Praca czyni wolnym

Praca czyni wolnym

Z raportu GUS opublikowanego w czwartek wynika, że najwyższe bezrobocie ma województwo warmińsko-mazurskie. Kiedy w Wielkopolsce firmy narzekają na brak pracowników, są województwa, gdzie ciągle bezrobocie jest blisko 9 proc. 

Co jest potrzebne, żeby móc skutecznie walczyć o godność człowieka pracy; o prawa pracownicze i o godne zarobki? Praca! Bez niej prawa pracownicze są ciężkie do obrony. Odnoszę wrażenie, że ostatnimi czasy, ludzie którzy walczą piórem i słowem na łamach fejsbuka czy insta o lepszy byt człowieka pracy, trochę o tym zapominają. W ich wizji, świat dzisiejszy jest prostą kalką marksowskiego „Kapitału”; środki wytwórcze, środki produkcji, właściciel, proletariat. Potem wrzucamy wszystko do miksera, włączamy start, odczekujemy chwilę, aż cała masa nam się zmiksuje, a potem ciut uleży, i mamy gotowe do spożycia danie. W sam raz na deser do sojowego latte, najlepiej gdzieś blisko Sejmu albo Zbawixa, żeby się daleko nie nachodzić. Przecież jeszcze tyle rewolucji do wzniecenia i pomników do obalenia. 

Są rejony w Polsce, zwłaszcza wschodniej i południowej, choć i na Mazowszu się takie też znajdą, gdzie bezrobocie przebija dwucyfrowy wynik. Miejsca, w którym głównym pracodawcą jest…Urząd Pracy. Nie od wczoraj ani od przedwczoraj, jeno od lat. I od lat nikt, czy to z poziomu samorządu, województwa, nie wspominając o centralnych władzach, nic z tym nie zrobił. Naturalnie, co wybory tokowano, że trzeba, że mamy takie piękne tereny i lasy rąk chętnych do pracy, ale jakoś się nie składało. Zazwyczaj, chwilę po wyborach, wszyscy zapominali o obietnicach, a Urząd Pracy, jak przyjmował, tak przyjmuje. 

W raporcie GUS-u czytamy, że wschodnia ściana, która cierpi na bezrobociu najbardziej, potrzebuje dokapitalizowania; inwestycji z poziomu centralnego; obwodnic, lepszych dróg. To, oczywiście nie na taką skalę, jaką byśmy chcieli, dzieje się; czego by nie mówić o rządach, tych i poprzednich, zwłaszcza za Platformy, ale budowania dróg odmówić im nie sposób. Oczywiście, za unijne. Polskie drogi sprzed 20 lat a dziś, to naprawdę jakościowy skok, i trzeba mieć sporo złej woli i dioptrii, żeby tego nie dostrzec. I o ile aktywność rządu może być zawsze większa, o tyle, moim zdaniem, aktywność samorządu w tej sprawie, tj. pozyskiwania nowych miejsc pracy, mniejsza już być nie może. Tak samorządu wojewódzkiego, jak i powiatowego, miejskiego czy gminnego. 

Od lat z przykrością obserwuję, jak w małych i średnich gminach i powiatach panuje zastój i stagnacja; jak w polskim filmie-nic się nie dzieje. Miasta się zwijają, firmy upadają, ludzie wynoszą się za Zachód albo do Warszawy, żeby za coś żyć. Włodarze utyskują, że to znak czasu i że i nie da się tego powstrzymać. Żaden jednak nie zadaje sobie trudu na miarę swoich ambicji, żeby lud w mieście zatrzymać. Można to zrobić groźba; obstawić rogatki policją i wojskiem i nikt nie wyjedzie. Można też prosić, ale to raczej do ludu nie dotrze. Można wreszcie, choć to najtrudniejsze, dać ludziom pracę, żeby zostali u siebie i nie jeździli po świecie, aby związać koniec z końcem. 

Brak pracy jest dramatem, który wpływa na każdy aspekt życia; przejedźcie się po szkołach w powiatowych, wschodnich miasteczkach. Zapytajcie, ilu rodziców pracuje w Anglii czy w Niemczech i widuje swoje dzieci raz na kwartał; ile jest z tego powodu rozbitych małżeństw, alkoholizmu, depresji. Tego wszystkiego nie uwzględnia się w gusowskim raporcie, ale to wszystko jest przerażającą konsekwencją bezrobocia, z którym miasta nie potrafią sobie poradzić. A miastami rządzą politycy. 

Wybory do Sejmu za dwa lata. To sporo czasu, żeby przypomnieć sobie na lewicy, jak ważnym jest dla naszej formacji praca i wszystko to, co z nią się wiąże. Oraz z jej brakiem. To dużo czasu, żeby pomyśleć o sensownym planie naprawczym i o aktywnych formach walki z bezrobociem i wykluczeniem. Jeśli chcemy być wiarygodni. Jeżeli chcemy, przejść od słów do czynów, jak w „Rejsie”. Bo jak nie, to latte na Zabwixie też jest całkiem spoko. 

Powroty, czyli restart

Pomimo „zamkniętego nieba” nad Polską, 6 czerwca wyląduje na Okęciu drugi już samolot czarterowy Ukrainian International Airlines z ukraińskimi pracownikami. Transport dużym samolotem zorganizowała jedna z agencji zatrudnienia, odpowiadając na zapotrzebowanie swoich klientów przemysłowych.

Ukraińcy wracają też do gospodarstw polskich sadowników i producentów owoców miękkich. Minister Ardanowski przyciśnięty przez farmerów z powiatów grójeckiego, białobrzeskiego i kozienickiego zmobilizował instytucje rządowe do przygotowania specjalnych procedur, ułatwiających przyjazd sezonowych pracowników do legalnej pracy. Obiecał nawet pokrycie kosztów testów na koronawirusa. Jeśli dobrze pamiętam, w ofercie pana ministra dla nauczycieli nie było o tym mowy. Organizacje producentów narzekają teraz na MSZ, że placówki konsularne pracują za wolno i wydają za mało wiz. Ocenia się , że pracownikom sezonowym z Ukrainy wydano ostatnio ok. 3 500 wiz, co nie zaspokaja potrzeb jednej gminy produkującej na rynek. W ubiegłych latach, w samym tylko powiecie grójeckim składano 60 tysięcy oświadczeń o zamiarze zatrudnienia cudzoziemca.

Ukraińcy wracają, bo z powodu epidemii koronawirusa część z nich wyjechała z Polski- zwłaszcza ci, którym kończyły się wizy i 90. dniowe prawo pobytu w ramach ruchu bezwizowego. Obawiali się reakcji Straży Granicznej i utraty pracy z powodu kryzysu gospodarczego. Dość szybko, także dzięki staraniom Polsko- Ukraińskiej Izby Gospodarczej, przyjęto praktyczne rozwiązanie, że wniosek złożony w czasie legalnego pobytu, przedłuża prawo do pozostania w Polsce. Inna sprawa, że tę dobrą decyzję źle potem komunikowano.

MSZ Ukrainy przygotował specjalną stronę „ДРУГ”- „Przyjaciel”, do rejestracji chęci wyjazdu na Ukrainę. Ambasador Andrij Deszcycia na dworcu w Przemyślu „upychał” swych rodaków do specjalnych pociągów. Konsulowie robili to samo na drogowych przejściach granicznych. Było sporo emocji, trochę niedociągnięć po obu stronach, ale w tej kryzysowej sytuacji ukraińscy dyplomaci akredytowani Polsce pokazali klasę. Z informacji przekazanych przez Straż Graniczną wynika, że od 15 marca do 30 kwietnia z Polski wyjechało prawie 200 tysięcy obywateli Ukrainy, a przyjechało 53 tysiące. Mamy więc nadal w Polsce ponad milion obywateli Ukrainy, pracujących za nas i dla siebie.

Sytuacja gospodarcza zmusza Ukraińców do emigracji za chlebem. Pod koniec maja w Ukrainie zarejestrowano pół miliona bezrobotnych, z czego 200 tysięcy przybyło właśnie w tym miesiącu.

Gospodarka – jak na całym świecie- wyhamowała. Premier Denys Schmigal w wypowiedzi dla Reutersa oszacował, że II kwartał 2020 roku będzie najgorszy dla gospodarki Ukrainy. PKB w II kwartale spadnie o 12 % , zaś w skali całego 2020 roku PKB obniży się o 5 proc. Ocenia się, że w przyszłym roku Ukraina powróci do wzrostu gospodarczego na poziomie 3,6- 4 proc.
Bilans polsko- ukraińskiej współpracy gospodarczej w czasach koronawirusa nie jest oczywisty. Jest jednak parę faktów o znaczeniu nie tylko symbolicznym.

Lotem z Kijowa do Warszawa największy samolot transportowy świata An-225 Mrija powrócił na przestworza i rynki transportowe. Za ładunek, jego cenę, przydatność polskiej służbie zdrowia i inne polityczne okoliczności, Antonov Company nie odpowiada.

Parę dni temu prezes PGNiG Jerzy Kwieciński poinformował, że w I kwartale 2020 jego firma wyeksportowała do Ukrainy ponad 600 mln metrów sześciennych gazu. Rośnie znaczenie Polski dla bezpieczeństwa energetycznego Ukrainy. 31 sierpnia 2019 r., podpisano w Warszawie ukraińsko- amerykańsko- polskie porozumienie o współpracy na rzecz bezpieczeństwa dostaw gazu ziemnego. Pod koniec listopada 2019 r. do terminala LNG w Świnoujściu wpłynął tankowiec z ładunkiem ciekłego gazu ziemnego, który PGNiG kupiło w Stanach Zjednoczonych i odsprzedało odbiorcy w Ukrainie. Parę dni temu Gabinet Ministrów Ukrainy zatwierdził memorandum w sprawie możliwości importu co najmniej 5,5 mld metrów sześciennych gazu skroplonego (LNG) od amerykańskiej firmy Louisiana Natural Gas Exports. Memorandum nie jest umową, ale deklaracją woli współpracy energetycznej. Naturalny szlak dostawy tego gazu do Ukrainy prowadzi przez terminal LNG w Świnoujściu i przez polski system przesyłowy.

21 maja odbyły się polsko-ukraińskie konsultacje gospodarcze na szczeblu dyrektorów departamentów odpowiednich ministerstw obu państw. Z tego, co dowiedzieliśmy się jako Izba, było to dobre, robocze i konkretne spotkanie, któremu -paradoksalnie- sprzyjała forma wideokonferencji. Omawiano także sprawy interwencyjne, zgłaszane przez przedsiębiorców do Izby. Co najważniejsze: jest perspektywa przeprowadzenia siódmego posiedzenia Ukraińsko-Polskiej Międzyrządowej Komisji ds. Współpracy Gospodarczej na szczeblu wicepremierów obu państw jesienią 2020 r. w Kijowie.

Według danych z Kijowa, rośnie znaczenie współpracy gospodarczej z Polską. Chiny, z obrotem 3,2 mld USD, były w I kwartale 2020 roku pierwszym partnerem Ukrainy. Polska, z obrotem handlu zagranicznego 1,8 mld USD, zajęła drugą pozycję! W tym czasie obroty handlowe Ukrainy z całą Unią Europejską osiągnęły wartość 10, 6 mld USD.

Dane też z Warszawy też są dobre. W 2019 roku Ukraina była drugim (po Rosji) partnerem gospodarczym Polski na rynkach wschodnich. W 2019 roku obroty handlowe wzrosły o 4,1 proc ( wartość 8,6 mld USD) , zaś polski eksport wzrósł o 5,9 proc ( wartość 5,5 mld USD).

Statystyki ze stycznia i lutego 2020 roku wskazują, że porównywalnie do tego samego okresu 2019 roku eksport na Ukrainę wzrósł o 19,3 proc. ( wartość 946,6 mln USD), zaś import z Ukrainy zmniejszył się o 4,1 proc. ( wartość 457 mln USD).

Czyli , uważając na „ostry cień mgły” polityki historycznej Polski wobec Ukrainy i czającego się „czarnego łabędzia”- zwiastuna sytuacji nieprzewidywalnych w gospodarce, biznes idzie nam całkiem dobrze. Polsko- Ukraińska Izba Gospodarcza pracuje właśnie nad portalem gospodarczym www.edialog.media , który będzie odpowiedzią na widocznie rosnące zainteresowanie polskich przedsiębiorców Ukrainą. Kłopoty z globalnymi łańcuchami dostaw, wywołane pandemią, zachęcają do współpracy z bliżej położonymi kontrahentami. Liderzy Unii Europejskiej już mówią konieczności bliższego ulokowania kooperantów, wzmocnienia europejskiej gospodarki i przeniesienia części produkcji u z Chin do Europy. Polska i Ukraina mogą na tym skorzystać.

Autor jest członkiem rady Polsko – Ukraińskiej Izby Gospodarczej.

Angielski sen (5) LIST Z WYSP

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Teraz jego felietony opisujące jak w rzeczywistości wygląda „angielski sen” o zarobkach, dobrobycie i stabilizacji, za którymi na Wyspy wyjeżdżają miliony spragnionych lepszego życia Polaków, co weekend ukazują się w „Dzienniku Trybuna”. Dziś publikujemy piąty odcinek tego cyklu.

 

 

Kolejny tydzień mojej ekonomicznej emigracji. Imigracji z angielskiego punktu widzenia. Nie wydarzyło się nic specjalnego, żadnego trzęsienia ziemi. Po prostu, podobnie jak inni pracownicy – trwam. Trwam, bo nie mam innego pomysłu. Bardzo fajnie podsumował to jeden z moich kolegów. O czwartej nad ranem, gdy kończył swój shift zapytałem retorycznie: „Co, już koniec?” Odpowiedział: „Nie, jeszcze tylko jutro, przez tydzień i kolejnych dziesięć lat”.

 

Większość z nas każdego dnia, wbrew sobie, wbrew chęci rzucenia tego w cholerę, pokonując wszelkie opory, niechęć i odrazę, loguje się na swoim stanowisku pracy, by odbębnić te godziny. Wymaga to tytanicznego wysiłku. Zastanawiam się, w jakim stopniu i czy w ogóle, kiedyś odbije się to na psychice.
Nie sama praca jest jednak przyczyną tej frustracji. To atmosfera terroru wprowadzona przez management, zastraszenie i pełna inwigilacja. Każdy dzień jest tu jednakowy. Za każdym razem przed swoja zmianą mam ochotę wziąć sicka – to zwyczajne chorobowe, do trzech dni można to załatwić telefonicznie, bez żadnego lekarskiego zaświadczenia.
Gdybym tylko miał jakiś pomysł, zwiałbym stąd do wszystkich diabłów. Pomysłu jednak brak. Przez ostatnią dekadę zmieniły się nieco realia pracy i zarobków w UK. W tym czasie ceny artykułów spożywczych wzrosły o sto, a w przypadku masła nawet o dwieście procent. Realne zarobki natomiast podniesiono o jakieś trzydzieści procent.
Nie mam tego komfortu, że mogę zacisnąć zęby, przemęczyć się i odłożyć jakieś pieniądze. Cała tygodniowa pensja kończy mi się w środę lub czwartek. Fakt, mam kłopoty z racjonalnym gospodarowaniem pieniędzmi, ale jedyne moje szaleństwa to papierosy, obiad w barze za 2.90 czy zakładowej kantynie za 3.50. Po opłaceniu mieszkania nie jestem w stanie odłożyć ani jednego funta. Pozostało trwanie. Od piątku, do piątku.
Na szczęście nowe mieszkanie składa się w większości z zalet. Naprawdę z przyjemnością tam wracam. Bijurek stał się już moją codzienną potrawą. Dostaję solidną porcję zawsze gdy gospodarze pieką ten albańsko-turecko-bułgarski przysmak. A że pieką często, to mam go pod dostatkiem. Czasami zabieram go nawet do pracy. W zamian, gdy wychodzą po zakupy, zajmuję się ich kilkuletnim synem. Dzięki temu pamiętam już jak dzieciak ma na imię – Igen. Pozostało już tylko podstępem wydobyć imiona pozostałych domowników. Mam już nawet pewien pomysł.
Wprawdzie na samym początku przedstawialiśmy się sobie wzajemnie. Od tego czasu wszyscy w tym domu zwracają się do mnie po imieniu. Każdego dnia witają mnie słowami: „Hello Peter, how are you?” Z głupią miną odwzajemniam bezosobowo. Nawet mieszkający w sąsiednim pokoju Cejlończyk ze Sri Lanki i niemówiąca po angielsku kuzynka z Albanii mówią do mnie Peter. Byłem jednak tak bardzo zaaferowany wynajmem pokoju, że te ich imiona gdzieś mi umknęły.
Rodzinna atmosfera jest główną zaletą mojego nowego mieszkania. Zalet mieszkania przy High Street jest zresztą znacznie więcej.
Wychodzące na główna arterię miasta okno jest jak telewizor, którego nie można ani wyłączyć, ani przyciszyć. Na ulicy zawsze coś się dzieje. Ten niegasnący gwar fascynuje i hipnotyzuje jednocześnie. Niekiedy, choć rzadko, irytuje.
W wolne dni biorę kawę, popielniczkę – tak, tak, w moim pokoju można palić – i podglądam świat. Trochę jak telenowela. Niektórzy przechodzą regularnie, po kilka razy dziennie. Tych już rozpoznaję. Inni, zaciekawieni zwiedzają egzotyczne, głównie afrykańskie sklepiki. Jeszcze inni – tylko przemykają. Mieszanka kultur i narodowości z całego świata. Hałas trwa przez całą dobę, niezależnie od pory dnia, nocy czy pogody. Dopiero po tygodniu zorientowałem się, jak bardzo jest to uciążliwe. W dniu, w którym się wprowadziłem, zaczynałem swój roboczy tydzień. Noce spędzałem więc w pracy, a rano przyjeżdżałem tak zmęczony, że od razu padałem. Zresztą, w dzień hałas brzmi zupełnie inaczej. Noc tylko potęguje dźwięki.
Gdy po tygodniowym shifcie przyszły wyczekiwane dwa dni wolnego, próbowałem zasnąć przy akompaniamencie śmiechów, krzyków, autoalarmu, klaksonów, awantur, radości, tupania, strzelania, tłuczonych butelek, rozkładanych lub składanych kramów, głośnych rozmów i pijanych zaśpiewów. Męczyłem się tak do rana. Był to jedyny raz, gdy naprawdę kląłem to miejsce.
Naprzeciwko mojego pokoju jest knajpka – Jannys’ Cafe. Wpadam tam czasami na śniadanie lub obiad. To coś w rodzaju polskiego baru mlecznego. Czynna od szóstej rano, więc jeśli mam kasę, to wracając z pracy jem u nich śniadanie, a w wolne dni zachodzę na obiad. Sadzone z frytkami kosztują dwa dziewięćdziesiąt. Porcja naprawdę duża. Gdy zaszedłem tam po raz trzeci, nie musiałem już składać zamówienia. Pani za ladą pierwsza zapytała: „Two eggs and chips?” I tak zostałem ich stałym klientem.
W Luton też miałem taki, prowadzony przez Banglijczyków (mieszkańcy Bangladeszu) bar. Tam z kolei zamawiałem: „One piece chicken and chips” (kurczak z frytkami). I też po dwóch czy trzech wizytach też awansowałem do miana stałego klienta, który nie musi mówić czego chce.
Z baru widzę okna swojego pokoju. Jest tak blisko, że telefon łapie domowe wi-fi. To też zaleta High Street. Wszystkie rodzaje sklepów i usług, nawet szewc (tak, maja szewca w Borehamwood) są w zasięgu domowego wi-fi. To o tyle istotne, że wyłączyli mi telefon, coś z roamingiem, i już tylko internet łączy mnie ze światem.
Obok Janny’s Cafe jest turecki sklep. Czynny chyba non stop. Niezależnie o której godzinie wyglądam przez okno, zawsze jest otwarty. Nawet gdy przebudzę się w środku nocy i spojrzę za okno widzę wystawiony owocowo warzywny kram. W tureckim sklepie sprzedają tureckie specjały. Obok nich oczywiście polskie piwo, kefir, mleko i żółty ser. Jest też oczywiście tytoń prosto z przemytu. Za piętnaście funciaków można kupić u nich pięćdziesięciogramowy Amber Leaf. W normalnym sklepie, za trzydziestogramowa paczka kosztuje trzynaście funtów. Cena jak na Anglię jest więc bardzo atrakcyjna.
Bardzo ciekawa jest zabudowa, w skład której wchodzi dom, gdzie wynająłem pokój.
To coś w rodzaju polskiej szeregówki, ale zbudowanej na dachach sklepów. Drzwi od klatki schodowej wciśnięte są między dwie sieciówki – Subway i Greggs. Wchodząc na piętro, wchodzę jednocześnie na podwórko i parter domu. Ponieważ budynek zajmuje połowę szerokości dachu, druga połowa jest zwyczajnym podwórkiem. I to pokryte papą obejście służy dzieciakom za plac zabaw, a dorośli wystawiają stoliki i grillują, imprezują lub po prostu siedzą.
Mieszkańcy chyba dobrze się tu znają, krążą od stolika do stolika. Przysiadają, pożyczają przyprawy, częstują. Też już raz się załapałem na żeberka z rusztu. Po lewej stronie mieszkają Kongijczycy, z prawej wyglądający na Beduina starszy mężczyzna w dżelabie. Spotykam go każdego ranka, gdy wracam z roboty. Czyści i składa tę swoją białą sutannę, niekiedy spotykamy się w Janny’s Cafe, gdzie też chyba jest ich stałym klientem. Trzeci i czwarty dom zasiedliły polskie rodziny. Mężczyzn już poznałem, to Łukasz i Mariusz z żonami i gromadką dzieci. Mężczyźni między czterdziestką a pięćdziesiątką. Oni też są znakomicie zintegrowani z resztą mieszkańców.
Jeśli tylko nie pada, to dzieciaki z Polski, Albanii, Kongo i bóg wie skąd jeszcze, grają w piłkę. Ponieważ jest to jednak dach, a ogrodzenie na krawędzi nie jest zbyt wysokie, to zawsze są pod okiem któregoś z rodziców. Kilka razy widziałem Mariusza, który aktywnie przyłączył się do tej zabawy i ganiał z dzieciakami po całym dachu. Raz i mnie namówił. Kopałem więc z nimi przez chwilę. Widok chyba nie do zaakceptowania przez krajowych nacjonalistów.
Przed każdym domem stoją niezabezpieczone łańcuchami rowery, wózki, grille, narzędzia i najróżniejsze – ogrodowo-balkonowe – sprzęty. Z początku dziwiła mnie niefrasobliwość moich gospodarzy, którzy idąc z Igenem na lody zostawiali otwarte na oścież drzwi.
Nie znam też imienia Hiszpana, który, podobnie jak i ja, każdego wieczora czeka dwie godziny na swój shift. Pracujemy w tych samych magazynach, z tą różnicą że na innej hali – on ambiencie, ja na chillu. Nie spotkałem go dotychczas, ponieważ on poza centrum handlowe raczej się nie zapuszcza.
Przyjeżdża autobusem kilka minut po mnie. W zasadzie prawie nie rozmawiamy, na samym początku zamieniliśmy tylko kilka zdań, stąd wiem że Hiszpan – typowy Latynos nie jakaś podróbka z Pakistanu. Pisałem kiedyś o chłopaku, który twierdził że jest z Hiszpanem, a potem się okazało że to Pakistańczyk, który pracował chwilę gdzieś pod Barceloną. Przedstawiał się jako Hiszpan ponieważ sądził, że to zwiększy jego notowania w pracy na towarzyskiej giełdzie. On dla odmiany był bardzo rozmowny i po kilkunastu minutach wygadał się, że jest Urdu z Pakistanu. Cóż, większość z nas nosi jakąś maskę lub udaje kogoś, kim nie jest.
Mój nowy towarzysz, gdy tylko wysiada na przystanku rozgląda się szukając mnie wzrokiem. Jeśli siedzę na ławce, podchodzi, mówi jedynie: „All right”, po czym ściskamy sobie dłonie. Siada, zakłada słuchawki i w milczeniu delektujemy się ciszą. Gdy jestem w kawodajni – zamawia espresso, przysiada się do mojego stolika – nawet jeśli inne są wolne – i też siedzimy zajęci swoimi myślami. O 21.20 mówię zwykle „Let’s go”, on w milczeniu wstaje i razem, również w ciszy, idziemy do firmy. Odzywa się jedynie gdy chcę skrócić drogę i przejść przez park, w którym spędzałem ciepłe wieczory. Zawraca mnie i prosi byśmy szli ulicą.
Za kilka dni ponownie wybieram się do Polski. To będzie krótka wizyta i nie zakłóci cyklu angielskich snów. Mam do załatwienia kilka dosyć istotnych spraw. Znowu wziąłem w pracy wolne. Bezpłatny urlop bez ograniczeń, to jedyna zaleta pracy przez agencję. Po przejściu na kontrakt takiej możliwości już nie ma. Kliner jednak szansy na kontrakt nie ma.

c.d.n.