Trzydzieści lat po wielkim przełomie

To, co zdarzyło się w Polsce trzydzieści lat temu, stanowi już teraz i stanowić będzie w przyszłości ważny i interesujący temat rozważań historyków i sporów publicystów.

Był to bowiem autentyczny przełom ustrojowy, tym ciekawszy, że dokonany w pokojowy sposób i to w warunkach systemu, co do którego wybitni specjaliści zachodni od wielu lat twierdzili, że jest organicznie niezdolny do istotnych przeobrażeń – tak pokojowych, jak rewolucyjnych. Napisano na ten temat już sporo, ale wciąż okazuje się, że jest to temat warty naukowej analizy.
Analizę taką przedstawili ostatnio Daria i Tomasz Nałęczowie („Czas przełomu”, Warszawa: Biblioteka „Polityki” 2019). Oboje autorzy są znanymi historykami a w przeszłości także działaczami państwowymi na wysokim szczeblu. Tomasz Nałęcz był wiceprzewodniczącym Socjaldemokracji RP, potem jednym z przywódców Unii Pracy, posłem na Sejm II kadencji i jego wicemarszałkiem (w IV kadencji), a w latach 2010-2015 doradcą prezydenta Komorowskiego. Daria Nałęcz przez dziesięć lat (1996-2006) była (znakomitą) dyrektor naczelną Archiwów Państwowych i podsekretarzem stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego w latach 2012-2015. Takie połączenie kariery akademickiej i działalności politycznej stawia autora zawsze przed trudnym wyzwaniem, któremu oboje autorzy potrafili w zasadzie dobrze sprostać.
Biorąc tę pracę do ręki myślałem, ze niewiele z niej się dowiem, gdyż sprawy tam omawiane były ważną częścią mojego doświadczenia politycznego a także dlatego, że znam rozległą literaturę przedmiotu. Okazało się, że nie miałem racji. Autorzy wykorzystali nieznane źródła archiwalne i przedstawili bardzo ciekawą, intelektualnie odważną analizę omawianego okresu. Książka ta powinna być obowiązkową lekturą dla wszystkich interesujących się nie tylko historią, ale także dzisiejszą polityką polską, a także powinna trafić do liceów jako ważne źródło wiedzy o historii najnowszej.
Książka obejmuje okres dwóch lat: od obrad „okrągłego stołu” do pierwszych powszechnych wyborów prezydenckich 1990 roku. Poza tymi ramami czasowymi są zwięzłe refleksje wstępne sięgające do kryzysu 1980/81 oraz krótki epilog przedstawiający wydarzenia polityczne od objęcia przez Lecha Wałęsę stanowiska prezydenta do przegranych przez obóz byłej „Solidarności” wyborów sejmowych 1993 roku. O ile wprowadzenie historyczne do omawianych wydarzeń jest zrozumiałe, o tyle niefortunna wydaje mi się decyzja o pobieżnym potraktowaniu okresu 1991-1993, a zamknięcie relacji na roku 1993 ( a nie na przykład na 1995, gdy dobiegła końca prezydentura Wałęsy i na stanowisko prezydenta wybrany został Aleksander Kwaśniewski) jest arbitralne i niezbyt zrozumiałe.
W przeprowadzonej analizie historycznej za szczególnie cenne uważam trzy elementy. Po pierwsze: pogłębioną analizę procesu dochodzenia do porozumienia „okrągłego stołu”, w tym zwłaszcza wewnętrznego konfliktu targającego wówczas PZPR – rozstrzygniętego na rzecz kompromisu z „Solidarnością”. Analiza ta byłaby jeszcze ciekawsza, gdyby autorzy pokazali, jak w szeregach „Solidarności” dojrzewało zrozumienie potrzeby kompromisu i jak w tej formacji dokonał się podział na umiarkowanych i radykałów. W politologicznych teoriach transformacji ważne miejsce zajmuje, rozwijana między innymi przez Adama Przeworskiego, koncepcja, zgodnie z którą powodzenie negocjowanej reformy zależy od tego, by po obu stronach umiarkowani zdołali odsunąć na bok radykałów (partyjny „beton”, opozycyjnych „nieprzejednanych”). To, jak ten proces dokonał się w Polsce, stanowi ważny i nie do końca opisany aspekt wielkiej przemiany.
Drugim bardzo cennym wkładem autorów jest znakomita analiza okresu funkcjonowania rządu Tadeusza Mazowieckiego, w tym pogłębione socjologicznie studium narastającego wówczas konfliktu między tymi warstwami, które na transformacji zyskiwały i tymi, które poniosły największy koszt przemian i stały się zapleczem społecznym ugrupowań kontestujących polską drogę przemian. Sprawa ta ma też istotne znaczenie dla zrozumienia dzisiejszych podziałów politycznych.
Trzecim wreszcie wątkiem pracy godnym szczególnego odnotowania jest analiza kampanii prezydenckiej 1990 roku. Autorzy nie kryją swej sympatii dla Tadeusza Mazowieckiego, ale rzetelnie i ciekawie pokazują, jak i dlaczego ten wybitny polityk przegrał wybory – i to już w pierwszej turze.
Ta ważna i ciekawa książka nie jest jednak wolna od wad i tez spornych. Piszę o nich także dlatego, ze dotyczą one ważnych dla lewicowego czytelnika stron najnowszej historii.
Pierwszą sprawą sporną jest zaprezentowana przez autorów ocena stanu wojennego, w której autorzy całkowicie ignorują zagrożenie interwencją radziecką (z udziałem wojsk NRD i Czechosłowacji). Jest to tym dziwniejsze, ze Tomasz Nałęcz był posłem w 1996 roku, gdy Sejm zdecydowaną większością głosów umorzył postępowanie w sprawie odpowiedzialności za stan wojenny – właśnie dlatego, że uznał, iż ówczesna decyzja podjęta została w stanie wyższej konieczności. Nie wiem tez, czy autorzy świadomie zignorowali poważną literaturę zachodnią, w której ( na przykład w pracy wybitnego politologa austriackiego Antona Palinki „Politics of the Lesser Evil: Leadership, Democracy & Jaruzelski’s Poland”, New Brunswick 1999) ten właśnie moment stanowi uzasadnienie wyboru „mniejszego zła”. Nie jest też dla mnie zrozumiałe, dlaczego autorzy twierdzą, że reformatorzy partyjni zostali po wprowadzeniu stanu wojennego z PZPR usunięci, lub sami z niej sami odeszli. Skąd więc w kierownictwie PZPR wzięli się tacy reformatorzy jak Kazimierz Barcikowski, Hieronim Kubiak, Janusz Reykowski? W końcu cały kierowniczy aktyw SdRP, w tym także Tomasz Nałęcz, to dawni działacze PZPR – i to w większości właśnie jej reformatorskiego skrzydła.
Drugą sprawą sporną jest to, jakie intencje przyświecały stronie rządowej w zawieraniu kompromisu „okrągłego stołu”. Autorzy utrzymują, że szło tylko o „dokooptowanie” ludzi „Solidarności” bez zamiaru zmiany systemu. Jak więc wyjaśnić to, że w zawartym porozumieniu przewidziano w pełni demokratyczne i wolne ( a nie „kontraktowe”) wybory do Sejmu następnej kadencji? Moje odczytanie ówczesnej polityki PZPR jest inne: chcieliśmy zapewnić Polsce kilkuletni proces stopniowej zmiany systemu. To prawda, że nie liczyliśmy się z tak szybkim oddaniem władzy, ale nie jest prawdą, że zakładaliśmy utrzymaniu po wsze czasy partyjnej hegemonii. Przy okazji autorzy nie do końca mają rację twierdząc, że w PZPR w ogóle nie widziano możliwości przegrania wyborów 1989 roku. Przed wyborami Andrzej Werblan przedstawił ciekawą koncepcję przeprowadzenia wyborów do Senatu na podstawie ordynacji proporcjonalnej, gdyż – jak trafnie przewidział – większościowa musiała prowadzić do całkowitego pogromu kandydatów strony dotychczas rządzącej. Propozycja ta została odrzucona przez kierownictwo PZPR, ale świadczy, że nadmierny optymizm nie był tak powszechny, jak się obecnie sądzi.
Trzecią sprawą jest marginesowe tylko potraktowanie początków socjaldemokracji. Autorzy w ogóle nie wspominają o tym, że delegaci na ostatni (X() zjazd PZPR zostali wybrani w sposób demokratyczny – w bezpośrednich wyborach przeprowadzanych w okręgach wyborczych. To wtedy w jednym z takich okręgów obaj – Tomasz Nałęcz i ja – zostaliśmy po raz pierwszy delegatami na zjazd partii. O działaniach SdRP niewiele się z książki dowiadujemy, więc dla nieznającego historii czytelnika zaskoczeniem musi być informacja (z epilogu) o wielkim sukcesie tej partii w wyborach 1993.
Mam też inną opinię o dwóch czołowych postaciach ówczesnej PZPR: Wojciechu Jaruzelskim i Mieczysławie Rakowskim. Nie jestem w tej sprawie bezstronny, gdy z z oboma łączyły mnie stosunki osobistej przyjaźni. Autorzy odnoszą się z większą estymą do byłego prezydenta, ale przesadnie, moim zdaniem, akcentują jego troskę o własną pozycję i o to, jak osądzi go historia. Znałem Generała od wielu lat (poznaliśmy się w 1961 roku) i byłem z Nim bardzo blisko w ostatnich dwóch dziesięcioleciach Jego życia. Mam głębokie przekonanie, że najważniejszym motywem Jego działań była patriotyczna troska o Polskę. Ocena Mieczysława Rakowskiego dokonana w omawianej pracy jest jednostronna i krzywdząca. Autorzy przedstawiają Go jako zagorzałego przeciwnika demokratycznej zmiany. Prawdą jest, że Rakowski usiłował ratować co się da z pozycji partii, na której czele stanął w 1989 roku, ale nie oznacza to, by był wrogo nastawiony do demokratycznej zmiany ustroju, której konieczność uznawał starając się jednak o to, by w demokratycznej Polsce było miejsce na silną lewicę. W tym wypadku autorzy zanadto ulegli pokusie przyjmowania za wyrocznię czarno-białego schematu, którym operuje propaganda zwycięzców.
Te polemiczne uwagi nie mają na celu przekreślenia zalet tej cennej pozycji. Pokazuje ona jednak, ze nawet wśród ludzi wywodzących się z lewicy jest szerokie pole do poważnej dyskusji nad drogą, którą szliśmy do demokratycznej Polski.

Jeszcze wokół Okrągłego Stołu

Wśród licznych medialnych wypowiedzi z okazji kolejnej rocznicy zakończenia obrad Okrągłego Stołu dwie zasługują na wyjątkową uwagę. Pierwszą jest obszerny, świetnie udokumentowany i pogłębiony tekst prof. Jerzego Wiatra na łamach „Dziennik Trybuna” („Okrągły Stół” z perspektywy 30 lat), a drugim, jego intelektualne zaprzeczenie, w wykonaniu także profesora, Tomasza Nałęcza (Jak Okrągły Stół stał się kwadratowy) w dodatku historycznym „Gazety Wyborczej”.

Warto przypomnieć prof. Nałęczowi,

że przy Okrągłym Stole zasiadły trzy strony: koalicyjno-rządowa, opozycyjno-solidarnościowa i kościelna. Tę pierwszą we wspomnianym tekście Nałęcz – historyk na usługach obecnie obowiązującej ideologii – nazywa z uporem komunistami. I, jak w myśl cytowanego przez siebie przysłowia „Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma”, tym razem wystąpił właśnie w tej roli trzymanego, zapominając zapewne przez przypadek, bo wymogi jego profesji temu zaprzeczają, że i on zaliczany jest do komunistów. W latach 1970-1990 należał do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, w 1990 został jednym z wiceprzewodniczących Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej i działał też aktywnie w Unii Pracy. A więc nie tylko pełny komuch w czasie obrad OS, ale nadto postkomunista. Rzetelność, nie tylko naukowa, stanowiąca zaprzeczenie propagandowych haseł wymaga uwzględniania obowiązującego nazewnictwa, bo np. Piłsudski byt Naczelnikiem Państwa, a nie jego Namiestnikiem, PPS to nie PSS (dla młodszych: Powszechna Spółdzielnie Spożywców), a Manifest był i Połaniecki, i Lipcowy.
Jednak w kontekście całego tekstu tego autora ta antykomunistyczna maniera to zupełny drobiazg, gdyż apologia strony opozycyjno-solidarnościowej – jej wszelakiej mądrości, przenikliwości i przewidywalności, którą „narzuciła komunistom bardziej podstępem”, determinacja i negocjacyjny kunszt – przekracza tu liczbę beczek z oliwą, wylewanych kiedyś na wzburzone morze, a obecnie służących m. in. do zaklajstrowaniu tamtej rzeczywistości.

Pisze Nałęcz:

„Politycy reprezentujący przy Okrągłym Stole stronę komunistyczną powtarzają nieprawdziwą tezę, że ich celem było pokojowe oddanie władzy, zdemontowanie systemu i przejście do ustroju demokratycznego”. Dobrą regułą, nie tylko w naukach historycznych, jest przy cytowaniu kontrowersyjnych poglądów powołanie się na ich autora. Nie jest bowiem znana powszechnie choćby jedna wypowiedź o „pokojowym oddaniu władzy”, co zresztą byłoby zaprzeczeniem sensu niełatwych negocjacji. Natomiast jest prawdą, że w centralnych i reformatorskich kręgach partyjnych dojrzewało przekonanie o konieczności zasadniczych zmian ustrojowych, które w niedługim czasie po Okrągłym Stole zaowocowało powszechnym na lewicy wyborem socjaldemokratycznej drogi. Słyszał więc p. Tomasz, że dzwonią, ale nie wie w którym kościele.

Pisze dalej:

„W świetle wiedzy historycznej nie ulega wątpliwości, że celem proponujących Okrągły Stół komunistów nie było zdemontowanie systemu, tylko jego gruntowny remont, który miał im zapewnić dalsze, łatwiejszej już sprawowanie władzy.” Nie ma żadnych dowodów na to, aby podczas obrad OS ktokolwiek, nawet z opozycji, wypowiadał się na temat zdemontowania istniejącego systemu (w tej kwestii panowało z ich strony długo milczenie, zapewne także z bojaźni przed społeczną reakcją), a władza akceptująca rzeczywiste istnienie i wpływy opozycji nie tylko niczego sobie nie ułatwiała, a jedynie uznawała to za szansę nie tyle dla siebie, co przede wszystkim za możliwość wyprowadzenia kraju z impasu. Wiedza naukowca Nałęcza, sprowadzająca się do oceny władz zainteresowanych tylko swoimi stołkami, wpisuje się w znaną, powtarzaną obecnie śpiewkę, że „komuniści zabiegając o poparcie przeprowadzili reformę rolną i. t. p”. Nikt w latach późniejszych, poza chyba Nałęczem, nie słyszał lamentu byłych prominentów z powodu utraty władzy. Nota bene żadna z umawiających się stron OS nie miała klarownego obrazu dalszego przebiegu wydarzeń; dla wszystkich zapowiadał się natomiast, nieznany w czasie i nie bardzo rozpoznawalny, proces przemian całego życia społeczno-politycznego i gospodarczego Polski.

Pisze jeszcze Nałęcz:

„Owszem, „Solidarność” zgodziła się wejść w podyktowane przez komunistów koleiny władzy. Zaakceptowała wybory 4 czerwca 1989 r. na warunkach, które teoretycznie dawały ekipie Jaruzelskiego gwarancję dalszego sprawowania rządów. Wywalczyła jednak rzecz o wiele cenniejszą – obroniła swoją tożsamość i polityczną niezależność oraz zdolność do dalszego prowadzenia walki.” Te zasługi Solidarności są wątpliwe gdyż nie musiała przy OS ich bronić ani też wywalczać swej tożsamości i politycznej niezależności, bo nikt, nawet największy partyjny beton, nie oczekiwał od niej rezygnacji z tych wartości.

Dodaje Nałęcz:

„Dzięki temu posunięciu [chodzi o wybory w których Solidarność miała swoje komitety i listy wyborcze – Z.T.} nie udało się, jak chciała PZPR, ograniczyć Okrągłego Stołu do umowy wąskich grup polityków”. A to totalna bzdura, bo już same, nieutajnione przecież, obrady w Pałacu Namiestnikowskim wywołały powszechne społeczne zainteresowanie, i różne na nie reakcje, a więc tym bardziej o żadnych ograniczeniach przy powszechnych wyborach nie mogło być mowy.

Podsumowuje Nałęcz

swoje rozważania stwierdzeniami: „Choć komunistycznemu Kozakowi wydawało się, że schwytał solidarnościowego Tatarzyna, tak naprawdę to ten drugi był zwycięzcą okrągłostołowych podchodów”, i dalej: „udało się zamienić Okrągły Stół w „stół prostokątny”, przy którym opozycja siedziała po innej stronie niż obóz władzy”.
I takie to są prawdy Pana Profesora o polskim historycznym wydarzeniu, w czasie którego, bez względu na fundamentalne różnice dwóch obradujących stron, łączyło ich niewątpliwie przekonanie o wspólnym szukaniu dróg dla lepszej przyszłości tego kraju. Później niestety zapomniano o tym przesłaniu, obóz solidarnościowy przypisał sobie wszystkie sukcesy tamtych negocjacyjnych dni, stół stał się prostokątny, by wreszcie zostać postponowany i zniknąć jako rzadki symbol politycznej mądrości Polaków.
Na tle obszernej panoramy wydarzeń poprzedzających narodziny Okrągłego Stołu sytuuje to wydarzenie prof. Jerzy Wiatr. Uwagę zwracają fragmenty rozważań rzadko w innych opracowaniach podejmowane, a wyznaczające decyzje partyjne o konieczności podjęcia rozmów z opozycją. Na ogół traktuje się te kwestie w uproszczony sposób przywołując konieczność ich podjęcia złym stanem gospodarki i wzbierającymi cyklicznie falami strajków.

„Po stronie PZPR

– pisze Wiatr – kluczowe znaczenie miała ewolucja poglądów Wojciecha Jaruzelskiego. Z moich kontaktów z nim w pierwszych dniach stanu wojennego pamiętam, że już wtedy był on zdecydowanym przeciwnikiem eskalowania represji wobec ludzi związanych z opozycją. Przez długi czas liczył jednak na to, że możliwe będzie przeprowadzenie reform z inicjatywy władz i bez negocjacji z opozycją… Stopniowo jednak docierała do niego świadomość, że w Polsce taki wariant nie ma szans powodzenia i że konieczne są odważne, daleko idące zmiany.” A jeszcze wcześniej wspomina, że „Rząd Mieczysława Rakowskiego miał ambicję stania się inicjatorem skutecznych zmian, których powodzenie przywróciłoby utracone zaufanie do istniejącego systemu i w tym sensie stanowiłoby alternatywny w stosunku do rokowań z opozycją scenariusz polityczny. Szybko jednak okazało się, że na taki manewr było po prostu za późno.”

Stan wojenny w Polsce

pozostawił głębokie podziały w społeczeństwie, a po jego zniesieniu nie zostały one zasypane bądź przynajmniej zniwelowane żadną ważącą inicjatywą polityczną lub projektem społeczno-ekonomicznym. Wszelkie podejmowane w latach 1983-1987 działania władzy sprawiały wrażenie ruchów pozornych, zupełnie nieprzystających do oczekiwań większości obywateli, którzy pragnęli unormowania sytuacji w kraju, a przynajmniej nadziei na normalizację. A jeżeli nawet rodziły się plany poważnych reform gospodarczych i politycznych, to z różnych powodów bądź nigdy nie zostały wprowadzone w życie, bądź nie przynosiły oczekiwanych zmian (reforma autorstwa prof. Zdzisława Krasińskiego, kolejne etapy reform ekonomicznych czy próby reform politycznych).

Taki stan rzeczy

zależał, jak to nazwał w swym znanym memoriale Mieczysław Rakowski: „przede wszystkim od «stanu ducha» ekipy kierowniczej, tj. czy wierzy ona, że jest w stanie dokonać rewolucyjnych w swej istocie zmian w istniejącym systemie społeczno-gospodarczym”. Tak się jednak złożyło, że tej ekipy nie było stać na to, gdyż zabrakło w niej m. in. rozgromionej wcześniej, a rozbudzonej intelektualnie opcji reformatorskiej i to nie tylko we władzach centralnych. Zastąpili ich w poważnej części ludzie, których największą i jedyną zaletą było zdyscyplinowanie. Przypominam sobie generała zajmującego jedno z najwyższych stanowisk partyjnych, którego bezradność i brak wyobraźni miały wręcz charakter porażający.

Te rozważania nie prowadzą

do postawienia tezy, że mogłoby w ogóle nie dojść od Okrągłego Stołu, bowiem wyczerpanie się możliwości rozwojowych tamtego ustroju było oczywiste, a jedyną drogą wyjścia była zasadnicza, w miarę szybkimi etapami, jego przebudowa w kierunku gospodarki rynkowej, a ustroju w demokrację parlamentarną. Pragnąc zrealizować taki program PZPR musiała by także podjąć rozmowy z polityczna opozycją, tyle tylko, że już nie jako hegemon, a partia socjaldemokratyczna, posiadająca w ręku inicjatywę i mocne atuty w okrągłostołowych negocjacjach.

Paradygmat Okrągłego Stołu

dla Tomasza Nałęcza nie istnieje, także dla Zbigniewa Bujaka zaproszonego przez Społeczny Komitet Lewicy 100-lecia Niepodległości, Klub Inteligencji Katolickiej w Warszawie, Stowarzyszenie Ordynacka, Inicjatywa 30. ROK WOLNOŚCI na spotkanie w 30-tą rocznicę zakończenia obrad Okrągłego stołu. W programie tego wydarzenia zaplanowano jego wystąpienie, obok innych uczestników OS, a jednocześnie niedawno oświadczył: „To co Polska może wnieść do Europy to doświadczenie i kultura „Solidarności”. A co wnosi Miller? Co on sobą reprezentuje?”
Arogancja i głupota zaprezentowana przez Bujaka przekracza wszelkie normy, zadufanie w skompromitowaną postsolidarnościową politykę także wszelką miarę, niedocenienie roli byłego premiera wprowadzającego Polskę do Wspólnoty Europejskiej przez ewentualnego europosła poraża, a to wszystko okraszone jest brakiem elementarnej kultury.
Jeśli dobrze pamiętam, to na szczęście nie wypowiadał się pan Bujak przy Okrągłym Stole, a może mu głosu po prostu nie udzielono?

Nie przepraszamy za PRL

22 lipca to ważna data w historii Polski (kiedyś było to święto państwowe). Koszaliński Komitet Obrony Lewicowych Tradycji oraz Koszalińskie Porozumienie Lewicy zorganizowały debatę obywatelską, której gościem honorowym był prof. Paweł Bożyk – były doradca ekonomiczny Edwarda Gierka. Sala pękała w szwach.

 

Prof. Bożyk przy okazji promocji swojej książki „Apokalipsa według Pawła – jak zniszczono nasz kraj”, mówił – operując faktami i liczbami, jak zniszczono polską gospodarkę w okresie transformacji ustrojowej. Z 1650 zakładów doprowadzono do upadłości 650, niektóre pod przykrywką prywatyzacji doprowadzono do tzw. wrogiego przejęcia po to, by je zlikwidować. Dotyczyło to głównie dużych zakładów generujących modernizację min. z branży elektronicznej, przemysłu informatycznego i precyzyjnego. Wśród likwidatorów i prywatyzatorów polskiego systemu ekonomicznego czołowe miejsca zajmują Leszek Balcerowicz, Janusz Lewandowski i Wiesław Kaczmarek. Terapia szokowa którą zastosowano, była skokiem z trampoliny do basenu w którym nie było wody.

W dyskusji Eugeniusz Jakubaszek mówił o zlikwidowaniu koszalińskich przedsiębiorstw. Ruiny dobrze prosperujących byłych PGR-ów do dziś straszą w naszym województwie – to dzieło byłego wojewody Stanisława Sochy. Ta doktrynalna decyzja wpędziła w wieloletnią biedę, bezrobocie i beznadzieję dwa pokolenia byłych pracowników PGR-ów wraz z ich rodzinami. Zygmunt Smolik – jeden z twórców Koszalińskiej Doliny Krzemowej (w tamtym okresie Koszalin plasował się na czwartym miejscu w kraju w branży elektronicznej) przedstawił szczegółowo, jak likwidowano koszaliński przemysł elektroniczny (KAZEL – 1500 zatrudnionych, Ośrodek Naukowo-Produkcyjny Materiałów Półprzewodnikowych na Leśnej – 400 zatrudnionych).

Trawestując znane wystąpienie Mieczysława Rakowskiego, który mówił sarkastycznie: przepraszam za PRL, przepraszam za to, przepraszam za tamto, uczestnicy debaty obywatelskiej mówili pełnym głosem: NIE PRZEPRASZAMY:

– za oddanie nas przez ”Wielką Trójkę” w strefę wpływów Związku Radzieckiego – to nie była nasza decyzja;
– za odbudowę zniszczonej przez hitlerowców Warszawy i wielu innych miast Polski, za odbudowę Zamku Królewskiego w Warszawie;
– za reformę rolną, o którą bezskutecznie walczyło kilka pokoleń polskich chłopów;
– za awans społeczny milionów synów i córek chłopskich i robotniczych;
– za bezpłatny dostęp młodzieży chłopskiej i robotniczej do wyższych uczelni;
– za likwidację analfabetyzmu;
– za tysiąc szkół na tysiąclecie, za tysiące bibliotek, za tanie książki, za miejskie i wiejskie domy kultury;
– za uprzemysłowienie Polski;
– za to, że dwa pokolenia Polaków żyły nie znając plagi bezrobocia;
– za to, że na ulicach polskich miast nie było żebraków ani dziesiątków tysięcy bezdomnych;
– za to, że milion polskich dzieci nie zaczynało dnia bez śniadania;
– za to, że dzięki państwowemu mecenatowi nad kulturą i sztuką powstawały arcydzieła filmowe i teatralne;
– za zagospodarowanie Ziem Północnych i Zachodnich i uznanie naszej zachodniej granicy przez Republikę Federalną Niemiec;
– za ustawę o działalności gospodarczej, która otworzyła drogę do gospodarki rynkowej;
– za Okrągły Stół, wspólne dzieło ówczesnych rządzących i opozycji.

Na zakończenie debaty uczestnicy przyjęli przesłanie. „Znamy osiągnięcia, ale również błędy i słabości tamtego okresu, które tworzą historię PRL-u. Wiemy, że byliśmy więźniami dogmatów, od których uwalnialiśmy się stopniowo. Historii PRL-u nie można postrzegać tylko w biało czarnych barwach. Za historyczne osiągnięcie tamtego okresu uważamy odbudowę kraju ze zniszczeń wojennych, wprowadzenie Polski w erę cywilizacji przemysłowej, przeprowadzenie wielkiej rewolucji społecznej, powszechną edukację (likwidację analfabetyzmu) i zachowanie naszej tożsamości narodowej. Okres ten, to przede wszystkim wielka ofiarność, poświęcenie i gotowość służenia Ojczyźnie”.

Nie zgadzamy się na opluwanie i ośmieszanie naszej przeszłości, którą współtworzyliśmy uczciwie pracując. Żądamy od rządzącej prawicy obiektywnej analizy i oceny najnowszej historii Polski, a nie propagandy zohydzającej PRL.