Rocznica po pisowsku

Żeby wszyscy rządzący mogli się pokazać w TVP, obchody 80. rocznicy 1 września 1939 roku rozbito na 3 uroczystości.

W tej o świcie, na Westerplatte oprócz premiera uczestniczyli wicepremier Piotr Gliński i szef MON Mariusz Błaszczak. Obecna była delegacja z Komisji Europejskiej z jej wiceprzewodniczącym Fransem Timmermansem.
Timmermans oprócz penegiryku ku czci polskich żołnierzy przywołał Czesława Miłosza, który „pokazał, że można być dumnym ze swojej tożsamości, a jednocześnie być ciekawym innych”.
Premier Morawiecki stwierdził, że „Westerplatte to polskie Pearl Harbor„.
– Chociaż powinno się mówić, że Pearl Harbor to było takie polskie Westerplatte – powiedział.
Uroczystość ograł politycznie minister kultury Piotr Gliński.
– To miejsce będzie łączyło. Nawet tych, którzy przez wiele lat zaniedbywali swój obowiązek opieki nad tym miejscem – stwierdził przed wmurowaniem kamienia węgielnego pod Muzeum Westerplatte.
W tym samym czasie, z udziałem prezydentów Polski Andrzeja Dudy i Niemiec Franka-Waltera Steinmeiera odbywała się ceremonia w Wieluniu.
– Chylę czoła przed ofiarami niemieckiej tyranii i proszę o przebaczenie – powiedział Frank-Walter Steinmeier po polsku.
W południe w Warszawie na pl. Piłsudskiego odbyła się główna gala obchodów. Byli na niej wiceprezydent USA Mike Pence, prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier, kanclerz Niemiec Angela Merkel, premier Francji Édouard Philippe, a także przywódcy i przedstawiciele wielu europejskich państw.
– Nigdy więcej Niemcy nie mogą wzywać „Niemcy, Niemcy ponad wszystko”. Nigdy więcej żaden naród nie powinien stawiać się powyżej innych narodów – rzekłł prezydent Niemiec.
– Gruzja w 2008 r., Ukraina w 2014 r. Do dziś okupacja, jeńcy, prowokacje. Musimy być zdecydowani – powiedział przy okazji okrągłej rocznicy wybuchu II Wojny Światowej Andrzej Duda.
A na koniec prezydenci Polski i Niemiec oraz wiceprezydent USA uderzyli w odlany specjalnie na tę uroczystość dzwon „Pamięć i Przestroga”. Po nich to samo zrobili pozostali zaproszeni goście.

Ośmiornica z Kremlem w tle

Agentura rządzi?

Jeśliby to, co jest treścią tej książki, choć w połowie było prawdą materialną, to nieuchronnie trzeba by wyciągnąć wniosek, że Polska jest rządzona przez dobrze zakamuflowaną, rozgałęzioną agenturę rosyjską, wywodzącą się po części jeszcze z czasów radzieckich. Wołałbym jednak narazić się autorowi na niesprawiedliwą ocenę niż z góry, bezkrytycznie zadeklarować bezwarunkową wiarę w prawdziwość tego, co napisał. Żeby było jasne: mam zaufanie do Autora, ale nie mogę nie zachować odruchowego dystansu do treści jego książki. Dystansu opartego na dobrej woli i życzliwego. Dystansu wynikającego ze względów natury epistemologicznej, poznawczej. Może dlatego, że jako obywatel polski chciałbym, aby to co napisał, nie miało pokrycia w faktach, choć obawiam się, że niestety, choć w części – ma.
Wbrew być może pierwszemu skojarzeniu, „Morawiecki i jego tajemnice” Tomasza Piątka nie dotyczą tylko afery majątkowej związanej z obecnym premierem, czy afery GetBack, w którą zamieszany jest jego ojciec, Kornel Morawiecki. Tych kwestii książka dotyczy w relatywnie niewielkim fragmencie. Jest to natomiast udokumentowana bogatą warstwą faktograficzną opowieść o genezie obecnych rządów, które w ujęciu głośnego autora mają swoje źródło w pewnych wydarzeniach i personaliach, które swój początek wywodzą z tzw. „Solidarności Walczącej”, organizacji założonej przez Kornela Morawieckiego w 1981 roku. W narracji Piątka pojawiają się liczne nazwiska znane z pierwszych stron gazet i czołówek materiałów telewizyjnych oraz internetowych, ale także postacie szerzej nieznane i pozostające w cieniu. Poza samym Morawieckim-seniorem, u podstaw całej tej ponurej historii pojawia się choćby zagadkowa, mroczna postać niejakiego Wojciecha Myśleckiego, czołowego działacza „SW”, ale przede wszystkim jej „mózgu”, „wizjonera, „stratega”, człowieka o tajemniczych i niepokojących powiązaniach oraz poglądach. To Myślecki, jeden mentorów Mateusza Morawieckiego, już w 1981 roku, czyli w czasach, gdy miliony Polaków marzyły o Polsce osadzonej w cywilizacji zachodniej, nie krył się z poglądami wobec Zachodu sceptycznymi, a jednocześnie umiarkowanie życzliwymi dla – ówczesnego – ZSRR, pojmowanego oczywiście perspektywicznie jako niekomunistyczna Rosja. W książce tej pojawia się co najmniej kilkanaście nazwisk osób, o korzeniach czy działaniach w taki czy inny sposób związanych z ZSRR, z instytucjami obecnej Rosji i „wschodem” rozumianym jako obszar usytuowany za wschodnimi granicami Polski lub związanych z osobami o takich powiązaniach. Oto niektóre z tych nazwisk: Teresa Czerwińska (właśc. Tatiana Tumanowskis), urodzona w ZSRR była minister finansów ( T. Piątek: „Ministrem finansów Morawiecki czyni osobę urodzoną i wychowaną w Związku Sowieckim, która otrzymuje dostęp do tajemnic naszych sojuszników z NATO – choć nie wiadomo, czy osoba ta została właściwie sprawdzona przez kontrwywiad”), Zbigniew Jagiełło, blisko związany z Morawieckimi prezes PKO BP, Adam Andruszkiewicz, nacjonalista, wiceminister cyfryzacji i otwarty rusofil, Igor Janke, były dziennikarz, hagiograf Mateusza Morawieckiego i Wiktora Orbana, dziś de facto biznesmen powiązany z rosyjskim, oligarchicznym biznesem bliskim Kremlowi, Ryszard Czarnecki, powszechnie znany euro deputowany też mający rosyjskie filiacje, Michał Dworczyk szef kancelarii premiera, Adam Lipiński, wiceszef PiS, Sylwester Chruszcz, skrajny nacjonalista, który wszedł do Sejmu z listy Kukiz ’15, były raper Liroy, czyli Piotr Marzec, szef Partii Zmiana Mateusz Piskorski, fanatyczny, złotousty nacjonalista Grzegorz Braun, Olga Semeniuk – warszawska radna PiS, sympatyczka Marine Le Pen, wreszcie sam Antoni Macierewicz – tej postaci przedstawiać nie trzeba Na tej liście są także takie figury, jak zamieszany w nielegalną prywatyzację w Warszawie Dymitr Hirsch („tajemniczy doradca Mateusza Morawieckiego o rosyjsko-wschodnioniemieckich korzeniach”), a nawet postać z tak odległego cienia jak młody człowiek, Michał Kuczmierowski, ten sam osławiony „harcerz”, który 10 kwietnia przyniósł przed Pałac Prezydencki przy Krakowskim Przedmieściu drewniany krzyż, który stał się zarzewiem trwającej przez kolejne miesiące burzliwej awantury politycznej. Autor książki, niczym skrupulatny pająk, snuje swoją misterną konstrukcję opisu powiązań zarówno wymienionych powyżej person, jak i wielu innych, a wszystkich wymienić nie sposób. Dotykam tylko „góry lodowej” jaką tworzy zawartość tej książki. W ostatniej części książki, zatytułowanej „Solidarność Walcząca i Biuro Studiów SB”, Piątek ukazuje podejrzaną genezę organizacji stworzonej przez Kornela Morawieckiego, genezę która nabiera nowej wymowy po głośnych prorosyjskich i prokremlowskich wypowiedziach tegoż samego Kornela Morawieckiego po latach. W pewnym momencie autor próbuje odpowiedzieć na pytanie „co było główną motywacją, która prowadziła Morawieckiego (Mateusza – przyp. KL) po tej ścieżce coraz wyżej – i coraz bliżej Moskwy”. „Czy był to czysty cynizm, jak sugerują liczne fakty – zastanawia się Piątek – (…) Czy jednak za tym cynizmem stała jakaś ideologia, jakaś wiara? A może to Kornel Morawiecki skierował syna na Wschód? (…) Założyciel „Solidarności Walczącej”, uchodzący kiedyś za radykalnego wroga Kremla, potem nagle jego sympatyk. Czy Morawiecki razem z nim zmienił front? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musielibyśmy wiedzieć, kiedy Kornel Morawiecki dokonał zwrotu w stronę Moskwy. Być może znacznie wcześniej niż przypuszczamy. Przykład Wojciecha Myśleckiego wskazuje, że antyzachodnie tendencje w otoczeniu Kornela Morawieckiego kiełkowały najpóźniej już na początku lat 90. Przybocznym Kornela była przecież postać tak dwuznaczna, jak Paweł Falicki, zarejestrowany przez SB jako TW „Barnaba”. Człowiek, który chce dzisiaj, aby Polacy trzymali pieniądze w Rosji. Podobnie jak syn Kornela Morawieckiego, Mateusz Morawiecki, który chciał, aby Polacy swe pieniądze inwestowali na Białorusi”.
„Morawiecki i jego tajemnice” to książka, która powinna być może mieć w tytule „Morawieckich”, w liczbie mnogiej. To gęsty od informacji, personaliów, pytań i hipotez, trudny nawet do prostego ogarnięcia raport z „ciemnej strony Księżyca”, a tym „Księżycem” jest polska polityka od 1980 roku. Czytelnik postronny, który nie jest specjalistą dysponującym wiedzą i instrumentami pozwalającymi na weryfikację jej treści, staje w trakcie lektury i polekturowych przemyśleń przed trzema możliwościami: odrzucić narrację autora, przyjąć ją lub zachować coś w rodzaju „symetryzmu”, mimo wszystko, mimo tego, że fakty przytaczane przez Piątka i tezy czy supozycje przez niego formułowane brzmią – przy wszystkich wątpliwościach czy zastrzeżeniach, jakie mogą się pojawić – wiarygodnie. Aczkolwiek sam nie mam innego wyjścia, jak powtórzyć za Gombrowiczem: „Nie jestem ja aż tak szalony, abym co mniemał albo i nie mniemał”. A wątków w książce jest znacznie więcej niż tu przywołałem: pojawia się także i NRD-owska „STASI”, i podejrzane tło kultu „Żołnierzy Wyklętych” i inne, liczne szczegółowe wątki. Pojawiają się też postacie szemranych biznesmenów, Tomasza Misiaka czy osławionego Marka Falenty, który być może jest ostatnim, w sensie kolejności, sekwencji zdarzeń, ogniwem tej tajemniczej historii. Wieńczy książkę pięciostronicowe „Podsumowanie. Ojciec, syn i tajemnice”. To sformułowane w postaci 48 punktów resumé zawartości „Morawieckiego i jego tajemnic”, prawdziwe, cenne wspomożenie ze strony autora adresowane do czytelnika, któremu „głowa puchnie” od tego, co przeczytał. Godne odnotowania są także obfite przypisy odsyłające zainteresowanych czytelników do części źródeł wiedzy autora. Podoba mi się też „gadżetowy” koncept polegający na opatrzeniu każdego rozdziału pastiszowym nawiązaniem do konwencji „streszczeń” rozdziałów, znanej czytelnikom z powieści przygodowych m.in. Juliusza Verne czy Edmunda Niziurskiego. Czytajcie tę fascynującą książkę i mimo wszystko próbujcie wyrobić sobie zdanie na jej temat. Na koniec, na puentę, nie odmówię sobie zacytowania postaci – dalece nie z mojej bajki – kardynała Henryka Gulbinowicza, metropolity wrocławskiego. W rozmowie z Władysławem Frasyniukiem miał on powiedzieć: „Nie chcę mieć nic wspólnego z Solidarnością Walczącą. To projekt absolutnie sowiecki. Niech mi pan wierzy, ja pochodzę ze Wschodu. Wiem jak Sowieci działają”. Oceńcie to wszystko co zebrał i opisał Tomasz Piątek, jak chcecie, jak wam dyktuje wiedza, intuicja, czy nawet wiara, ale przeczytajcie jego
fascynującą książkę.

Tomasz Piątek- „Morawiecki i jego tajemnice”, Wydawnictwo Arbitror, Warszawa 2019, str.359, ISBN 978-83-66095-12-0

Śmierć Pinokia

Nie mam specjalnego przekonania co do wiarygodności przekazu premiera Morawickiego.

Nie pamiętam, czy zaczęło się to wtedy, gdy kładł kwiaty na grobach niesławnej pamięci żołnierzy Brygady Świętokrzyskiej i okraszał to jakimiś kocopołami, które prawdę omijały szerokim łukiem czy wtedy, gdy robił z siebie bohatera walki z komuną, które to bajki mógł zdemaskować każdy, kto opanował sztukę liczenia do 500. Nieważne. Najistotniejszy jest fakt, że najważniejszy urzędnik rządowy oszczędnie gospodaruje prawdą i przychodzi mu to z zastanawiają łatwością.
Przypomniało mi się to wszystko, kiedy dziś usłyszałem, jak Mateusz Morawiecki bez zmrużenia oka mówi, że pragnieniem rządu jest, by polskie rodziny rozwijały się „niezależnie od ich przekonań i światopoglądów”. Doprawdy, imponuje, gdy tak ważny człowiek bez cienia zażenowania mówi całemu społeczeństwu rzeczy, których fałsz widać okiem gołym i nieuzbrojonym. Codziennie. Powiedział też: „nie chcemy Polski wyludnionej, smutnej, biednej, niemogącej związać końca z końcem, [żyjącej] od pierwszego do pierwszego”. Też przecież to bajki.
Codzienna lektura mediów w Polsce dostarcza argumentów, że co jak co, ale akurat światopogląd i przekonania każdego obywatela lub, co gorsza, jakiejś ich grupy ma dla obecnej władzy fundamentalne znaczenie. Od tego, czy ktoś śmie mieć własne zdanie, na dodatek biegunowo odmienne od zdania oficjalnie forsowanego przez pisowskie kadry, zależy jakość życia jego i jego rodziny właśnie. Tej samej rodziny, na której dobro powołują się przy lada okazji lub zgoła bez niej pisowscy politycy. Czy trzeba przykładów, co się dzieje z ludźmi, którzy uważają, że Konstytucja RP została złamana, a demokracja jest zagrożona? Co z ich rodzinami, kiedy tracą pracę, są zsyłani do oddalonych o setki kilometrów od ich domów? Co z rodzinami ludzi, którzy mają czelność protestować w obronie swoich praw pracowniczych? Co z rodzinami tych, którzy w różnej formie przeciwstawiają się obecnej władzy? Pisowskie media nie zaniedbają żadnej okazji, by prześwietlić ich przeszłość, powiązania towarzyskie i rodzinne, oskarżyć o wszystkie zbrodnie popełnione w przeszłości i skazać na śmierć cywilną.
Poglądy w dzisiejszej Polsce są głównym kryterium oceny przydatności człowieka dla potrzeb tego państwa, które buduje mozolnie Kaczyński i jego pomagierzy. Czy naprawdę trzeba przypominać groźby Kaczyńskiego, że Kościół katolicki w Polsce jest pod specjalna ochroną jego państwa? Czy trzeba powoływać się na przykłady haniebnej bierności organów państwa wobec podejrzenia popełnienia przestępstw przez funkcjonariuszy kościelnych?
Wreszcie, na sam koniec, przypomnijmy antykomunistyczną histerię, popieraną przez oficjalne organy państwa i zmiany w prawie, umożliwiające nie tylko ściganie każdej lewicowej myśli, ale też zakłamanie historii na skalę, której nie przewidział Orwell.
Naprawdę mam uwierzyć w to, że rząd Morawieckiego i on sam nie chcą Polski wyludnionej, smutnej i biednej, skoro robią wszystko, by zagrożeni czuli się wszyscy, których myślenie odbiega od obowiązującego wzorca? To nie sprzyja wesołości, zapewniam.
Doprawdy, czas darować sobie porównywanie pana premiera z Pinokiem i jego wydłużającym się przy każdym kłamstwie nosem. Drewniana kukiełka już dawno umarła ze wstydu.

Nowy skład

„To jest pewna przemiana i pewna zmiana, jedni idą do nowych zadań, następni przychodzą po to, żeby zadania wykonywać” – powiedział Andrzej Duda.
No i mamy rekonstrukcję rządu. Przyszło nowe. W jakiej osobie?
Jacek Sasin na urząd wiceprezesa Rady Ministrów, szefa Komitetu Stałego Rady Ministrów; Marian Banaś na urząd ministra finansów; Bożena Borys-Szopa na urząd ministra rodziny, pracy i polityki społecznej; Elżbieta Witek na urząd ministra spraw wewnętrznych i administracji; Dariusz Piontkowski na urząd ministra edukacji narodowej; Szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michał Dworczyk mianowany ministrem, członkiem Rady Ministrów. Michał Woś mianowany ministrem, członkiem Rady Ministrów.
Dotychczasowe obowiązki Beaty Szydło, szefowej Komitetu Społecznego Rady Ministrów, pełnić będzie Piotr Gliński. Pieczę nad MSWiA obejmie
Elżbieta Witek.
Prócz tego nowym rzecznikiem rządu zostanie 30-letni Piotr Müller. – prawnik ze Słupska.
Wnioski? PiS stawia na młodych (Woś, Dworczyk, nowy rzecznik), mimo wszystko jednak nie braknie tez posad dla starej gwardii z samego partyjnego jądra (Sasin, Piontkowski).
Pozbyto się niewygodnej minister Czerwińskiej, wysyłając ją do zarządu NBP. Wszyscy zastąpieni ministrowie – prócz Czerwińskiej właśnie – lada chwila udadzą się do Brukseli.

Niemoralna moralność premiera

W premierem Morawieckim razem byliśmy radnymi Sejmiku Dolnośląskiego w latach 1998-2002. Nie przypominam sobie jakiejś znaczącej aktywności ówczesnego radnego Morawieckiego. Uaktywnił się kiedy radni Sejmiku mieli dokonać wyboru banku do obsługi konta Urzędu Marszałkowskiego. Wtedy aktywnie lobbował, z dobrym skutkiem, aby radni zagłosowali za Bankiem Zachodnim WBK. Wtedy tam właśnie pracował radny Morawiecki.
Teraz, za sprawą Gazety Wyborczej, wyszła na jaw sprawa zakupu w tamtych czasach sporej ilości atrakcyjnej ziemi, za niewielkie pieniądze, na obrzeżach Wrocławia. Radny Morawiecki postanowił, że się uwłaszczy na gruntach państwowych oddanych za darmo kościołowi. Bo w tamtych czasach kościół pełną garścią brał od państwa grunty i inne dobra, które podobno były rekompensatą za poniewierkę kościoła za komuny. Potem te grunty szybko upłynniał i ślad po transakcjach najczęściej ginął. Tak było i w tym przypadku. Teraz te grunty warte są kilkadziesiąt milionów.
Na takim właśnie upłynnieniu postanowił się wzbogacić radny Morawiecki. Niestety sprawa, po kilkunastu latach, wyszła na światło dzienne. Ksiądz, który tę ziemię premierowi sprzedał został, za premierowania Morawieckiego, generałem.
Kiedy sprawa się rypła, żona premiera mówi, że jak miasto będzie tej ziemi potrzebowało, to ona sprzeda ją po cenie zakupu. To znaczy, że kilkanaście lat temu Morawieccy kupili ziemię i teraz, mając na celu dobro Wrocławia, oddadzą ziemię wartą kilkadziesiąt milionów, za bezcen miastu. Nie, oni widząc, że ta pazerność jest fatalnie odbierana przez społeczeństwo postanowili ratować sytuację. Premier Morawiecki tak się zagonił w wyborczej propagandzie, tak pokazuje jak to nie dbano o wpływy z WAT (to niestety prawda), tak pokazuje jak to PiS dobrze rządzi, że zapomniał, iż sam bardzo aktywnie dorobił się milionów w owych czasach, a inni, w dużej części wyborcy PiS, nie. Teraz, on milioner i do tego prawie spekulant gruntowy poucza nas, że trzeba być uczciwym jak to jest w PiS-ie właśnie. Ten grunt stał się teraz gorącym kartoflem w rękach Morawieckich i dlatego chcą oni oddać go miastu. Za kilka dni wybory, premier tyle się nakłamał o uczciwości w polityce, a tu nagle wychodzi szydło z worka. Ale pech.

Bigos tygodniowy

Kolegom i Koleżankom z bratniej Koalicji Obywatelskiej uprzejmie donoszę, że w majowym, numerze tygodnika „Gazeta Polska”, w artykule „Zdrada”, napisał m.in.: „Tusk zdradzał nas wielokrotnie, kiedy zgadzał się na niszczenie polskiej gospodarki na rzecz niemieckiej, kiedy rozbrajał armię, kiedy rozluźniał sojusz z USA, odsłaniając polskie granice. Zdradzał nas w sprawie Smoleńska i naszych interesów w Europie. To prawdziwy nowoczesny zdrajca”. W moim odczuciu, ale niech to ocenią prawnicy, to się kwalifikuje do sądu jako zniesławienie. Skoro Dorota Wellman zażądała od pewnego propisowskiego wyjca z gitarą jakieś pół miliona złotych za kretyński seksistowski żart, to co powiedzieć o otwartych, gołosłownych obelgach i oskarżeniach ze strony Sakiewicza. Można by go za to puścić z kijem i torbą.

„Czym jest dla człowieka wolność?” – to maturalny temat wypracowania z języka polskiego na tegorocznej naturze, nawiązujący do mickiewiczowskich „Dziadów”. Biorąc pod uwagę, że matura to egzamin państwowy, można to uznać za temat ryzykowny. Stworzył bowiem możliwość dojścia przez część uczniów do wniosku, że polska wolność pod rządami PiS zeszła na dziady, a wokół niej krążą nowe Nowosilcowy z Nowogrodzkiej. Tym bardziej, że w tym samym niemal czasie, gdy uczniowie biedzili się nad wypracowaniem i gryźli długopis, szef MSWiA Brudziński nie tylko jak się zdaje kazał kohorcie policyjnej zatrzymać i wiele godzin przetrzymywać autorkę wizerunku Matki Boskiej Tęczowej, Elżbietę Podleśną, która w bardzo łagodny sposób skorzystała z – nomen omen – wolności słowa, ale powiedział później o „bajaniu o wolności i tolerancji”. Prostoduszny i nie nazbyt lotny „Jojo” puścił farbę i szczerze wyznał, czym dla tej władzy jest wolność i tolerancja: „bajaniem”.

Trzeba było rządów PiS, by mieć pierwszą w historii maturę „pod bombami”, na szczęście tylko pozorowanymi. Jak na razie policja, która błyskawicznie namierzyła Elżbietę Podleśną, autorkę Matki Boskiej Tęczowej, nie może namierzyć sprawców fałszywych alarmów bombowych. A gdyby tak Matka Boska Tęczowa objawiła się na tym nieuchwytnym serwerze, z którego poszły fałszywe alarmy, to też by ją figę, a nie namierzyli.

Zbigniew Mikołejko odnosząc się do afery z Matką Boską Tęczową stwierdził, że „krystalizuje się i krzepnie, niemal na stary rosyjski wzór, polskiego „carskosławia”, czyli ścisłego i wielostronnego mariaż ołtarza z władzą”.

Holecka jak Hańba. Danuta Holecka już nie tylko jako prezenterka, lecz jako dyrektorka głównej propagandowej szczujni czyli „Wiadomości”, zapisze się najciemniejszymi zgłoskami w historii Telewizji Polskiej. Jako gorliwa rzeczniczka reżymu PiS oraz jako gloryfikatorka pasożytniczej i głoszącej religijną brednię organizacji, jaką jest Kościół kat. Gratulacje dla Pani Redaktor od jej niegdysiejszego rozmówcy przed kamerami TVP.

Mniej na rękę jest natomiast afera „tęczowa” PiS-owi. Co prawda na potęgę wykorzystuje ją w bieżącej propagandzie, ale per capitam może ona przynieść straty. PiS bowiem wyraźnie sposobił się do przywdziania jagnięcej skóry i wyłagodzenia kampanii wyborczej, licząc na przyciągnięcie części umiarkowanego, centrowego elektoratu, bardzo potrzebnego zwłaszcza w wyborach europejskich. I ten plan legł w gruzach, m.in. podczas „suportu” Jażdżewskiego i o szóstej rano w mieszkaniu Elżbiety Podleśnej Jak mawia pewien mój znajomy: i chuj w bombki strzelił. Teraz nie ma już odwrotu i trzeba iść na konfrontację, tym bardziej, że Konfederacja dyszy za plecami.

Natomiast jeden z przybocznych Adriana, Krzysztof Szczerski ma taką koncepcję, by powstał „paszport katolicki, który miałby zawierać polskie modlitwy, by wyjeżdżający za granicę nie ulegali lewicującym modom intelektualnym”. Serio. Nie żartuję. Ciekawy jestem dalszego losu tego pomysłu.

Nastrój politycznego wzmożenia wzbogacił poseł PiS Żalek, który podczas programu Agnieszki Gozdyry „Polityka na ostro” w Polsat News puszczał głową gazy.

Wybrałem się na konferencję o polityce nienawiści zorganizowaną przez Fundację Otwarty Dialog i jej szefa Bartosza Kramka, dla PiS – „czarnego luda” i jednego z głównych wrogów publicznych, męża nie mniej znienawidzonej, demonicznej Ludmiły Kozłowskiej, którą władza PiS wyrzuciła z Polski. Ponieważ uwielbiam hejtować, a jeszcze bardzie być obiektem hejtu (czuję się dalece niezaspokojony pod tym względem), liczyłem, że po korek nasycę się na tejże konferencji antyrządowym hejtem. Nic bardziej błędnego. Atmosfera i treść konferencji była tak łagodna, humanistyczna i pełna miłości, że aż momentami mnie mdliło. I jak FOD może dokopać PiS-owi z tą swoją działalnością spod znaku białego gołąbka pokoju? Jak może nawiązać walkę z drapieżcami takimi jak Ziobro czy „Jojo” Brudziński? Następnym razem, gdy najdzie mnie apetyt na seans nienawiści, przylepię sobie brodę i wąsy, a następnie chytrze wśliznę się na jakieś zebranie pisiorów, n.p. na jakieś spotkanie Klubu
„Gazety Polskiej”.

Po emisji filmu Sekielskich o pedofilnym klerze polskim można o nim mówić tylko najgorszymi słowami. „Nienawidzę Was, kościelne potwory spod znaku omerty. Zgnijecie w pierdlu, a Wasze pomniki spadną Niech się Wam wszystkim do końca życia śni Wasze katolickie piekło. Lękajcie się. Lękajcie się, jak cholera” – napisała Marta Lempart. „Kościół to pozór ukryty za obłudą” – to z kolei Jan Hartman, a ktoś inny określił Watykan jako „zboczony burdel i siedlisko mafii”. Eurodeputowany SLD Andrzej Szejna wezwał do zatrzymania i postawienia zarzutów jednemu z księży-pedofilów, o których mowa w dokumencie Sekielskich, a Robert Biedroń i Adrian Zandberg do wejścia policji do siedzib kurii biskupich o wczesnej porze. Na razie jednak policja nie powtórzyła wyczynu z wejściem do mieszkania Elżbiety Podleśnej. Znalazła za to czas na rozpędzenie pokazu filmu na ścianie warszawskiej katedry polowej WP. Może wzięli na serio słowa Głodzia, że nie warto „oglądać byle czego”. Niestety właśnie w tym momencie dzisiejszy garnek bigosu się przepełnił i resztę muszę zachować na przyszły tydzień.

Flaczki tygodnia

Wszyscy mówią o „Tylko nie mów nikomu”. Czyli filmie Tomasza Sekielskiego o pedofilii w polskim kościele kat. Film, dostępny w Internecie, stał się już tak popularny, że przerwał wyniosłe milczenie hierarchów polskiego kościoła kat. Prymas Wojciech Polak zdobył się nawet na skromne przeprosiny!.

Ochrona pedofilii przez hierarchów polskiego kościoła kat. stanie się jednym z głównych tematów tegorocznych kampanii wyborczych. Sztabowcy PiS zaplanowali wcześniej kampanijny spór o kościół katolicki. Chcieli wywołać podział społeczeństwa polskiego na patriotycznych obrońców kościoła, czyli ostoi polskości i krytykujących ten kościół wrogów Polski. Chcieli, pod hasłem obrony kościoła kat. przez podnoszoną na niego wrażą ręką, skupić i zmobilizować jak największe grono swych wyborców.

Ale w życiu tak jest, że przysłowiowy człowiek strzela, a pan bóg kule nosi. Filmu Sekielskiego sztabowcy PiS nie zaplanowali. A film raz jeszcze potwierdził, że polski kościół katolicki jest organizacją skorumpowaną i zgniłą moralnie. Korporacją, która chroni ludzi łamiących prawo, aby dalej czerpać miliardowe zyski ze swej zakłamanej działalności. A pan prezes Kaczyński, i jego PiS, wpisując się w grono obrońców tego kościoła zostaje obrońcą pedofilii. Broni ludzi krzywdzących polskie dzieci. Wpada w medialną, polityczną pułapkę, którą jego ludzie przygotowali dla opozycji z Koalicji Europejskiej.

Na pomoc panu prezesowi ruszyła narodowo-katolicka TVP. W zeszłą sobotę z nadawanych tam „Wiadomości” mogliśmy się dowiedzieć, że Grzegorz Schetyna „wziął na celownik Kościół katolicki” i „próbuje wpisać w kampanię wyborczą antykościelną retorykę”, by oskarżać kościół o „grzechy popełnione i przede wszystkim niepopełnione”. Dopiero na końcu w Wiadomościach pojawił się temat pedofilii. O filmie Sekielskiego rzecz jasna nie wspomniano. Pokazano za to Piotra Z., byłego radnego PO ze Słupska, który został skazany w 2012 roku za czyny pedofilskie oraz Rafała P., byłego działacza PO z Gniezna, skazanego za to samo w 2016 roku. Nie wspomniano, że Rafał P. był katechetą prowadzącym lekcje katolickiej religii, ani że kierownictwo PO zaraz po aresztowaniu podejrzanych, wyrzuciło ich partii.

Na koniec dowiedzieliśmy się, że prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf dostała taką samą nagrodę, jaką sześć lat temu otrzymał francusko-niemiecki polityk Daniel Cohn-Bendit. Krytykowany kiedyś przez niemiecką dziennikarkę Bettinę Röhl za rzekome akceptowanie pedofilii, za co nigdy nie sądzony. Przyjęcie tej nagrody oznaczało, wedle kłamców z „Wiadomości”, akceptację pedofilii przez polską prezes Sądu Najwyższego.

Pan premier Morawiecki prowadził kampanię wyborczą w Mławie. Jak w każdym odwiedzanym przez siebie miejscu pochwalił napotkanych mieszkańców za patriotyzm i posiadaną „piękną historią”. Odnosząc się do przegranej bitwy pod Mławą w 1939 roku, przypomniał, że w całej Polsce były podobne miasta i wsie, gdzie „niemiecki okupant maltretował lokalnych mieszkańców”. Obiecał mieszkańcom Mławy i okolic, że nie dopuści aby znowu musieli płacić Niemcom za tamtą wojnę. Co prawda Niemcy nie wysuwają takich roszczeń, ale gdyby kiedyś je wysunęli, to pan premier na pewno Mławę przed ich agresją skutecznie obroni. Na takich to kłamstwach i niedopowiedzeniach, na strachu przed kreowanymi, fałszywymi zagrożeniami, elity PiS stworzą wspólnotę
swych wyborców.

Licznym innym, jeszcze nie powszechnie znanym, kłamstwom pana premiera Morawieckiego poświęcone są dwie nowe publikacje książkowe. Tomasza Piątka oskarżającego pana premiera o związki z rosyjską mafią i agenturą. Oraz „Delfin. Mateusz Morawiecki” Piotra Gajdzińskiego i Jakuba N. Gajdzińskiego. Treści książki Piątka „Flaczki” jeszcze dobrze nie znają, zatem odniosą się do niej po wnikliwym zapoznaniu się.

W „Delfinie”, napisanej przez Piotra Gajdzińskiego, byłego rzecznika banku WBK, pojawia się inny zarzut. Pan premier Morawicki, były prezes zagranicznego banku WBK, kłamał w sprawie kredytów bankowych. Twierdził, że zarządzany przez niego bank nie udzielał takich kredytów. Były rzecznik banku dowodzi, że to właśnie prezes Morawiecki wprowadził je do bankowej oferty. Bo kredyty frankowe wciskane naiwnym klientom były korzystne dla bankowej kadry, bo wiązały się z dużymi prowizjami dla tychże „banksterów”.

W czasie kiedy pan premier obiecywał obronę Mławy przed ewentualną niemiecka agresją, przed jego siedzibą w Warszawie odbył się protest zorganizowany przez nacjonalistyczne, prawicowe Stowarzyszenie Marsz Niepodległości. Przeciwko podpisanej przez prezydenta USA Donalda Trumpa „Ustawie 447”, która daje amerykańskiemu Departamentowi Stanu możliwość wspierania organizacji zrzeszających ofiary Holokaustu w sprawach roszczeń majątkowych.

Treść ustawy nie jest precyzyjna, stwarza możliwości interpretacji i kłamstw, zwłaszcza przedwyborczych. Dlatego prawicowa, narodowo-katolicka Konfederacja, konkurencja polityczna PiS na prawicy, postanowiła pójść drogą pana prezesa i pana premiera. Też zbudować wspólnotę swych wyborców na strachu i kłamstwach. Konfederaci uważają, że antypolskie elity PiS chcą zapłacić prezydentowi Trumpowi za zgodę na bazę wojskową „Fort Trump” miliardowymi polskimi odszkodowaniami dla żydowskich organizacji wspieranych przez Departament Stanu i zięcia prezydenta Trumpa.

W odpowiedzi na kampanię Konfederacji zjednoczony front propagandowy PiS, czyli „Gazeta Polska” + TVP info, przystąpił do wojny z Konfederacją. Bezpardonowej, bo kilka procent poparcia zyskanych przez Konfederację może odebrać zwycięstwo PiS w wyborach. Aby ostatecznie rozwiązać kwestię Konfederacji, elity PiS oskarżyły jej liderów o agenturę i współpracę z Kremlem. Ochrzczono Konfederatów ksywką „Ruskie onuce”.

I teraz warto zadać fundamentalne pytanie: Skoro związany z liberalnym koncernem Agora Tomasz Piątek oskarża pana premiera Morawickiego o współpracę z rosyjską mafią, a w poprzedniej książce o rosyjskie powiązania pana ministra Antoniego Macierewicza i skoro ludzie Tomasza Sakiewicza, szefa prawicowego, narodowo-katolickiego koncernu medialnego „Gazeta Polska”, oskarżają liderów również prawicowej i narodowo-katolickiej Konfederacji o rosyjską agenturę, to po co głosować na PiS i Konfederację?

Czy nie lepiej od razu zagłosować na Jedyną Rosję i prezydenta Putina?

Bigos tygodniowy

Po co ta gra pozorów z przeprowadzaniem ustaw przez tzw. parlament? Dlaczego PiS nie rządzi bez osłonek rozporządzeniami rządu? Byłoby prościej, szybciej i bez zarywania nocek. I tak to z czym mamy do czynienia, to już nie jest prawo, bo ono nie polega na tym, że zmienia się je co tydzień pod dowolnym pretekstem. Skoro w trybie ekspresowym wprowadzili tzw. ustawę maturalną, zastępującą uprawnienia rad pedagogicznych uprawnieniami urzędników (niech uczniów klasyfikuje jednoosobowo miejscowy starosta), że tylko oplucie pisowca i księdza jest przestępstwem, a już oplucie niepisowca i nieksiędza nim nie jest. Nic nie stoi na przeszkodzie.

Widok młodego w końcu posła prawicy Bortniczuka, jak z wielkim wysiłkiem walczy z sennością, wywracając białkami oczu, był nie do przecenienia. Paweł Kukiz ostrzegł, że to się kiedyś może źle skończyć, bo wśród posłów są ludzie starsi i niezdrowi. Jak ktoś kojfnie na sali sejmowej w czasie nocnych obrad zaordynowanych przez PiS – to dopiero będzie jazda. Co na to PIP?

Po zakończeniu strajku nauczycieli władza zorganizowała tzw. debatę o edukacji czyli fasadowy show na Stadionie Narodowym przy okrągłym stole. Okrągły stół miał kształt prostokąta, a przykryty białym obrusem z falbaną wyglądał jak stół weselny. Młody Morawiecki, Szydło, Kopcińska, Gowin, Zalewska bardzo słabo skrywali silne znudzenie udziałem w tej fikcji, tej litanii pobożnych życzeń i siedzieli z ponurymi minami. Sama Zalewska milczała jak grób i nie uśmiechała się. Była zamyślona? Może jej myśli krążyły wokół brukselskiego Sikającego Chłopca (Manneken – nomen omen – Pis). Głos zabierało – na ogół, poza nielicznymi wyjątkami – lizusostwo, a wśród niego jeden młodzian, którego wypowiedź składała się głównie z hołdowniczych podziękowań kierowanych m.in. do Młodego Morawieckiego i Zalewskiej. Ciekawe, czy chłopakowi złożono już propozycję?

Natomiast wyśmiewane przez pisowską propagandę lekkie formy nauczycielskiego strajku w postaci amatorskiej twórczości wokalno-muzycznej, fragmentami nawet luzackie i delikatnie kontrkulturowe w treści, podobały mi się. W moich szkolnych czasach nauczycielstwo było, na ogół, bardziej sieriozne i tę zmianę obyczajowo-kulturową w tym środowisku uważam generalnie za pozytywną. Może dzięki nim szkoła coraz mniej będzie przypominać tę z „Ferdydurke” Gombra. A propos sztuki – dyrektor Muzeum Narodowego Miziołek usunął z ekspozycji kobietę z bananem. Nie będzie miziania i seksualizacji na narodowej niwie. Tym bardziej, że banan nie członek, usta nie pochwa, więc poczęcia tam nie ma.

Dobrze, że nawet rządowi nie szafowali nadmiernie argumentem misji nauczycielskiej, bo nic mnie tak nie wpienia, jak gadanie, że wykonawcom misji nie trzeba rzetelnie płacić. Nauczyciel to zawód jak każdy inny. Spróbujcie nie zapłacić hydraulikowi czy stolarzowi. Z miejsca bierzecie w dziób.

Nauczycielski strajk zawieszony do września. Na horyzoncie rysuje się natomiast protest płacowy fizjoterapeutów i Poczty Polskiej. Ten pierwszy to dla władzy pikuś, skoro poradzili sobie z niepełnosprawnymi. Z pocztowcami, którzy chcą połowę tego, co nauczyciele, czyli 500 złotych, nieco trudniej, ale w razie potrzeby do roznoszenia przesyłek można będzie zmobilizować tysiące pisowskich wolontariuszy. PiS da radę.

Natomiast radzę nie wierzyć Schetynie, że gdyby wrócił do władzy, to bez bicia podwyższyłby pensje nauczycielskie o ten tysiąc złotych. Gustlik z „Pancernych” mawiał: „Jedzie mi tu czołg?”. Panie Przewodniczący SLD, być może przyszły współkoalicjancie PO do wyborów jesiennych: nie wątpię, że ma Pan to na uwadze. Zatem „Sława, panie Włodzimierzu” – jak pisał Wyspiański w „Weselu”.

Po zbesztaniu ministra spraw wewnętrznych Brudzińskiego za jego krytyczną ocenę epizodu z biciem Judasza („Odwal się pan, panie Brudziński”), jeden z najgorliwszych funkcjonariuszy szczujni TVPiS Klarenbach został schowany do szafy, nie wiadomo na jak długo. „Dosyć, ile można znosił te połajanki od Żydów!?” – nie, to już nie Klarenbach, to Robert Winnicki, jeden z liderów Konfederacji. Po koleżeńsku wyręczył Klarenbacha, który tego jednak wprost wyrazić się nie odważył. Na – pewnie chwilowej odstawce starszego kolegi – zyskał gorliwy młody, uliczny żołnierz TVPiS, Bartłomiej Graczak, bo to on go teraz zastępuje. Ale kudy Graczakowi do tej charakterystycznej, jowialnej, fajniackiej, „z waszecia za pan brat” swady Klarenbacha. Ot, taki młody, sztywny, przylizany krawaciarz.

Radosław Sikorski to dalece nie jest mój bohater, ale gdy stwierdził: „Reżimowe radio zaprosiło mnie do regionalnej debaty, w której bezstronnym moderatorem ma być p. Michał Rachoń, bezwstydny pisowski propagandysta. Sami sobie debatujcie w takim gronie. Kandyduję między innymi po to, aby kiedyś media publiczne uwolnić od takich kreatur”, to nie mogę nie przyznać mu racji”. Właśnie: „bezwstydny pisowski propagandysta”. Taki jak Klarenbach, Holecka, Świątek i inni.

Doskonali się elokwencja i metaforyka propisowskich propagandystów. W portalu „Do rzeczy” zareagowano na kpinki jednego z tygodników z książki „Utopia europejska”, napisanej przez Krzysztofa Szczerskiego. W owym tygodniku napisano, że z tego pełnego mesjanistycznych bredni wypracowania nacjonalistyczno-klerykalnego „ubaw mieli internauci”. Na to publicysta Sosnowski: „Media są armatami XXI w. Żadne państwo nie pozwoliłby na to, by na jego terytorium buszowało, siało spustoszenie obce, wrogie wojsko”. Witold Gadowski napisał w „karnowskich sieciach”, że „dziś księżowska sutanna coraz częściej staje się rycerską zbroją”.

W Poznaniu odbyła się konwencja PiS. Z entuzjazmem skandowano „Jarosław, Jarosław” i „Mateusz, Mateusz”. Tym razem Wódz obiecywał tylko lepsze proszki do prania, jak u Niemców. Popieram. To się Polsce należy. Także lepsza herbata ekspresowa niż ta sprzedawana u nas, siano bez smaku i zapachu.

Ja tam nic nie wiem w tej sprawie, ale na moje psychologiczne wyczucie (absolwent psychologii 1982) reakcja Kuchcika na rewelacje Wojciecha J. ujawnione przez tygodnik „Nie”, to reakcja człowieka zdrętwiałego ze strachu i zaskoczonego, że to po latach jednak wyszło. Mogę się mylić, ale nie mogę uwolnić się od takiego wrażenia.

I jeszcze o zawieszonym strajku nauczycielskim. Wymiana argumentów między strajkującymi a rządem przypominała grę w „pomidora”. Na kolejne korekty postulatów płacowych, rząd odpowiadał: „pomidor”. Z zamierzchłych czasów pochodzi wierszyk-wyliczanka: „Zupa – pomidorowa, demokracja – ludowa, nie damy – Odry Nysy, Cyrankiewicz – łysy”.

Spotkania zamiast

Solidaryzując się ze stanowiskiem Polski, państwa Grupy Wyszehradzkiej wycofały się z udziału ze szczytu bloku, który miał odbyć się 18-19 lutego w Jerozolimie. Ale nie z wizyty w Izraelu.

Czarne chmury gromadziły nad szczytem grupy V-4 od pewnego czasu. Przynajmniej od momentu, gdy w czwartek przebywając w Warszawie na nieszczęsnej konferencji bliskowschodniej premier Izraela Benjamin Netanjahu spotykając się z izraelskimi dziennikarzami miał powiedzieć – jak poinformował o tym dziennik „Jerusalem Post” – że Polacy pomagali mordować Żydów. Już wtedy premier Mateusz Morawiecki rzucił myśl, że może spotkanie grupy raczej powinno odbyć się w Wiśle. Stronie izraelskiej udało się jednak załagodzić obrazę – ze strony „Jerusalem Post” doniesienie znikło, a izraelska ambasador Anna Azari oświadczyła, że premier Netanjahu nie powiedział co powiedział, tylko powiedział coś trochę innego. Wystarczyło wówczas, aby Warszawa przyjęła to – choć z oporami – za dobrą monetę, ale okazało się że sprawa została załagodzona nie na długo. Wypowiedź pełniącego obowiązki szefa izraelskiej dyplomacji Israela Katza, który stwierdził, że „Polacy wyssali antysemityzm z mlekiem matki” spowodowała, że tym razem już strona Polska nie mogła nie zareagować ostro. Premier Morawiecki odwołał udział w szczycie. Przyłączyły się do niego pozostałe stolice grupy – Bratysława, Budapeszt i Praga.

Polska może ten gest solidarności uznać za sukces dyplomatyczny – potrzebny jej bardzo, bo polska dyplomacja w ostatnich latach zalicza głównie wpadki albo przynajmniej usiłuje robić dobrą minę do złej gry, przez co Warszawa stawała się tak w Europie, jak i na świecie coraz bardziej osamotniona. Powiedzmy sobie jednak szczerze – nie jest to sukces wielkiej miary, raczej uniknięcie wpadki jeszcze gorszej, bo gdyby tego gestu solidarności nie było, oznaczałoby to, że pozycja Polski nawet w swoim subregionie nie tylko sięgnęła dna, ale znalazła się poniżej niego. Bo jak by miał wyglądać szczyt, w którym brakuje jednej czwartej uczestników? Gest solidarności, którym napawa się polska propaganda był więc w gruncie rzeczy wymuszony.

Dodajmy także – że odwołanie szczytu nie przełożyło się na zdystansowanie się szefów rządów pozostałych państw grupy w stosunku do Tel Awiwu. Szczyt zastąpiła seria spotkań bilateralnych premiera Netanjahu z Peterem Pellegrini, Andrejem Babišem i Viktorem Orbanem oraz wspólny obiad. Zatem to, co premier Netanjahu chciał ugrać, zapraszając premierów V-4 do Jerozolimy i tak w znacznej mierze osiągnął, stwarzają kolejny fait accompli, który można zinterpretować jako pośrednie uznanie Jerozolimy za stolicę Izraela. Że dzięki ministrowi Katzowi do tego niepotrzebnego zupełnie gestu Polska się nie przyłączyła – pozostaje się tylko cieszyć.

Zresztą, na koniec postawmy sobie pytanie, czy im interesom miało służyć zorganizowanie szczytu V-4 w Izraelu? Nawet nie izraelskim, ale wyłącznie premierowi Netanjahu i jego partii przed kwietniowymi wyborami. I powiedzmy – ubił dwa ptaki jednym kamieniem: i gościł trzech premierów, i zgromił Polaków za jednym zamachem

Komentarz: Żydowski ostry Katz, czyli polski kac narodowy

Tylko mnie nie zabijcie za oczywiste fakty.

Nowy minister Izraela nagadał bzdur opowiadając – trzymam się tu relacji medialnych – że Polacy w porozumieniu z Niemcami eksterminowali Żydów na terenach okupowanej Polski. Jest to oczywiste kłamstwo. W tej sprawie Polacy nigdy nie współpracowali z hitlerowcami – natomiast różne chore psychicznie grupy Polaków robiły to na własną rękę. I nie ma co zaprzeczać, bo to jest opisane od dawna w polskiej literaturze historycznej.

Z jednej strony politycznej barykady – komunistycznej – był np. Mieczysław Moczar (głównie z powodów merkantylnych, ale pospolity antysemityzm też mógł wchodzić w grę – znając późniejsze działania Moczara) , z drugiej – zwłaszcza po 1944 roku – głównie różne odłamy zbrojne ruchu narodowego – choć twierdzili, że nie zabijają Żydów, tylko Żydów jako komunistów., (co nie miało potwierdzenia w faktach, bo równocześnie ginęli Żydzi którzy komunistami nie byli).

Faktom nie można zaprzeczać, zwłaszcza, że są opisane przez polskich historyków po 1989 roku bez żadnej cenzury.

Tym bardziej jestem zły, że nikt po polskiej stronie nie wstał i nie powiedział „tak, my to wiemy i nasi historycy o tym od lat normalnie dyskutują, ale są to dyskusje o zjawiskach marginalnych”
Dlaczego żaden polski dyplomata nie zdał pytania izraelskim politykom pytania: „Czy Pan wie ilu jest Polaków wśród Sprawiedliwych i ilu ma swoje drzewka i jak to się ma do innych narodów?” To są liczby, to są fakty, a nie publicystyka.

Grzegorz Ilka

Polski neoliberalizm na śmietniku historii? MY, SOCJALIŚCI

Polityka kolejnych rządów po 1990 roku przyczyniała się do umacniania w Polsce doktryny neoliberalnej przyjętej w ramach Konsensusu Waszyngtońskiego pod koniec lat 80. XX wieku. Twarzą polskiej wersji neoliberalizmu jest Leszek Balcerowicz blisko związany z Bankiem Światowym i Międzynarodowym Funduszem Walutowym.

 

Obydwie te instytucje służą od blisko 40 lat do upowszechniania i wdrażania idei neoliberalnych w świecie. W sferze ekonomicznej sprowadzają się one do powszechnej prywatyzacji, w sferze politycznej do deregulacji ograniczającej rolę państwa. W sferze stosunków międzyludzkich sankcjonują chciwość i brutalną konkurencję na wszystkich polach.

Polska Partia Socjalistyczna przeciwstawiała się polityce gospodarczej i społecznej, która była realizowana w Polsce od początku lat 90.. Polityka ta była i jest sprzeczna z interesem mas pracujących i jak się po kilku latach okazało, również z interesem Polski. Wielokrotnie podczas demonstracji socjaliści wołali: „Balcerowicz musi odejść”, wskazując na błędną strategię gospodarczą i społeczną.

Mimo jednak, że ten w końcu odszedł, polityka nasycona neoliberalizmem była realizowana w najlepsze. Polska, jako jeden z pierwszych krajów w ramach transformacji poddana została tzw. terapii szokowej, z której zrodziło się postępujące rozwarstwienie społeczne, upadek powstającej w latach 70. zaczątków klasy średniej, transfer ogromnych kapitałów za granicę. Narodziła się, mimo ograniczeń, klasa wielkiego kapitału, z drugiej strony rzesza bezrobotnych i bezdomnych. Urosło wiele setek instytucji charytatywnych, których istnienia i działalności jako społeczeństwo kierujące się zasadą sprawiedliwości społecznej, powinniśmy się wstydzić.

Neoliberalizm, jako idea konstruktywistyczna, wdraża w życie społeczne zasady sprzeczne z demokracją liberalną. Uznaje on, że cała sfera decyzji gospodarczych państwa wyłączona jest z procesu negocjacji politycznych, a jedynym kryterium ich podejmowania jest zysk lub strata i powszechne prawa rynku. Kwalifikacja ta przenosi się niestety w praktyce na sferę społeczną, politykę państwa, łamie podstawowe zasady demokracji. Mamy w związku z tym dziś do czynienia w skali naszej strefy cywilizacyjnej z poważnym kryzysem demokracji. M.in. w Polsce upada demokracja przedstawicielska, którą kolejne ekipy rządzące próbują pudrować pyłem populizmu walcząc brutalnie o władzę w państwie. Widać to było także w walce o samorządy w 2018 roku.

Ostatnio w „Spieglu” Romain Leick, niemiecki dziennikarz pisze, że „narody Zachodu rozpadają się na dwa światy. Naprzeciw siebie stoją dwa obozy, które mają ze sobą niewiele wspólnego. Po jednej stronie znajdują się metropolie, błyszczące wystawy globalizacji i jej brata bliźniaka – wielokulturowości, gdzie obok siebie mieszkają: nowa burżuazja i kolorowa różnorodność migrantów.

Po drugiej stronie są peryferie małych i średnich miast, dawnych obszarów przemysłowych i dalekich regionów wiejskich. Tam koncentrują się środowiska, które dawniej niewiele łączyło: robotnicy, zwykli urzędnicy, zatrudnieni na śmieciowych umowach, rolnicy, drobni przedsiębiorcy i emeryci; wszyscy złączeni wspólnym poczuciem podwójnej niepewności – finansowej i kulturowej”.

Powodem tego przypomnienia są narastające problemy społeczne i trwające ostatnio w Polsce przepychanki na temat cen prądu elektrycznego. Metoda zastosowana przez państwo (ekipę rządzącą) odbiega w tym wypadku wyraźnie od dotychczasowego, wolnorynkowego standardu, lansowanego przez neoliberałów. Łamie zasady nadrzędności ekonomi nad polityką, przywraca władcze funkcje państwa wygaszane od lat. Jeśli nie jest ona wyłącznie napędzana interesem politycznym lub też strachem przed „polskim Majdanem”, to stanowi przełom, czego wydaje się, nikt nie zauważył.

Mamy bowiem do czynienia z przełamaniem w praktyce państwa polskiego doktryny, która uznawana była dotychczas za „świętą”. Jakie to rodzi skutki na przyszłość? Bardzo poważne – powstaje akceptowana przez praktykę państwa możliwość przeciwstawienia się nadrzędnej roli rynków, co było niemożliwe dotychczas z powodów doktrynalnych.

Nie należy oczywiście fascynować się tym zdarzeniem, które miało miejsce w naszym Sejmie w przededniu Nowego Roku 2019, podczas dyskusji nad ustawą dotyczącą cen energii elektrycznej. Dopiero następne wydarzenia tej rangi mogą wskazać nam skrywane dotychczas plany ekipy premiera Mateusza Morawieckiego.

Przed kilkoma laty w jednym z esejów dotyczących tego tematu pytałem „dokąd od neoliberalizmu?”. Uważam, że pytanie jest nadal zasadne, szczególnie w skali Polski. Świat bowiem, jak widać po wielu przykładach, odsyła neoliberalizm na śmietnik historii i szuka nowych, sprawiedliwych systemów społecznych. U nas są nadal i tacy, którzy z werwą pokrzykują za Balcerowiczem: więcej prywatyzacji, więcej deregulacji! Jest to jednak już tylko śmieszne i tragiczne.

Nie ulega wątpliwości, że Polska po okresie nieudanej transformacji lat 90. powinna zmierzać do zmiany systemu społeczno-ekonomicznego na taki, który przywróci sprawiedliwość społeczną do rangi obowiązującej doktryny i pozwoli na stworzenie na nowo strategii rozwojowej opartej o szerokie porozumienie wszystkich sił społecznych i politycznych w kraju. Elity muszą ponownie nauczyć się współżyć ze społeczeństwem.

Politycznym wyzwanie na przyszłość jest to, czy polska lewica jest zdolna wyjść ze stanu alienacji i zbudować sobie właściwe miejsce na scenie politycznej.