Ustawiali wyniki w Armenii

Futbolem w Armenii wstrząsnęła potężna afera korupcyjna z ustawieniem wyników meczów. Federacja piłkarska tego kraju (FFA) już ukarała dożywotnią banicją 45 osób. W tej grupie są właściciele klubów, piłkarze i trenerzy.

To pokłosie skandalu jaki wybuchł po ujawnieniu przypadków ustawiania wyników meczów ligowych. Uwagę działaczy FFA zwróciła niecodzienna seria wyników Lokomotiwu Erywań (12:0, 0:12, 1:8 i 9:2). Wszczęte dochodzenie, także z udziałem organizacji międzynarodowych i organów ścigania, dostarczyło wystarczająco dużo dowodów przestępczego procederu, w który uczestniczyło więcej klubów. Władze federacji zawiesiły rozgrywki w drugiej lidze i wykluczyła z rozgrywek na czas nieokreślony, poza wspomnianym Lokomotiwem, także drużyny FC Erywań (ten klub z powodów finansowych i organizacyjnych wycofał się na początku roku z rozgrywek ekstraklasy), FC Van, Aragats, Torpedo Erywań i Masis, a ponadto ukarała dożywotnimi dyskwalifikacjami 45 osób. Wśród ukaranych znaleźli się głównie właściciele klubów pochodzący z Rosji oraz głównie ukraińscy, łotewscy i białoruscy piłkarze. „Decyzje zostały podjęte po tym, jak FFA otrzymała niezbite dowody nielegalnych działań” – napisał w oświadczeniu szef piłkarskiej federacji Armenii Armen Melikbekjan. Warto odnotować, że to on zatrudnił latem 2019 roku na stanowisku przewodniczącego komisji sędziowskiej byłego prezesa PZPN, a wcześniej uznanego arbitra międzynarodowego Michała Listkiewicza. Kilka miesięcy temu w wywiadach prasowych były prezes PZPN zapewniał, że przyjął propozycję pokierowania pracą sędziów w Armenii właśnie za namową Melikbekjana.
Po wspomnianymi 45 skazanymi na dożywotnią banicję z ormiańskiego futbolu, ukarano czasowymi dyskwalifikacjami jeszcze kolejnych 13 osób, które pośredniczyły w manipulowaniu wynikami. Nie wszystkie podejrzane rezultaty udało się potwierdzić jako ustawione, ale dochodzenie trwa i lista ukaranych może się jeszcze powiększyć. „Naszym celem jest całkowite wyplenieni korupcji z ormiańskiego futbolu” – zapewnia jednak prezes Armen Melikbekjan.

PZPN jak pączek w maśle

Polski Związek Piłki Nożnej jest najbogatszym polskim związkiem sportowym. Tak jest od zawsze i wynika to po prostu z największej popularności piłki nożnej, która utrzymuje się bez względu na sportowe wyniki reprezentacji i zapewnia PZPN-owi rosnące z roku na rok zyski bez względu na to, kto w danym momencie nim rządzi.

Ministerstwo sporu i turystyki właśnie opublikowało sprawozdanie finansowe PZPN za 2018 rok. Przypomnijmy, że pod względem sportowym nie był to rok udany, bo reprezentacja w mistrzostwach świata w Rosji odpadła już po fazie grupowej, a potem równie słabo wypadał w Lidze Narodów, przegrywając w grupie rywalizację z Portugalią i Włochami. Mimo to PZPN chwali się w swoim sprawozdaniu rekordowymi wpływami i zyskiem. W ubiegłym roku zyskał wzrost przychodów o 15,3 proc. do kwoty 240,62 mln złotych, a zysku netto z 15,3 do 26 mln złotych. Skąd ta góra pieniędzy? Głownie od sponsorów i ze sprzedaży praw telewizyjnych. Wpływy z tytułu wpłat od sponsorów zwiększyły się o 31 procent i urosły do kwoty 65,2 mln złotych, natomiast ze sprzedaży praw telewizyjnych zwiększyły się o 39,1 procent do 44,4 mln złotych.

Wciąż rosnąca hojność sponsorzy

Przychody od sponsorów i ze sprzedaży praw telewizyjnych stanowią rosnącą sukcesywnie część budżetu PZPN-u. Dla porównania, w 2017 roku wyniosły w sumie 81,83 mln złotych i stanowiły blisko 40 procent przychodów organizacji, zaś w ubiegłym roku powiększyły się do kwoty 109,64 mln złotych i stanowiły już prawie 46 procent budżetu. Naszej piłkarskiej federacji finansową pomyślność zapewniają lukratywne kontrakty sponsorskie z Grupą Lotos oraz kilkoma innymi sponsorami, m.in. 99rent, Ustronianką, Oshee i Fakro, Coca-Colą, Totolotkiem, Nike, Allior Bank czy Blachotrapez.

Przychody PZPN-u ze sprzedaży praw telewizyjnych wyniosły w poprzednim roku 44,42 mln zł. Dla porównania, w 2017 roku wyniosły 31,93 mln złotych, co oznacza, że urosły o 39,1 procent. To jednak nie jest zasługa naszej federacji, tylko scentralizowania praw telewizyjnych sprzedawanych przez UEFA, a także praw do meczów towarzyskich naszych reprezentacji. PZPN sprzedaje też prawa do pokazywania Pucharu Polski i I Ligi, jesienią 2017 roku Polsat kupił je na wyłączność od połowy 2021 roku.
Wyśrubowane do granic kibicowskiej wytrzymałości ceny biletów na mecze reprezentacji nie pozwalają na wzrost dochodów z tego tytułu i utrzymują się na poziomie mniej więcej 36 mln złotych. W ubiegłym roku reprezentacja rozegrała w kraju osiem meczów – wiosną trzy sparingi przed mistrzostwami świata, a jesienią dwa mecze w Lidze Narodów (z Włochami i Hiszpanią) oraz dwa towarzyskie.

PZPN obłowił się za to na mundialu w Rosji, chociaż reprezentacja nie wyszła tam nawet z grupy. Do kasy związku 39,3 mln złotych, głównie ze sprzedaży przyznanej związkowi puli biletów dla polskich kibiców i części wpływów z praw telewizyjnych i marketingowych. Wpływy z dotacji od UEFA wyniosły 14,5 mln złotych. Budżet naszej futbolowej federacji zasiliły też opłaty transferowe (2,4 mln zł) oraz przychody określone jako pozostałe (wzrosły z 15,9 do 18,9 mln zł).

Dużo chętnych do pilnowania kasy

Rządząca obecnie piłkarską organizacją ekipa Zbigniewa Bońka, licząca wraz z nim 81 zatrudnionych etatowo osób, wydała w 2018 roku 202,6 mln złotych, znacznie więcej niż rok wcześniej, kiedy to na cele statutowe i inne poświęciła z budżetu 179,9 mln zł. Związek wykorzystał w całości 8,42 mln zł dotacji z ministerstwa sportu i turystyki. Koszty występu reprezentacji na mistrzostwach świata wyliczono na 15,5 mln złotych. Były takie stosunkowo niskie, bo związek nie musiał wypłacić piłkarzom żadnych premii. Drużyna miała je dostać dopiero po wyjściu z grupy, a ich wysokość miała rosnąć w zależności od zajętego w turnieju miejsca.

Za rok dojdzie do ostrej walki o władzę nad tym zamożnym związkiem sportowym. Obecny prezes Zbigniew Boniek nie będzie mógł już kandydować, bo właśnie kończy drugą kadencję, a prawo zabrania ubiegania się w związkach sportowych o więcej niż dwie. Wśród potencjalnych następców wymienia się Marka Koźmińskiego, obecnie wiceprezesa ds. szkoleniowych, uważanego za prawą rękę Bońka i gwaranta utrzymania wpływów przez obecną ekipę, ale też Radosława Michalskiego, obecnego szefa Pomorskiego Związku Piłki Nożnej, prezesa Jagiellonii Białystok Cezarego Kuleszę, uwolnionego przez wyborców z sejmowych obowiązków Romana Koseckiego, a także byłego prezesa Legii Bogusława Leśnodorskiego oraz byłego arbitra i prezesa PZPN Michała Listkiewicza.

 

Kto zastąpi Bońka?

Za niewiele ponad rok, konkretnie 26 października 2020 roku, może dojść do zmiany władz PZPN, bo tego dnia odbędą się wybory nowego prezesa i członków zarządu. Obecny sternik piłkarskiego związku, Zbigniew Boniek, po dwóch kadencjach nie może już kandydować, co wcale nie oznacza, że zamierza zrezygnować z realnej władzy w związku. Warunkiem jest zdobycie miejsca w nowym zarządzie i osadzenie na fotelu prezesa człowieka, którym da się sterować.

Wyborcza matematyka przy wyborze nowego prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej jest dosyć prosta. Elektorami będą delegaci na walne zgromadzenie w liczbie 118 osób. Jeden z nich zastąpi na stanowisku Zbigniewa Bońka. Żeby stanąć w wyborcze szranki trzeba jednak przedstawić co najmniej 15 deklaracji poparcia, które mogą udzielić kluby ekstraklasy i I ligi oraz Wojewódzkie Związki Piłki Nożnej. To są trzy najpoważniejsze siły w PZPN: WZPN-y mają do dyspozycji 60 głosów, ekstraklasa 32, a I liga 18, czyli w sumie 110 głosów. Żeby wygrać wybory w pierwszej turze, trzeba zdobyć ponad połowę głosów, czyli minimum 60.

Chociaż do wyborów jeszcze szmat czasu, w mediach już pojawiają się pierwsze informacje o toczących się zakulisowych rozgrywkach. Na przykład tvp.info.pl podaje, że w tej chwili gronie najpoważniejszych kandydatów do objęcia funkcji prezesa PZPN wymieniane są trzy nazwiska: prezesa i współwłaściciela Jagiellonii Białystok Cezarego Kuleszy, byłego współwłaściciela Legii Warszawa, a obecnie znajdującego się poza futbolowym środowiskiem Bogusława Leśnodorskiego oraz obecnego sekretarza generalnego PZPN Macieja Sawickiego. W Mazowieckim Związku Piłki Nożnej rozważany jest ponoć wariant wystawienia Romana Koseckiego, ale tylko w przypadku, gdy przegra wybory do Sejmu. „Kosa” już raz był kandydatem na prezesa PZPN, ale w 2012 roku ustąpił Bońkowi i zadowolił się posadą wiceprezesa ds. szkoleniowych. Po czterech latach w kolejnym starciu o związkowe posady już nie uczestniczył, ale w Mazowiecki ZPN jest członkiem zarządu i raczej nie będzie miał problemu z uzyskaniem mandatu delegata na zjazd wyborczy. Lecz jeśli utrzyma się w Sejmie, raczej na pewno nie będzie zainteresowany walką o władzę w PZPN. Dlatego na razie nie jest wymieniany w gronie potencjalnych kandydatów, jak ma to miejsce w przypadku nie kryjących się z takimi ambicjami Kuleszy, Sawickiego czy Leśnodorskiego.

Walka o kluczowe posady zapowiada się emocjonująco, bo piłkarskie środowisko jest już mocno zmęczone autorytarnymi rządami Bońka i chciałoby powrotu do zdecydowanie bardziej demokratycznych reguł obowiązujących za kadencji Michała Listkiewicza. Ta coraz częściej wyrażana tęsknota ośmieliła wciąż lubianego w futbolowych kręgach byłego arbitra do podjęcia starań o odzyskanie utraconej w 2008 roku pozycji. Dla Bońka jednak ewentualne zwycięstwo Listkiewicza to byłaby życiowa klęska, bo po tym jak brutalnie wyrzucił go ze struktur związkowych nie miałby prawa liczy na odpuszczenie win, tylko na srogi rewanż i odpłatę w myśl zasady „oko za oko”.

Dlatego obecny sternik pezetpeenowskiej nawy kombinuje, żeby przeforsować kandydaturę swojego człowieka, a jedynym, na którego lojalność może od biedy liczyć, jest zawdzięczający mu błyskotliwą karierę Sawicki. Za jego plecami w nowych władzach Boniek mógłby objąć funkcję wiceprezesa lub nawet zostać tylko zwykłym członkiem zarządu i zachować realne wpływy na działania PZPN. W gruncie rzeczy chodzi bowiem o to, że jest to warunek pozwalający Bońkowi utrzymać w przyszłości miejsce w komitecie wykonawczym UEFA. Dodajmy – warunek niezbędny, bo bez jego spełnienia mandatu nie utrzyma.

Wybór Sawickiego byłby jednak tak oczywistym przedłużeniem władzy Bońka, że dla sporej części środowiska taki wariant jest w tej chwili niemożliwy do zaakceptowania. Ale do wyborów jeszcze ponad rok, a zatem dosyć czasu, żeby zbudować Sawickiemu wystarczające poparcie. Jeśli się to nie uda, Boniek u każdego innego zdobywcy prezesowskiego stołka będzie petentem, a od takiej roli przez ostatnie siedem lat zdążył się już przyzwyczaić. No i straci też niekontrolowany dostęp do kasy, a kto wie – może nawet zostanie rozliczony z ośmiu lat ich wydawania?