Wielu chłopców wyjechało z naszego puebla

Jednak wielu też i wróciło. Nie ma tu żadnych konkretnych wyliczeń lecz tylko szacunki,
ale można przypuszczać, że szczyt migracji z Polski jest już za nami.

Wszystko wskazuje na to, że w roku ubiegłym, po raz pierwszy od ośmiu lat zmniejszyła się liczba Polaków, przebywających na emigracji w innych krajach.

Decydujący wpływ na spadek liczby nowych wyjazdów za granicę i wzrost liczby powrotów miała dobra sytuacja na polskim rynku pracy, w tym niski poziom bezrobocia, a także – w przypadku Wielkiej Brytanii – niepewność związana z brexitem.

Za rządów PiS wyjechało najwięcej

Zgodnie z wynikami szacunku Głównego Urzędu Statystycznego, w końcu 2018 r. poza granicami Polski przebywało czasowo około 2 455 tys. stałych mieszkańców naszego kraju, tj. o 85 tys. (3 proc.) mniej niż w 2017 r. W Europie mieszkało około 2 155 tys. osób (o 85 tys. mniej niż w 2017 r.), większość z nich – ok. 2 030 tys. – w krajach członkowskich Unii Europejskiej.
Na koniec 2017 r. liczba emigrantów z Polski wynosiła 2 540 tys., a więc prawie o 900 tys więcej niż rok później, z czego na Europę przypadło 2 240 tys.
Po ponad dwóch latach rządów Prawa i Sprawiedliwości mieliśmy więc szczytowy punkt nasilenia emigracji z naszego kraju. Pod koniec 2014 r. za granicą przebywało bowiem 2 320 tys. Polaków z czego w Europie 2 015 tys. Wszystkie te dane dotyczą ludzi przebywających za granicą powyżej trzech miesięcy. W świetle statystyki jest tu mowa o wyjazdach czasowych, bo podane liczby nie dotyczą osób, które formalnie już uregulowały swój trwały pobyt poza Polską.
Wrócą na święty nigdy
W rzeczywistości jednak często chodzi o osoby będące za granicą już od wielu lat – i prawdopodobnie większosć tej prawie dwu i półmilionowej grupy co najmniej do emerytury pozostanie w innych krajach.
W pewnym stopniu potwierdzają to dane z gminnych jednostek ewidencji ludności, bo wśród osób, których wyjazd za granicę został zgłoszony, najliczniej reprezentowana w 2018 r. była grupa wieku 30-39 lat. Natomiast 10 lat wcześniej były to osoby w wieku 20-29 lat.
„Można zatem przypuszczać, że znaczna część osób, które wyjechały za granicę w pierwszych latach po wstąpieniu Polski do UE, pozostała za granicą do chwili obecnej” – stwierdza GUS.

Brexit nas straszy

Spośród krajów UE, najwięcej polskich emigrantów przebywało w Niemczech (706 tys.), Wielkiej Brytanii (695 tys.), Holandii (123 tys.) oraz w Irlandii (113 tys.). W 2018 r., w porównaniu do 2017 r., odnotowano zmniejszenie się liczby mieszkańców Polski przebywających w Wielkiej Brytanii i Włoszech.
Najbardziej znaczące zmiany zaobserwowano właśnie w przypadku Wielkiej Brytanii: liczba przebywających tam czasowo polskich emigrantów zmniejszyła się o około 98 tys. (12 proc.). Z grona osób, które opuściły Wielką Brytanię, tylko część powróciła do Polski, a pozostali przenieśli się do innych krajów. Niewielki wzrost liczby Polaków zaobserwowano w Niemczech (o 3 tys.), a także w Holandii, Austrii, Czechach, Danii, Irlandii, Szwecji, Norwegii oraz innych krajach spoza UE (głównie w Szwajcarii i Islandii).

Wciąż za chlebem

Podobnie jak w poprzednich latach, głównym powodem wyjazdów za granicę była oczywiście chęć podjęcia tam pracy. Wskazują na to wyniki polskich badań statystycznych prowadzonych w gospodarstwach domowych.
W sumie, na koniec ubiegłego roku najwięcej Polaków przebywało czasowo w: Niemczech, Wielkiej Brytanii, Holandii, Irlandii, Włoszech i Norwegii. Trzeba zwrócić uwagę, że statystyka jak zwykle oznacza jedynie szacunki i wartości przybliżone, a nie twarde dane.
„Szacunek jest utrudniony ze względu na różne systemy ewidencjonowania przepływów migracyjnych funkcjonujące w poszczególnych krajach, oraz różną dostępność danych o migracjach (…) Zjawisko emigracji jest trudne do uchwycenia w statystyce w pełni „ – wskazuje GUS, dodając również: „Uzyskanie danych o rzeczywistej skali migracji z konkretnego badania lub rejestru jest niezwykle trudne”.
Część osób w ogóle nie zgłasza swojego wyjazdu z naszego kraju, ani w żaden sposób nie rejestruje się za granicą, co dotyczy zwłaszcza państw Unii Europejskiej. Zdarza się też, że w poszukiwaniu lepszych warunków życia wyjeżdżają oni z jednego państwa do drugiego (taki trend dotyczy np. wyjazdów z Wielkiej Brytanii do Norwegii) i także nie zgłaszają tego faktu w żadnym kraju. Nie są więc ujmowani w jego statystykach emigracyjnych.
Wreszcie, niemała grupa Polaków ma podwójne obywatelstwo – a osoba, będąca obywatelem Polski oraz innego kraju, nie jest traktowana w tym kraju jako polski imigrant.
W rzeczywistości więc, dane statystyczne to jedynie wielkości bardzo orientacyjne. Liczba emigrantów z Polski jest zaś z pewnością wyższa, niż pokazuje to GUS.

 

Wstać czy siedzieć. Lewicowo o migracji

„Tego, czego nie chcemy – powiedział Jean Jaurès w 1894 r., obserwując ówczesną formę migracji – to tego, żeby międzynarodowy kapitał szukał siły roboczej na rynkach, na których ona jest najbardziej poniżona, upodlona, zdeprecjonowana, po to, żeby ją potem wyrzucić poza kontrolą i wszelkiej regulacji na rynku francuskim, tak żeby płace były wszędzie na świecie na poziomie krajów, gdzie są najniższe. W tym sensie, i tylko pod tym kątem, chcemy chronić francuską siłę roboczą przed zagraniczną siłą roboczą, ale powtarzam wciąż, nie z powodu szowinistycznego ekskluzywizmu, ale po to żeby Międzynarodówka dobrobytu zastąpiła wszędzie międzynarodówkę nędzy”.

 

Te słowa francuskiego socjalisty, który miał zostać zamordowany w 1914 r. przez rzecznika wojny imperialistycznej, z powodu swojej antywojennej, jednoznacznie internacjonalistycznej postawy przypominają nam, że obecne podziały lewicy w Europie na temat migracji istnieją już od ponad 100 lat. Odżyły ostatnio np. w postaci powstania w RFN ruchu Wstać/Aufstehen pod kierownictwem liderki Die Linke Sahry Wagenknecht. We Francji już od lat 70. mamy do czynienia z podobną kwestią zarówno wśród marksistów, jak i samych imigrantów.
Nie możemy więc ignorować faktu, że przeciwko imigracji (lecz niekoniecznie imigrantom!) występują zarówno faszyści z czarnym podniebieniem, jak i bojownicy antyimperializmu. Wśród rzeczników otwartych granic można znaleźć tak kapitalistów czynnie zaangażowanych w polityce imperialistycznej i wyzysku klasowego, jak i działaczy na rzecz pokoju i solidarności między narodami. Zacznijmy więc od wyliczenia głównych argumentów używanych przez rzeczników otwartych granic :
– Dobroć wobec cierpiącej ludzkości,
– Postrzeganie państw narodowych jako głównego narzędzia wojny, a więc dążenie do ich eliminacji, począwszy od granic,
– Przekonanie, że wielokulturowość wzbogaca twórczość artystyczną i urozmaica życie codzienne,
– Przekonanie ludzi należących do takiej, czy innej mniejszości (narodowej, religijnej, regionalnej, seksualnej i in.), że im więcej mniejszości, tym większa możliwość znalezienia w razie potrzeby potencjalnych sojuszników,
– Postrzeganie przez niektórych radykałów mniejszości i imigrantów jako grup, gdzie łatwiej będzie można znaleźć potencjalnych sojuszników w walce rewolucyjnej na miejscu nieco zmęczonego i biernego już lokalnego proletariatu,
– Potrzeba młodej siły roboczej, importowanej, aby państwo było w stanie płacić emerytury dla starzejącego się społeczeństwa,
– Potrzeba właścicieli środków produkcji i wymiany, aby wzrosła konkurencja o miejsce pracy, dzięki której lokalna siła robocza będzie mniej wymagająca,
– Dążenie firm ponadnarodowych do tego, by siła robocza mogła krążyć w tym samym rytmie od kraju do kraju co kapitały i towary w zależności od fluktuacji sytuacji gospodarki i ich potrzeb,
– Dążenie imperialistów do osłabienia jedności społecznej i kulturowej konkurencyjnego państwa,
– Prowadzenie przez niektórych przywódców politycznych i kapitalistów polityki «dziel i rządź»: osłabienie potencjalnej solidarności klasowej pracujących na bazie różnic językowych, etnicznych czy religijnych.
Nietrudno zauważyć, że pewne argumenty są natury moralnej, inne racjonalnej, pewne odpowiadają interesom silniejszych grup społecznych, a inne interesom słabszych. Nie da się również nie dostrzec, że wszystkie razem wzięte są ze sobą sprzeczne.
Początkowo może się to wydawać groźne dla zwolenników postępu społecznego i internacjonalizmu, jednak równocześnie pokazuje to, że obóz przeciwników migracji także jest podzielony. Siły konsekwentnie lewicowe umiały jednak za każdym razem te sprzeczności przezwyciężyć. Działo się tak jednak dopiero w momentach postępu ekonomicznego i społecznego. Okresy kryzysu i masowego bezrobocia były zawsze konfliktogenne, gdyż liczba ludzi chętnych migrować radykalnie zmniejsza się zawsze w okresach dobrej koniunktury, akurat w momencie kiedy wzrasta z kolei ilość ludzi chętnych na czasowe wyjazdy na cele turystyczne, handlowe, towarzyskie lub oświatowe.
To pokazuje, że trzeba zacząć oddzielać kwestię swobodnego ruchu między krajami od kwestii prawa do osiedlenia się w obcym państwie. A także, że trzeba zacząć rozważać ten problem nie pod kątem moralnym, do czego jest skłonna tzw. „lewica moralna” ale pod kątem ekonomicznym i społecznym, a więc i racjonalnym co należy do obowiązków tzw. „lewicy społecznej”, czyli klasowej.
Lewica społeczna, klasowa, antyimperialistyczna nie może oddzielić kwestii obrony prawa upośledzonych jednostek niezależnie od swego pochodzenia, w tym oczywiście migrantów, od kwestii wojen, a więc podżegaczy wojennych i handlarzy broni, od kwestii prawa wszystkich narodów do rozwoju. Dochodzą więc sprawy plądrowania, pętli zadłużenia i lichwy stosowanej wobec biednych krajów przez państwa imperialistyczne w wyniku polityki agresji oraz stosowania spekulacyjnych cen (kwestia nieuporządkowanej przez kapitalistyczne państwa anarchii cen i tzw. Terms of Trade).
Nie ulega wątpliwości, że niezależnie od tego, że koniunktura w kapitalizmie globalnym jest raz lepsza w jednym kraju a raz gorsza, nie ma na dłuższą metę kraju, gdzie gros mas ludowych może mieć pewność co do swych perspektyw życiowych. Nikt poza waszyngtońskim FED nie panuje nad samowolą drukarzy dolara, którzy dyktują ostatecznie ceny światowe, warunki handlowe, stopy procentowe i co za tym idzie główne kierunki rozwojowe, a więc także i stagnacyjne. Ostatnio mamy na żywo przykład Wenezueli, która jest pogrążona w kryzysie dzięki „kapryśnej” polityce państwa drukującego dolary.
Wystarczy spojrzeć, jakie kraje lub regiony się rozwijały i jakie podupadały przez ostatnie pięć dekad, żeby stracić nadzieję, że kiedykolwiek w ramach kapitalizmu którykolwiek kraj może mieć pewność, że wyjdzie definitywnie z biedy tylko dzięki własnym wysiłkom. Hossy i bessy w coraz większym stopniu są zależne od „kaprysów” kilku zaledwie światowych największych graczy giełdowych. Wiadomo bowiem, że najbardziej rentowną produkcję w krótkoterminowej gospodarce, na której opiera się kapitalizm, to produkcja zbrojeń i narkotyków, legalnych czy nielegalnych (tytoń, heroina, crack, lekarstwa, alkohol, ecstasy, captagon, itp.) i te zyski zalewają raje podatkowe chronione przez wojska NATO.
W tej nieprzewidywalnej dla mas sytuacji, tylko radykalna zmiana ustrojowa na skalę globalną położy kres niepewności i ustabilizuje życie każdego kraju. Nawet jeśli obowiązkiem postępowego działacza i postępowego stronnictwa jest stanąć po stronie upośledzonej lub wyzyskiwanej jednostki bądź grupy, główna oś działalności zawsze musi polegać na uświadomieniu bezpośredniego związku między ich konkretnym problemem a ogólnymi regułami panującego ustroju, oraz podporządkowanie całej działalności kwestii wojny i pokoju oraz imperializmu i walk narodowowyzwoleńczych. Zaczynając od pokazania, kto jest głównym producentem i eksporterem broni, a więc i wojen i co za tym idzie, nierówności, i niepewności, a więc także niechcianej emigracji ze swojej ziemi.
„Tubylcom” z kolei należy pokazać, kto i co kryje się za nieszczęściem emigracji. Dopiero łączenie reakcji na te dwa nieszczęścia – wymuszonej migracji i ostrej konkurencji na rynku pracy – pozwoli tworzyć siłę, która umożliwi stworzenie nowego układu sił społecznych, korzystnego dla wszystkich pracowników najemnych niezależnie od pochodzenia. Skoro działacze postępowi uważają, że prawdziwe ludowo-demokratyczne państwo ma obowiązek ustalić reguły co do ruchu kapitałów i towarów, logiczną konsekwencją jest, ażeby ono mogło także planować ruch siły ludzkiej produkującej towary i kapitały.
Wolny z Wolnym, Równy z Równym !

Imigranci u drzwi

Chociaż media coraz rzadziej informują o uchodźcach i imigrantach, nie oznacza to, że problem zniknął.

 

Podczas gdy Unia Europejska i niektóre rządy przymykają oczy na skalę kryzysu, inne głoszą potrzebę zamknięcia granic. Wszystkie dotychczasowe propozycje łączy zaś to, że mają one bieżący charakter, służący przede wszystkim stłumieniu społecznych nastrojów. Brakuje natomiast długofalowych rozwiązań, co w perspektywie spodziewanego natężenia procesu migracji, zapowiada jeszcze większe kłopoty, nie tylko w Europie.

W ubiegłym tygodniu w nowojorskiej siedzibie ONZ odbyła się piąta już runda negocjacji w ramach tzw. Global Compact for Migration, czyli porozumienia mającego na celu kompleksowe podejście do kwestii migracji. Nic zatem dziwnego, że przedstawiciele Narodów Zjednoczonych wiążą z nim wielkie nadzieje. „Jako pierwszy w historii międzyrządowy układ traktujący globalną migrację w całej jej złożoności, jest w nim zawarta nadzieja na wzmocnienie naszego wspólnotowego podejścia do jednego z najważniejszych wyzwań naszych czasów: jak najlepiej zmaksymalizować niewątpliwe korzyści migracji i jak skutecznie ograniczyć jej minusy” – powiedziała podczas spotkania Amina Mohammed, zastępczyni sekretarza generalnego ONZ.

Rozmowy w sprawie Global Compact for Migration rozpoczęły się w kwietniu ubiegłego roku. Na koniec bieżącego zaplanowano zaś konferencję z udziałem wszystkich państw członkowskich ONZ, podczas której porozumienie ma zostać ostatecznie przyjęte. Wówczas nabierze ono mocy prawnej. Co to oznacza w praktyce? Pomysłodawcy liczą, że od 2019 r. podejście do spraw migracji nabierze bardziej międzynarodowego charakteru. Tym samym uda się zapobiec dzisiejszej sytuacji, kiedy część państw udaje, że problem nie istnieje, a część szuka rozwiązania w zamykaniu swoich granic przed obcokrajowcami. Jeszcze inne podejmują różne inicjatywy na własną rękę, które często przynoszą skutek odwrotny od planowanego. Tymczasem po przyjęciu porozumienia, jego sygnatariusze będą prawnie zobowiązani do respektowania jego postanowień. Z jednej strony oznacza to większe środki finansowe dla rozwiązań instytucjonalnych; z drugiej zmusi poszczególne rządy do traktowania migrantów, również tych nielegalnych, z poszanowaniem podstawowych praw człowieka.

Brzmi pięknie, jednak rodzą się poważne wątpliwości, czy podpisanie Global Compact for Migration doprowadzi do rzeczywistej zmiany w traktowaniu kwestii migracji. Z dystansem do tego dokumentu podchodzą bowiem zwłaszcza bogate państwa Zachodu, które tradycyjnie stanowią główny cel emigracji zarobkowej. Co prawda, Unia Europejska od początku przekonuje, że jest „zagorzałym zwolennikiem porozumienia i będzie dążyła do tego, aby przyniosło ono spodziewane rezultaty”, lecz podobnego entuzjazmu brak już w przypadku poszczególnych państw członkowskich. Plany „rozwiązania kwestii imigrantów” ogłoszone niedawno przez populistyczny rządy we Włoszech i w Austrii skutecznie studzą optymizm Brukseli. O Węgrzech nie ma nawet co wspominać. Jeśli więc przypomnimy sobie, że i amerykańska administracja zapowiedziała politykę „zera tolerancji” dla nielegalnych imigrantów, porozumienie może okazać się kolejnym świstkiem papieru i niczym więcej.

Przy wszystkich dywagacjach na temat migracji i związanych z nią zagrożeń, którymi częstują nas politycy i media m.in. w Polsce, wydaje się, że to właśnie Europa stanowi centrum współczesnej wędrówki ludów. Otóż nic bardziej mylnego. UNHCR, agencja ONZ ds. uchodźców, szacuje obecną liczbę osób zmuszonych do migracji na ponad 65,6 mln, w tym 22,5 mln uchodźców. Ponad połowa uchodźców pochodzi z trzech państw: Południowego Sudanu, Afganistanu i Syrii. Kolejne 10 mln przymusowych migrantów to tzw. osoby bezpaństwowe, tzn. nie posiadające obywatelstwa żadnego państwa.

Największy wysiłek – ekonomiczny i polityczny – związany z przymusowymi migracjami ponoszą subsaharyjska Afryka i Bliski Wschód. W tym pierwszym regionie znajduje się bowiem 30 proc. wszystkich wysiedlonych, w drugim ponad 26 proc. Dla porównania w Europie jest to zaledwie 17 proc., w obu Amerykach jedynie 16 proc. Jeśli przyjrzymy się konkretnym liczbom, to zobaczymy, że największą grupę migrantów przyjęła Turcja – niemal 3 mln osób. Drugi w kolejności jest Pakistan – 1,4 mln. Kolejne miejsca zajmują Liban (1 mln), Iran (980 tys.), Uganda (940 tys.) i Etiopia (792 tys.). Jak widać, żadne z tych państw nie należy do klubu bogatych.

Gwoli sprawiedliwości trzeba napisać, że USA i państwa Unii Europejskiej to najhojniejsi darczyńcy UNHCR. Trudno jednak nie zinterpretować tego inaczej niż jako próbę zagłuszenia własnego sumienia i zrzucenia problemu na innych – biedniejszych i słabszych. Co prawda, taka polityka może przynieść krótkotrwałą stabilizację – z czym mamy do czynienia obecnie – lecz w perspektywie długofalowej musi się załamać. Wbrew nadziejom niektórych polityków nie wszyscy imigranci utoną, a Turcja czy Libia też mają ograniczoną pojemność, choćby nawet UE zapłaciła im dwa razy więcej niż do tej pory.

Porozumienie, nad którym obecnie pracuje ONZ, ma szansę zapobiec realizacji tego czarnego scenariusza. Przede wszystkim zaś ma szansę przywrócić migrantom ich podstawowe prawa człowieka. Czy jednak państwa, zwłaszcza bogate, znajdą w sobie na tyle siły i odwagi, aby rzeczywiście wdrożyć jego zapisy w życie?