Trzech tenorów

Od najmłodszych lat wykazywałem podejrzane zainteresowania męskimi zespołami artystycznymi. Za bardzo dawnych czasów pasjonowałem się chórem Dana a potem, już w latach 50-tych ubiegłego wieku – chórem Czejanda. Ze już nie wspomnę o trwającej nadal fascynacji włoskimi tenorami.

Teraz przyszedł czas, że znowu zaczynam być pod wpływem trzech panów rządzących Polską, a zatem wywierających przemożny wpływ także na moje życie i poglądy. Ci trzej panowie opanowali sztukę wspólnego lub odrębnego rapowania na te same tematy, choć ich głosy nie brzmią najlepiej i formy przekazu często się różnią.

Dyrygent

Szefem zespołu jest najstarszy i najmniejszy wzrostem, ale chyba największy duchem i natchnieniem tenor, lubiący rzucać podnieconemu tłumowi widzów twarde, „męskie” teksty. To on nadaje ton występom tego zespołu rewelersów i tworzy ich atmosferę, zależną od aktualnego nastroju. A ten, po dobrym obiedzie zaprawionym dyskusją o meandrach konstytucji, może być łagodny, a po nerwowych obradach parlamentarnych może powodować chęć nie tylko werbalnego odwetu.

Ten założyciel i dyrygent zespołu specjalizuje się ponadto w solowych wstawkach, w których daje do zrozumienia, że cierpi wewnętrznie, bo jego wysoki poziom intelektu musi się zniżać o wiele szczebli, aby być zrozumiałym przez współpracowników a tym bardziej przez „masy”. Chyba w ogóle nie lubi publiczności, a zwłaszcza parlamentarzystów. Przeszkadzają mu w marzeniach o kraju rodzinnym Wielkim, Niezwyciężonym, Niezależnym i pełnym pomników jego i bliźniaczo podobnego brata. Świadectwem tego „nielubienia” są nazwy, jakie nadaje tej części publiczności, która nie zgadza się z jego poglądami. Zaczął względnie łagodnie, nazywając ich „drugim sortem” składającym się z komunistów i złodziei, potem przyszedł czas na zdradzieckie mordy i kanalie, wreszcie z bólem serca uznał, że ma do czynienia z chamską hołotą.

Część słuchaczy się obraża, ale są i tacy, którzy z zachwytu przebierają nóżkami, bo zawsze tęsknili za czyjąś twardą ręką, która wskaże im kierunek marszu do zwycięstwa. I ostatnio się doczekali. Kierownik zespołu w czerwcu tego roku wykazuje bowiem objawy nadzwyczajnego zdenerwowania. Badania opinii wykazują, że członek chóru piastujący funkcje prezydenta, może przegrać wybory na drugą kadencję. Dyrygent pisze więc list do swojej stałej publiczności, aby ją zdyscyplinować i pobudzić do działania. Niby łagodnie, ale między wierszami przebija znane powiedzenie w pięknym języku sąsiadów – „ruki pa szwam” i do roboty!

Zalew obietnic

Pozostali dwaj tenorzy są zdecydowane młodsi, ale piastują najwyższe stanowiska państwowe i opanowali do perfekcji sztukę obiecywania coraz to nowych prezentów dla narodu, a zwłaszcza dla swoich wielbicieli. Wprawdzie zawsze powtarzają opinie dyrygenta, ale starają się śpiewać bardziej łagodnie.

Obietnice w ich wykonaniu oznaczają najczęściej selektywne rozdawanie pieniędzy, albo wsparcie w podejmowaniu działań, które mają być kanwą wiecznej szczęśliwości. Ostatnio namawiano naród do tworzenia przy domach oczek wodnych, zapewne pozwalających nie tylko na lepszy wypoczynek, ale także – w przewidywaniu możliwego kryzysu żywnościowego – na hodowlę konsumpcyjnych rybek. Nie popieram tego humorystycznego pomysłu. Znowu jest kierowany tylko do „mniejszej połowy” obywateli, bo większa mieszka w blokach i oczek na balkonach nie zrobi. Poza tym przypomniał mi się Napoleon, który przejeżdżając przez niewielkie miasto powiedział burmistrzowi, że jest zdziwiony, dlaczego nie oddano na jego cześć salw honorowych. „Sire – odrzekł burmistrz – jest co najmniej dwadzieścia powodów tego uchybienia. Po pierwsze – nie mamy armat, po drugie ….”. ”Dziękuję – przerwał Napoleon – to pierwsze mi wystarczy”.

Otóż my – po pierwsze – nie mamy wody. Ściślej – mamy jeden z najgorszych i stale się pogarszających bilansów wodnych w Europie. A oczko z samej deszczówki nie wyżyje. Trzeba napełnić a potem okresowo dolewać „z sieci”, płacąc za wodę coraz wyższą cenę. To wolny kraj – jak mawiają Amerykanie. Kto chce niech robi oczka. Ale nawoływanie do masowej budowy wylęgarni komarów jest wyraźną przesadą.

Drugim przedwyborczym prezentem tych dwóch zależnych od szefa tenorów, mają być bony turystyczne. Zachwycony obywatel za stare 500 plus nakarmi dziecko. A za nowe 500 plus zorganizuje jakąś krajową wycieczkę, wspomagając upadającą przez koronawirusa branżę turystyczną. Prezent ma być przekazany elektronicznie firmie, do której pojedzie. To teoretycznie ma zapewnić, że pojedzie dziecko, albo rodzic z dzieckiem, a nie – o zgrozo – z jakimś bezwstydnym obywatelem płci przeciwnej. Chytrze. Ale przyniesiono mi już kilka sugestii, jak to można ominąć.

Wielkie jest piękne

Okres prezydenckiej kampanii wyborczej byłby dla rewelersów stracony, gdyby nie obiecywano czegoś naprawdę wielkiego, nie wskazano wroga, z którym bogobojny naród musi walczyć i gdyby nie szkalowano przeciwników.

Wielkie mają być inwestycje. Przekop Mierzei Wiślanej, superlotnisko i mosty, to tylko powtarzające się przykłady. Takie inwestycje zwiększą zatrudnienie, dadzą radość tworzenia, a potem powiększą dochód narodowy. Dokładnie tak, jak w „epoce” Gierka – tylko wtedy nie ukrywano, że dla osiągnięcia tego celu kraj się zadłuża. A obecna władza nic nie mówi o finansowaniu tych wielkich planów, dając do zrozumienia, że może uda się odpowiednio „wydoić” hipotetyczną wspólnotę, czyli UE.

Na czoło wrogów ludu wysunęło się w czasie kampanii, coś, czego nie ma. To odgrzewana „ideologia LGBT” zagrażająca także moralności dzieci. Wskazywanie tego wroga ma docierać przede wszystkim do tych środowisk, które nie rozumieją nawet tego skrótu i są bardziej religijne. Żadnych małżeństw jednopłciowych! Żadnej adopcji dzieci przez takie pary! Żadnego uświadamiania seksualnego! Dzieci mają nadal wierzyć, że przyniósł je bocian, albo znaleziono je w kapuście! I – oczywiście – zero aborcji!

Atakowanie konkurencji skoncentrowało się ostatnio na kandydacie pełniącym aktualnie funkcję prezydenta Warszawy. Jego w swoim liście do wiernych poddanych wskazał główny tenor jako uniwersalną przyczynę wszelkiego zła. Jego wybór na prezydenta ma oznaczać upadek moralny kraju i wieczny kryzys polityczny i ekonomiczny. Jemu telewizja państwowa poświęca ostatnio połowę czasu dzienników, usiłując przekonać abonentów, że to zły człowiek, wróg tradycyjnej polskiej rodziny, mało religijny i sprzyjający odmieńcom. To straszne – ale toleruje nawet jednego ze swych zastępców, który otwarcie przyznaje, że jest gejem! To hańba w głęboko katolickim kraju.

Atakowany konkurent w odpowiedzi też napisał list, łagodnie nawołujący do spokoju i jedności. W ten sposób osiągnęliśmy nowy, korespondencyjny poziom dyskusji politycznej. Chyba warto go rozwijać, bo mało kosztuje.
Dwaj młodsi tenorzy mają charakterystyczne cechy, które denerwują część obywateli. Jeden nieustannie na wszystkich krzyczy i domaga się, aby Polska była wolna. Widocznie uważa, że nie jest.. Drugi zanudza słuchaczy doświadczeniami ze swego bogatego życiorysu i ma skłonność koloryzowania rzeczywistości. Według niego wszystko, co robi aktualna władza, kończy się sukcesem. Sukcesem jest nawet wzrost zakażeń koronawirusem. Przecież zgodnie z teoriami Lejzorka Rojtszwanca – jak coś rośnie, to potem musi opadać. I odwrotnie.

Ukryty cel

Ten trzyosobowy chórek rewelersów jednomyślnie twierdzi, że żyje i pracuje tylko dla dobra narodu. Nie mówią tego, ale wyraźnie dążą do osiągnięcia propagandowego celu teoretycznego komunizmu, zapewniającego każdemu dobrobyt „według potrzeb”. Wprawdzie nigdy nikt nie wyjaśnił, jak to osiągnąć, jeśli dla jednego potrzebą są tanio kupione wielohektarowe grunty, dla drugiego jacht na Morzu Śródziemnym parkowany w Monte Carlo, a dla wielu – tylko „małe mieszkanko n Mariensztacie”, albo gdzie indziej i zsiadłe mleko z kartofelkami na letni obiad. Ale starać się można, wspierając starania ukierunkowaną propagandą. W tej propagandzie brakuje mi jednak takich plakatów, jakie były w niespełnionym socjalizmie. Stykające się twarze Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina. U nas byłyby tylko trzy, uśmiechnięte i podejrzliwie wpatrzone w poddanych i radosną przyszłość.

Votum zadufania

Obserwując praktykę parlamentarną różnych krajów szewc Fabisiak zauważa, że rządy występują czasem do parlamentów o udzielenie im votum zaufania. Na ogól dzieje się tak w przypadku, gdy partia bądź koalicja rządząca dysponuje kruchą większością i potrzebuje ze strony deputowanych potwierdzenia mandatu do sprawowania władzy.

Inaczej jednak wygląda sytuacja w Polsce, gdzie wszystko musi być na opak i nie mieścić się w normalnych standardach – wnioskuje szewc Fabisiak na podstawie ostatniej debaty nad votum zaufania dla rządu Mateusza Morawieckiego. W polskim Sejmie tzw. Zjednoczona Prawica ma wciąż większość parlamentarną i nie zanosi się na to aby mogła ją utracić. Świadczy o tym kolejne głosowanie, gdzie odrzucane są wnioski czy też poprawki zgłaszane przez opozycję. Szewc Fabisiak nazywa to większością totalitarną.

Również i tym razem można było w ciemno obstawiać, że rząd takie votum uzyska. W takim razie po kiego grzyba z taką inicjatywą wystąpił? – pyta retorycznie szewc Fabisiak. Odpowiedź jest tak oczywista, że nie wymaga komentarza ani rozwinięcia. Chodziło o wsparcie kandydatury Andrzeja Dudy, któremu słupki poparcia nie gwarantują zwycięstwa w wyborach prezydenckich. Wiadomo bowiem, że to właśnie aktualnie urzędujący prezydent poprosił o to aktualnie urzędującego premiera. Jak donoszą źródła medialne przed posiedzeniem sejmowym Duda odbył półgodzinne spotkanie z Morawieckim sugerując aby uzyskał votum zaufania w symbolicznym historycznie dniu 4 czerwca jak by to miało jakiekolwiek znaczenie dla kogokolwiek oprócz polityków lubujących się w celebracji wydarzeniowych rocznic. Uzyskanie takiego votum miałoby też – o czym wspomniał m.in. w niedzielnej „Kawie na ławę” pisowiec Dominik Tarczyński – stanowić sygnał monolitycznej jedności Zjednoczonej Prawicy pod światłym przewodem prezesa Jarosława Kaczyńskiego.

Będąc świadomym wyniku głosowania premier Morawiecki nie musiał zabiegać o poparcie ze strony innych oprócz jego własnego ugrupowania posłów, co na ogół czynią ci premierzy, którzy dysponują kruchą większością parlamentarną. Dlatego też większość swojej przemowy premier poświęcił atakowaniu opozycji, co zostało zrozumiane jako swoisty wkład w kampanię wyborczą. Tak też to ocenili politycy opozycyjni. Przewodniczący sejmowego klubu Lewicy Krzysztof Gawkowski przyrównał całe to wydarzenie do konwencji PiS, kandydujący w imieniu Konfederacji Krzysztof Bosak do cyrku choć takiego klauna nie wziąłby do siebie żaden szanujący się cyrk, zaś inny kandydat Władysław Kosiniak-Kamysz mówił o ustawce pod Andrzeja Dudę.

Natomiast, co nie było zbyt trudne do przewidzenia, prezydent Andrzej Duda poinformował, że premierowskiej tyrady wysłuchał z satysfakcją. Wyraził też opinię, iż opozycja de facto przeszkadza się rządowi w walce z epidemią oraz w walce ze skutkami kryzysu gospodarczego, nie precyzując na czym ta wraża działalność miałaby polegać. Być może politycy opozycji blokują ludziom dostęp do szpitali, wyrywają z rąk lekarzy przyrządy do przeprowadzania testów czy też wymuszają na fryzjerach ponowne zamykanie nowo otwartych zakładów – zastanawia się szewc Fabisiak.

W odróżnieniu od prezydenta premier w sposób bardziej klarowny wyjaśnił na czym polega wkładanie kija w szprychy rządowego roweru. Otóż opozycja przeszkadza w rządzeniu ponieważ zgłasza wnioski o odwołanie z funkcji panów Sasina i Szumowskiego. Premier chyba udaje, że nie rozumie na czym polega rola parlamentarnej opozycji i to swoje udawanie pragnie wcisnąć wyborcom – zauważa szewc Fabisiak. Opozycja bowiem, jak sama nazwa wskazuje, to oponenci a nie sojusznicy rządu czy prorządowi klakierzy. Ma zatem nie tylko prawo, ale też swoisty wobec swoich wyborców obowiązek domagania się wycofania z rządu tych jego członków co do których ma uzasadnione świadczące przeciwko nim argumenty. W końcu nie kto inny jak wicepremier Sasin zlecił wydatkowanie milionów złotych na druk bezużytecznych kart wyborczych, choć odpowiadać za to powinien osobiście premier, który wydał mu stosowne polecenie. To nie kto inny jak minister Szumowski zamieszany jest w szemrane interesy związane z produkcją nic nie wartych w marcu na masek, których w maju nagle stał się entuzjastą.

W swojej mowie sejmowej premier Mateusz Morawiecki nie tylko krytykował opozycję. Nie byłby sobą, gdyby pozbawił nas możliwości wysłuchania kolejnego sprawozdawczego panegiryku na cześć swojego rządu. Wspomniał m. in. o ogromnym sukcesie w walce z koronawirusem mimo tego, że liczba zachorowań jakoś nie chce się zmniejszyć, lecz wręcz odwrotnie. Nie wnikając w inne detale premierowskiego wystąpienia szewc Fabisiak dochodzi do wniosku, iż tego typu autoreklama świadczy o tym, że rząd jest na tyle w sobie zadufany, że stara się to potwierdzić zgłaszając wniosek o votum. Nie tyle zaufania, co zadufania.

Odmrażanie sportu

W sobotę premier Mateusz Morawiecki w towarzystwie minister sportu Danuty Dmowskiej-Andrzejuk ogłosił plan „odmrożenia polskiego sportu”, sparaliżowanego z powodu pandemii koronawirusa. Po prawie sześciu tygodniach narodowej kwarantanny władze nagle uznały, że można trochę poluzować rygory. Na ile to szczera intencja, a na ile polityczna zagrywka na potrzeby korespondencyjnych wyborów prezydenckich, przekonamy się za kilka tygodni, gdy piłkarze rzeczywiście wznowią rozgrywki, a żużlowcy rozpoczną sezon.

Morawiecki i Dmowska-Andrzejuk poinformowali, że sportowcy w najbliższym czasie będą mogli wrócić do treningów, ale w bardzo rygorystycznym trybie sanitarnym. Owe tak szumnie zapowiedziane „odmrażanie sportu” podzielono na pięć etapów. Pierwszy, w którym zezwolono na wejście do lasów i parków oraz rekreacyjne uprawianie sportu, już wprowadzono w życie. Początek drugiego etapu wyznaczono na poniedziałek 4 maja. Od tego dnia znów będzie można korzystać z obiektów sportowych (na razie w ograniczonej maksymalnie do sześciu osób liczbie), takich jak: stadiony (piłkarskie, lekkoatletyczne i inne), boiska szkolne i wielofunkcyjne. Ponadto znów będzie można korzystać z infrastruktury do uprawiania sportów motorowych i lotniczych, pól golfowych, stadnin koni, otwartych strzelnic, torów łuczniczych, gokartowych, wrotkarskich i do jazdy na rolkach. Możliwe będzie korzystanie też z infrastruktury otwartej do uprawiania sportów wodnych, ale z łódek, rowerów wodnych czy żaglówek będą mogły korzystać jednocześnie tylko dwie osoby. W przypadku kortów tenisowych, w drugim etapie, zostaną udostępnione obiekty otwarte i półotwarte, z limitem czterech osób na jeden kort.
Wymagane będzie jednak przestrzeganie wprowadzonych na czas pandemii zasad zachowania dystansu społecznego oraz zasłanianie twarzy, ale tylko do momentu wejścia na obiekt sportowy. Chęć skorzystania ze sportowej czy rekreacyjnej infrastruktury musi być wcześniej zgłaszana osobom zarządzającym obiektami. Zakazane będzie korzystania z szatni i węzłów sanitarnych (oprócz WC), zaś osoby trenujące na obiektach sportowych będą zobligowane do obowiązkowej dezynfekcji rąk podczas wchodzenia i opuszczania obiektu. Do tego dezynfekowane będą urządzenia sportowe po każdym użyciu. W rozporządzeniu zapisano także obowiązek korzystania z osobistego sprzętu treningowego lub dezynfekcji ogólnie dostępnego sprzętu po każdym jego użyciu. Nadal można biegać, uprawiać nordic walking, jeździć na rowerze, rolkach czy hulajnodze na otwartym powietrzu.
Terminy kolejnych etapów „odmrażania” na razie nie są jeszcze znane. Kolejne zarządzenie ma dotyczyć otwarcia hal sportowych, siłowni, basenów, klubów fitness czy kręgielni, następne zezwolić na organizację imprez masowych na otwartej przestrzeni dla grup do 50 osób, zaś ostatnie ma znieść zakaz organizacji imprez masowych, czyli z liczbą widzów powyżej 999 osób, ale z zachowaniem restrykcyjnych zasad sanitarnych. To jednak jest na razie bardzo odległa perspektywa, ale w dwóch największych liga sportowych w naszym kraju, czyli piłkarskiej i żużlowej, złagodzenie restrykcji przyjęto z radością.
W myśl postanowień UEFA rozgrywki w PKO Ekstraklasie mogą toczyć się do 20 lipca. Do zakończenia sezonu w naszej najwyższej klasie rozgrywkowej pozostało do rozegrania 11 kolejek – cztery z sezonu zasadniczego i siedem w fazie play off. PZPN planuje też dokończenie zmagań w Pucharze Polski oraz w dwóch zawodowych ligach na zapleczu ekstraklasy. W I lidze i II lidze do rozegrania pozostało po 12 kolejek spotkań. Wszystko wskazuje, że władze PZPN nie zdecydują sie na wznowienie rozgrywek w niższych ligach i wkrótce ogłoszą decyzję o zakończeniu w nich sezonu. Plan wznowienia rozgrywek przez zespoły ekstraklasy został przygotowany przez powołaną w tym celu grupę roboczą ds. wznowienia treningów i rozgrywek, na której czele stanął przedstawiciel Legii Warszawa Tomasz Zahorski, a w jej składzie znaleźli się: Krzysztof Pawlaczyk (Lech Poznań), Piotr Żmijewski (Legia), Marek Jóźwiak (Wisła Płock), Antoni Łukasiewicz (Arka Gdynia), Michał Dutkiewicz (Korona Kielce). Zgodnie z założeniami planu, zawodnicy i sztaby szkoleniowe (po 50 osób z każdego klubu) będą do końca sezonu poddani rygorystycznym procedurom treningowo-medycznym, umożliwiającym bezpieczne zakończenie rozgrywek. Od początku tego tygodnia grupy te rozpoczną 14-dniową izolację sportową oraz codzienne raportowanie według szczegółowej i jednolitej dla całej ligi ankiety medycznej, mające na celu wczesne wykrycie ewentualnych symptomów chorobowych. „Wszystkie kluby wdrożyły już określane planem procedury i przekazują dane z ankiety medycznej. Teraz musimy realizować konsekwentnie zadania postawione w kolejnych etapach. Wymaga to wysiłku, jednak wykonaliśmy ogromną pracę, by było możliwe dokończenie rozgrywek i zamierzamy sfinalizować ten proces z sukcesem” – zapewniaj władze Ekstraklasy SA.
Zaproponowany plan restartu rozgrywek PKO Ekstraklasy wygląda następująco: 3-4 maja – testy zawodników i członków sztabów; od 4 maja – treningi w grupach kilkuosobowych; od 10 maja – treningi zespołowe; 27-28 maja – ponowne testy zawodników i członków sztabów oraz sędziów; 29 maja – pierwsze mecze 27. kolejki; 17-19 lipca – kończąca rozgrywki ostatnia, 37. kolejka ligowa. Ten termin umożliwia udział polskich drużyn w eliminacjach do europejskich pucharów.
Mecze PKO Ekstraklasy aż do odwołania będą rozgrywane przy pustych trybunach. Na stadion będzie mogła wejść minimalna liczba osób, niezbędnych do zapewnienia obsługi meczowej. Liczba osób uczestniczących w meczach po wznowieniu rozgrywek została ograniczona do niezbędnego minimum. Na zdezynfekowanych stadionach będą mogli przebywać tylko piłkarze, członkowie sztabów szkoleniowych, sędziowie, obsługa techniczna obiektów oraz realizatorzy transmisji. Łącznie nie więcej niż 150 osób na każdym meczu.
Z „odmrożenia” skorzysta też żużlowa PGE Ekstraliga. Rozpoczęcie przez nią nowego sezonu wyznaczono na 12 czerwca. Niestety, podobnie jak w lidze piłkarskiej, także w żużlowej rywalizacja toczyć się będzie do odwołania przy pustych trybunach. Zawodnicy zaczną przygotowania 8 maja od 14-dniowej kwarantanny. Rozgrywki potrwają do końca października. Władze PGE Ekstraligi mają jednak do rozwiązania jeszcze problem – muszą porozumieć się z żużlowcami w kwestiach płacowych, bo nie wszyscy z nich akceptują proponowane obniżki wynagrodzeń.
Otwarcie Centralnych Ośrodków Sportu w Spale i Wałczu stworzy możliwość normalnych treningów dla wybranej grupy 250 olimpijczyków, którzy już od 24 kwietnia przechodzą 14-dniową kwarantannę. Proces zabezpieczenia i kontroli pod względem medycznym opracował i będzie nadzorował Centralny Ośrodek Medycyny Sportowej. Poszczególne grupy treningowe zobowiązane zostaną do niekontaktowania się z pozostałymi osobami, zaś treningi będą mogły odbywać się w grupach najwyżej pięcioosobowych. Wszyscy uczestnicy zgrupowań będą mieli zakaz bezpośredniego kontaktu z osobami spoza ośrodka, a także, co oczywiste, nie będą mogli go opuścić. Dodatkowy reżim sanitarny będzie dotyczył między innymi przygotowywania i wydawania posiłków, sprzątania i dezynfekcji pokoi, części wspólnych budynków oraz przejść do obiektów sportowych, a dezynfekcja pomieszczeń treningowych będzie odbywać się po każdej sesji treningowej.

Takiej ligi nie warto ratować

Pandemia koronawirusa nie odpuszcza, zakażonych i zmarłych wciąż przybywa, także w Polsce. Sytuacja jest dramatyczna, bo coraz więcej wskazuje, że Covid-19 wpędzi świat w recesję gospodarczą gorszą nawet od Wielkiego Kryzysu z przełomu lat 20.i 30. ubiegłego wieku. To znaczy, że już za kilka miesięcy miliony ludzi może zostać bez środków do życia lub w najlepszym przypadku z mocno ograniczonymi zarobkami. Nie jest to więc czas na zajmowanie się igrzyskami, gdy grozi brak chleba. Zwłaszcza igrzyskami tak marnej jakości, jakie oferuje nasza piłkarska ekstraklasa. Dlatego dziwi, że premier Morawiecki trwonił swój cenny czas na dyskusję z prezesem PZPN o terminach wznowienia rozgrywek.

Premier Mateusz Morawiecki znalazł w miniona środę czas, żeby spotkać się z minister sportu Danutą Dmowską-Andrzejuk, której towarzyszył prezes PZPN Zbigniew Boniek. Cała trójka lubi popisywać się dostępem do newsów na Twitterze, ale ponieważ niniejszy tekst dotyczy naszej klubowej piłki, przytoczmy relację ze spotkania zdaną przez sternika PZPN na łamach życzliwego mu od lat portalu Interia.pl. „Muszę powiedzieć, że zapaliło się światło nadziei na dokończenie sezonu Ekstraklasy i Pucharu Polski. Ostateczna decyzja dotycząca powrotu rozgrywek powinna zostać podjęta najpóźniej do 11 maja” – zapowiedział Boniek. Prezes PZPN zdradził też przy okazji kilka problemów technicznych, jakie rodzi planowane na 22 maja „odmrożenie” ligowych rozgrywek. „Musimy przygotować protokół uwzględniający zasady bezpieczeństwa, zabezpieczenie medyczne i właściwą logistykę. Będzie on zakładał między innymi przetestowanie na obecność koronawirusa wszystkich piłkarzy i członków sztabów zarówno przed wznowieniem treningów zespołowych, a później także w dniu meczu. Jeżeli się okaże, że ktoś ma wynik pozytywny testu, to gra toczyć się będzie bez niego. Podkreślam, że kluby nie będą korzystać z puli testów na obecność koronawirusa przeznaczonych dla zwykłych obywateli, tylko będzie musiały zakupić je na komercyjnych zasadach. Na razie jeszcze nie postanowiliśmy, kto sfinansuje zestaw testów, być może zrobi to zarządzająca rozgrywkami Ekstraklasa SA. Będę w tej sprawie rozmawiał z władzami spółki, zobaczymy też jak zareagują kluby” – wyjawił prezes Boniek.
Mit niezbędności ligowej kopaniny
Sprzeciwu raczej się nie spodziewa, bo Ekstraklasa SA od dawna czeka, aż rząd zapali zielone światło do wznowienia zawieszonych rozgrywek. „Mamy przygotowany kalendarz, który przewiduje restart na ostatnią dekadę maja. Jeśli nie będziemy mogli wtedy wznowić ligi, a dopiero tydzień lub dwa tygodnie później, to również powinno się to udać” – zapewniał już jakiś czas temu prezes Ekstraklasy SA Marcin Animucki. I zwykle swoje publiczne wystąpienia kończył odwołaniem do ustaleń UEFA. „Priorytetem dla całej piłkarskiej Europy jest dokończenie rozgrywek ligowych. Nie podejmiemy jednak żadnych decyzji bez uprzedniej decyzji władz państwowych o cofnięciu zakazów związanych z epidemią w kraju. Zdrowie uczestników rozgrywek jest bowiem najważniejsze. Musimy jednak brać też pod uwagę to, że jeśli nie wrócimy do gry, klubom grozi bankructwo”.
W rankingu lig europejskich UEFA PKO Ekstraklasa plasuje się aktualnie na początku czwartej dziesiątki zestawienia i raczej nic nie zapowiada, żeby w najbliższych latach poprawiła znacząco swoje notowania. Dobitnym dowodem jej sportowej słabości są klęski doznawane przez nasze klubowe drużyny w kwalifikacjach Ligi Mistrzów i Ligi Europy. Trzeba jednak przyznać, że jako produkt medialny rozgrywki radzą sobie całkiem nieźle, czego potwierdzeniem są rosnące wraz z każdą nową umową wpływy ze sprzedaży praw medialnych. Obecna, wedle której głównymi nadawcami telewizyjnymi są Canal+ i TVP, gwarantuje klubom ekstraklasy blisko ćwierć miliarda złotych rocznie. Dopisują też sponsorzy, wśród których są spółki skarbu państwa – PKO Bank Polski, Lotto, PKN Orlen, a ponadto takie firmy, jak Oshee, Stihl, Adidas, Aztorin czy Kinga Pienińska.
Żeby jednak można było wycisnąć z tych firm ustalone w kontraktach pieniądze, liga musi wznowić rozgrywki, ale nawet jeśli dojdzie do tego pod koniec maja, piłkarze muszą wcześniej wznowić treningi, bo bez tego nie wytrzymają morderczej dawki 11 meczów rozgrywanych co trzy dni, nawet jeśli właściciele klubów znów zaczną im wypłacać pełne wynagrodzenie, obcinane z pewną dozą nieśmiałości podczas trwającej od 13 marca przerwy. Niektóre kluby zezwoliły swoim zagranicznym piłkarzom na świąteczne wyjazdy do ojczystych krajów, więc teraz każdy z tych zawodników będzie musiał przejść dwutygodniową kwarantannę, co opóźni podjęcie przez nich treningów. A obcokrajowcy w naszej lidze stanowią pokaźną siłę, bo na około pół tysiąca piłkarzy zatrudnionych przez 16 klubów ekstraklasy, ponad 40 procent to gracze zagraniczni.
Jeśli wierzyć piłkarskim działaczom, to właśnie ta nieliczna w sumie grupka ludzi konsumuje lwią część klubowych budżetów, a nie można ich z dnia na dzień wywalić na bruk, jak robi się to z innymi pracownikami klubów, których łączną liczbę w ekstraklasie trzeba liczyć na około trzy tysiące osób, bo nad interesami piłkarzy, a także trenerów, parasol ochronny roztaczają wszechwładne UEFA i FIFA.
Nikt nie ma odwagi im podskoczyć, bo grożą natychmiast wykluczeniem ze struktur. Jeden kraj, nawet mocny na arenie międzynarodowej, sam w pojedynkę nie ma szans. Musiałoby się naraz zbuntować kilkanaście, bo wtedy mogłyby w swoim gronie i na przez siebie ustalonych warunkach zorganizować rozgrywki nie tylko w rodzimych ligach, ale też pucharowe i na poziomie reprezentacji.
To oczywiście jest tylko nierealna mrzonką, przynajmniej w tej chwili, bo pandemia nawet nie nadkruszyła jeszcze potęgi futbolowego mocarstwa, zbudowanego na wyzysku i niesprawiedliwości, którego spoiwem jest wpajany nam wszystkim „mit o niezbędności piłkarskiej rozrywki dla życia ludzi i społeczeństw”.
Komu tak naprawdę służy futbol?
Ten właśnie mit jest powodem, dla którego premier Morawiecki, choć z pewnością ma tysiące ważniejszych spraw na głowie, znajduje czas na spotkanie z prezesem PZPN i rozmawia z nim o terminie wznowienia ligowych rozgrywek. Czyżby dał się zwieść propagandowej tezie, iż PKO Ekstraklasa jest największą ligą rozgrywkową w Polsce, której mecze na stadionach oglądają w każdym sezonie dwa miliony Polaków? Bo jeśli tak, to może ktoś powinien mu powiedzieć, że średnia widzów na jednej kolejce ligowej w obecnym sezonie wynosi niespełna 71 tysięcy kibiców. A ponieważ na mecze chodzą regularnie na ogół ci sami pasjonaci, więc de facto piłkarskie stadiony w Warszawie, Krakowie, Kielcach, Gdańsku, Gdyni, Białymstoku, Poznaniu, Wrocławiu, Szczecinie, Łodzi, Zabrzu, Gliwicach, Częstochowie, Lubinie i Płocku odwiedza stale niewiele ponad 140 tysięcy obywateli. Interesuje się wynikami pewnie trochę więcej, ale skoro trybuny stadionów wszędzie świecą pustkami, a na obiekty piłkarskie nasze władze samorządowe i państwowe nie skąpiły w ostatnich 12 latach środków, więc są duże i miejsca na nich jest ponad miarę, nie ma co wciskać kitu, że wszyscy warszawiacy kochają Legię, poznaniacy Lecha, a krakowianie dzielą sie na sympatyków Wisły i Cracovii. Tak dobrze to nie jest.
A jak jest, wystarczy zajrzeć do zestawienia prezentującego średnią frekwencję na stadionach poszczególnych klubów ekstraklasy: Legia Warszawa – 17 151 (pojemność stadionu 33 000 miejsc), Wisła Kraków – 15 442 (33 000), Lech Poznań – 14 941 (42 000), Śląsk Wrocław – 14 560 (42 000), Górnik Zabrze – 13 517 (24 000, stadion w rozbudowie, docelowa pojemność 32 000), Lechia Gdańsk – 10 702 (42 000), Jagiellonia Białystok – 9370 (21 000), Cracovia – 9045 (15 000), Arka Gdynia – 7289 (15 000), Korona Kielce – 5346 (15 000), ŁKS Łódź – 5178 (stadion w budowie, docelowa pojemność 18 000 miejsc), Wisła Płock – 4522 (10 000, ale miasto chce budować nowy obiekt na 12 000 miejsc), Piast Gliwice – 4394 (12 000), Zagłębie Lubin – 4267 (15 000), Pogoń Szczecin – 3699 (czynna tylko jedna trybuna, bo miasto buduje nowy stadion na 18 000 miejsc), Raków Częstochowa – 2973 (gra gościnnie w Bełchatowie, bo Częstochowa dopiero planuje budowę nowoczesnego stadionu na 10 000 miejsc).
Lament o tak zwane dni meczowe
Tak zwany „dzień meczowy” to fachowych terminów wykutych w ostatnich latach przez firmę doradczą Deloitte, która zajmuje się m.in. tworzeniem corocznego raportu „Piłkarska liga finansowa”. Jego autorzy termin ten definiują jako sumę wpływów ze sprzedanych biletów, karnetów, cateringu na stadionie, opłat parkingowych, sprzedaży pamiątek klubowych itp. Z powodu przerwania rozgrywek wpływy z tego źródła spadły praktycznie do zera.
Najwięcej straciły na tym kluby z największą frekwencją, jak Legia Warszawa, Lech Poznań, Wisła Kraków czy Śląsk Wrocław. W poprzednim sezonie Legia notowała z tego tytułu przychody na poziomie 28 mln złotych, co stanowiło 28 procent całości, Lech 13,2 mln zł (23 procent), Wisła Kraków – 7,4 mln zł (28 procent), Jagiellonia – 6,5 mln zł (18 procent). Na drugim biegunie znajdowały się mało popularne nawet w swoich matecznikach Wisła Płock – 0,5 mln zł (3 procent), zdobywca mistrzowskiego tytułu Piast Gliwice – 1 mln zł (4 procent) i sponsorowane przez KGHM Zagłębie Lubin – 1,1 mln zł (3 procent).
To zestawienie pokazuje, że obecne straty klubów z powodu nierozgrywania meczów są mocno zróżnicowane. Gdyby jednak władze nie pozwoliły na dokończenie rozgrywek, to wedle szacunkowych obliczeń Legia straciłaby na tym około 9 mln złotych, Lech 4,5 mln zł, Wisła Kraków 2,5 mln zł, a Jagiellonia 2 mln złotych. Przy budżetach rocznych tych klubów nie są to kwoty, z braku których te kluby byłyby zmuszone ogłosić bankructwo.
Nie jest to też żaden argument, aby zwalniać je z obowiązkowych podatków czy daniny na ZUS, czego po cichu domaga się od władz piłkarskie środowisko. Tym bardziej, że wedle prognoz Deloitte mimo pandemii może się okazać, że ten sezon przyniesie mimo wszystko klubom ekstraklasy rekordowe przychody. Dotychczasowy najlepszy łączny wynik wynosił 578,9 mln zł w 2016 roku, w 2018 spadł do 528 mln zł, ale w tym roku dzięki nowej umowie medialnej może zbliżyć się ponownie do kwoty 600 mln złotych.
Warunkiem osiągnięcia tego celu jest jednak dokończenie rozgrywek. Dla nas, zwykłych obywateli, nie jest to ważna sprawa. To priorytet wyłącznie dla 4-5 tysięcy osób bezpośrednio zaangażowanych w piłkarski biznes, z którego czerpią niczym nieuzasadnione korzyści. Nie dajmy się zwieść ich cynicznej propagandzie. Nawet jeśli ten biznes w obecnej postaci zbankrutuje, to przecież piłka nożna jako sport nie przestanie istnieć. Zostaną stadiony i boiska w większości zbudowane za nasze, społeczne pieniądze. A że życie nie zna pustki, szybko zapełnią je rzesze piłkarzy, kopiących w piłkę dla przyjemności, dla zdrowia, ale i za darmo. Kibice będą przychodzić na ich mecze może nawet tłumniej, niż chodzą teraz na wątpliwej jakości popisy przepłacanych zawodowców. Gdy chleb będzie coraz droższy, a będzie, to chociaż igrzyska muszą być za darmo. Nie zawadziłoby, żeby lewicowi politycy wpisali sobie tę myśl do sztambucha.

Rząd wprowadza zakaz przemieszczania się

Jeszcze surowsze środki zaradcze ogłosił 24 marca rząd Mateusza Morawieckiego w walce z koronawirusem. Od 25 marca Polacy mają wychodzić z domów tylko do pracy i po zakupy. Zgromadzenia zostały zakazane całkowicie, ale matury i wybory prezydenckie odbędą się według planu.

Jeszcze surowsza izolacja ma zapobiec dalszemu rozprzestrzenianiu się koronawirusa. Na konferencji prasowej ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego i premiera Mateusza Morawieckiego poinformowano, iż liczba zachorowań w Polsce zbliża się do 800. Ratunkiem ma być pozostawanie w domach. Od 25 marca Polakom wolno tylko chodzić do pracy i z niej wracać, robić zakupy żywnościowe i spotykać się z członkami najbliższej rodziny. Innych spotkań zakazano.

Puste autobusy

Legalne pozostanie chodzenie do lekarza, chociaż służba zdrowia i tak jest obecnie maksymalnie podporządkowania koronawirusowi. Niezwiązane z epidemią zabiegi są przekładane. Komunikacja miejska nie zostanie zawieszona (po takie rozwiązanie sięgnęła Ukraina), ale pasażerowie będą mogli wykorzystać jedynie połowę normalnie dostępnych miejsc.
Spacery z psem i dla zachowania zdrowia? Tak, ale tylko w najbliższym otoczeniu. Minister Szumowski zastrzegł, że nie wyobraża sobie, by Polacy jeździli na bulwary lub chodzili z dziećmi na plac zabaw. Obostrzenia dotkną nawet kościoły. We mszy na żywo będzie mogło brać udział maksymalnie pięć osób.

Wybory według planu

Nie ma natomiast mowy o przełożeniu wyborów prezydenckich. Mateusz Morawiecki stwierdził, że nie widzi przesłanek do odłożenia głosowania. W ostatnich dniach o takie rozwiązanie apelowali m.in. eksperci Instytutu Batorego, wskazując, że podobne decyzje podjęto już za granicą – Francja zrezygnowała z II tury wyborów samorządowych zaplanowanej na 22 marca, przełożono też trzy stanowe prawybory prezydenckie w amerykańskiej Partii Demokratycznej. – Problemem będzie przygotowanie i zabezpieczenie epidemiologiczne członków obwodowych komisji wyborczych oraz ponad 27 tysięcy lokali wyborczych. Czy w sytuacji wzmożonego zapotrzebowania na środki ochrony osobistej, takie jak maseczki, rękawiczki i płyny dezynfekujące, państwo polskie w obecnej sytuacji jest w stanie zaopatrzyć wszystkie komisje w niezbędne ilości tych produktów, zapewniających odpowiedni poziom bezpieczeństwa ludzi tam pracujących? – komentuje prof. Bartłomiej Michalak z Instytutu Batorego.
W sprawie maseczek, rękawiczek i środków do dezynfekcji coraz więcej alarmujących sygnałów płynie tymczasem ze szpitali. Placówki medyczne w całym kraju apelują o pomoc, wsparcie materialne. Takie są skutki wieloletniego oszczędzania na służbie zdrowia. W tym kontekście słowa Łukasza Szumowskiego o trzech tysiącach wykonywanych testów na dobę mogą być tylko częściowym pocieszeniem.

Co ze szkołą?

Według harmonogramu mają odbyć się również majowe egzaminy maturalne. Tymczasem nauczyciele i dyrektorzy szkół od kilku dni głowili się nad tym, jak organizować nauczanie na odległość – od 25 marca uczniowie mają, zgodnie z decyzją ministra edukacji narodowej Dariusza Piontkowskiego, przyswajać nowy materiał w systemie e-learningu. Przynajmniej w teorii, bo ministerstwo ani nie odpowiada na pytania, jak uczyć dzieci bez stałego dostępu do komputerów, ani jak pracować z uczniami ze specjalnymi potrzebami.

Czy zamkną magazyny Amazona?

Posłowie Lewicy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk i Adrian Zandberg wstawili się w ostatnich dniach za pracownikami Amazon Fulfillment. Polskie magazyny sprzedażowego giganta nie przerwały pracy ani nie zmieniły zasad funkcjonowania przez cały okres epidemii. Pracownicy nadal są dowożeni autobusami do pracy, tłoczą się w firmowych kantynach i szatniach. Niedawno pojawiła się informacja, że jednym z zakażonych jest pracownik magazynu Amazon w Łodzi. Mimo to magazyn pracuje dalej.
Wszyscy Polacy mają natomiast zacząć normalnie pracować po świętach wielkanocnych. Przynajmniej taką nadzieję wyraził dziś premier.

Kubacki i Stoch zakpili z premiera

Po udanym występie w Zakopanem kadra naszych skoczków narciarskich wyruszyła na zagraniczne wojaże. Do Sapporo na kolejne zawody Pucharu Świata pod wodzą trenera Michala Doleżala jadą Dawid Kubacki, Kamil Stoch, Piotr Żyła, Klemens Murańka, Aleksander Zniszczoł i Andrzej Stękała. Natomiast Maciej Kot i Stefan Hula w tym czasie wystartują w konkursach Pucharu Kontynentalnego w Planicy, a Jakub Wolny będzie trenował w kraju.

Po nieudanym dla biało-czerwonych sobotnim konkursie drużynowym na Wielkiej Krokwi, w niedzielę trójka naszych najlepszych obecnie skoczków sprawiła kibicom wielka frajdę w konkursie indywidualny. Po pierwszej serii na czele stawki znajdował się Dawid Kubacki (140 m), a Kamil Stoch (137,5 m) był trzeci. W drugiej próbie trzykrotny mistrz olimpijski oddał jednak fantastyczny skok na odległość 140 metrów i awansował na pierwsze miejsce, natomiast Kubacki tym razem wylądował na 133. metrze i zjechał w klasyfikacji na trzecie miejsce. Naszych skoczków przedzielił Austriak Stefan Kraft, a w czołowej dziesiątce konkursu znalazł się jeszcze Piotr Żyła.
Po tym sukcesie na twarze reprezentantów Polski wrócił uśmiech, a w ich zachowaniu luz i swoboda. Przestali na chwilę bajdurzyć oklepane frazesy o „dwóch różnych skokach” i dali się ponieść fantazji. Zwłaszcza Stoch, który na kolejne zwycięstwo w Pucharze Świata czekał od zawodów w Engelbergu ponad miesiąc, w ostatnich ośmiu konkursach przed Zakopanem wyraźnie ustępował wynikami Kubackiemu (on zajmował miejsca 19., 19., 15., 13., 4., 4., 8., 24., natomiast Kubacki odpowiednio 3., 3., 2., 1., 3., 3., 1., 1.), ale swoje trzy grosze dołożył też Kubacki. Na konferencji obaj nasi skoczkowie świetnie się bawili przygadując sobie nawzajem (Kubacki: „Kamilowi się dzisiaj udało mnie pokonać, miała farta”, Stoch: „Przyznam szczerze, pokonałem Dawida dopiero jak już przestałem wierzyć, że uda mi się to zrobić). Ale prawdziwe show obaj dali po kolejnym pytaniu, jakie zadali Kubackiemu dziennikarze ciekawi na co zamierza wydać 100 tysięcy złotych przyznanych mu w formie nagrody specjalnej przez premiera Mateusza Morawieckiego za zwycięstwo w Turnieju Czterech skoczni. Tak przy okazji – premier wyskoczył z tym jak Filip z konopi i jeśli chciał osiągnąć tym nader hojnym gestem jakiś korzystny dla siebie efekt propagandowy, to się pomylił w rachubach. Dla porównania – sto tysiące złotych to niemal roczne stypendium olimpijczyka z grupy A, albo 2,5-krotność rocznego dofinansowania dla najzdolniejszych sportowców z puli ministerstwa sportu (jeszcze za kadencji ministra Witolda Bańki wynosiło ono 40 tys. złotych).
Kubacki, który i bez dosypanych mu przez premiera pieniędzy jest najlepiej zarabiającym polskim skoczkiem w tym sezonie (zarobił do tej pory tylko z oficjalnych premii około 400 tys. złotych), najwyraźniej był trochę zaskoczony tym niespodziewanym prezentem, a ponieważ sprawa była świeża, nikt z działaczy PZN nie zdążył go poinstruować, co ma mówić mediom w tej sprawie. Tak więc zapytany o to przez dziennikarzy, odpowiedział tak: „Węgla se kupię i będę palił cały rok. Będę miał 60 stopni w lato i nie będę musiał jechać na wakacje”. Chwilę później temat podchwycił Stoch, bo zapytany przez otępiałych już od ciągłego chwalenia skoczków żurnalistów, co by wziął od Kubackiego, wypalił zanim zdążyli wyłuszczyć do końca o co im chodzi: „To ja bym chciał te sto tysięcy od Dawida”. A potem, nie bardzo wiadomo czy na żarty, czy na serio, dorzucił jeszcze z lekką ironią: „Szkoda, że takich premii nie rozdawano za zwycięstwa w innych turniejach”. Prezes PZN Apoloniusz Tajner pewnie z tych trochę kpiących wypowiedzi obu gwiazdorów nie był zadowolony, bo z pewnością nie pomogą mu w kwerendzie po dodatkowe pieniądze z państwowego budżetu.
Zdyscyplinować jednak Kubackiego i Stocha nie bardzo jest w stanie, bo dzisiaj pomyślność polskich skoków narciarskich zależy od tych dwóch zawodników. No i jeszcze trochę od Piotra Żyły. Reszta naszych skoczków to obecnie druga liga, czego dowodem jest wymiana połowy składu kadry na najbliższe zawody Pucharu Świata w Sapporo. Trener Doleżal wziął z kadry B Klemensa Murańkę, Aleksandra Zniszczoła i Andrzeja Stękałę, zaś Macieja Kota i Stefana Hulę posłał na konkursy Pucharu Kontynentalnego do Planicy (ponadto pojadą tam Adam Niżnik, Paweł Wąsek, Tomasz Pilch i Kacper Juroszek, a z nimi, co ciekawe, pojedzie też Adam Małysz), zaś Jakuba Wolnego zostawił w kraju, żeby porządnie potrenował i odzyskał formę z poprzedniego sezonu.
Zniszczoł i Stękała skakali w Zakopanem. Pierwszy zajął 35. miejsce, a drugi nie przeszedł kwalifikacji. Zachwycił za to Murańka, który w tym czasie startował w zawodach Pucharu Kontynentalnego właśnie w Sapporo i w niedzielę nawet na skoczni Okurayama pewnie zwyciężył. Ciekawe czy w Pucharze Świata potwierdzi zwyżkę formy…

Po co komu PPK?

Od kilku miesięcy, bez szerszej dyskusji rząd Mateusza Morawieckiego wprowadza tzw. Pracownicze Plany Kapitałowe. Z korzyścią dla Polaków? Niestety, tu można mieć zasadnicze wątpliwości.

Parlamentarna większość na czele z Prawem i Sprawiedliwością krytycznie oceniła projekt Lewicy, aby podnieść minimalną emeryturę do 1600 zł brutto, znieść limit trzydziestokrotności przy płaceniu składek emerytalnych i wprowadzić maksymalną emeryturę wysokości sześciokrotności minimalnego wynagrodzenia. W zamian emeryci dostaną jednorazową „trzynastkę” tuż przed wyborami. Niezależnie jednak od tego, które rozwiązanie jest lepsze, równolegle rząd wdraża dość daleko idącą zmianę całego systemu emerytalnego, która pokazuje, jaki jest kierunek działania PiS-owskiej władzy.

Znowu prywatne fundusze

Oto bowiem od kilku miesięcy, bez szerszej dyskusji rząd Mateusza Morawieckiego wprowadza tzw. Pracownicze Plany Kapitałowe. W swoich założeniach jest to powszechny, dobrowolny, a przede wszystkim w pełni prywatny filar systemu emerytalnego. Rozwija się on poprzez wprowadzenie dodatkowych składek emerytalnych po stronie pracowników i pracodawców. Pracownik ma płacić co najmniej 2 proc.wynagrodzenia netto, a kolejne 1,5 proc.ma dopłacać pracodawca z możliwością zwiększenia wpłat do 4 proc.tak od pracownika, jak i pracodawcy. Dodatkowe środki ma dopłacać państwo: 250 zł opłaty powitalnej oraz co roku 240 zł. Rząd argumentuje, że podstawowym celem PPK będzie zwiększenie stopy oszczędności Polaków oraz zapewnienie dodatkowego zabezpieczenia finansowego po osiągnięciu przez nich wieku emerytalnego lub nabyciu uprawnień emerytalnych.

Niestety w praktyce nie wygląda to tak wesoło. PPK mają obsługiwać towarzystwa funduszy inwestycyjnych, czyli w pełni komercyjne instytucje, mające daleko idącą swobodę działalności i narażone na wahania wartości w zależności od koniunktury gospodarczej. W sytuacji kryzysu fundusze mogą zbankrutować i państwo nie ma wpływu na ich kondycję.

Zły ZUS, wspaniały rynek

W takiej sytuacji okazałoby się, że gdy ludzie zostaną pozbawieni dużej części emerytur, państwo będzie jedynym podmiotem, które będzie w stanie im pomóc. Do tego czasu będziemy słyszeć o podłym ZUS-ie i niezwykle potrzebnym i dobrze funkcjonującym filarze komercyjnym systemu emerytalnego.

Sam sposób wdrażania PPK może budzić poważne wątpliwości. Oto bowiem przynależność do PPK nie jest obowiązkowa, ale domyślna, a więc jeżeli ktoś nie chce się zapisywać do PPK, to musi złożyć stosowną deklarację. Jeżeli nie robi nic, to jest wpisany w system. Na dodatek w deklaracji rezygnacji z PPK czytamy o zaletach programu i negatywnych skutkach wypisania się z niego, co też budzi poważne wątpliwości i rodzi podejrzenie o powiązanie rządu z prywatnymi podmiotami. Trudno taki tryb uznać za właściwy. Państwo powinno informować o plusach i minusach komercyjnych programów, a nie zachęcać ludzi do korzystania z nich.

Dlaczego państwo to robi?

Można też mieć wątpliwości co do państwowego wsparcia dla firm obsługujących PPK. Czy nie jest to niedozwolona pomoc dla sektora prywatnego? Trudno zrozumieć, dlaczego państwo ma dofinansować prywatne fundusze, nie mając wpływu na podejmowane przez nie decyzje. W przypadku bankructwa firmy zarządzającej PPK stracą nie tylko bezpośrednio zainteresowani, ale też zostaną zmarnotrawione środki budżetowe.

Pod tym względem znacznie lepszym rozwiązaniem byłoby po prostu podniesienie składek na ZUS. Kontrolę nad ZUS-em bezpośrednio sprawuje państwo. Kontrolę nad prywatnymi funduszami sprawują wyłącznie ich właściciele, którzy nie muszą się liczyć z wolą i oczekiwaniami społeczeństwa.

A czego społeczeństwo oczekuje? Pomimo nachalnej propagandy na rzecz Pracowniczych Planów Kapitałowych, poziom partycypacji w systemie jest relatywnie niski. Jeszcze pod koniec sierpnia 2018 r., składając do Sejmu projekt ustawy o pracowniczych planach kapitałowych, pomysłodawcy szacowali poziom partycypacji na 75 proc. Póki co, okazuje się, że te szacunki były kompletnie nierealistyczne. Jego pierwszy etap skierowany do największych firm, czyli takich, które zatrudniają co najmniej 250 osób, formalnie się zakończył i przystąpiło do niego tylko ok. 40 proc.uprawnionych.

Pracownicy tego nie chcą

Zarazem Polacy krytycznie oceniają wdrożenie PPK. Z przeprowadzonego kilka miesięcy temu badania wynikało, że aż 65 proc.Polaków nie wie, jaką decyzję podejmie w sprawie partycypacji w Pracowniczych Planach Kapitałowych. Co czwarty uważał, że PPK ma więcej zalet niż wad, a jedynie co piąty popierał program. Te dane pokazują klęskę polityki informacyjnej rządu – wdrażany jest program, o którym większość obywateli nie ma wiedzy, a wśród osób mających wyrobioną opinię, przeważa krytycyzm.

Mimo to premier jest zdeterminowany. W swoim sejmowym expose ogłosił, że ochronę PPK trzeba wpisać do Konstytucji. Skąd taka determinacja we wdrażaniu niepopularnego rozwiązania i jaki jest rzeczywisty cel ustawy? Odpowiedź być może poznamy, śledząc powiązania partii rządzącej z firmami obsługującymi PPK i skład ich rad nadzorczych.

Premier w roli ministra sportu

Mateusz Morawiecki w nowym rządzie PiS przejął na chwilę także tekę ministra sportu, bo rządząca koalicja nie potrafiła szybko znaleźć następy dla Witolda Bańki, który wolał pracę szefa Światowej Agencji Antydopingowej (WADA). Premier zdążył tylko zmienić prezesa Stadionu Narodowego w Warszawie.

W miniony poniedziałek Alicja Omięcka, pełniąca funkcję prezesa zarządu spółki PL.2012+, czyli operatora stadionu PGE Narodowy, została zdymisjonowana, a dzień później premier – minister sportu powołał na jej miejsce Włodzimierza Dolę. Głównym zadaniem nowego szefa największego piłkarskiego stadionu w Polsce ma być rozwiązanie powtarzającego się w każdym meczu problemu z nawierzchnią boiska, bo ponoć to premier Morawiecki obiecał piłkarzom reprezentacji Polski. Z medialnych przecieków wynika, że inicjatywa zmiany we władzach spółki zarządzającej Stadionem Narodowym wyszła z kancelarii premiera, a polecenie wykonał szef KPRM Michał Dworczyk.

Wygląda jednak na to, że premier Morawiecki nie ma ochoty na dalsze sterowanie resortem sportu, bo po wielu personalnych przymiarkach w końcu publicznie poinformował, kto ostatecznie zastąpi Witolda Bańkę. Nowym ministrem (lub ministrą, jak kto woli) ma być Danuta Dmowska-Andrzejuk. Morawiecki, jak Donald Trump, wieść tę ogłosił za pośrednictwem Twittera. A napisał tak: „Przedstawiam Państwu kandydatkę na urząd Ministra Sportu. Utytułowana szpadzistka, silna i zdecydowana kobieta sukcesu, błyskotliwa rozmówczyni. Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że Danuta Dmowska-Andrzejuk jak mało kto ma złote ręce do sportu. I oby tak pozostało! Cieszę się, że będziemy mogli współpracować”.
Po takim oświadczeniu sprawa chyba powinna być przesądzona.

 

Opowieści Pinokia

Znacie? Znamy! No to posłuchajcie! Premier zafundował nam powtórkę z rozrywki, tyle, że niezbyt śmieszną.

W swoim exposé Mateusz Morawiecki w dużej mierze powtórzył swoją standardową narrację o mesjańskiej roli PiS w historii III RP. Szansa („moment dziejowy”), przed jaką stanęła Polska w 1989 roku, została „tylko częściowo wykorzystana”. Co gorsza, „neoliberalizm spowodował mętlik pojęciowy i bałagan w systemie wartości” – mówił premier. I chociaż kraj się trochę rozwinął, a nawet „udało się przezwyciężyć wiele bolączek PRL”, to przy okazji „wyprzedaliśmy srebra rodowe”, utraciliśmy przemysł i uzależniliśmy się od zagranicy.
Jak mówił, realizowano u nas „model rozwoju oparty na przekonaniu, że Polska ma dostarczać taniej siły roboczej” – model, który „pasował innym, ale podcinał gałąź nam”. Jednak w 2015 roku nastąpił przełom: niepodzielną władzę zdobyło Prawo i Sprawiedliwość, „złapaliśmy w żagle wiatr historii” i „przebiliśmy rozwojowy szklany sufit”. Rząd pod przewodnictwem Morawieckiego „naprawia polskie sprawy jak nikt dotąd po 1989 roku”.
Potem premier przeszedł do kolejnego etapu: tworzenia „Polski wielkich projektów, które będą oznaczały realny skok cywilizacyjny naszego kraju”, tworzenia „potencjału, który można porównać z największymi przedwojennymi programami rozwojowymi”.

Bajeczki dla naiwnych

Przedstawiona przez Morawieckiego interpretacja historii Polski po 1989 roku mija się z faktami. Polska jest liderem wzrostu gospodarczego spośród wszystkich krajów transformacji i mimo odziedziczonej po PRL spuścizny, szybko nadrabiała zaległości rozwojowe względem najbogatszych krajów, nie natrafiając po drodze na żaden „rozwojowy szklany sufit”.
Po 2015 r. polityka gospodarcza PiS nie dała impulsu rozwojowego rzekomo pogrążonej w stagnacji Polski. Działania PiS w rzeczywistości podkopywały rynkowe fundamenty wcześniejszego wzrostu. Jednak dzięki dobrej koniunkturze w gospodarce światowej Polacy mogli się dalej cieszyć poprawą poziomu życia (która postępowała przez poprzednie 25 lat).
Zmiana stanu finansów publicznych w okresie rządów PiS to efekt przede wszystkim dobrej koniunktury. Jeśli chodzi o malejący dług publiczny, należy zaznaczyć, że w latach 2015–2019 dług publiczny w stosunku do produktu krajowego brutto zmniejszyło poza Polską 25 krajów Unii Europejskiej. Z kolei „zrównoważony budżet” na 2020 rok opiera się na dochodach jednorazowych (1 proc. PKB) i dotyczy wyłącznie budżetu państwa, który stanowi zaledwie połowę całego sektora finansów publicznych.
Po wyeliminowaniu dochodów jednorazowych i uwzględnieniu całości wydatków publicznych, deficyt wyniesie 1,2 proc. PKB (w roku, w którym połowa krajów UE będzie miała nadwyżkę). Rząd PiS do „zrównoważenia” budżetu stosuje też różne sztuczki: np. w celu sfinansowania trzynastej emerytury chce sięgnąć po pieniądze z Solidarnościowego Funduszu Wsparcia Osób Niepełnosprawnych
Pozostanie na dotychczasowym kursie obranym przez PiS w 2015 r., w końcu odbije się negatywnie na procesie doganiania Zachodu. Wielkie projekty Morawieckiego nie oznaczają wcale „realnego skoku cywilizacyjnego naszego kraju”. Takiego skoku Polska dokonała, zastępując socjalizm gospodarką rynkową. Działania PiS prowadzą do ograniczenia wolności ekonomicznej, spadku aktywności zawodowej i upolitycznienia gospodarki przez rozrost sektora państwowego. W długim okresie oznacza to zahamowanie dotychczasowej konwergencji.

Megalomania i demagogia

Morawiecki stwierdził, że rządy PiS „naprawiają polskie sprawy jak nikt dotąd po 1989 roku”. To już zakrawa na megalomanię. Pierwsze rządy po 1989 r. musiały zmierzyć się ze spuścizną ponad czterech dekad socjalizmu, której przejawami były chociażby hiperinflacja, dominacja państwowych monopoli, brak cen rynkowych. PiS natomiast swoimi działaniami (obniżającymi aktywność zawodową, ograniczającymi wolność gospodarczą i zwiększającymi rozmiar upolitycznionego sektora państwowego w gospodarce) ogranicza potencjał budowany przez poprzednie 25 lat.
W czasie rządów PiS Polska nie przebiła wcale „rozwojowego szklanego sufitu” – dlatego że wcześniej w taki „rozwojowy szklany sufit” nie uderzyła. Od 1992 r. Polska stale nadrabiała dystans do najbardziej rozwiniętych gospodarek świata, dochodząc w bieżącym roku do poziomu 62 proc. PKB per capita (według parytetu siły nabywczej) krajów grupy G7 (podobny trend wzrostowy można zaobserwować w zestawieniu z każdą rozwiniętą gospodarką lub zbiorem takich gospodarek).
W konsekwencji nieprzerwanego od niemal trzech dekad doganiania Zachodu, obecnie dochody Polaków w stosunku do dochodów mieszkańców najbogatszych krajów są najwyższe w historii – nie ma w tym jednak zasługi PiS. Ponadto nie wiadomo, czy Polsce uda się ostatecznie osiągnąć poziom rozwoju najbogatszych krajów, co wynika z tego, że powoli wyczerpują się dotychczasowe rezerwy wzrostu, a coraz większym problemem staje się struktura demograficzna polskiego społeczeństwa. Nie zważając na to, PiS podjęło wiele działań, które wpłyną negatywnie na dalszy rozwój gospodarczy (np. odwróciło reformę stopniowo podnoszącą wiek emerytalny).
Demagogiczną tezę, że w Polsce realizuje się model bazujący na „taniej sile roboczej”, słyszymy od lat. Powtarzają ją ci politycy, którzy liczą na zdobycie poparcia wśród osób nierozumiejących tego, że płace są pochodną wydajności pracy, która w zacofanej za sprawą dziesięcioleci realnego socjalizmu Polsce była po prostu niska – uważa Forum Obywatelskiego Rozwoju.
PiS nie skończyło z modelem „taniej siły roboczej”, bo takiego modelu nigdy w Polsce nie stosowano. Kiedy dzięki udanym reformom rynkowym wydajność zaczęła szybko rosnąć, wraz z nią zaczęły rosnąć płace.
Morawiecki dodał też, że ów model „pasował innym, ale podcinał gałąź pod nami, dlatego z tym skończyliśmy”, sugerując istnienie jakiegoś spisku. Nie wiadomo, kogo miał on na myśli, mówiąc o „innych”, jeśli jednak chodziło mu o inwestorów zagranicznych, to nie można się z tym zgodzić – bo jak wskazuje FOR, za sprawą konkurencji firmy płacą swoim pracownikom tyle, ile są w stanie. A dzięki kolejnym inwestycjom firmy zagraniczne były w stanie płacić polskim pracownikom coraz więcej.

Zwijanie inwestycji

Wielu ekonomistów od lat wskazuje na niską stopę inwestycji jako hamulec dla dalszego wzrostu polskiej gospodarki. W lutym 2016 roku, ogłaszając „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, Morawiecki zapowiedział: „Inwestycje mają stanowić powyżej 25 proc. PKB. Będziemy dążyć w tym kierunku”.
Jednak za rządów PiS stopa inwestycji spadła, co pokazuje, jak odstraszająco na inwestorów wpłynęły nieprzewidywalne zmiany prawa oraz atak na niezależność sądów. W 2017 r. stopa inwestycji osiągnęła najniższy poziom od 1995 r. Pomimo nieznacznego odbicia w ostatnich kwartałach wciąż jest ona o ok. 2 proc. PKB niższa niż w 2015 r. Przez cztery lata rządów PiS wzrósł za to istotnie stan należności z tytułu kredytów konsumpcyjnych – aż o 26,3 proc. (wobec wzrostu o 6,5 proc. w ostatnich czterech latach rządów PO-PSL).
Morawiecki niejednokrotnie już przedstawiał fałszywy obraz działań inwestorów zagranicznych w Polsce w latach 90. Np. podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w ubiegłym roku stwierdził, że całość dywidend wypłacanych inwestorom zagranicznym jest czerpana przez „ten kapitał z prywatyzacji”.
To nieprawda. Inwestorzy zagraniczni kupowali prywatyzowane przedsiębiorstwa, ale nie na tym skupiali swoją działalność: większość lokowanych w Polsce środków przeznaczali na tworzenie inwestycji od podstaw, rozbudowę już posiadanych zakładów czy przejęcia prywatnych firm.
Wcześniejsze rządy chętnie przyjmowały inwestycje zagraniczne, jednak nie w celu rzekomej „wyprzedaży polskich sreber rodowych”, lecz po to, by dzięki nim zwiększać produktywność polskiej gospodarki.
Ogłaszając „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, Morawiecki zapowiedział też, że wydatki na badania i rozwój wzrosną do 2 proc. PKB w 2020 r. Oprócz tego przedstawił wówczas także osiem innych kryteriów, które miałyby zostać spełnione do 2020 r.
Podczas exposé w żaden sposób nie nawiązał do celów zapowiedzianych 3,5 roku wcześniej. Pochwalił się tylko tymi wskaźnikami, które wzrosły.
Udział wydatków na badania i rozwój w PKB rośnie od lat, a w ubiegłym roku wyniósł 1,21 proc. – wciąż to jednak daleko do zapowiadanego w planie Morawieckiego, a w exposé przemilczanego, celu 2 proc.
Morawiecki pochwalił się też wzrostem liczby oddawanych mieszkań: „W latach 2011–2014 oddawano do użytku średnio 143 tysięcy mieszkań. W latach 2017–2020 będzie to ponad 200 tysięcy mieszkań”. To prawda, że w ostatnim czasie jesteśmy świadkami boomu budowlanego i liczba oddawanych mieszkań rośnie. Nie jest to jednak zasługa programu „Mieszkanie+”. W ramach tego programu oddano do tej pory zaledwie 867 mieszkań (co być może nie jest jednak złą wiadomością, biorąc pod uwagę, że państwowy PFR buduje w małych miejscowościach, które Polacy opuszczają w poszukiwaniu lepiej płatnej pracy w metropoliach).
W marcu 2017 r. rząd przyjął „Plan Rozwoju Elektromobilności”, który roztaczał wizję miliona pojazdów elektrycznych na polskich drogach do 2025 r. Dwa i pół roku później – zaraz przed wyborami parlamentarnymi – przyjął jednak stojącą z nim w sprzeczności „Strategię Zrównoważonego Rozwoju Transportu do 2030 r.”.
Według „Strategii” w Polsce samochodów ma być nie milion, lecz 600 tysięcy, nie elektrycznych, lecz elektrycznych i hybrydowych, i nie do 2025 lecz do 2030 roku. W exposé Morawiecki oświadczył jednak, że rząd program elektromobilności rozwija. Rozwój ten przedstawia się tak, że w ostatnich czterech kwartałach zarejestrowano w Polsce 2291 nowych elektrycznych samochodów pasażerskich, które stanowiły 0,4 proc. ogółu zarejestrowanych nowych samochodów pasażerskich w Polsce (przy średniej dla 24 krajów UE, dla których dostępne są dane, na poziomie 2,7 proc.).

Wciąż emigrujemy (nie do Anglii)

Morawiecki porównał emigrację milionów Polaków do „wielkiej daniny, którą Polska zapłaciła bogatym krajom Zachodu” – a następnie dodał, że „taka danina od biednych dla bogatych nie jest normalna”. Podsumowując temat, powiedział, „państwo wysokich standardów musi z tym skończyć”.
Oczywiście emigracja jest indywidualną decyzją ludzi, którzy pragną poprawić warunki swojego życia. Państwo może ograniczyć emigrację na dwa sposoby: prowadząc politykę służąca rozwojowi gospodarczemu, która owoce przyniesie po latach, albo, wzorem NRD, postawić na granicy mur.
Obecny poziom rozwoju Polski nie jest jeszcze na tyle wysoki, by emigrację zatrzymać, a tym bardziej cofnąć. Przyczyn spadku liczby emigrantów w ubiegłym roku (według Głównego Urzędu Statystycznego o 85 tysięcy) należy szukać zatem w innych czynnikach.
Przyglądając się zmianom liczby polskich emigrantom w poszczególnych krajach, zauważymy, że istotnie zmniejszyła się ona tylko w Wielkiej Brytanii (o blisko 100 tysięcy), natomiast w innych krajach zmiany były niewielkie (przy czym liczba polskich emigrantów w tych krajach wzrosła o 13 tysięcy). Najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem tego stanu rzeczy wydaje niepewność związana z brexitem.
W perspektywie najbliższych dekad Polska staje przed nowymi wyzwaniami, które mogą zahamować proces doganiania Zachodu. Problemem staje się zwłaszcza demografia. Co prawda w exposé mogliśmy usłyszeć zapowiedź „wielkiej strategii demograficznej”, ale nawet jeśli nie okaże się ona równie bałamutna jak „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, to jej pozytywny wpływ na rynek pracy odczujemy nie wcześniej niż za 20 lat. Tymczasem w obliczu spadającej liczby Polaków w wieku produkcyjnym rząd odwrócił reformę stopniowego podnoszenia wieku emerytalnego. Dlatego nawet jeśli w najbliższych latach uda się wysoki na tle strefy euro wzrost utrzymać (chociaż Międzynarodowy Fundusz Walutowy prognozuje inaczej), to w dłuższej perspektywie przy niezmienionej polityce społecznej i gospodarczej Polska przestanie doganiać Zachód.

W uścisku zakazów

Przez ostatnie cztery lata PiS zajmowało się wprowadzaniem nowych ograniczeń, takich jak zakaz handlu w niedziele, ograniczenia w otwieraniu nowych aptek czy ograniczenia w obrocie ziemią rolną. Zapowiadając w 2017 r. podczas Kongresu 590 słynną „konstytucję biznesu”, która miała określać „fundamenty ustroju gospodarczego Polski w duchu wolności gospodarczej”, Morawiecki zagroził przedsiębiorcom: „Tylko nie posuwajcie się za daleko, żeby nie dać nam pretekstu do nowelizacji prawa karnego”.
Podczas exposé Morawiecki powiedział, że „obowiązkiem państwa jest tworzenie przewidywalnego prawa pozwalającego na planowanie inwestycji”. Symbolem nieprzewidywalności PiS w tworzeniu prawa jest ustawa ustanawiająca dniem wolnym 12 listopada 2018 roku. Projekt poselski trafił do Sejmu na trzy tygodnie przed planowanym dniem wolnym i został szybko przegłosowany, a następnie podpisany przez prezydenta Andrzeja Dudę. Innym symbolem jest zniesienie tzw. 30-krotności. Dopiero w drugiej połowie listopada wyjaśniło się, że od 1 stycznia 2020 roku jednak nie wzrosną składki na ZUS dla najlepiej zarabiających pracowników. Nic dziwnego, że w ostatnich latach pogarsza się wcześniej stopniowo poprawiana pozycja Polski w rankingach konkurencyjności i wolności gospodarczej (mimo że podobno „Bank Światowy docenia nowy polski model rozwoju”).
O ekspansji międzynarodowej, mającej przejawiać się we wzroście inwestycji zagranicznych polskich przedsiębiorstw, Morawiecki mówił już w lutym 2016 r., gdy ogłaszał „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”. Od tego czasu stan polskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych zmniejszył się o 14 proc. Biorąc pod uwagę ów wynik, możemy w obliczu tej zapowiedzi spodziewać się dalszych spadków.
W każdym razie, do osiągnięcia deklarowanego w planie Morawieckiego celu, polskim inwestorom zagranicznym jest, według ostatnich danych, dalej niż przed przejęciem władzy przez PiS.

Bariera dla rozwoju

Zaczerpnięty z programu Koalicji Obywatelskiej tzw. estoński CIT, czyli przesunięcie poboru podatku dochodowego od osób prawnych na moment wypłaty przez nie zysku, jest sam w sobie dobrym pomysłem. Wątpliwości budzi natomiast to, że taką konstrukcję Morawiecki chce zastosować tylko wobec mikro – i małych spółek kapitałowych. Od niedawna płacą one niższy CIT na poziomie 9 proc., czym premier nie omieszkał się w exposé pochwalić.
Rzecz jednak w tym, że zmiana ta, zamiast normalnej progresji, wprowadziła dwie zależne od obrotu liniowe stawki CIT. Jeśli spółka przekroczy próg 2 milionów euro przychodów rocznie, to będzie musiała od całego zysku zapłacić CIT według stawki 19 proc. Tym samym powstała zniechęcająca do rozwijania firm luka, w której (przy stałej rentowności sprzedaży) wzrost zysku brutto przekłada się na spadek zysku netto. Prezentując „Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”, Morawiecki zadeklarował: „Chcemy, żeby te mikro stawały się małe, małe coraz większe, ale te większe żeby stawały się naprawdę międzynarodowymi graczami”. Postawił też cel „wzrostu udziału tych dużych i średnich firm do poziomu powyżej 22 tysięcy” w 2020 r. Z drugiej strony wprowadza rozwiązania zniechęcające firmy do wzrostu. Nie inaczej zadziała tzw. estoński CIT, jeśli jego obowiązywanie będzie ograniczone tylko do mniejszych firm. A do osiągnięcia celu z planu Morawieckiego, jest obecnie równie daleko jak przed dojściem PiS do władzy.

Nierychliwe i niesprawiedliwe

PiS zaczęło walkę z niezależnością wymiaru sprawiedliwości jeszcze pod koniec 2015 roku. Sądy jednak nie zaczęły za sprawą kolejnych ataków obozu rządzącego pracować lepiej. Wręcz przeciwnie.
Pogłębił się, istniejący jeszcze przed zmianami wprowadzonymi przez PiS, problem przewlekłości postępowań. Średni czas trwania postępowania w sądach powszechnych wzrósł z 4,2 miesiąca w 2015 r. do 5,4 miesiąca w ubiegłym roku. Jednak skrócenie czasu rozpatrywania spraw nie rozwiąże problemów, które stworzyło PiS przez ostatnie cztery lata.
O jakości wymiaru sprawiedliwości świadczy nie tylko szybkość działania sądów, lecz także ich niezależność (w rankingu „Doing Business” pod względem szybkości sądowego egzekwowania umów wyprzedzają Polskę takie kraje jak Uzbekistan, Białoruś, Azerbejdżan i Rosja, które trudno uznać za wzór do naśladowania, jeśli chodzi o funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości). A co do tego, nie można oczekiwać, że PiS cofnie wprowadzone w poprzedniej kadencji zmiany
Reasumując: działania PiS prowadzą do ograniczenia wolności ekonomicznej, spadku aktywności zawodowej i upolitycznienia gospodarki.

 

Polski kołtun w technologii 5G

Czy postulowane społeczeństwo przeszłości może mieć w Polsce przyszłość?

Pan premier Mateusz Morawiecki mógłby być znakomitym, domowym sprzedawcą odkurzaczy. Z przejmującym uśmiechem wciskać naiwniakom każdy zachwalany produkt. Mówić to, czego klienci od niego oczekują.
Czarować, słodzić im, że „POLACY TO WIELKI NARÓD Z WIELKĄ PRZYSZŁOŚCIĄ”.
I teraz „CZAS NA WIELKĄ PRZYSZŁOŚĆ”.
Na „NOWOCZESNE PAŃSTWO DOBROBYTU”.
Obiecywać wszystko. I wszystkim.
Emigrantom – radosny powrót do Ojczyzny.
Repatriantom ze biednego Wschodu – europejski dobrobyt i w pakiecie dodatkowym bezwizowe wyjazdy do USA.
Emerytom – trzynastą i czternastą emeryturę oraz wypasione Domy Seniora.
Kobietom – taka samą płacę jak mężczyźni.
Pracownikom – akcjonariat pracowniczy.
Krajowym przedsiębiorcom – wparcie i obniżenie podatków.
Zagranicznym przedsiębiorcom – wsparcie i obniżenie podatków.
Polskim przedsiębiorcom – repolonizację zagranicznych firm.
Zagranicznym firmom – dalszy rozwój ich firm.
Nauczycielom – podwyżki płac.
Uczniom – tysiąc „zero emisyjnych” szkół.
Kierowcom indywidualnym – milion elektrycznych samochodów, tym razem dostawczych.
Kierowcom wielodzietnym – prawo do jazdy „bus pasem”.
Pieszym – bezpieczeństwo na pasach oraz przywrócenie połączeń PKS i PKP.
Księżom – bezpieczeństwo od ideologii LGBT i lekcji wychowania seksualnego.
Ambitnym – wielkie inwestycje industrialne.
Sfrustrowanym – zmianę Konstytucji RP.
Wstydliwym – zniesienie „poprawności politycznej”.
„POLSKOŚĆ TO NORMALNOŚĆ”, powtarza pan premier.
Ale dla niego ”normalność” to XIX wieczny model narodowo – katolickiej rodziny. Archaicznej już dzisiaj. Rodziny traktowanej jako „Pierwszy Bastion IV RP”.
Kierując się zapewne wynikami sondaży opinii publicznej, pan premier obiecał popularne w społeczeństwie lewicowe postulaty, lecz opakowane w konserwatywną, narodowo-katolicką obyczajowość. Bo uznał, że tak łatwiej się sprzedadzą.
Zechciał połączyć archaiczny model polskiej rodziny z czwartą rewolucją technologiczną.
Zabrzmiało to niewiarygodnie. Nie tylko dlatego, że pan premier prezentując nowe obietnice nie zająknął się od jakże licznych, składanych i niespełnionych obietnicach w czasie czterech ostatnich lat jego rządów i jego formacji politycznej.
Zabawne, że pan premier znowu obiecał oszczędności w administracji państwowej. I oczywiście nie wspomniał, że stoi na czele rządu składającego się z aż dwudziestu ministerstw.
Nie wspomniał o armii wiceministrów, których PiS i jego parlamentarni sojusznicy zamierzają jeszcze wykreować.
Czy Polacy to wielki naród, bo mają wielki liczebnie rząd?
Pan premier Mateusz Morawiecki mógłby być znakomitym, domowym sprzedawcą odkurzaczy. Z przejmującym uśmiechem wciskać naiwniakom Każdy zachwalany produkt. Mówić to, czego klienci oczekują. Czarować ich.

W chwili zamykania tego wydania rozpoczynała się debata nad expose pana premiera Mateusza Morawieckiego. Wrócimy do niej w następnym wydaniu.