrównoważony budżet” na 2020 rok opiera się na dochodach jednorazowych (1 proc. PKB) i dotyczy wyłącznie budżetu państwa, który stanowi zaledwie połowę całego sektora finansów publicznych.
Po wyeliminowaniu dochodów jednorazowych i uwzględnieniu całości wydatków publicznych, deficyt wyniesie 1,2 proc. PKB (w roku, w którym połowa krajów UE będzie miała nadwyżkę). Rząd PiS do „zrównoważenia” budżetu stosuje też różne sztuczki: np. w celu sfinansowania trzynastej emerytury chce sięgnąć po pieniądze z Solidarnościowego Funduszu Wsparcia Osób Niepełnosprawnych
Pozostanie na dotychczasowym kursie obranym przez PiS w 2015 r., w końcu odbije się negatywnie na procesie doganiania Zachodu. Wielkie projekty Morawieckiego nie oznaczają wcale „realnego skoku cywilizacyjnego naszego kraju”. Takiego skoku Polska dokonała, zastępując socjalizm gospodarką rynkową. Działania PiS prowadzą do ograniczenia wolności ekonomicznej, spadku aktywności zawodowej i upolitycznienia gospodarki przez rozrost sektora państwowego. W długim okresie oznacza to zahamowanie dotychczasowej konwergencji.

Megalomania i demagogia

Morawiecki stwierdził, że rządy PiS „naprawiają polskie sprawy jak nikt dotąd po 1989 roku”. To już zakrawa na megalomanię. Pierwsze rządy po 1989 r. musiały zmierzyć się ze spuścizną ponad czterech dekad socjalizmu, której przejawami były chociażby hiperinflacja, dominacja państwowych monopoli, brak cen rynkowych. PiS natomiast swoimi działaniami (obniżającymi aktywność zawodową, ograniczającymi wolność gospodarczą i zwiększającymi rozmiar upolitycznionego sektora państwowego w gospodarce) ogranicza potencjał budowany przez poprzednie 25 lat.
W czasie rządów PiS Polska nie przebiła wcale „rozwojowego szklanego sufitu” – dlatego że wcześniej w taki „rozwojowy szklany sufit” nie uderzyła. Od 1992 r. Polska stale nadrabiała dystans do najbardziej rozwiniętych gospodarek świata, dochodząc w bieżącym roku do poziomu 62 proc. PKB per capita (według parytetu siły nabywczej) krajów grupy G7 (podobny trend wzrostowy można zaobserwować w zestawieniu z każdą rozwiniętą gospodarką lub zbiorem takich gospodarek).
W konsekwencji nieprzerwanego od niemal trzech dekad doganiania Zachodu, obecnie dochody Polaków w stosunku do dochodów mieszkańców najbogatszych krajów są najwyższe w historii – nie ma w tym jednak zasługi PiS. Ponadto nie wiadomo, czy Polsce uda się ostatecznie osiągnąć poziom rozwoju najbogatszych krajów, co wynika z tego, że powoli wyczerpują się dotychczasowe rezerwy wzrostu, a coraz większym problemem staje się struktura demograficzna polskiego społeczeństwa. Nie zważając na to, PiS podjęło wiele działań, które wpłyną negatywnie na dalszy rozwój gospodarczy (np. odwróciło reformę stopniowo podnoszącą wiek emerytalny).
Demagogiczną tezę, że w Polsce realizuje się model bazujący na „taniej sile roboczej”, słyszymy od lat. Powtarzają ją ci politycy, którzy liczą na zdobycie poparcia wśród osób nierozumiejących tego, że płace są pochodną wydajności pracy, która w zacofanej za sprawą dziesięcioleci realnego socjalizmu Polsce była po prostu niska – uważa Forum Obywatelskiego Rozwoju.
PiS nie skończyło z modelem „taniej siły roboczej”, bo takiego modelu nigdy w Polsce nie stosowano. Kiedy dzięki udanym reformom rynkowym wydajność zaczęła szybko rosnąć, wraz z nią zaczęły rosnąć płace.
Morawiecki dodał też, że ów model „pasował innym, ale podcinał gałąź pod nami, dlatego z tym skończyliśmy”, sugerując istnienie jakiegoś spisku. Nie wiadomo, kogo miał on na myśli, mówiąc o „innych”, jeśli jednak chodziło mu o inwestorów zagranicznych, to nie można się z tym zgodzić – bo jak wskazuje FOR, za sprawą konkurencji firmy płacą swoim pracownikom tyle, ile są w stanie. A dzięki kolejnym inwestycjom firmy zagraniczne były w stanie płacić polskim pracownikom coraz więcej.

Zwijanie inwestycji

Wielu ekonomistów od lat wskazuje na niską stopę inwestycji jako hamulec dla dalszego wzrostu polskiej gospodarki. W lutym 2016 roku, ogłaszając „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, Morawiecki zapowiedział: „Inwestycje mają stanowić powyżej 25 proc. PKB. Będziemy dążyć w tym kierunku”.
Jednak za rządów PiS stopa inwestycji spadła, co pokazuje, jak odstraszająco na inwestorów wpłynęły nieprzewidywalne zmiany prawa oraz atak na niezależność sądów. W 2017 r. stopa inwestycji osiągnęła najniższy poziom od 1995 r. Pomimo nieznacznego odbicia w ostatnich kwartałach wciąż jest ona o ok. 2 proc. PKB niższa niż w 2015 r. Przez cztery lata rządów PiS wzrósł za to istotnie stan należności z tytułu kredytów konsumpcyjnych – aż o 26,3 proc. (wobec wzrostu o 6,5 proc. w ostatnich czterech latach rządów PO-PSL).
Morawiecki niejednokrotnie już przedstawiał fałszywy obraz działań inwestorów zagranicznych w Polsce w latach 90. Np. podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w ubiegłym roku stwierdził, że całość dywidend wypłacanych inwestorom zagranicznym jest czerpana przez „ten kapitał z prywatyzacji”.
To nieprawda. Inwestorzy zagraniczni kupowali prywatyzowane przedsiębiorstwa, ale nie na tym skupiali swoją działalność: większość lokowanych w Polsce środków przeznaczali na tworzenie inwestycji od podstaw, rozbudowę już posiadanych zakładów czy przejęcia prywatnych firm.
Wcześniejsze rządy chętnie przyjmowały inwestycje zagraniczne, jednak nie w celu rzekomej „wyprzedaży polskich sreber rodowych”, lecz po to, by dzięki nim zwiększać produktywność polskiej gospodarki.
Ogłaszając „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, Morawiecki zapowiedział też, że wydatki na badania i rozwój wzrosną do 2 proc. PKB w 2020 r. Oprócz tego przedstawił wówczas także osiem innych kryteriów, które miałyby zostać spełnione do 2020 r.
Podczas exposé w żaden sposób nie nawiązał do celów zapowiedzianych 3,5 roku wcześniej. Pochwalił się tylko tymi wskaźnikami, które wzrosły.
Udział wydatków na badania i rozwój w PKB rośnie od lat, a w ubiegłym roku wyniósł 1,21 proc. – wciąż to jednak daleko do zapowiadanego w planie Morawieckiego, a w exposé przemilczanego, celu 2 proc.
Morawiecki pochwalił się też wzrostem liczby oddawanych mieszkań: „W latach 2011–2014 oddawano do użytku średnio 143 tysięcy mieszkań. W latach 2017–2020 będzie to ponad 200 tysięcy mieszkań”. To prawda, że w ostatnim czasie jesteśmy świadkami boomu budowlanego i liczba oddawanych mieszkań rośnie. Nie jest to jednak zasługa programu „Mieszkanie+”. W ramach tego programu oddano do tej pory zaledwie 867 mieszkań (co być może nie jest jednak złą wiadomością, biorąc pod uwagę, że państwowy PFR buduje w małych miejscowościach, które Polacy opuszczają w poszukiwaniu lepiej płatnej pracy w metropoliach).
W marcu 2017 r. rząd przyjął „Plan Rozwoju Elektromobilności”, który roztaczał wizję miliona pojazdów elektrycznych na polskich drogach do 2025 r. Dwa i pół roku później – zaraz przed wyborami parlamentarnymi – przyjął jednak stojącą z nim w sprzeczności „Strategię Zrównoważonego Rozwoju Transportu do 2030 r.”.
Według „Strategii” w Polsce samochodów ma być nie milion, lecz 600 tysięcy, nie elektrycznych, lecz elektrycznych i hybrydowych, i nie do 2025 lecz do 2030 roku. W exposé Morawiecki oświadczył jednak, że rząd program elektromobilności rozwija. Rozwój ten przedstawia się tak, że w ostatnich czterech kwartałach zarejestrowano w Polsce 2291 nowych elektrycznych samochodów pasażerskich, które stanowiły 0,4 proc. ogółu zarejestrowanych nowych samochodów pasażerskich w Polsce (przy średniej dla 24 krajów UE, dla których dostępne są dane, na poziomie 2,7 proc.).

Wciąż emigrujemy (nie do Anglii)

Morawiecki porównał emigrację milionów Polaków do „wielkiej daniny, którą Polska zapłaciła bogatym krajom Zachodu” – a następnie dodał, że „taka danina od biednych dla bogatych nie jest normalna”. Podsumowując temat, powiedział, „państwo wysokich standardów musi z tym skończyć”.
Oczywiście emigracja jest indywidualną decyzją ludzi, którzy pragną poprawić warunki swojego życia. Państwo może ograniczyć emigrację na dwa sposoby: prowadząc politykę służąca rozwojowi gospodarczemu, która owoce przyniesie po latach, albo, wzorem NRD, postawić na granicy mur.
Obecny poziom rozwoju Polski nie jest jeszcze na tyle wysoki, by emigrację zatrzymać, a tym bardziej cofnąć. Przyczyn spadku liczby emigrantów w ubiegłym roku (według Głównego Urzędu Statystycznego o 85 tysięcy) należy szukać zatem w innych czynnikach.
Przyglądając się zmianom liczby polskich emigrantom w poszczególnych krajach, zauważymy, że istotnie zmniejszyła się ona tylko w Wielkiej Brytanii (o blisko 100 tysięcy), natomiast w innych krajach zmiany były niewielkie (przy czym liczba polskich emigrantów w tych krajach wzrosła o 13 tysięcy). Najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem tego stanu rzeczy wydaje niepewność związana z brexitem.
W perspektywie najbliższych dekad Polska staje przed nowymi wyzwaniami, które mogą zahamować proces doganiania Zachodu. Problemem staje się zwłaszcza demografia. Co prawda w exposé mogliśmy usłyszeć zapowiedź „wielkiej strategii demograficznej”, ale nawet jeśli nie okaże się ona równie bałamutna jak „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, to jej pozytywny wpływ na rynek pracy odczujemy nie wcześniej niż za 20 lat. Tymczasem w obliczu spadającej liczby Polaków w wieku produkcyjnym rząd odwrócił reformę stopniowego podnoszenia wieku emerytalnego. Dlatego nawet jeśli w najbliższych latach uda się wysoki na tle strefy euro wzrost utrzymać (chociaż Międzynarodowy Fundusz Walutowy prognozuje inaczej), to w dłuższej perspektywie przy niezmienionej polityce społecznej i gospodarczej Polska przestanie doganiać Zachód.

W uścisku zakazów

Przez ostatnie cztery lata PiS zajmowało się wprowadzaniem nowych ograniczeń, takich jak zakaz handlu w niedziele, ograniczenia w otwieraniu nowych aptek czy ograniczenia w obrocie ziemią rolną. Zapowiadając w 2017 r. podczas Kongresu 590 słynną „konstytucję biznesu”, która miała określać „fundamenty ustroju gospodarczego Polski w duchu wolności gospodarczej”, Morawiecki zagroził przedsiębiorcom: „Tylko nie posuwajcie się za daleko, żeby nie dać nam pretekstu do nowelizacji prawa karnego”.
Podczas exposé Morawiecki powiedział, że „obowiązkiem państwa jest tworzenie przewidywalnego prawa pozwalającego na planowanie inwestycji”. Symbolem nieprzewidywalności PiS w tworzeniu prawa jest ustawa ustanawiająca dniem wolnym 12 listopada 2018 roku. Projekt poselski trafił do Sejmu na trzy tygodnie przed planowanym dniem wolnym i został szybko przegłosowany, a następnie podpisany przez prezydenta Andrzeja Dudę. Innym symbolem jest zniesienie tzw. 30-krotności. Dopiero w drugiej połowie listopada wyjaśniło się, że od 1 stycznia 2020 roku jednak nie wzrosną składki na ZUS dla najlepiej zarabiających pracowników. Nic dziwnego, że w ostatnich latach pogarsza się wcześniej stopniowo poprawiana pozycja Polski w rankingach konkurencyjności i wolności gospodarczej (mimo że podobno „Bank Światowy docenia nowy polski model rozwoju”).
O ekspansji międzynarodowej, mającej przejawiać się we wzroście inwestycji zagranicznych polskich przedsiębiorstw, Morawiecki mówił już w lutym 2016 r., gdy ogłaszał „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”. Od tego czasu stan polskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych zmniejszył się o 14 proc. Biorąc pod uwagę ów wynik, możemy w obliczu tej zapowiedzi spodziewać się dalszych spadków.
W każdym razie, do osiągnięcia deklarowanego w planie Morawieckiego celu, polskim inwestorom zagranicznym jest, według ostatnich danych, dalej niż przed przejęciem władzy przez PiS.

Bariera dla rozwoju

Zaczerpnięty z programu Koalicji Obywatelskiej tzw. estoński CIT, czyli przesunięcie poboru podatku dochodowego od osób prawnych na moment wypłaty przez nie zysku, jest sam w sobie dobrym pomysłem. Wątpliwości budzi natomiast to, że taką konstrukcję Morawiecki chce zastosować tylko wobec mikro – i małych spółek kapitałowych. Od niedawna płacą one niższy CIT na poziomie 9 proc., czym premier nie omieszkał się w exposé pochwalić.
Rzecz jednak w tym, że zmiana ta, zamiast normalnej progresji, wprowadziła dwie zależne od obrotu liniowe stawki CIT. Jeśli spółka przekroczy próg 2 milionów euro przychodów rocznie, to będzie musiała od całego zysku zapłacić CIT według stawki 19 proc. Tym samym powstała zniechęcająca do rozwijania firm luka, w której (przy stałej rentowności sprzedaży) wzrost zysku brutto przekłada się na spadek zysku netto. Prezentując „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, Morawiecki zadeklarował: „Chcemy, żeby te mikro stawały się małe, małe coraz większe, ale te większe żeby stawały się naprawdę międzynarodowymi graczami”. Postawił też cel „wzrostu udziału tych dużych i średnich firm do poziomu powyżej 22 tysięcy” w 2020 r. Z drugiej strony wprowadza rozwiązania zniechęcające firmy do wzrostu. Nie inaczej zadziała tzw. estoński CIT, jeśli jego obowiązywanie będzie ograniczone tylko do mniejszych firm. A do osiągnięcia celu z planu Morawieckiego, jest obecnie równie daleko jak przed dojściem PiS do władzy.

Nierychliwe i niesprawiedliwe

PiS zaczęło walkę z niezależnością wymiaru sprawiedliwości jeszcze pod koniec 2015 roku. Sądy jednak nie zaczęły za sprawą kolejnych ataków obozu rządzącego pracować lepiej. Wręcz przeciwnie.
Pogłębił się, istniejący jeszcze przed zmianami wprowadzonymi przez PiS, problem przewlekłości postępowań. Średni czas trwania postępowania w sądach powszechnych wzrósł z 4,2 miesiąca w 2015 r. do 5,4 miesiąca w ubiegłym roku. Jednak skrócenie czasu rozpatrywania spraw nie rozwiąże problemów, które stworzyło PiS przez ostatnie cztery lata.
O jakości wymiaru sprawiedliwości świadczy nie tylko szybkość działania sądów, lecz także ich niezależność (w rankingu „Doing Business” pod względem szybkości sądowego egzekwowania umów wyprzedzają Polskę takie kraje jak Uzbekistan, Białoruś, Azerbejdżan i Rosja, które trudno uznać za wzór do naśladowania, jeśli chodzi o funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości). A co do tego, nie można oczekiwać, że PiS cofnie wprowadzone w poprzedniej kadencji zmiany
Reasumując: działania PiS prowadzą do ograniczenia wolności ekonomicznej, spadku aktywności zawodowej i upolitycznienia gospodarki.

 

Polski kołtun w technologii 5G

Czy postulowane społeczeństwo przeszłości może mieć w Polsce przyszłość?

Pan premier Mateusz Morawiecki mógłby być znakomitym, domowym sprzedawcą odkurzaczy. Z przejmującym uśmiechem wciskać naiwniakom każdy zachwalany produkt. Mówić to, czego klienci od niego oczekują.
Czarować, słodzić im, że „POLACY TO WIELKI NARÓD Z WIELKĄ PRZYSZŁOŚCIĄ”.
I teraz „CZAS NA WIELKĄ PRZYSZŁOŚĆ”.
Na „NOWOCZESNE PAŃSTWO DOBROBYTU”.
Obiecywać wszystko. I wszystkim.
Emigrantom – radosny powrót do Ojczyzny.
Repatriantom ze biednego Wschodu – europejski dobrobyt i w pakiecie dodatkowym bezwizowe wyjazdy do USA.
Emerytom – trzynastą i czternastą emeryturę oraz wypasione Domy Seniora.
Kobietom – taka samą płacę jak mężczyźni.
Pracownikom – akcjonariat pracowniczy.
Krajowym przedsiębiorcom – wparcie i obniżenie podatków.
Zagranicznym przedsiębiorcom – wsparcie i obniżenie podatków.
Polskim przedsiębiorcom – repolonizację zagranicznych firm.
Zagranicznym firmom – dalszy rozwój ich firm.
Nauczycielom – podwyżki płac.
Uczniom – tysiąc „zero emisyjnych” szkół.
Kierowcom indywidualnym – milion elektrycznych samochodów, tym razem dostawczych.
Kierowcom wielodzietnym – prawo do jazdy „bus pasem”.
Pieszym – bezpieczeństwo na pasach oraz przywrócenie połączeń PKS i PKP.
Księżom – bezpieczeństwo od ideologii LGBT i lekcji wychowania seksualnego.
Ambitnym – wielkie inwestycje industrialne.
Sfrustrowanym – zmianę Konstytucji RP.
Wstydliwym – zniesienie „poprawności politycznej”.
„POLSKOŚĆ TO NORMALNOŚĆ”, powtarza pan premier.
Ale dla niego ”normalność” to XIX wieczny model narodowo – katolickiej rodziny. Archaicznej już dzisiaj. Rodziny traktowanej jako „Pierwszy Bastion IV RP”.
Kierując się zapewne wynikami sondaży opinii publicznej, pan premier obiecał popularne w społeczeństwie lewicowe postulaty, lecz opakowane w konserwatywną, narodowo-katolicką obyczajowość. Bo uznał, że tak łatwiej się sprzedadzą.
Zechciał połączyć archaiczny model polskiej rodziny z czwartą rewolucją technologiczną.
Zabrzmiało to niewiarygodnie. Nie tylko dlatego, że pan premier prezentując nowe obietnice nie zająknął się od jakże licznych, składanych i niespełnionych obietnicach w czasie czterech ostatnich lat jego rządów i jego formacji politycznej.
Zabawne, że pan premier znowu obiecał oszczędności w administracji państwowej. I oczywiście nie wspomniał, że stoi na czele rządu składającego się z aż dwudziestu ministerstw.
Nie wspomniał o armii wiceministrów, których PiS i jego parlamentarni sojusznicy zamierzają jeszcze wykreować.
Czy Polacy to wielki naród, bo mają wielki liczebnie rząd?
Pan premier Mateusz Morawiecki mógłby być znakomitym, domowym sprzedawcą odkurzaczy. Z przejmującym uśmiechem wciskać naiwniakom Każdy zachwalany produkt. Mówić to, czego klienci oczekują. Czarować ich.

W chwili zamykania tego wydania rozpoczynała się debata nad expose pana premiera Mateusza Morawieckiego. Wrócimy do niej w następnym wydaniu.

Bigos tygodniowy

Pod hasłem „Miej w opiece naród cały” i rysunkiem pięści owiniętej różańcem jak kastetem przewalił się przez Warszawę tzw. „Marsz Niepodległości”. Dymu, huku i nienawiści było w bród. Brany za Marszałka Seniora Macierewicz Antoni wygłosił w Sejmie buńczuczne przemówienie kleronacjonalistyczne w stylu iście ONR-owskim z 1934 roku. Słodko za to, jak gołąbek pokoju pitolił Duda Andrzej, Pierwszy Ministrant Rzeczypospolitej, który podobno chce wszystkich godzić, od prawa do lewa. Dzień wcześniej Pierwszy Ministrant Rzeczypospolitej cytował piosenkę „Ja to mam szczęście, że w tym momencie, żyć mi przyszło w kraju nad Wisłą”. Szkoda że nikt Pierwszemu Ministrantowi nie podpowiedział, że wymowa tej piosenki była ironiczna. Poza tym, nie przesadzajmy, nie bądźmy dziećmi, bo czy to takie nadzwyczajne szczęście żyć w tym smogu i smrodzie kleronacjonalistycznym, pośród kierowców-zabójców szalejących na pasach dla pieszych i z tymi notorycznie spóźniającymi się pociągami, że wymienię tylko niektóre z plag polskich? Znam kilka bardziej rozkosznych miejsc do życia. Jednak Pierwszy Ministrant RP tą atrapą prezydentury naprawdę euforycznie się cieszy, i dlatego spogląda na świat przez różowe okulary.

Tomasz Grodzki z Koalicji Obywatelskiej został Marszałkiem Senatu, co oznacza, że Izba Refleksji, póki co, nie wpadnie w łapy PiS. Towarzyszyły mi idiotycznie sprzeczne uczucia. Personalnie profesor Grodzki to człowiek godny szacunku, ale jeszcze kilka lat temu nawet przez myśl by mi przeszło, by odczuwać satysfakcję z powodu wygranej jego partii. Jednak po czterech latach pisowskich orgii satanistycznych „ja to się cieszę się byle czym” i odczuwam jakby kamień spadł mi z serca, gdy sukces odniosła opozycja na czele z partią, na którą nigdy nie głosowałem. Po ciężkich frustracjach człowiek jednak spuszcza z tonu i redukuje ambicje. Moim zdaniem ta krucha wygrana opozycji w Senacie ma walor przede wszystkim psychologiczny, bo pokazuje, że PiS jednak nie jest całkowicie teflonowe, a poza tym może być oznaką pierwszych zarysowań na pisowskiej machinie. Nie mogę też nie odnotować radości z frustracji, jaką muszą czuć pisiory i reszta prawactwa wobec faktu, że Włodzimierz Czarzasty został wicemarszałkiem Sejmu. A zacnego profesora Grodzkiego, któremu uczciwość bije z oczu, szanowanego lekarza ze Szczecina propaganda PiS próbuje zrobić złodzieja i łapówkarza. Klasyka.

Kwestia przekroczenia trzydziestokrotności składek ZUS, zamiar przeznaczenia pieniędzy z Funduszu Solidarności przeznaczonego na potrzeby osób niepełnosprawnych, bunt fiskalny Porozumienia Gowina, a także o czym się nie mówi, narastające problemy finansowe TVPiS, wyrażające się m.in. w opóźnieniach wypłat dla pracowników tej firmy – to kompromitacja pisowskiego, kłamliwego, propagandowego hasełka o „zrównoważonym budżecie”, rozdętych, nierealnych pisowskich obietnic socjalnych i początek symptomów kryzysu finansów państwa.

Inny kłopot PiS to bunt w Trybunale Konstytucyjnym. Kolejny pisowski nominat, sędzia Wyrębak Jarosław zbuntował się przeciw sposobowi administrowania TK przez Przyłębską Julię. Szarogęsi się tam ona, arbitralnie wyznacza składy i blokuje rozpatrywanie wniosków. Co prawda zbuntowany sędzia szumi z pozycji radykalnie prawackich, przeciw blokowaniu wniosku o zakazanie aborcji eugenicznej, złożony przez ultrasów pisowskich, ale fakt jest faktem, ze to kłopot dla Przewodniczącego Mało. A miało być tak, dobrze, a mianowańcy na krótkiej smyczy, Plany planami, a życie jest brutalne pełne niebezpiecznych zasadzek.

W najgorszych chyba snach Przewodniczący Mało nie przeżył sytuacji, w której w imię pozyskania Lewicy do niektórych poparcia, PiS zdecydowało się oddać Sejmową Komisję Rodziny straszliwej lewaczce Magdalenie Biejat, zwolenniczce najbardziej szatańskich praw, w tym prawa kobiet do aborcji na życzenie do 12 tygodnia ciąży. Macierewicz Antoni z tego powodu stanął już dęba, jak stary koń, i żąda wyjaśnień, kto w PiS jest winien tej zbrodni.

W Krakowie małopolska kuratorka Nowak Barbara skierowała do uczniów internetową ankietę polegającą na bezczelnym nakłanianiu do personalnego donoszenia na nauczycieli. Młodzież, jak to młodzież, kablowania na ogół nie lubi, a do tego, jako młodzież dzisiejsza w internecie jest biegła od kolebki, więc ankietkę-donos zhakowała. Nowak Barbara zjeżyła się na to i chce karać to hakerstwo.

Klaudia Jachira została brutalnie i chamsko zaatakowana przez pewnego osobnika, gdy jechała pociągiem z Wrocławia do Warszawy na obrady Sejmu. Uważaj, Klaudio, budzisz straszliwą, dziką, niepohamowaną nienawiść wszelkiego prawackiego podlectwa, Osobnik, który Cię zaatakował poprzestał na słowach, ale doświadczenie nas uczy, że od czasu do czasu znajdują się wśród NICH tacy, którzy przechodzą od słów do czynów. Poeta pisał kiedyś, że „krzyż mieli na piersi a browning w kieszeni”.

Przewodniczący Mało utrudnia mi integralną niechęć do niego przez swoją sympatię do zwierząt, tym bardziej po geście jaki uczynił na prośbę posłanki Katarzyny Piekarskiej – zapisał się do poselskiego koła przyjaciół zwierząt. Miłe to, ale niestety nie dał należytego odporu legalnym mordercom zwierząt spod znaku „łowiectwa” i sadystom-hodowcom „futerek”.

Radna Warszawy Agata Diduszko-Zyglewska dawno już złożyła wniosek o pozbawienie biskupów Głodzia i Hosera tytułu Honorowego Obywatela Warszawy. Jednak Platforma Obywatelska od wielu miesięcy zwleka z rozpatrzeniem wniosku. Cała Platforma, cała ona ze swoim oportunizmem i asekuranctwem.

Poczułem się niemal geniuszem prawniczym. Sam, samiuśki, z samego brzmienia artykułu konstytucyjnego osobiście wykoncypowałem to, co, ku mej nieogarnionej dumie, swoimi autorytetami naukowymi potwierdzają profesorowie Ewa Łętowska i Tadeusz Iwiński. Otóż art.18 Konstytucji na który z uporem godnym lepszej sprawy powołuje się PiS w walce z dążeniami do wprowadzenia ustawy o związkach partnerskich. Otóż jak oboje zgodnie stwierdzają, że zawarte w artykule sformułowanie, że „małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny (…) znajduje się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej”, to nie definicja małżeństwa, tylko konstatacja tego, iż taki związek jest preferowany przez władze. Logika nakazuje wnioskować, że fakt iż cos jest preferowane nie oznacza zakazu praktykowania czegoś, co nie jest wprost zakazane, a więc n.p. związku partnerskiego jednopłciowego.

Tymczasem w Sejmie 361 posłów dodało do roty przysięgi poselskiej słowa „Tak mi dopomóż Bóg”, z czego wynikałoby, że blisko stu posłów nie zwracało się o pomoc do boga. Skrzętni rachmistrze policzyli, że od 1989 roku ta ostatnia liczba rośnie.

TSUE wydał w sprawie KRS wyrok, który na pierwszy rzut oka wygląda na salomonowy. Po części w obronie praworządności w Polsce, ale po części taki, by nie stawiać PiS pod ścianą. Mimo to PiS nie jest zadowolony i chce badać wyrok przed „trybunałem” Przyłębskiej.

Morawiecki Mateusz wygłosił stek buńczucznych, ideologicznych frazesów zwany exposé nowego rządu. Nie wierzę ani jednemu słowu tego notorycznego (wyroki sądowe) kłamczucha i fantasty. Ten człowiek w życiu słowa prawdy nie powiedział.20

Bój o najmniej ważne ministerstwo

Premier Mateusz Morawiecki powołał rząd, w którym objął też tekę ministra sportu. Najmniej ważny resort, z którego na domiar złego wycięto jeszcze turystykę, ma jednak dostać innego szefa, a raczej szefową, bo na liście PiS-owskich kandydatów są ponoć tylko dwie panie: Dagmara Gerasimuk i Paulina Malinowska-Kowalczyk.

Premier Morawiecki ministrem sportu ma być nim przez kilka, może kilkanaście dni, bo tyle czasu potrzebuje ponoć wybrana przez prawicowych polityków kandydatka na miejsce Witolda Bańki, który z nowym rokiem obejmie posadę prezydenta Światowej Organizacji Antydopingowej (WADA). Jak wieść niesie to on zaproponował na swoje miejsce Dagmarę Gerasimuk, byłą biathlonistkę, pełniącą obecnie funkcję prezesa Polskiego Związku Biathlonu, członka zarządu Międzynarodowej Unii Biathlonu (IBU), a ponadto pracownika naukowego katowickiej AWF.

Konkurencyjną kandydaturę byłej dziennikarki TVP, a obecnie swojej doradczyni oraz rzeczniczki Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego, zaproponował ponoć prezydent Andrzej Duda, lecz jak wieść niesie ostatecznie odpuścił sprawę. Co jak wiadomo jeszcze wcale nie oznacza, że nowym Bańką zostanie pani Gerasimuk…

 

Bigos tygodniowy

Powstał nowy tzw. rząd PiS, ale tak naprawdę struktura ta na miano rządu nie zasługuje. To w najlepszym razie Administracyjna Rada Wykonawcza, która w większym jeszcze stopniu niż w poprzedniej kadencji działać będzie na rozkazy i polecenia Przewodniczącego Mało czy Zaplutego Karła Reakcji oraz jego najbliższej kamaryli. Szefem ARW został jak do tej pory Młody Morawiecki.

Na placu Piłsudskiego w Warszawie odbyła się uroczystość z okazji 9 rocznicy 7 miesięcznicy (tak to chyba trzeba liczyć – jak n.p. godzina 12 minut 30?) katastrofy smoleńskiej. Obok sekty smoleńskiej i pisowskich oficjeli na plac przybył też czołg Lotnej Brygady Opozycji pod dowództwem Arkadiusza Szczurka. Czołgiem kierował niepełnosprawny na wózku, odziany w hełmofon. Czołg, mimo, że miniaturowy i z lekkich materiałów wykonany (ale z groźnie i dumnie sterczącą lufą), nie został jednak dopuszczony do pełnej bliskości z uroczystością, choć nie dysponował ostrą amunicją. Jednak pisiorskie media z TVPiS na czele podniosły larum z oburzenia. Andruszkiewicz Adam domaga się „surowego ukarania” wykonawców owego czołgowego rajdu. Jak? Wsadzenia tego niepełnosprawnego do mamra? PiS i reszta prawolstwa wielu być może rzeczy może się nauczyć, ale jednego nigdy, ale to nigdy w życiu nie da rady sobie przyswoić – poczucia humoru, bo do tego niezbędna jest szczypta kultury, a z tym związany jest dystans do siebie i zdolność do nietraktowania wszystkiego dosłownie, wynikająca z umiejętności myślenia abstrakcyjnego. A przecież Jarosław Hasek w „Przygodach dobrego wojaka Szwejka” wykpił wojsko do spodu, a Czechy nadal jakoś istnieją. A poza wszystkim – jaka byłaby wartość wojska, które mogłyby ulec osłabienia przez checheszki? Rzeczywiście musiałoby być wojskiem z tektury i paździerza.

Nawchłaniałem się 11 listopada nacjonalistycznego smogu, jak to trafnie określono, mimo że trzymałem się z dala od tzw. „Marszu Niepodległości”, którego tegorocznym emblematem była zaciśnięta pięść owinięta różańcem jak kastetem. Prawdę mówiąc bardzo to trafny emblemat tego, o czym mówię i piszę od lat i co naprawdę istnieje: polskiego klerofaszyzmu. Uczestniczyłem w warszawskim, pogodnym nieagresywnym, pełnym muzyki marszu antyfaszystowskim, który przeszedł od placu Unii Lubelskiej do placu Trzech Krzyży. Choć jednak szliśmy daleko od tzw. Marszu Niepodległości ryki tłumu „patriotów” i odór dymów z rac stamtąd dochodziły. Wielu tych nagrzanych alkoholem, agresywnych, hałaśliwych patriotów można było napotkać na mieście, na ulicach i w komunikacji miejskiej. PiS dał żulii do ręki „patriotyzm” jako pałkę do wymachiwania i bicia. To pierwszy z historii Polski przypadek, gdy margines społeczny i żulia przejęły rolę awangardą państwowego patriotyzmu. O znacznej części fizjonomii najbardziej aktywnych w tym okropnym Marszu mawiało się kiedyś, że kogoś takiego nie chciałoby się spotkać w ciemnej uliczce. Przez nich od kilku lat czuję się w Warszawie jak w oblężonym mieście. Novum tegorocznym było pewne zdystansowanie się PiS od „Marszu Niepodległości”. Nie pojawił się też Duda Andrzej. No cóż, w zeszłym roku podlizywali się skrajnej prawicy, licząc na jej wyborcze głosy. Dziś, po wejściu do Sejmu Konfederacji już sobie Przewodniczący Mało czyli Zapluty Karzeł Reakcji uświadomił, że wyhodował na własnej karmie Golema, który ich podgryza, a na własnej piersi węża, który ich kąsa.

Przewodniczący Mało czyli Zapluty Karzeł Reakcji wysunął do Trybunału Konstytucyjnego Pawłowicz Krystynę, Piotrowicza Stanisława i Chojnę-Duch Elżbietę. Jak zachowa się Pierwszy Katolicki Maminsynek, Ministrant i Oportunista Rzeczypospolitej – klepnie wskazanych czy też zachowa się tak, jak czasem robią prymusiki-maminsynki? Tacy jak on, urodzeni ministranci, zawsze słuchają Tatusia, Mamusi, Księdza Katechety i Surowego Wujaszka, a później i Żonki-Pieczonki, a rączki zazwyczaj trzymają na kołdrze, ale czasem zdarza im się wymuszone, desperackie przyłączenie do szkolnego wybryku klasowego i od czasu doi czasu idą na wagary. To jest właśnie psychologiczny przypadek Pierwszego Katolickiego Maminsynka, Ministranta Oportunisty Rzeczypospolitej.
Ćwierćinteligent z tytułem profesorskim i w randze wicepremiera-ministra kultury, na dyrektora Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie mianował fanatycznego nacjonalkatola, niejakiego Piotra Bernatowicza, który ogłosił „koniec lewackiej dyktatury w sztuce”. Jednak nie ten policzek wymierzony środowiskom artystycznym godny jest zdziwienia. Godna zdziwienia ( a może już nawet nie?) jest treść i ton reakcji na to ze strony dotychczasowej dyrektorki CSW Małgorzaty Ludwisiak. Dała przykład charakterystycznej mowy nijakiej, pseudobezstronności, niezdolności do huknięcia pięścią w stół i nazwania rzeczy po imieniu. Taką to nijakością, bezbarwnością ideową i oportunizmem elity liberalne oddawały krok po kroku pole społeczne radykalnej, bezwzględnej katoprawicy i klerofaszystom. Podlizywały się jak Stomil i Wuj Eugeniusz Edkowi z mrożkowego „Tanga”, ale on i tak wziął ich za mordę.

Prawolstwo wrzeszczy pod niebiosa z powodu „wojny wytoczonej żołnierzom wyklętym”. Gruba przesada, ale niech się lepiej zastanowią, czy nie oznacza to początku końca biernego społecznego przyzwolenia na trzydziestoletnie zawłaszczanie przestrzeni publicznej tworami „symboliki” bliskiej skrajnym nacjonalistom. Czy ludzie już po prostu nie zaczynają mieć tego dość, po uszy? Podobnie z napadami na księży czy niedawną próbą podpalenia kościoła w Poznaniu. Stanowczo ni e pochwalam takich aktów, ale może ktoś zastanowi się skąd się ta fala wzięła? Czy nie z odreagowywania wieloletniego upokorzenia wynikającego z butnego panoszenia się kleru w sferze życia publicznego? Czy to nie brutalna odpowiedź na kleszą pychę i chciwość? Już fizyka uczy że siła reakcji na bodziec odpowiada sile bodźca. W telewizyjnej pisowskiej Jedynce pokazali 11 listopada film o rotmistrzu Pileckim. Wprost trudno uwierzyć, że można wyprodukować taki piramidalny, tandetny, nieudolny pod każdym względem, paździerzowy, łzawy kicz pseudopatriotyczny.

Bigos tygodniowy

13 października Warszawie Budapesztu nie było, za to Warszawa zawitała do Budapesztu i władza Orbána została w stolicy Węgier ograniczona, co może być dobrą wróżba na przyszłość. Co do wyniku wyborów w Polsce, to Przewodniczący Mało generalnie je wygrał, ale: 1. utracił (przynajmniej na jakiś czas) Senat, 2. jak na kolosalny wysiłek i potężne transfery socjalne, uzyskanie identycznej jak w 2015 roku liczby mandatów, bez premii, to sukces dość problematyczny, a właściwie porażka, bo przecież PiS nie obiecywało i nie rozdawało po to, żeby nie dostać za to nagrody, 3. do parlamentu weszła Lewica, co bardzo rozjaśni i uzdrowi pejzaż polityczny, 4. wzmocnienie koalicjantów PiS, w tym Ziobra, może skutkować wewnętrzną wojną o wpływy w szeregach Zjednoczonej Prawicy, 5. w liczbie głosów wyborczych opozycja antypisowska ma przewagę nad wyborcami obozu Przewodniczącego Mało i tylko ordynacja d’Hondta niweluje tę liczbową przewagę ludu niepisowskiego nad ludem pisowskim, 6. krzyż pański będzie miał PiS nie tylko z Lewicą, ale także z „konfederatami” Korwina i Brauna. W sytuacji zwłaszcza utraty Senatu, przebieg dokończania przerwanego przed wyborami posiedzenia Sejmu może być prawdziwą jatką, bo Przewodniczący Mało na pewne przygotował jakieś awanturnicze ruchy i łamanie prawa już całkowicie „na wydrę”.

 

Z drobniejszych spraw: nie zobaczymy już w Sejmie pisowskich harcowników do zadań specjalnych: Piotrowicza, Krynickiej i Sobeckiej. Nawet lud pisowski ich nie zdzierżył. Z tego przynajmniej jakiś zysk estetyczny.

 

„Państwo mafijne PiS”, takiego sformułowania można używać po niedawnym wyroku Sądu Najwyższego.

 

Literacki Nobel dla Olgi Tokarczuk potwierdza obraz ludności polskiej jako półanalfabetycznej: umie pisać, ale nie czyta. Bo oto najsławniejszą i najbardziej prestiżową nagrodę literacką otrzymała przedstawicielka najmniej czytającego narodu europejskiego, kraju w którym czytelnictwo jest w zapaści. Co do reakcji władzy, to najwyżsi oficjele złożyli noblistce obłudne gratulacje, sugerując, że ten Nobel, to także sukces „dobrej zmiany”. Och, jaka szkoda, że Nobla nie dostali ani prozaik Wildstein Bronisław ani literat-żulnalista Ziemkiewicz Rafał. W tej sytuacji oficjele (Duda, Morawiecki, Gliński) zadziałali według zasady: „Jak się nie ma co się lubi…”. Niezależnie od tego, wielu pisowskich propagandystów w mediach nie powstrzymało się od okazania zwyczajowej nienawiści tej przebrzydłej lewaczce.

 

Traf sprawił, że wydarzenie to zbiegło się z wcześniejszym o dzień przemówieniem Przewodniczącego Mało, który zadeklarował, że będzie piętnował niechętne PiS-owi elity.

 

Szyszko Jan, były – pożal się boże – minister środowiska odszedł do Domu Ojca. Przyroda na chwilę odetchnęła. Niektórzy, bliscy New Age twierdzą, że zdarza się, iż przyroda odpłaca swoim prześladowcom pięknym za nadobne. Jednak Szyszko pozostał na liście wyborczej i można było zagłosować na trupa. Absurd sięga „Martwych dusz” Mikołaja Gogola. Sok z buraka by się uśmiał.

 

Ćwierćinteligent z tytułem profesora w randze – pożal się boże – ministra kultury, nadal blokuje nominację zwycięzcy konkursu i dotychczasowego dyrektora Muzeum Żydów Polskich Polin w Warszawie, profesora Dariusza Stoli.

 

Przewodniczący Mało zapowiedział wojnę ze „starymi elitami”. Obarczył je za wszystkie nieszczęścia Polski. Uczeni, artyści, prawnicy, dziennikarze, rozmaicie inteligenci i tym podobne gady – strzeżcie się.

 

Z bębna losu, który wyłania sędziów do prowadzenia spraw konsekwentnie wyskakuje w jednym przypadku ten sam sędzia. Chodzi o sprawy sądowe Pawłowicz Krystyny, pierwszej chamicy odchodzącego Sejmu. Na dokładkę tak się przypadkowo składa, że temu sędziemu jawnie sprzyja neo-KRS, w której zasiada rzeczona osoba.

 

Kolejny przypadek zasądzenia odszkodowania od Kościoła odszkodowania dla ofiary księżego molestowania. W pierwszym przypadku funkcjonariusza tzw. Towarzystwa Chrystusowego gwałcicielem była bestia-hetero w sutannie hetero (na dziewczynce). W drugim przypadku – bestia-homo w sutannie (na chłopcu).

 

Wyłażą kolejne brudy spod krakowskiego domu schadzek Banasia. Wyszły na jaw informacje, że na rzeczony proceder poszły także pieniądze z Unii Europejskiej.

 

Ksiądz Stanisław Małkowski, jedna ze szczególnie odrażających postaci nurtu klerofaszystowskiego oświadczył coś w tym rodzaju, że może sobie jakiś tam prymas Polak mówić i robić co chce, a my będziemy robić swoje. To kolejny pomruk wewnętrznego Kościoła kat., jego najbardziej reakcyjnego, czarnosecinnego segmentu. Prędzej czy później objawi się on z otwartą przyłbicą i niechybnie dojdzie w Polsce pewnego dnia do rozłamu, schizmy na dwa kościoły kat. – jeden „postępowy”, a drugi „zachowawczy”. Małkowskiemu nie spodobał się ogłoszony przez Polaka pomysł funduszu dla ofiar klerykalnej pedofilii, a także zdystansowanie się przez tegoż Polaka od zadeklarowania przez Przewodniczącego Mało, że poza Kościołem kat. jest w Polsce tylko „nihilizm”.

 

Generalnie zaryzykuję wróżbę na – odległą co prawda – przyszłość. Wynik wyborów jest pierwszą zapowiedzią zmierzchu potęgi PiS. To na razie oczywiście bardzo wstępna faza tego procesu, ale jak uczył Hegel, „sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu”.