Zgubiona klasowość

Osierocona lewica albo rzuca się w objęcia liberałów, albo chce leczyć kompleksy własną wersją populizmu, nadal zadręczając się mrzonkami o wyborach. Tymczasem konsekwentna polityka klasowa oznacza jeszcze coś innego.

Gdy Wiosna Roberta Biedronia szturmem bierze sondaże przedwyborcze, sytuacja partii Razem, nigdy niespecjalnie dobra, stała się fatalna jak nigdy wcześniej. Jesienią 2018 r. kompletna klęska w wyborach samorządowych, w lutym 2019 r. konflikt wewnętrzny w partii na tle stosunku do ordynarnego zagrania Wiosny z „milionem za jedynkę”, odejście niedoszłej „jedynki” i tych członków rady krajowej, których utożsamiano raczej z prawym skrzydłem partii. Poparcie, rzecz jasna, w granicach błędu statystycznego. I chociaż ci, którzy zostali, deklarują gotowość mocnego zwrotu w lewo i podejmowane są starania o porozumienie z innymi siłami lewicy społecznej, to położenie karminowej lewicy pozostaje skrajnie trudne, bo rozpoznawalność i poparcie dla potencjalnych sojuszników kształtuje się w podobnych granicach.
Zastanawia furia, z jaką na podupadłe Razem rzucili się lewicujący publicyści. Jak gdyby chcieli chcieli wziąć okrutny odwet na ugrupowaniu, które ostatecznie ich zawiodło i zdradziło, trwoniąc kredyt zaufania, jakim obdarzyli je w chwili narodzin. To dość niesprawiedliwe, do Razem postanowiło być po prostu wierne sobie. Symptomatyczne też, że bodźcem do „dorzynania watahy” okazał się tutaj fakt powstania Wiosny jako kolejnej „fajnej partii” – by posłużyć się przygnębiająco postpolityczną frazeologią Krzysztofa Pacewicza z GW. Ów radzi Partii Razem dokonać samorozwiązania, żeby „nie przeszkadzała” fajnej formacji. Imponujący wynik sondażowy, z którym Wiosna wchodzi do „wielkiej polityki” wydaje się doskonale świadczyć o tym, na co tak naprawdę przez cały czas liczyli lewicujący krytycy Razem. Powaleni 16-procentowym słupkiem, oddali hołd nowemu hegemonowi, przyznając rację własnej intuicji, która zapewne od dawna w nich kiełkowała: że ugrupowanie Zandberga skończyło marnie, bo nie było dość zdecydowane w budowaniu lewicy metodą ciągłego przesuwania jej do centrum.

Lemingi lewicowości

Kiedy nieprawicowy mainstream – sam oczywiście reprezentujący klasę średnią – nieustannie pouczał karminowych, że są za mało „średnioklasowi”, mimo że przekaz razemitów był zdecydowanie przeestetyzowany, w rzeczywistości nie mógł się najwidoczniej doczekać powstania siły politycznej, która eksplodowała tandetnym show podczas konwencji na Torwarze. Nie bez powodu politolog Rafał Chwedoruk porównał ją do kampanii reklamowej kredytów hipotecznych. Nie oszukujmy się: jedynym, co odróżnia Roberta Biedronia od jego konkurencji, są walory estetyczne. To polityk, który marketing wizerunkowy ma w małym palcu i odrobił tę lekcję zdecydowanie lepiej niż Razem – stąd też jego „fajność”. Pod tym kątem jest też skrojony „program” Wiosny. Intelektualiści kibicujący nowej partii zajmują się z kolei translacją tego eklektycznego koncertu życzeń na język ideologii, by oblec średnioklasową „fajność” partii w pozór teorii. Stąd Adam Leszczyński w swym niesławnym tekście, instrumentalizującym myśl Marksa w sposób bez mała stalinowski, agituje za zamykaniem kopalń, posługując się przy tym nie tylko mitologią zielonego kapitalizmu i parodią materializmu historycznego, lecz – a jakże! – figurą „umorusanego węglem górnika”.
Uwiąd Razem i rozkwit Wiosny, która już w ogóle nawet nie próbuje określać się mianem lewicy, znamionuje więc jednocześnie dalszy etap zanikania lewicowej części inteligencji. Zachowa ona prawdopodobnie odrębność publicystyczną, będzie dalej odwoływać się do postmarksistowskich teorii społecznych i postkeynesowskich tradycji ekonomicznych, a jednocześnie coraz bardziej będzie skłonna akceptować wyłącznie projekty polityczne mieszczące się na obrzeżach polskiego liberalizmu – „bo konstytucja”. Kierunek ten został obrany właśnie na skutek rozczarowania narastającą bezradnością Razem w obliczu silnej polaryzacji polskiej sceny politycznej z „obroną demokracji” w tle, a na łamach KP wyznaczył go Michał Sutowski w 2017 r. Nieumiejętność odnalezienia się karminowej partii między młotem a kowadłem, przekonała ostatecznie lewicujących teoretyków o konieczności postawienia na kolejnego konia – jeszcze „fajniejszego”. Znaleźli go: konfetti wypełniło halę Torwaru, padły hasła równości małżeńskiej, podwyżki płacy minimalnej, emerytury obywatelskiej i zamknięcia kopalń – nie pało wstydliwe słowo lewica. Dziwić się nie można, bo to postulaty w pełni mieszczące się ofercie dzisiejszego liberalizmu. Maciej Gdula dołączył do zespołu doradców Biedronia, więc pakt najwyraźniej przypieczętowano. Proces samolikwidacji polskiej lewicowej inteligencji zdaje się potwierdzać fakt, na który zwrócił uwagę Rafał Woś: Gdula przyznaje, że jego nowy projekt polityczny ma „wiele pól wspólnych” z Platformą Obywatelską. Woś pisze o nieusuwalnej „pępowinie” łączącej nową nie-lewicę z liberałami.
Razem zostało więc kompletnie osamotnione i zbiera nieopisane cięgi od tych, którzy jeszcze niedawno pokładali w nich nadzieję, za to że, rzekomo zdradziło ich swoim „radykalizmem”. Jaki to może być „radykalizm”? Nie chodzi przecież o diagnozę Janusza Majcherka czy Wojciecha Maziarskiego, lecz o publicystów, którzy nie wydają się uważać, że biedni zasługują na wszystko co najgorsze. Wyjaśnienia udzielił Adam Leszczyński w kolejnym artykule: radykałowie to ci członkowie, którym nie podobał się pomysł kupienia od Biedronia „jedynki” na liście za milion złotych. Radykałowie, co ci, którzy łudzili się, że dotrą w końcu ze swoim przekazem do ludu. Radykalizm to propozycja zaostrzenia progresji podatkowej.
Wszystko to w krytycznym odniesieniu do tekstu Justyny Samolińskiej i Mateusza Trzeciaka, opublikowanego przez Portal Strajk (ukazał się również na łamach „DT” pod tytułem „Spowiedź fioletowych”). Ich głos, który był w istocie bolesną samokrytyką partii Razem i został ciepło przyjęty przez część jej członków, dał jednoznacznie do zrozumienia, że razemici zgrzeszyli przesadnym ugrzecznieniem i niezdolnością do postępowego populizmu, niemocą dotarcia do biednych i wykluczonych. Stanowisko to – częściowo słuszne – zostało oczywiście wyśmiane przez Leszczyńskiego, bo to antypody Biedronia. Patrząc na porażkę Razem bez wątpienia jednak trzeba mówić o czymś więcej, niż tylko o źle dobranym stylu, z którego „spowiadają się” Samolińska i Trzeciak.

Tylko z ludem

Ich diagnozę można podsumować tak: w Polsce postkomunistycznej, gdzie ideologicznie lewica jest zablokowana ze względu na absolutną hegemonię prawicy, oparcie „innej polityki” na lewicowej tożsamości to niewypał. Krytykowana przez nich taktyka bazuje „na założeniu, że polityka nie powinna być wyrażeniem interesów zbiorowych, wspólnotowych (a te, z założenia, są przeciwstawne innym interesom – biedni mają odwrotne interesy niż bogaci, pracownicy odwrotne niż pracodawcy, obywatele i obywatelki inne niż klasa rządząca), a płaszczyzną realizacji swojej tożsamości i wynikających z niej pragnień, a także reprezentacja danej tożsamości w sferze publicznej” – piszą, odważnie akcentując klasowy punkt widzenia.
Lepiej więc iść w socjalny populizm, stawiać na prosty język, nieobciążony skojarzeniami, przez które w myśl standardów określonych przez antykomunistyczną i narodowo-katolicką prawicę od razu czeka ich dyskwalifikacja. Zrezygnować z dyskursu „eksperckiego”, który ludziom kojarzy się ze skompromitowanymi liberałami, chcącymi zlikwidować 500+. To nawet nienajgorszy pomysł, choćby z tego względu, że jeszcze nikt na polskiej lewicy na poważnie go nie realizował. I dobry pomimo tego, że pozornie nieodległy od obecnego stanowiska KP – oni też chcą projektu bez etykietki „lewica”. Tyle, że w przypadku KP oznacza to dołączenie do liberałów, a Samolińska i Trzeciak proponują kierunek diametralnie odmienny. Faktycznie jest to niezrealizowany projekt dużej części razemitów, który nigdy nie doszedł do głosu w sytuacji, gdy główna linia partii była ciągle nastawiona na poszukiwanie akceptacji u mainstreamowych mediów.
Nic dziwnego, że teraz sentymenty populistyczne w Razem odżywają. Publicysta Krytyki oczywiście chłodno gasi zapał karminowego lewego skrzydła: „Razem bardzo chciało być partią ludową – taką, na którą głosują prekariusze, bezrobotni, pracujący biedni czy robotnicy. Sęk w tym, że ten elektorat albo nie głosuje wcale, albo głosuje na nacjonalistyczną prawicę – prosocjalną i obyczajowo konserwatywną. Zapotrzebowanie ludu na partię radykalną socjalnie (jak na polskie warunki) i liberalną obyczajowo było bliskie zera. Zamiast wyciągnąć wnioski z tego faktu, partia postanowiła z impetem i rytmicznie uderzać głową w ścianę”.
Żeby było jasne: Leszczyński radzi w ogóle zaprzestać szukania poparcia wśród biednych, u ofiar wyzysku i niesprawiedliwości kapitalistycznych stosunków produkcji – dokładnie tak, jak SLD w latach 90. („Biedni nie głosują”). To już zaś nie jest kwestia tożsamości, a określania bazy społecznej dla podstawowych celów politycznych. Pisze to nawet dziwnie nieświadomy faktu, że siły polityczne, które zawładnęły polską sceną polityczną po 1989 r. nie dostosowywały przekazu do oczekiwań wyborców, tylko te oczekiwania sami przez lata kształtowali. Jak tego dokonać – to osobna sprawa. Rzecz w tym, że lewicujący autorzy przestali już w ogóle dostrzegać jakąkolwiek poważną rolę dla siebie w przestrzeni publicznej. Tyle zostało z gadania o hegemonii.
Kiedyś na łamach KP Agata Szczęśniak też proponowała, by odejść od forsowania na siłę lewicowej tożsamości, jednak w innym celu: „Ludzie nie czekają na lewicę. Ludzie nie potrzebują lewicy. (…) Ludzie czekają na mieszkania. Na wypłatę w terminie. Na to, żeby ich dzieci żyły z mniejszym wysiłkiem niż oni. Na to, żeby móc decydować o tym, jak będzie wyglądała ich rodzina”. Teraz Leszczyński musiałby to uznać za populizm, radykalizm i inne zagrożenia dla „obozu postępu”. Można chyba uznać, że KP zwija swój projekt rozpoczęty w 2002 r. Nie wiadomo już, jakiej lewicy chcą, skoro deklaratywnie rezygnują z resztek lewicowości. Marzy im się lewicowa partyzantka na zapleczu liberałów, podczas gdy nigdy nawet nie wyjaśnili, jakim cudem byłaby ona możliwa. Zwłaszcza w sytuacji, jeżeli po odsunięciu – jakimś cudem! – PiSu od władzy Biedroń i tak będzie musiał pokornie układać się z Koalicją Obywatelską… Zresztą nie wiadomo, na czym po eksmisji biednych ze swojej bazy społecznej lewicy miałby polegać projekt lewicowy i kto by za nim stał. Na nowo określi więc go pewnie Grzegorz Schetyna.

Populizm ściętej głowy

Mimo, że Samolińska i Trzeciak zasadniczo mają rację, jest jednak istotny problem z realizacją ich postępowo-populistycznej wizji. Cały czas towarzyszy im podejście czysto elektoralne, skupienie się na kampanii w nadchodzących wyborach, a między kampaniami – na dalszym bieganiu pomiędzy studiami telewizyjnymi. Jest to absolutna alfa i omega polskiej „ideowej lewicy” – z kim, gdzie i jak do wyborów. Kończy się zawsze przewidywalnie. Razem myślało, że zrobią to samo, tylko lepiej i rezultat będzie lepszy. Nie będzie. Bo faktycznie jest tak, jak pisze Leszczyński: biedni nie głosują, a jak już głosują, to na PiS – bo wspólnota narodowo-katolicka wydaje im się jedynym pocieszeniem w ich biedzie i upodleniu wolnym rynkiem. Nikt poza PiSem i Rydzykiem do tej pory nie chciał ich przecież pocieszać. Razemici, owszem, chcieli, lecz dotychczas nie określili sposobu dotarcia do tych ludzi ze swoim socjalnym przekazem. Wspomniani autorzy żywią przekonanie, że oczyszczenie ich narracji z elitarystycznych naleciałości załatwi sprawę. „Przekaz »ZŁODZIEJE WYPIERDALAĆ« jest na początek w zupełności wystarczający” – twierdzą. Tymczasem nie jest.
Jakub Majmurek dokonuje całkiem przekonującej analizy ruchów populistycznych dominujących dziś w Europie i USA. Nie bez powodu nie mają one charakteru lewicowego, a zdecydowanie prawicowy. Elementy programów socjalnych są tam nieznaczącymi dodatkami. Przede wszystkim są nacjonalistyczne, ksenofobiczne. To podstawowa płaszczyzna ich „buntu” wobec elit, choć warunki ekonomiczną są takie, że teoretycznie nie musiałyby takie być – doskonale pokazuje to brexit, czyli przykład społeczeństwa udręczonego neoliberalizmem, w którym odżywają hasła socjalistyczne.
Wielkie zakłady pracy zorganizowane na modłę tayloryzmu wyjechały do Azji, ruch robotniczy poszedł w rozsypkę, więc gniew społeczny jest coraz trudniejszy do artykulacji na sposób ściśle klasowy, a o to chodzi razemitom-populistom. Odwołania do nieokreślonego „ludu”, którego tożsamość przebiega w poprzek podziałów klasowych, skutkują wzmożeniem wyobraźni drobnomieszczańskiej wydającej na świat kolejne quasi-faszyzmy. Dodatkowo ruchy te mają w istocie naturę ściśle elektoralną, istnieją tylko jako siła widząca się w parlamencie, nie stanowią zaś alternatywy systemowej, nie proponują faktycznie żadnej zmiany społecznej – zazwyczaj ograniczają się do obietnicy przegnania „obcych”. Gniew społeczny wyraża się w nich w sposób od razu zapośredniczony politycznie, skanalizowany przez podmioty w pełni zakorzenione w systemie, bo rozgniewani oczekują szybkich rezultatów i potrzebują kogoś o prawdziwej sile sprawczej. Dlatego za brexitem stały de facto amerykańskie think tanki i bogaci biznesmeni, którzy potem zajęli się kampanią Trumpa w USA. W Polsce jest zresztą podobnie. Wzrost i triumf populizmu pisowskiego wymagał lat rozwoju – również, jak się okazało, na obszarze zaplecza finansowego. A jest to i tak tylko wariant systemu. Lewicowy populizm wymaga z kolei jego zakwestionowania. Jednak w XXI w. środki do tego nadal pozostają nieokreślone.
Wracamy więc do punktu wyjścia. Partia Razem nie ma i nie będzie miała środków, które pozwoliłyby jej tworzyć projekt socjalny, mogący pozostawać w jakiejkolwiek symetrii względem populizmu prawicowego na obecnej scenie wyborczej. Do tego też potrzebne są media, które potraktują ich socjalny przekaz poważnie. Ich namiastkę właśnie stracili na rzecz Biedronia. Mimo to, ugrupowanie nadal zamierza koncentrować się na wyborach, listach wyborczych i arytmetyce wyborczej – to akurat rzeczywiście wydaje się biciem głową w mur. Bartosz Migas z Razem odpowiedział na krytykę Leszczyńskiego twierdząc zwyczajnie, że „elektorat lewicowy” (choć nie wiadomo już co to znaczy) odzyska wiarę w Razem, bo rozczarują się Biedroniem. Nie. Prawdopodobnie ten elektorat czekał właśnie na kogoś w typie Biedronia, skoro z analiz powyborczych z 2015 r. wynikało, że dla wyborców partii Razem, ugrupowaniem drugiego wyboru była Nowoczesna.

Żądając niemożliwego

Na polskiej scenie politycznej – w sensie: elektoralnej – nie ma obecnie miejsca na taką partię, jaką chce być Razem. To fakt. Nie dokonają cudu. Jeżeli pójdą w socjal, nie zmieszczą się w tolerowanym przez media spektrum. Swoich mediów nie mają.
Jednak jest na nią miejsce gdzie indziej – w społeczeństwie. Jeżeli ktoś chce rzeczywiście „innej polityki” i gruntownej zmiany społecznej, przełomu na drodze do społeczeństwa równych ludzi, musi myśleć o tworzeniu oddolnego ruchu łączącego aktywność na niwie pracowniczej, związkowej, lokatorskiej, polityki lokalnej zorientowanej na opór wobec procesu utowarowienia i komercjalizacji przestrzeni publicznej. Razem próbowało takiej aktywności, niestety był to tylko dodatek do karminowych memów. A tylko przez bezpośrednią obecność wśród ludzi jest możliwa dziś polityka klasowa. Ponieważ jest to wyzwanie na lata i wymaga skuteczności w bezpośrednim rozwiązywaniu realnych problemów składających się na całość życia społecznego, oznacza to konieczność odejścia od polityki elektoralnej. Pytanie jednak, jaki cel ostatecznie przyświeca polskim lewicowcom. Zmiana świata nie nastąpi w parlamencie, bo parlamenty są zdecydowanie częścią problemu. Obecność w nim może być pomocna, ale stanie się możliwa tylko jeżeli ruch wykiełkuje poza nim.
Jest to wbrew pozorom perspektywa nie tylko romantyczna, ale i pragmatyczna – zależy tylko, w jakim horyzoncie umieszcza się swoją aktywność polityczną. Populizm w znanej postaci jest tylko instrumentalizacją gniewu przez nowe elity zazdroszczące starym. Chodzi zaś o tworzenie, o budowanie pośród ludzi jakiejś społecznie odczuwalnej wartości. Lewica socjalistyczna nie będzie miała innych kanałów dojścia do społeczeństwa – do tych mitycznych „zwykłych Polaków” – poza własną działalnością na ich rzecz. To właśnie musi być nasz przekaz, jeżeli ma być wiarygodny – bo z wiarygodnością w oczach ludzi właśnie najtrudniej. Obawy o to, że skład takiej organizacji politycznej, budującej swoją bazę w długotrwałej pracy u podstaw, będzie początkowo wątpliwy klasowo – w sensie „średnioklasowy” – są bezzasadne. Wszystkie ruchy lewicowe, a na pewno wszystkie zwycięskie, były „rozkręcane” przez wykształciuchów spoza klasy robotniczej. W mniejszej skali, również ruchy lokatorskie w Polsce, działające dość prężnie, zostały zapoczątkowane przez pełnych pasji lewicowych inteligentów. Ich przykład może czegoś uczyć.
Uczyć też może los Ruchu Sprawiedliwości Społecznej, który systematycznie marnuje swój doskonały potencjał na stworzenie takiego – powiedzmy na wyrost – rewolucyjnego bytu politycznego. Wszystko dlatego, że praca u podstaw jest regularnie składana w ofierze bożkowi elektoralizmu, który Piotra Ikonowicza nijak obłaskawiać nie zamierza. To doskonały przykład dla populistów z partii Razem, co robić i czego nie robić. Po pierwsze, nie przeskakiwać etapu, który jeszcze nie został domknięty. A takim etapem przed próbą sięgnięcia po władzę, jest stworzenie ruchu społecznego, który w sytuacji słabości ośrodków państwowych opartych na kompradorskich elitach, będzie mógł stanowić rozbudowane zaplecze gotowe asystować prospołecznemu rządowi we wdrażaniu postępowej polityki.
Trudne? Bardzo. Dlatego warto o to walczyć. Jeżeli ktoś mówi: inna polityka jest możliwa, niech przyzna też: bądź realistą, żądaj niemożliwego. Innego rozwiązania niż długi marsz nie będzie. Mierzymy się bowiem z samym KAPITALIZMEM – tak się nazywa całość społeczna, którą musimy zakwestionować, by myśleć dziś o jakiejkolwiek trwałej zmianie na lepsze.
Kłania się tu inna słabość Razem: ciągle wierzą, że jest jakiś socjaldemokratyczny model, który można do Polski przenieść z Europy Zachodniej lub Skandynawii na zasadzie kopiuj-wklej. Nie można z dwóch powodów. Po pierwsze, u szczytu powodzenia tych modeli kraje te zajmowały zupełnie inną pozycję w światowym podziale pracy i globalnej strukturze kapitału. Po drugie, od lat podlegają one deterioracji i końca tego procesu nie widać z powodu przywrócenia znanej z XIX w. pełnej dominacji kapitału nad światem pracy. Przykład Francji i „żółtych kamizelek” pokazuje, że kapitał jest nieubłagany. Spadający z dekady na dekadę wzrost i narastające od 50 lat tendencje kryzysowe ustawiły go pod ścianą, tak że opór wobec niego wymaga do społeczeństwa powrotu postaw wprost rewolucyjnych. Nie bez powodu jednak na całym kontynencie polityka wyborcza jest coraz bardziej podzielona między projekt nacjonalistyczny a liberalny – w obliczu kryzysu socjaliści żyją przeszłością i nie mają do zaproponowania niczego przekonującego.
Drogą lewicy musi być dziś budowanie masowego i demokratycznego ruchu, który w przyszłości pomoże ludziom zmienić stosunki produkcji. Czy po drodze uda się wejść do parlamentu, jest kwestią drugorzędną. Partia lewicowa z prawdziwego zdarzenia, której na tym zależy, musi zacząć uprawiać politykę tam gdzie jest ona jeszcze zupełnie nieobecna i w sposób, którego jeszcze nie ma. Nie brzmi to jak program na najbliższe wybory. Jeżeli jednak podejmujemy się reanimacji konającego, trudno oczekiwać że zaraz po dźwignięciu się na nogi będzie gotowy boksować się z innymi. Są rzeczy ważniejsze, a warte dokonania. Cała przyszłość do zdobycia.