Gdy nie trzeba dojeżdżać

Praca zdalna może przynosić rozliczne korzyści. Okazuje się, że dzięki niej powstają nawet szanse na zakup tańszego i większego mieszkania.
W ciągu ostatnich tygodni, w wyniku obostrzeń związanych z epidemią i ograniczeniami w funkcjonowaniu gospodarki, wielu pracodawców miało okazję przekonać się jak wyglądałaby praca zdalna, wdrożona w ich firmie na stałe. Zmuszone zostały do tego również przedsiębiorstwa, które do tej pory nie brały pod uwagę możliwości skorzystania z takiego rozwiązania.
Eksperci zwracają uwagę, że część z tych firm znacznie bardziej doceni taki sposób funkcjonowania – i chętniej będzie stosować ten model wykonywania obowiązków służbowych, nawet już po ustabilizowaniu się sytuacji w kraju. Jedną z takim firm jest np. Twitter, który zadeklarował, że do biur na stałe powrócą tylko ci pracownicy, którzy sami tak zdecydują.
Po zakończeniu pandemii aż jedna czwarta osób, które pracują obecnie poza siedzibą firmy mogłaby kontynuować pracę zdalną. Ponadto, aż 40 proc. pracowników deklaruje również, że taki tryb pracy jest znacznie efektywniejszy (według raportu Nationale-Nederlanden).

Jak pokazują badania przeprowadzone na zlecenie firmy Antal, ponad 2,5 mln pracowników firm może bez problemu wykonywać swoją pracę zdalnie. Stanowi to ok. 15 proc. ogółu. Co istotne, są to zapewne dane zaniżone, ponieważ w badaniu ujęte zostały wyłącznie osoby zatrudnione na etacie, nie brano natomiast pod uwagę ludzi samozatrudnionych oraz tzw. freelancerów.
Coraz więcej osób deklaruje również, że praca zdalna i elastyczne godziny pracy są dla nich bardziej atrakcyjne, niż benefity oferowane przez pracodawców, np. w postaci dostępu do świeżych owoców, kawy, przekąsek czy nawet (aż trudno w to uwierzyć!) dopłat do obiadów.
Z kolei według badań przeprowadzonych przez Kantar Public na zlecenie startupu Crossover aż 57 proc. pracowników chciałoby wykonywać swoją pracę zdalnie, a 81 proc. – decydować przy tym o czasie realizacji obowiązków.
Osoby, które przeszły częściowo lub całkowicie na pracę zdalną odczuwają znacznie większy komfort psychiczny i są mniej podatne na oddziaływanie stresu, który związany jest z ich pracą. Raport Owl Labs pokazuje również, że takie osoby są średnio o 22 proc. szczęśliwsze i potrafią zachować zdrową równowagę pomiędzy życiem prywatnym i zawodowym. Co zaskakujące, są również bardziej skłonne do pracy po godzinach, jeśli zajdzie taka konieczność.
Okazuje sie, że cała ta sytuacja wpływa również na rynek mieszkaniowy. Jednym z pośrednich efektów dla zatrudnionych zdalnie jest bowiem możliwość zakupu tańszego i większego mieszkania poza miastem, w którym znajduje się siedziba pracodawcy. Realnie oznacza to wzrost zainteresowania mniejszymi ośrodkami miejskimi jak np. Radomiem, skąd do Warszawy można dojechać w około godzinę. A gdy ktoś nie musi pracować w Warszawie, nie musi też akurat w stolicy szukać sobie mieszkania i wydawać na to krocie.
Jak pokazują badania przeprowadzone w 2019 r. przez urząd m.st. Warszawy i firmę Orange, w okresie przed wprowadzeniem obostrzeń, ponad 2 mln osób zamieszkujących poza Warszawą dojeżdżało do niej każdego dnia do pracy. W momencie, gdy firmy chętniej będą stosowały zdalny model wykonywania obowiązków służbowych, znacznie więcej osób zdecyduje się również na zakup mieszkania poza miastem, w którym mieści się ich firma.
Z kolei, jak wynika z raportu Expandera i Rentier.io, wśród 16 największych miast w Polsce, najtańsze mieszkanie kupimy obecnie właśnie w Radomiu. Średnia cena za metr kwadratowy jest tutaj aż dwa razy niższa niż w Warszawie. Oznacza to, że za 50 metrowe mieszkanie w Radomiu zapłacimy średnio 260 tys. zł, w Warszawie natomiast 530 tys.zł. Może dlatego właśnie w Radomiu realizowane są teraz nowe inwestycje mieszkaniowe, jak np. Osiedle Idea budowane przez Unidevelopment. A inwestycjami poza stolicą coraz chętniej zajmują się także warszawscy deweloperzy.

Biedni, ale dumni!

Od kwietnia 2019 roku czekam na wyznaczenie przez sąd w Warszawie terminu rozprawy apelacyjnej w sprawie mojej przeciwko bankowi. Pierwszą instancję wygrałem, bank się oczywiście odwołał. Idzie o kredyt hipoteczny w CHF, który zaciągnąłem przeszło 10 lat temu, żeby móc gdzieś mieszkać. Bo uwierzyłem, że się da. Bo nie chciałem się tułać po kwaterach na początku drogi w dorosłość.

Z uwagą śledzę polemikę nurtu prorynkowego z nurtem śpiewakowsko-zanbergowskim w twitterowym sporze o stan mieszkalnictwa w Polsce. Asumpt do dyskusji dał Janek Śpiewak pisząc, że ludzie, którzy dostali od państwa mieszkania za komuny, mieli nieporównywalnie łatwiej niż ci, którzy muszą na nie zaprzęgnąć się w chomąto kredytu i żyć z nim przez 30 lat. Zgodził się z nim Adrian Zandberg, i ja też się z nim zgadzam, bo żaden przytomnie myślący Polak i Polka nie zgodzić się z tą prawdą nie może. Zwłaszcza taki Polak i Polka, którzy uwierzyli, że dzięki swojej uczciwości i ciężkiej pracy, zarobią na mieszkanie i będzie się w nim im żyło dostatnio. Nie wzięli jednak pod uwagę, że nasza uczciwość nie musi iść w parze z uczciwością tych, którzy pieniądze na własny kąt pożyczą.

Rację ma Zandberg mówiąc, że polityka mieszkaniowa III RP, to jeden z najbardziej wstydliwych grzechów nowej Polski; jej ramy programowe nakreślił ongiś z rozbrajającą szczerością prezydent Bronisław Komorowski, radząc młodej, wykształconej osobie, której bank odmówił zdolności, aby zmieniła pracę, wzięła kredyt i kupiła sobie wreszcie mieszkanie. Przecież to takie proste. Jeśli jednak człowiek nie chce brać kredytu na 30 czy 40 lat, a ma to szczęście, że może dostać lokal w spadku, może wszak sobie przeczekać czas do zgonu właściciela kątem u znajomych albo w wynajmowanej kawalerce, o ile go stać. Może również mieszkać u mamusi sam, sam z partnerem/partnerką lub z progeniturą i psem, jak to często się u nas zdarza. 3 metry kwadratowe na obywatela, ale za to jakie niskie opłaty.

Lewica ma pomysł na mieszkalnictwo. Tak przynajmniej twierdzi. Chce, aby to państwo przejęło na siebie trudy budowania mieszkań dla rodaków. Popieram w całej rozciągłości. To, w jaki sposób banksterka wraz z deweloperką hasa sobie po polskich miastach bez żadnej kontroli, woła o pomstę do nieba. Kto nie wierzy, niechaj przypomni sobie akcję z burmistrzem warszawskich Włoch i pieniędzmi przerzucanymi z auta do auta. Jak koleś dostał od dewelopera 200 tysięcy łapówki za „ułatwienie” zdobycia pozwolenia na budowę, to wyobraźcie sobie Państwo, jakie pieniądze są „w puli”. Przecież burmistrz, to tylko jeden z elementów tej układanki. W recepcie lewicy tkwi jednak pewne niebezpieczeństwo.

Pomysły lewicy mają się tyczyć przyszłości. To zrozumiałe. Raczej nikt nie wyobraża sobie, żeby znacjonalizować to, co się już zbudowało lub buduje. Co jednak zrobić z tymi wszystkimi naiwnymi, takimi jak choćby ja, którzy zaciągnęli kredyty na wolnym rynku, albo wyżyłowali się z ostatniego grosza, i nabyli mieszkania za swoje albo bankowe? Uwierzyli w państwo, że nie ich samym sobie, uwierzyli w obietnice prezydenta Dudy, który obiecywał, że rozliczy frankowy geszeft, a ostatecznie okazało się, że żaden polityk nie zamierza w ich sprawie kiwnąć palcem, żeby nie narazić się bankom. Chcemy pomagać nowym i młodym, ale co z całą rzeszą średnio-młodego pokolenia? Mieliście pecha, że urodziliście się w czasie przeciągu, między komuną a kapitalizmem? To trochę za mało, jak na mój gust.

Nie wiem jak wybrnąć z tej matni. Wiem jednak na pewno, że nie można podzielić ludzi na tych, którzy „sfrajerzyli” i na szczęśliwców, urodzonych pod szczęśliwą, nomen omen, gwiazdą. Bo to najprostsza droga do jeszcze większej polaryzacji i atomizacji Polaków i Polski en masse. Coś jednak zrobić trzeba, bo kto jak kto, ale nowoczesna lewica, jeśli już chce chwytać za łopaty i nimi pracować, powinna zasypywać rowy rozwarstwienia, które przez ostatnie 30 lat w Polsce wykopano między biednymi a bogatymi, między wsią a miastem, frankowiczem i złotówkowiczem. Żniwo bowiem wielkie, ale robotników mało.

Szybko wykończyć? To nie takie proste

Droga od stanu surowego do gotowego bardzo często jest długa, skomplikowana i kosztowna.

Jeżeli ktoś, kto chce nabyć mieszkanie, pokona już wszystkie kłopoty z niewystarczającą zdolnością kredytową i wysokimi marżami banków (takie jak opisane poniżej) to wreszcie może zająć się rzeczywistym kupowaniem swojego M. Proces zakupu mieszkania to jednak nie tylko kwestia wyboru lokalizacji i metrażu czy sfinalizowanie satysfakcjonującej nas transakcji. Jest jeszcze ostatni etap – wykończenie, a więc doprowadzenie lokum do zadowalającego nas standardu.
Okazuje się, że Polacy mają z tym sporo kłopotu – co pokazuje raport Gumtree.pl „Jak Polacy kupują mieszkania? Oczekiwania, motywacje, obawy” .
Według tych badań, tylko około 44 proc. szczęśliwców może pochwalić się tym, że zakupiona przez nich nieruchomość została wykończona już w ciągu pół roku od chwili jej odebrania. 37 proc. zapytanych Polaków musiało czekać na ten szczęśliwy moment powyżej sześciu miesięcy, ale nie dłużej niż rok. Natomiast 14 proc. z nas czeka jeszcze dłużej, bo nawet do 2 lat.
Jak deklarują badani, blisko co czwarte mieszkanie w Polsce kupowane jest w stanie pozwalającym na wprowadzenie się do niego niemalże od ręki. Niezależnie od tego, czy nieruchomość jest nowa u kupowana na rynku pierwotnym, czy też na wtórnym, najczęściej wymaga ona dokonania prac wykończeniowych, remontu – bądź przynajmniej umeblowania. Natomiast prawie trzy czwarte mieszkań kupowanych jest w stanie jak najbardziej surowym, co oznacza konieczność wykonania jeszcze żmudnych i kosztownych robót.
W związku z tym, pojawia się kwestia dodatkowych środków, które trzeba zdobyć – no i przeznaczyć na dostosowanie mieszkania swoich upodobań i potrzeb.
Są to wydatki wprawdzie przewidywane, ale będące często poza naszym budżetem. Mimo że ponad 65 proc. przebadanych osób zadeklarowało, że o ewentualnym remoncie czy wykończeniu mieszkania myślało jeszcze przed jego zakupem i zgromadziło w tym celu oszczędności, to spora część kupujących – bo aż 39 proc. – musiała się posiłkować dodatkowymi pieniędzmi z kredytu. Powiększanie sumy kredytu lub zaciąganie nowego, to jednak dość kosztowna przyjemność. Tylko co piąty Polak mógł w tym zakresie liczyć na pomoc z zewnątrz, na przykład od rodziny.
W dodatku, teraz jest trudniej niż jeszcze 10 lat temu. Wraz z kryzysem finansowym, którego szczyt przypadł na lata 2008-2009, skończyły się bowiem czasy, w których polscy konsumenci mogli ubiegać się o tanie kredyty hipoteczne, udzielane na kwotę nawet o 10-20 proc wyższą niż wartość kupowanego mieszkania. Dziś zaciągnięcie takiego zobowiązania wiąże się z obowiązkiem posiadania wkładu własnego na poziomie minimum 10 proc.
– Dostępność kredytów ograniczają też coraz wyższe marże. Takie okoliczności nie ułatwiają przyszłym właścicielom pozyskania środków na wykończenie ich lokum – zauważa ekspertka Katarzyna Merska, Koordynator ds. Komunikacji Gumtree.pl. W oczekiwaniu na finisz prac, duże znaczenie ma nie tylko kwestia pieniędzy, ale także czasu, w jakim nasze mieszkanie zostanie doprowadzone do stanu gotowego.
Dla zdecydowanej większości ankietowanych, oczekiwanie na wykończenie mieszkania to doświadczenie nowe. Spośród osób kupujących w Polsce mieszkania, dla 72 proc. nabywane przez nich „M” było ich pierwszą nieruchomością na własność. 21 proc. badanych już wcześniej posiadało mieszkanie własnościowe. 7 proc. kupiło zaś kolejne, dodatkowe lokum. Największy problem ze zdobyciem środków na prace wykończeniowe mają oczywiście ci pierwsi. Warto zauważyć, że rośnie liczba Polaków którzy zdecydowali się na kupno mieszkania w celach inwestycyjnych. W tym roku stanowili oni 13 proc. spośród tych, co dokonują zakupów nieruchomości.
Coraz popularniejszym sposobem ulokowania kapitału w nieruchomościach jest tzw. house flipping. To sposób zarabiania, który polega na kupnie mieszkania po okazyjnej cenie w celu wyremontowania go i szybkiej odsprzedaży z zyskiem.
Ta tendencja nasila się już od 3 lat. Powoduje to malejącą podaż mieszkań do remontu za rozsądną cenę. Z drugiej strony, przybywa lokali urządzonych z przesadnym przepychem. – Klienci, którzy kupują takie gotowe mieszkania, muszą jednak liczyć się w nieodległej perspektywie ze spadkiem cen – uważa Tomasz Błeszyński, doradca rynku nieruchomości.

Inni zbudowali, my się chwalimy

Rząd PiS, niezgodnie z prawdą, podczepia się pod budowlany sukces gminy Jarocin. Trzeba to jednak zrozumieć, bo sam nie bardzo potrafi cokolwiek zbudować.

Już od prawie dwóch miesięcy rząd PiS chwali się osiedlem złożonym z 96 mieszkań, zbudowanym pod Jarocinem, przedstawiając je jako sukces rządowego programu Mieszkanie Plus.
To oczywiście zwykła lipa, bo wspomniane osiedle to inicjatywa samorządowa, nie mająca absolutnie nic wspólnego z Mieszkaniem Plus. Najważniejsze zaś, że to osiedle zaczęto budować w listopadzie 2015 r., kiedy PiS w ogóle jeszcze nie zaczęło rządzić.

Pomogli poprzednicy

Jeżeli zaś jakieś działania rządowe przyczyniły się do sukcesu Jarocina, to na pewno były to poczynania Platformy Obywatelskiej, nie PiS. To bowiem za jej rządów w państwowym Banku Gospodarstwa Krajowego wymyślono Fundusz Municypalny, który udzielił wsparcia na budowę osiedla pod Jarocinem.
O tym wszystkim oczywiście dokładnie milczą PiS-owskie media publiczne, prezentując w kółko zupełnie inną wersję – wedle starej zasady, że ludzie w końcu uwierzą w kłamstwo, powtarzane odpowiednio często.
„To historyczny dzień. Program Mieszkanie Plus to wielowymiarowe przedsięwzięcia pozwalające zlikwidować deficyt mieszkaniowy w Polsce” – mówił w Jarocinie minister infrastruktury i budownictwa Andrzej Adamczyk. Na majową uroczystość oddania tych pierwszych 96 mieszkań zjechała cała masa dygnitarzy PiS-owskich, którzy nie mieli oczywiście najmniejszego udziału w powstaniu tego osiedla – ale chętnie prężyli piersi przed kamerami rządowych publicznych mediów.
Oprócz ministra, do Jarocina przybyli więc także wicepremier Jarosław Gowin i wojewoda wielkopolski, zaś prezes Jarosław Kaczyński nie mógł przyjechać, lecz wystosował specjalny list, odczytany podczas uroczystości. I w ten oto sposób inicjatywa gminy Jarocin została przywłaszczona przez rząd PiS, który nawet palcem nie kiwnął, by to osiedle powstało.

PiS nawet palcem nie kiwnął

Może zdumiewać taki spęd partyjnych dygnitarzy na przecięciu wstęgi w niewielkim wiejskim osiedlu (postawionym we wsi Siedlemin, kilka kilometrów od Jarocina). Rząd PiS nie ma jednak żadnych sukcesów w wspieraniu budownictwa mieszkaniowego – więc postanowił zawłaszczyć i wykorzystać propagandowo cudzy sukces.
A było to ewidentny sukces samorządowców z Jarocina, bo udało im się tanio zbudować mieszkania – i tanio je wynajmować. Czynsz nie przekracza 11 zł za metr kwadratowy, więc na te 96 mieszkań chętnych było ponad 600 rodzin. Powtórzmy, że ekipa z PiS nawet palcem nie kiwnęła w celu budowy osiedla w Siedleminie.
Fakty są zaś takie, że gmina Jarocin już w 2015 r postanowiła zbudować prawie 400 mieszkań. W listopadzie 2015 r zaczęła budowę pierwszego osiedla w Siedleminie. PiS nawet wtedy nie rządziło!
W kwietniu 2016 gmina podpisała zaś porozumienie o wsparciu dla budowy z Funduszem Municypalnym należącym do banku BGK. Mimo to, dziś PiS-owskie media publiczne trąbią, że mieszkania te powstają „ w ramach programu Mieszkanie Plus”. Akurat!
W pierwszej połowie 2016 r., gdy gmina Jarocin zawarła porozumienie z BGK, jeszcze nikomu w rządzie nie śniło się o programie Mieszkanie Plus (dopiero pod koniec września 2016 r została przyjęta uchwała Rady Ministrów, mówiąca, że taki program powstanie w przyszłości).

Program, którego nie ma

Program Mieszkanie Plus teoretycznie ruszył w ubiegłym roku, a praktycznie nie ruszył w ogóle.
Pierwsze akty prawne mogące mieć realne znaczenie dla uruchomienia programu Mieszkanie Plus weszły w życie dopiero w bieżącym roku. Na razie program Mieszkanie Plus nie działa i nikt nie wie, kiedy zacznie przynosić jakieś efekty.
Ponadto, rząd PiS zlikwidował program Mieszkanie dla Młodych, wymyślony przez PO.
W rezultacie, ubiegły rok był pierwszym od dziesięcioleci, gdy w Polsce nie funkcjonował żaden program wsparcia dla osób pragnących uzyskać swoje pierwsze mieszkanie. I nie funkcjonuje również w tym roku. Jednocześnie, w życie weszły przepisy, zobowiązujące banki do żądania większego wkładu własnego przy udzielaniu kredytów mieszkaniowych.
Efekty już widać, bo za sprawą działań i zaniechań PiS, w Polsce rośnie głód mieszkaniowy. Wprawdzie firmy deweloperskie oddają coraz więcej mieszkań, ale kupują je przede wszystkim ludzie zamożniejsi, często jako swoje drugie, albo i trzecie mieszkanie, niejednokrotnie przeznaczane na wynajem.
Ci biedniejsi, nie mający zdolności kredytowej, nadal nie mają także mieszkań.

Obiecanki cacanki

Szczególnie zaś brakuje mieszkań na wynajem. Szacunki mówią o tym, że dla pełnego zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych potrzeba od 1 do nawet 3 mln mieszkań. Jeszcze trzy – cztery lata temu, ten niedobór szacowano na 0,5 – 1 mln.
Teoretycznie, program Mieszkanie Plus ma wspierać osoby, które chcą wynająć mieszkanie a z rożnych powodów nie mogą lub nie chcą zaciągać na ten cel kredytu hipotecznego. Na razie jednak nie wspiera. Podobno wciąż brak odpowiednich przepisów (no i pieniędzy).
Wiceminister inwestycji i rozwoju Artur Soboń obiecał, że wkrótce zostanie przyjęta specjalna ustawa, mające wesprzeć budownictwo mieszkaniowe dla mniej zamożnych. Przygotowywane przez ministerstwo projekty specjalnej ustawy mieszkaniowej i ustawy o dopłatach do czynszu, powinny być gotowe do przyjęcia przez rząd na przełomie maja i czerwca br.
Czy i kiedy wejdą w życie, reanimując program Mieszkanie Plus? Nikt tego nie wie – tak jak i nie wiadomo, czy kiedykolwiek zniknie niedobór mieszkań w naszym kraju.