Pokusa autorytaryzmu

Wójt, burmistrz czy prezydent to nie władca absolutny – choć czasem chce nim być.

 

Skoro już usłyszeliśmy, co mają do powiedzenia politycy, to teraz można na spokojnie podsumować wybory samorządowe. Wybory te pokazały coś pozytywnego, jeśli chodzi o lokalne społeczności.
Pierwsze pozytywne zjawisko to rekordowa frekwencja. Ponad 50% w pierwszej, a blisko 50% w drugiej turze. Zdaję sobie sprawę, że jest ona wynikiem nie tylko zainteresowania mieszkańców losem gmin ale także efektem sytuacji politycznej w kraju – niemniej wysoka frekwencja zawsze zasługuje na uznanie.

 

Za czymś, a nie przeciw

Mam nadzieję, że wysoka frekwencja to początek trwałego trendu i zmiany postawy Polaków. Z tej złej, która opiera się tylko na narzekaniu; na tę dobrą, związaną ze świadomością, że każdy głos może wiele znaczyć.
Jeszcze lepiej by było, gdybyśmy częściej głosowali za czymś (nawet bardziej za czymś – za programem, pomysłem – niż za kimś, czyli osobą), a nie na złość komuś. Ale od czegoś trzeba zacząć.
Po drugie, w warunkach permanentnej walki dwóch wielkich obozów politycznych, walki przekładającej się również na wybory lokalne, bezpartyjnym komitetom udało się wykroić spory kawałek tortu. Bezpartyjni Samorządowcy w sejmikach uzyskali tylko kilkuprocentowy wynik, ale za to w miastach…! Byli, biorąc pod uwagę liczbę zwycięzców, liderem drugiej tury.
Burmistrzowie, prezydenci i wójtowie z lokalnych komitetów wybierani byli chętniej, niż kandydaci popierani przez partie. To znaczy, że wyborcy coraz lepiej rozumieją, że wielka polityka wielką polityką, a problemy miast, miasteczek i wsi nie rozwiążą się same.

 

Bez księstw udzielnych

Nowi (i starzy, ale ponownie wybrani) włodarze gmin i miast muszą jednak walczyć z wielką pokusą.
Im silniejszy mandat, im większe poparcie mieszkańców wyrażone w wyborach, tym większe przekonanie, że mają prawo rządzić, jak im się żywnie podoba. Nie! – gminy i miasta, jak to trafnie zauważyli eksperci Instytutu Staszica, nie są udzielnymi księstwami, a wójt, burmistrz czy prezydent to nie władca absolutny. Musi działać w granicach prawa, nie może ograniczać prawa do krytyki. Choć, niestety, ma ku temu narzędzia.
Na przykład cały czas nie jest rozwiązana sprawa gazet samorządowych. Wydawane przez gminy tytuły zabijają niezależną lokalną prasę, a same są tubami propagandowymi rządzącej większości.

 

Nie ograniczać demokracji

Inna kwestia, bardzo głośna ostatnio, to możliwość zakazu zgromadzeń publicznych, jaką dysponuje organ gminy. Wspomniany Instytut Staszica ogłosił analizę, z której wynika, że wydając takie zakazy, gminy praktycznie nie prowadzą postępowania dowodowego, które powinno wykazać, że zgromadzenie naruszy prawo.
To trochę tak, jakby sądowi do skazania za kradzież wystarczał fakt, że podsądny ma złą opinię i był już karany, a poza tym sąsiedzi mówią, że na pewno ukradł… Demokracja bywa trudna i brutalna, lecz jej ograniczanie przynosi zawsze złe skutki.
Mam nadzieję, że z tegorocznych wyborów samorządowcy wyciągnęli ważny wniosek – nic nie jest dane raz na zawsze, a na poparcie mieszkańców trzeba solidnie zapracować.
Bo ludzie już nie chcą zostawać w domach, nie chcą tylko narzekać, ale chcą decydować, w jakim otoczeniu będą żyli. Mam również nadzieję, że na tej postawie nigdy się nie zawiodą.

Rujnujecie nam życie!

Jest jeden poważny problem: lokalsi z Baranowa nie życzą sobie w swojej gminie żadnego lotniska.

 

„Port Solidarność” – tak ma się nazywać centralny port komunikacyjny, który, według planu PiS, ma powstać w drugiej połowie następnej dekady. Projekt jest jest jedną z flagowych inwestycji infrastrukturalnych Prawa i Sprawiedliwości. Już teraz wiadomo jednak, że jego realizacja napotka spory opór społeczny. Przekonał się o tym wiceminister gospodarki Mikołaj Wild podczas spotkania z mieszkańcami terenów, na których po 2020 roku mają się rozpocząć prace.
Jeszcze do niedawna wydawało się, że megalotnisko powstanie na terenie gminy Baranów, na obszarze zalewowym pomiędzy rzekami Pisia Tuczna i Pisia Gągolina.
Twórcy projektu zostali jednak sprowadzeni na ziemię przez ekspertów z firmy konsultacyjnej Arup, którzy wskazując na horrendalne koszty stawiania tak wielkiego obiektu na terenach podmokłych, zasugerowali, że należy znaleźć nową lokalizację.
Rząd dość szybko wytypował kolejny skrawek ziemi. Problem w tym, że znajduje się nie tylko na terenie gminy Baranów, ale również w obrębie gminy Wiskitki blisko Żyrardowa. Teren inwestycyjny obejmuje również skrawki gminy Teresin w powiecie sochaczewskim. Łącznie jest to 66,2 km kw., czyli 6200 hektarów, na których ma powstać lotnisko, a także trakcje kolejowe i drogi do niego prowadzące.
Jaki jest więc problem? Po pierwsze odległość. Pisowski kandydat na prezydenta Warszawy Patryk Jaki zarzekał się niedawno, że centralny port komunikacyjny nie będzie się znajdował dalej niż 35 kilometrów do stolicy. Teraz już wiadomo, że obietnicę tę można wsadzić pomiędzy bajki.
Po upadku koncepcji „baranowskiej”, tereny, które obecnie są brane pod uwagę mieszczą się ponad 50 km od Warszawy. Ale to nie jest największą bolączką rządu, lecz opór mieszkańców wsi w wymienionych gminach, którzy po prostu nie chcą oddawać państwu swoich ziem.
23 maja w Baranowie, przed siedzibą strażacką odbyło się spotkanie ministra Wilda z lokalną społecznością. Jak podaje „Gazeta Wyborcza”, przedstawiciel rządu powiedział na początku „Cieszę się, że was widzę”, na co mieszkańcy odpowiedzieli ” A my nie!”, po czym zaczęli gwizdać i buczeć oraz zaprezentowali transparenty o treści „Nie chcemy lotniska”, „Rujnujecie nam życie”, „Tracimy źródło utrzymania”, „Nie oddamy naszych ojcowizn”, „Betonujcie piachy, a nie dobre gleby”.
To ostatnie hasło jest niezwykle istotne, gdyż gleby na pograniczu miejscowości Stanisławów, Osiny, Nowa i Stara Pułapina, gdzie miałoby powstać lotnisko, należą do najznamienitszych jakościowo w całym województwie.
Dla wielu rolników problemem jest nie tylko przeniesienie magazynów i środków produkcji, ale również niższa wydajność przyszłych upraw. Nie wierzą bowiem w zapewnienia ministra Wilda, który obiecuje, że „jedynym poszkodowanym będzie skarb państwa”.
Rząd chce wykupić ziemie pod inwestycje za 0-40 zł za m kw, co daje łączną kwotę 2,5 mld złotych.
Do kosztów ekspropriacji należy doliczyć jeszcze odszkodowania za utracone budynki i pomieszczenia gospodarcze. Łączna kwota może więc znacznie przewyższyć zakładany budżet projektu, który, według wstępnych wyliczeń miał nie przekroczyć 30 mld zł.
Kolejny problem to niechęć mieszkańców do zmiany miejsca zamieszkania i pracy. Uczestnicy spotkania z ministrem Wildem solidarnie deklarują, że w referendum, w którym będą się wyrażać swoje zdanie na temat inwestycji, będą głosować na „nie”. Problem w tym, że zapowiedziany przez wojewodę mazowieckiego plebiscyt będzie mieć charakter wyłącznie konsultacyjny. To zapewne dopiero początek nowego konfliktu społecznego wywołanego przez rząd Prawa i Sprawiedliwości.