Ufny/naiwny jak dziecko

Nie należy wierzyć bezgranicznie temu, co się przeczyta w gazetach i czasopismach. Więcej napiszę; zwykle powinno się zachowywać daleko posuniętą rezerwę wobec tego, co można w nich znaleźć. Z całą pewnością jednak, należy prawdziwość informacji weryfikować, kiedy chce się na nie publicznie powołać.

Mój kolega z zespołu ma pewien „dar”- łatwowierność. Krążą po sali prób i po busie opowieści, jak to kiedyś jeden znajomy powiedział mu, że w NRD, w trakcie meczu bokserskiego gdy jeden z zawodników puścił bąka, był od razu dyskwalifikowany. Oczywiście uwierzył. Ten sam kolega ma jeszcze inny „dar”- dosłowność w dekodowaniu przekazu. Prawdopodobnie ma to jakąś swoją nazwę własną, ale za nic sobie nie przypomnę jaką. Byłem raz świadkiem zdarzenia, jak w dyskusji ogólnej, w której brało udział kilku dyskutantów, w tym wspomniany kolega, nastała niezręczna cisza, a po niej głos zabrał człowiek, który wcześniej nie sklecił pół zdania. Na ten fakt zareagował największy gaduła słowami: „Janek, Ty mówisz!”, co z kolei skomentował kolega z „darem” z właściwą sobie gracją: „Przecież zawsze mówił”. Co było potem, nie pamiętam, bo salwy śmiechu zagłuszały trzeźwy pomyślunek.

Przeczytałem niedawno w internetach, że Rzecznik Praw Dziecka, Mikołaj Pawlak, w jednym z programów telewizyjnych powiedział, że edukatorzy seksualni, którzy wpuszczani są do wybranych, polskich szkół, dają w nich dzieciom tabletki, dzięki którym można zmienić płeć. Oczywiście, od razu zadałem sobie trud, żeby dotrzeć do oryginalnej wypowiedzi i samemu wysłuchać słów rzecznika Pawlaka, pomny tego, co napisałem powyżej: zawsze sprawdź u źródła, a najlepiej w kilku źródłach. Niestety. Zgadzało się. Mikołaj Pawlak, RPO, naprawdę tak powiedział. Konkretnie chodziło o przypadek z Poznania. Skąd rzecznik posiadł taką wiedzę i z jakiego, sprawdzonego zapewne źródła ona pochodziła, Mikołaj Pawlak nie ujawnił. Poczekał z tym 24 godziny i żeby zadać szyku swojemu stanowisku oraz obronić resztki zdrowego rozsądku które po sobie pozostawił, zawiadomił prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa polegającego na „nielegalnej sprzedaży osobom małoletnim środków farmakologicznych wspomagających modyfikację płci”. Uzasadniając zawiadomienie, Mikołaj Pawlak powołał się na artykuł „Zmień sobie płeć, dzieciaku”, opublikowany w sierpniowym wydaniu „Tygodnika Solidarność”. Innymi słowy, RPO, organ konstytucyjny, powoływany prze Sejm, z definicji poważny i cieszący się estymą od lat, reprezentowany jest dziś w Polsce przez człowieka, który miota w mediach oskarżeniami bazującymi na wiedzy z prasy i przedstawia to jako fakty, których uprzednio nie weryfikuje. Dopiero gdy zdaje sobie sprawę z idiotyzmów które opowiada, zatrudnia do poszukiwania w nich prawdy prokuraturę, tj. zleca za publiczne pieniądze to, co sam powinien wcześniej sprawdzić. Celowo nie piszę tu o ciężarze gatunkowym zarzutów podnoszonych przez pana Mikołaja Pawlaka, tak jak nie piszę o sensowności dowodzenia tezy, że bąk enerdowskiego boksera na ringu skutkował dyskwalifikacją. Najzwyczajniej w świecie, w pewne rzeczy wierzą jedynie dzieci albo płaskoziemcy i nie ma sensu marnotrawić na nie czasu. Ubolewam jedynie, że jeden/jedno z nich został przez polski Parlament postawiony na tak zaszczytnej funkcji, do której najzwyczajniej nie dorósł. Miał być człowiek Rzecznikiem Praw Dziecka, a okazuje się, że sam jest dzieckiem; daje wiarę temu, co wyczyta w gazecie. Nie doprecyzuje. Nie zweryfikuje. Mało tego, nie zainteresuje się doniesieniem z urzędu od razu, bo kto wie, może i rzeczywiście artykuł z „TS” z prawdą się nie mija i coś na rzeczy jest. Tymczasem Pan rzecznik opowiada w telewizji o tabletkach na zmianę płci, a w jego doniesieniu do prokuratury mowa jest o portalach internetowych, na których można nabyć środki hormonalne i to bez wychodzenia z domu. Nie wiem czy rzecznik Pawlak i jego biuro wiedzą, ale w internecie, także w Polsce, można kupić również narkotyki, broń, a nawet niewolników do plantacji albo najemników na wojnę. Tak słyszałem od starszych chłopaków. Można też, w ciemnych internetu odmętach, handlować pedofilią i dziećmi do jej produkcji i wolałbym, żeby polski RPO skupił się na tępieniu tego, co realnie zagraża naszej dziatwie, a nie na tęczowych, diabelskich tabletkach na porost LGBT.

Jeśli chcecie dostąpić Królestwa, bądźcie ufni jako dzieci, stało w pismach; szkoda że rzecznik Pawlak tak dosłownie wziął sobie to przesłanie do serca i wypisał na sztandarach. Ale, w sumie, nie on jeden dosłownie dekoduje przekaz. To musi się jakoś nazywać, ale za nic sobie nie przypomnę jak…

Przemoc rodzi(c) przemoc Ważny tunajt

Przemocą gardzę i przemocą się brzydzę. Zarówno małą, domową, jak i wielką, na polu boju. Żadna nie jest ani sprawiedliwa, ani nie da się niczym usprawiedliwić. Bo czy bijesz ty czy ciebie biją, ból jest dokładnie taki sam, i takie same, opłakane skutki dla ludzkości-w skali makro i mikro. Z tym większą uwagą przeczytałem wywiad Magdaleny Rigamonti z Rzecznikiem Praw Dziecka Mikołajem Pawlakiem. I zbladłem.
We wzmiankowanym wywiadzie RPO, Mikołaj Pawlak, pytany o to, czy klaps to też bicie wspomina, że klapsy nie zostawiają zbyt dużego śladu, ale on sam swoich synów nigdy nie karał fizycznie, choć chłopaki potrafią dać mu w kość. Z kolei sam pan Rzecznik z estymą wspomina swojego ojca, który zlał mu tyłek, kiedy na to zasłużył, w myśl zasady, że cóż to za ojciec, który swych dzieci nie karci. Pan Mikołaj Pawlak urodził się w 1980 r. Jest starszy ode mnie o 2 lata, a czytając jego słowa odnosiłem wrażenie, że czytam wywiad z nobliwym starcem, który swoją kindersztubę i poglądy na rzeczywistość wyniósł z ziemiańskiego domu pod Wilnem, gdzie bursztynowy świerzop i gryka jak śnieg biała. Według pana Mikołaja Pawlaka, „trzeba odróżnić, czym jest klaps, a czym jest bicie”. Mało Państwu? To czytajmy dalej. Na pytanie, czy da się to odróżnić, stwierdza, że „wiele osób nawet podniesienie głosu może uznać za przemoc.”. Idąc tropem myślenia pana Rzecznika, przemoc, czy to fizyczną, czy psychiczną, zakładając, że Mikołaja Pawlak zakłada jej istnienie, można rozgraniczyć na tą małą, z niską szkodliwością społeczną i tą naprawdę dużą, gdzie zaczyna się granica działania jego uprawnień, jako tego, kto stoi na straży praw polskiej dziatwy. Darujcie Państwo, ale czegoś równie kuriozalnego nie słyszałem dawno. Aż nadto z kolei słyszałem, lub raczej, słyszę co dnia, litanie pohukiwań, wrzasków a czasami wręcz gróźb rodziców wobec ich własnych dzieci, bo codziennie bywam na placach zabaw ze swoją 3-letnią córeczką. Zwykle są to te same place na Żoliborzu. I nie ma dnia, żebym nie słyszał, jak opiekunowie swoich pociech strofują je za byle przewinienie. Na szczęście nie są to jakieś straszne przewiny, ale zawsze ze sporym absmakiem wychodzę z piaskownicy, gdy jestem świadkiem takich krzywych akcji. Raz nawet zwróciłem jednej pani uwagę, kiedy ostentacyjnie, na cały plac, krzyczała na swojego synka, który coś zmalował. Inne dzieci oderwały się od swoich klocków i babek z piasku, a ta obsobaczała go w najlepsze. Nawet jakbym chciał nie słyszeć, to i tak nie było gdzie uciec. Poprosiłem więc panią grzecznie, czy nie mogłaby jednak trochę się powściągnąć, bo inne dzieci się jej po prostu boją. Zaznaczam, że oprócz mnie i krzyczącej pani na placu zabaw byli też inni rodzice. Otrzymałem odpowiedź, żebym się od…czepił, i żebym zajął się własnym dzieckiem, a nie wtrącał się w cudze sprawy.
I teraz, Szanowni Państwo, połączcie sobie w głowach kropki-od komunikatu Rzecznika o tym, że niektórzy krzyk uznają za przemoc, po sytuację, którą przytoczyłem powyżej. Jaki przekaz dostają ci wszyscy, zdezorientowani rodzice, którzy wciąż się wahają, czy karcić dzieci fizycznie, czy na nie krzyczeć; czy kłócić się przy nich z partnerem, czy angażować je w konflikty między rodzicami, skoro Państwo, które daje im co miesiąc z łaskawością po 5 stów na malca, ustami swojego najlepszego syna od praw dzieci mówi, że w zasadzie jeden klaps to nic takiego, a krzyk ma działanie na wpół terapeutyczne. Na Zachodzie, tym lewackim i zdemoralizowanym najlepiej, zachowanie takie, jakie zaprezentował na łamach Pan Rzecznik, zostałoby w trymiga napiętnowane i uznane za skandaliczne. Zwłaszcza przez rządzących. U nas tymczasem, brawo biją Rzecznikowi Wojciech Cejrowski i jemu podobni, którzy XIX-wieczne kanony wychowania uznają za normę. Bo wszak dziadziuś bił pasem, tatuś bił, to i co mi się będzie Państwo wtrącało czym ja biję. Zawsze dzieciak dostawał w skórę i dobrze było. Zawsze kompot był na stole a obok niego schabowy, bo zawsze go babcia i mama smażyły na obiad. Wszystko fajnie, tylko że zawsze, to nie znaczy że dobrze. Mogły wszak smażyć go źle. A kiedy po 30 latach zbieranego, błędnego doświadczenia, ktoś próbuje towarzystwo nauczyć robienia rzeczy poprawnie, podnosi się rwetes, że to zamach na tradycyjne wartości i na rodzinę. I najsmutniejsze jest to, że w ten dyskurs wpisuje się relatywnie młody człowiek, który ma stać na straży tego, żeby dzieciom w Polsce nie działa się krzywda. Żeby nikt się na nie nie wydzierał ani ich nie bił. Nawet klapsem. Bo to przemoc jak każda inna.

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW. Występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”

Niedorzecznik

Nad kandydaturą nowego Rzecznika Praw Dziecka debatowały sejmowe komisje. W piątek posłowie zagłosują za lub przeciw Mikołajowi Pawlakowi, pracownikowi Ministerstwa Sprawiedliwości.

 

Długo zastanawiałam się, o co chodzi: czy w naszym kraju najwyraźniej nie ma osoby kompetentnej, aby powołać ją na urząd RPD, skoro Sejmowi/Senatowi nie udało się to już cztery razy? Najpierw na straty poszli kandydaci opozycji: Ewa Jarosz i Paweł Kukiz-Szczuciński. Było to jednak dość oczywiste: pierwsza chciała 500-plusa dla wszystkich dzieci, a nie życzyła sobie klapsów; drugi już przez sam fakt leczenia arabskich dzieci z Syrii był podejrzany. Poległa Sabina Zalewska ze swoimi obawami o nastanie pajdokracji i oskarżeniami o plagiat. Też logiczne – robiłaby rządzącym zły PR.
Poległa wreszcie Agnieszka Dudzińska, szanowana w środowisku obyczajowa konserwatystka – i tu, szczerze mówiąc, przestałam rozumieć logikę sejmowych przepychanek. Dudzińska była wszak kandydatką idealną z punktu widzenia PiS. Ale na szczęście pojawił się on – cały na czarno. I wtedy doszło do mnie, że Zjednoczona Prawica ma bardzo konkretną wizję osoby, którą chce na ów urząd powołać. W żadnym wypadku nie może być to społecznik, lecz religiant.
Mikołaj Pawlak jest świętszy od samego papieża. Katolicko wykształcony od liceum, znawca prawa kanonicznego, nie uznający rozwodów (za wyjątkiem tych kościelnych, których udzielanie przez 11 lat opiniował). Chciał zresztą zmieniać prawo rodzinne tak, aby ex-małżonkowie w przypadku rozwodów bez orzekania o winie nie dostawali zwrotu kosztów sądowych. Zamiast bowiem zyskiwać po 3 stówki w kieszeni, po wyjściu z sali rozpraw powinni zacząć smażyć się w ogniu piekielnego potępienia. Pawlak domagał się, aby zaoszczędzone pieniądze w zamian szły na mediacje między małżonkami posiadającymi małe dzieci, aby za wszelką cenę ocalić ich od rozwodu.
To i tak jednak akcent humorystyczny w porównaniu z tym, co chciałby zapisać w ustawie o nieletnich: zbuduje ośrodki readaptacji społecznej (takie bardziej lajtowe poprawczaki), do których wsadzane będą już 13-latki. Żeby tylko. Według wizji nowego kandydata na RPD już 10-letnie dziecko mogłoby odpowiadać za popełnienie czynu karalnego. To zresztą kontynuacja polityki karnej Zbigniewa Ziobry (za pierwszej kadencji rządu PiS również chciał obniżyć wiek karalności – do 15 lat). Pawlak rozdysponował również znikomy procent ministerialnego funduszu służącego pomocy ofiarom przestępstw i resocjalizacji więźniów. Strach zapytać, na co w tym wypadku chciałby przekazać oszczędności. Może 600 plus na każde dziecko przeznaczone w przyszłości do seminarium?
RPD ma być urzędem służebnym wobec interesów najmłodszych – wobec dzieci z różnych środowisk, o różnym pochodzeniu i z różnym statusem majątkowym. Z rodzin pełnych i niepełnych, z rodzin adopcyjnych, patchworkowych, cudzoziemskich, nieheteronormatywnych. A także (co w całej sprawie „najstraszniejsze”): z rodzin po rozwodach. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że wybór tego kandydata zaspokoi potrzeby jedynie wąskiej grupy: ultrakonserwatywnych, głęboko wierzących rodziców, przekonanych o zbawiennej sile kar i autorytetu mierzonego klapsem.
Trzeba przyznać, że opozycja zagrała dziś wyjątkowo sprytnie: opiniując negatywnie kandydaturę Pawlaka, znalazła formalny wybieg, który można do niego przyłożyć: brak wymaganego pięcioletniego doświadczenia w pracy na rzecz dzieci lub z dziećmi. W departamencie spraw rodzinnych u Ziobry Pawlak pracuje bowiem dopiero od 2016. Rządzący natomiast pragną jeszcze „dopytywać go o życiorys”, mając nadzieję, że jednak „przepchną” go dalej. Sama nie wiem, czy bardziej chcę, żeby im się to w najbliższy piątek udało, czy jednak nie. Patrząc na tendencję w wyborach kolejnych kandydatów wskazywanych przez PiS, mam obawy, że następnym może okazać się sam arcybiskup Głódź.